Żyjemy w czasach wszechobecnej propagandy sukcesu. Jestem oczywiście świadom, że nie jest to stwierdzenie ani nowe, ani odkrywcze. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że zazwyczaj nie zwracamy uwagi na to jak silnie, powszechnie przyjęte normy społeczne, kreują nasze postawy i codzienne zachowania. Wiem również jak łatwo, za sprawą odpowiedniej informacji, która wprowadzi w nas dysonans poznawczy, niespodziewanie utracić, tak pieczołowicie pielęgnowany pewny grunt pod nogami.

 

CZĘŚĆ I. – dokąd to wszystko zmierza
CZĘŚĆ II. – źródło i przekaz informacji
CZĘŚĆ III. – granice manipulacji rzeczywistością
CZĘŚĆ IV. – świadczenie prawdy

 

CZĘŚĆ I.

Wstęp, czyli okrutny test z rzeczywistości

Powszechnie postrzegane trudności, z którymi spotykamy się na co dzień, a z którymi przychodzi się nam mierzyć, jako globalna społeczność wydają się na naszych oczach urastać do nierozwiązywalnych węzłów gordyjskich. Na co dzień są pomijane, minimalizowane, a odpowiedzialność za nie jest powszechnie przesuwana tam, gdzie nikt po nią nie sięga, bądź służy jako pretekst do obrzucania się winą. Gdzie schowana prawda jest w tym procesie odzierana z istnienia.

Już na pierwszy rzut oka jest tu widoczne powszechne, a więc nasze milczące przyzwolenie, na pomijanie tematów trudnych – są one przecież niepopularne i z łatwością psują pieczołowicie wybudowany wizerunek. Co więcej, my sami, dajemy się równocześnie tej propagandzie porwać nie potrafiąc, nawet przed samymi sobą, przyznać, że coś jednak jest nie tak, że nie jest tak dobrze, jak mogłoby się wydawać, jak mówią, a co gorsza nie jest tak, jak my sami potwierdzamy przed innymi, że jest grając na co dzień w grę zwaną życiem.

Wykraczanie poza społeczne normy ma daleko idące skutki i gdy raz wkroczy się na tę drogę, nie ma już z niej powrotu. Smutne jest to jak niewielu decyduje się na ten krok, aby wziąć sprawy we własne ręce i nie czekać dłużej na…

Pułapki suwerenności

We współczesności, z braku wspólnych wszystkim wartości, kreowany przez media, ale i przez nas, obraz rzeczywistości ulega mitologizacji – niestety rodem z amerykańskich opowieści o superbohaterach – znacząco odbiegając od realiów codziennego życia. Zamiast pól wspólnych coraz częściej mówimy, że najważniejsze są te indywidualne i zawsze zróżnicowane punkty widzenia, które, jak wiemy, zależą przecież bezpośrednio od punktu siedzenia. Zamiast dobra wspólnego, zgadzamy się na grodzenie. Zamiast dobra ogółu, czy dobra w ogóle, na zysk niewielu i brak odpowiedzialności.

W tym procesie indywidualizacji media, oczywiście z naszą aktywną pomocą, stają się najlepszym narzędziem kreującym i wspomagającym powszechnie toczące się choroby naszego świata – konsumpcjonizm z nadprodukcją, gospodarkę rabunkową z odpadami, a więc degradację środowiska naturalnego. W efekcie tworzące choroby cywilizacyjne wszystkich nas – stres, samotność, depresję. Skoro bowiem z taką łatwością niszczymy życie, to przecież za jednym zamachem, rezygnujemy ze wszystkich jego przejawów.

I tak, w tej postępującej degradacji, otrzymujemy w zamian pozorne bezpieczeństwo bycia częścią czegoś większego, jednego procesu, jednego społeczeństwa, globalnej wioski. Powiedzmy sobie wprost – dogłębną iluzję jednolitości. 

Społeczna nieświadomość

Tak zwane wolne media, prezentujące odmienne od ogólnego stanowiska, naświetlające różne punkty widzenia, uświadamiające ciemne strony, zajmujące się porażkami – są jednocześnie coraz rzadsze. Gdzieś między bajki można włożyć naszą dziennikarską, ale niestety i naszą, zwykłą ludzką, odwagę.

Często, w swojej bezsilności, dajemy się jednocześnie ponieść emocjom i lękowi; przekrzykując się wzajemnie jedynie wzmagamy informacyjny chaos i niemożność dojścia do źródeł problemów. Ten proceder braku zaufania, oparty na przesunięciu uwagi z wewnątrz na zewnątrz – z naszego pobliża i tego na co mamy wpływ, na przestrzeń ogólnie społeczną, na którą najczęściej, nasze działania, nie mają bezpośredniego przełożenia – jest dodatkowo wzmacniany wzrastającą skutecznością szeroko pojętego technologicznego marketingu. Z każdym dniem, i z każdą nowo wdrażaną technologią, zyskują one znacząco na sile sięgając po kontrolę nad naszymi nieświadomymi zachowaniami.

Oświata

W tym całym zamieszaniu również rola edukacji została nadszarpnięta zarówno niskim jej poziomem, nieprzystawaniem do obowiązujących trendów i potrzeb, jak i samą jej upaństwowioną formą zbudowaną na wzór pruski, tak by odpowiadała na potrzebę wychowania pułku wojska, a nie grup niezależnie myślących istot. Dodatkowo upadek większości powszechnych autorytetów pogłębił jeszcze problem, a czasem i wybawił, od silnego przywiązania do wartości. Skutkiem tych procesów jest postępująca, niczym nieopanowana indywidualizacja oparta na braku zaufania i, niestety bardzo często, całkowitej ignorancji.

Początek końca

Co nam zatem pozostaje?

Powszechnie wydaje się, że wielu z nas widzi dwie drogi: albo rozwój technologii nagle poradzi sobie ze wszystkimi bolączkami cywilizacyjnymi i, również i ten sukces, wpisze się w ogólną, naturalną tendencję głupi zawsze ma szczęście, która nie została jeszcze zauważona i opisana w opasłych tomach filozofii. W tym wątku wystarczy oczywiście poczekać na zmianę, a ona dokona się niejako sama przez się.

W drugim wypadku nawet nie zauważymy katastrofy pukającej do naszych drzwi, która, w krótkim czasie, wstawi obecną cywilizację w karty historii.

Powyższego dylematu oczywiście nie sposób tu rozwiązać więc pozostawmy ją metafizycznym rozważaniom lub futurystycznemu modelowaniu prawdopodobnych wersji rzeczywistości przez szybko rozwijające się sztuczne inteligencje.

Osobiście uważam, że oba te nurty spotkają się w jednej katastroficzno-technologicznej przyszłości, do której jednak, zamiast biernie czekać lub krzyczeć coraz głośniej, możemy się przygotować.

Działanie

W sposób pełen prostej, ludzkiej i jednocześnie głębokiej wartości – godności istnienia wspartej na szacunku do drugiego człowieka, czy po prostu życia, możemy dokonać daleko idącej zmiany naszego stosunku do otaczającej nas rzeczywistości. Ze środowiska od nas niezależnego, wrogiego i obcego, przyprawiającego o ból głowy, depresję, odrzucenie, czy wręcz wstręt przebudować swoje ego w kierunku odzyskania poczucia sprawczości. W trakcie tego procesu naturalnie przestajemy się lękać nieprzewidywalnego, poznajemy lepiej siebie i innych w naszym pobliżu. Ujawniamy to, co wcześniej uciekało naszej świadomości udzielając się w różnych ruchach oddolnych na rzecz zmiany.

Należy jednoznacznie stwierdzić, że dzięki postępującej indywidualizacji mamy bezpośredni, niemal niczym nieograniczony wybór na kształtowanie siebie i naszego najbliższego otoczenia – taka, czy taka szkoła, taki, czy taki nauczyciel, edukacja powszechna, a może domowa, specjalistyczna, czy ogólna, w wieku młodym, dziecięcym, a może senioralnym, a może przez internet?

Żyjemy w czasach wyboru a dzięki niemu eksplozji kreatywności. Bierzmy więc sprawy, z początku choćby te najmniejsze, we własne ręce, odbudowując naszą szeroko pojętą strefę komfortu, aby dzięki jej dobremu rozpoznaniu śmiało wykraczać dalej. Skupiając się na najbliższym otoczeniu szybko bowiem trafiamy na innych, z którymi możemy dzielić nasze podstawowe pragnienia: spokoju, porządku i czystości. Budując te wartości wpływamy na losy wszystkich, również tych, których nie raz agresywne zachowania wynikają często z niemocy, bezsilności i braku poznaniu własnych horyzontów możliwości, a nie raz również nawet nieuświadomienia sobie własnych potrzeb.

 

Wszystko jest proste, ale nie jest łatwe

Każdy z nas będąc w nieustannym procesie poszukiwania, zmiany i nauki, w oparciu o wspólne doświadczenia budowane podczas wchodzenia w relacje zmienia oblicze rzeczywistości w kierunku jakiego pragnie, aby spełniała ona jak najlepiej jego oczekiwania. W ten sposób wg. piramidy potrzeb jesteśmy w stanie zaopiekować się sobą na różnych poziomach i nigdy nie jesteśmy w tym dążeniu osamotnieni.

Jako, że człowiek jest zwierzęciem społecznym spełniając swoje pragnienia, w tym samym czasie pomagamy lub przeszkadzamy innym w podobnym pragnieniu. I robimy dzięki każdemu podejmowanemu przez nas działaniu – choćby w sklepie wybierając produkt A lub produkt B. Znacznie częściej jednak wybierając sklep X, czy sklep Y, a może osiedlową panią Gosię, bądź Zenka rolnika.

Gdy więc działamy w naturalnej zgodzie ze sobą, piszemy, mówimy, jest to zdecydowanie silniejsze i dla nas zdrowsze, niż gdy zachowujemy się wbrew sobie, spełniając czyjeś oczekiwania i potrzeby. Oczywistym więc powinno się każdemu z nas wydać, że szczerość i zgodność ze sobą jest naszym największym orężem zmiany. A dzięki nim pojawia się również wrażliwość i empatia na potrzeby drugiego. W takim procesie konflikt schodzi na daleki plan.

Skoro jest tak pięknie…

Niestety w pogoni za łatwym życiem przestało być dla nas naturalnym spoglądanie pod podszewkę rzeczywistości. Skoro bowiem uznaliśmy, że nie mamy na nią wpływu, a jednocześnie nie posiadamy, a nader często nawet nie znamy sposobów w jaki możemy nad nią zapanować, oddaliśmy odpowiedzialność w ręce innych, w ręce kogoś tam, w ręce nieświadomości właśnie.

Koszty takiego ruchu ponosimy my wszyscy i na dodatek nie są one widoczne na pierwszy rzut oka. Często wręcz pilnowane by nie wychodziły z cienia.

Warto się jednak nad nimi pochylić. Nie jest przecież tak, że wspomniana propaganda skutecznie nas usypia! To tylko fasada, która potrafi być wygodna, za którą, możemy wybrać, by się schować, ukryć, nawet przed sobą prawdę o tym kim jesteśmy i czego pragniemy. Możemy wybrać, aby nie mówić głośno o problemach; możemy wybrać, aby w cierpieć w cichości; możemy wybrać, aby nie mieć wyboru, aby ktoś inny stanowił za nas.

Nikt za nas również nie wybierze inaczej!

CZĘŚĆ II.

Odpowiedzialność za przekaz

Nadrzędną rolą mediów, wielokrotnie obwieszczanych jako czwarta władza, jest pomoc w odkłamywaniu prawdy. Samoświadomość bycia publicznym stróżem, i tej wiedzy, tej pewności szerzenie w społeczeństwie. Stanie na straży, nie tylko patrząc szeroko rozumianej władzy na ręce, ale nade wszystko dbanie o siebie, o rzetelność swojego przekazu, o najwyższe wartości godności kierując się, w każdej chwili, z każdym słowem mówionym i pisanym szacunkiem wobec czytelnika.

Głównym narzędziem weryfikacji informacji jest nasza własna wiedza i rozsądek. Jedną z powszechnie znanych i naczelnych zasad dziennikarzy AFP jest check & re-check – sprawdzaj i sprawdzaj jeszcze raz – zyskaj pewność, czy to o czym inni przeczytają będzie zgodna z rzeczywistością, zastanów się, czy to o czym piszesz pomoże komuś lepiej zrozumieć mechanizmy rzeczywistości.

Niestety, nawet źródła uchodzące za wiarygodne, coraz częściej popełniają błędy wynikające z pośpiechu, niedoinformowania, bezmyślnego przeklejania informacji, ale nade wszystko informacyjnej subiektywności, która wydaje się powszechnym symptomem naszych czasów. Wszystko wskazuje na to, że stare, rzetelne dziennikarstwo odeszło wraz z dobą społeczności internetowych i przyzwyczajeniem, że każda podawana informacja jest zabarwiona osądem, zestawem przekonań, punktem widzenia. Często jest ona zresztą elementarną częścią celowego kreowania wizerunku, a więc celowo spreparowanym komunikatem mającym cel odmienny od samego jej przekazania.

Duży problem leży w tym, że PAP, Reuters czy inne Wielkie Agencje Informacyjne powinny trzymać poziom, a tak niestety nie jest. Wszelkie informacje oznaczane jako oficjalne mogą takie nie być. Wszelkie źródła osobowe, mogą być w rzeczywistości nieprawdziwe. W czasach bowiem zaawansowanej technologii wizerunek – zdjęcie, a nawet video, logo agencji, czy jeszcze inny sposób oznaczenia pochodzenia informacji to bowiem tylko marka, znaczek, to tylko #hashtag, to tylko #zaufaneźródło podpisane Zaufane Źródło. Rzadkością jest niestety sytuacja w której, dla przykładu Spiegiel posiada 60ściu ekspertów z różnych dziedzin. W Polsce ten temat jest nadzwyczaj często całkowicie pomijany.

A więc bądźmy świadomi, że nawet w pełni oficjalne dane państwowe, bywają pełne uogólnień, błędów i przemilczeń tworzonych na każdym szczeblu ich opracowywania z zupełnie różnych przyczyn. Takie strefy jak demografia, ekonomia, czy choćby przepisy prawa pełne są luk i uogólnień, koncepcji, które nie zawsze odpowiadają rzeczywistości, a co więcej, jakże często po zagłębieniu się w najdrobniejsze szczegóły, wykluczają duże obszary – raz to z wygody obliczeniowej, raz to z uogólnień, raz to z marginalizacji, czy po prostu ludzkiego błędu opartego na wycinkowym postrzeganiu rzeczywistości w oparciu o przekonania, a czasem z pełną premedytacją.

Zawężony obraz

Pamiętajmy też o własnych ograniczeniach. Docierający do nas obraz rzeczywistości pełen jest przecież filtrów opartych na przekonaniach, schematach jakimi myślimy, które wynikają z naszego wychowania, edukacji, kultury i kultur poznanych w czasie podróży, czyli ogólnie świadomości samego siebie w świecie.

Ostatecznie wybieramy bowiem to, co znamy, nie zauważając tego, co wykracza poza nasz paradygmat postrzegania. I nawet algorytmy współczesnych przeglądarek zaczynają ten schemat powielać z braku możliwości uwzględniania przypadkowości. To bowiem jaka informacja do nas dociera zależy bezpośrednio od towarzystwa w jakim przebywamy, mediów jakie przyzwyczailiśmy się oglądać, czy stron jakie najczęściej przeszukujemy – to one bowiem pojawiają się najczęściej w pierwszych wynikach naszych poszukiwań.

Taki dobór wydaje się być zupełnie naturalny. I taki jest, tyle, że w naturalnym środowisku w którym istnieje wielka różnorodność i zmienność. W dobie natomiast samotnego przebywania przed ekranem, zastępowania dużej ilości bodźców poprzez filtry elektronicznych sprzętów zaczyna dochodzić do radykalizacji poglądów. W moim prywatnym świecie, cały świat tak właśnie postrzega problem jak ja! – wybieramy przecież reklamy jakie się nam wyświetlają, znajomych jakich chcemy oglądać na swoim #wallu, czy wiadomości jakie czytamy w swoich #feednewsach. W świecie technologicznym istnieje tylko pozorna różnorodność. Jest ona, pod postacią celowości, wpisana aż po najmniejszą linijkę kodu. Może ona być sprzymierzeńcem, bądź największym wrogiem. Ważne, abyśmy zdawali sobie sprawę z jej możliwości i ograniczeń oraz tego jaki ma na nas wpływ.

Więcej tu: Algorytmy zmieniają rzeczywistość – Forbes – https://www.forbes.pl/technologie/algorytmy-zmieniaja-rzeczywisty-swiat/z77b5ev

Weryfikacja

Nic zatem nie powinno zastąpić źródła opartego na relacji z drugim człowiekiem. Własnego sprawdzenia – danej informacji poprzez kontakt z jej autorem – telefonu, rozmowy, potwierdzającego maila. Kontakt bezpośredni jest więc jedynym sposobem upewnienia się, czy stanowione przez nas poglądy są zgodne z rzeczywistością. A jeśli tak, jest to najważniejszym staje się wejście w prawdziwą relację (i tu nie obawiam się użyć tego przymiotnika) wraz z jej budowaniem i podtrzymaniem na przyszłość. I tylko tak ujęte, odpowiedzialne człowieczeństwo można nas uratować w zalewie #fakenewsów i powszedniego braku zaufania w epoce #postprawdy.

Wspominam o tym dlatego, że zarówno na polu dziennikarstwa, ale i w codzienności, gdy za mediami, czy innymi autorytetami powtarzamy jakieś informacje w czasie zwyczajowej rozmowy, która dalej może zamienić się w plotkę, wspieramy powyższe schematy utwierdzając siebie i innych w błędzie. Przysłowie mówi, że opinie ma każdy. Co jednak jeśli każdy ma rację? i nie jest ona wcale podparta dowodami.

Dowody

Poszukiwanie i powoływanie się na autorytety, podobnie jak z Agencjami ma bardzo krótkie nogi. Podobnie z badaniami naukowymi i ich finansowaniem oraz pochodzeniem danego zlecenia, jak z budżetem, czy wyliczaniem PKB – każdy ma na to swój pomysł. Wielu zgadza się umownie, że coś jest, a czegoś nie ma. Natomiast nie oznacza to, że za jedną z tych opcji musimy się koniecznie opowiedzieć i traktować ją jako aksjomat. Należy przyjrzeć się każdej informacji, a w miarę możliwości sprawdzić ją doświadczalnie obserwując jej skutki.

Uwiarygodnienie prawdziwości przekazu i danego źródła, czyli człowieka wraz z jego motywacjami np. w rozmowie telefonicznej może być trudne, ale często wystarczy poprosić o pokazanie miejscowej gazety, programu telewizyjnego ect. Sprawdzenie najbardziej prozaicznej kwestii upewniając się, z innego źródła, czy jest ona prawdą.

To samo dotyczy np. #fakekont – weryfikacja kont społecznościowych jest trudna… ale nie niemożliwe – czy dane konto wygląda na prawdziwe? skąd bierze się dana informacja?, czy link profilu zgadza się z jego nazwą? kiedy została założona? czy dana treść jest sponsorowana? W tej kwestii kluczowa jest wzmożona uważność w przyglądaniu się materiałom pod każdym kątem. Warto poświęcić na to czas i zagłębić się dalej niż tylko na kilka ostatnich postów. Warto pytać zamiast błądzić w zalewie nieprawdy i półprawdy.

Sprawdzaj zatem fakty, daty, miejsca, imiona i nazwiska oraz nazwy, funkcje i stanowiska, pomyłki w cytatach, źródła i ich zgodność z najnowszymi tekstami, ich kontekst, liczby, ekspertów i ich osiągnięcia oraz kompetencje, a ponad wszystko czy materiały nie są przypadkiem stworzone celowo pod promocję. Szukaj źródeł i informatorów. Wykorzystuj wszelkie dostępne narzędzia i porównuj je z innymi. Ujawniaj dlaczego komuś może na tym zależeć jednocześnie opiekując się opinią innych jaką ta informacja wywoła – nie odnoś się bezpośrednio, a zwracaj uwagę, zachowaj neutralność.

Sprawdzaj człowieka poznając przy okazji samego siebie, dbając o należyty dystans w ogniu działania. 

CZĘŚĆ III.

Nie mogę uwierzyć własnym oczom!

Pewności jednak z kim się kontaktujemy, nie możemy mieć nigdy. Wizerunek w dobie obecnej technologii jest przejmowany często i chętnie wykorzystywany do przeróżnych celów. Wszelkie audiowizualne materiały powinny być traktowane z przymrużeniem oka. Sprawdzajmy je dokładnie nie tylko pod względem autorstwa, daty, sprzętu jakim zostało zrobione (czyli tzw. METADANYCH), bądź zastanówmy się dlaczego zostały usunięte albo usuńmy je sami jeśli zależy nam na anonimowości (media społecznościowe często usuwają je automatycznie)).

Programy zmieniające twarze, nakładki w mediach społecznościowych – wszelkie narzędzia pomocne w takich modyfikacjach mają bardzo określony cel – uczą się nas. Analizują nasze zachowania aby w najbliższej przyszłości móc je naśladowania. SnapChat uczy się rozpoznawania emocji i twarzy aby wprowadzić automatycznych, opartych na sztucznej inteligencji personalnych doradców, Uber uczy się algorytmiki decyzji i tras, aby wprowadzić automatyczne samochody. Przykłady można mnożyć.

Ochrona wizerunku czyli elektroniczna higiena

To ważne zagadnienie, którego zakres każdy musi określić sam. Z jednej strony duże firmy budują pełne profile osobowe, aby lepiej dobierać reklamy, lepiej projektować nasze wybory, lepiej przewidywać przyszłość. W tym celu gromadzą nieograniczone ilości danych, które są obrabiane przez zaawansowane algorytmy tworzące nasze profile osobowościowe. Z drugiej strony zaś, w lesie nikt nie będzie miał możliwości nas usłyszeć. Możemy również wybrać drogę elektronicznych wysp poza prawem z których nadają badacze teorii spiskowych.

Wszystko i tu zatem zależy od naszego wyboru. Opierajmy się więc na własnym rozsądku. Pilnujmy haseł, dostępu do telefonu i danych wrażliwych mając jednak świadomość, że jakoś ktoś będzie ich bardzo pragnął z pewnością znajdzie się sposób. Nie zapomnijmy również zadać sobie pytania: dlaczego i po co ten właśnie materiał do nas dotarł? Może jest podstawiony, abyśmy to właśnie my rozesłali go dalej…

Więcej tu: Odzyskaj kontrolę nad informacją – Fundacja PANOPTYKON – https://panoptykon.org/samouczek-dla-dziennikarzy

i tu: Rozmowa z Katarzyną Szymielewicz z Fundacji PANOPTYKON – Jesteśmy non stop podsłuchiwani i podglądani. Jak tego uniknąć? https://www.youtube.com/watch?v=mqrm3yvWaEo

oraz tu: Monolog Algorytmu, czyli jak Facebook przerabia dane użytkowników na swój zysk
https://vimeo.com/248278877

 

Propaganda sprzedaje się najlepiej

Co może nam sugerować, że mamy do czynienia z #fejkiem? co może obniżać naszą własną wiarygodność? co może powodować, że owszem, gazeta czy artykuł się sprzeda, ale my nie będziemy mieli ochoty dłużej podpisywać się pod taką linią działania; nie będziemy mogli spać spokojnie. To, wbrew pozorom nie tylko kłamstwo, ale przede wszystkim brak rzetelności.

Sen z oczu, nie tylko nam, ale i innym, wrażliwym zdejmują:

  • sensacyjne, krzykliwe tytuły,
  • dziwne adresy url i nazwy,
  • nierówne formatowanie tekstu,
  • wykrzykniki,
  • błędy ortograficzne,
  • kalki językowe,
  • zła odmiana słów,
  • przeklejki,
  • emocjonalny język i przesadzone zdjęcia,
  • brak źródeł,
  • brak cytatów,
  • brak autora i informacji „o mnie/ o nas”,
  • brak jakichkolwiek innych źródeł podnoszących temat oraz
  • duża ilość dziwnych reklam.

Wszystko ujawnia brak szacunku dla odbiorcy. A zatem, nie boję się określić tego jednoznacznie, brak szacunku do samego siebie – twórcy takiego komunikatu!

Wiarygodność

Skoro wiemy już czego należy unikać skupmy się nad tym co możemy zrobić. Prawo prasowe i etyka dziennikarska są wyznacznikami wiarygodności. A przynajmniej kiedyś były. Gdzieś tam dźwięczy jeszcze sumienie, natomiast, aby nie moralizować, należy jednoznacznie stwierdzić, że w obecnej rzeczywistości, gdy zaczęły się zacierać granice pomiędzy blogerami, naocznymi świadkami udzielającymi się w mediach społecznościowych, a dziennikarzami, szczególnie wśród młodszych użytkowników, wszelkie granice się zatarły. Trzeba więc zrobić coś więcej, aby się wyróżnić. 48% ufa ogólnie znanym mediom, ale to poparcie gwałtownie spada.

Zachowanie neutralności, wiarygodności, szczerości oraz bycie rozpoznawalnym to doskonała baza na manifest zwracający uwagę, że możemy być godni zaufania. W tym najważniejsze to pamiętać, że każdą informację jaką przekazujemy, jakakolwiek by ona nie była – czy to polityczny artykuł, czy wskazanie drogi zagubionemu przechodniowi – świadczymy ją samymi sobą, swoim wizerunkiem wzbogacając ją o tę właśnie dodatkową wartość.

Coraz częściej mamy do czynienia z wyznacznikami zaufania, które mogą być pomocne w zwiększaniu wiarygodności, proponuję więc zacząć z nich korzystać:

  • oznaczać rodzaje treści odpowiednimi #tagami– takimi jak np.: jak fakty, opinie, ogłoszenia i treści sponsorowane,
  • oznaczać poprawki, zmiany, aktualizacje zawierając ich godzinę i datę,
  • dbać o informacje dotyczące redakcji – właścicieli, sposobów finansowania, linii programowej, wizji, misji, historii i doświadczenia,
  • zadbać o informacje o autorach, dziennikarzach – bio, zdjęciach, odnośnikach do innych tekstów, ekspertyzach w danym temacie (ewentualnie pamiętając prawie anonimatu)
  • zawrzeć fiszkę ogólną, kontekst powstania artykułu – z kim rozmawiał autor, z jakich źródeł korzystał, kiedy i w jakich warunkach powstawał artykuł oraz zwracanie uwagi na ewentualny konflikt interesów.
  • posiadać w widocznym miejscu politykę redakcji dotyczącą sprostowań, moderowania komentarzy  – dbając o transparentność naszych działań,
  • oraz mieć formularz do zgłaszania błędów przez odbiorców oraz wszelkie inne informacje o możliwościach skontaktowania się z twórcą, działem i redakcją dbając o komunikację dwustronną w dobie #web2.0.

Dzięki temu wszystkiemu, już w pierwszym rzucie oka, nawiązujemy maksymalnie bliski kontakt z czytelnikiem. Ma on mieć poczucie, że nas zna, że może na nas polegać, że może się również z nami skontaktować – nie tylko za pomocą komentarzy, ale i w sposób bezpośredni. Często warto nagrać choćby krótki filmik. Ostatecznie bowiem twarz mówi znacznie więcej niż słowo pisane.

Więcej tu: TRUST PROJECT: https://thetrustproject.org/ (przykład – thenewsbeat.org)

CZĘŚĆ VI.

Czego się bać świadcząc prawdę

Zagrożenia jakie na nas czekają są nieograniczone:

  • #smearcampaigns (kampanie ocenne, podważające wiarygodność, dyskredytujące),
  • #hejt,
  • #doxing (ujawnianie informacji prywatnych z życia),
  • #cyberprzemoc,
  • groźby konsekwencji prawnych – posądzenia bazujące na prywatnych koneksjach i innych działań nieoficjalnych,
  • odmowa dostępu do informacji – sprawianie problemów w otrzymywaniu informacji,
  • konsekwencje finansowe – pozbawienie publikacji ogłoszeń urzędowych,
  • presja na lokalnych przedsiębiorców, aby np. nie zamieszczali swoich reklam w określonym medium,
  • przejmowanie, wykorzystywanie i kasowanie kont internetowych,
  • ataki hakerskie,
  • kradzież tożsamości.

Czy wymieniłem wszystkie? Nie. Przyznam, że spoglądając na tę listę i mając w świadomości, że jest ona niepełna chyba po prostu lepiej zamilknąć.

Każde z nich ogranicza naszą wolność, a niektóre prowadzą do bezpośredniego zagrożenia. Zresztą nawet, już tak obecny w internecie, że często marginalizowany #hejt ma przecież bezpośrednie konsekwencje w życiu – poziom psychologiczny, wpływ na karierę i wiele, wiele innych.

Atakujący dążą do tego, aby uciszyć dane osoby, zamknąć usta osobom, dla których internet jest jednym z podstawowych narzędzi komunikacji. Uderza to w wolność słowa dziennikarskiego, blogerskiego, każdego w ogólności. Jest to więc pośrednio, a czasem nawet bezpośrednio łamanie praw człowieka.

Ta #cyberprzemoc przy wykorzystywaniem komunikacji internetowi może zadziać się na wiele różnych sposobów jak komentarze, fotomontaże, memy, fałszywe profile, strony i prowadzić do wywołania bezpośredniej szkody.

Niestety jest tak, że często to kobiety i mniejszości seksualne są bardziej poszkodowane takimi działaniami.

Jak zatem się bronić

Jedną z form obrony jest ujawnienie danej groźby – do danych służb, czasem nawet jeszcze przed wystąpieniem danego zdarzeniem. Ujawnia to szybko rzeczywiste możliwości zarówno atakującego, jak i broniącego, wymaga natomiast ogromnej odwagi.

Działania prawne jakie mogą tu być pomocne to m.in.:

  • zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na policji, czy w prokuraturze;
  • powództwo o ochronę dóbr osobistych;
  • oczekiwanie wsparcia prawnego bezpośrednio od prawników obsługujących daną redakcję, HFPC, Panoptykon i inne).

Organy ścigania mają odpowiednie narzędzia – Paragraf 220 – mowa nienawiści, wulgaryzmy, zniewaga internetowa ect. Niestety brakuje aktu prawnego karzącego wypuszczanie #fakenews. W Polsce dotyczą one tylko konkretnych typów informacji.

W mediach społecznych również są odpowiednie narzędzia do zgłaszania postów. A na portalach, zajmują się tym administratorzy.

Korzystajmy z tego co nam przysługuje. Wymagajmy od innych tego samego co od siebie. 

Wybory

Co 4 lata, a od niedawna co 5 w niektórych przypadkach, wydarza się zupełnie wyjątkowa sytuacja. Na tę okazję mamy specjalny – Kodeks Wyborczy, gdzie w Art. 111 ma on zwalczać agitację pozytywną i negatywną zawierającą informacje nieprawdziwe. Można się na niego powołać tylko jeśli dana osoba kandyduje. Może ona domagać się wyjaśnienia i zasądzenia w trybie wyborczym (24h na rozpoznanie i zasądzenie oraz są apelacyjny kolejne 24h – czyli 2 lata w standardowym trybie tu w 48h). Natomiast stronnicy wyrażając swoją opinię mogą dostawać wówczas rykoszetem. Większość sądów II instancji uważa, że kandydat może pozwać gazetę podającą o nim nieprawdziwe informacje.

Poza procesem wyborczym sprostowania dobrze, aby pojawiały się w ciągu 2 miesięcy, a więc powinny być rozwiązywane w trybie przyspieszonym

Więcej w: Przewodniku dla dziennikarzy. Media w okresie wyborczym. – Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: http://beta.hfhr.pl/wp-content/uploads/2014/10/HFPC_media_w_okresie_wyborczym.pdf

Zabezpieczenie dowodów

W powyższych sytuacjach jest dokumentowanie wszelkich materiałów za pomocą zrzutów ekranu, kopii stron, czy waybackmachine.com która to może utworzyć niezależną kopię wskazanego adresu internetowego.

Pomóc może również tworzenie katalogu #pierwszychpodejrzanych oby nigdy nie było potrzebne!  #dziennikhejtu nie jest przyjemny, ale może służyć również autoterapii. Zawsze możemy takie działanie komuś podzlecić. Często, taki proceder dodatkowo uwiarygodni zaistniałą sytuację.

Blokowanie hejterów, zgłaszanie ich do administratorów, również w formie zgłoszeń grupowych jest również  skuteczne w takich sytuacjach.

Warto pamiętać, że odpowiedzialność za komentarze rozkłada się na autora i zarządcę serwisu. Za to co jest napisane odpowiada komentujący, natomiast administrator może ponosić odpowiedzialność warunkową – nie odpowiada za komentarze jeśli nie ma pozytywnej wiedzy na ten temat. Jeśli ma, musi niezwłocznie ją zablokować. Jeśli bowiem miał okazję się z nią zapoznać i jej nie usunął – podjął w związku z nią określone działanie już na własną odpowiedzialność.

Co ważne nie potrzeba, z uwagi na ciszę wyborczą, wyłączać komentarzy.

 

Przeciwdziałanie

Dla poszkodowanych zawsze jest ważne, aby dana informacja zniknęła jak najszybciej z sieci i są specjalne zespoły, które się tym zajmują. Zdarza się jednak tak, że dana informacja jest już rozpropagowana w zbyt wielu miejscach. Co wtedy?

Z pewnością nie ma sensu go usuwać – chyba, że ktoś dysponuje wręcz nieograniczonymi środkami. Należy ją natomiast wykorzystać na swoją korzyść.

Takie #odkłamywanie rzeczywistości nie jest jednak proste. Rzadko kiedy jest sens pisać artykuł. Nie ma sensu również prostować, komentować i odpowiadać wikłając się w dyskusje. Należy wykorzystać natomiast własną siłę i wpływ w danym medium – sporządzić mem, nagrać video, napisać krótką, jasną informację – najlepiej śmieszną i zapadającą w pamięć. Na dane zdjęcie można również nanieść informację – nie tylko tekstowo ją opisać prostując, ale nade wszystko ją po prostu zmodyfikować, czymś wyróżnić, aby ludzie pomogli nam ją rozprzestrzenić. #reclaiminghashtag  (#przejmowaniehastaga) w formie #wirala (#kampaniiwirusowej) może zawładnąć daną treść i wypromować tą właściwą, na której nam zależy.

– Bo w grupie czuję się pewnie…

Warto budować własną grupę wsparcia, aby móc szczerze informować o tym, że właśnie jest prowadzony na mnie #atak, #mobing, #doxing, #hejt, czy… Przecież na co dzień dzielimy się informacjami o wirusach, pseudo kontach i ciekawostkach, dzielmy się również własnymi niepokojami i stresami. Bądźmy szczerzy nie tylko z sobą, z bliskimi, ale po prostu z każdym.

A jako organizacja, redakcja, zespół, czy społeczność opracujmy strategię zawierając w niej również kwestie związane z pomocą psychologiczną. I edukujmy jak można sobie radzić w trudnych sytuacjach zarówno tych najmłodszych, tych najstarszych jak i tych najbardziej na zagrożenie narażonych – czyli nas wszystkich obcujących w internetowym środowisku na co dzień.

 

Kilka słów na koniec

Jest zatem tak, że żyjąc w przestrzeni społecznej, która nie akceptuje negatywnych informacji – są one wypierane, usuwane, nie sprzedają się – koloryzujemy życie. Niestety kolory te należą do skali barw pochodzenia chemicznego, nie mającego nic wspólnego naturalnością. 

Jest jednak na to rozwiązanie! Po prostu przestań! Przestańmy się oszukiwać. Na powrót stań się człowiekiem z krwi i kości. Dbaj o szacunek do siebie, o szczerość w relacjach i Twoją prawdę – jakakolwiek by ona nie była. Dbaj o to, aby wybierać właściwie i nie wahaj się go zmienić!

Bądź sobą w każdej relacji. Bądź autentyczny. 

Autor: Łukasz Nowak

Artykuł inspirowany warsztatami Wybory bez dezinformacji Fundacji Panoptykon.

Photo by Nathan Dumlao from Unsplash.

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Po siedemnastu latach długich i mozolnych negocjacji, chłopi i chłopki oraz inni ludzie mieszkający na wsi są o krok od uchwalenia Deklaracji ONZ, która może pomóc w obronie i ochronie ich prawa do ziemi, nasion, bioróżnorodności, lokalnych rynków i wielu innych.

W piątek 28 września państwa członkowskie Rady Praw Człowieka ONZ przyjęły Deklarację praw chłopów i chłopek oraz innych ludzi mieszkających na wsi. 33 państwa głosowały za jej przyjęciem, 11 wstrzymało się od głosu, a 3 były przeciwko. [1]

Deklaracją zajmie się teraz Trzeci Komitet Zgromadzenia Ogólnego ONZ na sesji, która będzie miała miejsce w październiku w Nowym Jorku. Następnie w listopadzie, z udziałem wszystkich państw członkowskich Organizacji Narodów Zjednoczonych, odbędzie się głosowanie nad jej przyjęciem. Jeśli zostanie uchwalona, Deklaracja stanie dla chłopów, chłopek i innych ludzi mieszkających na wsi potężnym narzędziem, mogącym posłużyć jako wsparcie dla działań na rzecz sprawiedliwości i korzystnych polityk narodowych, dotyczących kwestii powiązanych z żywnością, rolnictwem, nasionami i ziemią, przy uwzględnieniu dobra wiejskich producentów żywności, niezależnie od wieku i płci.

Specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. prawa do żywności, Hilal Elver, zaapelowała do wszystkich państw członkowskich o poparcie Deklaracji. W swoim oficjalnym liście napisała: „przyjęcie Deklaracji będzie ważnym znakiem postępu, dowodem na poważne zainteresowanie społeczności międzynarodowej znalezieniem sposobów na jak najszybszą likwidację głodu, niedożywienia i ubóstwa, jak również wspieraniem zrównoważonego rolnictwa i produkcji żywności”.

Po kilku rundach międzynarodowego procesu konsultacyjnego, w 2008 roku La Via Campesina – globalny ruch chłopów, ludów tubylczych, pasterzy i pracowników migrujących przyjęła Deklarację Praw Chłopów – Kobiet i Mężczyzn. W tym samym roku, przy poparciu grup obywatelskich takich jak CETIM i FIAN International, La Via Campesina przedstawiła tę propozycję Radzie Praw Człowieka.

„Była to długa i ciężka ścieżka, lecz jako chłopi, jako ludzie, którzy doświadczyli skrajnej biedy i zaniedbania , jesteśmy twardzi i nigdy się nie poddajemy” – powiedziała Elisabeth Mpofu, Generalna Koordynatorka La Via Campesiny.

Powinno być jasne, że obecnie chłopi i chłopki oraz inni ludzie pracujący na wsi dysponują niewystarczającymi zasobami w obliczu dyskryminacji i innych wyzwań, z którymi muszą się mierzyć, dążąc do uzyskania odpowiedniego standardu życia, kiedy są ofiarami przymusowych przesiedleń i marginalizacji. Jednak po tym zwycięstwie w Genewie chłopi znajdują się o krok bliżej od rozpoznania ich praw i ich ochrony. Według Elisabeth prawa te „to m.in. prawo do życia i odpowiedniego standardu życia, prawo do ziemi, nasion i informacji oraz prawo do sprawiedliwości oraz równości pomiędzy kobietami i mężczyznami”. Przyjęcie Deklaracji jest dla niej punktem zwrotnym w walkach chłopskich na całym świecie. „Jesteśmy dzisiaj zaledwie o krok od akceptacji przez wszystkie kraje członkowskie ONZ” – dodała.

Ta Deklaracja ONZ może zapewnić globalne ramy prawne dla prawodawstwa krajowego i polityki poszczególnych państw zmierzającej do:

  • lepszej ochrony praw chłopów i chłopek i poprawy warunków życia na obszarach wiejskich
  •  wzmocnienia suwerenność żywnościowej, walki ze zmianami klimatu i ochrony bioróżnorodności
  • p odjęcia działań w celu przeprowadzenia kompleksowej reformy rolnej i lepszej ochrony przed zawłaszczaniem ziemi
  •  realizacji prawa chłopów do zachowywania, użycia, wymiany i sprzedaży ich nasion
  •  zapewnienia opłacalnych cen za chłopską produkcję i praw pracowników wiejskich
  •  uznania praw kobiet wiejskich i zapewnienia sprawiedliwości społecznej dla wszystkich ludzi, bez względu na ich narodowość, rasę, kolor skóry, pochodzenie, płeć, język, kulturę, stan cywilny, niepełnosprawność, wiek, poglądy polityczne, religię, klasę społeczną, status ekonomiczny i społeczny oraz inne różnice, bez żadnych wyjątków.

„Podczas gdy wszystkie kraje członkowskie zadeklarowały swoje poparcie dla praw człowieka obejmujących wszystkich ludzi, głosy na nie i wstrzymania się od głosu są przerażające” – powiedziała Ramona Duminicioiu z Via Campesina Europe. „Głosy przeciwko i wstrzymania się od głosu oznaczają, że te kraje opowiadają przeciwko ochronie praw człowieka chłopów i ludności wiejskiej. Są one również przeciwne eliminacji ubóstwa, suwerenności żywnościowej i dążeniom do zmniejszenia nierówności” – dodała Ramona.

„Nasza kampania na rzecz suwerenności żywnościowej i reformy rolnej w Indonezji otrzymała ważne i bardzo potrzebne wsparcie” – powiedział przewodniczący Serikat Petani Indonesia, Henry Saragih. Indonezja uchwaliła właśnie dekret prezydencki popierający reformę rolną, która jest korzystna dla chłopów.

Kiedy Deklaracja zostanie przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w Nowym Jorku, zabierzemy zawarte w niej przesłanie z powrotem do domu, do naszych ludzi w Indonezji, i wspólnie zastanowimy się nad jej znaczeniem i nad tym, w jaki sposób możemy wykorzystać ją dla wzmocnienia naszej walki przeciwko prywatyzacji, kryminalizacji i innym naszym bolączkom. Im więcej edukujemy i informujemy naszych ludzi, tym silniejszy staje się nasz ruch. Deklaracja pozwoli nam domagać się lepszej polityki i przepisów biorących pod uwagę realia wiejskie krajów rozwijających się” – dodał Henry.

„Obecnie, pomimo tego, że wytwarzają większość spożywanej przez nas żywności – chłopi doświadczają ekstremalnych form przemocy. Ci, którzy stawiają opór są zabijani albo zamykani w więzieniach. Kryminalizacja walk chłopskich musi się zakończyć i ta Deklaracja jest ważnym krokiem w tym kierunku” – powiedział Diego z Movimiento Nacional Campesino Indígena (MNCI) i Argentina CLOC-Vía Campesina.

Uchwalenie tej Deklaracji i uznanie praw zawartych w proponowanym akcie prawnym mogą przyczynić się do lepszej ochrony praw chłopów i chłopek, a także w dłuższym czasie poprawić warunki życia na obszarach wiejskich na całym świecie. Dokument ten zapełni istniejące luki prawne w zakresie ochrony praw ludności wiejskiej i pozwoli na lepsze radzenie sobie z niewłaściwymi uregulowaniami prawnymi, które pojawią się w przyszłości. Praktyki dyskryminacyjne staną się lepiej widoczne i dzięki temu łatwiej można je będzie zakończyć.

[1] Za przyjęciem Deklaracji głosowały: Afganistan, Angola, Burundi, Chile, Chiny, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kuba, Demokratyczna Republika Kongo, Ekwador, Egipt, Etiopia, Irak, Kenia, Kirgistan, Meksyk, Mongolia, Nepal, Nigeria, Pakistan, Panama, Peru, Filipiny, Katar, Rwanda, Arabia Saudyjska, Senegal, Południowa Afryka, Szwajcaria, Togo, Tunezja, Ukraina, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Wenezuela.

Przeciwko: Australia, Wielka Brytania i Węgry.

Wstrzymały się od głosu: Belgia, Brazylia, Chorwacja, Gruzja, Niemcy, Islandia, Japonia, Korea, Słowacja, Słowenia i Hiszpania.

Tłumaczenie i opracowanie: Jan Skoczylas.

żródło: viacampesina.org, eurovia.org

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Narzekania znanego dziennikarza na „stolicę Europy” doprowadziły do ożywionej debaty nad kondycją Brukseli – jej estetyką oraz zachodzącymi na jej obszarze zmianami. Rzut okiem na miasto pokazuje, jak duży wpływ na jego obraz ma trapiące je rozczłonkowanie. Niektórzy mieszkańcy Brukseli uważają jednak, że zła opinia o tym mieście jest niezasłużona.

Wiosną roku 2013 wieloletni korespondent francuskiego dziennika Libération – Jean Quatremer, żyjący w Brukseli od ponad 20 lat, opublikował na swym blogu frontalną krytykę miasta, w którym przyszło mu żyć. Opisał w niej „brudną” metropolię, ogarniętą „samochodowym szaleństwem”, „chaosem przestrzennym” oraz charakteryzującą się „popękanymi chodnikami”.

Ma ona być „na łasce spekulantów z rynku nieruchomości”, nad którymi nie ma żadnej kontroli – między innymi z powodu rozdarcia miasta przez zróżnicowane grupy interesów, zazdrośnie strzegące swych przywilejów, którego kompetencje podzielone są między różne szczeble władz lokalnych.

W przeciągu raptem paru godzin wpis o „brzydkiej Brukseli” sprowokował zażartą debatę oraz kategoryczny sprzeciw obywateli i polityków. Najbardziej szokującym elementem tych ataków nie była jednak ich treść, a raczej ich ton.

Ten z ducha francuski krytycyzm nie ogranicza się jednak wyłącznie do tej nacji. Wyrażany jest również przez osoby z innych krajów, których skandynawskie, germańskie czy śródziemnomorskie sposoby doświadczania miasta ścierają się z brukselskim trybem życia. Nastawienie osób miotających się między bogatym życiem kulturalnym a koszmarem kiepsko działających lokalnych usług publicznych, które zdecydowały się na uczynienie z Brukseli swego domu wiele mówi na temat sprzeczności, z którymi zetknąć się można w podwójnej stolicy – Belgii oraz Unii Europejskiej.

Dzięki nim widać wyraźnie wzajemne powiązania – czy może raczej zbyt długo tu obecny brak powiązań – między polityką lokalną a miastem jako przestrzenią polityczną. To dziś obszar walki, ale również swego rodzaju laboratorium. Pomimo szkód, jakie przez lata wyrządziły miastu realizowane tam działania, stopniowo odzyskuje ono swój polityczny pazur.

Brukselska rzeźnia buldożerowa

W samym środku opisywanej tu kontrowersji – tak zwanej „brukselizacji”, charakteryzującej się laniem coraz większych ilości betonu – nie tkwi żaden mit. To prawda, że miasto stało się koronnym przykładem na to, czego nie robić przy planowaniu miasta. Zostało ono w dużej mierze zniszczone w latach 1950-1970, kiedy to planowano zredukować Brukselę jedynie do jej funkcji administracyjnych.

Miasto stało się zależne przede wszystkim od szczebla federalnego i od decydentów, którzy w większości żyli zupełnie gdzieś indziej. Stało się ono przestrzenią niemałych zysków szemranych deweloperów oraz terenem realizacji zapotrzebowania na monumentalne budowle, wyrażanego przez polityków i urzędników.

Bruksela – przestrzeń, w którym mieszają się ze sobą stare głazy i nowy beton, perełki art deco, średniowieczne uliczki i nowoczesne drogi – zmieniła się na zawsze.

Trudno jednak uznać, że była ona w tym zakresie jakimś wyjątkiem. Powojenny boom trente glorieuses(1) wiązał się z obsesją wzrostu za wszelką cenę. W Europie Zachodniej wiązał się on z masakrowaniem przestrzeni publicznej buldożerami i betoniarkami. To wtedy Liege postanowiło zabetonować La Sauveniere, a w Paryżu wystrzeliły w górę wieżowce.

Stolica Francji przeprojektowała do tego dzielnicę Front do Siene, zbudowała obwodnicę Periferique oraz zrealizowała inwestycje drogowe nad brzegami Sekwany, które po dziś dzień rozpalają gorące dyskusje zwolenników i przeciwników transportu samochodowego.

W Lyonie wykopane zostały tunele Croix-Rousse oraz Fourviere, wybudowano centrum przesiadkowe Perrache, a autostrady A6 i A& przecięły centrum miasta. Mediolan – stolica włoskiego cudu gospodarczego – stał się świadkiem podobnych przemian, odchodzących od tradycyjnego modelu tamtejszego planowania przestrzennego.

Czy wspomnieliśmy już może o londyńskich korkach? Albo o stymulowanym przez przemysł samochodowy uprzemysłowienia Zagłębia Ruhry? Europa Zachodnia, której rdzeń znalazł się wówczas pod wpływem „społecznej ideologii samochodowej”(2), będącej „przemysłem uprzemysłowienia” XX wieku, stała się – przynajmniej wedle jednej z opinii – bądź to futurystyczną megalopolis, bądź też „wielkim parkingiem”(3).

Okres ten pokrywał się również z czasem, gdy rodzące się instytucje Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej znajdowały swój dom w Brukseli. Pierwszym stworzonym na ich potrzeby był oddany do użytku w roku 1967 Berlaymont. Dzielnica europejska rozszerzała się stopniowo o przestrzenie, uwolnione przez szerokie, miejskie arterie – Loi i Belliard.

„Zadamawianie się Europy” w Brukseli działo się w atmosferze ogromnego chaosu i realizowane było bez całościowej wizji czy planu. Zniszczone zostały całe kwartały historycznej zabudowy, co z jednej strony przyczyniło się do wzrostu skali spekulacji nieruchomościami, z drugiej zaś do obudzenia się w społecznościach lokalnych resentymentu, spowodowanego poczuciem porzucenia przez władze.

Któż jest Brukselą?

Wiadukty, tunele oraz zniszczenie historycznego dziedzictwa stały się symbolami tego mrocznego czasu. Przestrzenie publiczne oraz mobilność, charakteryzujące się brakiem całościowego planu czy dbałością o jakość życia, składają się na panujący w tym mieście chaos zarządczy.

„Bruksela” nie jest jednolitą przestrzenią, lecz terenem, leżącym w gestii szeregu niezależnych od siebie graczy. 19 tworzących ją gmin realizuje w praktyce niesamowity model zdecentralizowanej władzy, będącej blisko mieszkanek i mieszkańców. Jego wady widoczne są w postaci zmagań o władzę, zorganizowanej nieodpowiedzialności w wypadku konfliktu czy braku komunikacji między samorządami, a nawet różnic w podejściu zauważalnych wówczas, kiedy przydatna byłaby akurat współpraca i uspójnienie reguł.

Symptomem chaosu w zarządzaniu przestrzennym w Brukseli było skandaliczne zniszczenie w roku 1965 stworzonego przez Victora Hortę arcydzieła art noveau, „Domu Ludu”. Obok demoralizujących praktyk poszerzania dzielnicy europejskiej stało się ono źródłem traum, które obudziły brukselskiego ducha. Lokalne mieszkanki i mieszkańcy zaczęli ze sobą dyskutować na zebraniach sąsiedzkich i dzielnicowych, w organizacjach zajmujących się ochroną dziedzictwa kulturowego oraz na spotkaniach zaniepokojonych architektów, domagając się zmian w regulacjach dotyczących organizowania przestrzeni publicznych.

Pojawienie się na scenie ekopolitycznych partii Ecolo oraz Groen (noszącej wówczas nazwę Agalev) odpowiednio w roku 1980 i 1982 było przejawem włączenia głosów, domagających się większej władzy dla mieszkających w Brukseli, do głównego nurtu życia politycznego.

Efektem tej rosnącej świadomości, będącej skutkiem postępującego niezadowolenia z ówczesnej sytuacji, była również regionalizacja Belgii.

W roku 1989 Bruksela otrzymała swój własny rząd oraz inne, niezależne instytucje, będące podwalinami bardziej uporządkowanego podejścia do planowania przestrzennego. Proces ten, umożliwiając tworzenie dostosowanych do lokalnego kontekstu narzędzi ochrony dziedzictwa oraz planów rozwoju miasta, umożliwił przynajmniej częściową zmianę dominującego paradygmatu.

Tak wtedy, jak i dziś, chodzi tu o coś więcej niż tylko o sposób organizacji przestrzeni czy o szczegóły jej planowania. Zubożenie centrum oraz eksodus zamożnych mieszkańców, uciekających z nieatrakcyjnego miasta sprawiły, że spójność społeczna staje się coraz większym wyzwaniem. W przeciwieństwie do innych, dużych stolic w Brukseli bardziej zamożne są przedmieścia, podczas gdy bieda koncentruje się w śródmieściu i na północy miasta.

Życie dla osób młodych – spośród których wiele ma korzenie wśród robotników-imigrantów, przybyłych tu za czasów prosperity – jest tam bardziej niepewne. Nierówności społeczne znajdują swoje odzwierciedlenie w tkance miejskiej, wskazując na nierównomierny podział zasobów, dostępnych w poszczególnych dzielnicach. Są one tymczasem potrzebne do tego, by odpowiadać na wyzwania, związane z rosnącą różnorodnością mozaiki dotychczasowych mieszkanek i mieszkańców miasta, dojeżdżających do niego pracownic i pracowników, stanowiących ponad połowę tutejszej siły roboczej, a także osób przybywających tu z i spoza Europy.

Miasto dla wszystkich

Nawet po regionalizacji integrowanie ze sobą tematyki ekologicznej, energetycznej czy koncepcji zrównoważonego rozwoju w procesy planistyczne ma tu wciąż nieadekwatny i wyrywkowy charakter. Wprowadza się je punktowo do polityki miejskiej zamiast uwzględniać je całościowo we wszystkich jej aspektach.

Było to wyzwanie, z którym próbowała sobie poradzić administracja z lat 2004-2014 – pierwszego okresu, w którym u władzy byli również Zieloni. Stawiała ona sobie za cel włączanie kwestii środowiskowych i energetycznych do tematów społecznych i ekonomicznych, a tym samym trwałą transformację Brukseli. Polityka transportowa, transformacja energetyczna czy przestrzenie publiczne – główne wyzwania na budowie „miasta dla wszystkich” – skupiają się nie tle na redystrybucji (mimo istotnej roli, jaką odgrywa ona w działaniach lokalnych ruchów społecznych), co na mierzeniu się z wyzwaniem miejskiej segregacji przestrzennej.

Ekopolityka wniosła do debaty publicznej nowatorskie podejście, łączące nierówności społeczne z problemami ekologicznymi, które zaproponowała jako alternatywę dla biernego spoglądania na ucieczkę osób zamożnych z miasta.

Wysokiej jakości transport publiczny pomaga w nim w zapobieganiu gettoizacji. Transformacja energetyczna umożliwia walkę z ubóstwem oraz ze zmianami klimatu. Dzięki zielonym przestrzeniom wypoczynkowym możliwe staje się podnoszenie poziomu jakości życia w ich okolicy.

By tego typu postulaty zostały urzeczywistnione potrzebne jest budowanie sojuszy między zróżnicowanymi grupami, konsultowanie się z lokalnymi społecznościami, pozytywna komunikacja, dostęp do informacji, a także realne bodźce do zmian. Wszystko to ma również na celu zwiększenie poczucia dumy mieszkanek i mieszkańców z ich miasta oraz uczynienie z nich jego ambasadorów podczas podróży po świecie. Musi to być osiągnięte przy jednoczesnej ochronie już istniejących społeczności oraz dziedzictwa architektonicznego, w którym znajdziemy przykłady art nouveau, art deco, modernizmu oraz innowacyjnych rozwiązań.

Miasto, które można nazwać domem

Po 40 latach bezdusznego lania betonu nadszedł czas na regionalną inicjatywę, promującą wzorcowe budynki. Zwiększa ona świadomość, dotyczącą nowoczesnych podejść do ekoprojektowania, efektywności energetycznej, zróżnicowania stosowanych w praktyce materiałów, roli jakości w budownictwie oraz możliwości replikowania projektów.

Od roku 2007 dzięki setkom projektów udało się wybudować lub poddać renowacji przeszło 500 tysięcy metrów kwadratowych budynków – od domów jednorodzinnych i bloków, poprzez przestrzenie biurowe, aż po instytucje publiczne. Oblicze Brukseli podlega powolnej, ale konsekwentnej zmianie – zmianie, która inspiruje podobne działania w miastach takich jak Nowy Jorkiem czy Vancouver.

Począwszy od roku 2010 wszystkie nowe budynki publiczne spełniać muszą standard domu pasywnego. Od roku 2015 wymóg ten obowiązuje również nowe budynki prywatne.

Ta rewolucyjna zmiana oznacza, że można uniknąć stawiania na tradycyjne systemy ogrzewania, co przynosi korzyści zarówno w postaci zysków finansowych lokalnego samorządu, jak i z perspektywy walki ze zmianami klimatu. Podejście to po części odpowiada również na wyzwania mieszkaniowe, pozwalając jednocześnie na budowę nowych mieszkań komunalnych oraz na poprawę sytuacji lokatorów, których rachunki za energię bywały czasem wyższe niż płacony przez nich czynsz.

Inicjatywy, takie jak wzorcowe budynki czy zrównoważone osiedla pokazują, że każda transformacja miasta musi łączyć w sobie budowanie przyszłości z ochranianie przeszłości. Zamiast burzyć dawne dzielnice przemysłowe czy istniejące dziedzictwo historyczne region Brukseli woli poddawać je renowacji oraz poprawiać jakość życia w poszczególnych sektorach miasta poprzez swego rodzaju umowy na zrównoważony rozwój dzielnicy.

Programy te, realizowane w różnych zakątkach stolicy Belgii (czterech rocznie) oraz ze ściśle określonym czasem ich trwania (4 lata), dotyczą zarówno budynków, jak i przestrzeni publicznej. Umożliwiają zamieszkującym je osobom aktywne uczestnictwo w odnawianiu tkanki miejskiej, oferując działania na rzecz walki z wykluczeniem oraz skierowane do osób młodych szkolenia z zakresu narzędzi i umiejętności niezbędnych przy rewitalizacji. Umowy te uwzględniają również kwestie, związane ze stanem środowiska, takie jak zarządzanie zasobami wodnymi, transport, odprowadzanie ścieków czy ochrona bioróżnorodności.

Miasto przyszłości

Bruksela nie zaleczyła jeszcze wszystkich ran z przeszłości. Stoją przed nią niewątpliwe wyzwania, takie jak ograniczenie nadmiernego używania aut, poprawa jakości powietrza, udostępnienie większej ilości przestrzeni pieszym i rowerzystom, a także zachowanie i podkreślenie piękna swojego dziedzictwa. Musi jednak odważyć się realizować bardziej śmiałe, współczesne pomysły architektoniczne, takie jak tworzenie zrównoważonych osiedli wzdłuż dawnych linii kolejowych, uwzględnianie w ich planowaniu terenów zielonych oraz dbanie o to, by ich gęstość zaludnienia rosła w stabilnym, możliwym do przyjęcia tempie.

Przed miastem stoi również wielkie wyzwanie społeczne i ekonomiczne – zwycięstwo w walce z rosnącym zjawiskiem prekarnego zatrudnienia oraz wysokim poziomem bezrobocia wśród osób młodych (20%, 40% w najbardziej dotkniętych tym problemem dzielnicach), poprawa poziomu umiejętności młodych, a także zmniejszenie nierówności między dzielnicami północnymi i południowymi.

Bruksela – frankofońskie miasto na terytorium Flandrii oraz stolica Europy, która wciąż nie do końca jest w stanie pogodzić ze sobą lokalną ludność, imigrantów i eurokratów.

Miasto pozostaje rozdarte między lokalnymi, regionalnymi i federalnymi ośrodkami władzy, cierpiąc z powodu wielopoziomowego, źle przemyślanego podziału kompetencji oraz konkurencji między regionem i składającymi się na niego 19 gminami.

Wielki Paryż, Wielki Londyn, Metropolia Lille… Bruksela doświadcza podobnych problemów, związanych z faktem, że wzajemne powiązania pomiędzy poszczególnymi szczeblami administracyjnymi nie znajdują odzwierciedlenia w modelu zarządzania miastem. Najważniejsze wyzwania mają dziś bardziej polityczny niż planistyczny charakter.

Surowa krytyka ze strony Jeana Quatremera wciąż brzmi gdzieś w tle, wskazując na skalę stojących przed Brukselą wyzwań. Zapomina ona jednak o jej największej, wyróżniającej ją sile – emocjach, jakie wzbudza w jej mieszkankach i mieszkańcach. Jej urok, parki (czyniące z miasta najbardziej zielone miasto w Europie), kosmopolityczna różnorodność, wielojęzyczne życie kulturalne… Stolica Belgii wciąż śpiewa swą dawną, urzekającą pieśń o „brukselowaniu”(4) – któregoś dnia do śpiewu dołączą się również sceptycy.

Artykuł „Ugly Bruxy or Bruxelles Re-Belle” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

(1) Termin ten odnosi się to trzydziestolecia 1945-1975, kiedy po zakończeniu II wojny światowej Europą Zachodnia doświadczała silnego wzrostu gospodarczego oraz wzrostu poziomu życia.

(2) André Gorz, ‘L’idéologie sociale de la bagnole’, Le Sauvage 1973.

(3) Peter Sloterdijk, Eurotaoismus. Zur Kritik der politischen Kinetik, Edition Suhrkamp 1989.

(4) Określenie zapożyczone ze znanej piosenki Jacquesa Brela “C’était au temps où Bruxelles bruxellait”.

Zdrowe gleby są niezbędne do żywienia ludzi i walki z głodem. Na całym świecie tracimy jednak rocznie aż 24 miliardy ton żyznych gleb. Barbara Unmüßig wzywa do zwrócenia uwagi na rosnące zagrożenie dla jednego z najważniejszych zasobów naszej planety.

Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła r. 2015 Międzynarodowym Rokiem Gleb, a w dniach 19-23 kwietnia 2015 r. odbył się Światowy Tydzień Gleb. Tego typu wydarzenia nie odznaczają się splendorem, jednak poświęcamy im stanowczo za mało uwagi.

Nieuszkodzone gleby są bezcennym i niezastąpionym zasobem, który pełni wielorakie funkcje w realizacji głównych celów rozwojowych i środowiskowych wyznaczonych przez społeczność międzynarodową. Obecnie pilnie potrzebują one ochrony.

Zdrowe gleby są niezbędne do żywienia ludzi i walki z głodem. Zależymy od nich nie tylko w zakresie produkcji żywności, ale też pozyskiwania wody pitnej. Gleby pomagają w regulacji klimatu Ziemi, pochłaniając więcej dwutlenku węgla niż wszystkie lasy razem wzięte (tylko oceany stanowią większy rezerwuar dwutlenku węgla). Są też kluczowe dla zachowania bioróżnorodności: garść żyznej gleby zawiera więcej mikroorganizmów, niż jest ludzi na Ziemi. Dwie trzecie gatunków na naszej planecie żyje pod powierzchnią ziemi.

Tracimy żyzne gleby

Erozja i zanieczyszczenia sprawiają, że stan gleb jest bardzo zły. Na całym świecie co roku dochodzi do utraty 24 miliardów ton żyznej gleby. Jedną z przyczyn jest rozwój miast i infrastruktury. Tylko w Niemczech projekty budowlane zagarniają średnio powyżej 75 hektarów dziennie. Winne są też niewłaściwe praktyki rolnicze, na przykład obfite używanie nawozów sztucznych, które dziesiątkują organizmy zamieszkujące glebę i zmieniają jej strukturę. Formowanie się uprawnej warstwy gleby trwa tysiąclecia, podczas gdy w wielu miejscach ulewny deszcz wystarcza obecnie, by ją zmyć.

Jednocześnie rośnie globalny popyt na żywność, paszę i biomasę wykorzystywaną jako paliwo, co z kolei podbija wartość ziemi. Fakt ten nie umknął uwadze międzynarodowych inwestorów. Zgodnie z szacunkami Banku Światowego, wielkie inwestycje przekształcają 10-30% gruntów ornych na świecie. To ziemia, która mogłaby być wykorzystywana przez miliony drobnych producentów rolnych, pasterzy i ludność tubylczą.

Walka o zabezpieczenie praw do ziemi dla jednostek i społeczności stała się w znacznej części świata kwestią przetrwania. Dostęp do ziemi jest jednym z kluczowych czynników determinujących głód, a dystrybucja ziemi jest jeszcze bardziej nierównomierna niż dystrybucja dochodu. Około 20% gospodarstw domowych dotkniętych głodem nie posiada ziemi, a 50% gospodarstw, w których brakuje żywności, to rodziny drobnych producentów rolnych.

Ze 100 kalorii paszy tylko 30 kalorii mięsa

Europa już od dawna wykorzystuje całą ziemię uprawną, którą dysponuje, więc teraz dokonuje jej “importu” na wielką skalę z krajów globalnego Południa. Produkcja paszy potrzebnej, by pokryć zapotrzebowanie na mięso w Unii Europejskiej, wymaga upraw w Brazylii na powierzchni porównywalnej do Wielkiej Brytanii. Gdyby każdy człowiek jadł tyle mięsa, co przeciętny obywatel UE, to 80% gruntów rolnych na świecie musiałoby być przeznaczone na jego produkcję. Obecnie jest to 33%. I postawmy sprawę jasno: biorąc pod uwagę, że ze 100 kalorii paszy da się uzyskać najwyżej 30 kalorii mięsa, wykorzystywanie żyznych gleb w tym celu to czyste marnotrawstwo.

Trend ten będzie się potęgował, gdyż obiecywany przez wiele rządów „zielony wzrost” opiera się biopaliwach, które mają zastąpić paliwa kopalne, takie jak ropa czy węgiel. Biopaliwa ratują klimat w stopniu nieporównanie mniejszym niż energetyka wiatrowa czy solarna, dostarczając tylko jedną dziesiątą energii uzyskanej z metra kwadratowego. W rezultacie realizacja wymogów w zakresie biopaliw zawartych w unijnych ramach klimatyczno-energetycznych do roku 2030 wymagałyby zajęcia dalszych 70 milionów hektarów ziemi, czyli powierzchni większej niż terytorium Francji.

Ochrona gleby nie musi zagrażać dobrobytowi. Wręcz przeciwnie, zrównoważone praktyki ochrony gleby mogą doprowadzić do zwiększenia plonów, szczególnie w przypadku drobnych producentów rolnych. Dywersyfikacja upraw, recykling i ściółkowanie mogą przyczynić się do uzyskania żyznej i aktywnej ziemi zdolnej do optymalnego gospodarowania wodą.

Niszczenie uprawnej warstwy gleby

Jedno z proponowanych podejść, tak zwana agroekologia, bazuje na tradycyjnej wiedzy i doświadczeniu drobnych rolników, co umożliwia dostosowanie się do warunków lokalnych. W swoim badaniu praktyk rolnictwa ekologicznego, przeprowadzonym w 2006 roku, Jules Pretty przeanalizował 286 projektów zrównoważonego rolnictwa w 57 krajach i doszedł do wniosku, że w ich rezultacie wielkość zbiorów wzrosła średnio o 79%.

Pomimo udowodnionych sukcesów takich metod, wykorzystanie nawozów sztucznych przez ostatnie 50 lat wzrosło ponad pięciokrotnie, a wiele rządów państw afrykańskich poświęca nawet 60% swoich budżetów na rolnictwo na dofinansowanie takich praktyk. W szczególności w rejonach tropikalnych nawozy sztuczne niszczą uprawną warstwę gleby i zmniejszają różnorodność biologiczną (ich pozostałości trafiają do oceanów, gdzie niszczą ekosystem morski). Choć możliwe jest otrzymywanie azotu, głównego składnika nawozów, w sposób biologiczny i zrównoważony, to jednak takie działanie stoi w sprzeczności z interesami garstki potężnych producentów i dystrybutorów nawozów sztucznych.

Decydenci polityczni muszą zmierzyć się z następującym pytaniem: jak biedni ludzie mogą produkować dość jedzenia, by uniknąć głodu i ubóstwa, a jednocześnie chronić glebę, minimalizować skutki zmian klimatu i zachowywać bioróżnorodność?

Choć to niezwykle palący problem, w żadnym miejscu na świecie nie poświęca się mu dość uwagi i nie promuje się produkcji agroekologicznej na większą skalę.

Barbara Unmüßig

Artykuł ukazał się  w Zielonych Wiadomościach nr 29.

Pierwotnie został opublikowany na stronie Project Syndicate. 

źródło: boell.org

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Wraz ze wzrostem odsetka ludności, żyjących w miastach na całym świecie rośnie również ich znaczenie w walce ze zmianami klimatu. Dotyczy to zarówno wielkich metropolii, jak i mniejszych ośrodków, w których istotna staje się współpraca z otaczającymi je samorządami.

Bartłomiej Kozek rozmawia z Wojciechem Szymalskim, prezesem Instytutu na rzecz Ekorozwoju, na temat różnic w polityce klimatycznej w zależności od wielkości miasta, a także o lokalnych i ogólnokrajowych działaniach w dziedzinie ubóstwa energetycznego oraz walki z trapiącym polskie miejscowości smogiem.

Bartłomiej Kozek: Jako Instytut przygotowaliście kilka lat temu pilotażowy program niskowęglowego rozwoju powiatu starogardziego (województwo pomorskie). Realizowaliście również projekty, sprawdzające i poszerzające wiedzę samorządów powiatowych na temat zmian klimatu oraz sposobów walki z nimi na szczeblu lokalnym. Jakie są czynniki, warunkujące udane wdrożenie zapisów strategii lokalnego ekorozwoju?

Wojciech Szymalski: Aby odnieść sukces trzeba przede wszystkim trafić na dobrze zmotywowane do tego typu działań władze lokalne. W wypadku powiatów głównymi ośrodkami decyzyjnymi są w tej materii starostowie, a także dyrektorzy poszczególnych działów administracji powiatowej. W wypadku Starogardu opieraliśmy się przede wszystkim na inicjatywie, która wyszła ze strony urzędników.

Na bazie realizowanych przez nas przez ostatnie lata działań możemy stwierdzić, że 10-12 powiatów, z którymi mieliśmy przyjemność współpracować mieści się w grupie, którym „się chce”. W intensyfikacji działań na rzecz ochrony klimatu bardzo pomagało, gdy lokalni włodarze już wcześniej inwestowali w ogniwa fotowoltaiczne czy termorenowację budynków. Na szczeblu gminnym wyróżniają się gminy, które zdecydowały się na przystąpienie do Porozumienia Burmistrzów na rzecz Klimatu i Energii. W ich wypadku plany gospodarki niskoemisyjnej mają im dać narzędzia do śledzenia skuteczności realizowanych przez nie działań, np. w zakresie oszczędzania energii.

Znajomość lokalnych problemów i ich skali jest jednym z warunków sukcesu.

Kiedy samorząd dysponuje łatwo mierzalnymi wskaźnikami ma on również narzędzia do ich zmiany i śledzenia postępów (np. skuteczny program wymiany pieców). Ponieważ mowa tu o długotrwałych procesach ważna jest cierpliwość i konsekwencja, co pokazuje Kraków. Miasto to realizuje programy walki z zanieczyszczania powietrza (w tym wymianę pieców dofinansowaną przez samorząd) już od 1995 roku.

Czym tworzenie niskoemisyjnych strategii dla oddalonego od dużego miasta powiatu różni się na przykład od przygotowywania podobnych projektów w dużych miastach? Na jakie szczególne wyzwania można się natknąć w wypadku „Polski powiatowej”?

Podstawowa różnica jest dla mnie taka, że czym mniejsza gmina, tym potrafi ona napotykać na większe problemy. Dużo trudniej wdrożyć programy, które wydają się nie do końca po myśli obywateli (a przynajmniej nie są uznawane za leżące w ich interesie), bowiem wójt czy burmistrz czują ich oddech na szyi. Jeśli zdecydują się na kontrolę palenisk, wówczas istnieje duże ryzyko że po paru miesiącach spotkają się ze sporym oporem społecznym.

Sytuacja na szczeblu powiatowym jest już bardziej podobna do tej obserwowanej w dużych miastach. Powiat, z powodu swojego oddalenia od mieszkańca, łatwiej może kontrolować jego poczynania w zakresie środowiska niż gmina. Innym ważnym czynnikiem jest tu fakt, że główna władza – starosta – nie pochodzi z wyborów bezpośrednich. Tymczasem dobra, skuteczna polityka samorządowa nie rozwiąże problemów ekologicznych, jeśli nie sięgnie po cały arsenał pozostających do dyspozycji samorządów środków. Samymi zachętami nie odniesiemy stuprocentowego sukcesu. W grę wchodzić musi również kontrola i ograniczenia.

Jest jakiś sposób na to, by odwrócić te negatywne tendencje na szczeblu lokalnym?

Działania długofalowe wymagają przekonania do nich mieszkańców. Wymaga to od samorządu dobrej diagnozy problemu i – co ważne – również jego zrozumienia przez mieszkańców. Trudno mieć do nich pretensje, skoro czasem ich znaczenia nie rozumieją nawet same władze.

W dużych miastach łatwiejsze moim zdaniem są również eksperymenty, takie jak wprowadzanie opłat za wjazd do centrów miast, które nie odniosłyby globalnego sukcesu bez ich uprzedniego, odgórnego wprowadzenia przez władze lokalne. Czasem mówimy w dyskusjach o innowacyjnych rozwiązaniach, które nie są możliwe do prostego porównania z działaniami w innych miastach czy krajach, przez co skala trudności w ich wdrażaniu również rośnie.

W małych gminach z kolei dużo łatwiej o kontakt i konsultacje, co pozwala na wypracowanie konsensusu wokół proponowanych rozwiązań. Warunkiem jest jednak to, by z tych spotkań coś wynikało dla mieszkańca – by były wysłuchane jego uwagi i wątpliwości i by następnie efekty tego typu spotkań nie wylądowały w koszu na śmieci.

Dużym wyzwaniem z perspektywy łączenia kwestii społecznych i ekologicznych jest w Polsce kwestia ubóstwa energetycznego. Jak duża jest jego skala, jakie działania są realizowane i czy ich odpowiadają one skali problemu?

Problem ten dotyczy, w zależności od przyjętej definicji, od 10 do 20% ludności Polski. Jego istnienie poważnie utrudnia – co widać na przykładzie Krakowa – realizację innych polityk, takich jak walka ze smogiem.

Sceptycy wobec ograniczania zanieczyszczenia powietrza lubią argumentować, że takie działanie przyczyni się do wzrostu kosztów dla osób już dziś mających problemy z opłaceniem rachunków.

Przez lata staraliśmy się przekonać do zajęcia się tematem różne ministerstwa. Co ciekawe, na szczeblu rządowym problem smogu zaczęła na serio dostrzegać dopiero ekipa premiera Mateusza Morawieckiego. Efektem jest projektowany obecnie program Czyste powietrze, który ma szansę na dokonanie istotnej zmiany w zakresie kierowania pomocy do osób zanieczyszczających powietrze, ale nie dysponujących środkami finansowymi umożliwiającymi zmianę swoich nawyków.

Trzeba pamiętać, że program ten obejmie tylko 23 miasta z 33 polskich miejscowości na liście 50 najbardziej zanieczyszczonych w Europie. Nie weźmie w nim udziału 10 największych ośrodków z tej listy. Stworzony zostanie jednak model, możliwy do kopiowania również przez inne samorządy. Kluczowy będzie monitoring jego skuteczności.

Jak tłumaczyć odstęp czasowy między podnoszeniem przez środowiska ekologiczne i aktywistów miejskich tematu smogu a zainteresowaniem się nimi przez rząd?

Do tej pory problemem, utrudniającym zmierzenie się przez władze centralne z problemem, była niedostateczna diagnoza problemu i niedocenienie jego skali – mimo, iż samorządy dysponowały wiarygodnymi danymi. W końcu zebrała się masa krytyczna liczb, które zmusiły je do działania.

Gwoli sprawiedliwości warto jednak odnotować, że 3 lata temu (jeszcze za poprzedniego rządu PO-PSL) podobne działania do tych, planowanych w programie Czyste Powietrze chciał wdrażać Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej poprzez program Ryś, jeszcze za poprzedniej ekipy. Brakowało jednak tego, co ma znaleźć się w obecnym projekcie – 100% dofinansowania do zakupu bardziej ekologicznych źródeł ciepła dla osób najuboższych.

Jakie działania na rzecz walki z ubóstwem energetycznym sugerowalibyście do realizacji sektorowi publicznemu? Jaką część z nich mogą realizować – nawet bez wsparcia administracji centralnej – samorządy?

Nie odkrywamy tutaj Ameryki – nasze propozycje, oparte na badaniach ankietowych oraz doświadczeniach innych krajów europejskich – przygotowaliśmy jeszcze w roku 2014. Obejmują one działania, takie jak budowa nowego i termomodernizacja dotychczasowego zasobu mieszkań komunalnych, pomoc w wymianie sprzętu domowego na energooszczędny czy kredyty na inwestycje oszczędnościowe, których spłata następuje z oszczędności energii , tzw. formuła ESCO.

Habitat for Humanity zwraca z kolei uwagę na kwestie, takie jak możliwość miękkiego rozwiązywania problemów z płaceniem rachunków za media przez osoby mające problemy z zadłużeniem. Dziś mamy w Polsce do czynienia z sytuacją, w której 1-2 niezapłacone rachunki za prąd mogą oznaczać, że spółka energetyczna odetnie ci prąd. Brakuje zrozumienia źródeł problemu wśród dostawców energii i chęci dialogu z odbiorcą na rzecz rozwiązania problemu.

Spółki energetyczne powinny rozwijać sektor usług energetycznych, który pomógłby im w diagnozowaniu problemów i ich moderowaniu, np. za pośrednictwem dostosowanych do sytuacji taryf.

Dziś takich usług brakuje, w przeciwieństwie chociażby do Niemiec czy Francji.

Samorządy musiałyby z kolei podejść do tematu w innowacyjny sposób. Ośrodki Pomocy Społecznej mogłyby gromadzić informacje do celów statystycznych, co umożliwiłoby analizę skali problemów.

Inną kwestią jest fakt, że zarówno polityka odpadowa, jak i pomoc społeczna są kompetencjami gmin, między którymi brakuje dziś niestety powiązań. Osobiście uważam, że mógłby powstać program, zachęcający osoby ubogie do oddawania odpadów zamiast ich spalania w przydomowych piecach, w zamian za co OPS dawałby im czystsze, zdrowsze źródła energii, np. węgiel o wyższej jakości, kupowany hurtowo. Nawet jeśli byłoby to rozwiązanie doraźne czy przejściowe to przyczyniłoby się ono zarówno do poprawy stanu powietrza, jak i zdrowia odbiorców tego typu programów.

Na jakie inne kwestie związane ze stykiem polityki klimatycznej i innych polityk sektorowych powinna postawić Polska? Czy mająca kierować działaniami rządu Mateusza Morawieckiego „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” prawidłowo je diagnozuje i udziela przekonujących odpowiedzi?

SOR jest strategią, która pod pewnymi względami jest świetna – na przykład PR-owo. Głównym, zawartym w niej celem jest zwiększenie dochodów Polaków, wszystkie inne są zaś temu podporządkowane. Zagwarantowanie energii jej odbiorcom ma odbywać się po jak najniższych kosztach, co niestety oznacza, że bazuje ona na aktualnie najtańszych źródłach energii – paliwach kopalnych. Tylko musimy pamiętać, że cena ich często jest zafałszowana przez różnego rodzaju dotacje.

Aspekt finansowej zamożności Polaków stawiany jest w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju znacznie wyżej niż zdrowotny czy środowiskowy. Kładzie ona nacisk na osiągnięcie szybkich zwrotów z poczynionych inwestycji rozwojowych, aby można było nimi finansować zwiększone transfery finansowe do obywateli. Chce raczej wykorzystywać te możliwości, które polska gospodarka już dotychczas wykorzystywała (np. rodzime zasoby węgla), niż otwierać całkiem nowe pola rozwoju, w tym w zakresie rozwoju niskoemisyjnego, takie jak odnawialne źródła energii.

Wydaje mi się, że w wielu obszarach SOR brakuje progresywnych rozwiązań na rzecz ograniczania emisji. Przykład Białowieży pokazuje, że dla obecnej ekipy zapewnianie taniego opału czy surowca do produkcji mebli może być ważniejsze niż zrównoważony rozwój kraju.

Moim zdaniem na serio powinniśmy dyskutować o tym, czy energia musi być tania, czy może to ludzie mają płacić mało za energię.

Tania kilowatogodzina oznacza brak zachęt do oszczędzania, termorenowacji czy wyłączania urządzeń domowych. Lepszym scenariuszem jest sytuacja, gdy droższa energia kompensowana jest poprzez pomoc w jej oszczędzaniu. Opalanie mieszkania tanim węglem nie oznacza, że ludzie płacą mniej w porównaniu do sytuacji, gdy efektywna termomodernizacja zmniejsza zapotrzebowanie na czystszą, ale droższą energię. Istotne jest ułożenie kolejności działań – tak, by działania osłonowe poprzedzały podwyżki, a nie odwrotnie.

Czego spodziewać się po polskim rządzie na grudniowym szczycie klimatycznym w Katowicach?

Na pewno będzie się on starał wykorzystać COP do swojego PR-u.

Polska jest w momencie, kiedy ma możliwość wyboru, czy trzymać się węgla, czy może przejść na atom bądź odnawialne źródła energii. Wybierając każdy z tych kierunków jednostkowa cena energii będzie rosła – skala tego wzrostu nie różni się znacząco między tymi trzema scenariuszami. Uważam, że powinniśmy wybrać ten zielony, rząd – pod nieobecność jawnej polityki energetycznej – potajemnie wybiera ten czarny.

Mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki wysłucha kogoś, kto powie mu, że nie warto iść w stronę trzymania się węglowej monokultury i stworzy program np. wsparcia dla klastrów energetycznych, umożliwiających ambitną politykę stawiania na OZE przez lokalne samorządy. Dziś ich rozwój został de facto zamrożony.

Artykuł powstał we współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim

Zdj. Fragment okładki Pilotażowego programu niskoemisyjnego rozwoju powiatu starogardzkiego, przygotowanego przez Instytut na rzecz Ekorozwoju

W Londynie oraz innych europejskich miastach jesteśmy świadkami nowego trendu – krótkoterminowego wynajmu prewencyjnego.

Opuszczone mieszkania komunalne, stacje policyjne, biblioteki, biura, magazyny czy szkoły chronione są przed zamianą w skłoty w zupełnie nowy sposób, stając się domem dla strzegących ich osób. Choć z pozoru wydaje się to sytuacją, w której wszyscy korzystają, tak naprawdę jest ona przejawem kiepskiego stanu miejskich rynków mieszkaniowych i koniec końców przyczynia się do normalizacji niestabilnych warunków życia.

Stukot klawiatury wypełnia zakurzoną przestrzeń londyńskiego lokum. Dwie stare sofy, które stoją w jego rogu, odsłaniają 70 metrów kwadratowych otwartej przestrzeni biurowej. Matthew, trzydziestoparoletni twórca filmów dokumentalnych, pracuje zdalnie z domu. Piętro niżej, w dawnej recepcji, może skorzystać z prowizorycznej kuchni, którą dzieli z 12 innymi osobami.

Matthew pełni funkcję strażnika tej przestrzeni – jednego z wielu tysięcy podobnych mu osób, żyjących w europejskich miastach takich jak Londyn. Zjawisko to pojawiło się w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku w Holandii jako sposób na walkę ze squattersami. Właściciel budynku zatrudniał wyspecjalizowaną firmę do zarządzania nim aż do czasu jego sprzedaży, wyburzenia lub przeprojektowania. Firma ta znajdowała ludzi – najczęściej studentów lub artystów, potrzebujących taniego dachu nad głową oraz przestrzeni do pracy – chętnych do wprowadzenia się i płacenia czynszu poniżej wartości rynkowej w zamian za możliwość szybkiego wypowiedzenia umowy w razie potrzeby.

Budynek pozostawał zajęty, a tym samym odporny na ryzyko zesquattowania. Część ze wspomnianych firm powołanych została do życia wyłącznie w tym celu, podczas gdy inne zaoferowały tego typu formę ochrony mienia jako jedną z opcji w swoim portfolio. Przez lata zdążyły one rozprzestrzenić się w innych krajach Europy – jeden z pionierów tego sektora, Camelot Europe, chwali się biurami w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Belgii, Niemczech oraz Francji.

Zjawisko, uznawane na początku za marginalne, tymczasowe rozwiązanie dla studentów bądź artystów, stało się z czasem coraz bardziej rozpowszechnione, sformalizowane – i drogie.

Ciesząc się dobrymi opiniami ze strony mediów spotkało się jednak z krytyką prawników, ale także samych zainteresowanych, którzy dołączyli do squattersów oraz organizacji lokatorskich, zwracających uwagę na zajmowanie przez nich prawnej szarej strefy. Nie są oni bowiem ani ochroniarzami, ani mieszkańcami, co grozi im wyzyskiem wynikłym ze zdegradowania do roli sublokatorów.

Trend ten jest również przejawem szerszego problemu – problemu, który próbowano przedstawić jako rozwiązanie innych bolączek.

Co z moimi prawami?

Tego typu strażnicy mienia są w Wielkiej Brytanii uznawani przez prawo za licencjobiorców, nie zaś lokatorów – płacą zatem opłatę licencyjną, a nie czynsz. Nie są oni objęci takimi prawami lokatorskimi, jak prawo do prywatności czy gwarancja okresu najmu. Typowa umowa między strażnikiem a firmą zawiera między innymi jej prawo do sprawdzania całości budynku w dowolnym momencie – i to bez ostrzeżenia, zakaz trzymania w nim zwierząt lub przebywania w nim dzieci (nawet przez jedną noc), a także zakaz gości w budynku bez obecności „strażnika”.

Niektóre z tych nieruchomości nie obowiązują zasady, regulujące jak dużo łazienek czy pryszniców powinno przypadać na określoną ilość mieszkańców. W niegdysiejszym gabinecie lekarskim na południu Londynu dziewięciu jego mieszkańców dzieliło ze sobą jeden prysznic i jedną kuchnię. Wiele z tych nieruchomości nie oferuje dostępu do Internetu czy telefonu, a zamieszkujące je osoby nie mogą podłączyć zmywarkę czy kuchenkę. Krótki okres wypowiedzenia oznacza, że inwestycja tego typu często w ogóle się nie opłaca.

Wymagany przez firmę wobec „licencjobiorców” depozyt, mogący sięgać nawet 800 funtów, nie jest chroniony prawnie.

Firmy takie jak Camelot znane są z opieszałości w ich zwracaniu. Zamieszkującym daną nieruchomość zdarzało się otrzymywać wypowiedzenia dające im 24 godziny na wyprowadzkę – zostały one zakwestionowane przez prawników jako niezgodne z prawem, dzięki czemu minimalny okres wypowiedzenia urósł do 28 dni. Wiele z umów zabrania podpisującymi rozmawiania z mediami na temat ich doświadczeń.

W celu zapewnienia sobie ochrony przed koniecznością przestrzegania praw lokatorskich, opiekujące się nieruchomościami firmy odmawiają przebywającym w nim osobom wyłącznego prawa do danej przestrzeni – jednego z kluczowych warunków bycia uznawanym za lokatora. W praktyce oznacza to niezapowiedziane wizyty w mieszkaniach i pokojach mieszkańców, zdarzające się często raz-dwa razy w miesiącu.

Milena, zajmująca się zdrowiem psychicznym pielęgniarka z Rumunii, tłumaczy nam, jak to jest. – Nie czuję się komfortowo w sytuacji, w której do mojego pokoju wchodzi jakaś obca osoba, o czym dowiaduję się, gdy wracam do domu i czytam pozostawioną w nim kartkę. Ktoś tu był. Czuję, że naruszana jest moja przestrzeń, a jako że staram się zachować porządek nie chcę, by ktokolwiek wiedział, kiedy nie posprzątałam swoich ubrań. Płacę za wynajem, więc dajcie mi chociaż prawo do prywatności.

Osoby strzegące nieruchomości są narażone na gwałtowne wzrosty wysokości czynszu. Pewnego ranka Matthew dowiedział się z maila, że jego miesięczna opłata za mieszkanie wzrośnie w przyszłym miesiącu z 350 do 550 funtów. Zamieszkujące je osoby nie mają pojęcia, czy zostaną w nich przez miesiąc, czy może przez trzy lata.

Alice, pracująca w sektorze turystyki absolwentka archeologii, poproszona została o opuszczenie mieszkania w dwa tygodnie po tym, gdy się do niego wprowadziła, co wiązało się z olbrzymią stratą czasu i pieniędzy, na którą nie mogła sobie pozwolić. Wbudowany w model tego typu mieszkania brak bezpieczeństwa wpływa na sposób użytkowania przestrzeni. Zajmujące ją osoby wkładają mniej wysiłku w jej porządkowanie, kupują mniej mebli.

Niewielki wkład pracy i poczucie tymczasowości wiążą się z brakiem poczucia zadomowienia, odczuwanym nawet po wielu latach zamieszkiwania danego miejsca.

Wrażenie to potęgowane jest przez świadomość, że obca im osoba może właściwie w każdym momencie wkroczyć do ich pokoju. Skutki tego stanu rzeczy mocno widoczne zauważalne są w większych nieruchomościach, takich jak dawne domy opieki czy nieużywane przestrzenie biurowe. Zamki w szafkach, duża rotacja mieszkańców, poczucie anonimowości – wszystko to upodabnia je do hostelu.

Wiele osób, mających doświadczenie bycia strażnikami nieruchomości za sobą opowiada o niepokoju, związanym z wiszącą nad nimi koniecznością wyprowadzki oraz o wynikłym z braku jakichkolwiek praw i prywatności dyskomforcie. Alice wspomniała nam, że nigdy nie czuła się w takich warunkach bezpiecznie i nigdy nie kojarzyła ich z poczuciem stabilności.

Ludzie tymczasowi

Patrząc się na oczekiwania, stawiane przed potencjalnymi strażnikami nieruchomości, możemy zaobserwować, w jaki sposób trend ten łączy się z innymi trendami społeczno-ekonomicznymi, odciskającymi swe piętno na sektorze mieszkalnictwa. Wiarygodność, elastyczność, możliwość szybkiego pozbycia się kogoś lub czegoś – cechy te pokrywają się z charakterystyką grupy ludzi, tworzących opisywany przez ekonomistę Guy’a Standinga prekariat.

Dla tej tworzącej się klasy praca staje się czymś niepewnym, krótkotrwałym i elastycznym. Wzrost znaczenia kontraktów typu zero-hour (niegwarantujących minimalnej ilości godzin pracy i tym samym stałego wynagrodzenia – przyp. tłum.) jest tego najlepszym przykładem – 1,7 miliona tego typu umów zawartych jest obecnie w Wielkiej Brytanii. Stanowią one 6% wszystkich umów związanych z zatrudnieniem. To cztery razy wyższy wskaźnik niż w roku 2000.

Ten zwrot w stronę pracy czasowej i kontraktowej stanowi rdzeń tego, co opisywane jest jako „ekonomia (współ)dzielenia” (sharing economy), a co lepiej opisuje termin „ekonomia dostępu” (access economy). Jej elementem są platformy, które umożliwiają ludziom zarobienie na czasowym udostępnianiu znajdujących się w ich posiadaniu zasobów, takich jak mieszkanie (Airbnb) czy samochód (Uber, Lyft), lub też na wiązaniu producentów z dostawcami – na przykład Deliveroo.

Strzeżenie nieruchomości jest usługą, dzięki której potencjalni użytkownicy łączeni są z zarządzającymi nieruchomości po to, by czerpać wartość z tymczasowego użytkowania pustych przestrzeni. Dostarczanie usługi osobom z niestabilnymi warunkami pracy stało się jednym z symboli tego trendu.

Pomieszkujący w opuszczonych lokalach są przejawem często przez nas niezauważanych procesów, które w coraz bardziej kreatywny sposób urynkawiają kolejne aspekty naszego życia i umożliwiają czerpanie z nich zysków.

W efekcie mamy do czynienia z sytuacją, w której nawet okresy między różnymi formami użytkowania danej przestrzeni, w trakcie których do tej pory pozostawała ona nieużywana, można wykorzystać do zarabiania pieniędzy. Osoby decydujące się na taki układ płacą za „przywilej” strzeżenia obiektów, w których pomieszkują.

Prawa należących do tej grupy osób uległy rozmyciu, a może wręcz zupełnemu zawieszeniu. Będąc „strażnikami” nie przysługują im prawa lokatorskie – analogicznie do sytuacji kierowców Ubera czy kurierów Deliveroo, którzy jako niezależni współpracownicy ponosić muszą koszty inwestycji oraz ryzyka działania, nie mogąc liczyć na ubezpieczenie bądź płatne chorobowe. Tak jak Uber, który w przeciwieństwie do tradycyjnych firm taksówkarskich nie ponosi odpowiedzialności za swoich kierowców, tak samo firma oferująca tymczasowe lokum nie ma takich samych obowiązków, jak zwykły wynajmujący wobec lokatora.

Patrząc się na problem w szerszej perspektywie dostrzec możemy powstawanie nowych wzorców życia i pracy, które – choć z pozoru takie same jak dawniej – nie dają jednak dotychczasowego poziomu ochrony prawnej, wymagając przy tym akceptacji daleko posuniętej elastyczności i niepewności. W zjawisku strażników nieruchomości niczym w soczewce widoczne są postępy procesów uelastyczniania, prekaryzacji oraz ograniczonej ochrony prawnej w mieszkalnictwie.

W wyniku jego upowszechniania się, będącego dobrym przykładem sukcesów logiki neoliberalnej, dach nad głową przestaje być prawem, a staje się skutkiem ubocznym świadczenia usługi.

Idące na taki układ osoby przechodzą proces utowarowienia, w którym ich ciała zastępują infrastrukturę (na przykład kamery monitoringu). Strażnicy tacy jak Matthew, Alice czy Mirela zmieniają się w gotowe do reklamowania właścicielom nieruchomości produkty, których sloganem może być „zapewnianie godnej zaufania ochrony”, jak buńczucznie deklaruje firma Ad Hoc Property Guardians. Chętni często muszą pochwalić się referencjami, a czasem wręcz udowadniać swoją wrażliwość społeczną oraz gotowość do zaangażowania w życie społeczności lokalnej (wymóg stawiany przez Dotdotdot Property Guardians).

Czyje miasto?

Londyn, bardziej wyraziście niż większość innych miast w Europie, pokazuje nam skalę kryzysu mieszkaniowego, z którym musimy się dziś mierzyć. Prywatni najemcy potrafią tu wydawać nawet 70% swoich dochodów na czynsz, sterylne apartamenty pojawiają się na obszarach znanych niegdyś z przystępnych cen i bujnego życia lokalnego, a mieszkania komunalne popadają w ruinę i są wyburzane, ustępując miejsca prywatnym inwestycjom mieszkaniowym.

Młodzi profesjonaliści coraz bardziej wypierają przedstawicieli klasy robotniczej. Strażnicy nieruchomości odgrywają swoją rolę w tych procesach.

Analiza zielonej radnej Zgromadzenia Wielkiego Londynu, Sian Berry, wskazała, że aż 24 z 32 dzielnic korzystało z usług strażników przestrzeni do ochrony pustostanów, co w roku 2016 przełożyło się na tysiąc osób pomieszkujących w 200 budynkach publicznych. Ikona budownictwa komunalnego na wschodzie Londynu, Balfron Tower, została niedawno przekazana w ręce spółdzielni mieszkaniowej.

Od czasu, gdy w roku 2014 przestali tam mieszkać lokatorzy z mieszkań socjalnych ich miejsce zajęli „strażnicy remontowi”. Sama spółdzielnia ogłosiła niedawno, że we współpracy z deweloperem planuje ona poddać mieszkania renowacji i sprzedać na rynku. Pomieszkujący tam strażnicy, chroniąc przez lata nieruchomość przed niszczeniem oraz zeskłotowaniem, spełnili nieświadomie istotną rolę w procesie przejścia nieruchomości z rąk publicznych do prywatnych, pozwalając spółdzielni na siedzenie całymi latami z założonymi rękami i samemu będąc ofiarami dokładnie tych samych procesów.

Trendy te są aktywnie wspierane przez państwo poprzez niedawne zmiany prawne, takie jak kryminalizacja squattingu nieruchomości mieszkalnych, rozluźnienie przepisów, regulujących zmianę przeznaczenia nieruchomości z komercyjnej w mieszkalną (co umożliwia pomieszkiwanie w niej strażników) czy deregulacja rynku mieszkaniowego, która rozpoczęła się za rządów Margaret Thatcher w latach 80. XX wieku. Niemal wszystkie obiekty, zarządzane przez firmę Ad Hoc, należą do władz dzielnicowych.

Zjawisko strażników nieruchomości przesłania i normalizuje skalę pustostanów w Londynie (i to zarówno tych w budynkach publicznych, jak i prywatnych), wyczyszczonych z lokatorów w celu ich sprzedaży prywatnym deweloperom.

Musimy w tym miejscu powiedzieć, że strażnicy nieruchomości nie są jakąś naturalną, nieuchronną konsekwencją działania sił rynkowych, poprzez które osoby potrzebujące dachu nad głową gładko wchodzą w puste przestrzenie. Są częścią procesu, w trakcie którego czyści się budynki z dotychczasowych mieszkańców i zamienia się je w narzędzia do osiągania astronomicznych zysków. Zyski te możliwe są dzięki decyzjom politycznym, takim jak ułatwianie czerpania coraz większych korzyści finansowych przez właścicieli nieruchomości czy rezygnacja z zapewniania ochrony oraz niskich czynszów lokatorom.

Dla części „strażników” pomysł życia w przestronnych, nietypowych przestrzeniach wydał się całkiem interesujący. Dla większości spośród naszych rozmówców motywacją jest jednak przede wszystkim kwestia wysokich kosztów czynszu w mieście. Poszukujący w Londynie mieszkania na wynajem zmuszeni są do rezygnacji z ochrony prawnej i stabilności zamieszkania w celu zostania strażnikami nieruchomości w zamian za niższe opłaty, na które ich stać.

Choć państwo jest głównym inicjatorem tego procesu, to dla prywatnych graczy i firm miasto stało się dojną krową. Czerpią z niego zyski poprzez wykup publicznego zasobu mieszkaniowego i zmienianie go w niedostępne dla szarego człowieka apartamenty, ale też dzięki strażnikom nieruchomości. Zajmująca się tym procederem firma Camelot Europe chwali się rocznymi obrotami rzędu 5-6 milionów funtów.

Stopniowe przejmowanie publicznych zasobów przez sektor publiczny (przy wsparciu państwa) jest klasycznym przejawem neoliberalizmu i potwierdza tezę Naomi Klein że doktryna ta, zamiast osłabiać państwo, jest od niego silnie zależna w zakresie jej wprowadzania w życie.

Mylenie objawów z rozwiązaniami

Strażnicy nieruchomości są przejawem dysfunkcji londyńskiego rynku mieszkaniowego. Zjawisko to bywa tymczasem traktowane jako rozwiązanie, na którym wszyscy korzystają – rozwiązywać ma bowiem problem pustostanów, a także zapewnia tani dach nad głową. Takie postawienie sprawy zaciemnia jednak prawdziwy obraz sytuacji, stanowiąc dla polityków wymówkę do wstrzymania się z działaniem.

Posiadanie pustostanu do niedawna wiązało się z kosztami – dziś jednak okazuje się całkiem dochodowym biznesem, co z pewnością mieć będzie wpływ na zachowania właścicieli analogiczny do wzrostu wysokości czynszów, odnotowanego po upowszechnieniu się Airbnb. Choć wykorzystuje się je do pokazywania roli „niewidzialnej ręki rynku”, która rozwiązać ma wszelkie nasze problemy, to instytucja strażników nieruchomości istnieje dzięki państwu, będąc częścią problemu, nie zaś jego rozwiązaniem.

Przyczynia się do wzrostu ich nasilenia poprzez normalizację kontroli rynku mieszkaniowego przez korporacje, ograniczenia praw lokatorów i niestabilności wynajmu. Ułatwia ona procesy gentryfikacyjne i maskuje skalę realnych problemów. Staje się nowym sposobem czerpania zysków z nieruchomości, wykorzystując kiepską sytuację na rynku mieszkaniowym osób takich jak Mirela, Alice czy Matthew.

David Harvey w swej książce „Zbuntowane miasta” pisał o mieście jako przestrzeni nowego typu walk klasowych, które przyczynią się do narodzin prawdziwie rewolucyjnych ruchów.

Jego zdaniem powstaną one jako sprzeciw wobec nowym typom czerpania zysków (renty) z ludzkiej niedoli, takim jak strażnicy nieruchomości. Miasta stanowią inkubator nowych eksperymentów społecznych i politycznych – nie można jednak zrozumieć ich powstawania bez wiedzy o tym, w kontrze do czego się tworzą.

Choć kluczową charakterystyką prekariatu – w tym również strażników – jest jego fragmentacja, rozproszenie oraz brak zakorzenienia, co utrudnia mu organizowanie się i walkę o swoje prawa, to jednak znajdujący się w tym położeniu pracownicy, tacy jak kurierzy Deliveroo czy kierowcy Ubera zaczynają domagać się głosu, a strażnicy pokoju Rexa Duis publikują własne projekty zasad, którymi powinny kierować się firmy zarządzające nieruchomościami.

Tocząca się w brytyjskim Bristolu rozprawa stawia pod znakiem zapytania przyszłość instytucji strażników nieruchomości w tym kraju. Niezależnie od ostatecznego werdyktu praktyka ta unaoczniła nam istnienie pewnych trendów w europejskich miastach, takich jak stawianie potrzeb firm wyżej od takich fundamentalnych wartości, jak prawo do godnego mieszkania. Każe nam ona zadać pytania o samą przestrzeń miasta – o to w jaki sposób na jej kształt wpływają neoliberalne procesy ekonomiczne, które zmieniają i ograniczają dostęp do przestrzeni publicznych.

W jaki sposób możemy go zachować? Co się stanie z i tak już ograniczoną wolą polityczną w kwestii rozwiązania głębokiego kryzysu mieszkaniowego, który trapi Londyn i inne europejskie miasta, jeśli uzna się strażników nieruchomości za element rozwiązania problemu? Zamiast traktowania tego trendu jako odpowiedzi na stojące przed nami wyzwania powinien on stać się przyczynkiem do zbadania pogarszającego się kryzysu i udzielenia na niego wiarygodnych odpowiedzi.

Artykuł „Guardians of the Property: Pop-Up Housing for Pop-Up People” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Archiwum redakcji

Wybory samorządowe odbywają się tej jesieni nie tylko w Polsce. Maciej Tomaszewski – polski kandydat na liście Zielonych z partii Ecolo – dzieli się swoimi doświadczeniami z kampanii w Brukseli.

Bartłomiej Kozek: Co skłoniło Cię do kandydowania w wyborach lokalnych w Belgii? Który szczebel samorządu wybrałeś – i dlaczego?

Maciej Tomaszewski: Przez wiele lat nie mogłem odnaleźć się w Brukseli. To skomplikowane, trudne do odkrycia miasto. Większość czasu spędzałem w międzynarodowym towarzystwie, które ma podobny problem. W pewnym momencie powiedziałem jednak sobie, że czas to zmienić. Zapisałem się najpierw na warsztaty teatralne, a potem do Partii francuskojęzycznych Zielonych – Ecolo. Dzięki temu udało mi się poznać wielu Belgów. Staram się ułatwiać kontakty miedzy międzynarodowymi mieszkańcami Brukseli i Belgami. Póki co idzie mi dobrze.

Wybrałem szczebel miasta. Bruksela, w bardzo dużym uproszczeniu, to odpowiednik naszego województwa. To tak naprawdę 19 osobnych miast. Jako Polak, nie-Belg, mam prawo do glosowania i kandydowania jedynie na poziomie miasta albo Parlamentu Europejskiego. Jako ze chciałbym polepszyć jakość życia w moim mieście, wybór odpowiedniego szczebla wydawał się naturalny.

System podziału władzy w Belgii wydaje się bardzo skomplikowany. Wytłumaczysz naszym Czytelni(cz)kom na przykładzie Brukseli w jaki sposób działa w praktyce?

Jak już wspomniałem, w dużym uproszczeniu, Bruksela jest odpowiednikiem naszego województwa. Bruksela jako całość jest odpowiedzialna przykładowo za transport publiczny i za zarządzanie niektórymi większymi drogi. 19 osobnych miast jest z kolei odpowiedzialne za kwestie takie jak czystość na ulicach, pomoc społeczna, mieszkania socjalne, większość dróg i ścieżek rowerowych. Z kolei za nauczanie i kulturę w dużym stopniu odpowiedzialne są wspólnoty językowe, francuskojęzyczna i flamandzka…

Łatwo się w tym wszystkim pogubić. W praktyce jakiekolwiek działanie w Brukseli jest efektem długich i trudnych negocjacji miedzy rożnymi szczeblami władzy.

Jakie Twoim zdaniem są największe wyzwania rozwojowe miasta – i jakie są Twoje propozycje rozwiązań?

Moim zdaniem najważniejsze są dwie kwestie. Po pierwsze, różne wspólnoty zamieszkujące rzadko ze sobą rozmawiają. Społeczność międzynarodowa utrzymuje kontakty głownie ze sobą. To nie dziwi, gdyż ma ona swoje specyficzne problemy – jak utrzymać kontakty z rozproszoną po pary krajach rodziną albo jak pokonać trudności związane ze związkiem na odległość. To zresztą problemy, które sam próbuję albo próbowałem pokonać.

Belgowie są z kolei mocno skupieni na swoich kwestiach. Nie jest to dziwne, gdyż, jak już wspomniałem, jakiekolwiek działania w mieście są wynikiem trudnych negocjacji. Pamiętajmy, że w Brukseli można spotkać przedstawicieli ponad 180 narodowości. To unikatowe miasto, w którym codziennie słyszy się dźwięki najróżniejszych języków oraz odgłosy walizek podróżujących do różnych zakątków świata.

Potrzeba nam miasta, które zachęca do dialogu. Podam przykład. Obecnie budowany deptak w centrum miasta nie zachęca do wybrania się do centrum Brukseli. To pusta przestrzeń, niemal zupełnie pozbawiona zieleni i ławek. Wraz z mieszkańcami i całą partią Ecolo chciałbym zastanowić się, jak zmienić tę przestrzeń.

Poza tym w centrum miasta, szczególnie na wspomnianym deptaku, mieszka wielu bezdomnych. Wielu z tych bezdomnych to niestety nasi rodacy. Będę zatem walczyć razem o to, aby w pomocy społecznej była chociaż jedna osoba mówiąca po polsku.

Pod jakimi hasłami przebiegać będą tegoroczne wybory? Jakich wyników spodziewać się po partiach ekopolitycznych w Brukseli – Ecolo i GROEN?

Nasze trzy hasła to zazielenić miasto, wesprzeć młodych oraz zapewnić lepsze funkcjonowanie administracji. Póki co sondaże są dla nas pomyślne, ale nie spoczywamy na laurach. Potencjalni wyborcy chcą być wysłuchani oraz chcą bezpośrednich spotkań z kandydatami. Chcemy – i musimy – odpowiedzieć na te potrzeby.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że w Belgii nie ma partii narodowych. Flamandowie mieszkający na północy mają swoją partię, a Walonowie mówiący po francusku i mieszkający na południu – swoją. Sam jestem członkiem francuskojęzycznej Partii Ecolo. We Flandrii działa z kolei GROEN. Wyjątkowo w Brukseli – mówiąc w pewnym uproszczeniu – mieszkańcy mogą wybrać jedną z tych partii. Mamy tu wspólna listę. Choć niektóre inne ugrupowania mają już takie rozwiązania, to nasza współpraca w tym zakresie jest najbardziej rozwinięta. Wszelkie akcje przeprowadzamy razem.

Z jakich narzędzi zamierzasz korzystać w swojej kampanii? Czy liczysz tu przede wszystkim na swoją pomysłowość czy otrzymujesz wsparcie od Zielonych?

Najważniejszy jest dla nas kontakt z mieszkańcami. Sporo czasu spędzamy na rozmowach z potencjalnymi wyborcami. Proponujemy rozmowy przechodniom albo rozmawiamy bezpośrednio w ich mieszkaniach. Ten ostatni środek stosujemy dlatego, ze cześć wyborców (np. osoby z niepełnosprawnościami) nie pojawia się się w przestrzeni publicznej. Naszym priorytetem jest również poszanowanie czyichś wyborów i prywatności. Nie nalegamy, jeśli potencjalny wyborca nie chce z nami rozmawiać.

Oczywiście nie omija nas wieszanie plakatów czy rozdawanie ulotek. Te akcje są ważne, ale ich celem jest ułatwienie bezpośredniego kontaktu z potencjalnymi wyborcami. Naszym głównym celem nie jest przekonanie wyborcy o tym, że nasz program jest zdecydowanie najlepszy, ale wysłuchanie jego zdania. To oni najlepiej wiedzą, z jakimi problemami się mierzą i jakie są możliwe rozwiązania.

Takie dyskusje to lekcje pokory. Nasi potencjalni wyborcy często wspominają o bardzo trudnych sprawach. Po przeprowadzaniu akcji często siadamy razem przy małym, ale dobrym piwie. Opowiadamy sobie o naszych doświadczeniach i dzielimy doświadczeniem. Pomagam sobie również uzależnieniem od mojego ulubionego stylu jogi.

Czy Polonia w Brukseli angażuje się w lokalne życie społeczne i polityczne?

Dobre pytanie. Jak zdefiniować zaangażowanie?

Polonia w moim mieście składa się z bardzo różnych grup. Rozróżniłbym trzy. Pierwsza to Polacy, którzy przyjechali tu dawno temu i mają obywatelstwo belgijskie. Ci ludzie czują się w Brukseli jak w domu, choć starają się utrzymać rodzinne tradycje.

Druga z nich to Polacy, którzy przyjechali do Brukseli po naszym wejściu do Unii Europejskiej. To ludzie z dobrym wykształceniem technicznym. Spora cześć z tych osób ma nadal rodziny w Polsce. Wielu z nich przyjeżdża do Belgii na kilka lat aby oszczędzić pieniądze, a potem wybudować dom w Polsce.

Wreszcie trzecia grupa to ludzie, którzy pracują dla różnych instytucji, głownie tych unijnych.

Mimo wielu różnic Polacy uznawani są za bardzo dobrych pracowników. Polscy budowlańcy cenią się wysoko. Są poszukiwani przez Belgów i pobierają belgijskie stawki – nie ma zatem dumpingu socjalnego. Polacy odgrywają w efekcie ważną role w życiu gospodarczym miasta.

Polaków w Brukseli jest sporo. Mam polska gosposię. Na liście polskiej Ambasady można znaleźć listę polskich lekarzy. Moja kosmetyczka jest Polką – jest świetna zarówno w swoim zawodzie, jak i jako przyjaciółka. Mieszkając w Brukseli można spędzić całe życie mówiąc tylko po polsku. Nie dotyczy to zresztą tylko Polaków. Wiele innych narodowości ma podobną sytuację.

Wspólna dyskusja jest możliwa tylko, jeśli mówimy wspólnym językiem. Jak już wspomniałem, nauczaniem języków zajmują się głownie wspólnoty językowe. Miasto może promować dobre rozwiązania przez nie realizowane. Wielu Polaków nie wie, że można się uczyć oficjalnych języków urzędowych albo za darmo, albo za niewielkie pieniądze. Miasto może zatem odegrać ważną rolę w promowaniu istniejących rozwiązań i podnoszenia świadomości ich istnienia.

Maciej Tomaszewski startuje z 33. miejsca listy Ecolo-GROEN do Rady Brukseli

Z Janem Śpiewakiem, przewodniczącym stowarzyszenia Wolne Miasto Warszawa i kandydatem komitetu Wygra Warszawa rozmawia Marek Nowak.

Marek Nowak: Przedstawiciele szeroko rozumianej opozycji w Polsce twierdzą, że czekają nas najważniejsze wybory od przełomu ustrojowego w 1989 roku – czy zgadza się Pan z tą opinią? Co Pana zdaniem te wybory oznaczają dla Polski?

Jan Śpiewak: To bez wątpienia bardzo ważny okres dla Polski, a dla lewicy to czas „walki o wszystko”. Warto podkreślić, że zbliżające się wybory samorządowe są początkiem maratonu wyborczego, gdyż już pół roku później będziemy wybierali przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego, a w przyszłym roku na jesieni – nowy parlament w Polsce. Jeśli lewica nie zaistnieje politycznie w wyborach samorządowych, to szansa na to, że coś stworzy do wyborów parlamentarnych, jest bliska zeru.

Głęboko wierzę w to, że w trakcie kampanii wyborczej w Warszawie wyłoni się nowy model współpracy między ruchami miejskimi wywodzącymi się z samorządu, Zielonymi, a „nową lewica” reprezentowaną przez Partię Razem – model, który nie tylko zapewni sukces wyborczy, ale będzie inspirującym wzorem tego, jak postępować w kolejnych wyborach.

MN: Przejdźmy zatem do zawiązanego przez Państwo porozumienia wyborczego. W jaki sposób udało się je stworzyć i dlaczego część ruchów miejskich ostatecznie do niego nie weszła?

JŚ: Też żałuję, że nie ma ich z nami i ciągle wierzę, że uda się tę koalicję poszerzyć. Niestety, część ruchów miejskich jest alergicznie antypartyjna. Mimo, że partie typu Zieloni, czy Razem, są bez porównania bardziej demokratyczne, niż partie starego typu, które już znamy, to już przez sam fakt bycia partiami politycznymi są dla części ruchów miejskich czymś niedobrym, z czym nie można wchodzić w koalicje.

Uważam takie podejście za niewłaściwe. Partie polityczne są częścią demokratycznego ładu i nie można się na nie obrażać.

Sam jestem z ruchów miejskich, nie jestem członkiem żadnej partii politycznej, a jedynie przewodniczącym stowarzyszenia. Przyznam, że sam na początku miałem pewne obawy. Jednakże długie, merytoryczne rozmowy z moimi politycznymi partnerami przekonały nas wszystkich, że aby nawiązać walkę o tak dużą stawkę, jak Rada Miasta, czy prezydentura stolicy, musimy iść do tych wyborów wspólnie.

Można powiedzieć, że to koalicja nie tylko z serca, ale też z rozumu, bo mamy te same bliskie wartości, stajemy po stronie słabszych, mamy ten sam pomysł na model gospodarczy oraz wspólny polityczny cel: chcemy być alternatywą dla prawicowego establishmentu, który od wielu lat urządzą życie polityczne i społeczne w Polsce

MN: To pomysł na porozumienie czysto wyborcze, czy może zalążek nowej siły politycznej?

JŚ: Jestem umówiony z podmiotami politycznymi wchodzącymi w skład koalicji: stowarzyszeniem Inicjatywa Polska, Partią Zieloni i Partią Razem, że wspólnie z moim stowarzyszeniem stworzymy klub w Radzie Miasta, więc to nie jest projekt tylko na wybory. Liczę na to, że ten klub powstanie i że będzie w stanie skutecznie walczyć o interesy mieszkańców.

MN: Przejdźmy zatem do prawicowego establishmentu, dla którego chcą Państwo być polityczną alternatywą. Polska scena polityczna jest silnie spolaryzowana i od 2005 roku napędzana przez konflikt dwóch prawicowych formacji: Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Jak Pan, jako nowe pokolenie, które wchodzi na scenę polityczną już przez ten konflikt zdefiniowaną, odnosi się do tegoż konfliktu?

JŚ: Jestem nim bardzo zmęczony i sądzę, że coraz więcej Polaków i Warszawiaków również. W istocie, jest to spór między dwoma prawicowymi i bardzo konserwatywnymi partiami, których myślenie o państwie pochodzi z głębokich lat 90. Tymczasem bardzo wiele się zmieniło. Jednak żadna z tych formacji za tymi zmianami nie nadąża i nie podejmuje kwestii dla Polski fundamentalnych, takich jak: zrównoważony rozwój, ochrona środowiska, czy też transformacja gospodarki, która dziś oparta jest na taniej silne roboczej w taką, która jest oparta na wiedzy i rozwija się dzięki innowacjom.

Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy krytykując forsowany przez poprzedników neoliberalny model rozwoju, ale robi dokładnie to samo.

Przyjęta przez obecny rząd ustawa czyniąca z całej Polski specjalna strefę ekonomiczną, niszczenie uniwersytetów w mniejszych ośrodkach, czy też eksploatacja środowiska naturalnego w sposób niewyobrażalny, to naprawdę nie są przejawy nowoczesnego myślenia o państwie.

Dodajmy do tego nieprawdopodobny wręcz nepotyzm i kumoterstwo, zahaczające wręcz o zwykłą korupcję. Tysiące niekompetentnych, ale lojalnych wobec władzy, osób na państwowych posadach, gigantyczne nagrody wypłacane sobie bez wyraźnego powodu – to wszystko pokazuje, że rządzący nie traktują państwa jako dobro wspólne, lecz jako swój prywatny folwark. Może właśnie dlatego tak łatwo rządzącym przychodzi naruszanie zasad demokratycznego państwa prawa.

MN: Przedstawiciele głównej partii opozycyjnej twierdzą, że właśnie przez wzgląd na ochronę praworządności w Polsce opozycja powinna pójść do wyborów zjednoczona.

JŚ: Uważam, że powinny powstać dwa duże bloki: liberalny oraz centrolewicowy. Jeśli Platforma Obywatelska będzie najsilniejszym komponentem opozycji w Polsce, to PiS ma zagwarantowane długie rządy. Platforma Obywatelska jest dziś niewiarygodna głównie dlatego, że nie wykonała żadnej pracy intelektualnej nad przyczynami porażki w 2015 roku. W rezultacie PO nie jest w stanie zmobilizować swoich dawnych wyborców, ani przekonać nowych – jest w stanie tylko bronić tego, co już ma.

MN: Prawo i Sprawiedliwość przygotowywała nową ordynację na wybory do PE w taki sposób, by za pomocą machinacji przy okręgach wyborczych zbudować w Polsce system dwupartyjny.

JŚ: Taki jest ich cel, gdyż wiedzą, że PO to dla nich wymarzona opozycja. Ma być jedynie Prawo i Sprawiedliwość, które rządzi oraz koncesjonowana opozycja w postaci Platformy Obywatelskiej i przybudówek. Uważam, że jedyną szansą na to, by się temu przeciwstawić jest pójście do ludzi z nową ofertą, która zachęci ich do tego, żeby wyszli z domów i zagłosowali – należy to zrobić już w najbliższych wyborach. Wierzę w to, że porozumienie jakie zawarliśmy w Warszawie, jest właśnie taką ofertą.

MN: Przejdźmy do tej oferty. Gdyby Pan miał wymienić 3 swoje najważniejsze priorytety, to co by to było?

JŚ: Po pierwsze chciałbym „oddać Warszawę ludziom” i to przede wszystkim na dwóch płaszczyznach. W Warszawie jest bardzo mało przestrzeni publicznej – uważam, że należy to zmienić. Stworzenie w centrum stolicy Warszawskiego Parku Centralnego – otwartego i egalitarnego miejsca dla ludzi będzie zarazem pierwszym etapem, jak i symbolem tak rozumianej polityki.

Innym ważnym obszarem, który chciałbym otworzyć dla Warszawiaków jest kwestia większego współdecydowania mieszkańców o tym, co dzieje się w mieście. Nazywamy to „prawem do miasta” – z jednej strony chodzi o uczciwość i przejrzystość działań samorządowych, które powinny się odbywać pod większą kontrolą społeczną, z drugiej – o włączenie mieszkańców do procesów decyzyjnych poprzez rozmaite formy partycypacji obywatelskiej.

Kolejnym priorytetem jest sprawienie, by miasto zaczęło budować mieszkania – nie tylko dla najbiedniejszych, ale też dla tej części klasy średniej, która jest gorzej sytuowana. Obecnie jest tak, że na spłatę kredytu lub opłaty za wynajem wielu Warszawiaków musi przeznaczyć nawet połowę swoich dochodów. Proponujemy program budowy 50 tys. mieszkań w ciągu 10 lat, których wynajem będzie kosztował 1400 zł miesięcznie.

Chcemy dać mieszkańcom Warszawy poczucie bezpieczeństwa, że nie muszą wydawać 50% dochodów ani zadłużać się na dekady w bankach, żeby móc godnie mieszkać.

Trzecim priorytetem jest kwestia poprawy jakości życia Warszawiaków. Chodzi o wsparcie dla osób starszych, rozwój usług publicznych, ale także kwestie ochrony środowiska, zazieleniania Warszawy i walki z zanieczyszczeniem powietrza, które stanowi w naszym mieście ogromny problem.

MN: Skoro jesteśmy przy kwestiach środowiskowych. Zmiany klimatu stwarzają coraz poważniejsze zagrożenia nie tylko dla ekosystemów, ale także dla zdrowia ludzkiego i gospodarki w Europie. Co warto podkreślić, Warszawa jest częścią C40 Cities Climate Leadership Group – czyli porozumienia, które koncentruje się na walce ze zmianami klimatycznymi. Jako prezydent Warszawy, jakie chciałby Pan podjąć działania w tej materii?

JŚ: Przygotowanie Warszawy na skutki nasilających się zmian klimatu to bez wątpienia jedno z najważniejszych wyzwań każdej odpowiedzialnej polityki dot. środowiska. Jest to również jeden z głównych priorytetów polityki naszej koalicji w tym obszarze. Pozostałymi priorytetami są: walka ze smogiem, rozwój obszarów zielonych i likwidacja ubóstwa energetycznego.

Elementami naszej polityki przeciwdziałania negatywnym skutkom zmian klimatu będą m.in.: wprowadzenie klauzul ekologicznych w zamówieniach publicznych oraz premie dla rozwiązań proekologicznych w przetargach publicznych; stopniowa eliminacja z miejskiego taboru autobusów napędzanych silnikami diesla i zastąpienie ich pojazdami elektrycznymi i gazowymi; wprowadzenie zasad kompensacji środowiskowej m.in. w przypadkach koniecznej wycinki drzew, niwelowanie zjawiska tzw. „miejskiej wyspy ciepła” przez zwiększanie zadrzewień na placach, skwerach i wzdłuż ulic; wprowadzenie mechanizmów zbiórki wody deszczowej przez zwiększanie przepustowości kanalizacji deszczowej, tworzenie zbiorników retencyjnych, zwiększanie przepuszczalności podłoża.

Innym niezwykle ważnym elementem tej polityki jest ochrona korytarzy napowietrzających, terenów zielonych i lasów miejskich, którą chcielibyśmy zapisać także w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego. Niestety poprzednicy w tej materii uczynili wiele zła. Według szacunków w ostatnich 10 latach w Warszawie wycięto ponad 200 tysięcy drzew, co skutkuje choćby powiększaniem się obszarów miejskich wysp ciepła, problemami z odprowadzaniem nadmiaru wody przy obfitych opadach czy smogiem. Była to skrajnie nieodpowiedzialna polityka, od której chcielibyśmy odejść.

MN: Jednym z najważniejszych tematów w zbliżającej się kampanii będzie bez wątpienia kwestia reprywatyzacji. Co doprowadziło do tego, że stał się to temat polityczny?

J: Jak wiadomo reprywatyzacja, to w pewnym skrócie zwracanie właścicielom lub ich potomkom nieruchomości znacjonalizowanych po wojnie przez komunistów. Problem w takich miastach, jak Warszawa, nie tyczy się tylko samej reprywatyzacji, do której można mieć wiele zarzutów i pytań o zasadność dziejową, sprawiedliwość społeczną itd., ale przede wszystkim tego, że sposób, w jaki ją robiono, jest czymś niewyobrażalnym.

Ludzie mieli umowy najmu podpisane z miastem na czas nieokreślony, czyli można powiedzieć, że umówili się z miastem, iż jeśli będą płacić niski czynsz – poniżej stawek rynkowych – to będą mogli tam mieszkać.

Nagle po 50, czy 60 latach zjawia się jakiś rzekomy spadkobierca, bo jak dziś wiemy, często to nawet nie byli spadkobiercy i wywraca tę umowę do góry nogami. Co więcej, ani państwo, ani miasto nie robi nic, by tych ludzi chronić. Ogromnej rzeszy ludzi z dnia na dzień odebrano nie tylko prawa, ale także godność. To, że państwo przestało chronić tych obywateli, że się ich pozbyło razem z tymi kamienicami, że ci ludzie byli przekazywani z nieruchomościami jak towar, jest czymś wstrząsającym, co naruszało elementarne prawa człowieka.

Mieliśmy do czynienia z bardzo agresywną neoliberalną polityką, która doprowadziła do zdjęcia osłon dla lokatorów, a w rezultacie do niezliczonych tragedii, w tym także śmierci. Mogę sobie wyobrazić sytuację, która jest normą na Zachodzie, że lokatorzy mieszkają w prywatnych budynkach, ale chroni ich państwo i prawo, a tutaj, niestety, w momencie zmiany właściciela nieruchomości ta ochrona była zdejmowana.

MN: Jaka jest w Pana ocenie główna różnica między Warszawą, a innymi europejskimi stolicami?

JŚ: Przede wszystkim kwestia modelu rozwoju, który został w Warszawie wybrany – modelu w którym panuje absolutny brak planowania przestrzennego. Warszawa rozwija się w sposób amerykańskich miast, a nie europejskich. Mamy ogromny problem z „urban sprawl”, czyli rurbanizacją, a mówiąc prościej z rozlewaniem się miast na przedmieścia. Warszawa zajmuje w przybliżeniu obszar 5 Paryżów, więc jest dużym miastem, a jako aglomeracja jest wręcz gigantyczna. Jest to drogi, nieefektywny i uderzający w więzi społeczne sposób rozwoju.

W Warszawie powstają dzielnice molochy, które są monofunkcyjne np. tzw. „sypialnie”, gdzie nie ma usług, żłobków, przedszkoli, czy parków. Na przedmieściach Warszawy jest niestety jeszcze gorzej, bo tam dodatkowo występuje problem z komunikacją. W rezultacie mamy miejsca, gdzie do Warszawy codziennie wjeżdża pół miliona samochodów, gdyż ludzie często muszą jeździć samochodami, bo nikt nie zaplanował im komunikacji publicznej wokół ważnych, z ich punktu widzenia, miejsc.

Dla przykładu: planowanie przedostania się z Białołęki, która jest typową „sypialnią” na tzw. „Mordor” na Mokotowie, czyli monofunkcyjne miejsce biurowców i firm, gdzie pracuje wielu Warszawiaków, musi uwzględnić przynajmniej godzinę jazdy – to jest zwyczajnie nieracjonalne.

Myślę, że główny problem polega na tym, że decydującą rolę w zagospodarowaniu miasta mają deweloperzy i kapitał prywatny, a nie mieszkańcy, czy urbaniści.

To jest pewna różnica, bo na Zachodzie decydują pewne normy, zwyczaje, a w Warszawie decyduje wielki pieniądz, a za wielkimi pieniędzmi stoi często wielka korupcja. My, niestety, obserwujemy to z bliska. Powstał układ reprywatyzacyjno-deweloperski bardzo blisko zżyty z politykami i to nie jest tylko kwestia Warszawy, ale kwestia wszystkich dużych miast w Polsce, gdzie deweloperzy mają niewiarygodnie duży wpływ na władzę miast.

Mówiło się kiedyś o Warszawie „Paryż Północy”, a teraz mówi się „Dubaj Północy”. Wieżowce bardzo często powstają bez ładu i składu, zabytki są wyburzane, tereny zielone są zabudowywane – to totalny chaos przestrzenny i to jest główna różnica między Warszawą, a stolicami zachodnimi.

MN: Współtwórca Kongresu Ruchów Miejskich, Lech Mergler, przedstawił na naszych łamach wizję, według której odpowiedzią na obecny kryzys demokracji jest idea „demokracji miast”. Czy jako polityk wywodzący się z ruchów miejskich uważasz, że to od miast przyjdzie kontrofensywa progresywnej polityki, czy może jest to jednak miraż podobny do tego o „skapywaniu bogactwa w dół”?

JŚ: Szczerze mówiąc jestem dość sceptyczny co do tej koncepcji. Na pewno jest tak, że w sytuacji permanentnego kryzysu, w którym żyjemy, gdzie państwa narodowe bardzo słabo sobie radzą z różnymi problemami, to regiony i miasta radzą już sobie zdecydowanie lepiej – to one są liderami walki z globalnym ociepleniem, to one pomagają uchodźcom, to one próbują nowych form organizacji życia społecznego. Naturalne więc jest, że się rodzi taka pokusa, by to one były awangardą progresywnej polityki. Tak się jednak w moim przekonaniu nie stanie.

Miasta nie istnieją w próżni – ani społecznej ani politycznej, także to raczej ogólnokrajowa polityka będzie oddziaływać na nie, niż one na tę politykę. Dlatego uważam, że miasta nie uratują świata, mogą się jednak starać uratować siebie.

MN: Co zatem powinno być odpowiedzią na kryzys demokracji i prawicowy populizm?

JŚ: Odpowiedzią na prawicowy populizm powinien być progresywny populizm.

Wywiad powstał we współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim

Aktywiści broniący od 2012 r. lasu Hambacher Forst przed wycinką wzywają do międzynarodowej solidaryzacji. Proszą o nią w obliczu eksmisji obozu, jaka właśnie jest przeprowadzana przez koncern RWE przy eskorcie policji.

Niemieckie telewizje prowadzą transmisję na żywo, przeciwnicy wycinki przypominają, że RWE powinno poczekać z wycinką i eksploatacją węgla na efekty pracy komisji węglowej. Policja i koncern oskarżają demonstrantów o akty agresji, a mieszkańcy oraz pielgrzymi przybywający na miejsce mówią, że to, co się dzieje z lasem to też przemoc ze strony policji i koncernu. Eskalacja trwa, a w jej tle dymi gigantyczna elektrownia na węgiel brunatny. Na drzewach powiewają romantyczne znaki nadziei dla jednych czy powód do śmiechu drugich.

Rumowisko

Zniszczone łóżka, krzesła, porozrzucane namioty, miażdżone sprzęty kuchenne, ubrania, rozjeżdżane info punkty i miejsca, które od sześciu lat służyły wielu aktywistom broniącym lasu Hambacher Forst. Setki policjantów, ciężki sprzęt, armatki wodne, samochody oraz pracownicy RWE – to wszystko wygląda, jakby właśnie miała być rozbijana szajka przestępcza w stylu Narodowosocjalistycznego Podziemia, jaka swego czasu działała na terenie Saksonii i zabijała ludzi pochodzenia np. tureckiego. Nic bardziej mylnego. Akcja skierowana jest przeciwko aktywistom, w większości osobom około dwudziestego roku życia, którzy – jak twierdzą – bronią lasu w ramach obywatelskiego nieposłuszeństwa.

W Hambacher Forst aktywiści od lat wiedzieli, że ten dzień może nadejść i de facto ataków na obóz było już wiele. Ale ten jest przeprowadzany z wielką pompą, która studzi nadzieje, że las, który stał się symbolem ochrony klimatu, wygra z przemysłem węglowym. W Polsce niszczenie tego lasu było już wielokrotnie wykorzystywane przez zwolenników budowy nowych odkrywek, aby pokazać, że węgiel brunatny ma się dobrze i to nawet w kraju Energiewende, jakim są Niemcy. Las był nawet porównywany do Puszczy Białowieskiej – że Niemcy też niszczą tereny chronione. I chociaż niektórzy podkreślają, że z naszą Puszczą las w Nadrenii nie ma nic wspólnego, to należy się tylko cieszyć, że w kraju nad Wisła wciąż mamy takie bogactwa przyrody. W Niemczech, szczególnie w Nadrenii Północnej, gdzie przecież znajduje się także węglowe Zagłębie Ruhry, Hambacher Forst uchodzi za ewenement ze względu na swój naturalny charakter. Jego znaczenie jest jednak dzisiaj symboliczne i przykuwa uwagę obserwatorów z całego świata, którzy pytają o to, jakim krajem są Niemcy i jakie mają priorytety.

Parę tygodni temu oglądaliśmy bowiem marsze neonazistów na ulicach Chemmnitz i słyszeliśmy, że policja nie dawała sobie rady z polującymi na uchodźców bojówkarzami. Dzisiaj widzimy jak całe zastępy opancerzonych funkcjonariuszy ściągają z drzew młodych ludzi, którzy często w tym lesie mieszkali od lat. Eksmisja trwa. Ktoś mógłby powiedzieć – koncern RWE realizuje swoje interesy i ma prawo do terenu, którego jest właścicielem. Ale od czasu kiedy obraduje komisja węglowa, czyli od czerwca 2018 roku, coraz to było sygnalizowane, że wszelkie inwestycje węglowe powinny poczekać, aż wyjaśni się jak długo i ile węgla Niemcy będą potrzebować. RWE chce najwyraźniej wyprzedzić wypadki i zająć teren, zanim okaże się, że spoczywający pod nim węgiel nie będzie potrzebny. Metoda faktów dokonanych jest bowiem częstym orężem w długotrwałych procesach, z jakimi mamy do czynienia w ochronie środowiska. Wykorzystywano ją w Puszczy Białowieskiej czy przy inwestycjach narciarskich na terenach chronionych w polskich górach. Dlaczego RWE nie miałby także z tego skorzystać?

Nie tylko aktywiści

Przez dłuższy czas w lesie Hambacher Forst protestowali młodzi ludzie, przyrodnicy, niektórzy mieszkańcy. Ale obecnie lista tych, którzy łapią się za głowę i próbują wnieść swój wkład w ten ważny protest jest coraz większa. Martin Classen, artysta fotografik z Kolonii przygotował wystawę, będącą z jednej strony prezentacją starych analogowych technik fotograficznych, ale też zajęciem stanowiska w politycznej debacie, jaką w Niemczech jest Energiewende. „To nie tak miało wyglądać!” – mówią przyrodnicy z BUND z Duesseldorfu. Tymczasem dzień za dniem demolka obozu postępuje. Jest to o tyle bulwersujące, że po zabójstwie Niemca w Chemmnitz przez młodych uchodźców reakcja policji i władz państwowych pozostawiała wiele do życzenia. Dopiero prezydent miasta Chemmnitz wezwał mieszkańców do sprzeciwu wobec samosądów oraz zorganizowanych przez neonazistowską scenę polowań na imigranów. W mieście miały miejsce łapanki na wszystkich, którzy według skrajnie prawicowego „Pro Chemmnitz” nie wyglądali jak typowi Niemcy. Policja przybyła do miasta z dużym opóźnieniem, dopiero kiedy w sieci pojawiły się obrazy hajlujących przeciwników polityki migracyjnej. Petra Pinzler z Zeit zapytała ostatnio: „Czy ktoś jeszcze rozumie priorytety Niemiec? Ja chyba nie”.

Zwolennicy eksmisji obozu, w tym policja, donoszą o przemocy, jaka spotyka ich z rąk aktywistów klimatycznych. Mówi się o niebezpiecznych przedmiotach, które znajdowane są w rumowisku niszczonej przez nich infrastruktury. Według niektórych mediów są to po prostu szklane butelki po piwie, według innych – materiały wybuchowe. Trudno ocenić to z daleka, ale zdjęcia i nagrania pokazujące jak policja wkracza na teren obozu, jak siłą ściąga ludzi z barykad nasuwają skojarzenia, że przemoc płynie także ze strony policjantów, za którymi stoi jednak broń, nietykalność cielesna i aparat państwowy.

Priorytety Republiki Federalnej?

Kiedy tak przyglądamy się eksmisji obozu i ciągniętym po ziemi aktywistom, nasuwają się jeszcze inne skojarzenia z Chemmnitz, a konkretnie bagatelizowanie problemu oraz eskalacja przemocy. Władze Saksonii przez lata przymykały oko na działalność grup o wyraźnie neonazistowskich zapędach. Nie wysłały zastępów policji do miasta, nie poprosiły o pomoc funkcjonariuszy z innych landów, kiedy na ulicy Chemmitz działa się jatka i prześladowano uchodźców. Wcześniej władze doprowadziły nie tylko do eskalacji przemocy, ale też do zakorzenienia się pewnych obyczajów, przez co land Saksonia zyskał już dawno miano neonazistowskiego matecznika. Z kolei władze Nadrenii Północnej Westfalii – czy to koalicja Zielonych i SPD, podczas rządów której wydano zgodę na rozszerzenie kopalni Garzweiler, czy obecny premier CDU Armin Laschet – koncernowi RWE dawano fora do rozpychania się swoimi brunatnymi łokciami po terenie. Kiedy Niemcy uchodziły za lidera klimatycznego i państwo przyjazne imigrantom, agresywny ale też populistyczny sprzeciw wobec polityki klimatycznej i migracyjnej narastał. Te zaniedbania odbijają się teraz czkawką, a świat przygląda się Republice Federalnej, która miała uchodzić za piewcę wolności, demokracji i tolerancji oraz transformacji energetycznej. Tymczasem w wielu miejscach na wchodzie zezwalano na prawicowe igranie z ogniem oraz na dalsze wydobycie węgla brunatnego na zachodzie. Kiedy obraduje komisja węglowa mająca ustalić koniec dla spalania węgla w Niemczech w energetyce, RWE niszczy ruch klimatyczny. W niemieckiej opinii publicznej, podobnie jak w Polsce, coraz częściej słychać, że aktywiści klimatyczni czy pokojowi są opłacanymi agentami. Na facebooku przeciwnicy obozu, w tym mężczyzna wyglądający na już leciwego pana pyta: „Z czego żyje ta młoda aktywistka? Kto jej płaci za protestowanie?”.

Wiara w cuda

Dzisiaj sytuacja w lesie wydaje się być krańcowa, zostaje już tylko wiara w boską interwencję, o którą zresztą proszą pielgrzymki przybywające do Hambacher Forst,  które – jak podaje np. telewizja WDR – zawędrują także do Katowic na COP 24. Wielu wciąż ufa, że wiedza i fakty naukowe – jakbyśmy chcieli mniemać przynajmniej od XVII wieku – staną się władzą. Słuchając zwolenników spalania węgla w dobie zmian klimatu nietrudno przeoczyć, że mają oni raczej poczucie oderwanej od planety Ziemi omnipotencji. Zachowują się jak Pangloss z Kandyda, który optymistycznie wierzy, że żyjemy w najlepszym ze światów, mimo że ten się gotuje i pali. A porównanie do bohatera powiastki Woltera jest tu o tyle na miejscu, że do tej gorzkiej ironii skłoniły autora właśnie katastrofy, jakimi były trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 r., następnie tsunami i wreszcie pożary, które łącznie pozbawiły życia około 90 tysięcy ludzi. Zachęta Kandyda do „uprawiania własnego ogródka” też może się wydawać sugestywna, kiedy jesteśmy konfrontowani z obrazami buldożerów niszczących obóz w Hambacher Forst.

Wracając do fotografa Martina Classena należy zwrócić uwagę na solidarność międzypokoleniową. Bo walka o klimat i sprawiedliwość społeczną dotyczy nierówności pokoleniowej. Ci którzy zbierają profity z węgla, ropy czy gazu zabierają przyszłość młodym. To nie 60-letni ministrowie klepiący się po plecach z prezesami koncernów będą umierać w przyszłości z gorączki i braku wody, ale ich wnuki. Wydaje się zatem, że wsparcie dla tych wchodzących w dorosłość walecznych nie jest tylko pochwałą hartu ich serc, ale także moralnym potwierdzeniem, że jest coś takiego jak dług, który zaciągamy u starszych ale i u młodszych pokoleń. Classen wprost przyznaje, że jego wystawa zdjęć z Hambacher Forst jest aktem protestu i jasnym komunikatem do premiera Nadrenii Północnej Saksonii Armina Lascheta: „Pan Laschet powinien się wstydzić, że nic nie robi w sprawie powiązań wielkiego przemysłu i polityki, i  że sam przykłada do tego rękę. Rozmawiałem z wieloma osobami w różnym wieku, odmiennych poglądów politycznych, i wszyscy oni byli po prostu przerażeni oraz osłupieni tym, co się dzieje w Hambacher Forst”.

Kiedy eksmisja postępuje, obóz staje się śmieciem wywożonym przez koparki RWE, policja wykręca ręce aktywistom, a złość jednych na drugich narasta, widać na drzewach coś, co przetrwało jak na razie trwająca od paru dni bitwę. Na tych ogromnych roślinach, które wciąż stoją i onieśmielają swoim majestatem, migoczą okruchy nadziei a może dobry omen – jak czytamy w reportażu TAZ z Hambacher Forst. Niektóre gałęzie wciąż przyozdobione są łapaczami snów. Powiewają na wietrze i za nic sobie mają rozruchy, wrzaski aktywistów i ciężki sprzęt policji oraz RWE.

Żródła:

Wystawa i zdjęcia z Hambacher Forst: http://www.martin-classen.de/aktuell

https://www.ardmediathek.de/tv/Westart/Foto-Ausstellung-Die-Todgeweihten-Ham/WDR-Fernsehen/Video?bcastId=45518828&documentId=55927356

https://www1.wdr.de/mediathek/video/sendungen/lokalzeit-aachen/video-neue-angriffe-auf-polizisten-im-hambacher-forst-100.html

https://taz.de/!5531203/

http://www.taz.de/Reportage-aus-dem-Hambacher-Forst/!5531203/

https://www.zeit.de/politik/deutschland/2018-09/polizeieinsaetze-cdu-chemnitz-sachsen-nrw-rwe-5vor8

źródło; eko.org.pl

Artykuł udostępniony na podstawie licencji na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

O potrzebie zmiany strategii ruchu ekologicznego z aktywistą klimatycznym, współzałożycielem Climate Disobedience Centre, Timem DeChristopherem rozmawia Richard Heinberg.

Dawno temu, w trudnych już do przywołania w pamięci czasach, zanim Trump został prezydentem, ekologiczne organizacje non-profit (a także organizacje działające na rzecz pokoju i praw człowieka) angażowały się w rutynowy, zrytualizowany, składający się z dwóch części taniec – zbierały pieniądze od darczyńców, a następnie próbowały przekonać decydentów do zrobienia czegoś, by ocalić świat albo przynajmniej ograniczyć skalę wyrządzanych szkód. To, co w rzeczywistości udawało się osiągnąć, było zawsze niewystarczające, żeby faktycznie zwrócić społeczeństwo w stronę zrównoważenia, ale włożony wysiłek pod pewnymi względami sam w sobie stanowił nagrodę: aktywiści czuli się użyteczni, a w niektórych przypadkach zgromadzone fundusze pozwalały na wypłacenie pensji. I od czasu do czasu zdarzały się zwycięstwa, które można było świętować.

Dziś na czele Stanów Zjednoczonych stoi autokrata, który systematycznie podkopuje nasze demokratyczne normy i instytucje, i Kongres, którego członkowie są albo opłacani przez potężne lobby finansowo-przemysłowe, albo zbyt wystraszeni, by skutecznie się temu przeciwstawić. Widać jak na dłoni, że żadne pochlebstwa, błagania, groźby i wyjaśnienia, ilekolwiek by ich było, nie przekonają parlamentarzystów ani rządu federalnego, by kiwnęli choć palcem w związku z całym wachlarzem stojących przed nami problemów, od których szybkiego rozwiązania zależy nasze przetrwanie. Po co więc zawracać sobie głowę proszeniem ich o to?

Przypomnijcie sobie, jak elity zignorowały rzeczywiste, podstawowe kwestie, które najbardziej przyczyniły się do zwycięstwa Trumpa. Teraz oczywiście, przynajmniej z perspektywy ekologów, pod jego rządami wszystko to wygląda o wiele, wiele gorzej. Można chyba bez przesady powiedzieć, że nie ma takiego prawa dotyczącego ochrony środowiska, którego administracja Trumpa nie chciałaby zniszczyć.

Co obrońcy środowiska powinni zrobić w tych nowych okolicznościach? Jakie strategie powinny przyjąć organizacje ekologiczne?

Poszukując odpowiedzi na te pytania, korespondowałem ostatnio z aktywistą, współzałożycielem Climate Disobedience Centre, Timem DeChristopherem. Cenię punkt widzenia DeChristophera z dwóch ważnych powodów: ma on dobre zrozumienie całej gamy problemów, z którymi ludzkość nie potrafi sobie poradzić, i ma odwagę postępować zgodnie z własnymi przekonaniami (siedział prawie dwa lata w więzieniu federalnym za zorganizowanie akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa opisanej w filmie dokumentalnym Bidder 70).

DeChristopher podkreśla, że samo pozbycie się Trumpa nie rozwiąże problemów ekologicznych. Skoro już przedtem system nie był zdolny do wystarczającej samokorekty i skoro status quo zostało nieodwracalnie zniszczone, oczywiste jest, że konieczna jest zmiana strategii.

Apeluje także o bardziej lokalny i eksperymentalny aktywizm oraz akcje nieposłuszeństwa obywatelskiego, ostrzegając, że protesty na dużą skalę mogą po prostu stać się nieodróżnialną częścią hałasu generowanego przez implozję amerykańskiego systemu politycznego.

Jeśli chodzi o mnie, to zazwyczaj staram się patrzeć na szerszy kontekst. W tym wypadku zarówno moja intuicja, jak i intelekt mówią mi, że czas Trumpa można najlepiej zrozumieć jako stadium rozpadu społecznego. Każdy z etapów tego procesu będzie bez wątpienia następował zgodnie z własną wewnętrzną logiką. W kolejnych stadiach jako pierwsze upadną prawdopodobnie wielkie instytucje (organizacje międzynarodowe, a następnie państwa narodowe). Dlatego przydatność narodowych i globalnych strategii oporu i naprawy będzie się stopniowo zmniejszać.

Jeśli chcemy zminimalizować ludzkie cierpienie i chronić ekosystemy, to chyba najlepszą dostępną strategią jest praca na rzecz zbudowania silnych lokalnych społeczności. Powodów ku temu jest mnóstwo, a w miarę ewolucji naszej sytuacji stają się one coraz mocniejsze.

Poniżej znajduje się lekko zredagowany zapis mojej rozmowy z DeChristopherem. Zaczyna się ona od jego wypowiedzi na temat działań dużych organizacji ekologicznych głównego nurtu w kontekście nowej administracji Trumpa.

Tim DeChristopher: Szczerze, nie sądzę, żeby większość organizacji klimatycznych głównego nurtu miała jakąkolwiek zamierzoną strategię opartą na przekonaniu, że to, co robią, doprowadzi do pozytywnej zmiany. Kiedy te grupy mobilizują swoich członków do „wysyłania wiadomości” lub „sprawienia, by ich głos został wysłuchany” , a adresatami tych apeli są Zinke (sekretarz Departamentu Zasobów Wewnętrznych), Pruitt (kierownik Agencji Ochrony Środowiska) czy Trump, wątpię, żeby ktokolwiek z liderów naprawdę myślał, że odniesie to jakikolwiek skutek. Oni są ograniczeni zasadami organizowania ruchów społecznych. Zasady te wymagają nieustannego optymizmu i pozytywnego myślenia, nie ma więc za wiele miejsca na zastanowienie się nad błędami, zmianę kierunku bądź uznanie, że pewne cele nie są już możliwe do osiągnięcia. Poza tym definiują one przywództwo wokół wiedzy o tym, co należy zrobić, i umiejętności wyznaczania ludziom konkretnych, natychmiastowych zadań.

Myślę, że większość członków i liderów organizacji czułaby się niezwykle zakłopotana, gdyby mieli zakomunikować swojej społeczności: „Nie wiem, co robić w tej bezprecedensowej sytuacji”. W głównym nurcie panuje przekonanie, że osoby wyrażające w tak otwarty sposób swoją niepewność utraciłyby wiarygodność jako przywódcy. Jednak moim zdaniem jedną z rzeczy, których będziemy najbardziej potrzebowali w czasie nadchodzącego chaosu klimatycznego, jest wypracowanie modelu przywództwa radzącego sobie w otwarty, realistyczny sposób z sytuacją, w której nie ma gotowych rozwiązań. Jest to taki rodzaj wodzostwa, który zapewnia przestrzeń dla pozostawania ze swoją niepewnością i umożliwia szerszej społeczności aktywne myślenie i pracę w tej delikatnej przestrzeni. Taki rodzaj przywództwa nie opiera się na umiejętności kontrolowania sytuacji, lecz na odwadze, by się w nią zaangażować i pozostawać w ciągłej relacji.

Richard Heinberg: Pokojowe protesty i nieposłuszeństwo obywatelskie okazały się w przeszłości skutecznymi strategiami na rzecz zmiany społecznej przede wszystkim w kręgu demokracji liberalnych. Była na przykład dyskusja o tym, czy wysiłki Gandhiego zakończyłyby się powodzeniem, gdyby w Wielkiej Brytanii nie było wolnej prasy i innych demokratycznych instytucji. Bez wolnej prasy reżimy mogą po prostu więzić i mordować protestujących przy minimalnej świadomości opinii publicznej, że protesty w ogóle miały miejsce i zostały stłumione. Jak twoim zdaniem mogą zmienić się akcje sprzeciwu, jeśli Stany Zjednoczone będą nadal podążać w stronę autorytaryzmu?

Tim De Christopher: Moim zdaniem Trump zmienił dynamikę nieposłuszeństwa obywatelskiego na szczeblu federalnym. Warto zauważyć, że badanie przeprowadzone przez Ericę Chenoweth wykazało, że pokojowy opór społeczny często bywa skuteczniejszy pod rządami autorytarnych reżimów, niemniej myślę, że Trump reprezentuje bardzo rzadko spotykany rodzaj władzy. Skuteczność nieposłuszeństwa obywatelskiego wynika po części z tego, że często zdziera ono fasadę przyzwoitości lub demokracji i obnaża władzę, która w rzeczywistości opiera się na przemocy. Przemoc policji w Standing Rock postawiła Obamę w kłopotliwej sytuacji, bo jego autorytet opierał się na wzniosłych ideałach, ale w rzeczywistości jego realna władza wynikała z państwowego monopolu na stosowanie przemocy. Nawet Bush junior kreował się na „współczującego konserwatystę”. To była nieprawda, ale on potrzebował tego kłamstwa. Trump nigdy nie próbował stworzyć fasady współczucia czy nawet przyzwoitości. Jego władza opiera się na bezwzględności i łamaniu tabu. Jeżeli znajdzie się w sytuacji, w której będzie musiał użyć przemocy w celu stłumienia pokojowego protestu, może to tak naprawdę wzmocnić jego władzę, nie zaś ją osłabić.

Jeśli chodzi o media, nie sądzę, żeby groziło nam jawne zdławienie wolnej prasy do takiego stopnia, że uniemożliwiałoby to dotarcie informacji do opinii publicznej. Zmierzamy raczej w stronę sytuacji, w której prasa i media społecznościowe dzielą się na bloki, np. „konserwatywny” i „progresywny”, tak dalece od siebie odseparowane, że nikt nie będzie musiał zaakceptować niczego, w co nie chce wierzyć. Jest to poważne wyzwanie nie tylko dla nieposłuszeństwa obywatelskiego, ale również dla każdego rodzaju działalności na rzecz zmiany społecznej, niezależnie od obranej strategii. Sytuację pogarszają jeszcze bardziej nowe technologie manipulacji materiałami video. Naprawdę bardzo trudno wyobrazić sobie, w jaki sposób możemy uniknąć nihilizmu lub wojny domowej.

Richard Heinberg: Co więc robić?

Tim DeChristopher: W tej chwili wydaje mi się, że najlepszą strategią na poradzenie sobie z tymi wyzwaniami jest dążenie do tego, by protesty stały się o wiele bardziej rozproszone i masowe. W sytuacji braku głównej narracji, a nawet konsensusu co do tego, jaka jest rzeczywistość, wielkie, spektakularne protesty z udziałem sławnych ludzi będą prawdopodobnie nadal stawały się coraz mniej skuteczne. Wszyscy mamy jednak niewielkie grono ludzi, na których możemy wpłynąć w sposób niezależny od mediów. Nasza obecna kultura nie bez powodu jest nastawiona sceptycznie wobec manipulacji, jeśli więc chcemy skutecznie wpływać na ludzi, to nasza własna gotowość do poświęceń staje się ważniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Dlatego, moim zdaniem, nieposłuszeństwo obywatelskie będzie nadal odgrywało ważną rolę. Być może należałoby powiedzieć, że protesty społeczne powinny podążać taką samą ścieżką, jak wiele innych zmian, których musimy dokonać – bardziej lokalnie, bardziej różnorodnie, więcej zaangażowanych ludzi, więcej eksperymentowania. Żadnych, psiakrew, monokulturowych ruchów społecznych!

Richard Heinberg: Jak z tymi problemami i wyzwaniami radzi sobie twoja własna organizacja, The Civil Disobendience Center? Jakie konkretne działania podejmujecie, różniące się od strategii grup „dużych zielonych”?

Tim DeChristopher: Climate Disobedience Center powstało jako centrum wsparcia dla ludzi przeprowadzających akcje nieposłuszeństwa obywatelskiego, wymierzone w przemysł paliw kopalnych. W tamtym czasie pewien rodzaj bezpiecznych i ograniczonych działań nieposłuszeństwa obywatelskiego był coraz częściej stosowany przez ruch klimatyczny głównego nurtu. Mieliśmy poczucie, że nadarza się okazja do pracy z ludźmi, którzy angażują się w akcje bezpośrednie, i pomagania im w wykorzystaniu pełnego potencjału ryzykownego, transformacyjnego nieposłuszeństwa obywatelskiego. Początkowo wypełnialiśmy określoną lukę w ruchu – wspieranie aktywistów po aresztowaniu w trakcie ich zmagań z systemem sądowniczym.

Po pewnym czasie uświadomiliśmy sobie, że zamiast dostarczania usługi dodatkowej, która łatwo mogła być sprzęgnięta z modelem głównego nurtu, podchodziliśmy do tej pracy z fundamentalnie różnym paradygmatem, który wymagał struktury holistycznej. Tak więc skupiliśmy się na tworzeniu małych grup aktywistów, zajmujących się dostarczaniem wsparcia całościowego, będących czymś pomiędzy grupą ludzi połączonych wspólnymi poglądami a grupą samopomocową. Są to grupy ludzi, którzy wspierają się nawzajem, by żyć etycznie w czasach klimatycznego chaosu. Wiąże się z tym moralne zobowiązanie, aby działać na rzecz łagodzenia skutków zmian klimatu i uniknięcia szkód, których jeszcze można uniknąć, ale uważamy, że nie można tego oddzielić od potrzeby budowania silnych społeczności, a także przeżywania żałoby z powodu tego, co już tracimy. W tych czasach bezprecedensowych wyzwań próbujemy stworzyć formy wzajemnej pomocy, które pozwalają na możliwie jak najwięcej eksperymentowania i kreatywności.

Ten tekst został opublikowany wspólnie z resilience.com i postcarbon.org

źródło: Truthout.org

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Czy dawni ideowi oponenci na szczeblu centralnym mogą być sojusznikami bardziej progresywnej polityki lokalnej? Czy ich obiecujące deklaracje rozpatrywać jako szczerą ewolucję – czy może zasłonę dymną?

Nie da się ukryć, że widoczny cztery lata temu wysyp ruchów miejskich przeorał nieco dominującą opowieść o miastach. Okazało się, że dla niemałego grona nowych mieszczan lanie betonu pod kosztowne, spektakularne inwestycje, przy których dobrze przecinać wstęgi tuż przed wyborami nie było zadowalającą odpowiedzią na stojące przed samorządami wyzwania rozwojowe.

Miasta na plus?

Jakość życia czy dostęp do czystego środowiska – kwestie, które przez lata traktowano drugorzędnie w stosunku do zaspokajania np. apetytów inwestycyjnych prywatnych deweloperów – nie było już tak łatwo ignorować. W Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz zaczęła chwalić się bulwarami nad Wisłą oraz mieszkaniami komunalnymi. W Poznaniu epoka Ryszarda Grobelnego przerwana została przez wywodzącego się z ruchów miejskich polityka Platformy Obywatelskiej, Jacka Jaśkowiaka.

Oczywiście nie oznacza to, że polskie miasta zaczęły być krainami mlekiem i miodem płynącymi. Samorządy nie zaspokoiły własnymi siłami głodu mieszkaniowego, w zdecydowanej większości miast nie uporały się również ze smogiem.

Po obecnej kampanii widać już, że marzenia o cofnięciu choćby minimalnych zmian na lepsze w kierunku zrównoważonej mobilności oraz oddania dróg i chodników z powrotem w ręce samochodowej monokultury pozostają atrakcyjnym paliwem wyborczym, na przykład dla walczącego o Warszawę Patryka Jakiego.

Mimo wszystko jednak nie słyszymy już tak często o tym, że miasto to nie wieś, żeby jeździć po niej rowerem. Mało kto odważy się już zakwestionować rolę konsultacji społecznych w unikaniu konfliktów wokół inwestycji czy prawa lokalnej społeczności do dysponowania jakąś częścią budżetu samorządowego.

Wszyscy są aktywist(k)kami?

Zmiany te z jednej strony cieszą – nawet, jeśli wprowadzane są na skromniejszą skalę niż marzą o tym osoby o lewicowych, progresywnych przekonaniach czy też deklarujący sympatię dla aktywistycznego „miastopoglądu” – z drugiej jednak wiążą się one dla nich z niemałym wyzwaniem.

Skoro bowiem nie ma większych konfliktów o konieczność wytyczania nowych tras rowerowych czy o walkę ze smogiem to skąd czerpać wyborcze paliwo? Czy przesunięcie dominującego modelu myślenia o miastach nie sprawia, że siły progresywne i ruchy miejskie stają się właśnie ofiarami własnego sukcesu?

Nie wątpię, że po przeczytaniu zadanych przed chwilą pytań niejedna, związana z nimi osoba podważy ich założenia i stwierdzi, że rządzący częściej o zmianach mówią, niż je realizują. Odpowiedzią na ewentualne wątpliwości staje się zatem przede wszystkim kwestionowanie wiarygodności zmiany kursu i udowadnianie, że można ją dokonać dużo skuteczniej.

Problemy z tą opowieścią mają dwojaki charakter. Po pierwsze, jeśli lokalne władze nie mają za uszami jakiejś spektakularnej klapy w trakcie minionej kadencji, mają one przewagę, wynikłą z lat doświadczenia rządzenia oraz oczywistego zainteresowania mediów.

Łatwiej im dowieść, że działają w obrębie określonych ograniczeń i że muszą realizować politykę, która uwzględnia interesy różnych stron. Często zresztą jej uzasadnienie wychodzi z nieprawidłowych założeń, np. dotyczących potrzeby tworzenia polityki transportowej pod kątem potrzeb kierowców samochodów w sytuacji, gdy np. w Warszawie większość z nas porusza się transportem zbiorowym.

Prawda nas wyzwoli?

Tu jednak pojawia się drugi problem, który trapi zresztą także część środowisk liberalnych i tyczy się nie tylko szczebla lokalnego. Polega on na przyjęciu założenia, że najskuteczniejszą bronią przeciwko oponentom jest cierpliwe tłumaczenie i podawanie rzetelnych faktów. W wyniku demaskatorskiej działań podważona ma być kompetencja i wiarygodność atakowanych, a to stanowić ma z kolei pierwszy krok do wyborczego sukcesu.

Sęk w tym, że założenie to – choć niewątpliwie szlachetne – nie musi jednocześnie być skuteczne. Pojawia się bowiem pytanie o to, jak duża część elektoratu, np. w starciu z zachwytami Patryka Jakiego nad metrem w Sofii, zechce się zapoznać z całościowym działaniem lokalnego systemu transportowego i jego mankamentami.

Jeśli już jakiś jego fragment to zrobi pozostaje pytanie o to, jak duży kawałek tej grupy uczyni kolejny krok i np. uzna, że lepiej pod względem kosztowym byłoby zainwestować przede wszystkim w tramwaje i autobusy, a nie rysować kolejne, magiczne linie podziemnej kolejki na mapie.

Strategia np. Miasto Jest Nasze zdaje się mieć nadzieję, że odsetek ten jest dość spory i można mu zaproponować chociażby efekt 10 linii metra, możliwy do realizacji głównie dzięki wykorzystaniu możliwości już istniejącej sieci kolejowej w Warszawie.

Scenariusze takie, podobnie jak plany rozwoju sieci tramwajowej na Mokotowie, przedstawiony przez komitet Wygra Warszawa, są godne najwyższej pochwały z punktu widzenia promowania zielonej, zrównoważonej mobilności. Pytanie jednak, czy – jeśli przekazy progresywnych komitetów skupią się głównie na nich – nie będzie im groziło przypięcie łatki swego rodzaju „zielonych/miejskich technokratów”, proponujących złożone rozwiązania – słuszne, ale za to trudne do sprzedania w kampanii wyborczej.

Zważywszy na fakt, że pierwsze sondaże w wypadku Warszawy dają tym dwóm komitetom poparcie poniżej pięcioprocentowego progu, dającego nadzieję na reprezentację w Radzie Warszawy, a badania opinii w innych miastach wskazują najczęściej na dość sporą polaryzację między Koalicją Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością (którą w niektórych metropoliach, takich jak Gdańsk czy Wrocław, przełamują głównie komitety prezydenckie) – jest się nad czym zastanawiać.

Nowi konkurenci

Kwestia ta nie wydaje mi się zupełnie abstrakcyjna – kandydatów na „miejskich technokratów”, wykorzystujących w mniejszym lub większym stopniu ideę zrównoważonego rozwoju oraz wizję „miasta na ludzką skalę” może bowiem w najbliższych latach przybywać. Nie wszyscy z nich muszą wywodzić się z szeroko rozumianych środowisk progresywnych, co dodatkowo może komplikować lokalne układanki polityczne.

Najlepszym przykładem tego zjawiska wydaje się dziś Kraków. Choć badania opinii publicznej charakteryzują się tam dziś dość sporym rozstrzałem wydaje się, że jedyną osobą, mogącą choć trochę zamieszać w starciu urzędującego prezydenta, Jacka Majchrowskiego, a Małgorzatą Wasserman z Prawa i Sprawiedliwości może być Łukasz Gibała.

Były poseł Platformy Obywatelskiej, który po przejściu do Ruchu Palikota promował mocno (neo)liberalne propozycje gospodarcze. Dziś – potrafiący krytycznie spojrzeć na poczynania deweloperów lider lokalnego stowarzyszenia Logiczna Alternatywa.

W swojej książce „Kraków Nowa Energia” wciąż zdarzy mu się zacytować Margaret Thatcher (powiedzenie, że rząd nie ma własnych pieniędzy, umrze chyba dopiero wraz z naszą cywilizacją), ale na półce z jego lekturami znajdują się poza tym głównie te same książki, co u miejskich aktywistów.

Chce dużego wsparcia finansowego do wymiany pieców oraz bezpłatnej komunikacji zbiorowej. Zwiększenia roli pociągów w przewozach na terenie Krakowa oraz zmniejszenia dystansu między władzą i urzędnikami a mieszkankami i mieszkańcami. Rozwijania energetyki odnawialnej i miasta, w którym blisko do wszystkich, potrzebnych w codziennym życiu usług i urzędów.

Nawet tam, gdzie preferuje rozwiązania, wobec których można mieć nieco wątpliwości, stara się argumentować z pozycji bliskich ekopolityce czy miejskiemu aktywizmowi.

Promując swoją wizję dzielnicy biznesowej z drapaczami chmur proponuje ją jako antidotum dla obecnego status quo, w którym przestrzenie biurowe powstają bez składu i ładu, zagrażając spójności przestrzennej miasta. Wskazuje również, że taka dzielnica może być rozsadnikiem ekologicznych rozwiązań budowlanych, nie zaś przeniesionym pod Wawel warszawskim Mordorem.

Bruderszaft czy gest Kozakiewicza?

Nie chodzi tu o zachwalanie cudownego nawrócenia polityka, który do niedawna daleki był od lewicowych czy progresywnych postulatów. Konkretne zapisy jego programu w zbliżających się wyborach na prezydenta Krakowa wcale nie muszą zresztą brzmieć tak różowo jak obraz, który odmalowuje w swej książce.

Przykład Gibały jest interesujący co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze każe zadać pytania o to, jakie sojusze polityczne, w jakich sprawach i o jakim charakterze, jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

W sąsiadujących z nami Czechach najzupełniej naturalne potrafią być na przykład alianse, w których wspólne listy lokalne tworzą Zieloni, Piraci i chrześcijańscy demokraci. Nie oznacza to, że którakolwiek z tych partii rezygnuje ze swych poglądów – wychodzą one jednak z założenia, że szczebel lokalny można oddzielić od tego ogólnokrajowego i że na tym pierwszym więcej je dzieli niż łączy.

Tego typu dyskusje są nad Wisłą siłą rzeczy skażone „wojną polsko-polską” i mniej lub bardziej wyraźnie artykułowanym, szczególnie przez liberalnych publicystów, pragnieniem wspólnej listy opozycji wobec rządów Prawa i Sprawiedliwości, która tej jesieni zablokowałby przejęcie przez partię Jarosława Kaczyńskiego jak największej ilości samorządów.

Dużo bardziej chodzi o wyobrażenie sobie sytuacji, w której – mimo różnic – możliwa jest współpraca ponad podziałami i wspólny start z akceptowanym przez wszystkie strony programem (i ewentualnym zastrzeżeniem prawa do odmiennego głosowania w sprawach niezapisanych w porozumieniu), który umożliwiłby zdobycie reprezentacji w radach poszczególnych miast i dawał szansę na wpływanie na politykę lokalną.

Przestrzeń na nową politykę

Jeśli jednak poszerzanie pola współpracy odrzucić, to pojawia się kolejne pytanie – o to, w jaki sposób odróżnić się programowo od komitetu, który deklaruje podobne priorytety programowe. Wydaje się, że w tym konkretnym wypadku kluczowe staje się równorzędne podnoszenie kwestii ekologicznych i społecznych, takich jak poszerzanie dostępu do wysokiej jakości usług publicznych.

Ta równorzędność wydaje się tu kluczowa. Możliwe jest postawienie tezy, że w tegorocznych wyborach samorządowych chyba po raz pierwszy tematyka ekologiczna nie będzie mogła być (przynajmniej w dużych miastach) traktowana jako kwiatek do kożucha, ale będzie musiała być wpisana w sam środek politycznego przekazu lokalnych, lewicowych i progresywnych komitetów wyborczych.

Wspomniana równorzędność pozwoli jednocześnie odróżnić się od „nowo nawróconych” na ekologię polityków i komitetów, a jednocześnie stępić nieco (w dużej mierze wyobrażony) radykalny wizerunek, oferując wizję nowoczesnego i zarazem troskliwego miasta. Paradoksalnie może ona być bardziej całościowa niż programy kandydatów, chcących złagodzić nieco swój wizerunek osób utożsamianych z tym czy innym nurtem ideowym.

Równie ważne jest to, by wspomniana wizja nie była jedynie listą życzeń, ale by towarzyszył jej realny symbol lub symbole takiej polityki. Konkretna obietnica, umożliwiająca zgromadzenie wokół siebie ludzi i odróżnienie się od konkurentów. Ile samorządów i ich lokalnych specyfik, tyle takich lokalnych odpowiedników 500+.

Jesień prawdy

Mając to wszystko na uwadze obserwowanie kampanii i wyników wyborów samorządowych będzie w tym roku niezwykle ciekawe.

Czy elektorat po raz kolejny zainteresuje się ofertą ruchów miejskich i uwierzy w ich opowieść o miejskiej polityce bez partii politycznych? Czy życzliwszym okiem spojrzy na inicjatywy, próbujące choć trochę skleić pokiereszowaną lewą stronę sceny politycznej? A może okaże się, że na wzroście zainteresowania tworzeniem zielonych miast najbardziej skorzystają partie i komitety, które w miarę uważnie uważnie czytały odpowiednie książki i raporty?

Odpowiedzi na te pytania mogą okazać się równie ciekawe, co wyniki starcia między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością.

Zdj. Fragment okładki książki „Kraków Nowa Energia”.

W wiejskich regionach Indii, nawiedzanych suszą i nękanych przez zadłużenie, gdzie tysiące rolników popełniają samobójstwo, kobiety przejmują pałeczkę i odbudowują solidarne i trwałe rolnictwo.

Podczas gdy jej sąsiadki usadawiają się wokół niej, w cieniu niewielkiego terakotowego domku, Shaila Shikrant, owinięta w pomarańczowe sari, napełnia miseczki ziarnem i warzywami: ryżem, pszenicą, kukurydzą, grochem, orzeszkami ziemnymi, ziarnem sezamu, ciecierzycą, soczewicą i kozieradką. Z jej uśmiechu można wywnioskować, że są to owoce jej pracy. Ale mamy tu również do czynienia ze swego rodzaju rewolucją.

Jesteśmy w Masli, wiosce zamieszkanej przez 800 rodzin i położonej w sercu Marathwady, w stanie Maharashtra, 500 kilometrów od stolicy stanu Bombaju (Mumbaju). Region, nękany falami niesłychanych upałów, stał się epicentrum poważnego kryzysu rolniczego: w ciągu ostatnich dwóch lat samobójstwo popełniło tu ponad 6 tys. rolników, doprowadzonych na skraj wytrzymałości przez następujące po sobie susze i permanentne zadłużenie. Zjawisko nabrało ogólnokrajowego wymiaru: jak wynika z danych przekazanych przez władze w maju 2017 r. Sądowi Najwyższemu, od 2013 r. w całych Indiach rokrocznie odbiera sobie życie 12 tys. rolników.

Alternatywa niszczycielskiej modernizacji

Eksperci wskazują również na podupadającą strategię rolną: od 10 lat uprawy żywnościowe ustępują miejsca uprawom komercyjnym, w tym uprawie trzciny cukrowej, rośliny wprawdzie bardziej opłacalnej, lecz wymagającej ogromnych ilości wody. Zgodnie z danymi podawanymi przez władze w latach 2004-2014 z 300 tys. do miliona hektarów zwiększyła się powierzchnia ziemi wykorzystywanej pod uprawę trzciny, która pochłania 70% wód z nawadniania w regionie.

„Mając 5 hektarów ziemi, produkowaliśmy jedynie trzcinę” , opowiada Shaila Shikrant. „Gdy zabrakło wody, wszystko straciliśmy, nie mieliśmy już pieniędzy, żeby wykarmić rodzinę”.  Rolniczka zanurza palce w miskach z ziarnem, delikatnymi gestami miesza je i przesypuje przez palce. Kobiety siedzące wokół niej słuchają z uwagą. Od fali samobójstw, która przetoczyła się przez region w 2014 r., wszyscy biorą przykład z tej pionierki zrównoważonego rolnictwa. „Poprosiłam męża, żeby oddał mi hektar ziemi, bym mogła uprawiać na niej 20 różnych gatunków potrzebujących mniej wody. Chciałam mieć z czego wyżywić rodzinę, gdy interes z trzciną cukrową się nie udał, chciałam powrócić do tradycyjnych metod przy użyciu nawozów naturalnych. Mąż początkowo był sceptyczny, ale w końcu się zgodził. Rok później, gdy zobaczył rezultaty, oddał mi do użytku połowę naszej ziemi”.

Zbiory przewyższyły najśmielsze oczekiwania. Nie tylko zapewniły rodzinie pożywienie, lecz sprzedaż nadwyżki podwoiła roczne dochody rodziny, które wynoszą dziś 6 tys. euro, czyli niemal 4 razy więcej niż wynosi średni dochód rolnika z tego stanu (1600 euro rocznie). Od tego czasu ta 38-letnia kobieta nie przestała poszerzać swojej działalności, nabywając żywy inwentarz, który dostarcza jej nawozów, i sprzedając ekologiczne nasiona w Mumbaju. Ostatnio pokonała kolejny etap – zarejestrowała własne przedsiębiorstwo rolne – „wszystko zapisane na moje imię!”, wyjaśnia otoczona patrzącymi na nią z podziwem sąsiadkami. Dzięki jej radom również one zdobyły nowy status w swoich rodzinach. Jedna z nich nie może się nacieszyć: „Gdy powiedziałyśmy naszym mężom i ich rodzinom, że chcemy uprawiać część ziemi, pokpiwali sobie z nas. Lecz teraz, gdy zarabiamy więcej od nich, patrzą na nas zupełnie inaczej!”

Kobiety budują suwerenność żywnościową

W Maharashtrze, podobnie jak i w innych częściach Indii, kobiety stanowią ponad połowę robotników rolnych, jednak kierowanie uprawą jest domeną niemal wyłącznie mężczyzn, w rękach których pozostaje prawie 80% ziem uprawnych. Tej patriarchalnej tradycji rzucają wyzwanie Shaila Shikrant i jej koleżanki – i nie są w tym osamotnione. Według organizacji pozarządowej Swayam Shikshan Prayog (Doświadczenie Samoedukacji, SSP), wśród 2,3 mln rodzin wiejskich żyjących w okręgu Marathwada, 40 tys. kobiet przejęło w ten sposób kontrolę nad co najmniej jednym hektarem ziemi, by prowadzić na niej uprawy żywnościowe, często porzucone przez mężczyzn. Niektóre z nich były wcześniej przeszkolone przez rządową Agricultural Technology Management Agency (Rolno-Technologiczną Agencję Zarządzania, ATMA) we współpracy z organizacjami pozarządowymi, w tym SSP. Jednak ruch szerzy się sam poprzez powstawanie tysięcy women’s farmers groups, grup wzajemnego wsparcia, których członkinie dzielą się swoją wiedzą oraz częścią swych oszczędności. Od ogrodniczek z Uttar Pradesh po rolniczki uprawiające ryż z Tamil Nadu, kobiety stały się jednym z głównym filarów rozwoju lokalnego w całych Indiach i otrzymują coraz większe wsparcie ze strony uniwersytetów, organizacji pozarządowych i lokalnych władz.

W ciągu niecałych dwóch lat w wiosce Chivuri, 40 kilometrów od Masli, DeltaSakhi Farmer’s Group zgromadziła na wspólnym rachunku ponad 1300 euro. To wielka szansa dla 25 członkiń, których mężowie zaciągali nierzadko pożyczki od lichwiarzy przy oprocentowaniu sięgającym nawet 12%. Teraz, gdy kobiety potrzebują pieniędzy na sfinansowanie jakiegoś przedsięwzięcia, zwracają się do tej grupy, która ma możliwość uzyskania pożyczki od lokalnego banku. Zaś tamtejsi lichwiarze zmuszeni byli zwinąć działalność.

„Mężczyźni są większymi indywidualistami: pracują na własnej ziemi, każdy na swoim kawałku pola, podczas gdy my pracujemy w grupie”, wyjaśnia Vanita Balbhim przewodnicząca grupy, u której odbywa się cotygodniowe zebranie. „I lepiej zarządzamy pieniędzmi!”, dorzuca jej przyjaciółka Lakshmi Brirajdar, wywołując powszechny wybuch śmiechu. „My sprzedajemy nawet za 10 rupii (12 eurocentów), jeśli potrzeba! A gdy chce nam się pić, pijemy herbatę w domu zamiast wyrzucać pieniądze na alkohol!”

Chivuri jest połączona z resztą świata wąską błotnistą drogą, wydeptaną przez stada wychudzonych zebu, i zagubiona między ciągnącymi się jak okiem sięgnąć polami. Pomiędzy domami krytymi blaszanymi dachami wznosi się hinduistyczna świątynia w kształcie stożka, rośnie akacja katechu, której cień służy za miejsce spotkań starszych, oraz mały budynek bez drzwi, z którego dochodzą głosy dzieci recytujących alfabet. W tych zapadłych wioskach, gdzie 30% rodzin żyje poniżej progu ubóstwa, grupy rolniczek przekształcają lokalną gospodarkę, zapewniając sobie samowystarczalność żywnościową oraz dostęp do mikrokredytów – dwóch kluczowych dźwigni rozwoju w czasach kryzysu.

I tak, od kiedy rozpoczęła produkcję ekologicznych owoców i warzyw przed dwoma laty, pani Balbhim jest w stanie zapewnić wyżywienie swojej rodzinie, dokładając ponad 1000 euro do rocznego dochodu rodziny wynoszącego 780 euro. Zaoszczędzone pieniądze pozwoliły na założenie nowego dachu oraz zakup lodówki, a co najważniejsze, na sfinansowanie edukacji jej czterech córek. „Jestem z niej taka dumna” mówi, nie ukrywając emocji jej najstarsza córka, Supriya, studentka informatyki. „Zdecydowała się wyjść z domu, żeby uprawiać swoje pole, a teraz stoi na czele grupy rolniczek… Żadna miejscowa kobieta nigdy tego nie robiła!”

Jak pokonać patriarchat?

W konsekwencji masowej migracji mężczyzn do wielkich miast kobiety-rolniczki zaczynają odgrywać coraz większą rolę dla indyjskiego rolnictwa, nie są jednak w pełni uznane jako takie. „Jeżeli mąż wyjeżdża szukać pracy w mieście, albo umiera, kobieta przejmuje stery. Jednak bez prawnego uznania, kobiety nie mają dostępu do potrzebnych środków, jak choćby pożyczki bankowe, ubezpieczenie czy dotacje rządowe”, ubolewa Soma Parthasarathy, jedna z członkiń-założycielek Mahila Kisan Adhikaar Manch (Makaam), siatki stowarzyszeń na rzecz praw rolniczek. Poprawka z 2005 r. w indyjskim prawie spadkowym gwarantuje Indyjkom równe prawo do własności rodziców, jednakże rzadko jest ona wcielana w życie. „Warunki społeczne niewiele się zmieniły: dziewczyny rzadko domagają się swojego udziału w spadku, ponieważ zachęca się je, by ustąpiły na rzecz mężczyzn z rodziny”, wyjaśnia ta 60-latka i działaczka feministyczna, gdy rozmawiamy w hałaśliwej kawiarni w New Delhi. „Żyjemy w patriarchalnym świecie, w którym mężczyźni nadal kontrolują zasoby, po to, by mieć kontrolę nad kobietami. Trzeba by zrobić znacznie więcej, by im w tym przeszkodzić…” Makaam, wraz z organizacją pozarządową Oxfam, walczy o przyjęcie projektu ustawy złożonego w wyższej izbie Parlamentu w maju 2012 r. przez Monkombu Sambasivana Swaminathana, ojca „zielonej rewolucji” w Indiach. Prawo to pozwalałoby władzom lokalnym łatwiej przyznawać status rolniczki kobietom, które dzierżawią i uprawiają ziemię i unieważniłoby tytuły własności nie zawierające nazwiska żony. Rolniczki przybyłe z całych Indii, w tym wiele wdów po rolnikach, którzy popełnili samobójstwo, powtórzyły to żądanie 20 listopada 2017 r. podczas wielkiej manifestacji rolników przed parlamentem.

Tymczasem emancypacja kobiet ze wsi postępuje w różnym tempie, w zależności od warunków właściwych dla poszczególnych stanów. W regionach, gdzie kryzys gospodarczy zmusza mężczyzn do migracji do miast lub do targnięcia się na swoje życie, jest ona wręcz koniecznością. „Każde nieszczęście jest szansą, żeby posunąć się do przodu: kobiety wykorzystały okazję, jaką dały im długie okresy susz, by przekonać rodziny, że mogą odgrywać rolę liderek”, zauważa Naseem Shaikh, szefowa projektu SSP, z którą spotykamy się w jej biurze w Osmanabadzie (Maharashtrze). Od 3 lat ta organizacja pozarządowa działa jako pośrednik między władzami lokalnymi a grupami rolniczek, którym ułatwia proces formalizacji oraz pomaga w uzyskaniu subwencji. „Praca kobiet mówi sama za siebie, gdy zaczynają napływać pieniądze, to im daje większą siłę negocjacji. Otwarcie konta bankowego i zdobycie kawałka ziemi nastąpią naturalnie, nie trzeba przyspieszać biegu spraw”. Jeden z szefów administracyjnych okręgu Anup Shengulwar nie kryje entuzjazmu: „Jeżeli chodzi o liczbę kobiet-przedsiębiorczyń, to nadal jesteśmy w tyle za stanami z południa kraju, takimi jak Telangana czy Andhra Pradesh, jednak sytuacja szybko się zmienia. Tutaj bardzo boleśnie odczuliśmy skutki suszy. Mężczyźni porzucają pracę na roli, podczas gdy kobiety nadal chcą zajmować się uprawą. Próbujemy więc przeszkolić je możliwie najlepiej. Już teraz zauważalna jest poprawa poziomu ekonomicznego w tutejszych wsiach”.

1/3 rolniczek zarejestrowanych przez SSP ma obecnie w posiadaniu część ziemi należącej do rodziny, a co więcej, kobiety zdobyły społeczną egzystencję. „Wcześniej nikt mnie nie szanował”, wyznaje Rekha Shinde z wioski Hinglajwadi. „Gdy potrzebowałam 10 rupii [12 eurocentów], musiałam prosić o nie 5 dni, nie pozwalano mi również wychodzić domu. Teraz wnoszę do rodzinnego budżetu 10 tys. (125 euro) miesięcznie, pomogłam też 40 kobietom w założeniu własnych firm.” Znakiem ich nowego znaczenia w społeczności, jest wzniesiona przez ratusz w centrum wioski sala zebrań dla grupy samopomocy, której przewodzi Rekha Shinde.

Mężczyźni są właściwie pierwszymi beneficjentami tej nowej równowagi sił: w rodzinach, gdzie kobiety wzięły sprawy w swoje ręce, nie odnotowano jak dotąd ani jednego samobójstwa. „Przedtem w okresie suszy czułem się naprawdę sam”, wyznaje Vishnu Kumbhar, 50-latek o wysuszonej słońcem twarzy. Jego żona Kamal, z 700 euro miesięcznego dochodu oraz narodową nagrodą w dziedzinie mikroprzedsiębiorstw, stała się sławna w okręgu Osmanabadu. Ta wychowana w biedzie córka robotnika najemnego przekształciła 6 hektarów ziemi przy wjeździe do Hinglajwadi w farmę eksperymentalną, a do pracy dojeżdża na skuterze. Zbiornik wody, elektryczny inkubator, staw z algami na paszę dla zwierząt – tej matce dwójki dzieci nigdy nie brak pomysłów. Jej ostatnie przedsięwzięcie: sprowadzenie z sąsiedniego stanu Madhiya Pradesh 500 kur kadaknath – gatunku cennego ze względu na swoje wartości odżywcze – które karmi obserwowana przez ciekawskie dzieci z wioski. „Teraz to ja kieruję się jej radami”, przyznaje pan Kumbhar, śmiejąc się i spoglądając na swoją żonę. „Mam wrażenie, przy moim wsparciu, nie ma przed nią żadnych granic”.

tłum. Ewa Cylwik

Artykuł ukazał się w Le Monde diplomatique (marzec 2018) oraz w Zielonych Wiadomościach nr 29 (lipiec 2018).

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.