Jeszcze do niedawna Zielonym w Szwecji groziło wypadnięcie z parlamentu. Tuż przed niedzielnymi wyborami elektorat znów zaczął jednak na nich patrzeć życzliwszym okiem.

Głównym obiektem zainteresowania globalnych mediów i opinii publicznej przed wyborczym „dniem zero” 9 września był wzrost popularności prawicowych populistów – Szwedzkich Demokratów (SD). Do niedawna nawet na ich europejskiej mapie nowej prawicy wydawali się dość osamotnieni ze względu na swe dawne powiązania z lokalnymi ruchami faszystowskimi.

Normalizacja skrajności

Dziś, gdy partie i politycy tacy jak Marine Le Pen czy Wolnościowa Partia Francji przesuwają scenę polityczną na Starym Kontynencie na prawo, a niegdyś skrajne partie próbują sięgnąć po bardziej centrowy elektorat, dawne uprzedzenia tracą na sile. Najlepszym tego dowodem może być niedawne przyjęcie SD do europarlamentarnej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR), stworzonej m.in. przez brytyjskich Torysów oraz Prawo i Sprawiedliwość.

Już 4 lata temu mocny wynik Szwedzkich Demokratów w wyborach parlamentarnych (12,9%) uniemożliwił zdobycie samodzielnej większości jednemu z dwóch bloków – czerwono-zielonemu lub „mieszczańskiemu”. W efekcie pierwszy w historii koalicyjny rząd socjaldemokratów i Zielonych musiał liczyć nie tylko na poparcie Partii Lewicy, która w ławach rządowych się nie znalazła, ale też na tolerowanie swojego istnienia i działania przez partie centroprawicowe.

Dziś wyniki SD zapowiadają się na jeszcze wyższe niż w 2014. Antyimigranckie ugrupowanie coraz rzadziej już wprawdzie prześciga socjaldemokratów w sondażach (co groziło niemałym, symbolicznym trzęsieniem ziemi w Sztokholmie), jednak 18-20% poparcia pokazuje skalę niechęci wobec dzielenia się zdobyczami szwedzkiego państwa opiekuńczego z osobami z zewnątrz.

Poza tym wynikiem oba bloki – lewicowy i prawicowy – idą ze sobą łeb w łeb. Największe partie w tych blokach – socjaldemokraci oraz Moderaci – szykują się na spadek popularności w stosunku do roku 2014. Jak wskazują publicyści spoistość tych sojuszy w porównaniu do poprzednich wyborów wydaje się słabsza, co dodatkowo komplikować będzie próby stworzenia względnie stabilnej większości parlamentarnej.

Trudne decyzje

W całej tej sytuacji odnaleźć się muszą Zieloni. Cztery lata temu z wynikiem 6,9% głosów stali się czwartą, największą partią w jednoizbowym parlamencie – Riksdagu. Wejście w skład koalicji rządowej wiązało się z poznaniem na własnej skórze trudów rządzenia i koniecznością zawierania (nierzadko niesatysfakcjonujących) kompromisów z większym koalicjantem.

Jeden z tych kompromisów niemal ich nie zabił. Jego symbolem stała się konferencja prasowa, na której reprezentująca partię polityczka i ówczesna jej współprzewodnicząca, Åsa Romson, rozpłakała się w trakcie ogłaszania rządowej decyzji o zaostrzeniu szwedzkiej polityki azylowej. Posunięcie to było reakcją na skalę kryzysu migracyjnego, którego doświadczyła w roku 2015 Europa.

Zwrot w polityce lewicowego rządu nie został – mówiąc delikatnie – przyjęty ciepło przez wielkomiejski, dobrze wykształcony elektorat który był podporą partii. Miał zresztą dokąd iść – a przykład do będącej poza rządem Partii Lewicy albo do należącej do bloku mieszczańskiego Partii Centrum, mającej silny rys proekologiczny.

Jeszcze na przełomie lipca i sierpnia prognozy nie wyglądały zbyt różowo. Głównymi, poruszającymi wyborczynie i wyborców tematami były kwestie migracji oraz przestępczości, które zdawały się napędzać sondażowe wzrosty Szwedzkich Demokratów. Inną istotną sprawą była ochrona zdrowia, kojarzona raczej z socjaldemokratami.

Druga szansa?

Upalne lato przyniosło jednak ponowne zainteresowanie kwestiami klimatycznymi – tym bardziej, że jednym z jego przejawów były pożary lasów, w gaszeniu których pomagali m.in. strażacy z Polski. Jako że Zieloni w swym politycznym przekazie i programie mocno postawili na walkę ze zmianami klimatu, elektorat postanowił spojrzeć na partię i jej postulaty nieco bardziej życzliwie.

Tym bardziej, że akurat w tej kwestii Zieloni mogli się pochwalić ważnymi – tak symbolicznymi, jak i realnymi – osiągnięciami. Ich przykładem było przyjęcie legislacji klimatycznej, wedle której do roku 2045 Szwecja stanie się krajem o zerowym bilansie emisji gazów cieplarnianych.

Obraz sytuacji dopełnia opodatkowanie lotów, ambitne finansowanie działań prośrodowiskowych czy obniżenie stawki podatku VAT na usługi naprawy, mające zachęcić do korzystania z tej opcji zamiast kupowania nowych produktów.

W efekcie od sierpnia badania opinii publicznej wskazały na wzrost poparcia Zielonych z okolic 4-procentowego progu wyborczego do przedziału 5-6%. Choć jest to mniej niż cztery lata temu i na pewno nie umożliwi utrzymania pozycji czwartej największej siły politycznej w Szwecji (głównie z powodu znaczących, prognozowanych wzrostów dla Partii Lewicy oraz Partii Centrum) to jednak szansa na odbudowę politycznej pozycji przez tę partię wydają się całkiem spore.

Lepszy klimat, lepsze życie

Co Zieloni proponują tym razem? Jak już wspomniałem w liczącym przeszło 30 stron programie na tegoroczne wybory dominacja tematyki ekologicznej widoczna jest gołym okiem. Obok priorytetów, takich jak rozwój sieci kolejowej czy podatek od importowanego mięsa ze zwierząt faszerowanych antybiotykami znalazło się jednak również miejsce na postulat skrócenia tygodnia pracy czy zwiększenie finansowania usług z zakresu zdrowia psychicznego.

Charakterystyką skandynawskiego spojrzenia na politykę jest istotne zwracanie uwagi na kwestie globalnej odpowiedzialności. W wypadku najnowszego programu wyborczego szwedzkich Zielonych oznacza to m.in. obietnicę powrotu do bardziej gościnnej polityki wobec uchodźców, ochronę Arktyki, dezinwestycje funduszy emerytalnych z przedsięwzięć w sektorze paliw kopalnych czy zakończenie procederu międzynarodowego handlu bronią.

Z ciekawszych, niestandardowych pomysłów wymienić z kolei można postulat możliwości wyższych odpisów podatkowych i niższych składek ubezpieczenia społecznego dla pracujących na obszarach z dała od większych miast, co miałoby na celu zatrzymanie odpływu osób młodych i wykształconych ze słabiej zaludnionych terenów kraju.

Znawcy programu polskiego PSL dostrzegą z kolei znany im pomysł na emeryturę bez podatku, zaś zwolennicy przenoszenia instytucji publicznych poza Warszawę zauważą pokrewny postulat bardziej równomiernego rozmieszczenia terytorialnego zatrudnienia w instytucjach rządowych. Instytucje publiczne powinny zdaniem szwedzkich Zielonych lepiej wykorzystywać również realizowane przez siebie zamówienia, wpisując w nie klauzule społeczne i ekologiczne (np. mające na celu zapobieganie wylesianiu).

Polityczne grząskie piaski

Ambitne plany? Z całą pewnością. Trudno na dziś powiedzieć, na ile uda się ich wcielanie w życie w nowej kadencji – szczególnie, jeśli blok centroprawicowy zechce choćby nieformalnie zerwać „kordon sanitarny” wokół Szwedzkich Demokratów i dzięki ich cichemu wsparciu przejąć władzę z rąk lewicy.

Z całą pewnością Zieloni w Szwecji poznali smak władzy – w tym także jego bardziej gorzkie nuty. Choć elektorat, jak już wspomniałem, zaczyna jak się zdaje patrzeć na nich cieplej, to jednak nie da się ukryć, że dla sporej części głosujących niegdyś na tę partię nie zrealizowała ona pokładanych w niej nadziei na dalsze zazielenienie socjaldemokratycznego państwa dobrobytu.

Spora część postulatów ekopolityczek i ekopolityków po drugiej stronie Bałtyku jest jak najbardziej aktualna również w polskim kontekście. Głównym pytaniem – tak tu, jak i tam – jest to, w jaki sposób przekonywać do nich w kontekście wzrostu znaczenia prawicowego populizmu i ogólnej radykalizacji postaw i stanowisk, widocznej często również po stronie szeroko pojętych zwolenników liberalnej demokracji czy – dla nieco mniej wobec nich życzliwych – obrońców status quo.

Zdj. Okładka programu szwedzkich Zielonych.

Powinności, pieniądze i długi

Nie da się mówić o kredycie i długu bez powiedzenia kilku słów o tym, czym jest pieniądz. Przed rozpowszechnieniem pieniądza metalowego i papierowego większość wymiany ludzie prowadzili po prostu z krewnymi i sąsiadami, w ramach wspólnoty. Zobowiązania jednych wobec drugich regulowały zasady społeczne, a nie rachunki. Taki system wykluczał sprzedaż czyjegoś zobowiązania obcej osobie – istniały powinności, ale nie długi. Te ostatnie pojawiły się dopiero z powstaniem pieniądza, który pozwolił po pierwsze określić wartość długu liczbowo, a po drugie przeniósł ciężar egzekwowania długu ze wspólnoty na zewnętrzną organizację przymusu – państwo.

W starożytności nie było rzadkością że człowiek ubogi, który nie dopełnił zobowiązań wobec innego obywatela, żeby spłacić dług musiał sprzedać nie tylko swój dobytek, ale też swoje dzieci, żonę i samego siebie w niewolę. Przez całe średniowiecze aż do nowoczesności ludzie, którzy nie mogli spłacić długu, trafiali do więzień, gdzie tkwili dopóty, dopóki ich rodzina nie uzbierała pieniędzy na spłatę. Oczywiście zamknięcie dłużnika w więzieniu nie zwiększa prawdopodobieństwa spłaty długu, często więc była to niewola z możliwością albo nawet koniecznością pracy. Dzisiaj wydaje się, że mamy mniej barbarzyńskie prawo, które nie pozwala rodzicom sprzedawać dzieci w niewolę ani zamykać dłużników w więzieniach. Musimy jednak pamiętać, że to twórcy i wykonawcy prawa ostatecznie określają, jakie są granice roszczeń wierzycieli.

Władza po stronie dłużników czy wierzycieli?

Niespłacony dług jest zawsze sporem wierzyciela z dłużnikiem. To władza rozsądza spór i decyduje o tym, kto jest „winny”, czyli kto musi ponieść koszt niespłaconej pożyczki. Do władzy należy również wyegzekwowanie tej decyzji środkami przymusu.

Zastanówmy się co by było, gdyby „winny” był co do zasady dłużnik – wtedy wierzyciele nie mieliby żadnej motywacji, aby sprawdzić, czy pożyczają pieniądze osobie zdolnej do spłaty pożyczki w przyszłości! Co gorsza, mieliby motywację, żeby każdym możliwym sposobem starać się wcisnąć kredyt komukolwiek, bo wiedzieliby, że państwowy aparat przymusu zawsze stanie po ich stronie, aby pieniądze z odsetkami wyegzekwować z powrotem. Natomiast gdyby „winny” był co do zasady wierzyciel… wtedy każdy zastanowiłby się kilka razy, komu i na jakich warunkach pożycza pieniądze. Być może nawet nikt nie pożyczałby nikomu pieniędzy, bo dłużnik mógłby całkowicie bezkarnie ich po prostu nie oddać. Realnie obecna sytuacja w Polsce i na świecie jest jednak dużo bliższa tej pierwszej skrajności – cała odpowiedzialność ciąży na dłużniku, niezależnie od tego, czy wierzyciel wiedział od początku, że dana osoba ma niewielkie możliwości spłacenia pożyczki.

Dług – dobry, zły czy efektywny?

W swoim gronie ekonomiści nie rozmawiają o długu jako o kwestii moralnej, ale jako o narzędziu pozwalającym na efektywne wykorzystanie środków. Z perspektywy ekonomisty dzięki kredytowi środki, które w przeciwnym razie leżałyby zgromadzone w sejfie, można udostępniać na potrzeby nowych przedsięwzięć. Na studiach ekonomicznych uczy się przede wszystkim o kredycie inwestycyjnym, obudowanym narracją o akumulacji kapitału, rozwoju i wzroście. Kiedy pożyczamy środki na inwestycje, zamiar jest taki, żeby je pomnożyć. Z tych dodatkowych środków można więc następnie dług spłacić z korzyścią zarówno dla pożyczkobiorcy, jak i pożyczkodawcy – taka historia z happy endem wydarza się oczywiście często, ale happy end nigdy nie jest pewny. Każda inwestycja obarczona jest ryzykiem, a jeśli ryzyko się ziści, powstaje spór o to, kto zawinił.

Natomiast o kredycie konsumpcyjnym się nie uczy, bo nie ma on wpływu na realną gospodarkę, czyli na to, ile dóbr i usług faktycznie wyprodukujemy w gospodarce. Ma jedynie wpływ na to, czy osoba biorąca kredyt będzie mogła sobie na nie pozwolić dziś, za miesiąc, czy za rok. Skoro zaś kredyt konsumpcyjny nie prowadzi do pomnożenia środków, to nie ma z czego go oddawać.

Kredyt inwestycyjny

Pomyślmy więc na chwilę o kredycie inwestycyjnym – jeśli pozwala on na powstanie nowych przedsiębiorstw albo na wdrożenie nowych technologii, które przynoszą materialną korzyść, wtedy jest  efektywny. Zawsze pozostaje oczywiście pytanie: dla kogo efektywny? Jeśli są to technologie, które pozwalają właścicielom kapitału ograniczyć liczbę pracowników, to jest efektywny dla klasy posiadającej. Jeśli są to technologie pozwalające ograniczyć zanieczyszczenie środowiska, to jest on efektywny dla wszystkich.

Niestety kapitalizm nie zawiera mechanizmów, które oceniałyby, jak rozkładają się korzyści z danej inwestycji w społeczeństwie. Jedynym mechanizmem oceniania, czy inwestycja się opłaca, czy też nie, jest finansowa stopa zwrotu. Dlatego inwestycje w produkty zwiększające dobrobyt ludzi bogatych (np. kosmetyki, leki na choroby cywilizacyjne) są finansowane chętniej, niż inwestycje w produkty zwiększające dobrobyt ludzi biednych (np. leki przeciw malarii, tanie filtry do wody).

Kredyt inwestycyjny: finansjalizacja

Nie każda „inwestycja” realnie zwiększa jednak dobrobyt. Przyzwyczailiśmy się, że banki „inwestują” w papiery wartościowe albo waluty obce, chociaż te inwestycje nijak się mają do rozbudowy infrastruktury czy mocy produkcyjnych, a jedynie wykorzystują wahania kursów. Innymi słowy, nie ma znaczenia, czy przedsiębiorstwo wdraża jakiś przyszłościowy projekt, znaczenie ma, czy kupujący wierzy, że akcje tego przedsiębiorstwa pójdą w górę. W ten sposób giełda staje się kasynem oderwanym od rzeczywistości.

Co więcej, banki „inwestują” nasze pieniądze nie tylko w papiery wartościowe albo waluty obce same w sobie, ale też opcje, swapy, kontrakty terminowe… Współcześnie produkty finansowe są tak skomplikowane, że trudno ocenić stojące za nimi ryzyko (zwłaszcza jeśli agencje ratingowe mają interes, aby poświadczać nieprawdę!). A jeśli taka „inwestycja” okaże się bez pokrycia, wtedy z rynku wyparowują obiecane korzyści, które już zdążyły się zmaterializować w formie pieniędzy i kilkakrotnie zmienić właścicieli. Może to doprowadzić do kryzysu finansowego, jak np. w latach 2008/2009 w USA, kiedy to rząd musiał przekazać prywatnemu sektorowi ogromne kwoty, żeby oddalić groźbę załamania gospodarki. W ten sposób podatnicy zapłacili za niefrasobliwość banków przy udzielaniu pożyczek.

Kredyt konsumpcyjny

W odróżnieniu od kredytu inwestycyjnego – kredyt konsumpcyjny w ogóle nie ma wpływu na to, czy w gospodarce powstaną jakieś nowe dobra i usługi. Kredyt konsumpcyjny służy wyłącznie przesunięciu konsumpcji w czasie, tj. skonsumowaniu dóbr, zanim się na nie zarobi. Np. sfinansowaniu drogich studiów, które jesteśmy w stanie spłacić dopiero po kilkunastu latach pracy w dobrym zawodzie, albo kupieniu mieszkania, które jesteśmy w stanie spłacić dopiero po trzydziestu latach pracy.

Brzydka tajemnica kapitalizmu jest taka, że system ten potrzebuje kredytu konsumpcyjnego. Pomyślmy, co by było, gdyby developer musiał czekać trzydzieści lat, zanim uda mu się sprzedać mieszkanie – bo tyle potrzebuje przeciętny pracownik, żeby odłożyć na nie z pensji. Gdyby nie kredyt, kapitaliści nie mieliby komu sprzedać wyprodukowanych dóbr i nie dałoby się wygenerować zysku, a w każdym razie działoby się to znacznie wolniej. Kredyt konsumpcyjny służy przyspieszeniu akumulacji kapitału.

Problem w tym, że przyszłość jest niewiadoma. Czy można być pewnym, że po studiach znajdzie się dobrą pracę? Czy można być pewnym, że przez kolejne trzydzieści lat będzie się miało dobrze płatne stanowisko? A co, jeśli nadejdzie recesja albo wydarzy się katastrofa ekologiczna? Kredyt jest igraniem z niepewną przyszłością. Koniunktura gospodarcza albo zdarzenia losowe nie zależą od nikogo z osobna, można by się więc spodziewać, że ich koszty społeczeństwo będzie ponosić wspólnie. Obecnie jednak to na pożyczkobiorcy spoczywa odpowiedzialność za znalezienie pracy i płacy w recesji. Pożyczkodawca w trudnych czasach tak samo jak w czasach dobrych domaga się spłaty, a jeśli zarobków nie ma, może przejąć własność tych, którzy są recesją bezpośrednio dotknięci.

Kredyt konsumpcyjny: zniewolenie za długi

Po odkryciu Ameryk biedni ludzie, wiedzeni nadzieją na lepsze życie, zaciągali długi, aby dostać się do Nowego Świata, a po przybyciu na miejsce odpracowywali je, nierzadko przez wiele lat. Trudno nie dostrzec, że to samo dzieje się dzisiaj np. z Polakami, którzy zaciągają długi, żeby wyjechać do Wielkiej Brytanii pracować w magazynie albo do Włoch zbierać pomidory. Na miejscu okazuje się, że mają fatalne zakwaterowanie i wyżywienie, którego cena znacznie przewyższa ich niską płacę. Ten mechanizm wyzysku jest jeszcze bardziej rozpowszechniony w krajach rozwijających się. Organizacja Anti Slavery International udokumentowała sytuację w przemyśle produkcji cegieł w prowincji Pendżab w Indiach, gdzie migrantom ekonomicznym z uboższych części Indii oferuje się pożyczkę w zamian za pracę. Migranci nie otrzymują jednak gotówki do ręki, od hipotetycznej kwoty pożyczki odliczane są wypłaty, ale za to doliczane są kary za niewypracowanie wyśrubowanych norm. W ten sposób wkrótce tracą kontrolę nad swoim długiem. Co gorsza, dług przechodzi z pokolenia na pokolenie. W ten sposób zupełnie współcześnie ludzie wpadają w zniewolenie za długi.

Kredyt konsumpcyjny: gdzie zaczyna się oszustwo?

Jaka jest różnica między sytuacją, w której nieuczciwy pracodawca z zagranicy namawia do podjęcia pracy na niekorzystnych warunkach, a sytuacją, gdy sprzedawca namawia do pożyczki na niekorzystnych warunkach? Albo do zakupu na raty garnków czy kołder, których cena jest absurdalnie wysoka? Efekt końcowy jest podobny: człowiek znajduje się w pętli zadłużenia, którego nie może spłacić mimo ciężkiej pracy. Osoby w pętli zadłużenia nękane są przez windykatorów i komorników, co realnie ogranicza ich wolność. Tak jak kilka wieków temu dłużnicy byli formalnie w więzieniu, ale umożliwiano im załatwianie swoich interesów lub pracę, tak i dzisiaj zadłużeni załatwiają swoje sprawy i pracują, ale dług dominuje nad ich życiem. Władza niestety najczęściej w takich sytuacjach nie interweniuje, a co gorsza staje po stronie nieuczciwych wierzycieli.

Proceder wciskania niekorzystnych pożyczek lub zakupów ratalnych jest znany z wszechobecnych plakatów reklamujących „chwilówki” oraz natarczywych telefonicznych zaproszeń na pokaz różnych produktów. Ich sprzedawcy żerują w sposób oczywisty na ludziach, którzy mają trudności z rozpoznaniem oszustwa, jakim w istocie są te propozycje – albo dlatego, że mają ograniczone zdolności poznawcze (np. starszych, niewykształconych), albo na ludziach w sytuacji bez wyjścia. I oczywiście, jeśli chodzi o „chwilówki”, na ludziach biednych – takich, którzy nie mają nawet 1000 zł oszczędności (czyli środków na ok. pięć tygodni biologicznego przetrwania), bo takiego rzędu najczęściej są te pożyczki. Pożyczkodawcy argumentują, że „chwilówki” są przydatne, żeby utrzymać płynność finansową przy nieregularnych dochodach, a także są ratunkiem w przypadku nieplanowanych wydatków. Trzeba zapytać, czy ludzie, którzy balansują na krawędzi ubóstwa, powinni dodatkowo płacić pośrednikom finansowym haracz? Logika sprawiedliwości społecznej podpowiada, że dla osób w trudnej sytuacji poduszka finansowa powinna być bardziej przystępna. Natomiast według logiki kapitalizmu osobom najbardziej przypartym do ściany można narzucić najwyższe odsetki i opłaty.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że oszustwu ulegają wyłącznie osoby w złej sytuacji materialnej albo gorzej wykształcone. Jak wspomniałam wcześniej, współczesny system kapitalistyczny jest napędzany obrotem coraz bardziej złożonymi produktami finansowymi. Wnikliwa wiedza o ryzyku, jakie się z nimi wiąże, dostępna jest wyłącznie specjalistom, i nie ma na to rady. Stąd szerokie grupy ludzi w zawodach, które skądinąd wymagają dobrego wykształcenia i dają im dobre zarobki, gospodarując swoim majątkiem, muszą wspierać się doradztwem finansowym, najczęściej oferowanym przez banki. Tutaj tkwi jednak konflikt interesów – jak bank, którego interesem jest sprzedaż produktów finansowych, może rzetelnie doradzać klientowi? Często więc „doradztwo” sprowadza się do akwizycji produktów banku.

A gdyby tak skreślić wszystkie długi?

Wielu osobom marzyłoby się, żeby nadszedł dzień, w którym wszystkie długi zostaną unieważnione. Dłużnicy mogliby wtedy zacząć życie z czystą kartą. Jednak takie rozwiązanie w praktyce okazuje się nie tylko trudne do wprowadzenia, ale też niesprawiedliwe.

Gdyby zbliżająca się data unieważnienia długów była znana, wierzyciele zrobiliby wszystko, żeby odzyskać swoje należności przed jej nastaniem. Ze sporym wyprzedzeniem przestaliby też przyznawać kredyty w ogóle, a to zahamowałoby prawdopodobnie rozwój wielu dobrze rokujących przedsięwzięć i odcięłoby wiele osób od gotówki potrzebnej w kryzysowych sytuacjach. A więc odpuszczenie długów musiałoby zostać ogłoszone niespodziewanie.

Oczywiście łatwo wyobrazić sobie gorycz tych, którzy akurat w przeddzień swoje długi spłacili, kosztem różnych wyrzeczeń. Od razy rozgorzałaby debata, czy sprawiedliwe było, aby jednym zostało odpuszczone, a innym nie. Taki problem miał miejsce na Islandii. W latach kryzysu gospodarczego 2008-2009 wartość kredytów mieszkaniowych gwałtownie wzrosła, aż o 30%. Partia progresywna wygrała wybory z postulatem, że wartość kredytów należy skorygować w dół. „Korekta” została wprowadzona w życie w 2013 r. Objęła jedną czwartą populacji kraju, umorzone zostało w sumie 1,25 mld dolarów. Wyznaczono oczywiście datę graniczną i osoby, które wzięły pożyczkę przed tą datą graniczną, np. w 2006 r., nie skorzystały z umorzenia. Poza tym korekta objęła tylko kredyty mieszkaniowe, a nie np. kredyty studenckie.

Z podobnym problemem borykamy się w ostatnich miesiącach w Polsce. Kiedy wartość kredytów we frankach poszybowała w górę, pojawiły się inicjatywy pomocy frankowiczom. W mediach przetoczyła się kłótnia o tym, kto zawinił – banki, które nie informowały o ryzyku wzrostu ceny franka, czy może klienci, którzy podejmowali lekkomyślnie ryzyko? Odezwali się też ci, którzy wzięli droższe kredyty w złotych i przez wiele lat spłacali wyższe odsetki. Czy to sprawiedliwe, że pomoc miałaby być udzielona tym, którzy podjęli bardziej ryzykowną decyzję i zyskiwali na niej przez kilka lat?

Oprócz problematycznej decyzji, komu przyznać pomoc, a komu jej odmówić, pozostaje jeszcze pytanie, kto za tę pomoc powinien zapłacić. Oczywiście każdy w pierwszym odruchu zakrzyknie, że banki. W końcu to one zyskiwały na odsetkach i spreadach. Ale gwałtowne obciążenie banków dużymi stratami może zdestabilizować system bankowy, tzn. sprawić, że banki gwałtownie będą wycofywać pieniądze z innych inwestycji i wstrzymywać się z udzielaniem kredytów. To powoduje recesję w gospodarce – mniej się inwestuje i produkuje, a wtedy znikają miejsca pracy, a nawet następują bankructwa firm, przy czym z systemu może wyparować sporo pieniędzy. Np. jeśli bank był winny pieniądze naszemu funduszowi emerytalnemu, bankructwo oznacza, że nigdy ich nie zobaczymy. W ten sposób również mogą przepaść nasze oszczędności. Co prawda depozyty do 100 000 zł. są ubezpieczone i zawsze je odzyskamy, ale te wypłaty obciążają Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który nie jest nieograniczony. Żeby zapobiec upadkowi banków i tego konsekwencjom, państwo może dosypać bankom gotówki z budżetu, tylko że są to oczywiście pieniądze z naszych podatków, a te można by wykorzystać na inne cele. Czy to nam się podoba czy nie, problemy w systemie finansowym dotykają całej gospodarki i każdego z nas.

Jaki z tego morał?

Z powyższych rozważań najważniejsze są dwie prawdy.

Po pierwsze, to władza, w więc współcześnie politycy, decydują o tym, gdzie są granice powinności dłużnika i praw wierzyciela. Zarówno udzielanie pożyczek na siłę lub podstępem, jak i bezwzględne ściganie dłużników, są przejawami niesprawiedliwego uprzywilejowania wierzycieli.

Po drugie, kredyt może służyć rozwojowi i społecznie pożytecznym celom i rolą kredytodawców powinno być dbanie właśnie o to – niestety większość z nich kieruje się tylko kryterium finansowego zysku. Jeśli zaś pożyczka przynosi odsetki, ale w żaden sposób nie powiększa zasobu realnych dóbr i usług, to jest ona wyłącznie zagarnięciem części istniejących zasobów przez właścicieli kapitału.

  Artykuł ukazał się w 28. numerze Zielonych Wiadomości z lipca 2018 roku.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Sieć progresywnych burmistrzów chwali się swoimi osiągnięciami – od lokalnej demokracji po dostępne cenowo mieszkania na wynajem.

Cztery lata temu mieliśmy do czynienia z niemałymi przetasowaniami, będącymi wynikiem poprzednich wyborów samorządowych. Najbardziej zauważalnym tego przejawem były rozkwit i sukcesy ruchów miejskich, próbujących zaproponować elektoratowi nowoczesne spojrzenie na politykę lokalną. Jak wielokrotnie zauważał publicysta tygodnika „Polityka”, Edwin Bendyk, był to również czas wymiany sporej części prezydentów i burmistrzów – nierzadko rządzących przez długie lata.

W trend ten wpisywać się miała wygrana Roberta Biedronia w Słupsku. Jednym z jej efektów było stworzenie pod jego auspicjami sieci Progresywnych Burmistrzów, która służyć miała wymianie dobrych praktyk oraz poszerzania wiedzy o tym, w jaki sposób realizować ambitną politykę miejską poza największymi ośrodkami.

O ile bowiem duże metropolie przesiąkają duchem postępowych idei, o tyle małe i średnie miasta muszą mierzyć się z podwójnym wyzwaniem twórczej wdrażania i adaptacji dobrych pomysłów w sytuacji, gdy zmagać się muszą z problemami o nierzadko znacznie większym niż w wypadku dużych ośrodków natężeniu.

Martwy ciąg małych miast?

Wystarczy pokrótce wymienić największe z nich. Niedostateczne mechanizmy rozpraszania władzy oraz szans rozwojowych na terenie kraju sprawiają, że małym i średniakom ciężko o tworzenie atrakcyjnych miejsc pracy. Przyczynia się to do postępującej emigracji osób młodych w poszukiwaniu dobrego wykształcenia i solidnych zarobków. Zwiększa się udział osób starszych w ogóle populacji, co generować może dodatkowe koszty przy kurczącej się bazie podatkowej.

Wyzwań, jak widać, nie brakuje. Wszelkie inicjatywy lokalne, szczególnie zaś te związane z wydatkowaniem pieniędzy samorządowych, muszą liczyć się ze wspomnianymi trendami – w przeciwnym wypadku grozi im stanie się nieużytecznym rozwiązaniami, generującym jedynie dodatkowe koszty. Nowa droga czy remont rynku nie wystarczą do tego, by zbudować żywe miasto.

Włodarze, którzy przystąpili do sieci Progresywnych Burmistrzów, szczęśliwie nie postanowili zachować realizowanych w praktyce dobrych praktyk dla siebie. We współpracy z animującą ich współpracę Fundacją im. Friedricha Eberta przygotowali specjalną publikację, która może stać się inspiracją nie tylko dla miejskich aktywistek i aktywistów, ale również dla rozwiązywania problemów także i dużych miast.

Oddać głos, a nie oddawać głosy

Pod lupę weźmy trzy kwestie, w tym budżety partycypacyjne. W ostatnich latach – w najróżniejszych formach – upowszechniły się one w polskich miastach. Postulat, podnoszony niegdyś przez anarchistów czy radykalno-demokratyczne środowiska lewicowe wszedł do głównego nurtu.

Problem w tym, że proces ten nie obył się bez kontrowersji. Niskie budżety, nieprzemyślana struktura terytorialna (np. brak opcji ogólnodzielnicowych czy ogólnomiejskich), zwycięstwa inicjatyw w rodzaju remontów boisk szkolnych, które powinny być realizowane jako działania własne gmin, blokowanie zwycięskich projektów przez urzędy, przedłużające się terminy realizacji – to tylko część ze stawianych im zarzutów.

Można inaczej? Dąbrowa Górnicza przekonuje, że tak. Miasto postanowiło zmienić model własnego budżetu partycypacyjnego, zmniejszając rolę głosowania i przesuwając środek ciężkości na obywatelski dialog nad potrzebami dzielnic miasta. Na spotkaniach tych osoby w nich uczestniczące dyskutują nad najważniejszymi z ich punktu widzenia priorytetami, a dopiero po ich zmapowaniu opracowują konkretne propozycje, które mają zostać zrealizowane przez samorząd. Głosowanie jest tu ostatecznością, kiedy nie uda się osiągnąć konsensusu w trakcie lokalnych forów dialogu.

Rozwiązanie to może wydawać się z pozoru mniej demokratyczne niż powszechne głosowanie. Do rzetelnego udziału w pracach nad projektami potrzebny bywa niemały kapitał kulturowy i zasoby wolnego czasu. Z drugiej jednak strony argumentować można, że rzetelne głosowanie już dziś wymaga poświęcenia uwagi niemałej ilości propozycji, które koniec końców i tak wykuwają się głównie na etapie lokalnych spotkań.

W nowym modelu kluczowa staje się wymiana wiedzy – zarówno między mieszkańcami, jak i między nimi a gminą czy miastem. Jeśli samorząd rzetelnie przekazuje wiedzę na temat dotychczasowych osiągnięć budżetu partycypacyjnego, możliwości finansowych oraz danych, które posiada, wówczas znana priorytetów przy jego tworzeniu może przynieść pozytywne skutki, zamieniając rywalizację o głosy we współpracę nad projektami, które odpowiedzą na bolączki dzielnicy czy osiedla.

Zaspokajanie głodu mieszkaniowego

Niemal uniwersalną bolączką polskich miast jest niedobór przystępnego cenowo zasobu mieszkaniowego. Problem ten staje się szczególnie palący dla osób młodych, zaczynających swoją karierę zawodową i tym samym nierzadko mającym dość skromne zarobki. Brak własnych czterech kątów (niezależnie od tego, czy w formie własności, czy też stabilnego wynajmu) powoduje odkładanie decyzji o posiadaniu potomstwa czy zwiększaniu jego liczby.

Z problemem tym na skalę ogólnopolską mierzyć się miał rządowy program Mieszkanie+, który jednak okazał się generować czynsze droższe od obiecywanych na jego początku. Ograniczony wpływ na potencjalne zbijanie ich stawek rynkowych zrekompensowany ma być przez możliwość uzyskania dopłat do czynszu – nie da się jednak ukryć, że póki co program ten nie zapowiada się na marketingowy sukces obecnej ekipy rządzącej, o realnej zmianie na rynku mieszkaniowym nie wspominając.

W efekcie nadzieje po raz kolejny zaczynają przesuwać się na szczebel samorządowy. Jego problemem niewątpliwie pozostają jednak ograniczone możliwości finansowe. Tym ciekawiej obserwować udane przykłady, takie jak ten w Ostrowie Wielkopolskim, od kilku lat realizującym Ostrowski Przyjazny Program „Dla systematycznych”.

Skierowany jest on do osób do 40. roku życia, które mieszkają w mieście od co najmniej 5 lat i które wpadły w typową dla tego okresu życia pułapkę dochodów zbyt niskich na kredyt i zbyt wysokich na mieszkanie komunalne. Miejska spółka buduje im mieszkania, rezygnując z zysków na korzyść mieszkańców. Ci mogą liczyć na zwolnienie z czynszu na czas meblowanie nowego lokum (do 2 miesięcy), uzyskują również opcję dojścia do własności mieszkania po 15-30 latach.

Można rzecz jasna czepiać się, że skala planowanych inwestycji nie powala na kolana – docelowo 12 budynków wielorodzinnych to nie tak znowu dużo nawet w mniejszym ośrodku. Można również mieć wątpliwości co do mechanizmu, który może przyczyniać się do kurczenia zasobu mieszkaniowego, pozostającego do dyspozycji miasta. Z drugiej strony jednak, po latach zostawiania tej kwestii przede wszystkim w gestii niewidzialnej ręki rynku, wysiłki na rzecz odwrócenia tego trendu warte są odnotowania.

Wędka, ryba, akcja!

Z tego samego powodu warto zwrócić uwagę na samorządowe działania na rzecz tworzenia nowych miejsc pracy. Nie chodzi tu o przyciąganie inwestorów do specjalnych stref ekonomicznych, ale o połączenie ożywiania lokalnych rynków pracy z integracją grup zagrożonych wykluczeniem społecznym.

Takimi właśnie działaniami postanowiły się pochwalić władze Starachowic. Już kilka lat temu miasto wykorzystało fundusze europejskie do stworzenia Klubu Integracji Społecznej, udzielającego porad w znalezieniu zatrudnienia oraz zapewniających osobom niepełnosprawnym pomoc dedykowanych im asystentów – od podnoszenia kwalifikacji zawodowych po zagwarantowania dostępu do Internetu w Klubie.

W ostatnim roku pomoc ta uległa dalszemu poszerzeniu. Stworzona została strategia rozwoju lokalnego sektora usług społecznych, stwarzającego użyteczne dla lokalnej społeczności miejsca pracy dla osób mających problemy z wejściem i utrzymaniem się na rynku pracy. We współpracy z władzami powiatu założona została spółdzielnia socjalna, zajmująca się utrzymaniem czystości w mieście.

Warto wspomnieć, że podobne działania realizują również bardziej konserwatywni włodarze miast – tak jak w przypadku podłódzkich Brzezin, gdzie do rozwijania lokalnych podmiotów ekonomii społecznej wykorzystuje się zamówienia publiczne. Miejmy nadzieję, że trend ten utrzyma się również po najbliższych wyborach samorządowych.

Laboratoria innowacji

Wspomniane trzy dziedziny aktywności władz lokalnych nie wyczerpują rzecz jasna tematów, poruszanych w publikacji o progresywnych burmistrzach. Chwalą się w niej programami wymiany kotłów grzewczych w Wadowicach, wprowadzenie opcji bezpłatnej komunikacji zbiorowej w Wadowicach czy aktywne działania na rzecz ograniczenia chaosu reklamowego na ulicach Świdnicy to kolejne przykłady na to, że inna polityka lokalna jest możliwa.

Nie oznacza to oczywiście, że prezentującym pozytywne rozwiązania samorządowcom należy w związku z ich działaniami bezgranicznie zaufać. Każda z zaprezentowanych przez nich polityk wymaga kontrolowania przez lokalne społeczności, a w wypadku ich przenoszenia do innych miejscowości – uwzględniania lokalnego kontekstu.

Już za kilka tygodni przekonamy się, jak progresywną politykę miejską ocenią ci, którym ma ona służyć.

Zdj. Fragment okładki publikacji „Miasta progresywne. Jak to robimy”.

Żyjemy w fascynujących czasach. W momencie, kiedy wielowiekowe systemy ustrojowe i ekonomiczne ulegają degradacji, a wciąż jeszcze nie ukształtowały się nowe. Poszukujemy więc, w swoich codziennych życiach, rozwiązań pozwalających zorganizować funkcjonowanie społeczeństwa w oparciu o inne zasady. Jedną z nich jest odświeżona wersja kooperatywizmu.

Pytanie dotyczące tak rozległej materii może spędzać sen z powiek. Ten sen, który śnimy każdego dnia biegnąc gdzieś nieświadomie, jest tylko pozornie spokojny, i dotyczy każdego z nas przenikając naszą codzienność. Ten sen to nic innego jak brak refleksji nad systemem wartości społecznych i kulturowych, w których wzrastaliśmy i którym nieustannie podlegamy. Kategoria ta, zbudowana na poczuciu winy, braku szacunku i pełna negacji godności człowieka, żeruje na instynktownym postępowaniu jednostki i jej konformizmie. Dojrzewanie w takich warunkach kreuje ludzi zdjętych lękiem – przed odpowiedzialnością za siebie, przed podejmowaniem wyborów, przed zrozumieniem emocji czy akceptacją przeszłości.

W każdej chwili mamy jednak szansę dokonać świadomego wyboru, zmienić sposób postępowania m.in. poprzez otwartość, działanie, gotowość do słuchania innych ludzi, wyciąganie wniosków i budowanie wzajemnych, głębokich relacji. Dzięki tym i wielu innym wartościom uczymy się siebie, a lepiej rozpoznając swoje realne potrzeby łatwiej możemy je zaspokajać współdziałając z innymi.

Ten nieco długi wstęp ma za zadanie pomóc zrozumieć, czym jest kooperatywizm. Za tym pojęciem kryje się bowiem oddolny ruch społeczny, który jeszcze 100 lat temu funkcjonował pod nazwą spółdzielczości. W rzeczywistości pojawił się jednak dużo wcześniej, lecz wówczas jeszcze pozbawiony nazwy, jako zjawisko budujące fundamenty samoorganizacji najniższych warstw społecznych. Współcześnie obala on złudzenie, które oferuje nam rzekomo najlepszy z możliwych do życia świat, i przewartościowuje sposób, w jaki wykorzystujemy nasze istnienie.

Wszystko, czyli nic

Dla prostego przykładu sklepy oferują tak szeroką gamę produktów, że wydaje się nam, że dysponujemy wszystkim, co niezbędne do nasycenia żołądków i wszelkich innych pragnień oraz należytego dbania o zdrowie. Tymczasem wiele z tych wyrobów ma niepełnowartościowy charakter. Nie jakość jest bowiem istotna dla producenta, lecz konieczność, wręcz przymus generowania zysku. Wytwórcy równie niechętnie ponoszą odpowiedzialność za swoje towary, co znajduje przełożenie na element zadośćuczynienia w przypadku,, gdy te okazują się wadliwe. Dotyczy to każdego elementu współczesnej cywilizacji – wspomnianego konsumpcjonizmu, kultury, pseudonaukowych badań, oficjalnych ścieżek edukacyjnych często poruszających puste problemy, a także medycyny alopatycznej odpowiadającej na symptom, a nie poszukującej realnych przyczyn.

Kooperatywa, czyli co?

Kooperatywizm w swojej istocie zmienia tę sytuację metodą małych kroków uświadomienia. Nie jest żadną formą rewolucji, niesie więc realną alternatywę, a nie tylko odświeżenie starego. Ten szeroki, oddolny ruch społeczny dąży do realnej zmiany przekonań i przyzwyczajeń, a tym samym do otwarcia na drugiego człowieka i przywrócenia zaufania na płaszczyźnie wspólnoty. Gruntowna zmiana sposobu życia odbywa się poprzez holistyczną edukację, uwzględniającą m.in. inkluzywność świata roślin i zwierząt oraz całego środowiska – współpracującego ze sobą ekosystemu kooperantów, innymi słowy współtworzący planetarny biom sprzyjający rozwojowi indywidualności z zachowaniem wszystkich potrzeb różnorodnych grup.

Taki sposób współdziałania zupełnie zmienia percepcję. Przede wszystkim uświadamia, że każde nasze działanie znajduje odzwierciedlenie w przestrzeni i ma wpływ na bieg zdarzeń. Jednocześnie pozostaje przykładem niesamowitego tygla nowoczesnego, holistycznego myślenia, które przejawia się m.in.: w sposobie podejmowania decyzji, budowaniu przedsiębiorstw (np. turkusowe zarządzanie), dbaniu o ziemię (np. agroekologia), wyborze konsumenta (np. suwerenność żywnościowa), i na wielu innych płaszczyznach.

Kooperatywa spożywcza na co dzień

Działania każdego ruchu oddolnego, a więc i kooperatyw rozpoczyna pragnienie odpowiedzi na określone zapotrzebowanie. W naszym przypadku – Poznańskiej Kooperatywy Spożywczej, była to chęć zaopatrzenia się w zdrowe, pożywne, sporządzone z należytą dbałością o walory smakowe i zdrowotne pożywienie.

Grono znajomych umówiło się z początkiem kwietnia 2011 roku co do ogólnych zasad działania grupy inicjatywnej – interesowało ich świeże, wegetariańskie, organiczne pożywienie. Następnie wyszukało odpowiedniego dostawcę, a przedstawiciele grupy nawiązali z nim bliską relację, odwiedzając go w jego w gospodarstwie, sprawdzając w jaki sposób je prowadzi i czy na pewno nie używa chemii. Spotykali się i spotykają po dziś dzień w odrobinę zmienionym i znacznie poszerzonym gronie raz w tygodniu, aby odebrać zamówione wcześniej przez internet zakupy oraz wymienić się własnymi, sporządzonymi z nich przetworami.

Umówili się również, że każdy nowoprzystępujący do grona wpłaci niewielką kwotę pieniędzy, aby to z niej można było płacić z góry dostawcom, a następnie odbierając zakupy zaistniały dług uzupełnić. Dodatkowo niewielki procent od każdych zakupów był przeznaczany na tzw. fundusz gromadzki. To z niego, można było pomóc gospodarstwu w trudnych chwilach, gdy natura pokazała swoją nieokiełznaną stronę zrywając dach w czasie burz w 2017.

Z niego też zamawiane są produkty specjalne, o długich terminach ważności, takie jak daktyle, kawy i napoje probiotyczne. Przez te lata, w miarę rośnięcia naszej oddolnej organizacji wyspecjalizowały się grupy zadaniowe odpowiedzialne m.in. za opiekę nad dostawcami, wprowadzanie nowych członków w zasady i obowiązki, a ostatnio również za zajmowanie się tworzeniem ogrodu permakulturowego i włączenie go w działania ogrodów społecznych oraz kolektywów mieszkaniowych, zajmujących się sieciowaniem osób chcących razem realizować wspólnie i tę podstawową potrzebę.

Odzyskać poczucie sprawczości

Nie jest więc prawdą, że nic od nas nie zależy! Wprost przeciwnie, zależy bardzo dużo. Dlatego nie możemy dłużej uciekać od poczucia odpowiedzialności. Należy zacząć nawiązywać trwałe i głębokie relacje międzyludzkie, które staną się źródłem zaufania i pewności, że podejmowane działania, nawet te należące do utopijnych wizji przyszłości, są możliwe do zrealizowania metodą małych kroków. Wynikać ma to nie tylko z ich słuszności, ale również przekonania, że wobec wyzwań nie stajemy sami.

Wszystko zaczyna się jednak od wyboru jednostki w postaci pragnienia zmiany samego siebie, ponieważ zmieniając siebie, zmieniamy swoje najbliższe otoczenie. Można zacząć od żywności – poprzez znalezienie najbliższego sklepu osiedlowego, targu, rolnika dostarczającego produkty bez pośredników. Następnie zadbać o naturalne kosmetyki, które nie powodują zatrucia wód. Najprościej sporządzić lub kupić podstawowe środki czyszczące i piorące, dobrane do naszych indywidualnych potrzeb. Choć nie raz może wydawać się inaczej, prostota jest zbawienna.

Inny wymiar współpracy

Kooperatywa jest więc u swych podstaw nacechowana działaniem wspartym na nieustannych próbach znalezienia świadomej odpowiedzi na własne potrzeby. W takim ujęciu doskonale wpisuje się w ideę turkusowych organizacji, dla których realizacja własnych potencjałów stanowi jeden z fundamentów funkcjonowania przedsięwzięć biznesowych. Szczególną rolę w organizacji tego typu odgrywają także prawa zwierząt, prawa człowieka czy też prawa pracownicze, np. w postaci walki o prawo rolników do urlopu.

Czy działanie kooperatyw można uznać za polityczne? Oczywiście, podobnie jak każde inne nasze działanie, wybór, słowo czy myśl! Jednak jego charakter jest maksymalnie zbliżony do ludzkich potrzeb i na te potrzeby w pełni odpowiada. I taką politykę uprawiać każdy może i każdy potrafi.

Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 29.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Partia, która do niedawna walczyła o fotel lidera opozycji oraz ugrupowanie, które mozolnie odbudowuje swoje poparcie po wypadnięciu z Sejmu pokazały swoje programy samorządowe.

Ta pierwsza współtworzy dziś Koalicję Obywatelską, mając cichą nadzieję, że nie zostanie w całości skonsumowana przez PO. Ta druga pragnie skonsolidować swoją pozycję trzeciej siły politycznej w Polsce. Na przykładzie zaprezentowanych przez nich dokumentów programowych widać wyraźnie, że pojedynek o samorządy ma jak najbardziej polityczno-ideowy wymiar – szczególnie na szczeblu wojewódzkim.

Kampanię czas zacząć

Nie ulega wątpliwości, że pierwsze z czterech wyborów, jakie czekają nas w najbliższych latach wyznaczać będą pozycje startowe poszczególnych partii w kolejnych głosowaniach. Choć sporo mówi się na temat zmian na scenie politycznej, które mają nastąpić już po nich (spośród których najważniejszą wydaje się rysująca na horyzoncie nowa, lewicowa partia Roberta Biedronia) to jednak wyniki jesiennego starcia mogą znacznie szybciej wpłynąć na morale – szczególnie w partiach opozycyjnych.

Rządzące krajem Prawo i Sprawiedliwość ma w ich wypadku przewagę wynikającą z wyniku, jakie partia osiągnęła cztery lata temu. Po wyborach w 2014 udało się mu objąć władzę jedynie w jednym sejmiku – podkarpackim. Mimo nie najgorszych wyników swoich kandydatek i kandydatów w niektórych większych miastach również i one pozostały dla niego poza zasięgiem.

Każdy dodatkowy mandat, urząd prezydencki czy przejęty sejmik będzie z perspektywy PiS sukcesem – a o ten może nie być tak trudno.

Dobre wyniki gospodarcze, transfery socjalne i ogólne poczucie prosperity (kwitowane z drugiej, liberalnej strony utyskiwaniami na brak rąk do pracy za oferowane, najczęściej niskie, stawki) nie mobilizują do głosowania przeciwko ekipie „dobrej zmiany”. Kogo z kolei miały przekonać argumenty o postępującym autorytaryzmie władzy i dusznej atmosferze politycznej w kraju, ten przekonany już najpewniej został.

Choć – jak zawsze – kampania wyborcza może odwrócić aktualnie obserwowane trendy, to na dzień dzisiejszy całkiem realistyczne wydaje się przejęcie przez PiS co najmniej części sejmików na terenach dawnej Galicji i Kongresówki. Patryk Jaki toczy bardzo ostrą kampanię w Warszawie, w obliczu której jego główny oponent, Rafał Trzaskowski, zepchnięty został do póki co do defensywy. Przykład karuzeli kandydatów liberalnej opozycji na stanowisko prezydenta Wrocławia mógł nie dodać otuchy wspierającemu ten obóz elektoratowi.

Niebiesko-czerwona konkurencja

W wypadku stolicy Dolnego Śląska górą mogła się przez chwilę poczuć liderka Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer. To jej partia bardzo nie chciała, by wspólnym z PO kandydatem był wyraźnie konserwatywny Kazimierz Michał Ujazdowski.

To prawdopodobnie jeden z nielicznych tego typu momentów dla .N po długim ciągu sondaży, które po odejściu założyciela, Ryszarda Petru, dają jej poparcie krążące w okolicach pięcioprocentowego progu wyborczego. W najbliższych wyborach okaże się, jak wiele podmiotowości będzie w stanie zachować w ramach Koalicji Obywatelskiej.

Gdzieś w tle tych zmagań próbuje odbudowywać swoje poparcie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Włodzimierz Czarzasty nie ma tu łatwego zadania, jako że po drodze wysłuchiwać musi tradycyjną litanię zarzutów, kierowanych pod adresem jego ugrupowania ze strony ideowej lewicy z Razem.

Ewentualny powrót Roberta Biedronia do ogólnopolskiej polityki wcale nie musi skończyć się, jak prognozują niektórzy analitycy, wzięciem na pokład nowego projektu Sojuszu.

Scenariusz, w którym kolejna „nowa jakość w polityce” zdobywa 10% głosów i podbiera na tyle dużo wyborców SLD, że ponownie nie wchodzi on do Sejmu, na pewno nie jest liderowi tej partii przesadnie miły.

Obu formacjom zależy zatem na dobrym wyniku wyborczym. Obie – choć mają odmienne strategie na start wyborczy – chcą zachować polityczną podmiotowość.W wypadku Nowoczesnej widoczne jest to w dodatkowym, własnym programie samorządowym. W wypadku dokumentu, pokazującego polityczne priorytety Sojuszu, dostrzegalna jest chęć udowodnienia lewicowej wrażliwości partii i jej wyraźnego odróżnienia od Koalicji Obywatelskiej, z którą rywalizować będzie o głosy.

Zestawiając ze sobą wspomniane dwa programy można zobaczyć, jak różne wizje samorządu prezentują – a tym samym w jaki sposób nasze jesienne wybory wpływać będą na logikę działania władz lokalnych w naszej okolicy.

Dobrze i tanio?

W wypadku Nowoczesnej widać wyraźnie, że pragnie ona pozostać w konsekwentnie liberalnym nurcie programowym – również w zakresie swych postulatów samorządowych. Bodaj najwyraźniej widać to w postulacie uelastycznienia możliwości przekazywania realizacji zadań publicznych organizacjom pozarządowym czy podmiotom prywatnym.

Postulat ten grozi faktycznym rozmyciem odpowiedzialności władz samorządowych, które już w obecnych warunkach potrafią posuwać się do likwidowania placówek szkolnych lub umywania rąk w kwestii zapewniania dostępu do wysokiej jakości transportu zbiorowego – szczególnie poza większymi ośrodkami miejskimi.

Choć można zrozumieć argument o przyznaniu samorządom prawa do tworzenia bardziej elastycznej struktury organizacyjnej podległych im instytucji (co miałoby pewne zalety z poziomu realizowania spójnej polityki międzysektorowej) zasadnym wydaje się zadanie pytania o to, czy w obrębie już istniejących ram prawnych nie ma możliwości stymulowania współpracy między urzędami czy między samorządem a jego otoczeniem społecznym – słowem czy problem leży bardziej w praktyce działania niż w ograniczeniach legislacyjnych. Przykłady prowadzenia już dziś placówek kulturalnych czy mających organizować lokalną społeczność przez organizacje pozarządowe zdają się potwierdzać zasadność tych wątpliwości.

Innym nietrafionym politycznym priorytetem wydaje się również pomysł na górny pułap świadczeń socjalnych na gospodarstwo domowe.

Wpisuje się on w logikę limitowania dostępu do – i tak nieszczególnie hojnej, poza wpisywanym w obręb polityki rodzinnej programem 500+ – pomocy społecznej, która przez lata hodowała warunki do nawrotu prawicowego populizmu. Logiki, która długo pozostawała nieczuła na fakt, że do dziś mocno ograniczony jest chociażby dostęp do zasiłku dla bezrobotnych i która długo nie dopuszczała do siebie myśli, że przypadki przepijania pieniędzy z programu 500+ okazały się sięgać ułamka procenta pobierających świadczenie pieniężne.

Z logiki samorządowej elastyczności wywodzą się również i inne postulaty programowe o różnym poziomie atrakcyjności. Interesująco brzmi postulat umożliwienia ustalania podstawowej stawki podatku dochodowego w obrębie ściśle ustalonych ram (3 punkty procentowe mniej lub więcej niż bazowa stała ogólnopolska).

Z jednej strony mógłby on dać bardziej ambitnym władzom lokalnym więcej środków do prowadzenia aktywnej, progresywnej polityki. Z drugiej strony nie da się lekceważyć obaw, że nawet tak nieduża swoboda może skończyć się podatkowym równaniem w dół, którego negatywnych skutków nie zminimalizowałoby nawet postulowane przez Nowoczesną przeznaczenie środków z drugiej stawki podatku PIT na specjalną subwencję wyrównawczą.

Do postulatów skupionych na efektywności dodajmy jeszcze te „oszczędnościowe”. Część wydaje się symboliczna, jak chociażby zmniejszenie liczby radnych. Inne świadczą o dużo większych aspiracjach partii Lubnauer, tak jak w wypadku zachęcania do łączenia się gmin czy rozpoczęcia dyskusji o zasadności funkcjonowania powiatów.

Z pewnością składają się one na spójną wizję samorządu – choć niekoniecznie musi być ona atrakcyjna dla osób o lewicowych czy progresywnych poglądach. Ogólnie słuszne postulaty, dotyczące promowania zielonej energetyki, naturalnych barier przeciwko hałasowi zamiast wszędobylskich ekranów czy zwiększania ilości objętych ochroną obszarów przyrodniczo cennych to za mało, by rozwiać zastrzeżenia i wątpliwości co do sztandarowych pomysłów tej partii.

Socjalne priorytety

W wypadku SLD formacja ta z pewnością nie uniknie pytań o swoją wiarygodność czy skuteczność w realizowaniu własnych postulatów. Jeśli jednak brać zaprezentowany w tym roku program samorządowy na poważnie to wypada co najmniej ostrożnie pochwalić Sojusz za umiejętny dobór priorytetów oraz proponowanych rozwiązań.

Najbardziej zauważalnym zobowiązaniem – które zapewne będzie również najtrudniejsze w realizacji – to przeznaczanie 10% dochodów własnych gminy na remonty i budowę mieszkań komunalnych. W ofercie znaleźć się mają mieszkania dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami czy dla seniorek i seniorów, a zasady planowania przestrzennego mają być realizowane tak, by 20% danego planu zagospodarowania przeznaczone było na przestrzenie publiczne – w tym tereny zielone.

Przez dokument programowy przewija się trop obniżania kosztów życia na poziomie lokalnym.

Powszechne i darmowe mają w wizji Sojuszu nie tylko przedszkola, ale i żłobki. Upowszechniać się mają programy darmowych przejazdów transportem publicznym dla uczniów i osób po 65. roku życia, a już po sześćdziesiątce działać mają Karty Seniora, umożliwiające korzystanie ze zniżek i darmowych usług.

Najbardziej zauważalną różnicą programową w porównaniu z Nowoczesną wydaje się końcowy postulat realizacji większej ilości zadań i usług publicznych przez same samorządy, nie zaś firmy zewnętrzne. Wydaje się on być pokłosiem doniesień o kiepskich warunkach pracy i płacy, które jeszcze do niedawna panować miały w sektorze sprzątania czy ochrony.

Jeśli jakaś firma chciałaby pozyskać zamówienie, musiałaby zobowiązać się nie tylko do zatrudniania na podstawie umów o pracę (czego samorząd może wymagać już dziś), ale również płacenia co najmniej 3.000 zł brutto pensji swym pracownikom.

Wszystko to – podobnie jak i hasło opieki dentystycznej czy ciepłych posiłków w szkołach – to jak najbardziej lewicowe postulaty, skierowane do osób zainteresowanych aktywną rolą samorządów w zapewnianiu dostępu do wysokiej jakości usług społecznych.

Wyzwaniem – jak już wspomniałem – będzie przekonanie elektoratu do skutecznego ich wcielania w życie. Przy założeniu, że najczęstszym koalicjantem Sojuszu po wyborach będzie najpewniej Koalicja Obywatelska będzie to wymagać niemałych zdolności negocjacyjnych, jak również umiejętności efektywnego komunikowania sukcesów, kiedy już zacznie się je osiągać.

Demokracja – reaktywacja?

Jeśli opozycyjne partie polityczne na serio chcą ratować demokrację, wówczas muszą one umiejętnie realizować dwie, nierzadko pozostające ze sobą w niemałym napięciu kwestie.

Po pierwsze muszą być w stanie pokazać, że traktują swoje postulaty na serio i nie tworzą programów wyborczych wyłącznie dla sportu. Po drugie, powinny pokazać zdolność do negocjowania i zawierania produktywnych kompromisów.

W wypadku niezdolności do osiągnięcia porozumienia kluczowe staje się pokazanie źródeł podziału oraz jego wagi, na przykład w kontekście przyświecających im wartości.

Zasady te brzmią być może banalnie, ale w obliczu spowodowanego przez PiS moralnego wzmożenia nigdy dosyć ich przypominania – no, chyba że jesteśmy zainteresowani nie tyle odnową demokracji, co zastąpieniem nieliberalnego jej wariantu niedemokratyczną odmianą liberalizmu, odrzucającą rolę sporu o wizje świata i preferującą złożenie władzy w ręce „oświeconych” i „wiedzących więcej” technokratów.

Oby w trakcie – i już po – obecnej kampanii partie opozycyjne nie poszły w tę stronę.

Zdj. Łukasz Kamiński na licencji CC BY-SA 3.0 / Adrian Grycuk na licencji CC BY-SA 3.0

Wszyscy zdają się zgadzać z tym, że czeka nas rewolucja technologiczna. Brakuje jednak przekonujących odpowiedzi na związane z nią wyzwania.

Mady Delvaux-Stehres, socjalistyczna eurodeputowana z Luksemburga, optuje za europejską polityką przemysłową, nowym systemem edukacyjnym oraz krytycznym podejściem do tego, w jaki sposób myślimy o robotach i sztucznej inteligencji.

Laurent Standaert: Jakie widzisz powiązania między kwestią przyszłości pracy a postępami robotyzacji oraz sztucznej inteligencji?

Mady Delvaux-Stehres: Najczęstszą reakcją na ten temat – zarówno w Parlamencie Europejskim, jak i w kontaktach ze „zwykłymi ludźmi”, jest zwrot „nie chcę robotów, bo zabiorą nam pracę”.

Doświadczenia poprzedniej rewolucji przemysłowej i jej osiągnięć technologicznych pokazują, że podejście to po trosze fantazja. Owszem, jedne miejsca pracy ulegały zniszczeniu, ale powstawały również inne – nawet jeśli procesowi temu towarzyszyły napięcia społeczne.

Głównym wyzwaniem musi być zapewnienie godnego życia ludziom, nie zaś spełnianie zachcianek tego czy innego przemysłu, który ma być jedynie narzędziem w służbie ludzkości.

Aktualna rewolucja przemysłowa przyczyni się do zmian w wielu dziedzinach życia, czego już zresztą jesteśmy świadkami. Jakościowa różnica polega tym razem na tym, że maszyny zastępują nie tylko pracę fizyczną, ale również (w postaci sztucznej inteligencji) tę umysłową, wykonywaną w sektorze usług. W przyszłości to nie praktykanci będą drążyć setki stron spraw sądowych – będą to robić za nich algorytmy.

Czy jednak powstanie dostatecznie dużo nowych miejsc pracy, by zrekompensować te utracone?

To ważne pytanie, na które trudno dziś o odpowiedź. Łatwo stwierdzić, gdzie będzie mniej miejsc pracy – trudniej jednak stwierdzić, w których sektorach pojawią się te nowe. W porównaniu do poprzedniej rewolucji przemysłowej cykle innowacji i produkcji są dziś znacznie szybsze.

W jaki sposób radzić sobie z taką zmianą, dbając jednocześnie o to, by za burtą pozostało możliwie jak najmniej osób? W każdym z takich cykli pojawiają się zwycięzcy i przegrani – w jaki jednak sposób możemy zagwarantować odpowiednią siatkę zabezpieczeń społecznych dla tych, którzy ją potrzebują?

Jakie kwestie są zatem najważniejsze w świecie gwałtownych zmian technologicznych?

Nierówności! To z nich wywodzą się pytania o ochronę socjalną i o edukację – dwa sektory o kluczowym znaczeniu. Po pierwsze, musimy zerwać powiązanie pomiędzy zatrudnieniem i siecią zabezpieczeń społecznych. Po drugie, musimy promować model edukacji przez całe życie. To szczególnie skomplikowana kwestia, jako że mówimy tu o systemie edukacyjnym opartym na innych niż do tej pory zasadach.

W jaki sposób powinny wyglądać te zmiany?

Edukacja powinna stanowić źródło inspiracji – uczyć kreatywności, pobudzać wyobraźnię i pozwalać rozumieć technologię. To jednak sektor, który ma trudności ze zmianą samego siebie i który ciągnie w dół nadmierna biurokracja.

W jaki sposób, poza tymi ograniczeniami, możemy uczyć kreatywności? Czy każdy chce – i jest w stanie – brać udział w takim systemie? Kiedy popatrzymy się na statystyki dotyczące nauki przez całe życie to widać wyraźnie, że najbardziej korzystają na nim osoby już wysoko wykształcone. Musimy odwrócić ten trend, pytanie o to, w jaki sposób to zrobić.

Komisja Europejska pracuje nad przygotowaniem matrycy zróżnicowanych w zależności od poziomu wykształcenia umiejętności, pozwalającej na zmapowanie zdolności przydatnych w dobie obecnej rewolucji technologicznej. To ważne działanie, jako że staramy się zdefiniować umiejętności, potrzebne do włączenia w systemy edukacyjne.

W debacie tej często kończymy na stwierdzeniu, że musimy nauczyć ludzi programowania. Nie uważam, by była to odpowiednia odpowiedź na te wyzwania. Nie każdy musi posiąść tę umiejętność, nie każdy musi bowiem zostać programistą.

Wraz ze wzrostem oczekiwanej długości życia oraz zmianami w podejściu do pracy musimy zacząć wyobrażać sobie system, w którym po zakończeniu nauki można będzie do niej powrócić.

W wielu krajach – w tym w Luksemburgu – powszechne jest przekonanie, że po zdobyciu odpowiedniego wykształcenia nauka się kończy i już się do niej nie wraca. Nie sądzę, by tego typu podejście miało być skuteczne.

Trendy edukacyjne zdają się odzwierciedlać te, widoczne na rynku pracy. Czy automatyzacja i robotyzacja przyczynią się do wzrostu nierówności?

Tego typu obawy są uzasadnione – nie tylko, jeśli chodzi o edukację, ale również dochody i poziom bogactwa. Trudno mi sobie wyobrazić, kto bez reform miałby zapewnić osobom zagrożonym wykluczeniem dostęp do korzyści, wynikłych z upowszechniania się sztucznej inteligencji.

Dostrzegam spore korzyści z upowszechniania się robotów czy sztucznej inteligencji, na przykład w ochronie zdrowia. Kto jednak zapewni do nich dostęp ogółowi populacji? Systemy zabezpieczeń społecznych coraz trudniej jest finansować, a ich powiązanie z zatrudnieniem okazuje się problemem, z którym będziemy musieli się mierzyć w przyszłości.

W większości przypadków rządy w Europie wciąż czerpią istotną część swoich dochodów z opodatkowania pracy.

Eksperci i realizowane przez nich badania nie przynoszą jednoznacznej odpowiedzi na kluczowe pytanie – o to, czy zmiany technologiczne oznaczać będą mniejszą, taką samą czy większą ilość miejsc pracy, a to przecież kluczowa kwestia. Ludzie bez przerwy dyskutują o trudnościach w finansowaniu systemów emerytalnych, ochrony zdrowia czy wsparcia dla osób bezrobotnych. Opodatkowanie płac oznacza, że im mniej miejsc pracy, tym większe czekają nas problemy.

Wszystko to w sytuacji, gdy redukowane jest opodatkowanie przedsiębiorstw czy kapitału. To szaleństwo!

W trakcie swojej kariery politycznej stykałam się ze sporą ilością innowacyjnych pomysłów podatkowych, koniec końców realizowane są jednak zachowawcze pomysły. Przykładem jest tu podatek VAT – po pierwsze już bowiem istnieje, po drugie zaś podwyższenie stawki nie wydaje się tak bardzo bolesne. Musimy myśleć o innych źródłach finansowania – jest to jednak temat tabu na szczeblu europejskim.

Opodatkowanie leży w kompetencjach państw członkowskich, przez co Unia Europejska staje się obszarem konkurencji podatkowej pomiędzy poszczególnymi krajami. Członek Unii, który decyduje się na wprowadzenie nowego podatku szybko może wpaść w paranoiczne przekonanie, że nie będą one dostatecznie konkurencyjne dla inwestorów w porównaniu z ich sąsiadami.

Wspomniałaś o podatku od robotów…

O rety, co za koszmar! Zapis na jego temat pozostał w treści mojego raportu dla Parlamentu Europejskiego.

Dlaczego uważasz go za koszmar?

Przemysł grzmiał, że zahamuje on innowacje. Nie jest to zupełnie bezpodstawna obawa. Przede wszystkim jednak należy zadać sobie pytanie o to, jak zdefiniować robota. To ważne, by (nie tylko w kwestiach związanych z opodatkowaniem) dokonywać użytecznych klasyfikacji. Zautomatyzowany odkurzacz to nie to samo co autonomiczny samochód, dron czy robot chirurgiczny.

Jeśli założyć, że roboty to nowi „robotnicy”, wówczas ich czytelna definicja staje się kluczowa.

Wracając do podatków… Jeśli nie podatek od robotów, wówczas widzę spory potencjał w podatku od transakcji finansowych. Możemy wyobrazić sobie najróżniejsze formy opodatkowania – rzeczywistość jest jednak niestety taka, że nawet w Parlamencie Europejskim nie ma szczególnego apetytu na podjęcie na ich temat dyskusji.

Niezależnie od kategoryzacji robotów czy sztucznej inteligencji to czy ich postęp nie zmusza nas do zerwania powiązania między zabezpieczeniami społecznymi a zatrudnieniem ludzi w tradycyjnie rozumianych miejscach pracy?

Jak już wspomniałam takie też jest moje zdanie – dyskusja na ten temat dopiero nas jednak czeka.

Badania wskazują na to, że najbardziej zagrożone automatyzacją i robotyzacją miejsca pracy znajdują się na wschodzie UE. Co to oznacza dla nierówności – i to nie tylko wewnątrz poszczególnych krajów, ale również między nimi?

Wspomniane nierówności między poszczególnymi państwami członkowskimi są znane. Niepokoją nas one już dziś, istnieje również istotne ryzyko ich pogłębienia. Problemem ten jest dobrze rozpoznany, brakuje nam jednak wiarygodnej odpowiedzi na to wyzwanie. Europejskie fundusze strukturalne są tu kroplą w morzu potrzeb.

Z drugiej strony warto pamiętać, że sztuczna inteligencja może być dla poszczególnych państw dobrą okazją do skoncentrowania swojego know-how w specjalizujących się w temacie regionach. Komisja Europejska wspiera to podejście za pomocą programów, takich jak wsparcie paneuropejskiej sieci hubów innowacji cyfrowych.

Kwestia nierówności pomiędzy państwami członkowskimi pośrednio łączy się z inną kwestią, która pojawiła się w twoim raporcie. Czy potrzebna jest nam europejska polityka przemysłowa?

Nie mamy tak naprawdę wielkich, europejskich czempionów – co najwyżej te narodowe. Nie jestem ekspertką od polityki przemysłowej, wydaje mi się jednak, że chęć zapobiegnięcia powstawaniu monopoli czy silnych konglomeratów wewnątrz Unii Europejskiej nie pomaga obecności Unii na szczeblu globalnym. Tylko duże, europejskie przedsiębiorstwa będą w stanie konkurować z podmiotami z Chin czy Stanów Zjednoczonych. Idea ta traktowana jest dziś jednak w Europie traktowany niczym herezja.

Nasze małe firmy są dziś wykupywane przez inwestorów z dwóch wspomnianych przeze mnie krajów, a nie przez podmioty z Europy.

Belgijska firma z sektora robotyki, którą miała przyjemność niedawno odwiedzić, nie była w stanie znaleźć w Europie kapitału na swój rozwój – otrzymała za to dobrą ofertę ze strony Chińczyków. Wywodząca się z tego kraju firma Midea kupiła niemieckiego giganta Kuka. Z podobnych powodów przejęci przez japońską grupę SoftBank zostali twórcy robota Nao – start-up Aldebaran Robotics.

Czy kwestie gospodarki cyfrowej staną się tematem przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego?

Duże państwa członkowskie rozwijają swoje strategie i wzywają do działania Komisję Europejską, zatem kwestie technologiczne mogą pojawić się w trakcie kampanii. Szerzej zakrojona, angażująca społeczeństwo debata publiczna wciąć jednak przed nami. Choć dyskutuje się dziś o kwestiach ochrony danych czy o skandalu wokół Facebooka, to istotne zmiany systemowe nie pojawiają się na stole po to, by nie wystraszyć elektoratu.

Czy kwestie technologiczne nie są przypadkiem problemem dla europejskiej lewicy? Czy nie postrzega ich ona przypadkiem jako antypracowniczych?

To dyskusja, którą sama miałam niedawno w swojej partii. Mam na ten temat swoje zdanie. Uważam, że partie lewicowe powinny być otwarte na nowoczesność i przyszłość. Nie możemy być przeciwnikami technologii. Musimy przejąć nad nią kontrolę i uczynić z niej narzędzie w służbie pracowników, spójności społecznej oraz walki z nierównościami. Jeśli tego nie zrobimy, wówczas konserwatyści wykorzystają ją przeciwko większości społeczeństwa.

Czy mamy w Europie do czynienia z jakimiś punktami wspólnymi, jeśli chodzi o lewicowe podejście do technologii?

Nie. Ubolewam nad jej nieufnością wobec zmian. Uwaga skupia się na pojedynczej kwestii – znikają miejsca pracy, zatem musimy być przeciwko niej. Nie jest to jednak przekonująca odpowiedź.

Artykuł „Touchy About Technology: Jobs and the Challenge for the Left” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.

Zdj. LSAP na licencji CC BY 3.0

Już w grudniu br. Polska i Katowice będą gospodarzem największego politycznego wydarzenia światowej rangi – Szczytu Klimatycznego. 11.08., pod patronatem Prezydenta RP i prezydenta Miasta Katowice, z udziałem przedstawicieli polskiego rządu, odbyła się konferencja Pre-COP otwierająca inicjatywę pod nazwą Górnictwo OK.

Wkrótce będzie za późno, czeka nas tragedia, apokalipsa (…) nie ma innej drogi jak odejście od spalania węgla, ropy i gazu, tylko dekarbonizacja – apelują autorytety w dziedzinie ochrony środowiska. Polska nie tylko nie podejmuje działań, aby zatrzymać zmiany klimatu, lecz ma całkiem inne stanowisko. Czy na grudniowym Szczycie Klimatycznym COP24 w Katowicach Polska zamierza negować kryzys klimatyczny?

Kryzys klimatyczny jest faktem i potrzebujemy odpowiedzialnego i sprawiedliwego odejścia od węgla. Zielona energetyka to wzrost gospodarczy i nowe miejsca pracy. O tym przedstawiciele NGO-sów opowiedzieli na briefingu poprzedzającym konferencję pro węglowego Społecznego Pre-COP 24 grupującego producentów węgla, firm i naukowców kooperujących z branżą górniczą.

Nigdy w historii ludzkości nie byliśmy jako gatunek w takim momencie i miejscu. Nigdy jeszcze za naszej bytności na tej planecie nie staliśmy wobec takiego wyzwania.

Pod koniec 2017 roku na łamach prestiżowego czasopisma „Bioscience” ukazał się apel 15 364 przedstawicieli świata nauki ze 184 krajów do ludzkości (World Scientists’ Warning to Humanity: A Second Notice). Przesłanie jest mocne i wyraziste:

nasz wpływ na biosferę jest destrukcyjny. Według ekspertów, dziś sytuacja środowiskowa jest znacznie gorsza, niż 25 lat temu (wówczas ukazało się pierwsze ostrzeżenie naukowców dla ludzkości) i prawie wszystkie zidentyfikowane wtedy problemy powiększyły się.

Nigdy w historii ludzkości nie byliśmy, jako gatunek w takim momencie i miejscu. Nigdy jeszcze za naszej bytności na tej planecie nie staliśmy wobec takiego wyzwania – podkreśla prof. Piotr Skubała, z Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego i nie pozostawia złudzeń, że aby zapobiec katastrofie klimatycznej trzeba zacząć działać jak najszybciej. Przywołując słowa kardynała Petera Turksona wypowiedziane na seminarium w Watykanie, profesor Skubała podkreśla, że ocieplenie klimatu i podnoszenie stanu mórz, prowadzi do zagrożenia ludzkiej egzystencji.

Profesor Skubała prorokuje, że negując kryzys klimatyczny, Polskę, jako kraj piastujący prezydencję czeka kompromitacja. Według zapowiedzi, zamiast wspierać przeciwdziałanie postępującym zmianom klimatycznym i łagodzić ich skutki, Polska będzie prezentować własne stanowisko, odmienne od postanowień m.in. Unii Europejskiej, Rady Europy czy Komisji Europejskiej, mimo iż podpisała ramową konwencję ds. ochrony klimatu.

Diana Maciąga ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot podkreśla – aby utrzymać wzrost średniej temperatury dużo poniżej 2˚C potrzebne jest zamykanie elektrowni węglowych do 2035 r. Polsce datę graniczną wyznaczono do 2030 r. Tymczasem zamiast odchodzić od elektrowni, u nas buduje się nowe. Skandalicznym przykładem jest nowy projekt budowy Elektrowni Ostrołęka C o mocy 1000MW. Jest to zagrożenie nie tylko dla zdrowia, środowiska, ale też dla krajowej energetyki, w tym nowych miejsc pracy w sektorze OZE. Jest to także blokada rozwoju czystej energetyki na dekady i drogi prąd – wymienia Diana Maciąga. Według Stowarzyszenia Pracowni na rzecz Wszystkich Istot projekt skazany jest na porażkę, marnowana jest prawdziwa szansa na rozwój społeczno-gospodarczy regionu i energii opartej na efektowności energetycznej i OZE.

– Kryzys klimatyczny jest faktem. Jako mieszkańcy Górnego Śląska jesteśmy o tym przekonani, podobnie jak środowisko naukowe. Potrzebujemy radykalnych działań w zakresie zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, bo źródłem wzmożonej emisji jest człowiek i jego działalność – mówi Patryk Białas, Prezes Stowarzyszenia BoMiasto i koordynator Sieci Spikerów Klimatycznych. – Prelegentem na Pre-COP24 jest prof. William Happer, który neguje zamiany klimatu. Obawiamy się, że to zapowiedź kierunku stanowiska Polski na grudniowy Szczyt Klimatyczny. Potrzebujemy polityki klimatyczno-energetycznej kraju. Śląsk potrzebuje okrągłego stołu w sprawie odejścia od węgla w kierunku zielonej energetykiwylicza Białas.

Nowe inwestycje w odnawialne źródła energii oznaczają też wbrew temu, co komunikuje rząd, wzrost zatrudnienia. Eksperci firmy Bergman Engineering, która specjalizującej się w rekrutacji inżynierów, szacują, że sektor OZE może potrzebować nawet 7 tysięcy inżynierów.

Pracę przy nowo powstających obiektach w sektorze Odnawialnych Źródeł Energii znajdą zarówno projektanci, jak i osoby do prac wykonawczych m.in. spawacze, hydraulicy, monterzy, budowlańcy czy pracownicy nadzoru budowlanego.

Według statystyk prowadzonych przez IEO do końca 2014 r. energetyka odnawialna stworzyła da w Polsce ok 33,8 tys. miejsc pracy. Najważniejszym źródłem zwiększenia zatrudnienia w energetyce odnawialnej jest krajowa produkcja urządzeń.

Realizacja tego scenariusza pozwoliłaby podnieść zatrudnienie w energetyce (z uwzględnieniem energetyki konwencjonalnej, w tym węglowej) ze 168 tys. w 2010 do 173 tys. w 2030. Jeżeli natomiast w dalszym ciągu będzie kontynuowana dotychczasowa polityka energetyczna może to doprowadzić do spadku zatrudnienia w całej energetyce o 79 tys. miejsc pracy.

Więcej informacji: Patryk Białas, stowarzyszenie BoMiasto, koordynator Sieci Spikerów Klimatycznych Katowice, tel. 606739037, patrykbialas@gmail.com

W latach 90. mieszkańcom regionu Loary we Francji udało się powstrzymać plany budowy zapory na rzece i uzyskać poparcie rządu dla ich własnego pomysłu na rozwój regionalny: eksploatację środowiska miała zastąpić ochrona przyrody, a betonowe inwestycje – ekoturystyka. O tym, co z tego wynikło, rozmawiamy z Bibim, szkutnikiem znad Loary.

Jest niedziela, 15 sierpnia 2017 r. W Toruniu, gdzie zaczął się właśnie ostatni dzień Festiwalu Wisły, jest ciepło i słonecznie. Schodzimy w dół betonowego bulwaru, do krawędzi wody, gdzie przycumowane są tuziny drewnianych flisackich łodzi przybyłych na festiwal. Po nabrzeżnych kamieniach wchodzimy na tratwę z bali należącą do flisaków z Ulanowa, żeby z niej dostać się do łodzi. Bibi czeka na nas na piaszczystej łasze pośrodku rzeki. Festiwalową scenę i jarmark na bulwarach widać stamtąd dobrze, ale ich nie słychać – na łasze jest cicho i spokojnie, tylko woda chlupie o łagodny piaszczysty brzeg, przy którym, brodząc po kolana, kilkoro flisackich dzieci bawi się patykami.

Na zdjęciu: Jean-Marc Benoit i Kuba Gołębiewski

Bibi, oficjalnie Jean-Marc Benoit, jest szkutnikiem znad Loary. Do Torunia z Nevers we Francji przypłynął rzekami i kanałami, pokonując swoją drewnianą łodzią grubo ponad półtora tysiąca kilometrów – dokładnie tak, jak obiecał to rok wcześniej organizatorom Roku Rzeki Wisły. Podróż trwała 25 dni. Kiedy dopływamy do łachy, Bibi właśnie kończy usuwanie drobnej awarii silnika.

Zaczynamy od dziejów żeglugi na Loarze. Bibi mówi, że po rzekach we Francji żeglowało się od zawsze. Statki handlowe kursowały po Rodanie i Loarze od czasów rzymskich, wożąc między innymi wino, które trafiało do Brytanii. Żeglowano, nie przekształcając rzek, tylko budując odpowiednie łodzie.

– We Francji, mówi Bibi, odkryto niedawno łódź handlową z czasów rzymskich, a w Polsce kilka lat temu odkopano szkutę wiślaną, i to jest dokładnie taka sama łódź, ta sama konstrukcja i ta sama symbolika!

W pierwszej chwili nie wierzę, ale licząca sobie 2 tys. lat łódź wydobyta z Rodanu w Arles rzeczywiście ma płaskie dno, wręgi, belkę sterową i kształt bardzo przypominające drewniane łodzie wiślane. Być może oznacza to, że optymalną konstrukcję rzecznej łodzi znano w Europie od starożytności i nie zmieniła się ona aż do czasu, gdy rzeki straciły na znaczeniu jako szlaki handlowe. A może szkutnicy starający się dobrze rozumieć rzekę po prostu wszędzie dochodzą do podobnych rozwiązań?

Pojawienie się kolei ok. 1850 roku zapoczątkowało schyłek żeglugi na Loarze. Przewożenie towarów pociągami bardzo szybko okazało się tańsze, szybsze i wygodniejsze od transportowania ich rzekami. Po pierwszej wojnie światowej na Loarze pozostał już tylko handel lokalny i rybacy, tak jak ojciec Bibiego zaopatrujący lokalne restauracje w świeże ryby.

Przewaga kolei była tak ewidentna, że na pomysł „przywracania żeglowności” Loary i regulowania jej koryta na potrzeby wielkogabarytowego transportu nikt nie wpadł, ale zagrożenie dla rzeki nadeszło z innej strony. W roku 1971 pojawił się pomysł przegrodzenia jej tamą (trzecią, na Loarze istniały już dwie starsze zapory) i zbudowania elektrowni wodnej. Po wielkiej powodzi w 1980 r. budowę zapory zaczęto uzasadniać względami ochrony przeciwpowodziowej, twierdząc, że utworzony przez nią zbiornik ochroni ludzi przed wielką wodą i zapobiegnie letnim niżówkom. Realizacja projektu oficjalnie rozpoczęła się w lutym 1986 r., mimo że budowa tamy oznaczała wyrok dla okolicznych malowniczych wąwozów i zabytkowej wsi oraz drastyczne zmiany w całym ekosystemie rzeki poniżej zbiornika.

Na drodze tych planów stanęła jednak Christine Jean, biolożka i aktywistka ekologiczna z Nantes. „Madame Loara”, jak później nazwała ją francuska prasa, namówiła małe lokalne organizacje przyrodnicze z regionu do połączenia sił. Tak powstał ruch S.O.S. Loire Vivante, który za cel postawił sobie zapobieżenie budowie tamy. Ruch wsparły organizacja WWF i francuska federacja organizacji ekologicznych FFSPN.

W 1988 r. Przedstawiciele S.O.S. Loire Vivante złożyli wniosek o przeprowadzenie oceny oddziaływania zapory na środowisko. W tym samym roku rozpoczęła się „okupacja” miejsca planowanej budowy, gdzie aktywiści założyli stały obóz. Trzy lata później, po licznych demonstracjach, wymianach pism, konferencjach, protestach i po ogólnonarodowej mobilizacji, w ramach której w obronie Loary zebrano ponad 100 tys. podpisów, a także po podpaleniu obozu przez nieznanych sprawców, rząd francuski oficjalnie porzucił projekt zapory Serre de la Fare. Rok później Christine Jean uhonorowano prestiżową nagrodą Goldman Prize.

Jej organizacja nie spoczęła jednak na laurach i przez kolejne lata walczyła o trwałe zabezpieczenie dziedzictwa przyrodniczego Loary. Udało się to w 1994 r., kiedy rząd ogłosił plan rozwoju dla regionu, stawiający na pierwszym miejscu ochronę jego walorów przyrodniczych. Przy okazji okazało się, że jednak istnieją inne niż zapora sposoby zabezpieczenia się przed powodziami: nad Loarą zrobiono rzecz najbardziej oczywistą, czyli radykalnie ograniczono zabudowywanie terenów zalewowych. Sprawa tamy Serre de la Fare była definitywnie zamknięta, co najwyraźniej nie wszystkim przypadło do gustu, bo w tym samym roku działający jeszcze obóz obrońców Loary został podpalony po raz drugi. Niemniej, rzeka była już bezpieczna.

Płynąc do Bibiego na łachę spodziewaliśmy się zatem usłyszeć pokrzepiającą historię o uratowanej rzece i ludziach, którzy dziś spokojnie i dostatnio żyją nad jej brzegami z rybactwa i turystyki przyrodniczej. Okazuje się jednak, że kłopoty Loary nie skończyły się wraz z odesłaniem zapory Serre de la Fare do lamusa, i o ile turystyka przyrodnicza i tradycyjna żegluga w regionie rzeczywiście rozwijają się coraz lepiej, z rybactwem sprawa wygląda zupełnie inaczej, a uratowaną przed przegrodzeniem Loarę trapią inne ekologiczne plagi.

– Mój ojciec był rybakiem – opowiada Bibi – i ja w młodości też pracowałem razem z nim jako rybak. Ale na początku lat dwutysięcznych pojawił się w rzece małż zawleczony z Azji przez kontenerowce zawijające do portu w Nantes. To stworzenie, które bardzo skutecznie odfiltrowuje plankton z wody – do tego stopnia, że w Loarze przy trzech-czterech metrach głębokości widać teraz dno. A to znaczy, że nic nie zostaje do jedzenia dla ryb. Ryby się rozmnażają, ale nie rosną – są bardzo, bardzo małe, z nieproporcjonalnie wielkimi oczami, co świadczy o braku pokarmu. Przed tą inwazją mieliśmy dwóch pracowników i obsługiwaliśmy dziesięć restauracji. Łowiliśmy wtedy około 8 ton ryb rocznie. Kiedy pojawił się małż, w ciągu dwóch lat roczne połowy spadły nam do 500 kg. Wszystko robiliśmy tak samo: te same metody, ta sama łódź i ta sama rzeka, ale ryb już nie było. Wcześniej łowiłem tyle, ile w swoim czasie łowił mój ojciec, który z kolei łowił tyle samo, ile dawniej łowił mój dziadek. Braliśmy z rzeki tyle, ile było trzeba, zostawiając tyle, żeby ryby mogły się odrodzić. Ale po inwazji małża wszystko się załamało.

Małż, o którym mówi Bibi, to Corbicula fluminea. Naturalnie występuje w Azji, w naszych stronach nie był dotąd znany, stąd nawet nie ma polskiej ani francuskiej nazwy. We Francji pojawił się najpierw w dolnej części rzeki Dordogne, gdzie po raz pierwszy zaobserwowano go w latach 80. W Loarze pierwsze osobniki znaleziono w 1990 r. w pobliżu ujścia rzeki, dziesięć lat później był już obecny w jej środkowym biegu. Corbicula fluminea rzeczywiście bardzo szybko „oczyszcza” wodę z planktonu. Co gorsza, jego odchody zawierają bardzo dużo azotu i fosforu, i spływając do morza, przyczyniają się do zakwitów sinic. We Francji małż wypiera rodzime gatunki, tworząc na dnie rzek zwarte dywanowe kolonie. Jest też obecny w Polsce: kilkanaście lat temu zaobserwowano go w Odrze, do której prawdopodobnie trafił przy okazji zarybień narybkiem hodowanym w zachodnioeuropejskich rzekach. Od pewnego czasu trwa również jego marsz w górę Wisły: latem tego roku po raz pierwszy zaobserwowano go powyżej stopnia Kościuszko na Wiśle i w rzece Skawince.

Do tego Loara jest cały czas zanieczyszczana. Bibi opowiada o położonych nad rzeką napoleońskich fabrykach broni, garbarniach i papierniach, które w owym czasie zrzucały ścieki prosto do wody.

– To wszystko nadal w rzece jest. Potem przyszły sztuczne nawozy z rolnictwa, po nich elektrownie atomowe, a znowu po nich piaskarze. Ci wybrali z dna rzeki tyle piasku, że poziom wody się obniżył, i płytkie boczne odnogi nurtu pozanikały. Kiedyś w tych odnogach rozmnażały się ryby, teraz nie ma tam w ogóle wody, została „preria”. Woda nie zalewa już okresowo wysp na rzece, więc zarastają drzewami, zmienia się krajobraz, zmienia się skład gatunkowy ryb i roślin, nie ma już równowagi. Tak dokładamy tej rzece od czasów Napoleona, a ona nie jest już w stanie tego wytrzymywać.

Bibi patrzy przez chwilę na płynącą przed nami Wisłę, i mówi dalej: – Kiedy patrzysz na rzekę, to widzisz tę samą wodę, którą piły dinozaury, i którą sikały. To jest ciągle ta sama woda. A nam w sto czy dwieście lat udało się zaszkodzić jej bardziej niż komukolwiek innemu przez miliony lat. I to nie jest normalne.

Nie mogąc dłużej żyć z wyłącznie z łowienia ryb, rybacy znad Loary zaczęli szukać sobie innych zajęć. Wiele osób pracuje obecnie w turystyce, w tym turystyce przyrodniczej, Bibi jest jednym z kilku szkutników budujących łodzie do rekreacyjnego pływania po Loarze. Część osób zajęła się akwakulturą, co zresztą przyniosło kolejne problemy ekologiczne. Pytamy Bibiego, czy ktoś w rządzie porównuje koszty społeczne wynikające ze zniknięcia ryb i rybackich miejsc pracy z zyskami przynoszonymi przez działalność niszczącą rzekę.

– A kto siedzi w ministerstwie, kto siedzi w parlamencie? Przecież nie rybacy. Tam są ludzie z energetyki, transportu, wielkiego agrobiznesu. Nie ma tam ludzi takich jak my. Do tego dochodzi lobbing, na zasadzie: zapłacę ci za bilbordy w kampanii, ale potem o mnie pamiętaj. Tak to działa, wydaje mi się, że wszędzie. A potem robią ludziom wodę z mózgu, wymyślają drogie projekty i nie słuchają, co ma do powiedzenia zwykły człowiek na miejscu. Ja znam się na łowieniu ryb i wiem, jak zrobić przepławkę, żeby ryby do niej trafiały, wiem, jak ryba płynie i jak ją skierować we właściwą stronę. Ale teraz przepławki projektuje na komputerze ktoś w biurze w Paryżu, kto nawet nie przyjedzie obejrzeć terenu. We Francji mamy taki system, że projektant dostaje procent od wartości całego projektu. Dlatego projektuje się rzeczy bardzo skomplikowane, ogromne, odporne nawet na trzęsienia ziemi. Jeśli dostajesz z tego choćby 1-2 proc., to już jest niemało. Proste rozwiązania nikogo nie interesują. My mówimy, że stowarzyszenie zrobi przepławkę niewielkimi środkami, która przy okazji lepiej wpasuje się w krajobraz, ale nie. Oni wolą wylać milion metrów sześciennych betonu robiąc przepławkę zaprojektowaną na komputerze w Paryżu, która zresztą i tak nie zadziała.

Chociaż z naszej rozmowy o Loarze ostatecznie wyłania się obraz mniej optymistyczny niż się spodziewaliśmy, Bibi wydaje się na swój sposób spokojny o przyszłość. – Ludzie muszą w końcu zrozumieć, że to nie Ziemia potrzebuje nas, ale my Ziemi, mówi nam. Być może właśnie z niepodważalności tej prawdy czerpie swoją spokojną nadzieję na lepszą przyszłość dla rzek i całej przyrody, mimo że nie ma żadnych złudzeń co do motywacji polityków oraz obecnego stosunku sił między obrońcami przyrody a tymi, którzy zarabiają na jej niszczeniu, i rozumie jak mało kto, jak bardzo wroga wobec przyrody jest konfiguracja całego współczesnego systemu ekonomicznego.

Z drugiej strony historia Loary jest bardzo wyraźnym przykładem na to, że wystarczająco zdeterminowana lokalna społeczność może swój kawałek przyrody próbować wyrwać z tego systemu, a potem obrać inny kierunek i model rozwoju – w tym przypadku oparty na ochronie dziedzictwa przyrodniczego i korzystaniu z niego bez niszczenia.

Przed obrończyniami i obrońcami Loary wciąż wiele do zrobienia, ale udało im się osiągnąć rzecz bodajże najważniejszą – polityczną decyzję o uznaniu dziedzictwa przyrodniczego za podstawę rozwoju regionu. Rzeka nie jest w takim stanie, w jakim Bibi pragnąłby ją widzieć, ale ma się o wiele lepiej niż wiele innych rzek na świecie (Bibi z przerażeniem wspomina o losie czekającym rzeki w Turcji), a przede wszystkim udało się odsunąć ryzyko jej dalszej dewastacji gargantuicznymi inwestycjami podejmowanymi w imię krótkoterminowego zysku.

Przed nami jest do zrobienia jeszcze więcej, bo, jak mówi Bibi, w Polsce jesteśmy w tym miejscu, w którym mieszkańcy doliny Loary byli w latach 80. W tej pracy jego zdaniem najważniejsze jest uświadamianie i uwrażliwianie ludzi. Bibi podkreśla mocno, że zakazy i konfrontacja nic nie dadzą. Rzeczywiście, każdy narzucony z góry zakaz można zignorować lub obejść, ale zagłuszyć świadomość konsekwencji własnych czynów – kiedy się ją już ma – jest dużo trudniej. Pewnie dlatego Bibi mówi nam na koniec: – Przede wszystkim, rozmawiajcie o tym z dziećmi.


Z Bibim o rzece rozmawiali Kuba Gołębiewski i Izabela Zygmunt

Toczy się aktualnie debata nad Wspólną Polityką Rolną Unii Europejskiej po 2020 roku. A jest się nad czym zastanawiać, bo WPR wciąż pochłania ok. 40% unijnego budżetu.

Czas najwyższy, aby zrewidować nie tylko samą politykę rolną, ale też szerzej długofalową strategię rozwoju rolnictwa w Unii Europejskiej. Trzeba przede wszystkim głośno przypominać, że rolnictwo nie jest celem samym w sobie, a tylko środkiem. Wspieranie rolnictwa i rolników musi służyć dostarczaniu dobrej jakości żywności wszystkim mieszkańcom Unii, utrzymaniu w dobrym stanie środowiska naturalnego obszarów wiejskich dla dzisiejszych i przyszłych pokoleń, budowaniu i wzmacnianiu żywotnych i zintegrowanych społeczności wiejskich oraz  ich współpracy i więzi z mieszkańcami miast, szczególnie tych geograficznie bliskich. Przy czym nie tylko żywność, którą kupujemy w sklepach, ma być bezpieczna dla konsumenta, ale też „ślad ekologiczny”, a przede wszystkim „ślad klimatyczny” tej żywności musi być jak najmniejszy. Równie ważne jest też minimalizowanie cierpienia zwierząt i troska o ich dobrostan.

Oczywiście Wspólna Polityka Rolna znacząco ewoluowała od czasu jej utworzenia w Traktacie Rzymskim w  1957 roku, stopniowo rezygnując z polityki zorientowanej na produkcję. Jednakże ewolucja ta nie nadąża za wyzwaniami, jakie stwarza coraz szybciej rozwijająca się globalna neoliberalna gospodarka, w której coraz mniejsza ilość, a za to  coraz większych korporacji międzynarodowych narzuca obywatelom świata swoją wolę za pośrednictwem spolegliwych polityków. Konsumenci mają coraz mniejszą kontrolę nad tym, co jedzą, a przecież to, co jemy, decyduje o naszym zdrowiu. Nie wiemy też, jak została wyprodukowana żywność, którą kupujemy, nawet ta nieprzetworzona, oraz jakie przy tym powstały szkody dla środowiska, dla zwierząt i dla rolników i ich rodzin. W dobie gwałtownych zmian klimatu nie wolno też zapominać, że bardzo duża część, jeżeli nie większość światowych emisji gazów cieplarnianych wpływających na klimat wynika z łańcucha żywienia ludzi – od produkcji rolnej, poprzez przetwórstwo i pakowanie, transport i dystrybucję do przerobu odpadów.

Dlatego czas najwyższy, aby Wspólna Polityka Rolna stała się Wspólną Polityką Rolnictwa i Żywności.  Czas też, aby wreszcie przestała być technokratyczno-biurokratycznym systemem dopłat dla rolników i innych właścicieli ziemi rolnej – bo przecież do tego się wciąż sprowadza WPR w wielu krajach członkowskich UE, mimo kolejnych reform. Czas najwyższy, aby ta niezwykle ważna unijna polityka stała się wreszcie polityką radykalnej transformacji, a nie łagodnej ewolucji, z szerokim zestawem wiążących kraje członkowskie zasad, regulacji i narzędzi finansowych i organizacyjnych. Zasady takiej WPRiŻ powinny wynikać z pogłębionej strategicznej i długofalowej wizji:  jakiego systemu żywienia chcemy i jakich obszarów wiejskich.

Strategia ta musi być oczywiście wbudowana w strategiczną wizję przyszłości Unii Europejskiej, nad którą również toczy się aktualnie debata. Jeżeli neoliberalna wizja „Europy dla mrówkojadów, a nie dla mrówek” nadal będzie zwyciężać (patrz: „Gra o Europę”, Fundacja Strefa Zieleni, 2013), to WPR, nawet przekształcona w WPRiŻ, będzie nadal służyła przede wszystkim redystrybucji pieniędzy podatników europejskich do kieszeni wielkich i dużych posiadaczy ziemskich. Małe gospodarstwa rodzinne będą w dalszym ciągu, i coraz szybciej, znikać, a społeczności wiejskie – złożone z coraz bardziej zadłużonych, poddanych coraz większej presji, konkurujących ze sobą i z korporacyjnymi wielkimi fermami dużych gospodarzy, żyjących obok rodzin zubożałych i pozbawionych gospodarstw – będą podlegać coraz głębszej dezintegracji i w związku z tym nacjonalistycznej, antyunijnej radykalizacji. Skutki takiej ewolucji będą katastrofalne, zarówno dla żywotności obszarów wiejskich, jak i dla jakości żywienia – a więc i dla zdrowia – Europejczyków, w tym nas, Polaków.

Istotne jest, aby Wspólna Polityka Rolnictwa i Żywności była powiązana i spójna z innymi politykami unijnymi, w szczególności klimatyczną, zdrowia, ochrony środowiska i bioróżnorodności, energii, edukacji i handlu. Przy okazji negocjacji przez Komisję Europejską porozumień o handlu i inwestycjach UE z USA (TTIP) czy Kanadą (CETA), masowe protesty i debaty obywatelskie pokazały, że takie wielosektorowe porozumienia handlowe są wielkim zagrożeniem dla europejskiego rolnictwa rodzinnego i bezpieczeństwa żywności, gdyż rolnictwo i żywność są zawsze dla negocjatorów unijnych walutą przetargową dla uzyskania ułatwień eksportowych dla innych sektorów, głównie przemysłowych. Dlatego żywność i rolnictwo muszą być bezwzględnie wyłączone z wielosektorowych porozumień handlowych – mogą być wyłącznie przedmiotem specyficznych porozumień branżowych.

Śledząc ewolucję WPR od 1957 roku do dziś, obserwujemy stopniowe odchodzenie od  początkowej ambicji tworzenia ujednoliconego europejskiego rynku produktów rolnych i pozostawianie państwom członkowskim coraz większej swobody w wyznaczaniu priorytetów i zasad polityki rolnej. Przywiązanym do narodowej suwerenności mieszkańcom obszarów wiejskich taki kierunek wydaje się pożądany, ale sprzyja on „Europie dwóch prędkości” konsumenckich i ekologicznych. Przejawami tego zjawiska są np. inne składniki w produktach przetworzonych sprzedawanych pod tą samą nazwą i marką w krajach zachodnich i w krajach Europy Centralnej, czy też droższe i trudniej dostępne produkty z upraw ekologicznych w krajach, w których rolnictwo ekologiczne jest marginalizowane, np. w Polsce. Niedostateczna wiedza i świadomość ekologiczna rolników i decydentów w krajach takich jak nasz – podatnych na presję międzynarodowych korporacji agrochemicznych i firm produkujących maszyny rolnicze, promujących „modernizację” wsi polegającą na coraz większej koncentracji, uprzemysłowieniu i schemizowaniu produkcji rolnej – prowadzi do szybkiej degradacji środowiska, zanieczyszczenia wód gruntowych, eutrofizacji rzek i mórz, wyjaławiania gleb, utraty bioróżnorodności, w tym wymierania pszczół i dziko żyjących owadów zapylających, wreszcie zwiększonej zachorowalności mieszkańców wsi i miast na choroby cywilizacyjne, w tym zaburzenia hormonalne i raka. Nie służy też wyrównywaniu wysokości dotacji rolnych między dawnymi i nowymi państwami członkowskimi, gdyż nie realizując unijnej transformacyjnej i proekologicznej polityki –przekonujemy partnerów w Unii, że pieniądze podatników europejskich będą przez nas źle wydane.

W istniejącym systemie WPR są tzw. dwa filary: pierwszy filar wspiera rynek, ceny produktów rolnych i dochody rolników (tu mamy m.in. dotacje bezpośrednie dla rolników konwencjonalnych od hektara ziemi), drugi, utworzony w 1999 r., wspiera utrzymanie środowiska i rozwój obszarów wiejskich, w tym dotuje rolnictwo ekologiczne. Istota i ważność drugiego filara jest w wielu krajach członkowskich niezrozumiała ani dla potencjalnych beneficjentów, ani dla decydentów, ze względu na brak wiedzy i świadomości ekologicznej, niezrozumienie globalnych wyzwań i strategii unijnej i niedostrzeganie interesu rolników w takiej polityce. Dodatkowo, konieczność uczestniczenia państw członkowskich w finansowaniu z drugiego filara wpływa negatywnie na jego wykorzystanie. Polska skorzystała z istniejącej możliwości dokonywania przez kraje członkowskie w latach 2014-2020 przesunięć między filarami na poziomie do 15% i jako jedyny kraj członkowski przesunęła część środków z drugiego filara do pierwszego.

Drugi filar, tzw. rolno-środowiskowy, nie będzie skutecznie pomagał w rozwoju upraw ekologicznych, dopóki techniki upraw ekologicznych – ale także nowe zagadnienia z zakresu przyjaznej środowisku i zdrowiu produkcji żywności ,jak agroekologia, permakultura, zintegrowana gospodarka chwastami bez herbicydów czy hydroponika – nie będą obowiązkowymi przedmiotami pogłębionego nauczania w szkołach dla rolników i na uczelniach rolniczych.

Ale aby strategia ekologicznej transformacji wsi i rolnictwa mogła być realizowana, każdy rolnik, a już szczególnie absolwent średniej czy wyższej szkoły rolniczej, musi mieć również podstawową wiedzę z zakresu ekologii i ekosystemów – m.in. wiedzieć o roli drzew i alei drzewnych, kęp krzewów i zagajników, miedz, obrośniętych drzewami i krzakami strumieni i stawików dla skuteczności usług ekosystemowych w rolnictwie. Do tego musi być dobrze poinformowany o zmianach klimatu, masowej utracie bioróżnorodności i prawach zwierząt.  Powinien obowiązkowo dowiedzieć się o zagrożeniach, jakie w dłuższej perspektywie stanowią dla gleb monokultury przemysłowe, a dla bioróżnorodności – uprawy na otwartych polach roślin genetycznie modyfikowanych. Musi dowiedzieć się o niebezpieczeństwach technik opartych na opryskach dojrzałych pól rzepaku czy pszenicy herbicydami zawierających glifosat, oskarżanymi m.in. o szkodliwość dla owadów zapylających.

Rolnik nie może być uczony technik rolniczych wyłącznie z perspektywy „nowoczesności”, „modernizacji” i „naukowości”, czyli z perspektywy zasady dowodów naukowych obowiązującej w Światowej Organizacji Handlu, która głosi, że brak dowodów naukowych na szkodliwość nowej substancji chemicznej upoważnia do jej użycia, dopóki tych dowodów nie będzie (w ten sposób usunięcie DDT ze światowych pól trwało 53 lata…). Przeciwnie, europejski rolnik musi być solidnie uwrażliwiony na unijną traktatową zasadę ostrożności (lub przezorności), stosowaną wobec nowych technologii podejrzanych o możliwość szkodliwego oddziaływania na środowisko i zdrowie. Zasada ta jest wielkim osiągnięciem cywilizacyjnym Unii Europejskiej i mówi, że mimo braku dowodów naukowych zachowujemy w stosunku do nowych technologii proporcjonalne środki ostrożności, tak jakby potencjalne zagrożenie było rzeczywiste.

Co więcej, przyszły rolnik powinien otrzymać w szkole szeroką wiedzę o zrównoważonym rozwoju obszarów wiejskich, o organizacyjnych i prawnych możliwościach współpracy rolników między sobą (grupy producenckie, spółdzielnie), o różnych formach bezpośredniej sprzedaży produktów (sklepy internetowe, kooperatywy spożywcze, RWS-y). W ramach edukacji dla zrównoważonego rozwoju powinien też wiedzieć o  energii ze źródeł odnawialnych, w której tworzeniu jako rolnik mógłby uczestniczyć, o korzyściach z samodzielnej produkcji i sprzedaży przetworów z własnych upraw czy z przyjmowania w gospodarstwie turystów, jako dodatkowych źródłach dochodu.

Dużo miejsca w edukacji zawodowej rolnika powinno być poświęcone adaptacji do zmian klimatu, szeroko pojętej problematyce wody, jak również problematyce koniecznej ochrony bioróżnorodności, zarówno w zakresie uprawianych gatunków roślin (promocja dawnych odmian, zachęcanie do udziału w wymianie nasion i tworzeniu banków nasion, uwrażliwienie na problematykę patentowania świata żywego przez wielkie korporacje agrotechniczne), jak i dzikich zwierząt – jak sobie z nimi radzić, jak unikać zbyt dużych strat oraz nie wpływać na nadmierny rozrost ich populacji (jak to się dzieje np. w przypadku niegrodzonych upraw kukurydzy w pobliżu lasów, uwielbianych przez dziki).

Rolnikowi potrzebna jest też wiedza o globalnych powiązaniach, m.in. o wpływie dotowania eksportu produktów rolnych w krajach rozwiniętych na tragiczny los rolników i rolniczek w krajach rozwijających się. Każdy rolnik powinien wiedzieć o światowym ruchu rolników na rzecz suwerenności żywnościowej La Via Campesina, łączącym ponad 200 milionów rolników, oraz o szerszym ruchu Nyeleni, łączącym rolników z organizacjami pozarządowymi i konsumentami.

Nie do pomyślenia jest, aby jedynym miejscem szkolenia od podstaw rolników ekologicznych i zdobywania przez przyszłych rolników szerokiej i wszechstronnej wiedzy z zakresu zrównoważonego rozwoju był, jak to się dziś dzieje w naszym kraju, jeden jedyny Ekologiczny Uniwersytet Ludowy w Grzybowie, stworzony dzięki staraniom pary rolników ekologicznych, podczas gdy szkoły rolnicze uczą wyłącznie konwencjonalnego rolnictwa opartego na chemii i ropie, chyba że jakiś światły dyrektor czy nauczyciel podejmie inicjatywę wyjścia poza oficjalny program. Dlatego uważam, że bez obowiązkowego wpisania do programów szkół i uczelni rolniczych ogólnej wiedzy z zakresu zrównoważonego rozwoju obszarów wiejskich, agroekologii i rolnictwa ekologicznego, suwerenności żywnościowej, polityki klimatycznej, energii, zdrowia, praw zwierząt, ochrony bioróżnorodności oraz lokalnego i międzynarodowego handlu żywnością, unijne państwo członkowskie nie powinno móc być beneficjentem jakichkolwiek dotacji rolniczych z Unii Europejskiej.

W wymarzonej Wspólnej Polityce Rolnictwa i Żywności małe i średnie gospodarstwa byłyby uprzywilejowane, w szczególności te wielobranżowe i ekologiczne. Rozmiar dotowanych gospodarstw, a właściwie przedsiębiorstw rolnych, w szczególności konwencjonalnych i przemysłowych, powinien być zasadniczo ograniczony, patologią jest bowiem, że brytyjska rodzina królewska dostaje corocznie od europejskich podatników pół miliona euro z tytułu posiadanych ziem, a w Polsce niektóre dotacje liczy się w milionach złotych.  Korporacyjne, inwestorskie przedsiębiorstwa rolne powinny być całkowicie wyłączone z WPRŻ – szokujące jest bowiem, że podatnicy płacą korporacjom za intratne inwestycje, na dodatek zatruwające środowisko i wody oraz potęgujące zmiany klimatyczne, a zarazem doprowadzające do upadku gospodarstwa rodzinne.

W szczególności nie powinno się zezwalać w żadnym kraju na dotowanie przemysłowych hodowli zwierząt przekraczających wyznaczony maksymalny dozwolony w regulacjach rozmiar (kurnik na 100 tysięcy kur i kurczaków już wydaje się być jakąś szaloną patologią, a aktualny kierunek w Polsce to kurniki z ponad milionem kur i kurczaków, tworzone mimo wielkich protestów lokalnych społeczności). Takie fabryki cierpienia powinny być w ogóle zabronione prawem unijnym. WPR powinna narzucać znacznie bardziej restrykcyjne niż dziś regulacje ograniczające cierpienie zwierząt (w hodowli, transporcie, rzeźni czy handlu) oraz stymulować i promować działania służące dobrostanowi zwierząt ( a przy tym jakości mięsa i wyrobów mlecznych), jak wyprowadzanie bydła na pastwiska przez co najmniej 3 miesiące, a jeszcze lepiej 6 miesięcy w roku.

A biorąc pod uwagę ogromny „ślad węglowy”, zanieczyszczenie środowiska i względy etyczne związane ze stale rosnącym spożyciem mięsa, należałoby uzależniać prawo do jakichkolwiek dotacji dla właścicieli hodowli zwierząt na mięso od prowadzenia w państwie członkowskim ogólnokrajowych programów promocji wegetarianizmu i weganizmu, również w szkołach.

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

 

W świecie, w którym żyjemy to praca (lub jej brak) rządzi naszym czasem – niezależnie, czy chodzi o osoby przepracowane czy bezrobotne.

Redukcja czasu pracy, nawet jeśli nie obędzie się bez protestów, będzie istotnym elementem przechodzenia do bardziej sprawiedliwego, zdrowego i stabilnego społeczeństwa. Zajmująca się kwestiami czasu pracy analityczka i ekspertka Anna Coote tłumaczy, dlaczego nadszedł już czas na zmiany.

Aurélie Maréchal: Apelujesz o skracanie czasu pracy, na przykład poprzez 30-godzinny tydzień pracy, dłuższe urlopy czy inne, podobne rozwiązania. Czy możesz nam streścić główne powody, dla których warto dokonać tej zmiany?

Anna Coote: Trzy główne kwestie to redystrybucja pracy płatnej, niepłatnej oraz dodatkowy czas na lepsze życie. Zakładamy, że w przyszłości może być mniej opcji płatnego zatrudnienia – po części z powodu automatyzacji, po części zaś z konieczności zmiany sposobu funkcjonowania gospodarki tak, by nie opierała się ona po prostu na wzroście.

Wysokie jego poziomy nie są możliwe do pogodzenia z koniecznością zrealizowania celów redukcji emisji gazów cieplarnianych. Nie jest on niczym dobrym dla planety – zarówno ze względu na emisje, jak i na wzrost zapotrzebowania na surowce.

Z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej lepiej bardziej równomiernie dzielić dostępną nam pracę.

Drugim wspomnianym przeze mnie powodem jest redystrybucja pracy niepłatnej, takiej jak opieka nad dziećmi czy obowiązki domowe. Mamy obecnie do czynienia z wysokim poziomem nierówności w ilości czasu wolnego, szczególnie widocznych między kobietami a mężczyznami.

Kobiety mają niewiele czasu dla siebie – często z powodu opiekowania się dziećmi czy krewnymi w podeszłym wieku. To ważne, by uwolnić mężczyzn z kieratu długich godzin pracy po to, by mogli lepiej dzielić się pracą opiekuńczą z kobietami.

Trzeci argument wiąże się z faktem, że mając więcej dostępnego dla siebie czasu ludzie mają szansę żyć w bardziej zrównoważony sposób. Korzystne dla ludzi i środowiska działania bywają bardziej czasochłonne, tak jak w wypadku naprawiania rzeczy zamiast ich wyrzucania i kupowania nowych czy uprawiania własnej żywności zamiast kupowania wysoko przetworzonych produktów.

W wielu wypadkach z powodu braku czasu na alternatywy dokonujemy zakupu produktów, które wiążą się ze sporym zużyciem energii. Kupujemy bilety lotnicze, gotowe dania, jeździmy autem zamiast spacerować czy jechać pociągiem. Dodajmy do tej listy mnóstwo domowych gadżetów.

Kwestie ekologiczne pojawiają się dość rzadko jako argument za skracaniem czasu pracy, krok ten może jednak nie wystarczyć. Czy w świecie hiperkonsumpcji nie grozi nam wykorzystywanie wolnego czasu do jeszcze bardziej kurczowego trzymania się niezrównoważonych wzorców?

Skrócenie czasu pracy nie jest panaceum na wszystkie nasze problemy. To jeden krok, któremu towarzyszyć muszą kolejne – nie tylko podwyżka najniższych płac do poziomu umożliwiającego godne życie (living wage). Istnieje już szereg całkiem interesujących opracowań, które – nawet jeśli nie dają ostatecznych odpowiedzi – dają nam wiedzę na temat tego, czy zwiększenie ilości czasu wolnego nie przyczyni się do potrzymania niezrównoważonych modeli zachowań.

Nasze zainteresowania mogą zarówno pomagać, jak i szkodzić przyrodzie. Istnieje całe spektrum możliwości wykorzystywania dostępnego nam czasu wolnego. Uprawa warzyw może być realizowana z użyciem niewielkiej ilości energii, może też odbywać się w sztucznie oświetlanych szklarniach. Bilans zależy od tego, jaki model danego działania przyjmiemy.

Juliet Schor dokonała analizy krajów OECD. Badanie to skupia się na średniej ilości przepracowanych godzin oraz emisji gazów cieplarnianych w poszczególnych krajach tej grupy.

Zauważalna jest korelacja między krótszym wymiarem godzinowym pracy a niższymi emisjami.

Jeśli chodzi o kwestie zrównoważonego rozwoju to moje badania na temat skracania czasu pracy zaczynałam z założeniem, że gospodarka nie będzie w stanie rosnąć w nieskończoność. Sporo pracy w tej dziedzinie wykonali już ekonomiści, tacy jak Peter Victor czy Tim Jackson.

Gospodarka, kierująca się imperatywem wzrostu nie jest gospodarką zrównoważoną. Nie jesteśmy w stanie oddzielić go od wzrostu emisji gazów cieplarnianych. Jeśli zatem będziemy mieć do czynienia z gospodarką bez wzrostu, jeśli chcemy cieszyć się pomyślnością i dobrobytem bez niego, wówczas musimy przemyśleć, w jaki sposób taka zmiana oddziaływać będzie na rynek pracy. Niemało ludzi odpowie – zresztą słusznie – że bez odpowiednich zmian czekać nas będzie mnóstwo bezrobocia i innych nieszczęść. Spotkamy się też wówczas z dużym oporem społecznym.

Hervé Kempf napisała o tym, jak w jaki sposób osoby bogate niszczą planetę. Im więcej masz pieniędzy i im mniej masz czasu, tym większy jest twój wpływ na środowisko. W jaki sposób – za pomocą rozwiązań politycznych i strukturalnych – możemy odpowiedzieć na powiązania, występujące między zrównoważonym rozwojem, ilością czasu wolnego i indywidualną siłą nabywczą?

Po pierwsze potrzebna jest nam polityka instytucji publicznych, która stawia sobie za cel poprawę tak ilości, jak i jakości usług publicznych, wliczając w to transport publiczny.

Musimy również zastanowić się nad płacą maksymalną jako uzupełnieniem tej minimalnej. Płaca minimalna jest szeroko stosowanym narzędziem, wychodzącym z założenia, iż nikt nie powinien żyć poniżej pewnego poziomu – granicy ubóstwa. Mamy również do czynienia z kategorią godnej płacy (living wage). Czy poprzez dialog publiczny bylibyśmy w stanie ustalić, jak wysoka miałaby być najwyższa płaca? To dla nas wyzwanie polityczne, ekonomiczne i statystyczne.

Osoby zamożne mają z reguły większy wpływ na środowisko, jeśli posiadają kilka domów, mnóstwo samochodów i gdy sporo latają.

Zdarza się jednak dojście do momentu, w którym powiązanie między wzrostem dochodów a skalą wynikłego z tego niszczenia planety słabnie – dla przykładu można kupować kosztowne rzeczy w rodzaju drogich obrazów, które to działanie nie generuje jednak wielkich szkód dla środowiska. Musimy zatem z uwagą podejść do pomysłu na „limit bogactwa”, mającego na celu ograniczenie negatywnych wzorców konsumpcji osób o wysokich zarobkach.

Niektóre partie Zielonych, ale również część związków zawodowych, wzywa do skracaniu czasu pracy bez zmniejszania poziomu wynagrodzenia – co najmniej dla osób o najniższych dochodach. Czy to realistyczny scenariusz? Jakie byłyby Twoje rekomendacje w zakresie zapewnienia, że zmiana ta nie zwiększy nierówności dochodowych?

Wszelkie działania na rzecz skracania czasu pracy powinny być powiązane z walką przeciwko niskim płacom i za godnymi stawkami godzinowymi. Minimalny dochód gwarantowany oraz wzmocnienie siły przetargowej związków zawodowych przyda się do tego, by stawki wynagrodzeń pozwalały na redukcję czasu pracy.

Spotkać się również możemy z bardziej innowacyjnymi podejściami w rodzaju kredytu opiekuńczego – w wypadku, gdy zajmujesz się dzieckiem albo krewnym w podeszłym wieku otrzymuje się wówczas opcję dodatkowych środków na emeryturę, możliwych do wykorzystania również w inny sposób.

Najważniejsza w tym wszystkim jest z mojego punktu widzenia kwestia wynagrodzenia społecznego: opieki zdrowotnej, edukacji, pomocy społecznej czy transportu publicznego, a więc wszystkich dóbr, umożliwiających nam zaspokajanie swoich potrzeb, które po części lub w całości dostarczane są nam przez państwo.

Szacuje się, że wynagrodzenie społeczne ma istotny aspekt redystrybucyjny, jako że stanowi ono znacznie większą część dochodów osób uboższych niż tych, które pochwalić się mogą wyższymi dochodami. Skracanie czasu pracy musi iść ramię w ramię z płacą społeczną, zwiększeniem możliwości związków zawodowych czy godnymi stawkami godzinowymi.

Inną kwestią, którą obserwować możemy w najróżniejszych branżach i stanowiskach, jest wypalenie zawodowe. Przepracowani pracownicy siedzący w pracy po 60 godzin w tygodniu, niemożliwe do zrealizowania terminy, wieczna dostępność w sieci…

Opór wobec skracania czasu pracy wywodzi się często z kręgu kierownictwa oraz kadry zarządczej, którzy nie potrafią sobie wyobrazić wykonywania swoich obowiązków z krótszym czasie, myląc tym samym przywództwo z kontrolą i koncentracją władzy. W jaki sposób mierzyć się z takim przekonaniem społecznym i pokazywać, że nie chodzi tu tylko o skracanie czasu pracy, ale również o dzielenie się władzą?

Istnieje już całkiem spora – i wciąż rosnąca – grupa kierujących brytyjskimi (i być może nie tylko brytyjskimi) firmami kobiet, które apelują o rozwiązania, takie jak dzielenie się pracą czy skracanie czasu pracy. Zajmowały się one wychowaniem dzieci i dzięki temu wiedzą, jak trudne to zadanie. Część z nich może pomóc nam w tej sprawie.

Znaczna część mężczyzn z kadry zarządzającej praktycznie w ogóle nie widuje się ze swoimi dziećmi, pozostając odciętymi od życia rodzinnego. Kobiety mogą zatem być kluczem do zmian.

Warto również zastanowić się nad kwestią prezesek i prezesów zarządów, którzy zasiadając w ciałach tego typu pracują dwa, trzy dni w tygodniu. Umyka nam to, w jaki sposób niemal odzwierciedlają oni to, w jaki sposób wyobrażamy sobie przyszłą pracę kadry wysokiego szczebla. Wykonują oni pożyteczną pracę, pracują w niewielkim wymiarze, a jednak są hojnie wynagradzani i nierzadko niezmiernie wpływowi. Istnieją zatem co najmniej dwie drogi do osiągnięcia oczekiwanej przez nas zmiany kulturowej.

Jednym z niedawnych europejskich doświadczeń redukcji czasu pracy, z którego możemy dziś korzystać było wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy przez Francję w roku 1998. Krok ten często bywa krytykowany, jednak szczegółowe analizy wskazują na szereg pozytywnych skutków tego posunięcia. Jakie lekcje wypływają dla nas z francuskiego doświadczenia i jakie jego aspekty powinny być dla nas wskazówkami dla podobnych inicjatyw w innych krajach Europy – zarówno w zakresie ich wdrożenia, jak i negocjacji politycznych?

Pierwsza z dwóch ustaw wprowadzających krótszy tygodniowy czas pracy – prawo Aubry – była popularna głównie wśród osób pracujących, szczególnie zaś wśród rodziców małych dzieci. Mnóstwo osób cieszyło się z jego wprowadzenia.

Kolejna ustawa była z kolei odpowiedzią na lobbing ze strony pracodawców, którym nie podobał się 35-godzinny tydzień pracy. Zwiększyło ono władzę pracodawców nad pracownikami, dając im większą kontrolę nad czasem swoich podwładnych.

Mimo tego Francja wciąż pochwalić się może znacznie mniejszą średnią ilością przepracowanych przez pojedynczego pracownika godzin niż na przykład Wielka Brytania. Była to zatem dobra innowacja, dzięki której dowiedzieliśmy się wiele na temat znaczenia elastyczności i dostosowywania godzin pracy do potrzeb pracowników.

Poznaliśmy również ograniczenia, związane z wprowadzaniem przez rządy zmian w zbyt gwałtownym tempie, przez co stają się one podatne na opór polityczny.

Jeśli proces skracania godzin pracy trwa bardziej stopniowo, na przykład w ciągu 10 lat, wówczas możliwe jest zmienianie nastrojów społecznych i mobilizowanie poparcia politycznego.

Wspomniałaś o podziale pracy niepłatnej jako o jednym z powodów, dla których popierasz skracanie czasu pracy. Czy proces ten może pomóc w ważnych z feministycznego punktu widzenia walkach, między innymi o zmniejszenie płciowej luki płacowej czy o bardziej równy podział pracy? Jakie mogą tu być potencjalne wyzwania czy efekty uboczne?

Skrócenie czasu pracy może pomóc w poradzeniu sobie z problemem nierówności między płciami. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to jakieś magiczne rozwiązanie – uważam jednak, że może ono pomóc u źródeł tego problemu. Proces ten zadziała jednak wtedy, kiedy zarówno mężczyźni, jak i kobiety korzystać będą ze skróconych godzin pracy i będą lepiej dzielić się pracą domową.

Najgorszym scenariuszem przyszłości jest ten, w którym z krótszego czasu pracy korzystają przede wszystkim kobiety, przez co utrwala się przekonanie, że są one od płacy niepłatnej, podczas gdy mężczyźni – od tej płatnej. Skróceniu czasu pracy kobiet i mężczyzn musi zatem towarzyszyć znacznie lepsze dzielenie się niepłatną pracą między płciami.

Jeśli wyobrazimy sobie rodzinę, w której mężczyzna i kobieta z jednym bądź dwójką dzieci pracują dziś po 40 godzin w tygodniu, to obniżenie tego wymiaru do 30 godzin daje im dodatkowych 20 godzin, możliwych do wykorzystania do opieki nad dziećmi.

Nie jestem zwolenniczką tego, by odbywała się ona wyłącznie w domu – uważam jednak, że krok ten mógłby uczynić ją znacznie bardziej dostępną w krajach takich jak Wielka Brytania, gdzie opieka nad dziećmi jest bardzo kosztowna.

Za każdym razem, gdy mówimy o skracaniu czasu pracy – a robimy to przez ostatnie siedem-osiem lat – temat ten cieszy się sporym zainteresowaniem medialnym. Kiedy udaję się na wywiad okazuje się, że szczególnie zainteresowane tym pomysłem są kobiety, jako że muszą one godzić ze sobą rodzicielstwo i karierę. Reagują na niego z nieskrywanym entuzjazmem.

Artykuł „When Time Isn’t Money: The Case for Working Time Reduction” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłum. Bartłomiej Kozek

Zdj. Paryskie protesty przeciwko ustawie liberalizującej kodeks pracy w roku 2016. Autor: Jules78120 na licencji CC BY-SA 4.0

Europejska transformacja energetyczna w stronę źródeł odnawialnych coraz częściej wkracza do miast. Nie oznacza to jednak, że obszary wiejskie muszą zostać w tyle.

Obszary wiejskie przez lata były wdzięcznymi terenami stawiania na energetykę odnawialną. Znajdziemy tu sporo otwartej przestrzeni, na której można postawić wiatraki czy panele fotowoltaiczne. Rolnictwo dostarcza przydatnej w wytwarzaniu energii biomasy. Postawienie na OZE pozwala tworzyć miejsca pracy na terenach o ograniczonych możliwościach przyciągania inwestycji.

To tylko kilka z powodów, które warto mieć w tyle głowy podczas lektury wydanego przez Fundację im. Heinricha Boella „Atlasu Energii”, który dokumentuje dziejący się na naszych oczach zwrot w stronę źródeł odnawialnych (nie tylko) w Europie.

Ryzyka rozwojowe

Potencjał samowystarczalności energetycznej, a także lokalnej współpracy w formie spółdzielni energetycznych wykorzystywany jest już nie tylko przez znane z hojnego wsparcia dla OZE Niemcy.

Nawet pomimo niezbyt życzliwego podejścia polskiego rządu do źródeł odnawialnych Polska zajmuje 7. miejsce w Unii Europejskiej pod względem ilości energii wyprodukowanej przez prosumentów – kooperatywy, gospodarstwa domowe, małe i średnie przedsiębiorstwa czy instytucje publiczne, które nie tylko zużywają, ale również wytwarzają energię.

Obszary wiejskie mają szansę być wielkimi wygranymi transformacji energetycznej – o ile się im w tym pomoże. Póki co mamy w naszym kraju do czynienia z faktycznym zamarciem rozwoju lądowej energetyki wiatrowej, w czym sporą rolę odegrało wykorzystanie przez rządzące Prawo i Sprawiedliwość protestów przeciwko niejednej lokalizacji turbin wiatrowych, rzadko kiedy realizowanych w formie inwestycji samej lokalnej społeczności.

Wieś może tracić swoją pozycję w szeregu beneficjentów zielonego zwrotu energetycznego na korzyść miast. Coraz częściej łączą się one w międzynarodowe sieci, wymieniające się doświadczeniami i prezentujące możliwe do replikowania dobre praktyki. Wykorzystują one środki własne lub pozyskane ze źródeł zewnętrznych (np. z emisji ekoobligacji lub funduszy europejskich) do podnoszenia efektywności energetycznej oraz budowy lokalnej, niskoemisyjnej gospodarki.

Naczynia połączone

Jeśli obszarom wiejskim nie poświęcimy w trakcie wspomnianej transformacji dostatecznie dużo uwagi i środków, to do starych zaniedbań mogą wkrótce dojść nowe problemy.

Pierwszym z brzegu jest transport. Trudno dyskutować na temat przechodzenia na bardziej przyjazne dla środowiska napędy (nie wspominając o infrastrukturze dla autobusów elektrycznych), kiedy do tej czy innej gminy w ogóle nie dociera transport zbiorowy. Sytuacja, w której mieszkańcy miast cieszyć się będą szerokim dostępem do opcji zrównoważonej mobilności, podczas gdy ci na wsi jeździć będą przywiezionymi z Niemiec dieslami, nie wygląda na ucieleśnienie marzeń o bardziej zielonej Polsce.

Podobnie jeśli chodzi o walkę z ubóstwem energetycznym. Działania na rzecz wymiany źródeł ciepła czy termorenowacji budynków mogą się skupić w miastach – szczególnie tych zmagających się ze smogiem. Fakt, iż wedle opublikowanych w „Atlasie Energii” danych odsetek ludności żyjącej w zawilgoconych domach czy niezdolnej do utrzymania w nich odpowiedniego komfortu termicznego jest w Polsce niższy niż unijna średnia, nie powinien skłaniać do siadania na laurach.

Przeznaczanie – słuszne – dodatkowych środków na walkę z zanieczyszczeniem powietrza nie może oznaczać cięć w wydatkach skierowanych na obszary wiejskie – tym bardziej, że w przeciwieństwie do miast znajdujące się tam gospodarstwa domowe nie mogą liczyć na przyłączenie do miejskiej sieci ciepłowniczej.

Wymiar europejski

Odblokowanie możliwości rozwoju energetyki odnawialnej na obszarach wiejskich ma jeszcze jeden aspekt, wykraczający poza lokalny ekorozwój. Wedle szacunków z „Atlasu Energii” już dziś możemy wejść na ścieżkę, która w roku 2050 doprowadzi do tego, że Unia Europejska będzie w całości napędzana energią ze źródeł odnawialnych.

Scenariusz ten ma umożliwiać pojawienie się potencjału znacznie większego niż do tej pory wykorzystywania energii elektrycznej w sektorach takich jak transport czy ciepłownictwo, co ułatwiać ma z kolei ich „zazielenianie”.

Zdaniem tworzących atlas ekspertów wiązanie różnych sektorów ma być niezbędne do tego, by scenariusz pełnego przejścia na źródła odnawialne się ziścił. Pomóc tu mogą chociażby baterie z samochodów elektrycznych, będące mobilnymi magazynami energii pozwalającymi na stabilizowanie sieci, a także nowoczesne rozwiązania cyfrowe, umożliwiające m.in. zarządzanie popytem na nią.

Nic o nas bez nas

W wypadku Polski niemal ¾ zapotrzebowania energetycznego kraju miałaby w zaprezentowanym w raporcie scenariuszu pokryć energetyka wiatrowa – udział tej budowanej na lądzie przekroczyłby 40%. W obliczu wspomnianych już protestów, które przed laty wyhamowały rozwój sektora w naszym kraju, nie da się ukryć, że osiągnięcie takiego wskaźnika nie będzie możliwe bez wsparcia lokalnych społeczności.

Wprowadzenie obowiązkowego udziału tych społeczności w inwestycjach, wspieranie (od finansowego po regulacyjne) rozwiązań gminnych i spółdzielczych, inwestowanie w efektywność energetyczną – to wszystko działania, które pomogłyby zmniejszyć opór społeczny i przekonywać społeczności wiejskie do tego, że zielona energetyka to szansa na ich bardziej dynamiczny rozwój.

Czy z tej szansy skorzystamy? Sprawa pozostaje otwarta.

We wrześniu 2016 niemiecka grupa farmaceutyczno-chemiczna Bayer ogłosiła swój zamiar nabycia międzynarodowej korporacji Monsanto, znanej z herbicydu Roundup oraz różnych gatunków GMO.

Ta fuzja doprowadziłaby do powstania najpotężniejszej na świecie firmy w branży nasion i pestycydów oraz spowodowała poważne reperkusje w kwestii bezpieczeństwa żywnościowego i naszej zdolności do kierowania europejskiego rolnictwa w kierunku bardziej zrównoważonego i mniej toksycznego modelu.

Jeśli Komisja Europejska zatwierdzi tę fuzję (decyzja podjęta na początku kwietnia), rezultatem będzie powstanie najpotężniejszej na świecie firmy w branży nasion i pestycydów. Zapewne doprowadzi to do znacznego spadku różnorodności roślin uprawnych oraz żywności, ale też do koncentracji patentów związanych z podstawą naszego jedzenia w rękach bardzo niewielkiej liczby międzynarodowych korporacji.

Mit europejskich „małych producentów nasion”

Pośród najlepiej zakorzenionych mitów dotyczących europejskiej branży rolniczo-spożywczej znajduje się pogląd, że nasiona są produkowane głównie przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Taki obraz sytuacji od dawna jest promowany przez Komisję Europejską (a zwłaszcza przez jej Generalny Dyrektoriat ds. Zdrowia i Bezpieczeństwa Żywnościowego, DG SANTE), która twierdziła aż do 2013 r., że blisko 70 procent rynku należało do małych i średnich firm.

Później jednak, dzięki uzyskaniu metadanych alternatywnych wobec tych, których dostarcza sama branża, możliwe było odkrycie, że rzecz ma się zupełnie inaczej(1). W rzeczywistości, dzięki przejęciom, inwestycjom oraz umowom handlowym, branża nasienna jest jedną z najbardziej skonsolidowanych w Unii Europejskiej, co zostało wykazane we wstępnej analizie stworzonej przez Generalny Dyrektoriat Komisji ds. Konkurencji, badającej planowane połączenie Bayer-Monsanto.

Zjawisko to utrzymuje się w skali globalnej już od 25 lat, i ostatnio osiąga kulminację przez fuzję gigantów Dow oraz Dupont, a następnie przejęcie Syngenty przez ChemChina. W 2014 zaledwie cztery firmy – wśród nich Bayer i Monsanto – kontrolowały prawie 95 procent nasion roślinnych w UE. Ten trend objawia się nie tylko pionowo (duże firmy nasienne przejmują mniejsze), ale też poziomo.

Bayer i Monsanto to zawodnicy wagi ciężkiej w branży ochrony roślin i sprzedają dwa spośród najbardziej popularnych w UE herbicydów: glifosat oraz glufosynat amonowy. Razem będą kontrolowały 24 procent światowego rynku pestycydów i 29 procent światowego rynku nasion, wg szacunków Komisji Europejskiej.

Uderzające jest, że te same firmy (z których większość powstała z wielkich, powojennych zakładów chemicznych) zaopatrują rolników w tzw. krajach „rozwiniętych” w dużą część nakładów rolniczych: nasiona, nawozy sztuczne, pestycydy.

Należy zauważyć, że Bayer sprzedaje również produkty weterynaryjne poprzez swój dział farmaceutyczny. Równowaga sił pomiędzy jego zakładami a ich klientami jest zatem mocno zaburzona, tym bardziej że zaostrzenie przepisów mocno ogranicza obecnie posiadaną przez rolników możliwość produkowania własnych nakładów.

Prawie całkowity brak konkurencji [przeczytaj więcej nt. konkurencji i fuzji] w tej zmonopolizowanej branży powoduje wyraźny wzrost kosztów produkcji rolnej, które pomiędzy r. 2000 a 2010 podniosły się średnio o 40 procent, podczas gdy ceny na skupach (płacone rolnikom za ich produkty) zwiększyły się średnio o mniej niż 25 procent, wg Eurostatu. Brak konkurencji przyczynił się również do ogromnego spadku zróżnicowania wśród produktów.

Lawinowy spadek różnorodności plonów

Wraz z rozwojem przemysłu nasiennego różnorodność nasion sprzedawanych i wykorzystywanych przez rolników w UE, a zatem na polach i na naszych stołach, drastycznie spadła. Obecnie w tej branży wykorzystuje się tylko 137 różnych upraw (spośród 7000 udomowionych gatunków roślin), ale ta liczba nie oddaje prawdziwego stanu rzeczy. W rzeczywistości 16 producentów generuje 86 procent globalnej produkcji, a na samą kukurydzę (uprawianą głównie na pasze) idzie 45 procent wszystkich inwestycji w badania i rozwój(2).

Błędem byłoby jednak przypisanie tego trendu samej tylko koncentracji produkcji, jako że spadek różnorodności nasion po części wynika z „profesjonalizacji” branży. Inwestycja niezbędna do stworzenia komercyjnej odmiany, zarejestrowania jej w katalogu nasion, czy wręcz opatentowania, wymaga zwrotu z inwestycji, który dużo łatwiej osiągnąć dzięki gatunkom uprawianym na znacznych obszarach, takim jak kukurydza. Zjawisko to nasila się jeszcze w przypadku organizmów zmodyfikowanych genetycznie, dla których koszt opracowania wynosi przeciętnie 136 milionów dolarów(3).

Na naszych oczach zanika różnorodność plonów i różnorodność tego, co jemy, co może mieć poważne konsekwencje dla naszego bezpieczeństwa żywnościowego, zarówno w rozumieniu ilościowym, jak też jakościowym. Skupianie się na tak niewielkiej ilości roślin uprawnych grozi strasznymi konsekwencjami w przypadku pojawienia się nowej choroby czy szkodnika.

Przypadek filoksery wińca, owada, który w XIX wieku zdewastował europejskie winorośle, nie jest tak odległy. Udało się go pokonać tylko dzięki różnym odpornym gatunkom, które wciąż były uprawiane. Jest to również problem zdrowia publicznego: biofortyfikację roślin postrzega się jako nowe, magiczne rozwiązanie problemów z wartościami odżywczymi… problemów, które nie istniałyby, gdyby zróżnicowanie wśród naszego jedzenia nie spadło tak znacznie.

Alternatywę dla tego modelu stanowi system selekcji w małych gospodarstwach lub kooperatywach, który dostarcza między 80 a 90 procent nasion na świecie, dużo taniej, korzystając z kilkudziesięciu tysięcy różnych odmian uprawnych.

Źródło naszego jedzenia w rękach kilku korporacji

Systematyczne scalanie się firm z branży nasiennej prowadzi również do koncentracji patentów związanych z uprawami w rękach zaledwie paru podmiotów. Firmy w branży agro-chemicznej mają jasną strategię, często nagłaśnianą i krytykowaną przez organizacje pozarządowe, dążą do opatentowania jak największej liczby roślin i cech, również tych powstałych przez klasyczne krzyżowanie gatunków.

W 2015 Europejski Urząd Patentowy zarejestrował około stu wniosków dotyczących nasion wytworzonych przez klasyczne krzyżowanie. Pewne firmy próbowały nawet opatentować nasiona opracowane wcześniej przez ich konkurentów (lecz nieopatentowane) lub występujące naturalnie w środowisku.

Taka prywatyzacja natury jest problematyczna nie tylko z z moralnego punktu widzenia, niesie również bardziej fundamentalne zagrożenia. Patentowanie nie czyni wyjątku dla badań i rozwoju, przez co niemożliwe staje się wykorzystanie chronionych gatunków czy cech przez małe firmy nasienne lub rolników do tworzenia nowych nasion – chyba że, oczywiście, skłonni będą płacić za tę możliwość posiadaczowi patentu.

Taki podatek od innowacji niezwykle osłabia naszą zdolność tworzenia nasion przystosowanych do warunków zmieniającego się klimatu lub wymogów społecznych – szczególnie tych odnoszących się do środowiska naturalnego. W krajach rozwijających się, gdzie rolnictwo bazuje przede wszystkim na rozmnażaniu nasion przez samych rolników, ten system zagraża produkcji rolnej, kropka.

Rzadko która fuzja wzbudza tak intensywne debaty jak ta. Zła reputacja Monsanto odgrywa tu, oczywiście, pewną rolę, ale nie tłumaczy wszystkiego. Przeciw tej operacji zawiązała się niespotykana dotąd koalicja, złożona z organizacji rolniczych (europejskich i północnoamerykańskich), obawiających się pogorszenia i tak mocno już zaburzonej równowagi sił między rolnikami a koncernami chemicznymi, ale też z proekologicznych organizacji pozarządowych, które widzą w tym połączeniu środek do stworzenia „superlobbysty” na rzecz rolnictwa przemysłowego.

Stanowi ono jednak – i to przede wszystkim – zagrożenie dla naszego średnioterminowego bezpieczeństwa żywnościowego, czego władze nie powinny lekceważyć przy zatwierdzaniu lub odrzuceniu tego planu. W średnim terminie zatrzymanie dalszej koncentracji przemysłu agro-chemicznego nie wystarczy, by przeciwdziałać erozji naszych zdolności do produkcji własnego jedzenia, zarówno w rozumieniu jakości, jak też ilości.

Tak naprawdę cały system agrochemiczny trzeba przeprojektować: musi umieć się dostosować do zmian, być bardziej odporny, innowacyjny, pochłaniać mniej zasobów i wywierać mniejszy wpływ na środowisko naturalne. Musi również umożliwiać rolnikom utrzymywanie się ze swojej pracy. Oto model, który UE powinna mieć na uwadze przy reformowaniu swojej Wspólnej Polityki Rolnej [przeczytaj więcej na temat reformy], model, który nie będzie podporządkowany ambicjom agrochemicznych gigantów.

Przypisy

(1) Ivan Mammana, “Concentration of market power in the EU seed market”, 2014

(2) West et al., “Leverage points for improving global food security and the environment,” Science, 2014, p. 385

(3) Phillips McDougall Consultancy, “The cost and time involved in the discovery, development and authorization of a new plant biotechnology derived trait,” A Consultancy Study for CropLife International, September 2011, p. 14.

Artykuł „Food Security at Stake: What the Bayer-Monsanto Merger Mean for Europe?” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Wojciech Żakowicz

Zdj. Ltrlg na licencji CC BY-SA 4.0

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.