W świecie malejącej stabilności i rosnących nierówności postawienie na odzyskiwanie przez lewicę pojęcia wolności brzmi na straceńczą misję. Z drugiej strony – cóż jest do stracenia?
Rzut oka na ideową linię frontu nie napawa optymizmem. Przed wiosennymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wzrost znaczenia populistycznej prawicy nie ulega wątpliwości. Kolejne państwa zaczynają być podatne na jej przekaz niechęci do elit, lęku przed obcymi oraz odrzucenia wizji ponadnarodowych wspólnot politycznych.
Nowy porządek polityczny
Do listy krajów, w których zaczęła odnosić swoje sukcesy – na razie na poziomie regionalnym – dołączyła niedawno Hiszpania. W wyniku wzrostu jej znaczenia przeciągają się próby utworzenia rządu w Szwecji. Gdy jej reprezentanci wychodzą z ław belgijskich gabinetów rządowych trzęsie to całą tamtejszą sceną polityczną.
Jednocześnie – wbrew prognozom sprzed 10 lat – globalny kryzys ekonomiczny nie przyniósł światu zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu. Choć nie da się ukryć, że pojawiło się więcej przestrzeni do głoszenia alternatywnych przekonań, a także nieco więcej przyzwolenia na obieranie bardziej pragmatycznego kursu przez rządy, to jednak skala wdrażanej w różnych zakątkach globu polityki cięć i zaciskania pasa i jej skutki (od Brexit po wysokie bezrobocie w Grecji) nie dają nam zapomnieć o sobie po dziś dzień.
W tak zarysowanym kontekście mówienie o wolności – szczególnie w lewicowym czy progresywnym wydaniu – nie jest sprawą prostą. Jedna z ważnych stron ideowego sporu preferuje wyidealizowaną wspólnotę, dla której wolność stanowić może zagrożenie. Nie po to odbudowuje się poczucie narodowej dumy, jedności i wartości, by ktoś miał je bezkarnie kwestionować.
Między populizmem a liberalizmem
Powody do wpisania kogoś na ten nieprawomyślny rejestr mogą się zresztą – o czym warto pamiętać – zmieniać. W monokulturowej Polsce podejrzana może być właściwie każda odmienność, podczas gdy np. Marie Le Pen sprawnie udaje się przekonać niemało francuskich gejów, że stoi po ich stronie w kontrze nawet nie tylko do radykalnych islamistów, co do muzułmanów w ogóle.
Po drugiej stronie mamy obóz liberalny, który przez długie lata zrównywał wolność z wolnością gospodarczą. W efekcie opowieść o wolności przestała kojarzyć się na przykład z wolnością od niedostatku – tak jak prawa człowieka często kojarzą się dziś z (niewątpliwie ważnymi) demonstracjami czy maratonami pisania listów, a nie prawem do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń społecznych.
Pokryzysowy liberalizm retorycznie próbuje się przesuwać, w różnych językach prezentując opowieść o tym, jak to „byliśmy głupi”. Praktyka rządzenia pokazuje niestety, że z utartych kolein wychodzi się trudniej, niż poprzez parę deklaracji o trosce o planetę czy potrzebie wzmacniania klasy średniej. Chcący budować ropociągi Justin Trudeau czy podnoszący akcyzę na paliwa i zapominający o stworzeniu wiarygodnej alternatywy dla transportu samochodowego Emmanuel Macron są tego najlepszymi przykładami.
Dla formacji ekopolitycznych wyzwanie to okazuje się podwójnie trudne. W jaki sposób przekonywać do regulacji, niezbędnych do walki ze zmianami klimatu, które krytykowane będą z prawej strony za „atak na wolność”? Jak pokazywać, że odpowiedzią na konsumpcyjny idealizm nie jest autorytarna wspólnota, dla której różnorodność jest siłą, a nie słabością?
Skandynawska zieleń
Odpowiedzi na te pytania próbuje udzielić lider duńskiej partii ekopolitycznej Alternatywa, Uffe Elbaek. Fakt, że przed jej założeniem był ministrem kultury z ramienia tamtejszej partii socjalliberalnej zdaje się tłumaczyć, dlaczego wciąż do wątku wolności podchodzi z pewnym sentymentem – sentymentem, który nie przeszkadza mu jednak w podkreślaniu roli nordyckiego modelu społecznego czy otwartego na różnorodność społeczeństwa.
Swoje przemyślenia przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi przelał na karty swej nowej publikacji, „The Next Denmark. Freedom and Community – a New Narrative”. Już sam tytuł wskazuje na ideowe filary wizji Elbaeka, które – by przynieść najlepszą synergię – powinny iść ze sobą w parze.
Nieprzekonanych uspokajam – dla tego duńskiego polityka nie ma nic lepszego, niż progresywne podatki i powoływanie się na Thomasa Piketty’ego. Marząc o wspólnocie podkreśla, w jaki sposób była ona podmywana przez lata neoliberalnego kursu ekonomicznego. Za źródła kryzysu liberalnego porządku demokratycznego uważa nierówności, ślepą pogoń za wzrostem gospodarczym oraz wynikłą z tego połączenia alienację.
Na kryzys demokracji radzi on… więcej demokracji – i to nie tylko w systemie politycznym, ale również w gospodarce. Zaufanie zamiast kontroli, tolerancja zamiast murów, funkcjonowanie w obrębie granic ekosystemowych zamiast pogoni za statusem materialnym – oto skrócony wyciąg z recepty na odnowienie naszych społeczeństw w duchu kreatywnej, demokratycznej rewolty przeciwko status quo.
I tu właśnie w tę opowieść wkracza wolność – a nawet trzy wolności. Fundamentem wizji Elbaeka nie jest „wolność od”, na przykład wszechogarniającego państwa, lecz „wolność do” życia w demokratycznych, dających naszemu życiu sens społecznościach, do doświadczania harmonii, równowagi i bliskości oraz do równych praw i możliwości życiowych. To wizja, w której wolność nie zależy od zasobności portfela, ale która przenika wszystkie dziedziny życia. Jej poszerzanie na całe społeczeństwo nie jest fanaberią, lecz warunkiem jej zaistnienia.
Wspólnota współpracy
Wspomnianemu marzeniu o nowej, lepszej Danii (i świecie) towarzyszy zestaw kilkudziesięciu propozycji programowych, podzielonych na 10 działów. Znajdziemy w nich sporo dobrze znanych z kart programów ekopolitycznych pomysłów, takich jak skrócenie tygodnia pracy (lider Alternatywy proponuje jego ograniczenie do 30 godzin) czy wykorzystanie zamówień publicznych do promowania biznesu realizującego cele społeczne i ekologiczne.
To, co w zaprezentowanej wizji się wyróżnia, to sporo miejsca poświęconego na promowanie modelu spółdzielczego. Dania ma w tym zakresie bogatą, sięgającą XIX wieku historię – ich rozwój napędzała popularność szkół ludowych, a ich kulturowe znaczenie umożliwiło podtrzymanie atrakcyjności tego modelu i jego stosowanie w nowych sektorach, takich jak rozproszona energetyka odnawialna.
Zdaniem Elbaeka model kooperatywny realizuje w praktyce zasady demokracji ekonomicznej i powinien być wspierany, np. poprzez stworzenie dedykowanego spółdzielniom banku inwestycyjno-rozwojowego. Specjalny fundusz spółdzielczy mógłby wspierać finansowo nowe inicjatywy ze środków już istniejących spółdzielni, a pieniądze reinwestowane przez nie w swoją działalność mogłyby z kolei być zwolnione z podatków.
Podobne zwolnienie powinno jego zdaniem przysługiwać również (przez pierwszy rok bądź do osiągnięcia określonej wielkości/obrotów) nowym biznesom – a już na pewno tym, realizującym cele społeczne lub ekologiczne.
Postulat ten wpisuje się w szerszy pakiet doceniania aktywności i kreatywności gospodarczej (np. premiowania firm stawiających w równym stopniu na kwestie ekologiczne, społeczne i ekonomiczne) przy jednoczesnej, konsekwentnej walce z negatywnymi kosztami zewnętrznymi dotychczasowego modelu działalności gospodarczej (opodatkowanie zużycia zasobów naturalnych na szczeblu międzynarodowym, oddzielenie bankowości detalicznej od reszty systemu bankowego).
Nowe horyzonty wolności
Wizja poszerzania wolności sięga w Elbaeka tam, gdzie tradycyjnie ją rozumiejący liberałowie rzadko sięgali. Proponuje on zagwarantowanie – z poziomem konstytucyjnym włącznie – praw przyrodzie, co wymuszałoby np. rekompensowanie lasom za eksploatację surowców, które dostarczają człowiekowi). W ustawie zasadniczej powinny znaleźć się jego zdaniem również prawa i wolności cyfrowe, jakie jak uznanie prawa użytkowników do swoich danych czy ograniczenie inwigilacji do przypadków, w których zgodę na nadzór wyraził sąd.
Z postulatów tych wyłania się obraz ludzi, którzy odzyskują kontrolę i podmiotowość. By marzenie to nie pozostało jedynie na papierze muszą rosnąć musi wpływ pracowników na przedsiębiorstwa, w których są zatrudnieni (od udziału w podejmowanych decyzjach oraz prawa pierwokupu sprzedawanej firmy po dostęp do ich akcji), a demokratyczne doświadczenie przekazywane nie tylko za pomocą teorii, ale również praktyki (3-6- miesięczna, analogiczna do wojskowej, obowiązkowa służba demokratyczna w organizacjach pozarządowych lub innych inicjatywach społecznych po zakończeniu edukacji szkolnej).
Atrakcyjność tak zaprezentowanej wizji, poza jej holistycznym charakterem, polega na nieoczywistym łączeniu wątków we spójną opowieść o świecie. Świecie, w którym – podobnie jak w publikacji Dirka Holemansa o wolności i bezpieczeństwie w coraz bardziej złożonej rzeczywistości – wolność nie polega na zawierzaniu rzeczywistości niewidzialnej ręce rynku, lecz na jej aktywnym współtworzeniu w każdym aspekcie życia.
Wyborczy test
Być może taka właśnie opowieść, twórczo wiążąca ze sobą stare, dobre ekopolityczne zasady samostanowienia, sprawiedliwości społecznej oraz świadomości ekologicznej, może być dobrym antidotum na rosnące wpływy prawicowego populizmu? Póki co – patrząc się na wyniki z Niemiec czy z Belgii – wykazuje ona pewien potencjał mobilizacyjny, choć głównie w Europie Północnej.
Okazuje się bardziej żywotna, niż można było się tego spodziewać po odrodzeniu oldskulowej polityki walki klasowej w Wielkiej Brytanii czy eksperymentach z lewicowym populizmem na południu kontynentu. Pytanie o to, na ile można ją próbować zaszczepić w Europie Środkowej – i z jakimi wyborczymi skutkami – pozostaje otwarte.
Zdj. Fragment okładki „The Next Denmark”
Objęliśmy patronat nad konferencją, której celem jest prezentacja alternatywnych metod pozyskania energii oraz możliwych scenariuszy dla polskiego sektora energetycznego.
Podczas konferencji wystąpią znakomici eksperci tacy jak prof. dr hab. inż. Jan Popczyk, dr Marcin Popkiewicz, czy dr Andrzej Kassenberg z Instytut na rzecz Ekorozwoju, a także przedstawiciele Partii Zieloni, Instytutu Energii Odnawialnej oraz organizacji pozarządowych.
Data: 10 stycznia 2019 r.
Miejsce: Centrum Prasowe Foksal, ul. Foksal 3/5, 00-366 Warszawa
Organizatorzy: Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA i Fundacja Rozwój TAK – Odkrywki NIE
http://eko-unia.org.pl/ https://rozwojtak-odkrywkinie.pl/
PLAN KONFERENCJI
10:30 – 11:30 Konferencja prasowa
11:30 – 13:30 Wystąpienia (po każdym wystąpieniu krótki czas na 1-2 pytania):
Katarzyna Kubiczek, Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA: „Prezentacja mini raportów dotyczących polityki klimatycznej Polski oraz pozostałych krajów Wyszehradzkich”
- dr Joanna Kubicka, Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA: „Możliwości wykorzystania zasobów ludzkich z sektora węglowego – elementy sprawiedliwej transformacji”
- dr hab. inż. Jan Popczyk, ekspert ds. elektroenergetyki, Politechnika Śląska: „Rynkowa trajektoria transformacyjna energetyki Polski – koncepcja zmniejszenia emisyjności o 30-40% do 2030 oraz o 100% do 2050”
- Grzegorz Wiśniewski, Instytut Energetyki Odnawialnej: „Jak przełamać bariery dotyczące rozwoju OZE – plan na 2030 i 2050”
- dr Andrzej Kassenberg, ekspert ds. polityki zrównoważonego rozwoju, Instytut na rzecz Ekorozwoju: „Efektywność energetyczna szóste paliwo”
- dr Miłka Stępień i Urszula Zielińska, Partia Zieloni: „Sposoby przełamywania barier politycznych i społecznych – plan dekarbonizacji Polski do połowy XXI w.”
13:30 – 13:50 Przerwa
13:50 – 15:15 Dyskusja prowadzona przez Radosława Gawlika i red. Edwina Bendyka.
- dr Marcin Popkiewicz, analityk megatrendów, ekspert ds. energii i środowiska
- dr hab. inż. Jan Popczyk, ekspert ds. elektroenergetyki, Politechnika Śląska
- dr Andrzej Kassenberg, ekspert ds. polityki zrównoważonego rozwoju, Instytut na rzecz Ekorozwoju
- Grzegorz Wiśniewski, Instytut Energetyki Odnawialnej
- Tomasz Waśniewski, prezes Fundacji Rozwój TAK – Odkrywki NIE
- dr Miłka Stępień, Urszula Zielińska, Partia Zieloni
15:15 Lunch
Kontakt:
Katarzyna Kubiczek, tel. 669 147 997, kkubiczek@eko.org.pl
Radosław Gawlik, tel. 605 037 417, rgawlik@eko.org.pl
Tomasz Waśniewski, tel. 661 863 478, t.wasniewski@fundacja.rt-on.pl
Patronat nad wydarzeniem objęli:
portal WysokieNapiecie.pl
portal Nauka o klimacie
magazyn Odpowiedzialny Inwestor
magazyn Zielone Wiadomości
Poznańska kooperatywa spożywcza wykiełkowała dzięki wspólnemu zapałowi aktywistek i aktywistów z różnych miast. Waga sąsiedzkich inicjatyw, sieciowania i wspierania się była dla mnie zawsze siłą napędową. Pierwsze miesiące działania pamiętam poprzez filtr ogólnopolskiego zjazdu kooperatyw, gościnnych wykładów i „skajpowych sesji samopomocowych”. Z perspektywy kolejnych lat funkcjonowania myślę. że warto poruszać tematy prowokujące pytania i wątpliwości, rodzące pole do dyskusji. Jednocześnie mam świadomość, że dylematy te czy też wyzwania znowu łączą ruchy bazujące na samoorganizacji, różne kooperatywy i – co ważne – są kwestiami do kolektywnego procesu poszukiwania odpowiedzi i rozwiązań.
Edward Abramowski (1868-1918) pisał: „Z początku idą ludzie do kooperatyw być może najczęściej dla własnego tylko małego interesu, dla zyskania jakiejś dywidendy, pożyczki lub czasowej korzyści gospodarskiej; ale z czasem, wszedłszy raz do tej nowej atmosfery, przyzwyczajają się widzieć wszystko i oceniać ze stanowiska solidarności ludzkiej, ze stanowiska przyjaźni […]”. Za Aleksandrą Bilewicz i Dominiką Potkańską możemy dokonać rozróżnienia pomiędzy kooperatywami nastawionymi na konsumpcję produktów wysokiej jakości (którym bliżej do grup zakupowych, przy czym działają one również we współpracy z innymi kooperatywami) oraz „aktywistycznymi”, zorientowanymi w równym stopniu na cele społeczne i społeczno-polityczne. Wychodząc z założenia, że żywność nie jest zwyczajnym towarem, że generalnie łączy ona ludzi na najbardziej podstawowym poziomie, wokół jej konsumpcji rodzą się tradycje kulinarne i inne praktyki kulturowe (np. związane z sezonowością, stojącą w kontrze wobec nieograniczonych czasowo i terytorialnie cyklów zakupowych), budują się więzi między ludźmi, a zwielokrotnione wybory konsumenckie kształtują byt rolników, podział ten umiejscawia obydwie formy działania w obszarze społecznej alternatywy.
Poznańska kooperatywa spożywcza dodatkowo była od początku zorientowana krytycznie wobec dominujących wzorców produkcji, dystrybucji i konsumpcji. Prosty jednak fakt, że należy do niej obecnie ponad 300 osób, a funkcje związane z główną koordynacją zakupów spoczywają ostatecznie na kilku ochotnikach, wnosi do dyskusji argument na to, że doświadczamy wciąż pewnego podziału pomiędzy „działaczami” (specyficznymi „dostawcami”) a „konsumentami” (uwzględniając oczywiście to, że samo dokonywanie zakupów utrzymuje kooperatywę przy życiu, buduje punkt wyjścia). Życie kooperatywne wychodzi jednak poza ramy organizowanych dostaw oraz zakupów, poprzez ideowe spotkania wprowadzające, otwarte grupy robocze i operacyjne, wykłady i warsztaty, rozwój biblioteki. W 2017 roku część osób związana z kooperatywą zaczęła rozwijać lub wspierać pokrewne inicjatywy – kolektywy mieszkaniowe, ogrody społecznościowe i ruch suwerenności żywnościowej. Regularnie organizowane są wyjazdy do gospodarstw rolnych, co istotne – łączone w ostatnim czasie z pomocą w pracach polowych. Te formy aktywności budują już sieć nieformalnych inicjatyw wzajemnościowych i sprawiają, że w środowisku buzuje energia. Zauważyć można jednak, że często przyciągają one doświadczonych już działaczy i tych, których motywuje uczestnictwo w podgrupach.
Zwróciłabym tu uwagę na tendencję do rozmywania odpowiedzialności i utrudnioną skuteczność przekazu przy wzrastającej liczbie uczestniczek i uczestników kolektywów. Komunikowanie ze sobą kilkuset osób pociąga za sobą m.in. wysyłanie regularnych maili-info-packów oraz konstruowanie ankiet, które służą badaniu opinii. Z kolei konsensualna zgoda opiera się częściowo na statystyce, która każe spodziewać się na spotkaniach decyzyjnych znacznie ograniczonej/małej i stosunkowo stałej liczby osób. Warto jednak przyjrzeć się bliżej również takim formom działania, które opierają się na sile i wielkości grupy. Choćby wprowadzane obecnie do poznańskiej kooperatywy dowozy sąsiedzkie, bazujące na idei bezinteresownej pomocy i praktykach oszczędnościowych, a jednocześnie będące efektywnym organizowaniem pracy. To odnajdywanie się członków na mapie Poznania, identyfikowanie sąsiedztwa (ulokalnienie zakupów) i niejako podwójne sieciowanie (podkreślanie przynależności) może stać się przyczynkiem do dzielnicowego podziału kooperatywy w przyszłości. Co istotne, nasza rozrastająca się grupa, podejmująca stopniowo propagowanie społeczno-politycznych praktyk aktywistycznych/obywatelskich, potrzebuje – nie inaczej niż w przypadku innych kooperatyw – nieustannego wzmacniania praktyk kolektywnych i redefiniowania bądź odzyskiwania pojęcia solidarność.
Kontynuując temat pojęć, życie kooperatywne – poprzez wymieniane na co dzień komentarze, debaty, artykuły, rozpowszechniane dokumenty – wdraża do codziennego języka cały zasób definicji stanowiących alternatywę wobec słów-kluczy, którymi operuje kapitalizm w swojej neoliberalnej formie. Poprzez wymieniane na co dzień komentarze, debaty, artykuły, rozpowszechniane dokumenty. Mówimy tu o podkreślaniu znaczeń, ale też o ich nadawaniu. O popularyzowaniu języka wspólnego działania. O pracy kolektywnej, bezinteresownej, nienastawionej na zysk. O samoorganizacji i procesach deliberacyjnych. O dobru wspólnym i ekonomii solidarnościowej. O postrozwoju, suwerenności żywnościowej. O chłopach i chłopkach. Czy kooperatywy solidaryzują się również na poziomie języka, wspierając mowę ruchów feministycznych i pracowniczych? Wreszcie, mam też na myśli pojęcia, które pozostają w procesie dookreślania, jak np. „żywność ekologiczna”. Buduje ona jeden z punktów odniesienia dla działalności kooperatywnej, warto jednak zdać sobie sprawę, jak wiele trudności sprawia to pojęcie. Żywność ekologiczna występuje oficjalnie w powiązaniu z zasadami przyznawania certyfikatów. Ich uzyskanie nie jest jednak wyznacznikiem „myślenia ekologicznego”, które towarzyszy nowemu kooperatyzmowi. Z założenia nie pociąga za sobą podejścia holistycznego, w ramach którego myślimy o ekosystemie, o ptakach i dobrostanie innych zwierząt, jak również o relacjach z ludźmi, jakie tworzy produkcja żywności, o prawach pracowniczych, których przestrzeganie jest warunkiem sprawiedliwego podziału pracy i godziwej zapłaty. Możemy chcieć odzyskać pojęcie żywności ekologicznej, jednak wobec prawnego powiązania go ze stosunkowo wąsko rozumianymi standardami certyfikacji, może to mijać się z celem, również w kontekście skali produkcji oraz bardzo ograniczonej dostępności cenowej, jaka towarzyszy żywności certyfikowanej.
Pojęcie zdrowej żywności pozwolę sobie – z żalem – pominąć, jako „przemielone” przez rynek i występujące w obezwładniającym nadmiarze. Alternatywą, o jakiej pisze Aleksandra Bilewicz, jest pojęcie dobrej żywności. Mowa tutaj o żywności, która „zawiera w sobie nie tylko takie cechy, jak smak i wygląd, ale także relacje pomiędzy producentami a konsumentami oparte na szacunku i zaufaniu. W tym sensie «dobra żywność» pozwala wrócić do tego, co bliskie naturze, związane z terytorium, spersonalizowane, a zatracone w miejskiej cywilizacji poprzemysłowej”.
Kierunek ten otwierać może dalsze dyskusje, wymagając jednocześnie doprecyzowania o kwestie techniczne. Z takiej między innymi potrzeby poznańska kooperatywa rozpoczęła pracę nad „zestawem pytań do rolników i producentów” co do ich sposobów i technik produkcji. Pojawia się bowiem potrzeba uszczegółowionej i w miarę jednoznacznej wiedzy. Czy stosujesz zapylacze? Jaka odległość dzieli sad od autostrady? W jaki sposób ograniczasz zachwaszczanie upraw? Czy podgrzewasz miód, a jeżeli tak, to do jakiej temperatury?
Na koniec zwrócę jeszcze uwagę na wagę pojęcia „agroekologia”, które do działalności kooperatywnej przenika poprzez działania ruchu suwerenności żywnościowej. W ramach suwerenności żywnościowej agroekologia nie jest jedynie nazwą na zbiór technik i sposobów produkcji ani też elementem dyskursu ekologicznego wzmacnianego przez korporacje (np. „zielona ekonomia”, „rolnictwo przyjazne klimatowi”, „zrównoważona intensyfikacja w rolnictwie”). Obejmuje natomiast metody, które rozwijają się na bazie kolektywnego dzielenia się wiedzą (bezpośredniego, horyzontalnego; peer-to-peer, farmer-to-farmer), dążą do równowagi pomiędzy naturą a istotami ludzkimi, a jednocześnie podkreślają konieczność wprowadzania w życie nowej polityki społeczno-ekonomicznej, a więc nowych struktur władzy, tym razem odpowiadających potrzebom rdzennych i lokalnych wspólnot. Pojęcie to, tak silnie zakorzenione w materialnych, duchowych i terytorialnych związkach z ziemią, wyznacza kolejny kierunek definiowania pożądanej przez nas żywności, pojmowanej wraz z całym systemem relacji społeczno-kulturowo-ekonomicznych, jakie jej towarzyszą.
Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr 29.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Apelujemy do liderek i liderów, członkiń i członków wszystkich partii i ugrupowań na polskiej scenie politycznej: przyjmijmy wspólną wizję i plan transformacji energetycznej! Uczyńmy ją wspólnym priorytetem. Będzie to nie tylko odpowiedzialna i etyczna odpowiedź na kryzys klimatyczny, ale też program Polski przyszłości: bezpiecznej, nowoczesnej, rozwiniętej cywilizacyjnie i sprawiedliwej społecznie.
Naukowcy z IPCC w ostatnim raporcie o ograniczeniu ocieplenia do 1,5°C, przygotowanym przed Konferencją Klimatyczną w Katowicach, po raz kolejny uświadomili nam, jak pilnym wyzwaniem jest ochrona klimatu naszej planety. Jeśli szybko nie przystąpimy do redukcji emisji gazów cieplarnianych, naszym dzieciom może grozić katastrofa, prowadząca do zniszczenia naszego świata, gospodarki i cywilizacji.
Kierunek działania
Celem strategicznym ponadpartyjnego programu transformacji energetycznej i ochrony klimatu musi być zastąpienie paliw kopalnych: węgla, ropy i gazu czystymi źródłami energii, z naciskiem na ich efektywne wykorzystanie.
Zapewnienie usług energetycznych wysokiej jakości nie musi wiązać się z wysokim zużyciem energii. Nowe budynki będą budowane w standardzie nie gorszym od pasywnego, a istniejące budynki zostaną poddane głębokiej termomodernizacji. Inwestycje w budownictwo energooszczędne i nowoczesne źródła ogrzewania, takie jak pompy ciepła, kolektory słoneczne, bezpośrednie ogrzewanie energią elektryczną z wiatru i słońca, oraz automatyczne kotły na pelety i zasobniki ciepłej wody, umożliwią zmniejszenie kosztów stałych, ograniczą ubóstwo energetyczne, radykalnie ograniczą smog oraz poprawią komfort użytkowników budynków. W transporcie priorytetem będą miejscowości przyjazne pieszym i rowerzystom, z transportem zbiorowym najwyższej jakości, szybkim, często jeżdżącym i z dogodnymi przesiadkami. Transport, zarówno osobowy, jak i towarowy, będzie – wraz ze wzrostem udziału czystej i taniej energii z OZE – sukcesywnie elektryfikowany. Powszechna, międzysektorowa poprawa efektywności energetycznej połączona z elektryfikacją opartą na odnawialnych źródłach energii pozwoli zredukować zużycie energii pierwotnej o ok. 1/3 do 2030 roku i o 2/3 do 2050 roku.
Racjonalizacja zużycia energii pozwoli na efektywne kosztowo oparcie krajowego systemu energetycznego i systemów ciepłowniczych na czystych lokalnych i rozproszonych źródłach energii – przede wszystkim wietrze (na lądzie i morzu), słońcu, energii geotermalnej i wodnej (w ograniczonym zakresie) oraz zrównoważonym wykorzystaniu biomasy – wspomaganych systemami magazynowania energii i transgranicznymi połączeniami energetycznymi z innymi krajami.
Inwestycje węglowe muszą zostać niezwłocznie wstrzymane – choć wygaszanie sektora, z równoległym tworzeniem miejsc pracy w nowych gałęziach gospodarki potrwa jeszcze kilkanaście lat. Wdrożone zostaną regulacje zachęcające niezależnych inwestorów do inwestowania w czyste źródła energii, np. taryfy dynamiczne, funkcjonujące w ramach tzw. „smart grid” – inteligentnej sieci energetycznej.
Korzyści
Konsekwentna budowa gospodarki zeroemisyjnej może rozwiązać szereg dręczących nas problemów. Poza oczywistą kwestią ochrony klimatu, poprawi ona bilans handlowy (co roku importujemy ropę, gaz i węgiel za dziesiątki miliardów złotych), zapewni bezpieczeństwo energetyczne, wyeliminuje zanieczyszczenia powietrza i ograniczy ubóstwo energetyczne.
Prowadząc transformację energetyczną oprzemy się na lokalnych zasobach energetycznych, stworzymy nowe miejsca pracy pozwalające bezproblemowo zaabsorbować pracowników sektora węglowego i innych schyłkowych branż (tj. inwestycje w infrastrukturę energetyczną, transportową, budowlaną, przemysłową i in. w procesach min. termomodernizacji, produkcji urządzeń do wykorzystania energii słonecznej, wiatrowej, geotermalnej, wodnej, pomp ciepła, rekuperatorów, autobusów elektrycznych czy obsługi biogazowni). Jednocześnie stymulować będziemy rozwój branż innowacyjnych, poprawimy konkurencyjność polskiej gospodarki, podniesiemy jakość życia i przestrzeni miejskiej (transport z wysokim udziałem rowerów i transportu miejskiego, jak np. w Kopenhadze to mniej korków, wypadków, hałasu, wydatków – za to więcej ruchu i zdrowia mieszkańców oraz mniejsze koszty utrzymania infrastruktury).
Realizując wizję i program transformacji energetycznej nie tylko uratujemy świat przed katastrofą, ale też poprawimy jakość naszego życia, wzmocnimy innowacyjne sektory gospodarki i poprawimy szanse na wyjście z kryzysu klimatycznego w lepszym, bardziej sprawiedliwym ekonomicznie i społecznie świecie.
Partia Zieloni od powstania w 2003 roku promuje ambitne działania na rzecz energetyki oszczędnej, odnawialnej i rozproszonej, opisane w programie „Zielony Nowy Ład”. Jesteśmy świadomi, że program ten, aby być skutecznym – musi być wyjęty z doraźnych sporów. Musi być uzgodniony ze wszystkimi partiami i ruchami społecznymi, które w swoich programach odwołują się do transformacji energetycznej i które w tej sferze, tak jak w obszarze m.in. walki ze smogiem, winny zawrzeć sojusz ponad podziałami.
Dlatego apelujemy o zmianę polityki energetycznej. Nie możemy sobie pozwolić na tracenie bezcennego czasu – należy niezwłocznie przystąpić do włączenia kraju w nurt przemian światowych oraz do budowania bezpieczeństwa państwa.
Przyjęcie tego apelu – jego wizji oraz przytoczonych poniżej głównych założeń, będzie naszym celem i brzegowym warunkiem w rozmowach koalicyjnych dotyczących wyborów do Parlamentu Europejskiego i Polskiego Parlamentu w 2019.
W imieniu Partii Zieloni
Przewodniczący: Małgorzata Tracz, Marek Kossakowski
Zespół ds. energii: Radosław Gawlik, Aleksandra Kołeczek, Miłosława Stępień, Ewa Sufin-Jacquemart, Urszula Zielińska
Poniżej prezentujemy 11 głównych założeń – czy wyzwań – ponadpartyjnego planu transformacji energetycznej i ochrony klimatu dla Polski, który roboczo nazwaliśmy „Zielonym Nowym Ładem dla Klimatu 2050”. Zostały one opracowane w porozumieniu i ze wsparciem podpisanych niżej wybitnych ekspertów i naukowców w dziedzinie energetyki i klimatu.
11 założeń – wyzwań – transformacji energetycznej i ochrony klimatu dla Polski
- Redukcja zużycia paliw kopalnych w energetyce, ciepłownictwie i transporcie o 50 % w perspektywie 2035 roku oraz całkowita rezygnacja z nich do 2050 roku.
- Poprawa efektywności energetycznej na poziomie 30-40% w 2030 roku względem 2005 roku.
- Udział energetyki odnawialnej w roku 2030 na poziomie co najmniej 35-40%.
- Standardy nowo budowanych budynków od roku 2025 nie gorsze niż domów pasywnych, z dążeniem do budynków „plusenergetycznych”.
- Integracja programów dotyczących termomodernizacji, wprowadzania mikroinstalacji OZE, poprawy efektywności energetycznej oraz przeciwdziałania ubóstwu energetycznemu – w jeden spójny mechanizm wsparcia.
- Kreowanie miast efektywnych energetycznie z dominacją transportu niezmotoryzowanego i publicznego, zwartych, ale nasyconych terenami zielonymi, a także odpornych na zmianę klimatu (adaptacja).
- Tworzenie, w oparciu o niskoemisyjny miks energetyczny, łańcucha ekomobilności zarówno w miastach jak i poza nim, zarówno w transporcie osób, jak i towaró
- Włączenie obywateli, samorządów lokalnych oraz małych i średnich przedsiębiorstw w budowanie bezpieczeństwa energetycznego i „demokracji energetycznej” (tj. łączenie technologicznej transformacji energetycznej ze wzmacnianiem demokracji i udziału społecznego w procesach decyzyjnych).
- Pobudzanie i wspieranie działań takich jak m.in autoprodukcja czystej energii, na rzecz transformacji energetycznej i ochrony klimatu w przedsiębiorstwach – od małych po duże koncerny.
- Wykorzystanie terenów biologicznie czynnych (rolniczych i leśnych) do wzrostu pochłaniania dwutlenku węgla z zapewnieniem ochrony ekosystemów oraz ochrony różnorodności biologicznej.
- Przeznaczenie co najmniej 50% z środków UE w okresie 2021–2027, a także funduszy ekologicznych oraz całego przychodu z handlu uprawnieniami do emisji, na rozwój gospodarki niskoemisyjnej. Jako dodatkowe narzędzie można zastosować tzw. ekologiczną reformę podatkową, polegającą na opodatkowaniu paliw najbardziej emisyjnych w tym emisji z węgla, przy jednoczesnym obniżeniu podatków bezpośrednich (kosztów pracy) – stymulując rozwój „czystej energii” w sposób neutralny dla budżetu państwa.
*Lista naukowców i ekspertów konsultujących dokument:
Prof. Jan Popczyk, elektroenergetyk, b. prezes PSE, analityk i ekspert energetyki rozproszonej i transformacji gospodarki
Prof. Szymon Malinowski, fizyk, klimatolog, portal Nauka o Klimacie
Dr Andrzej Kassenberg, założyciel i wieloletni prezes Instytutu na rzecz Ekorozwoju
Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej
Marcin Popkiewicz, ekspert transformacji energetyki i ochrony klimatu, portal Nauka o Klimacie
Źródło: https://partiazieloni.pl/ponadpartyjny-plan-transformacji-energetycznej-i-ochrony-klimatu-dla-polski-apel-partii-zieloni/
Seler jest najlepszym roślinnym afrodyzjakiem. Leczy oziębłość seksualną zarówno u pań, jak i u panów. Lecznicze właściwości ma sok z tego warzywa.
Pozyskuje się go w niezwykle łatwy sposób: Kilogram średniej wielkości selerów, dokładnie umyć, obrać i pokroić w cienkie plasterki, a następnie posypać cukrem brązowym (najlepiej buraczanym) i poczekać aż puści sok. Po kilku godzinach sok zlać do słoika i dodać alkohol (na 1 szklankę soku 3 – 4 łyżki spirytusu), zakręcić szczelnie i przechowywać w lodówce. Pić 1 łyżkę stołową na godzinę przed zbliżeniem. Doskonałymi naturalnymi afrodyzjakami są także: kalarepka, bakłażany, pomidory, buraki (długo gotowany barszcz z dodatkiem kozieradki), czarna rzepa, jabłka, morele, brzoskwinie, orzechy włoskie, laskowe i nerkowca. Aby zachować świetną kondycję seksualną należy jadać je regularnie.
Afrodyzjakami są też niektóre przyprawy: lubczyk, rozmaryn, wanilia, cynamon, goździki i gałka muszkatołowa, także napar z żeńszenia. Potencję u panów poprawiają jajka (szczególnie przepiórcze).
Oziębłość seksualną leczy kolor czerwony, dlatego też w sypialni powinny być czerwone elementy (np. lampka, zasłony, narzuta na łóżko). Niezwykłą moc mają: rubin i krwawnik – kamienie te powinni nosić przy sobie wszyscy cierpiący na impotencję. Podobne działanie mają gałązki wiśni, które w tym celu trzyma się w wazonie.
Warto też wspomnieć, że osoby cierpiące na oziębłość nie powinny decydować się na współżycie po dużym wysiłku fizycznym oraz po wielogodzinnej pracy umysłowej. Porą niekorzystną na seks jest pełnia księżyca oraz nów (w czasie nowiu tarcza naszego satelity jest niewidoczna). Należy unikać zbliżeń, gdy ciśnienie atmosferycz-ne jest niższe niż 990 hektopascali, gdyż wówczas organizm jest osłabiony i senny. Niekorzystnie na gruczoły płciowe działa praca przy komputerze oraz telefony komórkowe.
Artykuł ukazał się w 29. numerze Zielonych Wiadomości, dedykowanym żywności i rolnictwu.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Michał Syska prezentuje w „Antidotum” swoją wizję lewicowej, progresywnej polityki. Czy będzie ona drogowskazem dla budującego swą partię Roberta Biedronia?
Inicjatywa byłego prezydenta Słupska jeszcze nie ruszyła, a już próbuje się ją spisać na straty. Czyni to część liberalnych komentatorów, bojących się o kondycję i wyborczą atrakcyjność Koalicji Obywatelskiej. Czynią to również niektórzy, powszechnie znani z wyborczych sukcesów, reprezentanci „prawdziwej lewicy”.
Glejt prawilności
W wątpliwość poddawane są zarówno intencje tłumów, pojawiających się na spotkaniach Biedronia, jak i jego przekonanie co do żelaznego zestawu lewicowych idei. Głosowanie przeciwko podwyższaniu wieku emerytalnego w minionej kadencji w opowieści tej jawi się niemal jako wypadek przy pracy – w przeciwieństwie do feralnego mema o górnikach, który obnażać ma drapieżny liberalizm polityka.
W opowieściach tych pojawia się jednak pewien problem. Estetyczna niechęć do egocentrycznie wyglądającej inicjatywy politycznej pozwala łatwo ją zaszufladkować, a może nawet wręcz spisać na straty jeszcze zanim na dobre ruszyła.
Za antyspołeczne, trącące balcerowiczowską terapią szokową uważany jest na przykład postulat, taki jak wygaszanie kopalni węgla rozłożone na… 17 lat. Nawet elektorat wydaje się lekko podejrzany, bo ma w nim się znajdywać niemało antyklerykałów, a nawet niegdysiejszych fanów Pawła Kukiza.
Publicystyczne przestrogi i ostre sądy klikają się zapewne lepiej, niż chłodna analiza czy próba rozgryzienia powstającego ruchu za pomocą narzędzi innych niż internetowa sprzedaż bluz z podobizną lidera. Wskazówką może być np. sprawdzenie politycznych priorytetów osób blisko związanych z nową inicjatywą polityczną – takich jak Michał Syska.
Głos z lewa
Wrocławski polityk od lat stara się przesuwać dyskurs polityczny na lewo. Ośrodek myśli Społecznej imienia Ferdynanda Lassalle’a, którego jest twarzą, zaprasza do regularnych dyskusji (nie tylko w wielkich miastach) i przygotowuje publikacje, dotyczące m.in. progresywnej polityki miejskiej, edukacyjnej czy polityki społecznej – część z nich omawialiśmy zresztą na łamach „Zielonych Wiadomości”.
Nie tak dawno temu Ośrodek wydał raport samego Syski – „Antidotum”. Można go czytać jako swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej działalności, ale również próbę wyjścia z własną, spójną opowieścią na temat Polski ostatnich lat. Opowieścią, która w wielu miejscach krzyżuje się z już nam znanymi propozycjami Roberta Biedronia.
Jeśli wskazać jedną jej myśl, która odróżnia ją od innych obecnych na rynku idei, to z pewnością zauważyć warto jej próbę demitologizacji poprzedzających rok 2015 rządów koalicji PO-PSL. Choć czynią to również i inni politycy oraz publicyści, to widoczne są tu również własne, oryginalne przemyślenia.
Bodaj najciekawszym jest próba udowodnienia, że wyborczy sukces Prawa i Sprawiedliwości nie był spowodowany aż tak bardzo kwestiami kulturowo-tożsamościowymi (wliczając w to również wątek przyjmowania uchodźców), a dużo bardziej „tradycyjnymi” kwestiami ekonomicznymi. Można powiedzieć, że stawia to Syskę w pewnej kontrze do innego, wiązanego z Robertem Biedroniem publicysty – Macieja Gduli, autora „Nowego autorytaryzmu”.
Na potwierdzenie swojej tezy działacz z Wrocławia ma szereg argumentów, demistyfikujących wizję Polski jako „zielonej wyspy”, która suchą nogą przeszła szalejący na świecie kryzys ekonomiczny po roku 2008. Przypomina o posunięciach rządu Donalda Tuska, takich jak podwyżka VAT, uelastycznianie kodeksu pracy czy outsourcing usług ochrony i sprzątania pogarszający pozycję zatrudnionych w tych branżach.
Perspektywa peryferii
W efekcie, jak zauważa, podglebie do zmiany władzy okazało się nader żyzne. Tym bardziej, im bardziej medialną wyobraźnię zaczęły kształtować obrazy pojawiającego się na polskich torach Pendolino i utyskiwania o tym, jak koszmarnym dyskomfortem jest brak bezprzewodowego Internetu na pokładzie tego typu pociągów w czasie, gdy mieszkańcy mniejszych miast doświadczali zamykania posterunków policji, zwijania się sieci szkół czy placówek pocztowych.
Przestrzenny charakter podziałów społecznych i politycznych staje się (nie tylko) w naszym kraju coraz bardziej zauważalny – nic więc dziwnego, że wątek ten coraz częściej pojawia się w lewicowej publicystyce. Liberalna, głównonurtowa opozycja pozostaje w tej materii zupełnie bezradna, w niewielkim stopniu poruszając kwestie, związane z rozwojem regionalnym kraju.
Nic zatem dziwnego, że w tę lukę próbują wcisnąć się lewicowe, progresywne siły polityczne. Czyniąc czytelne rozróżnienie między lewą stroną sceny politycznej a centroprawicową opozycją i prawicowym rządem Syska zapomina jednak momentami o tych elementach polityki PO-PSL, które przełamują nieco tę dychotomię – od wykorzystywania funduszy europejskich jako pakietu stymulacyjnego w okresie dekoniunktury, poprzez pierwsze kroki na drodze rozwijania polityki rodzinnej, aż po już otwarcie socjalliberalny kurs późnego Tuska i Ewy Kopacz.
Wspomniane działania nie unieważniają rzecz jasna krytycznych osądów Syski – dodają do nich za to nieco niuansu. Co ciekawe, patrząc na nie z perspektywy czasu można odnieść wrażenie, że stworzyły one przestrzeń do wzrostu oczekiwań społecznych, które w efekcie braku innej, przekonującej alternatywy wyniosły do władzy PiS.
Patrząc na polityczny kurs PO za Grzegorza Schetyny, stawiającego raczej na obietnicę obniżki podatków i podkreślanie znaczenia kryterium zatrudnienia w przyznawaniu świadczeń w rodzaju 500+ można odnieść wrażenie, że główna partia opozycji wraz z upływem czasu odchodzi od doświadczeń, nabytych w trakcie własnych rządów.
Odbrązowienie Europy
U Syski nie zabrakło również wspomnienia o innej, idealizowanej rzeczywistości – Unii Europejskiej. Wytyka on brak wyrazistej wizji UE wśród polskich polityków, postrzegających ją głównie jako bankomat do wypłacania pieniędzy.
Kiedy już jakaś wizja się pojawi, tak jak w wypadku opisywanego przez autora „Antidotum” przemówienia berlińskiego Radka Sikorskiego, dość szybko okazuje się, że idzie ona w zupełnie innym kierunku, niż nawoływania do wzmacniania poczucia wspólnej tożsamości i obywatelstwa za pomocą aktywnej polityki społecznej oraz ujednolicania podejścia do kwestii szeroko rozumianych „wartości europejskich”. Zamiast tego zadowala się wizją wzmocnienia instytucji unijnych w celu wymuszania większej dyscypliny budżetowej na państwach członkowskich.
Temat ten może w najbliższych miesiącach rosnąć na znaczeniu – szczególnie, jeśli uda się stworzyć silną lewicową listę/listy do Parlamentu Europejskiego.
Przejście od naiwnego euroentuzjazmu w stronę krytycznego wsparcia wymagającego reform projektu europejskiego może pomóc jej/im odróżnić się do listy liberalnej opozycji, w której dość mocno pobrzmiewa np. pomysł oparcia kampanii na wejściu Polski do strefy euro. Wejściu, na które nie ma aktualnie, mówiąc delikatnie, wielkiego społecznego apetytu.
Niepewna przeszłość, zapomniana przyszłość
O ile wspomniane dwa postulaty mogą mieć pewien potencjał – i to nie tylko na poziomie krytycznej analizy stanu zastanego, ale tworzenia nowych osi podziału politycznego – o tyle coraz trudniej mi osobiście uwierzyć w podobny potencjał, tkwiący w polityce historycznej.
Trudno jest aktualnie wyobrazić sobie udaną kontrofensywę środowisk lewicowych (czy szerzej – progresywnych) w tym zakresie inaczej niż poprzez przejęcie władzy i mozolne odwracanie kursu na utrwalanie konserwatywnych wizji polskości. Nie zmieniają tego za bardzo nawet sukcesy sądowe w walce ze zmienianiem nazw ulic.
Sporym nieobecnym na łamach „Antidotum” jest za to kwestia ekologii i zrównoważonego rozwoju. Nawet, jeśli gdzieś się ona pojawia, to zdecydowanie w tle, a nie jako jedna z ważnych osi ideowego sporu. Teoretycznie nie powinno to aż tak dziwić – Syska przyznaje się bowiem do poglądów socjaldemokratycznych, a nie ekopolitycznych – jednak w ostatnich latach coraz wyraźniej widać, że progresywna odpowiedź bez takiego komponentu pozostaje niepełna.
Nie chodzi tu już nawet o znaczenie zmian klimatu dla jakości życia – w tym również i w Polsce. Nie sposób nie zauważyć, że (przynajmniej retorycznie) obecny rząd przeszedł od negowania roli ekologii do traktowania jej w roli wehikułu rozwojowego. Miarą tej zmiany jest uznanie wdrożenia programu „Czyste powietrze” za jeden z rządowych priorytetów czy rosnąca waga, przykładana do rozwoju elektromobilności.
Bitwa o zieleń?
Zostawiając na boku kwestię wiarygodności ekipy Mateusza Morawieckiego czy trafności jego priorytetów nie da się ukryć, że ochrona środowiska przestała być terenem zarezerwowanym do niszowego segmentu lewicy. Może to zresztą służyć nam wszystkim, jeśli stanie się okazją do konkurowania o pomysły i pokazywania, że środki do osiągnięcia celów środowiskowych mają różny charakter w zależności od ideowego charakteru proponujących je ugrupowań.
Najgorszą odpowiedzią na to wyzwanie byłoby stwierdzenie, że wystarczy przypomnieć o swojej eksperckiej wiedzy i wiarygodności (siły ekopolityczne) lub uznać temat za drugorzędny („tradycyjna” lewica) w przekonaniu, że poparcie społeczne zdobędzie się wyłącznie poprzez podnoszenie kwestii związanych z konfliktem pracy i kapitału.
Wpadnięcie w jedną z tych pułapek może zaprzepaścić szansę na otwarcie się już nie tylko na wielkomiejski elektorat, ale również na osoby, poszukujące komfortowego życia oraz szans rozwojowych dla wsi i małych miast położonych z dala od wielkich aglomeracji.
Zastrzeżenia te nie oznaczają oczywiście, że na wszystkie te rafy koniecznie wpaść musi cała inicjatywa Roberta Biedronia – tę zatopić mogą niefortunnie sformułowane postulaty albo pragnienie jej lidera, by być wszystkim dla wszystkich.
Wskazują za to, że oferta celująca między innymi w mniejsze ośrodki nie powinna zapominać o dawaniu im szerokiej palety bodźców rozwojowych – nie tylko wysokiej jakości usług publicznych, ale również stymulowania innowacyjności poprzez szeroko zakrojone działania proekologiczne.
W przeciwnym wypadku byłoby ciekawą ironią losu, gdyby PiS wygrał kolejne wybory nie tylko dzięki 500+, ale i ocieplaniu domów jednorodzinnych w ramach walki ze smogiem.
Zdj. Fragment okładki „Antidotum” Michała Syski
Lęk przed konsekwencjami gospodarczymi zdecydowanych decyzji jest większy niż obawa przed skutkami globalnego ocieplenia. A zegar tyka.
Każdy kolejny szczyt klimatyczny jest wydarzeniem coraz smutniejszym. Zegar tyka. Wiemy już bardzo dobrze, co należy zrobić, by powstrzymać zmiany klimatyczne. Każdy następny rok przynosi szereg dowodów na to, jak katastrofalne będą, przepraszam, są, skutki globalnego ocieplenia. W tym roku delegaci powinni byli uczcić minutą ciszy ofiary pożarów, które spustoszyły Kalifornię. Wieloletnia susza, wysokie temperatury i stale obniżający się poziom wód gruntowych w tym stanie doprowadziły do jednej z największych powojennych katastrof ekologicznych w Stanach Zjednoczonych.
Jest paradoks, o którym politycy spotykający się podczas kolejnych szczytów klimatycznych mówią nad wyraz niechętnie. Z jednej strony nasza wiedza na temat mechanizmów klimatycznych rośnie w postępie wykładniczym, a kolejne raporty IPCC jasno pokazują kierunek, w którym powinniśmy zdążać. Z drugiej – globalna emisja CO2 rośnie z roku na rok. Drobiazgowy raport „Global Carbon Project” nie pozostawia w tym względzie najmniejszych złudzeń. Od początku XXI wieku emisje rosną nieprzerwanie (choć w różnym tempie), z chwilowym wypłaszczeniem w latach 2014-2016. Mijający rok i poprzedni znowu upłynęły pod znakiem rosnących emisji. Jednocześnie z roku na rok rośnie średnia temperatur. Ciepło, coraz cieplej, gorąco!
O tej wyraźnie widocznej sprzeczności podczas szczytów klimatycznych (przynajmniej oficjalnie) mówi się nad wyraz niechętnie. Przyczyna jest prosta: politycy i negocjatorzy musieliby wówczas przyznać, że kolejne spotkania są przede wszystkim dyplomatyczną retardacją, grą na zwłokę. Lęk przed konsekwencjami gospodarczymi zdecydowanych decyzji jest większy niż obawa przed konsekwencjami globalnego ocieplenia. Nikt nie powie tego wprost. To dlatego Chińczycy, mistrzowie dyplomacji, od lat dzierżą palmę pierwszeństwa w emisji CO2 i jednocześnie przyznają, że światowa redukcja emisji jest konieczna. Jakie jest więc wyjście? Odkąd pamiętam szczyty klimatyczne kończą się zapowiedzią… kolejnego szczytu klimatycznego, na którym na pewno zapadną wiążące decyzje.
Tym razem jest podobnie, z jednym wszakże wyjątkiem. Myślę o wystąpieniach czołowych polityków polskich, którzy, wszystko na to wskazuje, postanowili porzucić reguły dyplomatycznych rozgrywek i wygarnęli prosto z mostu swoje opinie na temat walki z globalnym ociepleniem. Prezydent Andrzej Duda w swoim wystąpieniu wielokrotnie minął się z prawdą, mówiąc między innymi, że zasoby węgla wystarczą Polsce na 200 lat, że jesteśmy krajem suwerennym energetycznie, że emisja gazów cieplarnianych w Polsce spada, że spalanie węgla nie stoi w sprzeczności z ograniczaniem emisji. Nie zamierzam punktować wszystkich tych nieporozumień, błędów i zwyczajnej nieprawdy. Jasne jest jednak, skąd one się biorą. Stanowisko Polski wygląda następująco: nadal będziemy opierać swoją gospodarkę na węglu i nic wam do tego. Niech za ochronę klimatu wezmą się inni, my tu, w Polsce, mamy swoje sprawy. Gdybym był przedstawicielem tonącego właśnie Kiribati, odebrałbym takie stanowisko gospodarza jak policzek. Dalej w zakłamywaniu rzeczywistości poszedł chyba tylko Donald Trump, który mieszkańcom niszczonej przez pożary Kalifornii radził, by… grabili liście.
Nie wykluczam, że Andrzej Duda głośno wyraził to, co głowy wielu państw mówią jedynie w zaciszu gabinetów. Dla negocjacji klimatycznych takie sformułowania mają jednak charakter dewastujący, pokazują bowiem, że są kraje, które w procesie negocjacji klimatycznych chcą pełnić wyłącznie rolę czynnika blokującego. A na dodatek są bardzo z tej roli zadowolone.
A zatem: do zobaczenia na kolejnym szczycie klimatycznym. Ten nadchodzący podobno ma być naprawdę rozstrzygającym.
źródło: Fundacja im. Heinricha Bölla
Artykuł udostępniony na podstawie licencji Creative Commons License.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Rolnicy z Azji, Afryki i Europy mówią o sytuacji chłopów w ich krajach podczas Konferencji La Via Campesina w kraju Basków – relacja Joanny Bojczewskiej.
K.S. Nandini Jayaram rolniczka z organizacji rolników KRRS (Karnataka Rajya Raitha Sangha) z południowych Indii ubolewała nad dramatycznym losem chłopów w tym liczącym już ponad 1,2 miliarda ludzi kraju. Na przestrzeni ostatnich lat, ponad 300,000 rolników popełniło w Indiach samobójstwo. To dramatyczne w skali świata zjawisko zachodziło w Azji równolegle ze spadkiem liczebności populacji trudniącej się rolnictwem: w samych Indiach liczba drobnych rolników pracujących na roli spadła w ostatnich dekadach z 80% do 52%.
W kontekście zanikania tradycyjnego rolnictwa migracja mężczyzn ze wsi do wielkich aglomeracji za pracą stanowi jeden z najbardziej negatywnych trendów. W rezultacie odpowiedzialnością za utrzymanie gospodarstw i domostw zostają obarczone przede wszystkim kobiety.
O potrzebie odejścia od uprzemysłowionego rolnictwa wypowiadał się na Konferencji także inny indyjski rolnik, Kannaiyan Sudanayan, działacz Koordynacji Ruchów Chłopskich w Indiach. Kluczową rolę w podkopywaniu suwerenności żywnościowej w Indiach przypisał on Światowej Organizacji Handlu (WTO).
“Import na rynki indyjskie,” podkreślił, „zapewniany przez umowy WTO wyniszcza lokalną produkcję i rynek; sprawia, że rolnicy stają w obliczu nieopłacalności małych upraw, zapożyczają się i zadłużają w bankach, nie są w stanie spłacić długów do czasu żniw. Zagraniczny import zalewa indyjski rynek zbożami, olejem spożywczym, cukrem. Wierzymy, że jedynie zerwanie wiążących umów z WTO, może zapobiec dalszemu unicestwianiu drobnego rolnictwa. Wzywamy więc rolników z Polski, o wsparcie i solidarność w ruchu przeciwko Światowej Organizacji Handlu”.
Dwie linie przeciwdziałania tym dramatycznym zmianom to, z jednej strony, praca wewnątrz lokalnych organizacji zrzeszonych w większy ruch taki jak La Via Campesina, a więc walka na poziomie globalnym, regionalnym i lokalnym; z drugiej strony powrót do agroekologii, przez tysiące lat historii cywilizacji leżącej u podstaw rolnictwa, związanego ze świadomością zależności, wdzięcznością i dążeniem do harmonii z Matką Ziemią. Nandini podkreśliła, że stajemy przed kolektywnym zwrotem w świadomości społeczeństw o roli rolników i chłopów na świecie: “Można żyć, praktycznie bez niczego, ale nie da się przeżyć bez jedzenia trzy razy dziennie. Wszyscy na całym świecie, którzy spożywamy jedzenie, jesteśmy bezpośrednio powiązani z jakimś rolnikiem. Musimy mieć to na uwadze.”
Rumuński rolnik Daniel Cismas, z chłopskiej organizacji EcoRuralis, należącej do ruchu La Via Campesina wyjaśnił jak w przeciągu kilku lat powstała w Rumunii sieć drobnych rolników, sformalizowana i zaangażowana w procesy decyzyjne i polityczne. Do organizacji przystąpiło od 2009 roku ok. 5000 drobnych rolników. Ecoruralis czynnie zaangażowała się w pracę nad międzynarodową Deklaracją Praw Chłopów i Chłopek negocjowaną przy Radzie Praw Człowieka ONZ.
Cismas podkreślił, że Deklaracja będzie bardzo ważnym narzędziem wprowadzającym do międzynarodowej debaty o polityce rolnej i żywnościowej mocny głos ludzi pracujących z ziemią i żyjących z ziemi, nie tylko rolników, ale pasterzy, rybaków, zbieraczy. Dla krajów takich jak Rumunia, wprowadzenie Deklaracji w życie od 2018 roku wiąże się z konkretnymi możliwościami wpływania na prawodawstwo i politykę krajową. Jest to realna szansa na podtrzymanie i wzmocnienie rolnictwa małej skali, opierającego się na lokalnych systemach żywnościowych.
Gladys Serwaa z Ghany, liderka organizacji wiejskich kobiet i rolników ECASARD (Ecumenical Association for Sustainable Agriculture and Rural Development), rolniczka uprawiająca kasawę, nerkowce i kukurydzę, akcentowała tragiczne skutki migracji dla wielu społeczeństw Afryki. W wielu krajach zjawisko migracji w ramach kontynenty i poza jego obszar wzrasta, równocześnie wzrasta liczba sytuacji w których łamane są Prawa Człowieka. Ludność wiejska jest w szczególności narażone na te procesy.
Wywiady przeprowadziła Joanna Bojczewska
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Komunikat prasowy La Via Campesina – 18 grudnia 2018 roku
17 grudnia 2018 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło Deklarację praw chłopów i chłopek oraz innych ludzi mieszkających na wsi. Teraz, gdy deklaracja jest międzynarodowym instrumentem prawnym, La Via Campesina i jej sojusznicy skupią się na wspieraniu regionalnych i narodowych procesów wdrażania jej zapisów w życie.
Ostateczne głosowanie było dla społeczności wiejskich zwieńczeniem historycznego procesu. 121 państw głosowało za przyjęciem deklaracji, 8 było przeciwko a 54 wstrzymało się od głosu. Forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, reprezentujące 193 państwa członkowskie, zapoczątkowało tym samym nowy, obiecujący rozdział w walce o prawa chłopów i chłopek oraz innych wiejskich społeczności na całym świecie. 17-letni proces, który został zapoczątkowany przez międzynarodowy ruch chłopski, La Via Campesina, i był wspierany przez liczne ruchy społeczne i sprzymierzone organizacje, stał się źródłem ogromnej inspiracji i siły dla społeczności chłopskich we wszystkich rejonach świata.
Ta deklaracja jest ważnym narzędziem, które powinno zagwarantować realizację praw chłopów i chłopek oraz innych ludzi mieszkających na terenach wiejskich. Wzywamy wszystkie państwa do wprowadzenienia jej zapisów w życie, w sposób skrupulatny i transparentny, gwarantujący chłopom i społecznościom wiejskim dostęp do ziemi, chłopskich nasion, wody i innych zasobów oraz kontrolę nad nimi. Jako chłopi potrzebujemy ochrony i poszanowania naszych wartości i naszej roli w społeczeństwie, aby osiągnąć suwerenność żywnościową – powiedziała rolniczka z Zimbabwe i Generalna Koordynatorka La Via Campesiny, Elisabeth Mpofu.
My – chłopi i chłopki na całym świecie, zamierzamy połączyć siły i zmobilizować się do lobbowania na rzecz wprowadzenia polityk i strategii zmierzających do uznania i egzekwowania naszych praw oraz odpowiedzialności za ich przestrzeganie. Dzięki międzynarodowemu uznaniu tej Deklaracji, przeciwstawianie się łamaniu naszych praw poprzez zawłaszczanie ziemi, przymusowe wysiedlenia, dyskryminację płci, brak ochrony socjalnej, wadliwe strategie rozwoju obszarów wiejskich i kryminalizację, będzie miało większe znaczenie prawne i poliyczne.
Prawa chłopskie są prawami człowieka!
Zglobalizujmy naszą walkę, zglobalizujmy nadzieję!
źródło: La Via Campesina
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Twierdzenie, że nie mamy już szans na powstrzymanie zmian klimatu może okazać się samospełniającą się przepowiednią.
Zamiast odwoływać się do języka strachu i zrezygnowania lepiej mówić o namacalnych skutkach tych zmian – i to za pomocą przywoływania autorytetów i argumentów, skłonnych przekonać zróżnicowane grupy społeczne. Marcin Wrzos rozmawia na ten temat z psychologiem społecznym analizującym podejście Polaków do środowiska, Adrianem Wójcikiem.
– Raport Klubu Rzymskiego na temat granic wzrostu ukazał się w 1972 roku. Czasu na podjęcie działań zmierzających do ochrony klimatu było dużo. Czy odkładanie działań na jego rzecz nie weszło nam już w krew?
– Ludzie myślą o ryzyku w bardzo specyficzny sposób, i kiedy oceniają zagrożenia nie są w pełni racjonalni. Dotyczy to zwłaszcza zagrożeń systemowych, które nie pokrywają się z ich codziennym doświadczeniem. Zmiany muszą być widoczne gołym okiem.
Ewoluowaliśmy w taki sposób, aby sobie radzić z zagrożeniami, które są tu i teraz i odnoszą się bezpośrednio dla naszego życia i bezpieczeństwa.
Poczujemy realne zagrożenie jeśli staniemy twarzą w twarz z tygrysem, ale nie wtedy, kiedy będziemy odżywiali się ociekającymi tłuszczem hamburgerami, które w dłuższym okresie doprowadzą nas nieuchronnie do choroby wieńcowej i śmierci. Ludzie są nieprzystosowani do dostrzegania bardziej złożonych zagrożeń i co za tym idzie nie potrafią na nie reagować w odpowiedni sposób.
– Nie dostrzegamy zagrożeń?
– Nie dostrzegamy ich powagi. Dodatkowo duża część zagrożeń środowiskowych to zagrożenia niemal nieodczuwalne, które postępują z punktu widzenia ludzkiego doświadczenia bardzo powoli. Mamy czas, aby do zachodzących zmian się zaadoptować. Zmiana klimatu następuje stopniowo, a nie skokowo. Ciągle nie jest tak, że jednego roku mamy temperaturę -20 stopni a następnego +20.
– Czyli powinniśmy głośno mówić o nadchodzącej apokalipsie?
– Kiedy mamy do czynienia z wielkimi zagrożeniami dość łatwo wtedy popaść w specyficzny rodzaj denializmu.
Mamy dwa sposoby poradzenia sobie z zaistniałą sytuacją. Pierwszy polega na skoncentrowaniu się na rozwiązaniu problemu. Najpierw go definiujemy i opracowujemy plan jego rozwiązania, a następnie krok po kroku dążymy do zapobiegania zmianom klimatu. Musimy natychmiast ograniczyć emisję gazów cieplarnianych, promować odnawialne źródła energii i odchodzić od energetyki węglowej itp.
Drugi sposób jest oparty na emocjach. W takiej sytuacji zdecydowanie łatwiej zaprzeczyć zmianom klimatu niż się z nimi skonfrontować. Dzięki temu szybko możemy zredukować negatywne emocje, które to zagrożenie wywołuje.
– Pierwszy jest konstruktywny, drugi specjalnie konstruktywny nie jest…
– Negowaniu i pomniejszaniu negatywnych komunikatów jest bardzo prawdopodobne, kiedy pojedynczy ludzie zostaną z nimi zostaną skonfrontowani i nie mogą oni nic z tym zagrożeniem zrobić.
Sami nie mogą w bezpośredni sposób przeciwdziałać źródłu tego zagrożenia. Ten mechanizm ma miejsce w przypadku zmian klimatu.
Nawet jeśli każdy z nas byłby najbardziej zaangażowanym ekologiem, sam w bardzo niewielkim stopniu może kontrolować zmiany klimatu. Jeśli ja dzisiaj przejdę na dietę bezmięsną, zacznę przemieszczać się rowerem zamiast samochodem i zdecyduję się na ograniczenie w korzystaniu z samolotów to tylko w bardzo niewielkim stopniu ograniczy to zmiany klimatu.
W przypadku tego typu zagrożeń, w których mamy małe poczucie kontroli nad zachodzącymi zjawiskami istnieje znacznie większe prawdopodobieństwo, że wybierzemy negację zamiast zająć się rozwiązaniem problemu.
– Jakie poglądy dominują wśród negacjonistów klimatycznych?
– Chciałbym na wstępie rozróżnić dwie rzeczy. Czym innym jest negowanie zmian klimatu jako takich, a czym innym dostrzeganie globalnego ocieplenia, ale negowanie w tym procesie roli człowieka i odwoływanie się do czynników naturalnych, takich jak erupcje wulkanów czy większa aktywność słońca.
Jeśli w badaniach zapytamy ludzi, czy zmiana klimatu jest wyłącznie zjawiskiem naturalnym to pozytywnie odpowie na takie pytanie mniej niż 10 procent respondentów. Jeżeli sformułujemy pytanie inaczej i zapytamy czy zmiana klimatu jest spowodowane wyłącznie działalnością człowieka to ponad 80 procent społeczeństwa się z tym zgodzi.
– Dlaczego w takim razie nacisk społeczny na zapobieganie zmianom klimatycznym nie jest duży?
– Ludzie mają w tej materii spory mętlik w głowie i rozumieją zmiany klimatu inaczej niż klimatolodzy czy profesjonalni naukowcy zajmujący się modelowaniem zmian klimatycznych. Dlatego w tej samej próbie aż 45 procent respondentów zgodziło się z tezą, że zmiany klimatyczne wynikają zarówno z działalności człowieka, jak i czynników naturalnych. Negacjonistów klimatycznych w czystej postaci jest jednak niewielu.
Większość osób zgadza się z twierdzeniem, że zmiana klimatu wywołana jest przez człowieka.
Problem jest taki, że o ile ta świadomość istnieje, to nie jest to jedno z priorytetowych zagadnień i to wychodzi niezależnie od kraju, w którym przeprowadzane są badania.
Pół roku temu było przeprowadzone badania krajów europejskich i ten efekt był bardzo widoczny. Po pierwsze uczestnicy wiedzą, że zmiana klimatu istnieje i że jest to poważne zagrożenie. Natomiast nie uważają go za najważniejszego dla ich bezpieczeństwa.
Druga rzecz. Jeśli się patrzy jak postrzegana jest zmiana klimatu to można zauważyć mechanizm dystansowania się od tego. To znaczy ludzie (niezależnie od tego czy takie badania robi się w Polsce, czy w innych krajach świata) uważają, że owszem zmiana klimatu jest bardzo poważnym problemem dla świata, uznają nawet, że jest bardzo poważnym problemem dla ich kraju, ale uważają też, że w mniejszym stopniu dotknie ich samych i ich rodziny. Wiedzą, że to poważny problem, ale nie wierzą, że dotknie ich samych.
– Jak w takim razie budować przekaz, aby znaleźć poparcie dla ochrony klimatu?
– Moim zdaniem poważnym problemem może stać się coraz częściej pojawiający się pogląd, że zmiana klimatu jest już dzisiaj niemożliwa do zatrzymania, albo że jest ona tak już zaawansowana, że nie da się odwrócić jej skutków. W tej chwili w społeczeństwie polskich takich pesymistów klimatycznych jest około 40 procent.
Z moich obserwacji wynika, że duża część kampanii prośrodowiskowych dotyczących zmian klimatu to kampanie szerzące wiedzę na ten temat. Wydaje się, że teraz już ta wiedza jest, nawet jeśli jest ona trochę bezrefleksyjna. Dla większości społeczeństwa jest to coś tak oczywistego jak to, że Ziemia kręci się wokół Słońca, a nie odwrotnie.
Ważne jest moim zdaniem to, aby nie szerzył się dalej pesymizm klimatyczny. Całą uwagę trzeba skupić na tym, by zmianę klimatu powstrzymać.
– Czym się różni Polska od krajów UE i jak wypada na tle innych krajów z Europy Środkowo-Wschodniej?
– Polska, jeśli chodzi o kwestie polityczne jest trochę innym krajem. Wymiary prawica-lewica przebiegają inaczej niż w Europie Zachodniej.
Prowadzimy w tym zakresie badania z dr Aleksandrą Cisłak i regularnie nam wychodzi, że o ile w krajach Europy Zachodniej jest tak, że osoba o przekonaniach lewicowych popiera politykę redystrybucyjną państwa i jest liberalna w kwestiach światopoglądowych. Natomiast przekonania prawicowe wiążą się z konserwatywnymi wartościami i brakiem poparcia dla interwencjonizmu państwowego.
W krajach Europy Wschodniej podział na lewicę i prawicę niewiele mówi. Kwestie światopoglądowe i socjoekonomiczne nie zawsze idą ze sobą w parze. Również kwestie ekologiczne nie uległy jeszcze upartyjnieniu. Nie wiem jednak, czy aż tak bardzo to wpływa na poziom przekonania o zmianach klimatu.
Polacy są entuzjastami energetyki odnawialnej i zwiększania efektywności energetycznej, natomiast są mniejszymi zwolennikami dopłat do energetyki opartej na węglu kamiennym.
– Trochę inaczej wyglądają preferencje społeczne, a trochę inaczej wygląda polityka energetyczna w Polsce…
– I to jest prawda. Taką politykę prowadzą kolejne rządy, nie jest to cecha charakterystyczna dla rządu stworzonego przez Prawo i Sprawiedliwość.
– No dobrze, zatem jak wyglądają preferencje Polaków w tej materii?
– Podział na lewicę i prawicę nie przekłada się w Polsce na stosunek do kwestii środowiskowych czy zmian klimatu.
Kiedy w badaniach ogólnopolskich pytamy ludzi o kwestie środowiskowe, o zmiany klimatu czy potrzebę wspierania UE w przeciwdziałaniu tym zmianom to okazuje się, że odpowiedzi w elektoratach wszystkich partii wyglądają bardzo podobnie.
Nie ma zasadniczych różnic między wyborcami Prawa i Sprawiedliwości, Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, SLD czy Nowoczesnej. Trudniej jest zbadać elektoraty takich partii jak Kukiz’15, Razem czy Zieloni, ponieważ liczba osób wpadająca do tej próby jest stosunkowo mała.
– Naprawdę nie ma żadnych różnic między odpowiedziami wyborców prawicowych i lewicowych?
– Jeśli pytamy się ludzi w Polsce o to, czy mają poglądy prawicowe czy lewicowe, to decydują kwestie światopoglądowe. W przypadku poglądów proekologicznych są one w bardzo małym stopniu wyjaśniane przez poglądy polityczne. Te zmienne wyjaśniają nie więcej niż 1 procent wariancji.
Często zdarza nam się wyciągać wnioski na podstawie zjawisk zachodzących w Stanach Zjednoczonych. Rzeczywiście polaryzacja ze względu na kwestie środowiskowe jest tam bardzo mocna. Na podstawie tego, czy ktoś głosuje na Republikanów czy Demokratów można praktycznie przewidzieć, jaki ta osoba ma pogląd na zmiany klimatu.
Natomiast w Polsce taka korelacja jest niemal niewidoczna. Co więcej, jeśli spojrzy się na badania prowadzone w innych krajach świata, to okaże się, że polaryzacja elektoratów ze względów środowiskowych jest czymś wyjątkowym. W Europie jest ona znacznie mniejsza niż w Stanach, w krajach pozaeuropejskich niemal nie istnieje.
Nie twierdzę przy tym, że kwestie środowiskowe nie mogą się stać również w Polsce kwestią spolaryzowaną. Na razie na szczęście tak nie jest, przynajmniej wśród elektoratów partyjnych. To, że są politycy, którzy udzielą jakiejś kontrowersyjnej wypowiedzi to już inna sprawa. To się oczywiście zdarza, niemniej wśród elektoratów partyjnych takiej różnicy specjalnie nie widzę.
– Jak zatem w takich okolicznościach komunikować zmiany klimatyczne? Jak powinien wyglądać przekaz?
– Większość realizowanych aktualnie kampanii odwołuje się do strachu. Ta strategia jest popularna, ponieważ bardzo mocno przyciąga uwagę. Problem polega na tym, że przekaz oparty na strachu staje się nieskuteczny perswazyjnie, jeśli nie dajemy równocześnie informacji ludziom, w jaki sposób mogą usunąć jego przyczyny. By działać skutecznie należy wskazać ludziom, co powinni robić na co dzień, aby zredukować zagrożenie klimatyczne.
Niezwykle ważne jest również pokazywanie zmian klimatycznych w taki sposób, by pokazywać, że wpływają one już tu i teraz na nasze życie.
Informując o zmianach klimatu nie powinniśmy się koncentrować na zagrożonych zalaniem wyspach na Pacyfiku, ale raczej wskazywać na problemy lokalne, jak choćby postępujące pustynnienie w centralnej Polsce. Należy mówić o zjawiskach wynikających ze zmiany klimatu. Mało osób wie na przykład, że dziś najistotniejszą częścią pracy strażaka nie jest już gaszenie pożarów, ale usuwanie skutków gwałtownych zjawisk pogodowych, wynikających ze zmieniającego się klimatu.
Trzeba też już teraz ludzi informować jak można się przystosować do zachodzących zmian na poziomie lokalnym. Co mogę zrobić w mojej najbliższej okolicy, aby zmiana klimatu nie była aż tak bardzo dolegliwa – dla mnie, mojej rodziny i przyjaciół.
– Czy są jeszcze inne mechanizmy, które mogą wzmocnić nasz przekaz?
– Myślę, że nie doceniamy nadal pozytywnych norm społecznych. Ludzie, wbrew temu co o sobie sądzą, lubią postępować tak jak inni. Jeżeli popatrzymy na dyskusje internetowe to można często odnieść wrażenie, że zmian klimatu nie ma. Wypowiedzi polityków często również idą w tą stronę.
Warto w takiej sytuacji na każdym kroku podkreślać, że zdecydowana większość Polaków jest przekonana o antropocentrycznej zmianie klimatu. Warto też mówić o tym, że większość Polaków uważa, że Polska powinna wspierać Unię Europejską w jej planach ograniczania emisji CO2. Należy pokazywać, jakie są poglądy większościowe. Bardzo często nie zdajemy sobie z tego sprawy, szczególnie wtedy, kiedy nasz ogląd rzeczywistości opiera się na rzeczach przeczytanych w Internecie czy wypowiedziach niektórych polityków.
Należy również dywersyfikować przekaz w zależności od tego, do jakiej grupy jest skierowany. Nie unikajmy odwoływania się np. do nauk papieża Jana Pawła II czy Benedykta XVI. Argumenty w nich zawarte może nie trafią do liberałów, ale dla konserwatystów będą bardzo wiarygodne.
Dlaczego też nie odwoływać się do retoryki, która łączy działania prośrodowiskowe z interesem narodowym?
Nie ma w tym nic złego, że łączymy np. przejście do energetyki odnawialnej ze wzrostem suwerenności energetycznej. Mówimy prawdę, a jednocześnie przedstawiamy zmiany klimatu w zupełnie innym świetle. W tym wypadku będzie to argument, że działania prośrodowiskowe są dobre dla natury, ale również dla nas jako dla wspólnoty narodowej.
– W niektórych kampaniach stawia się na kwestie finansowe. Czy jest to dobre rozwiązanie?
– Nie podoba mi się oczywiście to, że jako konsument będę musiał ponosić dodatkowe koszty wynikające z transformacji energetycznej. Podoba mi się jednak ta strategia komunikacyjna. Powinniśmy mówić, że trwanie przy starych formach produkcji energii opartej głównie na węglu będzie coraz bardziej kosztowne.
W Polsce analizując wybory konsumenckie ludzi widać, że najważniejsza jest dla nich cena. Ochrona środowiska jest na dalszym miejscu. Ważna jest też stabilność cen. Z tej perspektywy warto zwracać uwagę na konieczność wzrostu cen jeśli będziemy trwać przy energetyce węglowej. Tym bardziej, że i tym razem jest to argument jak najbardziej prawdziwy.
– Nie wszystkich da się przekonać. Co w takiej sytuacji robić?
– Psycholog społeczny Paul Bain stara się odpowiedzieć na pytanie, jak dotrzeć do denialistów, by zaczęli oni działać na rzecz zapobiegania zmianom klimatu. Jego zdaniem należy wskazywać, że działania zmierzające do ochrony klimatu będą miały pozytywne skutki dla nas wszystkich – niezależnie od tego, że zmniejsza emisję CO2 do atmosfery.
Mówmy więc głośno, że np. rezygnacja z węgla w energetyce, nawet jeśli nie wpłynie na klimat, to przyczyni się do powstania wielu tysięcy nowych miejsc pracy, albo doprowadzi do zmniejszenia zanieczyszczeń i sprawi, że ludzie staną się zdrowsi. Nawet negacjoniści klimatyczni mogą przyczynić się do ochrony klimatu.
Artykuł powstał we współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim
Olivier De Schutter odpowiada na pytania Green European Journal.
Na kilka tygodni przed szczytem klimatycznym COP24 w Polsce i kilka miesięcy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego raport IPCC po raz kolejny mówi o pilnej konieczności podjęcia działań na rzecz klimatu. Raporty innych organizacji idą w podobnym kierunku, podkreślając naglącą potrzebę przekształceń w sektorze rolniczym oraz zmian w sposobach produkcji i konsumpcji produktów spożywczych. Jaka jest obecnie skala wpływu problemów branży spożywczej na sprawę klimatu?
Zakłada się, że produkcja żywności jest dziś źródłem 32% emisji gazów cieplarnianych na świecie. Europa mieści się w tej średniej. 12% przypada na rolnictwo, do którego dochodzi przetwórstwo, pakowanie, energia związana z chłodzeniem, wytwarzanie produktów przeznaczonych dla rolnictwa przemysłowego i inne. Są to zatem wielkości znaczne, dlatego przejście na agroekologię, ograniczenie spożycia mięsa i produktów mlecznych oraz wdrożenie metod produkcji zużywających mniej zasobów może mieć decydującą wagę. Potrzebne są co prawda skoordynowane zmiany produkcji i przetwórstwa, podaży i popytu, ale te przekształcenia wzajemnie się wspierają. Odżywianie lepsze dla klimatu służy też zdrowiu, zmniejszając występowanie chorób niezakaźnych związanych z otyłością lub nadwagą itd. Możemy więc zmieniać wszystkie ogniwa łańcucha pokarmowego dla klimatu, ale też dla innych celów zrównoważonego rozwoju.
Oprócz marnotrawstwa żywności i spożycia mięsa, co jeszcze będzie się zmieniać w najbliższej przyszłości?
Mówi się wiele o mięsie i marnotrawstwie, bo są to dwa obszary, w których ludzie mogą zmienić swoje nawyki konsumpcyjne i zachowania, przyczyniając się do realizacji celu ogólnospołecznego. Co do produkcji żywności, coraz więcej ekspertów podkreśla pilną konieczność przejścia na agroekologię. Korzyści mogą być pokaźne, w szczególności odtworzenie naturalnej żyzności gleb, które mogą na nowo stać się wydajnymi pochłaniaczami dwutlenku węgla i bogatymi rezerwuarami bioróżnorodności. Ochrona żywopłotów i skupisk krzewów sprzyja owadom zapylającym, przez co hamuje ich wymieranie wskutek użycia pestycydów. Jest wiele blokad. Niemniej konieczność tych przeobrażeń jest oczywista i coraz szerzej uznawana.
Ze statystyk i obserwacji zachowań wynika, że spożycie mięsa raczej masowo nie spada. Jak je ograniczyć?
Wzrost konsumpcji mięsa i produktów mlecznych w skali świata wydaje się trudny do spowolnienia, zwłaszcza wśród mieszkańców krajów rozwijających się, gdzie urbanizacji towarzyszy rozwój klasy średniej. W Europie spożycie mięsa nieznacznie się zmniejsza, lecz mimo wszystko nadal zjada się go trzy razy więcej, niż zalecają dietetycy. W Belgii na przykład roczne spożycie mięsa na osobę wynosi 50 kg, podczas gdy w zupełności wystarczyłoby około 20 kg.
Dyskusję na ten temat utrudnia fakt, że poszczególne branże nie mogą się między sobą porozumiewać. Mówi się o mięsie w licznie pojedynczej, a powinno w mnogiej. Jest bowiem mięso lepszej jakości pozyskiwane od zwierząt chowanych na pastwiskach i żywionych głównie trawą i sianem. Do tego typu należy na przykład większość mięsa wytwarzanego we Francji. Trzeba skądinąd przypomnieć, że pastwiska te są w istocie ważnymi pochłaniaczami dwutlenku węgla.Z drugiej zaś strony mamy mięso z chowu przemysłowego, w którym zwierzęta żywi się przede wszystkim paszami na bazie soi i kukurydzy importowanej z Ameryki Łacińskiej lub Stanów Zjednoczonych. Hodowle te stwarzają poważne problemy związane nie tylko z zanieczyszczeniem i wylesianiem w krajach globalnego Południa, ale też z leczeniem antybiotykami, które trzeba podawać zwierzętom w ramach koniecznej ochrony przed infekcjami, które szerzą się w warunkach stłoczenia nie do usprawiedliwienia.
Poza granicami UE problemem są lobby i całe branże ukierunkowane na hodowlę w krajach globalnego Południa. Jak można zmienić biznes hodowli na eksport?
Kluczem jest demokracja żywnościowa. Zasadnicza część obecnych europejskich polityk rolno-spożywczych jest wynikiem decyzji podejmowanych podczas niejawnych spotkań decydentów z lobbystami. Wobec tego nieprzejrzystego trybu postępowania coraz liczniejsze podmioty społeczne – obrońcy rolnictwa tradycyjnego, organizacje ekologiczne zajmujące się stosunkami Północ-Południe i sprawami rozwoju, stowarzyszenia obrony praw konsumentów lub rodzin o niskich dochodach, specjaliści w dziedzinie zdrowia publicznego – które dotychczas niekoniecznie ze sobą współpracowały, odkrywają, że zmiana i określenie wspólnej polityki żywnościowej z prawdziwego zdarzenia na poziomie europejskim leży w ich wspólnym interesie.
Niezwykle ważne ruchy społeczne działające na przykład w Brazylii, która par excellence kojarzy się z eksportem soi, m.in. brazylijski Ruch Robotników Bezrolnych, propagują agroekologię i chcą produkować w Brazylii nie tylko soję z wielkich monokultur przeznaczoną głównie na eksport. Chcą też wytwarzać biopaliwo na miejscu. Ruchy te powinny być intensywnie wspierane przez politykę europejską, która powinna nastawić się bardziej na lokalną europejską produkcję białek roślinnych w celu skompensowania zmniejszonego importu z Brazylii. Opinię, jakoby Brazylia wyszła byna tym ze stratą, wyraża jedynie brazylijski rząd i dominujący w jego szeregach przedstawiciele eksporterów produktów rolnych. W rzeczywistości dyskusja na ten temat jest w Brazylii bardzo żywa i słychać w niej głosy krytykujące monokulturę soi oraz skoncentrowanie na produkcji etanolu ze szkodą dla różnorodności wytwórstwa spożywczego w kraju.
Zresztą wskutek tego masowego importu soi Unia Europejska narusza swoje własne regulacje. Artykuł 208 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej stanowi, że polityki, m.in. handlowe, mają być co do zasady spójne z celami w dziedzinie rozwoju. Tu jednak pojawia się na nowo chroniczny na poziomie europejskim problem innej polityki dla każdego sektora i braku spójności między politykami obowiązującymi w poszczególnych obszarach.
Jak na nowo zdefiniować zasady światowego systemu żywnościowego?
Reguły tego systemu należy przemyśleć, bo opiera się on na przekonaniu, że handel automatycznie przynosi wzrost i że wzrost jest co do zasady pożądany– gdy tymczasem ważne jest, jaka jest jego zawartość i jakiemu typowi rozwoju sprzyja handel. Handel powinien być zaledwie jednym ze środków służących osiąganiu celów, które należy określać inaczej niż w kategoriach zwiększania strumieni wymian handlowych. Niemniej właśnie to zwiększanie jest prawdziwą obsesją instytucji regulujących handel. Państwa członkowskie WTO lub Dyrekcja Generalna ds. Handlu Komisji Europejskiej inwestują mnóstwo w te negocjacje i znajdują się pod presją ze strony środowisk lobbingowych związanych z eksportem.
Handel może odgrywać ważną rolę jako dźwignia pozytywnych zmian zarówno w krajach importujących, jak i eksportujących, pod warunkiem jednak, że krajom stosującym bardziej pożądane i etyczne metody zostanie zapewniona rekompensata i nie będzie zachęt dla dumpingu środowiskowego, społecznego czy podatkowego. Obniżanie barier dla handlu sprzyja obecnie temu dumpingowi. Obniżanie ceł i ujednolicanie regulacji tworzy konkurencję między gospodarkami , które – pod pretekstem stawiania na własne porównawcze atuty – skłaniają do wzajemnego konkurowania producentów i pracowników z poszczególnych krajów.
A czy na poziomie europejskim to Unia europejska i Komisja mają kompetencje i uprawnienia w sprawach handlowych?
Tak, i trzeba powiedzieć, że w negocjacjach umów o wolnym handlu przez Unię Europejską zagadnienia środowiskowe zajmują o wiele za mało miejsca. Mają znaczenie głównie symboliczne. Negocjatorzy nie chcą ryzykować rozzłoszczenia naszych partnerów handlowych, w imię idei, że handel może generować wzrost – podczas gdy należałoby zadać sobie pytanie, pod jakimi warunkami ten wzrost jest pożądany.
Podam tylko jeden przykład: w ramach umowy o wolnym handlu z Japonią, tzw. JEFTA, jednym z koronnych argumentów Komisji Europejskiej jest zwiększenie eksportu wieprzowiny i produktów mlecznych do Japonii. Oba te sektory wytwarzają fenomenalne ilości gazów cieplarnianych, tak więc umowa stoi w całkowitej sprzeczności z naszymi zobowiązaniami klimatycznymi podjętymi w ramach Porozumienia paryskiego. Pokazuje to sprzeczność, w jakiej tkwi UE.
Perspektywicznym celem naszych inicjatyw w tej dziedzinie musi być niezależność żywnościowa. Handel musi mieć swoją rolę, ale jest to rola pomocnicza. Jeśli produkcja danego regionu zaspokaja jego potrzeby, niech region produkuje, wykorzystując handel do uzupełnienia zasobów, których sam nie jest w stanie wytworzyć. Znajdujemy się obecnie w absurdalnej sytuacji, w której wszystkie polityki w zakresie inwestycji w infrastrukturę i subwencjonowania mają na celu wspieranie konkurencyjności eksportu, mimo że stosunkowo mały procent produktów przekracza granice UE – średnio jest to 15%, od 40% w przypadku soi do 7% w przypadku ryżu. Obsesja na punkcie eksportu poświęca całą resztę.
Na poziomie europejskim toczą się negocjacje w sprawie przyszłego kształtu Wspólnej Polityki Rolnej. Jak działać, aby nie powtórzyć błędów z przeszłości? Jakie są ograniczenia i szanse w obecnym kontekście?
Podmioty sektora rolnictwa są bardzo uzależnione od kierunków wyznaczanych przez WPR w ostatnich dekadach. We wszystkich politykach przewidujących udzielanie subwencji zmiany mogą być tylko marginalne, gdyż zostały stworzone oczekiwania ze strony podmiotów gospodarki, powstały inwestycje, zaciągnięto pożyczki itd. Bardzo trudno jest zmienić kurs.
Poza tym trzeba powiedzieć, że sama wspólna polityka rolna nie wystarczy. Potrzebna jest wspólna polityka żywnościowa, która wymusiłaby dokonanie określonych wyborów w dziedzinie polityki rolnej, refleksję nad wpływem na zdrowie, środowisko, rozwój terenów wiejskich, wsparcie dla krajów rozwijających się. Stworzenie wspólnej polityki żywnościowej nie oznacza, że konieczne jest wyrównywanie ujemnych skutków WPR; oznacza, że WPR trzeba wymyślić na nowo. Nie przez przekazywanie nowych kompetencji Unii Europejskiej, lecz przez stworzenie zintegrowanej strategii, która przełamie sektorową izolację obecnych polityk mających wpływ na nasze żywienie. W tej chwili Komisja Europejska rozbita jest na Dyrekcje Generalne: ds. Zdrowia, Współpracy i Rozwoju oraz Środowiska, które martwią się o wpływy i następstwa WPR, podczas gdy DG ds. Rolnictwa uważa ją za swoją domenę zastrzeżoną. To jest naprawdę problem zarządzania i merytoryczny problem dotyczący tworzenia polityk publicznych.
Pod pretekstem uproszczenia Komisja Europejska postrzega reformę WPR jako mającą prowadzić do jej stosunkowej renacjonalizacji. Rządy opracują plany strategiczne w dziedzinie rolnictwa, które Komisja będzie zatwierdzać po zbadaniu ich zgodności z określonymi celami. Nie ja jeden obawiam się, że państwa członkowskie uchwycą się tego pretekstu większej autonomii, by zacząć uprawiać dumping, w szczególności środowiskowy. Trzeba zatem wymagać rygorystycznej weryfikacji, czy zostały spełnione warunki środowiskowe uprawniające do wydatkowania pieniędzy europejskich podatników.
Skoro jednak państwa członkowskie otrzymają możliwość tworzenia tych planów strategicznych, widzę dwie szanse. Pierwsza: postawić wymóg, aby plany krajowe były wynikiem procesów partycypacyjnych. Demokracja żywnościowa nie jest pustym sloganem. Mogą to być spotkania rad ds. polityk żywnościowych, konsultacje itd. Przykładem we Francji był krajowy panel obywatelski ds. żywności Etats Généraux del’Alimentation. I trzeba, aby te strategiczne plany działania były negocjowane nie tylko z przedstawicielami sektora rolniczego i z największymi rolniczymi związkami zawodowymi, ale też z ogółem interesariuszy mających na względzie przyszłość rolnictwa i wyżywienia.
Po drugie: choć Komisja nie ma kompetencji w niektórych dziedzinach, mogłaby jednak uzależnić aprobatę krajowych planów strategicznych od spełnienia pewnych warunków. Dlaczego nie wyobrazić sobie na przykład, że w specyfikacjach przetargowych ogłaszanych przez szkoły publiczne w państwach członkowskich znajdą się klauzule społeczne i środowiskowe oraz odwołania do lokalnych producentów (po wprowadzeniu ewentualnie koniecznych zmian w europejskiej dyrektywie w sprawie zamówień publicznych), po to, aby jednocześnie wspierać lokalną gospodarkę i poprawiać jakość szkolnego żywienia? Wprowadzenie innowacji tego rodzaju można by ustanowić jako warunek aprobaty krajowych planów strategicznych.
Jakie miejsce zajmują rolnicy w tej równowadze sił?
Wydaje mi się, że popełniamy błąd, i nasi przywódcy też, uważając, że ponieważ niewielka część społeczeństwa jest zatrudniona w rolnictwie (w Belgii na przykład mniej niż 2%), to kwestia rolnictwa i życia rolników jest nieistotna. To błąd! Sprawy rolników dotyczą wszystkich i wpływają na nasze żywienie, zdrowie gleb, wyludnienie obszarów wiejskich etc. Dziś, z bardzo dużym opóźnieniem, uzmysławiamy sobie, że tradycyjne rolnictwo rodzinne oddaje mnóstwo przysług społeczeństwu, a my właśnie spisujemy je na straty.
Wiele razy wspominał pan o agroekologii. Co to dokładnie jest?
Agroekologia to nie rolnictwo ekologiczne, w którym obowiązują specyfikacje i które podlega przepisom rozporządzenia europejskiego określającego bardzo precyzyjne warunki uzyskania certyfikatu. Podstawą agroekologii jest stosunek do przyrody oparty na dużo większym szacunku dla panującej w ekosystemach komplementarności między ludźmi, florą i fauną. Rolnictwo odtwarza tę komplementarność na pojedynczym polu uprawnym. W odwrotności do paradygmatu rolnictwa przemysłowego, które opiera się na ujarzmianiu przyrody i braniu roślin w karby monokultury z nasadzeniami w rzędach, które łatwo obrabia się za pomocą maszyn, agroekologia traktuje naturę bardziej jako sprzymierzeńca niż jako przeciwnika.
Jedną z praktyk charakterystycznych dla agroekologii jest zastępowanie pestycydów metodami kontroli biologicznej, np. równoległymi nasadzeniami różnych gatunków roślin, które chronią przed niechcianymi intruzami; zastępowanie chemicznych nawozów azotowych nawozami zielonymi lub wysiewaniem roślin strączkowych; sadzenie żywopłotów, krzewów i drzew, które zatrzymują erozję, wychwytując część wiatru i spowalniając odpływ wód opadowych, dzięki czemu gleba może wchłonąć wilgoć. Agroekologia zapewnia również większą bioróżnorodność upraw i podnosi odporność na wstrząsy pogodowe, jako że na małej powierzchni współistnieje wiele różnych gatunków roślin uprawnych. Jest to też większa odporność ekonomiczna, bo nie zależy się w całości od jednej monokultury.
Agroekologia nie sprowadza się jednak tylko do zestawu technik rolniczych; wymaga zmian całego łańcucha i relacji między uczestnikami rynku. Jedno z poważnych wyzwań stojących obecnie przed agroekologią wiąże się z faktem, że o ile produkuje ona dużo na małych powierzchniach, o wiele więcej niż w rozległych monokulturach, o tyle produkuje małe ilości bardzo różnorodnych produktów. Odbiorcy sektora rolno-spożywczego, jak Unilever, Danone, Cargill,Louis-Dreyfus, nie są szczególnie zainteresowani tymi małymi, bardzo urozmaiconymi dostawami, nieodpowiadającymi standardowym formom, do których zostali przyzwyczajeni konsumenci. Agroekologia walczy dzisiaj nie tylko o bardziej przyjazne środowisku techniki upraw, ale też o dostęp do innych odbiorców i sposobów wynagradzania producentów.
Jak konkretnie miałoby odbywać się przejście do agroekologii np. w przypadku irlandzkiego hodowcy trzody chlewnej lub hiszpańskiego właściciela monokultury oliwek?
To jest naprawdę ważne pytanie, ponieważ przejście na agroekologię nie może dokonać się w jeden dzień, a rolniczkom i rolnikom trzeba dać realistyczne perspektywy rozwoju. Po pierwsze kluczowe jest przejście z gospodarki rolnej opartej na wykorzystaniu środków ochrony roślini nawozów na gospodarkę opartą na wiedzy. Agroekologia potrzebuje bardzo niewiele tych środków, natomiast wymaga wyszkolenia rolników w zakresie technik agroekologicznych. Tymczasem dzisiaj dużą część szkoleń dla rolników prowadzą dostawcy środków ochrony roślin i nawozów. Ponadto trzeba przyznać, że przejście na agroekologię powoduje spadek dochodów przez pierwsze trzy lub cztery lata. Konieczne jest bowiem stworzenie gospodarstwa na nowych fundamentach,rozwijanie kolejnych upraw, licząc na to, że w miarę nabywanych umiejętności wytworzy się wystarczająco dużo biomasy, by móc obyć się bez dodatkowych nawozów i innych środków produkcji. Transformację tę należy wspierać finansowo, np. za pomocą wypłacanej przez cztery lata dotacji w wysokości co najmniej 80% poprzednio osiąganych dochodów, pod warunkiem przedstawienia wiarygodnego planu transformacji. Trzeba także rozwijać rynki, branże. Wielcy odbiorcy agrobiznesu nie są skłonni kupować małych objętości, a koszty zaopatrzenia u dużej liczby małych dostawców są ogromne.
Sądzę, że polityka agroekologiczna obejmująca trzy komponenty – rozpowszechnianie wiedzy, wsparcie dla rozwoju ekonomicznego i rozwijanie branż – umożliwi taką transformację. Na razie wielu rolników czuje się jak w ślepym zaułku, bo nie odnoszą wrażenia, że ktoś przygotował dla nich ścieżkę wiodącą do transformacji. Obecnego systemu nie da się jednak utrzymać, oni są jego pierwszymi ofiarami.
Prof. Olivier De Schutter wykłada na Uniwersytecie w Louvain (UCL). W latach 2008-2014 był specjalnym sprawozdawcą ONZ ds. Prawa do żywności, a obecnie jest członkiem Komitetu Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych ONZ. Współprzewodniczy międzynarodowemu panelowi ekspertów ds. zrównoważonych systemów żywnościowych (IPES-Food).
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
To pytanie zadaje dziś sobie mnóstwo ludzi – w tym tęgie łby, zajmujące się na okrągło polityką klimatyczną i energetyczną. Jak moglibyśmy – my, społeczeństwa Ziemi – zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych na tyle szybko, by zapobiec katastrofie klimatycznej, nie podkopując zarazem ani globalnej gospodarki (która nadal w 85 proc. zależy od paliw kopalnych), ani marzeń miliardów ludzi z krajów biedniejszych, aby poprawić swoją sytuację ekonomiczną poprzez „rozwój” – który zawsze w historii zależał od wzrostu zużycia energii per capita?
ONZ zadała to dojmujące pytanie światowej społeczności klimatologów w formie oficjalnej prośby o napisanie specjalnego raportu, przedstawiającego „wykonalne” drogi do ograniczenia globalnego ocieplenia do nie więcej niż 1,5°C, które jednocześnie wspierałyby wzrost gospodarczy i pozwalały na osiągnięcie Celów Zrównoważonego Rozwoju. W odpowiedzi społeczność naukowa opublikowała prace prezentujące scenariusze działań, które odpowiadają tym wymogom. Do niedawna większość tych scenariuszy opierała się na technologiach umożliwiających tzw. „emisje negatywne”, takich jak CCS (wychwytywanie dwutlenku węgla w elektrowniach wykorzystujących paliwa kopalne, a następnie jego magazynowanie) lub BECCS (uprawa roślin na biomasę, spalanie jej w celu wyprodukowania energii, a następnie wychwytywanie i magazynowanie dwutlenku węgla). Plany te spotkały się z miażdżącą krytyką, jako zbyt drogie i niebezpieczne dla środowiska.
Nowa, ważna 13-stronicowa praca, ze 122 stronami materiałów dodatkowych, opublikowana w czasopiśmie naukowym Nature Energy, przyjmuje całkowicie inne podejście. Celem autorów pod kierownictwem Arnolfa Grublera było stworzenie scenariusza, który ograniczyłby globalne ocieplenie do 1,5°C, bez odwoływania się do technologii negatywnych emisji – opierając się na redukcji zapotrzebowania na energię. My i nasi koledzy w Post Carbon Institute od dawna promujemy ograniczenie zapotrzebowania jako najważniejszy realny sposób na powstrzymanie katastrofalnej zmiany klimatu. Zakładamy jednak, że znaczna redukcja zużycia energii doprowadziłaby również do skurczenia się gospodarki; nie widzimy możliwości utrzymania wzrostu na dłuższą metę, jeśli zmniejszy się produkcja energii z paliw kopalnych – czy to na skutek polityki klimatycznej, czy też wyczerpania zasobów. Naszym zdaniem jednym z głównych zadań decydentów powinno być dzisiaj znalezienie sposobów na zminimalizowanie negatywnych skutków gospodarczej redukcji.
Autorzy pracy są bardziej optymistyczni. Piszą:
„Pokazujemy, w jaki sposób poprzez odpowiednie zmniejszenie rozmiaru globalnego systemu energetycznego można stworzyć konieczną przestrzeń dla realnej dekarbonizacji po stronie podaży w ramach budżetu węglowego 1,5°C, bez potrzeby zastosowania technologii negatywnych emisji, co przyniesie jednocześnie znaczne dodatkowe korzyści w zakresie zrównoważonego rozwoju.”
Postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej temu scenariuszowi niskiego zapotrzebowania energetycznego, żeby ocenić, na ile jest on możliwy do realizacji. Jego założenia wydają się przejrzyste i dobrze udokumentowane w materiałach dodatkowych. Po głębszej analizie stało się jednak jasne, że autorzy do osiągnięcia swoich celów zakładają prawie całkowitą zmianę technologii, instytucji, ludzkich zachowań i systemów przekonań i że ta transformacja społeczna musiałaby się zacząć natychmiast.

Foto: postcarbon.org
Według studium, większą część zakładanej transformacji możemy osiągnąć poprzez niemal całkowitą cyfryzację. Autorzy skupiają się na końcowym wykorzystaniu energii i usług energetycznych, sugerując, że większość z nich zyskałaby znacznie na efektywności dzięki zastosowaniu mikroelektroniki. Domowe i komercyjne zużycie energii elektrycznej może zostać drastycznie obniżone, gdy różnego rodzaju urządzenia zostaną całkowicie zastąpione przez smartfony, których pobór mocy 5 W może zastąpić 450 W zużywane przez aparaty fotograficzne, kalkulatory, odbiorniki radiowe i telewizyjne, konsole do gier, odtwarzacze DVD, skanery, tablety, zestawy stereo, budziki, urządzenia GPS, stacje pogodowe, kamery video itd. Niektóre z tych zastosowań już zostały przejęte przez smartfony. Autorzy zakładają ponadto, że wszystkie urządzenia domowe będą podłączone do Internetu Rzeczy, co umożliwi ich optymalne funkcjonowanie i nieprzerwaną aktywną reakcję na zmiany zapotrzebowania.
Scenariusz Grubera nie wspomina o tym, że taka powszechna cyfryzacja wymagałaby solidnych i niezawodnych dostaw energii elektrycznej oraz sieci łączności elektronicznej. Wiązałoby się to z koniecznością budowy nowej infrastruktury znacznych rozmiarów i zapotrzebowaniem na energię elektryczną, aby pomieścić transmisję, magazynowanie i przetwarzanie danych dla niemal każdego urządzenia na Ziemi. Potrzebna byłaby również ogromna ilość miedzi. I wszystko to musiałoby pracować nieprzerwanie 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu.
W swoich rozważaniach dotyczących zużycia energii autorzy zakładają olbrzymi wzrost efektywności ogrzewania i chłodzenia poprzez całkowitą modernizację budynków na globalnej Północy w analizowanym okresie do 2050 roku. Oznacza to, że każdego roku musiałoby być modernizowane 3% budynków. Jednocześnie wszystkie nowe budynki na globalnym Południu (łącznie 84 miliardy metrów kwadratowych) byłyby budowane w taki sposób, by spełniały standardy domów pasywnych.
Jeśli chodzi o przemysł, proponowana koncepcja skupia się przede wszystkim na sześciu sektorach (stal, aluminium, cement, papier, produkty petrochemiczne i surowce). Redukcje zapotrzebowania osiąga się dzięki założeniu maksymalnej dematerializacji (zmniejszenia ilości zużywanych materiałów) i efektywności wykorzystania materiałów (są one używane dłużej) oraz produkcji wszystkich rzeczy przy zastosowaniu najlepszych światowych praktyk, zapewniających najwyższe poziomy wydajności. Studium zakłada – w wyniku rozwoju gospodarki współdzielenia (więcej o tym poniżej) – zmniejszenie ilości pojazdów z przewidywanego miliarda w 2050 roku do 530 milionów. W sumie autorzy studium przewidują redukcję rocznego popytu na produkty z omawianych sześciu sektorów o 4 miliardy ton do 2050 roku, pomimo wzrostu populacji do dziewięciu miliardów i przy jednoczesnym wypełnieniu założeń gospodarczych ONZ dotyczących stóp wzrostu PKB i zwiększenia dochodów.
Trudno pogodzić obserwowaną od dawna ścisłą relację pomiędzy globalnym PKB a zużyciem materiałów i energii z założeniem, że światowa populacja i bogactwo będą nadal wzrastać, podczas gdy wykorzystanie materiałów i energii zacznie się zmniejszać. Ekonomiści nazywają to oddzielenie wzrostu PKB od zużycia zasobów i energii „rozdzieleniem” (decoupling). Jednak, jak pokazuje niedawno opublikowany raport, dotychczasowe próby wprowadzenia takiej rozdzielności się nie powiodły. Cóż więc takiego proponują autorzy pracy na temat „niskiego zapotrzebowania na energię” , aby osiągnąć w przyszłości to, co do tej pory okazywało się nieosiągalne? Jednym z mechanizmów jest zwrot w stronę „społeczeństwa współdzielenia”, gdzie rezygnujemy z osobistego posiadania samochodów, narzędzi i urządzeń na rzecz płatnych usług, takich jak wypożyczanie pojazdów, narzędzi itd. Dzielenie się będzie możliwe i rozpowszechnione dzięki cyfryzacji i Internetowi Rzeczy. Nie bierze się jednak pod uwagę faktu, że wszystko, co zawiera czujniki i płytki obwodu drukowanego, staje się o wiele trudniejsze do zreperowania.
Po zsumowaniu wszystkich oszczędności energii z zastosowań końcowych autorzy tworzą zoptymalizowany system energetyczny, który ma to wszystko napędzać. W systemie tym 60 proc. całości końcowego zużycia energii do 2050 roku stanowi elektryczność, w porównaniu z 20 proc. obecnie. Elektryfikację w celu zaspokojenia potrzeb gospodarstw domowych i handlu, można sobie łatwo wyobrazić, ale autorzy podają niewiele konkretów dotyczących tego, w jaki sposób moglibyśmy rozszerzyć elektryfikację na przemysł, który wedle ich założeń ma się niemal całkowicie uniezależnić od paliw kopalnych krótko po 2050 roku.
Jak dowodziliśmy w naszej książce „Our Reneweble Future” (Nasza
odnawialna przyszłość), trudno będzie zdekarbonizować przemysłowe zużycie energii (szczególnie procesy wymagające wysokich temperatur, jak produkcja cementu), a procesy takie zawarte są w niemal wszystkich łańcuchach dostaw. Scenariusz Grublera nie bierze pod uwagę lotnictwa i żeglugi.
Wreszcie, model działa tylko pod warunkiem spełnienia wszystkich założeń, na odpowiednią skalę i we właściwych ramach czasowych. A ponieważ sam wymóg modernizacji budynków oznacza, że do roku 2050 musimy dostosować ponad miliard metrów kwadratowych budynków rocznie, trzeba zacząć to robić natychmiast – i dotyczy to również pozostałych niezbędnych zmian: zmiany zachowań, zmian społecznych, technologicznych i wszystkich innych.
Światowa społeczność naukowa przedstawiała do tej pory scenariusze, których zadaniem było spełnienie kryteriów ONZ, polegając na magicznym CCS. Teraz, po krytyce z jaką spotkało się CCS, społeczność ta rozważa koncepcje, które będą niezwykle trudne do zastosowania, bazując zamiast tego na magicznym rozdzieleniu.
Naszym zdaniem, w którymś momencie naukowcy i decydenci muszą rozpocząć dyskusję nad jedynym scenariuszem, którego światowi przywódcy chcą za wszelką cenę uniknąć, mianowicie kontrolowanym zmniejszeniem aktywności gospodarczej. W tym scenariuszu można niezawodnie osiągnąć znaczne zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych bez odwoływania się do myślenia magicznego (CCS lub rozdzielenia). Bez przezorności i planowania skurczenie się gospodarek uzależnionych od wzrostu może doprowadzić ich upadku, ale przy odpowiednim planowaniu i zarządzaniu społeczności mogłyby powrócić do lokalnej produkcji żywności, energii i dóbr, a także prostszego stylu życia i zaspokajania potrzeb. Liczba ludności mogłaby się zmniejszyć w przemyślany i humanitarny sposób.
Światowi przywódcy obarczyli społeczność klimatologów zadaniem niemożliwym do wykonania. W końcu naukowcy ci poświęcili swoje życie zawodowe badaniu systemów naturalnych i prawdopodobnie bardzo się martwią wpływem ocieplenia klimatu na ludzkość i inne gatunki. A teraz wymaga się od nich znalezienia społecznych rozwiązań ściśle ograniczonych parametrami, które w mniemaniu rządów są politycznie do zaakceptowania. Jeśli okaże się, że to, co rzeczywiście trzeba zrobić, aby przeciwstawić się zagrożeniu zmianami klimatu, jest polityczną trucizną – co wtedy? Czy politycy posłuchają i zredefiniują to, co jest politycznie do zaakceptowania? I jak długo będzie trwała ta przepychanka, zanim pojawi się skuteczna odpowiedź na klimatyczne wyzwanie?
źródło: Postcarbon Institute
Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie: Resilience.org.
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.