Kształt handlu międzynarodowego ma szanse przejść niemałe zmiany do roku 2049.
Isabelle Durant, numer dwa w agendzie ONZ ds. handlu i rozwoju (UNCTAD) prezentuje wizję czekających nas zmian, mając nadzieję na wykorzystanie ich potencjału i ograniczenie zagrożeń.

Handel to najstarsza aktywność człowieka. Od starożytności kształtował on kolejne cywilizacje, stymulował innowacje oraz wpływał na procesy produkcyjne. Determinował ścieżki oraz przestrzenie rozwoju. Bywał źródłem wojen czy niedostatku, ale również gwałtownego wzrostu dobrobytu i jakości życia. Ze wszystkich tych powodów handel – w tym ten międzynarodowy – przetrwa z nami do roku 2049.

Pytanie na przyszłość brzmi następująco – w jaki sposób ewoluować będzie system, będący dziś produktem hiperglobalizacji oraz ultraliberalizmu? Jak będzie zmieniał się w świecie, który kształtować będą zmiany klimatu, a także wzajemne powiązania technologiczne i ekonomiczne?

Udeptana trawa

Wojny handlowe, takie jak te między Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Unią Europejską w roku 2019, zdecydowanie nie są niczym nowym. Chociaż system, kreowany przez wiele ośrodków był w stanie znieść niemało przeszłych wstrząsów, to realizowana pod hasłem „uczynienia Ameryki na nowo wielką” polityka prezydenta Donalda Trumpa zmienia dynamikę relacji między najważniejszymi, globalnymi graczami.

Chiny próbują pokazać swym przykładem, że inny model handlu jest możliwy, chociaż czynią to bez pozbywania się protekcjonistycznych nawyków czy rezygnacji z coraz mniej odpowiadającego ich sytuacji statusu państwa rozwijającego się w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Realizowane za pomocą wspólnej polityki handlowej posunięcia UE, próbującej znaleźć złoty środek w relacjach z innymi partnerami wciąż generują niemałą debatę, w której nie brak głosów od protekcjonizmu aż po wolną amerykankę.

Wojna handlowa, stająca się elementem nowego rozdania w stosunkach międzynarodowych, to również wojna o technologie.

W walce o dominację w świecie cyfrowym mamy do czynienia ze starciem amerykańskich i chińskich gigantów – GAFA kontra BATX[1]. Jak głosi nowe porzekadło „dane to nowa ropa”. Mając do czynienia z ogromną konkurencją o prymat technologiczny UE stara się zdominować rynek regulacji, w tym tych związanych z prawami obywatelskimi. Nasza nadzieja powinna kierować się w stronę przeniesienia do międzynarodowych protokołów unijnych przepisów, zawartych dziś w RODO.

Czemu nie pomyśleć o tym wraz z partnerami z Afryki? Powstanie uczciwego, efektywnego partnerstwa handlowego między Unią a Afryką – takiego, które uniknie zbędnych utarczek w świecie cyfrowym, jest w ciągu najbliższego dziesięciolecia całkiem realną perspektywą.

Utworzenie wspólnej inicjatywy, sprzyjającej inwestycjom i jednocześnie opartej na sprawiedliwym handlu oraz ochronie danych, pozwoliłoby Unii Europejskiej i Afryce na zbudowanie dobrze uregulowanego obszaru cyfrowo-handlowego do roku 2049.

Tak wydeptana ścieżka wzbudziłaby zainteresowanie korporacyjnych słoni-gigantów, zmuszając ich do przyjścia do stołu negocjacyjnego z bardziej życzliwym wobec decydentów nastawieniem.

Przemyślenie szlaków handlowych

Handel międzynarodowy, nawet jeśli poddany regulacjom ekonomicznym i technologicznym, musi również w znaczący sposób zmienić swój ślad węglowy. Jego obecny rozkwit wiąże się ze wzrostem emisji dwutlenku węgla. Do roku 2049 emisje gazów cieplarnianych ze wszystkich środków transportu mogą ulec nawet potrojeniu.

Kładąc na chwilę na bok kwestie transportu lotniczego to międzynarodowy przewóz ładunków – spośród którego transport morski odpowiada za przeszło połowę jego ogólnych emisji – przeskoczy pod względem ich ilości transport pasażerski. W jaki sposób – mając na uwadze ich wpływ na klimat – możemy zmieniać oblicze handlu międzynarodowego?

Istnieje konieczność pilnego zidentyfikowania wpływu wzrostu średniej, globalnej temperatury o 2 stopnie Celsjusza na handel międzynarodowy. Jakie otworzą się nowe drogi morskie – i które porty staną się w związku z tym ważne? Którym społecznościom zagrażać będzie największe ryzyko? Jakie rodzaje rolnictwa ulegną największym zmianom? Co z miejscami pracy? Jak w takim świecie wyglądać będzie mapa globalnego handlu?

Jeśli walka ze zmianami klimatu ma się stać priorytetem, wówczas jest czymś nieodpowiedzialnym pomijanie opcji, umożliwiających lepsze prognozowanie i regulowanie.

Innym istotnym zadaniem dla społeczności międzynarodowej jest ograniczenie – a najlepiej wyeliminowanie – negatywnego wpływu handlu międzynarodowego na klimat.

Zbyt długo relacje między handlem a środowiskiem stanowiły temat tabu. Refleksja na ten ten temat musi kształtować przyszłe działania polityczne. Zmiany w systemie handlowym przyszłości muszą oznaczać wzmacnianie oraz zachęcanie do handlowania na poziomie regionalnym, a nawet lokalnym.

Zaduma nad konsumpcyjnym charakterem współczesnych społeczeństw będzie przydatna w procesie tworzenia rozwiązań, umożliwiających ludziom wypożyczanie zamiast kupowania oraz używanie zamiast podsiadania własności.

Wyprodukowano w domu?

Czy zatem rozwiązanie problemów tkwi w lokalnej produkcji i krótkich łańcuchach dostaw? To byłoby zbyt proste.

Umiędzynarodowienie handlu zawsze wiązało się z otwarciem nowych możliwości. Widząc z jednej strony sukcesy Chin, z drugiej zaś problemy krajów rozwijających się, które – dobrowolnie bądź pod przymusem – zostały odizolowane od międzynarodowych rynków wydaje się, że dobrobyt i zrównoważony rozwój nie będą mogły być osiągnięte poza globalnym systemem (oczywiście w pewnych ściśle określonych warunkach).

Dla przykładu powinny być opracowane nowe reguły, mające na celu ograniczenie protekcjonizmu w sektorach takich jak rolnictwo, tekstylia czy leki. Kwestie te leżą u fundamentów kolejnej reformy WTO, która w ostatnich latach nie była zdolna do zasypania podziałów między poszczególnymi państwami członkowskimi.

Bardziej uczciwy, włączający system handlu międzynarodowego nie będzie możliwy bez stworzenia prawdziwie wielobiegunowej alternatywy dla istniejących obecnie opcji – selektywnego otwarcia bądź normalizacji wojen handlowych. Nowym regułom będą musiały towarzyszyć nowe formy rozwiązywania sporów za pośrednictwem międzynarodowego sądu, zdolnego do rozsądzania firm i rządów.

Odejście od ostatniej chwili

Innowacje technologiczne oraz konsekwencje zmian klimatu działają szybciej niż negocjatorzy. Tworzenie świata roku 2049 będzie wymagać czegoś więcej niż ignorowania rzeczywistości czy wytykania palcami. Wymagać od nas będzie wdrażania szerokiej palety innowacji w celu stworzenia regulowanego systemu handlowego, który nie będzie szkodził klimatowi.

Aby osiągnąć ten cel musimy zmierzyć się zarówno z dzisiejszymi, jak i przyszłymi niewiadomymi.

Czy rozwój drukarek trójwymiarowych zmieni produkcję tak, jak telefon komórkowy i Internet zmieniły doświadczenie zakupowe? Czy międzynarodowy handel usługami – eufemizm, kryjący za sobą postępujący outsourcing – stanie się ważniejszy niż wymiana dóbr? Czy bardziej regionalne podejście do handlu nimi, takie, w którym łatwiej jest śledzić proces, uczestniczyć mniejszym graczom, regulować czy dzielić się jego owocami, stanie się istotniejsze od globalnych łańcuchów wartości, z którego największej korzyści czerpią podmioty z jego końca?

Pomimo tych otwartych pytań – a właściwie to właśnie z ich powodu – wymiana handlowa jutra musi być bardziej inteligentna, skupiając się na realnej wartości dodanej danego produktu. Czas, w którym bez ustanku handlowaliśmy czym popadnie, niezależnie od związanych z tym kosztów, może już być przeszłością. Zbyt często niska cena produktu odbywała się kosztem planety i naszych społeczeństw.

Obraz globalnego handlu byłby dziś zupełnie inny, gdyby reguły gry umożliwiały realne w nim uczestnictwo podmiotom różnej wielkości oraz na rozkwit regionalnych łańcuchów produkcyjnych bez uciekania się do protekcjonizmu. Nowa równowaga w handlu – co widać nawet po tym krótkim omówieniu – jest jednym z ważnych pytań na kolejne dekady.

[1] Firmy z USA – Google, Apple, Facebook i Amazon, kontra te z Chin – Baidu, Alibaba, Tencent i Xiaomi.

Artykuł „Trading Places” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
W 2005 r. doktor Thomas Colin Campbell z synem Thomasem opublikowali książkę pt.: „Nowoczesne zasady odżywiania”. Jest ona podsumowaniem ich wieloletnich  badań nad wpływem odżywiania na nasze zdrowie. Wniosek z tych badań jest jeden: najzdrowszą dietą, która może uchronić nas przed wieloma chorobami cywilizacyjnymi, w tym nowotworami, jest dieta roślinna. Nieprzetworzona, sezonowa, lokalna.

W 2015 r. z kolei WHO opublikowało raport ekspertów IARC (International Agency for Research on Cancer czyli Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem- przy WHO), w którym mięso przetworzone zostało określone jako rakotwórcze dla człowieka, a mięso czerwone jako prawdopodobnie rakotwórcze. Stanowisko to miało wpływ na zmianę schematu piramidy żywieniowej WHO, w której mięso i jego pochodne znalazły się na samym jej szczycie. Oznacza to, że zalecono znaczne jego ograniczanie lub nawet odstawienie – maksymalnie 1 raz w tygodniu.

Wieloletnie badania dr Campbella dostarczyły solidnych naukowych dowodów, które pozwoliły ekspertom z IARC opublikować powyższe stanowisko. Można wręcz powiedzieć, że spowodowały postawienie dotychczasowej piramidy żywieniowej na głowie… Badania prowadzone w kolejnych latach, przez innych naukowców, potwierdziły wyniki badań dr Campbella i jego współpracowników.

Mimo, że dr Campbell już w 2005 r. podał  „na tacy” informację, że wielu chorób można uniknąć zmieniając swoją dietę, to minęło aż 10 lat do adekwatnej reakcji ekspertów.

Co więcej – mimo publikacji tego jednoznacznego stanowiska ekspertów – światem naukowym to nie wstrząsnęło… Nie spowodowało rewolucji w nawykach żywieniowych społeczeństw krajów wysoko rozwiniętych, a to ich głównie dotykają choroby cywilizacyjne.

Nie wstrząsnęło to też  grupami zawodowymi, które mają wpływ na nasze codzienne wybory żywieniowe, czyli dietetykami, lekarzami, nauczycielami akademickimi.

A jaka jest dieta Polaków, Europejczyków oraz mieszkańców Ameryki Północnej? Czy dokonały się jakieś zmiany? W niewielkim stopniu. Owszem, procentowo w społeczeństwach zachodnich jest coraz więcej wegan lub wegetarian.  Ale pozostali nie dokonują prawie żadnej zmiany. A należałoby się spodziewać, że tak przełomowe badanie spowoduje dużą zmianę nawyków żywieniowych. Gdy czasem media opublikują jakąś sensację: np. „jedzenie wołowiny wywołuje chorobę wściekłych krów”–  reakcje całych grup społecznych bywają bardziej widoczne… Ludzie po prostu się boją.Na jakiś czas spada popyt na dany produkt.

A w tym przypadku – jak gdyby nic się nie stało… Parę dyskusji w prasie, trochę reakcji środowisk wegańsko – wegetariańskich i obrońców praw zwierząt, a potem nic… A pomyśleć, że już sama zmiana proporcji- zmniejszenie ilości spożywanego mięsa na korzyść roślin – dałaby ogromne rezultaty. Chociaż dieta zalecana przez dr (obecnie profesora) Campbella nie proponuje półśrodków. Czyli nie mówi – zmniejsz ilość mięsa. Mówi: odstaw produkty odzwierzęce.

Skąd ten, wydawałoby się, radykalizm? Po pierwsze ze względów zdrowotnych – bo jeżeli jakiś produkt znajduje się na liście substancji rakotwórczych, to trudno zalecać jedynie stosowanie go w mniejszych ilościach…

Po drugie: rządzą nami pewne mechanizmy psychologiczne, które powodują, że unikamy zmian i postępujemy tak, aby były one jak najmniej „dokuczliwe”, abyśmy nie musieli się zbyt wysilać. Jeżeli więc ktoś otrzyma zalecenie: jedz mniej mięsa a więcej warzyw, to rzadko zrezygnuje on z mięsa, raczej- dołoży dodatkowe warzywo, a ulubiony produkt mięsny pozostanie. Ewentualnie zamieni jeden rodzaj mięsa na inny, „mniej szkodliwy”. Jeżeli ktoś jednak rezygnuje z mięsa, a nie planuje rezygnacji ze wszystkich produktów odzwierzęcych – zaczyna jeść więcej nabiału… I problem wcale się nie zmniejsza. Gdyż wg wyników badań dr Campbella nie tylko mięso jest szkodliwe. Szkodliwe jest białko zwierzęce, każde, w tym kazeina z mleka krowiego. Również uznana za karcynogen.

Ale wróćmy do początku.

Kluczową częścią książki „Nowoczesne zasady odżywiania” jest opis wyjątkowego projektu, jaki przeprowadzono w Chinach: „The China Study”.

Projekt The China Study był najobszerniejszym badaniem dotyczącym wpływu odżywiania na zdrowie jaki przeprowadzono do tej pory na świecie.

Przebadano ok. 6500 osób w 65 prowincjach Chin, do badań tych przeszkolono blisko 350 pracowników. Metody badawcze, sposób pozyskiwania danych był ściśle określony, wystandaryzowany. Przeanalizowano złożone związki pomiędzy dietą, stylem życia, czynnikami geograficznymi i klimatycznymi, zapadalnością na różne choroby. Badanie trwało blisko 30 lat, a uzyskano 367 zmiennych.

Osoby zainteresowane mogą zapoznać się dokładnie z metodologią badania, ze sposobem pozyskiwania i odnotowywania poszczególnych obserwacji. Są one zawarte w 896-stronicowej monografii.

Ci, którzy nie mają czasu i chęci na dość żmudną lekturę i analizować tabelek, wykresów, liczb, a wolą poznać już konkretne wnioski i wytyczne, mogą przeczytać je w tym jednym zdaniu:

„Nisko przetworzona żywność roślinna ma dobroczynny wpływ na zdrowie człowieka, podczas gdy żywność pochodzenia zwierzęcego – nie”.

Można też przeczytać książkę doktora Campbella, gdyż ona nie jest nudna, nie jest pisana językiem naukowym. Wręcz przeciwnie, czyta się ją jak pasjonujący kryminał. Warto wiedzieć, że sam dr Campbell (obecnie emerytowany już profesor Katedry Biochemii Odżywiania na Uniwersytecie Cornella w USA) na początku swojej przygody z tą tematyką wychodził z założenia, że najzdrowsza dla ludzi jest dieta bogata w białko zwierzęce.

Nic dziwnego. Wychował się w gospodarstwie rolnym gdzie podstawą diety było mleko i inne produkty odzwierzęce. Spożywanie takich produktów było też synonimem dobrobytu, czymś do czego dążą wszyscy pragnący zachować zdrowie. Do wegetarianizmu podchodził raczej z pobłażaniem.

Jednym z pierwszych badań, które zmieniło jego spojrzenie na rolę białka zwierzęcego w diecie był projekt badający przyczyny wyjątkowo wysokiej zachorowalności na raka wątroby u dzieci na Filipinach, podczas gdy w innych rejonach świata był to nowotwór dotykający głównie dorosłych.

Zapadalność na raka wątroby wiązano z dużym spożyciem aflatoksyn powstających  w spleśniałych orzeszkach ziemnych i kukurydzy (produkty powszechne na Filipinach). Podejrzewano również, że zapadalność na ten nowotwór jest związana z niedożywieniem dzieci z ubogich rodzin.

Wyniki badań były zaskakujące. Okazało się, że na raka wątroby zachorowują głównie dzieci z bogatych rodzin, te tzw. „dobrze odżywione”, karmione białkiem zwierzęcym. Owszem, karcynogenem były aflatoksyny, które dość powszechnie trafiały do sprzedawanych produktów, ale czynnikiem, który stymulował rozwój nowotworu było białko w diecie, białko zwierzęce. Dzieci z biednych rodzin rzadko chorowały na ten nowotwór. O ile miały łatwiejszy dostęp do tańszej żywności, zanieczyszczonej aflatoksynami, to nie były przez biednych rodziców dokarmiane mięsem, mlekiem, czyli białkiem zwierzęcym…

Dalsze badania w tym zakresie doprowadziły do następujących wniosków: „rozwój nowotworu zależny jest od ilości spożywanego białka zwierzęcego, stosując dietę wysokobiałkową – sprzyja się rozwojowi nowotworu, co więcej – zmieniając dietę na niskobiałkową, lub na dietę z obecnością białka roślinnego – można nowotwór 'wyłączać’”.

A jednym z najbardziej rakotwórczych białek okazała się kazeina, białko mleka krowiego.

Dr Campbell okazał się prawdziwym naukowcem, który z pokorą potrafił odrzucić wstępne założenia, gdy te okazały się błędne. Spodziewał się wyników, które utwierdzą go we własnym poglądzie, w przyjętym z góry założeniu, że białko zwierzęce jest tym, co dla nas ludzi najlepsze. Że należy za wszelką cenę zwiększać jego spożycie.

Gdy okazało się, że jest dokładnie odwrotnie – miał odwagę iść tym tropem i dalej szukać odpowiedzi na nurtujące pytania. Białko zwierzęce zafascynowało go ponownie – ale w inny sposób. Zrozumiał, że dążenie ludzkości do zwiększonego jego spożycia jest zgubne. Gdyby rozpatrywać to w szerszym kontekście, nie tylko zdrowotnym, ale też na poziomie środowiskowym, etycznym, czy nawet filozoficznym, można by użyć stwierdzenia, że białko zwierzęce stało się w pewnym sensie przekleństwem ludzkości (a ludzie przekleństwem dla zwierząt i reszty natury).

W kolejnych latach – po zakończeniu projektu The China Study, dr Campbell razem z synem i innymi współpracownikami prowadził dalsze badania Były to między innymi badania obserwacyjne ale i doświadczalne na szczurach, potwierdzające zaobserwowane wcześniej zależności. Przebadał związki pomiędzy licznymi chorobami cywilizacyjnymi a dietą. Chorobami, które można by nazwać chorobami dobrobytu: to cukrzyca, otyłość, choroby układu krążenia, choroby autoimmunologiczne, dna moczanowa, osteoporoza, choroba Alzheimera i wiele innych.

Opracował zasady zdrowego odżywiania. Ośrodek, którym kieruje prowadzi kursy w tym zakresie. Lekarze, którzy leczą swoich pacjentów z udziałem diety dr Campbella uzyskują rewelacyjne wyniki. Pacjenci mogą być wyleczeni z licznych schorzeń, nie muszą stosować leków.

Nie znaczy to oczywiście, że dieta zawsze i wszędzie jest jedynym panaceum na wszystko. Są sytuacje gdy nie wystarczy, są sytuacje, gdy choroby powstają niezależnie od diety, gdy konieczne są interwencje medyczne, farmakologiczne. Ale w ogromnej ilości przypadków jej zastosowanie daje oczekiwany efekt.

Dlaczego więc nie jest tak powszechna jak być powinna?

Dlaczego wiedza na ten temat jest wiedzą niszową?

Dlaczego na studiach medycznych nie mówi się o wynikach tych badań? Dlaczego w systemie podyplomowego kształcenia lekarzy temat diety jest marginalizowany do haseł: „dieta niskocholesterolowa”, „dieta cukrzycowa”, „dieta śródziemnomorska”? Bez wniknięcia w istotę rzeczy? Dlaczego na studiach dietetycznych zaczyna się dopiero brać pod uwagę taką dietę – ale jako opcję? A na równi z nią wykwalifikowani dietetycy stosują diety oparte głównie na produktach odzwierzęcych?

Dlaczego z takim pobłażaniem podchodzi się do wytycznych naukowych?

Jako lekarka spotykam się z takimi chorobami na co dzień. Ci, których udało się przekonać do zmiany nawyków żywieniowych odnoszą ogromne korzyści zdrowotne. Mam i takich pacjentów, którzy mogli odstawić leki cukrzycowe, nadciśnieniowe, przeciwzapalne, obniżające stężenie kwasu moczowego – głównego sprawcy dny moczanowej. Ale nie będę Was oszukiwać. Nie jest to duża grupa. Bo żyjemy w społeczeństwie dobrobytu, wygody, w systemie zakupu wszelakich usług. Także usług zdrowotnych. Większość pacjentów oczekuje prostej recepty: tabletki, która załatwi ich problemy bez pracy własnej. Żyjemy w świecie ułudy, że tak się da, że tak można.

Ale jest też grupa osób dążących do zmiany. Dla nich warto podjąć wysiłek dodatkowej pracy, edukacji, wspierania ich na drodze zmiany.

Praca w tych obszarach obejmuje także kształcenie lekarzy, dietetyków. Od nich zależy bardzo wiele.

Dieta dr Campbella jest taka prosta, w jej prostocie tkwi siła. Warto się z nią zapoznać i zacząć ją stosować. Jest to dieta dla wszystkich.

Bibliografia:

  1. T.Colin Campbell, Thomas M. Campbell II „Nowoczesne zasady odżywiania. Przełomowe badanie wpływu żywienia na zdrowie”. Wyd. Galaktyka. Wyd. 2 rozszerzone i uaktualnienia.
  2. Dr Thomas Campbell „Plan Campbella”. Wydawnictwo Galaktyka.
  3. https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0002914998007188
  4. https://nutritionstudies.org/about/dr-t-colin-campbell/
  5. https://nutritionstudies.org/the-china-study/

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
W samym 2018 roku wygenerowaliśmy na całym świecie 50 milionów ton elektrośmieci takich jak porysowane telefony, stare komputery czy telewizory. Niestety recyklingowi poddaliśmy jedynie 20 procent z nich.

W październiku obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Bez Elektrośmieci – warto zatem zastanowić się, jak sukcesywnie zwiększać ten odsetek. Tym bardziej, że zdaniem Centrum UNEP/GRID-Warszawa, organizacji realizującej misję Programu ONZ ds. Środowiska w Polsce, e-odpady to biznes przyszłości i sposób na odzyskiwanie surowców naturalnych.

Przejście do bardziej cyfrowego świata oferuje niespotykane dotąd możliwości rozwoju. Taki potencjał stwarza jednak szereg problemów dotyczących gospodarowania elektrośmieciami, z którymi znaczna część osób nie wie, co zrobić. Zgodnie z raportem ONZ nt. globalnej sytuacji e-odpadowej, wspomniane 50 milionów ton elektrycznych i elektronicznych śmieci to 4,5 tys. wież Eiffla, które zajęłyby powierzchnię całego Manhattanu. Z tej liczby połowę stanowią urządzenia osobiste, czyli m.in. smartfony, laptopy czy tablety. Często trafiają na składowiska odpadów w Azji lub Afryce Zachodniej, które to regiony są głównymi odbiorcami tego rodzaju śmieci.

Jako społeczeństwo nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, że często wymieniane sprzęty również stają się odpadami, z którymi trzeba coś przecież zrobić. Potrzebujemy świadomości, że stają się zagrożeniem nie tylko dla środowiska, ale również dla naszego zdrowia. Źle zagospodarowane elektroodpady są istotnym źródłem toksycznych substancji w środowisku – mówi Łukasz Sosnowski, ekspert ds. gospodarki o obiegu zamkniętym, założyciel firmy doradczej GOZ WORLD.

Już w 2013 r. na każde przeciętne gospodarstwo domowe na świecie przypadało średnio 79 sprzętów elektrycznych i elektronicznych. Z uwagi na krótki cykl życia urządzeń, czyli częstą ich wymianę, nietrwałość produktów czy zwyczajny brak wiedzy o tym, że elektronikę należy poddawać recyklingowi, co roku do Kenii na składowiska odpadów trafia 17 tysięcy ton e-odpadów tj. tyle, co 130 milionów telefonów komórkowych.

Jeśli nie zaczniemy dawać sprzętom drugiego i trzeciego życia, to według danych wspieranego przez UN Environment raportu Światowego Forum Ekonomicznego w 2050 roku najprawdopodobniej wyprodukujemy aż 120 milionów ton elektrośmieci – dwukrotnie więcej niż w roku 2018. Odpowiedzią na zalew tego rodzaju odpadów jest idea gospodarki o obiegu zamkniętym. GOZ to z jednej strony sposób na wydłużenie życia sprzętów, dbanie o środowisko, a z drugiej nowy pomysł na zarabianie, czyli szansa dla biznesu, recyklerów i ecodesignerów.

Już na etapie projektowania urządzeń, GOZ zakłada zwiększenie ich użyteczności w procesie użytkowania. Przykładem są powszechnie używane ładowarki i zasilacze z tym samym typem końcówki. Ekoprojektowanie to również dbanie o jakość, by sprzęty służyły nam jak najdłużej lub by ich naprawa nie była czymś niemożliwym. Jako konsumenci, zamiast wyrzucać np. wciąż sprawną komórkę, możemy ją odsprzedać i w ten sposób nadać jej kolejne życie. Jeśli zaś urządzenie jest zepsute, wyrzucić do odpowiednich pojemników lub oddać do specjalnych punktów zbierania, w których recyklerzy wiedzą, jak zrobić z e-odpadów użytek.

Elektrośmieci to prawdziwy ukryty skarb. Szacuje się, że roczna wartość zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego to 62 miliardy dolarów. Kryje się w nim alternatywny sposób na odzyskanie cennych, ważnych dla gospodarki surowców, takich jak złoto czy srebro. To rodzaj nowoczesnego, miejskiego górnictwa – mówi Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Zdaniem Michała Kanownika, prezesa Związku Cyfrowa Polska, istnieje potrzeba stałego edukowania społeczeństwa na temat tego, czym są elektrośmieci i jak należy z nimi postępować. – Jest to zadanie dla nas, przedsiębiorców, ale też dla administracji, by budować świadomość społeczną o tym, jak kwestia odpowiedniego gospodarowania zużytym sprzętem ważna jest z punktu widzenia środowiska i gospodarki – podkreśla Kanownik.

W każdym domu znajdziemy przynajmniej kilka nieużywanych komórek, zepsutą drukarkę, z którą nie do końca wiemy co zrobić, dziesiątki kabli czy LEDowe żarówki. Jeśli wyrzucimy je do kosza z odpadami zmieszanymi, to z jednej strony zanieczyścimy środowisko toksycznymi substancjami, z drugiej zaś możemy zapłacić karę o wysokości nawet 5 tys. zł. Mało kto zdaje sobie sprawę z tych konsekwencji.

W ramach Międzynarodowego Dnia Bez Elektrośmieci Centrum UNEP/GRID-Warszawa, WEEE Forum i ElektroEko przygotowali dla konsumentów praktyczny poradnik w postaci strony https://dzienbezelektrosmieci.pl/, na której przeczytamy czym są elektrośmieci i jak je zagospodarować w bezpieczny sposób.

16 października w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii odbędzie się także debata „Zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny surowcem gospodarki przyszłości”. Wydarzenie ma na celu promowanie prawidłowego postępowania ze zużytym sprzętem oraz zainicjowanie dyskusji na temat efektywnego wprowadzania gospodarki o obiegu zamkniętym. Czwarta Rewolucja Przemysłowa oraz gospodarka o obiegu zamkniętym sprawiają, że rynek sprzętu elektrycznego i elektronicznego musi dynamicznie reagować na oczekiwania społeczne w zakresie ochrony środowiska.

Zaproszenie do debaty skierowane jest do producentów, przedsiębiorców zajmujących się zbieraniem
i zagospodarowaniem odpadów, recyklerów, projektantów, przedstawicieli uczelni wyższych z wydziałów elektronicznych oraz mediów. Wśród ekspertów usłyszymy m.in. Marię Andrzejewską, dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa, Bogusławę Brzdąkiewicz, zastępcę dyrektora Departamentu Gospodarki Odpadami w Ministerstwie Środowiska, Beatę Lubos, zastępcę dyrektora Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii. Rozmowę poprowadzi Łukasz Sosnowski z GOZ WORLD.

16 października 2019, godz. 9:30-12.30, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, sala AB. Rejestracja możliwa przez stronę: https://dzienbezelektrosmieci.gridw.pl/


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Jestem ekofeministką. Byłam nią od zawsze, chociaż jeszcze kilka lat temu nie umiałam tego nazwać. Z równością i sprawiedliwością w dzisiejszym świecie bywa trudno. Lubimy dzielić, wartościować, oceniać. Lubimy być w opozycji do innych.

Pragniemy wpływu, kontroli, ulegamy sugestiom. Te egoistyczne potrzeby ludzi wykształciły opresyjne, hierarchiczne systemy, które wpychają nas dzisiaj w różne role. Role, które sankcjonują nierówne traktowanie wynikające z płci, rasy, pochodzenia, wyznania/bezwyznaniowości, niepełnosprawności, czy gatunku. Tak powstał patriarchat,  który szczęśliwie zaczyna się chwiać w posadach. Dokładnie w ten sam sposób powstał antropocentryzm. To, czym tak naprawdę jest i za co jest odpowiedzialny trudno jest zauważyć i zrozumieć. Trudno, ponieważ trzeba wyjść z uprzywilejowanej pozycji bycia człowiekiem i spojrzeć szerzej. Nagle zobaczymy lustrzane odbicie tego, co kobietom robił i robi świat kształtowany przez mężczyzn. Zobaczymy także, że sprawiedliwość, równość i prawo do szczęścia, czy dobrobytu to wartości, których nie wolno nam ograniczać do świata ludzkiego.

W tym rozumieniu istotą ekofeminizmu staje się piękna, spójna, szeroka perspektywa, która widzi nie tylko dyskryminację kobiet czy mniejszości, ale również przyszłych pokoleń, zwierząt i natury. To wizja świata harmonijnego, wolnego od dyskryminacji – płciowej, rasowej, społecznej, czy właśnie gatunkowej. To właśnie moja wizja świata.

Ale od początku. Jaka jest aktualna sytuacja kobiet? Trudna. Oburzyłyśmy się – słusznie – gdy religijni fundamentaliści chcieli jeszcze bardziej ograniczyć, już i tak absurdalnie ograniczone, prawa reprodukcyjne. Znalazłyśmy wówczas wsparcie pewnej męskiej części społeczeństwa, która zrobiła wtedy „mały krok do tyłu”, by spojrzeć nieco szerszej niż z perspektywy uprzywilejowanego mężczyzny. Ale czy na tyle szeroko, żeby zobaczyć w całości system opresji, w którym my kobiety musimy funkcjonować? Opresyjny podział ról i wpychanie nas w stereotypy już jako małe dziewczynki w procesie wychowania i socjalizacji? Przemoc, z którą musimy się mierzyć na każdym etapie naszego życia – fizyczną, systemową, słowną, ekonomiczną, seksualną itd.?  Podwójne standardy? Szklane sufity? Niższe wynagrodzenie za taką samą pracę, często ze znacznie lepszym wykształceniem? I w końcu brak prawa do decydowania o własnym ciele? Nie! Cała władza – polityczna, ekonomiczna, prawna i medialna jest niezmiennie w męskich rękach, co powoduje, że koszty społeczne oraz gospodarcze są ogromne. Dlaczego? Dlatego, że ponad połowa społecznego potencjału się marnuje. Moje pytanie brzmi, jaka jest nasza reakcja na to, gdy okazuje się, że wbrew logice wciąż wielu uważa, że to właśnie płeć powinna determinować szanse na szczęśliwe życie? Że to właśnie płeć powinna uprawniać jednych do władania innymi?

Skoro zatem uznajemy, że to kim się urodziliśmy, nie daje nikomu prawa do dyskryminacji i przemocy wobec nas, to jak możemy godzić się na niesprawiedliwość wobec innych istot? Jeżeli oczekujemy zrozumienia naszej feministycznej perspektywy, to jak możemy godzić się na utrwalanie antropocentrycznego porządku, który używa tych samych mechanizmów co patriarchat. Który daje pełne prawo do instrumentalnego traktowania zwierząt i przyrody? Jak możemy zamykać oczy na ból i cierpienie w hodowlach przemysłowych, gdzie płeć determinuje czas trwania i skalę przemocy, gdzie najbardziej eksploatowane są zwierzęta płci żeńskiej – krowy na mleko, kury na jajka? Gdzie cielęta i kurczaki płci męskiej to odpad produkcyjny, który ląduje w rzeźni lub w mielarce, do której jest wrzucany żywcem?  Jak możemy zgadzać się na wyzysk naszej planety, nieograniczone wydobycie jej zasobów, spalanie paliw kopalnych, wyspy plastiku dryfujące po morzach, zatruwanie wody, powietrza i gleby? Załamanie się klimatu oraz gospodarki, masowe migracje i wojny, przemoc i gwałty, które będą bezpośrednim następstwem katastrofy ekologicznej, dotkną właśnie nas – kobiety, nasze dzieci i wnuki.

Zastany świat, którego nas nauczono, który nam wdrukowano, i który większość społeczeństwa przyjmuje bezkrytycznie, to świat, który odbiera podmiotowość zarówno kobietom, jak i zwierzętom, czy szerzej, przyrodzie. Uprzedmiotowienie, umniejszanie czy wręcz zaprzeczenie krzywdy mają służyć jednemu – utrzymaniu status quo obowiązującej hierarchii stworzonej przez i dla białego mężczyzny, który kiedyś siłą fizyczną, a dzisiaj siłą rozpędu kapitalizmu i wszelkich religii, widzi się w centrum świata.  Przykłady można mnożyć. Sprowadzanie kobiet do obiektów seksualnych w reklamach, filmach, w przestrzeni publicznej to dokładnie ten sam mechanizm, który odpowiada za przedstawianie zwierząt jako produkty. Z jednej strony mamy fragmenty kobiecego ciała użyte do reklam narzędzi, opon czy firm energetycznych, z drugiej – fragmenty ciał zwierząt reklamowane jako kiełbasy, szynki, buty czy paski. Również język jest tak skonstruowany, by odcinać naszą świadomość od rzeczywistości. Nie nazywamy rzeczy po imieniu, nie mówimy, że jemy zwłoki zwierzęcia, fragment mięśni świni lub krowy, lecz mięso, wieprzowinę albo wołowinę – jakby to było całkowicie oderwane od istoty, którą zabiliśmy. Wycinkę lasu czy puszczy nazywamy pozyskiwaniem drewna, systemowe lub wręcz dla rozrywki strzelanie do zwierząt – regulacją gatunku. Usprawiedliwiamy sobie masowe i niewyobrażalnie okrutne mordowanie zwierząt, nazywając je humanitarnym ubojem. Co jest humanitarnego w rażeniu prądem, w strzelaniu między oczy czy wrzucaniu żywcem do oparzarki wycieńczonego, sparaliżowanego strachem zwierzęcia, które chce żyć?  Obozy zagłady miliardów zwierząt nazywamy hodowlą. Ta zbiorowa halucynacja jest tak powszechna, tak powszednia, tak oswojona, że każda próba jej zburzenia musi napotkać na paniczny opór. Podobny do tego, z jakim spotkały się sufrażystki w końcu XIX żądające praw wyborczych. Podobny, bo nadchodząca zmiana uderza w zastany, patriarchalny porządek.

Dlatego ekofeminizm musi być i jest praktyczny. To szeroki wachlarz konkretnych wartości, zachowań i postaw, praktyk, które, jeżeli zostaną przejęte przez większość społeczeństwa, doprowadzą do przebudowy świata, jaki znamy, na świat bardziej sprawiedliwy i równościowy. I może, jeżeli będziemy dostatecznie mądrzy jako społeczeństwo i poddamy się tej transformacji bez opierania –  ekofeminizm uratuje nas przed czołowym zderzeniem, w kierunku którego pędzimy?

W skali mikro ważne są nasze codzienne wybory konsumenckie, wybory , które są dobre dla planety, dla środowiska, dla innych ale i dla nas samych, bo przecież od tego, jak urządzimy sobie świat, zależy to, jak będzie nam się na tym świecie żyło.  Stąd rezygnacja z jedzenia zwierząt oraz produktów pochodzenia zwierzęcego, czasem od razu, czasem stopniowo eliminując kolejne produkty pozyskiwane na drodze eksploatacji. Gatunkowizm, czy też szowinizm gatunkowy, nie różni się bowiem niczym od szowinizmu płciowego, genderowego, od rasizmu, homofobii oraz wszystkich innych form dyskryminacji, wykluczeń i -izmów. Nie możemy też zapominać, jaki wpływ na naszą planetę ma hodowla zwierząt – zwłaszcza ta przemysłowa. 77% powierzchni ziem uprawnych wykorzystywanych jest pod produkcję paszy dla zwierząt, ziem głównie w krajach globalnego południa, gdzie najwyższą cenę płacą najbiedniejsi i najsłabsi, bardzo często kobiety i dzieci. Również dlatego płonie Amazonia, a w niej setki tysięcy zwierząt. Rdzennym ludom odbierane są prawa do ziem ich przodków.  Ziemia traci swoje płuca, bo mała grupka zamożnych i wpływowych mężczyzn daje sobie prawo do rozporządzania i dewastowania dla własnego zarobku dobra wspólnego wszystkich ziemian, tych ludzkich i tych nieludzkich. Hodowla przemysłowa to także problem wody, zużywa ona bowiem 1/3 wody pitnej na planecie. Dla zobrazowania skali – do wyprodukowania 1 kg wołowiny potrzeba 14.500 litrów wody. To również zabójstwo dla bioróżnorodności. Dzisiaj zwierzęta hodowlane  stanowią 67 % wszystkich kręgowców na Ziemi. Zwierząt dzikich jest zaledwie 3%, a ich liczba gwałtownie spada. Emisje gazów cieplarnianych z rolnictwa i leśnictwa to według najnowszego raportu IPCC około 23% wszystkich emisji. Do tego trzeba doliczyć kolejne kilkanaście procent pochodzących ze zmarnowanego jedzenia. Obniżenie emisji z tych sektorów jest równie kluczowe jak transformacja energetyczna.

Te wybory to też ograniczenie konsumpcji w ogóle. Postwzrost, który jest historią o tym, że nie możemy na ograniczonej planecie mieć nieograniczonego wzrostu. O tym, że aktualny model wytwarzania, zużywania i wyrzucania, model, w którym, koncerny i ich interesy są stawiane ponad interesem dobra wspólnego, i  którego tak broni patriarchat, to wycieczka wprost w przepaść, w której zginiemy wszyscy. Dlatego kupujmy lokalnie, od lokalnych producentów, w warzywniakach i na targach, minimalizując ślad węglowy wynikający z transportu żywności. Nie marnujemy! Jeśli już decydujemy się na jakiś produkt egzotyczny, niech to będzie fair trade i bez plastiku, można sprawdzić na etykiecie. Na zakupy chodźmy z własnymi torbami i woreczkami, kupujmy na wagę. Jest coraz więcej sklepów, które nam to umożliwiają. Unikajmy kupowania produktów wysoko przetworzonych, pakowanych w plastik. Czytajmy etykiety, sprawdzajmy kosmetyki, czy nie są testowane na zwierzętach, wybierajmy takie, które są zero waste albo chociaż less waste.  Butelki tylko szklane, i jeśli jest możliwość to zwrotne. Woda z kranu, nigdy z plastiku. Ciuchy z second handów. Meble używane, odrestaurowane, z upcyclingu. Sprzęty – o ile to możliwe naprawiajmy, a nie wymieniajmy na nowe. Zamiast samochodu własne nogi, rower lub komunikacja publiczna. Zamiast samolotu – pociąg. Oszczędzajmy prąd. Oszczędzajmy wodę, która jest dobrem deficytowym. Nie odwracajmy głowy od praw zwierząt, od troski o środowisko i planetę. Pamiętajmy, że oddziałujemy na siebie, a skutki katastrofy ekologicznej uderzą najsilniej właśnie w w nas – kobiety, dzieci i zwierzęta. Równość, sprawiedliwość i potrzeba świata wolnego od cierpienia, o który walczymy jako feministki, musi być włączająca na wszystkich możliwych polach. Jeśli to nie nastąpi, to żadna to będzie  równość i żadna sprawiedliwość. A kiedy już to wszystko ułoży się w kompletny, spójny obraz, pamiętajmy, że mamy moc kształtowania tej rzeczywistości nie tylko przez nasze codziennie wybory konsumenckie, lecz także poprzez kształtowanie polityki, biernie i czynnie w niej uczestnicząc.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Strefa nazywana przez Erdoğana „strefą bezpieczeństwa” jest de facto strefą NIEbezpieczeństwa. Decyzją o wycofaniu wojsk amerykańskich z syryjskich terenów zamieszkałych przez ludność kurdyjską, Donald Trump pozostawia Kurdów – swoich niedawnych sojuszników – na pastwę wojsk tureckich. Strefa, która według Erdogana ma być miejscem, do którego wrócić mają przebywający na terenie Turcji syryjscy uchodźcy, od kilku dni jest polem bitwy, na którym z jednej stronie ginie ludność cywilna, z drugiej zaś więzienia, w których przetrzymuje się działaczy Państwa Islamskiego są bombardowane.

MRGA-underbombs

Apel społeczności Rojavy (Rożawy) z 9.10.2019 r.: Wobec wojny w północnej Syrii. Stanowisko „Make Rojava Green Again”

W lipcu 2019 r., podczas Obozu Dla Klimatu spotkaliśmy się z grupą wolontariuszy, realizujących w północnej Syrii wraz z lokalną społecznością projekt odbudowy bioróżnorodności na zniszczonych wojną terenach, próbujących stworzyć niezależność żywieniową dla tego regionu.

Nie może być zgody na realizowanie polityk rządów poprzez całkowitą destabilizację pokoju na Bliskim Wschodzie.

Poniżej zamieszczamy materiał z wrześniowego wydania Zielonych Wiadomości, którego tematem przewodnim był aktywizm klimatyczny. Materiał, który ze względu na aktualne wydarzenia, niebawem trafić może na półki archiwów aktywizmu.


Autonomiczny region w północnej i północno wschodniej Syrii, działający na zasadach bezpośredniej i uczestniczącej demokracji, deklaruje równouprawnienie kobiet, równość wyznaniową oraz ekologię jako jedną z podstaw swoich działań.  W 2017 roku grupa obcokrajowców, aby wesprzeć tamtejsze działania rozpoczęła kampanię “Make Rojava Green Again”, mającą na celu pomoc w odbudowaniu zniszczonego przez wieloletni konflikt środowiska i poprawy jakości życia zmęczonych wojną mieszkańców.

Rojava, czyli zachodni Kurdystan, a północ Syrii, to tereny zamieszkałe od lat przez ludność arabską, syryjską, kurdyjską oraz chrześcijańską. Na fali wiosny ludów z 2011 roku, Kurdowie po 40 latach przedłużającego się konfliktu z Turcją i licznych doświadczonych represjach przybyli na tereny Rojavy, aby tam budować swój nowy dom. Od wybuchu powstania w Syrii tamtejszy reżim blokuje jakikolwiek rozwój gospodarki w tym regionie, chcąc skłonić Kurdów do wycofania się. W ostatnich latach rząd zabraniał nawet sadzenia drzew, próbując tym samym zmusić lokalną ludność do migracji jako tania siła robocza do dużych miast takich jak Aleppo, Raqqa i Homs. Stawiając za priorytet jak najszybszy zysk, potrzebny do finansowania prowadzonej wojny, stosowano tam ogromne ilości pestycydów zatruwając tym samym glebę, wodę oraz powietrze. Sama ziemia w Rojavie jest jednak dla rewolucjonistów hojna i pozwala na uprawę podstawowych produktów. Oprócz warzyw także chleb i mięso są produkowane lokalnie, wszystko inne pochodzi z importu.

W ostatnich latach w wojnie z Państwem Islamskim wiele wiosek będących pod  kontrolą zaczęło bardzo mocno budować swoją świadomość i poczucie chęci autonomiczności. Coraz więcej grup dołączało do Rojavy, w pewnym momencie doprowadzając do punktu, w którym możliwym i potrzebnym było rozpoczęcie budowania wewnętrznych struktur – opowiada Martin, jeden z aktywistów działających w Rojavie.

Fot: Make Rojava Green Again

Martin i kilkunastu innych wolontariuszy od 2017 roku realizują w Rojavie kampanię „Make Rojava Green Again”. Kiedy przyjechali na miejsce długo rozmawiali  z mieszkańcami o tym, jak by mogła wyglądać ich pomoc. – Ekologia to temat, który dzięki dostępowi do wiedzy eksperckiej, kontaktom i funduszom mogliśmy najbardziej efektywnie wziąć pod nasze skrzydła. Również specyfika naszej działalności, w której co jakiś czas przyjeżdżają nowi wolontariusze, a część z nich wraca do swoich krajów odpowiada procesowi realizacji tego projektu. Wracając do siebie organizują wsparcie na miejscu, szukają dofinansowania, a także dbają o rozpowszechnienie informacji o tym co dzieje się na północy Syrii.

Dlaczego ekologia?

Powstały paradygmat opierający się na zasadach demokracji, równouprawnienia kobiet i ekologii pokazuje, że żadna ze składowych w tym systemie nie może istnieć bez drugiej. Nie ma demokracji bez kobiet zabierających w niej głos, nie ma ekologii bez stworzenia społeczeństwa opartego na zasadach równouprawnienia, gdzie każdy ma prawo dostępu do tych samych dóbr. Cały ten system inspirowany jest myślą Murraya Bookchina, twórcy ekologii społecznej, który funkcjonowanie społeczeństwa porównywał do procesów zachodzących w świecie roślin oraz podkreślał rolę natury i jej oddziaływania na jednostkę. Całość oparł na całkowitej samorządności i decentralizacji, aby całkowicie pozbyć się jakiejkolwiek dominacji – płciowej czy rasowej. Bezpośrednią inspiracją dla Kurdów była jednak postać Abdullaha Ocalana, lidera Partii Pracujących Kurdystanu, obecnie odbywającego karę dożywotniego więzienia na tureckiej wyspie Imrali, skąd od lat nawołuje do zawieszenia broni.

Założenia projektu

Jednym z podstawowych i realizowanych założeń projektu było stworzenie Akademii, jako instytucji odpowiedzialnej za budowanie świadomości ekologicznej wśród mieszkańców poprzez edukację i wspólne zakładanie oraz kultywowanie terenów zielonych. W 2018 roku założono przy niej szkółkę leśną, gdzie zasadzonych zostało blisko dwa tysiące drzew i pięćdziesiąt tysięcy innych sadzonek jadalnych roślin. Ponadto, wolontariusze projektu „Make Rojava Green Again” wspierają lokalny Komitet Naturalnej Ochrony i Reforestacji Rezerwatu Hayaka, gdzie planują zasadzić pięćdziesiąt tysięcy drzew przy brzegu jeziora Sefan w ciągu nabliższych pięciu lat.

Fot: Make Rojava Green Again

„Ludzie wyalienowani od natury, generują alienację w społeczeństwie i auto destrukcję, a  co za tym idzie jakiekolwiek działanie, które krzywdzi życie społeczności lub środowiska uważane jest za przestępstwo” – fragment konstytucji Rojavy

Główne wyzwania

Głównym problemem doskwierającym mieszkańcom Rojavay jest  dostęp do czystej wody. Turcja poprzez kontrolę nurtu trzech największych dopływających do Syrii rzek zasilających ich tamy, przyczynia się do postępującego osuszania terenów północnej Syrii, tym samym pozbawiając dostępu do wody lokalne społeczności. Po wybuchu rewolucji wszystkie porozumienia dotyczące regulacji ich przepływu poszły w niepamięć. Do tego stopnia, że w lipcu tego roku bez oficjalnego ostrzeżenia doszło do wypuszczania ogromnej ilości wody na zamieszkałe tereny doliny Tygrysu.

Fot: Make Rojava Green Again

Brak niezależności rozporządzania gospodarką wodną powoduje też odcięcie tych terenów od źródeł energii elektrycznej, którym jest tam system wodny. Turbiny nie mają wystarczającej ilości wody żeby się kręcić, psują się, a ekonomiczne embargo nałożone na Rojave nie pozwala na ich renowację. System irrygacyjny jest niemal całkowicie zniszczony przez wojnę. Do degradacji środowiska przyczynia się także wydobycie ropy naftowej, a sytuacja w rolnictwie pogarsza się poprzez postępujące tam pustynnienie. Kolejnym dużym problemem jest deforestacja związana z zakładaniem ogromnych monokultur zbóż i uprawą drzew oliwnych. Od samego początku, gdy syryjskie tereny wywłaszczane były od rządu przez lokalne kooperatywy, zobowiązywały się one do odbudowy różnorodności biologicznej, kultywacji hodowli bydła i sadzenia drzew w celu zachowania niezależności regionu. Jako “Make Rojava Green Again” staramy się wspierać ten proces poprzez uświadamianie lokalnych producentów o wadze różnicowania ich upraw.  Warto wspomnieć, że to właśnie rolnictwo daje mieszkańcom największe zatrudnienie. Wymiana żywności wśród producentów, a tym samym wzmocnienie niezależności regionu to jeden z naszych długodystansowych celów. W niektórych komunach ludzie zaczęli już pracować z ziemią bardziej kolektywnie, często oddanie terenów w ręce społeczności jest sposobem na ocalenie go od popadnięcia w nieużytek. Ludzie zdają sobie coraz bardziej sprawę z tego, że nie potrzebują właścicieli ani szefów, że mogą sami sprawiedliwie się organizować – opowiada Martin.

Dwa odcienie wody

Większa część wody zużywanej w gospodarstwach w Rojavie ląduje bezpośrednio w okolicznych rzekach, skąd pobierana jest następnie w celach zasilania pól, na których produkowana jest żywność. Brak systemu filtracji powoduje rozprzestrzenianie się licznych chorób oraz generuje dewastacje ekosystemów rzecznych.

System irygacji pól – Fot. https://makerojavagreenagain.org

Podział wody na szarą – spływającą z kranów i pryszniców oraz czarną – z toalet, pozwala na ponowne jej wykorzystanie wielu dziedzinach życia. Tak na przykład szara woda, ze względu na zawarte w niej środki myjące oraz organiczne pozostałości zawiera duże ilości fosforu, korzystnie wpływające na kultywację upraw. Takie rozwiązanie nie tylko zwiększyłoby plony, ale także pozwoliło na uwolnienie się od ograniczeń w dostępie do wody ze strony tureckiej. W przy pomocy filtracji przez specjalne sita, woda ta może być wykorzystywana do podlewania drzew, zaś przy oczyszczaniu jej metodą piaskową – upraw  warzywnych. Takie rozwiązanie zostało wprowadzone już w wielu miejscach w Australii.

Fot. Make Rojava Green Again

Tzw. czarna woda, w której skład wchodzą głównie ekskrementy zawiera dzięki nim, a w szczególności ludzkiej urynie duże ilości składników odżywczych (głównie nitrogenu) możliwych do użycia jako fertylizatory w rolnictwie. Jednak bez długiego okresu kompostowania może być używana tylko do nawadniania drzew, krzewów i zbóż przeznaczonych na paszę dla zwierząt. System całkowitej separacji dwóch typów wód pozwala na uniknięcie przedostawania się czarnej wody do obiegu związanego z konsumpcją człowieka, a tym samym rozprzestrzenianiu się chorób. Wydział Rolnictwa Uniwersytetu Południowych Chin potwierdza, że ludzkie ekskrementy od lat osiemdziesiątych stanowiły główne źródło nawozów w kraju, nadal utrzymując się na poziomie 30%. Od 2002 roku w Tanum w Szwecji (36 tys. mieszkańców) funkcjonuje system całkowitej separacji odpadów ludzkich, gdzie uryna gromadzona w specjalnych zbiornikach przekazywana jest jako nawóz dla lokalnych rolników. Zaś w Trosie, niedaleko Sztokholmu (11 tys. mieszkańców) czarna woda przechowywana jest przez sześć miesięcy, a następnie, gdy jej szkodliwość ulega zneutralizowaniu również dostarcza się ją dla okolicznych producentów żywności. Taki system jest jednym z długofalowych projektów realizowanych w Rojavie. Inwestycja wymaga jednak wsparcia wielu specjalistów oraz funduszy na jej realizację.

Energia od nowa, ale skąd?

Usytuowanie Rojavy między górami oraz obecność terenów mocno wystawionych na nasłonecznienie czyni ten region idealnym dla instalacji zarówno paneli słonecznych jak i turbin wiatrowych. Sama Akademia położona jest na zboczu, stwarzającym dobre warunki do produkcji energii wiatrowej. Mieszkańcy i wolontariusze apelują o pomoc naukowców, ekspertów, konstruktorów o wsparcie w realizacji tej części projektu.

Izolacja Rojavy ze względu na sytuację polityczną od sąsiadujących państw nie wpływa korzystnie na rozwój energetyki odnawialnej. Instalacja paneli słonecznych to pomysł chciałoby się powiedzieć idealnie pasujący do realiów tamtych terenów, jednak w tym momencie nie ma środków, ani nawet możliwości importu odpowiednich materiałów do ich budowy.

Życie codzienne w Rojavie

Komuna jest podstawową jednostką organizacyjną w demokracji konfederalnej. W praktyce tworzy ją około stu rodzin, czasem jest to po prostu jedna wioska. Regularnie rozmawiają o najważniejszych problemach codziennego życia ich społeczności, a każda komuna na poziomie mniejszych regionów ma swoich reprezentantów. Jest to zawsze kobieta i mężczyzna, najczęściej innego pochodzenia etnicznego bądź wyznania. Nie jest to żadna reguła, raczej naturalna, niepisana umowa w oparciu o zasady równości panujące w Rojavie. Jednocześnie funkcjonują tam jednostki nazywane komisjami, które odpowiadają biurom czy departamentom ds. edukacji, służby zdrowia, czy infrastruktury, których zadaniem jednocześnie jest bieżące komunikowanie społeczności o postępujących pracach. Ludzie zdali sobie sprawę, że poddawanie każdej najmniejszej decyzji pod głosowanie nie ma sensu, ufają swoim reprezentantom.– opowiada Martin.

Teraz społeczeństwo żyje w Rojavie trochę spokojniej. Prezentacje tureckich sił powietrznych nad głowami oraz pojedyncze ataki regularnie nadal jednak przypominają rewolucjonistom o trwającym konflikcie. Pomimo prób odbudowy miasteczek w celu powrotu do normalnego życia, napięcie i niepewność jutra towarzyszą mieszkańcom na co dzień.

Jak pomóc?

Najlepiej spakować plecak i wpaść do Rojavy! Także pisanie projektów o dofinansowanie, organizowanie zbiórek, rozpowszechnianie informacje o działaniach tamtejszej społeczności – to wszystko wartościowe cegiełki potrzebne w odbudowie życia społeczności Rojavy. Na stronie internetowej projektu można też znaleźć bieżące informacje odnośnie realizowanych tam działań oraz bezpłatnie pobrać książkę mówiącą o zielonej rewolucji w północnej Syrii.


Z historii regionu: Konflikt w Rojavie, znany również jako rewolucja w Rojavie, jest przewrotem politycznym, rewolucją społeczną i konfliktem militarnym w północnej Syrii, znanym jako Rojava. Podczas wojny domowej w Syrii koalicja arabska, kurdyjska, syryjska i niektóre grupy turkmeńskie dążyły do ​​ustanowienia Konstytucji Rojavy w de facto autonomicznym regionie, podczas gdy skrzydła wojskowe i sprzymierzone bojówki walczyły o utrzymanie kontroli nad regionem. Rewolucję cechuje znacząca rola kobiet zarówno na polu bitwy, jak i na nowo ukształtowaniu systemu politycznego, a także wprowadzeniu w życie demokratycznego konfederalizmu, formy demokracji oddolnej opartej na lokalnych zgromadzeniach i demokracji bezpośredniej.

Więcej:

https://en.wikipedia.org/wiki/Rojava_conflict

https://www.arte.tv/pl/videos/084989-000-A/syria-rozawa-kobieca-rewolucja/

Apel o kontakt i pomoc


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Mamy szóste wymieranie, a jego częścią jest owadzi Armageddon. Owady znikają na całym świecie. Znikają cicho, skutecznie zabierając ze sobą swoją darmową pracę.

Dwa lata temu opublikowano wyniki badania: w ostatnich 27 latach populacja owadów latających w niemieckich parkach narodowych i rezerwatach spadła o 80%. Z najbardziej chronionych obszarów zniknęły owady, które stanowią podstawę i zwornik ekosystemów. Mimo tego, że owady znajdowały się na terenie chronionym, za główny czynnik stojący za ich wymieraniem uważa się rolnictwo oparte na postępującej monokulturyzacji oraz pestycydach.

W tym roku opublikowano także wyniki metaanalizy szacującej spadek światowej populacji owadów na co najmniej 2.5 procent rocznie. To przerażający wynik, bo oznacza że jeśli sytuacja się nie polepszy (ani nie pogorszy!) światowa populacja owadów zniknie w ciągu 98 lat. Trudno sobie wyobrazić, jakie skutki przyniesie ich zniknięcie.

Według wspomnianego badania, już ponad 40% światowej populacji owadów notuje poważne spadki. To prawie połowa, a do tego dochodzi kolejna liczba: aż jedna trzecia światowej populacji owadów jest zagrożona; owady wymierają aż 8 razy szybciej niż ssaki, ptaki i gady.

Jak to wygląda w Polsce?

Nie wiemy. Żadna z polskich ekip rządowych nie stawiała do tej pory na ochronę zapylaczy. Nikt nie zapewnił finansowania na długofalowy program monitorujący ich populację. Trudno oczekiwać, że sytuacja różni się znacząco od sytuacji globalnej czy tej u naszych sąsiadów. Mamy dane odnośnie do populacji pszczół miodnych, aczkolwiek o nich także wiemy, że nie są prawdziwe – zbyt wiele martwych dusz w weterynaryjnych spisach (nie ma obowiązku wyrejestrowania pasiek przy zbyciu czy śmierci pszczelarza).

Tymczasem po latach braku aktywnej opieki nad zapylaczami, Polska wykonuje niestety zwrot w tył. W odpowiedzi na decyzję Unii zakazującej stosowania trzech neonikotynoidów, minister Ardanowski wprowadził czasowe zezwolenia na stosowanie najbardziej toksycznych neonikotynoidów w uprawach rzepaku (najbardziej atrakcyjnej dla zapylaczy uprawy towarowej w Polsce) i buraków cukrowych. Minister stawia sprawę jasno: chce więcej produkcji zwierzęcej, i chce żeby te zwierzęta były karmione śrutą rzepakową. Chce także więcej biopaliw. I dopóki rządzi polskim rolnictwem, będzie propagował neonikotynoidy w rzepaku, biopaliwa, więcej mięsa konsumowanego w Polsce i więcej mięsa na eksport. Dodaje do tego, ze nie powinno się mówić o wkładzie rolnictwa w zmianę klimatyczną. To fatalne wieści. Szczególnie, że żeby ocalić nasze ekosystemy i żeby zapewnić bezpieczeństwo żywnościowe, musimy dokonać kolejnej – tym razem prawdziwie – zielonej rewolucji.

Rolnictwo może funkcjonować bez toksycznych pestycydów, a nawet (np wg ONZ) powinno. Agroekologia – to sposób uprawiania rolnictwa, o którym za kilka lat będzie równie głośno, jak o odnawialnych źródłach energii. Do tego czasu musimy zrobić wszystko, co możliwe, aby pomóc pszczołom, które oprócz problemów z powodu toksycznych pestycydów cierpią z powodu chorób, braku odpowiednich pożytków, zmian klimatu oraz wielu innych czynników.

Zapylacze, w tym pszczoły miodne, dzikie pszczoły i inne owady, odgrywają kluczową rolę w produkcji żywności i produkcji rolnej w ogóle. Trzy czwarte upraw, trafiających na światowe rynki, jest w jakimś stopniu uzależnione od zapylaczy. Niestety te niezbędne dla człowieka owady mają obecnie poważne kłopoty.

Dysponujemy wieloma wynikami badań naukowych na poparcie tezy, że rolnictwo przemysłowe stanowi zagrożenie dla owadów zapylających, od których jest uzależnione. Wynika to z niszczenia różnorodności biologicznej i siedlisk stanowiących miejsca żerowania owadów oraz zdania się na toksyczne chemikalia w walce z chwastami i szkodnikami.

Zapylacze są stale narażane na kontakt z toksycznymi chemikaliami, w tym insektycydami, herbicydami i fungicydami. Nadal nie znamy wszystkich konsekwencji tego narażenia. Jednakże coraz więcej badań naukowych wskazuje, że pewne insektycydy są szczególnie szkodliwe dla zapylaczy, ponieważ wywierają negatywny wpływ na pojedyncze organizmy i całe kolonie. Jest to między innymi szereg związków z grupy tzw. neonikotynoidów.

Środki owadobójcze z grupy neonikotynoidów wprowadzono do użycia w połowie lat 90. ubiegłego wieku jako „łagodny” substytut starszych, bardziej szkodliwych substancji. Stosuje się je głównie jako zaprawy nasienne. W ostatnich dekadach ich użycie znacznie wzrosło, przez co stały się najpowszechniej stosowaną klasą insektycydów na całym świecie. Już w połowie pierwszej dekady XXI wieku naukowcy zaczęli wyrażać obawy, że neonikotynoidy mogą szkodzić organizmom niedocelowym, w szczególności pszczołom miodnym i trzmielom.

W odpowiedzi na zwiększającą się liczbę wyników badań potwierdzających tę szkodliwość Unia Europejska (UE) wprowadziła w 2013 roku częściowy zakaz stosowania trzech neonikotynoidów (imidakloprydu, klotianidyny i tiametoksamu), jak również innego insektycydu – fipronilu. UE ograniczyła szereg zastosowań, których szkodliwy wpływ na pszczoły potwierdził Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA). EFSA stwierdził jednak, że nie ma wystarczających danych naukowych, aby ocenić określone zastosowania pod względem ich wpływu na zapylacze inne niż pszczoły miodne.

Prezentacja Genetic Engineering w Hadze. Działacze Greenpeace częstują
popkornem z miodem. Pytają jak długo utrzyma się czysty popcorn i czysty
miód? Fot. © Greenpeace / Bas Beentjes Greenpeace

Od tamtego czasu społeczność naukowa, kierując się obawami opinii publicznej i polityków, z jeszcze większym zainteresowaniem bada możliwe przyczyny kryzysu zapylaczy, w tym wpływ stosowania określonych pestycydów.

Greenpeace zlecił Uniwersytetowi w Sussex, jednej z najważniejszych instytucji naukowych Wielkiej Brytanii, przeprowadzenie szeroko zakrojonego przeglądu badań naukowych wpływu insektycydów z grupy neonikotynoidów na zapylacze i środowisko w ogóle, których wyniki opublikowano od 2013 roku. Przeprowadzony przegląd potwierdził ryzyko rozpoznane przez EFSA w 2013 roku i umożliwił wykrycie kolejnych zagrożeń dla zapylaczy. Nowe badania wskazują w szczególności, że szkodliwość dla pszczół jest związana nie tylko z poddanymi zabiegom ochronnym roślinami uprawnymi, lecz również z zanieczyszczonymi roślinami dzikimi, wobec których nie stosowano neonikotynoidów. Niedawno uzyskane dane dowodzą ponadto, że neonikotynoidy stały się wszechobecne w środowisku, zanieczyszczając wody, gleby i naturalną roślinność. Uzyskano dowody, że środki te stanowią poważne zagrożenie nie tylko dla pszczół, lecz również dla wielu gatunków dziko żyjących owadów,w tym motyli, chrząszczy i owadów wodnych, pośrednio wywierając szkodliwy wpływ również na organizmy na wyższych poziomach łańcucha pokarmowego.

Te wyniki odzwierciedlają ubiegłoroczne wnioski EFSA, jednocześnie potwierdzając wcześniejsze odkrycia dotyczące ryzyka wobec pszczół i ujawniając nowe zagrożenia. Biorąc pod uwagę obecną wiedzę na temat neonikotynoidów, dalsze stosowanie tych środków chemicznych byłoby nieodpowiedzialne. Imidaklopryd, klotianidyna i tiametoksam, czyli trzy neonikotynoidy, których stosowanie zostało już ograniczone, zostały zakazane w Unii całkowicie. Wszystkie pestycydy powinno się poddać wnikliwym badaniom przesiewowym w kierunku oddziaływania na pszczoły, a następnie podjąć decyzje prawne dotyczące możliwości ich stosowania. W świetle powyższych informacji utrzymanie zakazu stosowania trzech wspomnianych substancji z grupy neonikotynoidów i fipronilu stanowi niezbędne minimum. Mamy nadzieję, że polski rząd nadal będzie wspierał takie rozwiązanie.

Jednak żeby Polska stała się krajem przyjaznym pszczołom, żebyśmy powstrzymali ich znikanie, musimy przyjąć systemowe rozwiązania na rzecz zapewnienia dobrych warunków owadom zapylającym. Oprócz całkowitego zakazania stosowania wymienionych insektycydów i wyraźnego „nie” , należy zainicjować proces wdrożenia Narodowej Strategii Ochrony Owadów Zapylających. Została przygotowana w demokratycznym procesie, w którym dzięki wsparciu Greenpeace naukowcy, pszczelarze i prawnicy stworzyli gotowy do wdrożenia plan ratowania zapylaczy – a z nimi naszej przyrody. Niestety, Ministerstwo Rolnictwa odmawia wdrożenia jej, a samo w przygotowanej propozycji nowej Krajowej Strategii Rozwoju Wsi i Rybactwa, owadom zapylającym nie poświęca ani linijki.

Narodowa Strategia Ochrony Owadów Zapylających, to zbiór długofalowych celów i działań w kompleksowym oraz wielo sektorowym ujęciu, tak aby polski system ochrony pszczół stał się modelowym przykładem ochrony owadów zapylających dla całej Unii Europejskiej.

Z apelem o stworzenie takiej strategii w 2016 roku zwróciły się do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi związki pszczelarskie oraz Greenpeace. Jej realizacja będzie działaniem korzystnym dla rolnictwa i przyrody, bo wprawdzie obecnie sytuacja owadów zapylających w naszym kraju nie jest jeszcze tak dramatyczna, jak np. w Stanach Zjednoczonych ani tak zła, jak w wielu krajach Europy Zachodniej, jednak pszczelarze napotykają coraz to nowe problemy, a obserwowane straty i osłabienie rodzin pszczelich rosną. Dotyczy to również pszczół dziko żyjących, z których już mniej więcej połowa znalazła się na Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce.

Musimy zadbać o to, aby nie doprowadzić sytuacji, w której pszczelarze, rolnicy i środowisko naturalne zapłacą wysoką cenę za utratę populacji pszczół miodnych oraz dziko żyjących. W ciągu ostatnich lat w Polsce obserwuje się wzrost udziału upraw zależnych od zapylania. Tym samym rola owadów zapylających, przede wszystkim pszczół, staje się coraz istotniejsza dla polskiego rolnictwa i niezmiennie istotna dla polskiej przyrody. W samym tylko roku 2015 wartość zapylania w Polsce wyceniono na ponad 4 miliardy złotych rocznie6. Wartość zapylania roślin dziko żyjących jest bezcenna.

Już czas, aby zdać sobie sprawę, że zastąpienie szkodliwych chemikaliów rzekomo „łagodnymi” substytutami w postaci neonikotynoidów nie jest zrównoważoną metodą zwalczania owadów niszczących uprawy. Trzeba przede wszystkim skoncentrować wysiłki na opracowaniu i wdrożeniu ekologicznych praktyk zapobiegania występowaniu owadów będących szkodnikami, a metody ochrony roślin uprawnych stosować tylko, jeśli szkodniki się pojawią. Wykazano, że rolnictwo ekologiczne, w którym zachowany jest wysoki poziom różnorodności biologicznej i nie stosuje się chemicznych środków ochrony roślin ani syntetycznych nawozów, umożliwia zwalczanie chwastów, chorób i szkodników roślin przy poprawie ogólnego stanu ekosystemów. Przestawienie się na metody agroekologiczne to jedyny sposób, aby ochronić zapylacze i zapewnić sobie ich bezcenne usługi z korzyścią dla nas wszystkich.

Minister przegrał w sądzie. Na razie wyłącznie sprawę o przyłączenie Greenpeace do postępowania w sprawie zgody na stosowanie neonikotynoidów. Zaskarżyliśmy decyzję i nie odpuścimy tej batalii.

Więcej pod adresem: www.adoptujpszczole.pl


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Czwarta rewolucja przemysłowa już do nas dotarła.
W jaki sposób progresywny obóz polityczny może odebrać kontrolę gigantom technologicznym – tak, by z jej pozytywnych skutków mogli korzystać wszyscy, a nie tylko kilku uprzywilejowanych?

Redaktor naczelny Green European Journal, Laurent Standaert, rozmawia z filozofką Rosi Braidotti o tym, jak coraz bardziej zrobotyzowany świat uczynić bardziej sprawiedliwym i włączającym. Zanim jednak to zrobimy musimy sobie odpowiedzieć na pytanie o to, co to znaczy być człowiekiem.

Laurent Standaert: Jesteś osobą, która bada przyszłość w teraźniejszości.

Rosi Braidotti: Patrzę na dzień dzisiejszy w sposób, w jaki robili to moi filozoficzni mentorzy i nauczyciele, tzn. patrzę na jego pochodzenie i pytam o to, jak doszliśmy do tego punktu. Weźmy genealogię psychoanalizy Foucaulta, w której analizował jej ewolucję i instytucje – od średniowiecznych więzień do przytułków, domów wariatów i psychiatrii. Zarówno on, jak i inni badacze pytali o to, jak dostrzec ziarno przyszłości w dniu dzisiejszym.

W jaki sposób wyłoniły się te nowe figury i kategorie dyskursywne, które potem przejęły kontrolę nad naszym życiem?

Popatrzmy na ewolucję nowej kategorii dyskursywnej – terrorysty – która wpłynęła na nasze życie, instytucje, idee i realizowane polityki, modelując społeczeństwo i wpływając na rozwój technologii.

W końcu to, co naprawdę istotne i ważne to to, gdzie jesteśmy w procesie stawania się. I wszystkim, którzy krytykują tę metodę jako będącą jedynie chwytem marketingowym czy powtarzaniem tego, co już robi się w działach badawczo-rozwojowych Google i laboratoriach innych korporacji, mówię „i co z tego?”. Nazywam to „argumentem z przyspieszenia” dla obozu progresywnego i lewicy.

Czy zostawimy wypracowanie strategii na przyszłość korporacjom, czy też obóz progresywny wpłynie na dominujące idee i przeciwstawi się trendom neoliberalnym? Gdy dział marketingu Google popycha nas w kierunku, którego podstawą jest wypracowywanie zysku i pewne określone spojrzenie na to, co oznacza bycie człowiekiem, my musimy popychać przyszłość w przeciwną stronę: demokratycznej partycypacji, solidarności czy sprawiedliwego podziału bogactwa.

Jakie są największe wyzwania dla postępowych sił politycznych, związane ze zrozumieniem i kontrolowaniem nowoczesnych technologii, które są dziś sprzedawane pracownikom jako zagrożenie, a obywatelom jako panaceum na bolączki demokracji i społeczeństwa?

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką lewica i siły progresywne powinny odrzucić, to dualistyczna metodologia, oparta na konstruktywizmie społecznym, która stała się naszym sposobem myślenia. Opiera się ona na dychotomiach. My i oni. Natura i kultura. Maszyny i ludzie.

Pomysł, że technologia i ludzkość są sobie przeciwstawne, jest szczególnie niedorzeczny. Poprośmy czytelników, którzy są przeciw technologii, aby wyłączyli wszystkie swoje urządzenia, a w zasadzie to je wyrzucili. Kiedy stawiamy sprawę w ten sposób większość z nas nie jest już tak bardzo przeciwna nowoczesnym technologiom. Nie możemy bez nich żyć, ponieważ nie są urządzeniami, tylko przedłużeniem nas samych.

Ta ogromna zmiana wiąże się z zagubieniem i generuje sprzeczne komunikaty lewicy co do technologii, wynikające głównie z braku lepszych pomysłów. To pomieszanie sprowadza się do myślenia, że smartfon, którym nagrywamy naszą rozmowę, jest czymś zewnętrznym wobec człowieka.

Czy zostawimy wypracowanie strategii na przyszłość korporacjom, czy też obóz progresywny wpłynie na dominujące idee i przeciwstawi się trendom neoliberalnym?

Czwarta rewolucja przemysłowa dzieje się na naszych oczach i jest wyjątkowa – zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym. Sztuczna inteligencja zastąpi miliony miejsc pracy, zmienia również porządek ekonomiczny. Zadaniem lewicy i obozu progresywnego powinno być zarządzanie tą zmianą, ponieważ dochodzi do polaryzacji zasobów, w wyniku której osoby na dole drabiny społecznej są na razie na straconej pozycji. Wymaga to poprawy sytuacji ludzi pozostawionych samym sobie z powodu szybkości i bezwzględności tej transformacji, ale także z powodu przestarzałych form oporu wobec niej.

Potrzebujemy elementarnego, XX-wiecznego modelu solidarności, ale on sam nie wystarczy, ponieważ rewolucja technologiczna postępuje, a wraz z nią jej skutki społeczne. Sieci obliczeniowe będą generowały ogromne zyski i ogromne nierówności w dostępie do nich. Pomysł, że nasze życie – zarówno społeczne, jak i ekonomiczne – są technologicznie zapośredniczone, oraz że dzień i noc używamy i tworzymy dane za darmo, zyskało nie lewicową, ale prawicową etykietkę, opatrzoną opisem „płać za to, czego używasz”.

Rozwojem technologicznych kieruje chęć osiągnięcia zysków. Musimy zmienić jego kierunek i uczynić z technologii powszechne i realizowane w praktyce prawo człowieka.

Martwi mnie, że obóz progresywny i lewica nie zgadzają się nawet co do diagnozy kontrolowanej przez nowoczesne technologie i zapośredniczonej przez nią sfery społecznej. Zdobycze tej zmiany zostaną z nami. Czwarta rewolucja przemysłowa, mimo wszystkich związanych z nią problemów to ekscytująca perspektywa. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie możemy mieć gospodarki przyszłości, idącej ramię w ramię z solidarnością i mechanizmami redystrybucji.

Jakich potrzebujemy do tego celu struktur zarządczych i instytucji?

Więcej Europy! Jej siła fiskalna i jedność są absolutnie konieczne, aby wprowadzić programy regulacyjne i redystrybucyjne. W ramach Unii możliwa jest redystrybucja dochodów, solidarność czy blokowanie monopolu Facebooka, Ubera, AirBnB i innych korporacji, którzy igrają z prawem w kwestiach podatkowych.

Kiedy UE poddała Facebooka ściślejszej kontroli za pomocą RODO, jego założyciel i prezes, Mark Zuckerberg, przeniósł w ciągu jednej nocy kilka miliardów kont z Irlandii na Florydę. To są Rockefellerowie i Guggenheimowie naszych czasów i musimy stawić im czoła. OECD przewiduje, że do 2030 roku roboty przejmą miliony miejsc pracy. Oznacza to, że już teraz musimy działać na poziomie unijnym.

Ludzie nie są głupi i będą wściekli, kiedy znikną ich miejsca pracy. Jeśli nie będzie odpowiedniej reakcji ze strony instytucji publicznych, wówczas zwrócą się w desperacji ku jakiemuś silnemu przywódcy radykalnej prawicy, aby rozwiązał ich problemy. Możemy tego uniknąć, jeśli będziemy twardo opowiadali się za redystrybucją naszego bogactwa i jeśli przeszkolimy ludzi z zasad nowej ekonomii.

Europejski model zarządzania zmianą jest jedynym, który może zadziałać. Tymczasem lewicowi eurosceptycy opierają swój dystans na XIX-wiecznym modelu ekonomicznym, podczas gdy prawica powraca do groźnego nacjonalizmu. To od obozu progresywnego i lewicy zależy stworzenie wiarygodnej alternatywy, która będzie zakorzeniona w teraźniejszości i przyszłości, a nie przeszłości.

Z tego co mówisz wydaje się, że lewica przegapiła zmiany, jakie zaszły w gospodarce i technologii.

Lewica przegapiła wczesne znaki ostrzegawcze dotyczące przemian kapitalistycznych lat 70. XX wieku, kiedy to Gilles Deleuze, Félix Guattari i inni postrukturaliści wyjaśniali, w kontekście politycznych wypadków Maja ’68, że kapitalizm się nie załamuje, tylko wygina i adaptuje. Paradygmat dialektyczny okazał się nieadekwatny: nie byliśmy w stanie (i nie możemy nadal) posługiwać się podziałem typu „my i oni”.

Poststrukturaliści mówili, że sami jesteśmy częścią problemu: kochamy naszą telewizję, kino, nowoczesną technologię. Te technologie nas uwiodły i zdominowały – tak, że w konsekwencji produkujemy coraz więcej informacji. Kapitalizm nie potrzebuje bazy przemysłowej, może wymyślać nowe produkty. To gospodarka przemysłowa odłączona od tej realnej.

Jeszcze w roku 1990 Guattari komentował w swojej pracy „Trzy ekologie” powstanie kapitalizmu informacyjnego. O osobach takich jak Donald Trump mówił, że są symbolami tej gospodarki. Lewica nie słuchała!

Dziś jednak technologia wchodzi w nasze życie dużo głębiej niż technologie informatyczne. Czasem odnosi się wręcz do samej jego struktury.

Rzeczywiście, zaawansowany kapitalizm opiera się na algorytmach i kodach biometrycznych. Wykorzystuje na swoją korzyść nasze życie. W tym sensie nie potrzebuje on do rozwoju zakotwiczenia w realnej gospodarce – źle opłacana praca nie jest jedynym źródłem jego wartości dodatkowej.

Aktualne spotkanie biologii i technologii oznacza, że bioekonomia przejmuje nasz system cielesny, począwszy od tego, co jemy, aż po metody leczenia. Sztuczne mięso to w tym kontekście nic nowego – możemy wytworzyć wystarczająco dużo tego produktu, by wyżywić nim Chiny.

Progresywne podejście do tematu polegałoby na przeprowadzeniu debaty, czy dobrze jest mieć nowy przemysł żywności „z próbówki” z umiarkowanymi cenami i otwartym dostępem, czy też lepsza jest agroekologia.

Ważne jest natomiast, aby nie zostawiać tych zdobyczy prawicy i nastawionym wyłącznie na zysk firmom. Czemu nie mielibyśmy wprowadzić biosocjalizmu? Teraz jest tak, że jeśli jeden z moich kolegów z wydziału nauk biologicznych opatentuje nowy rodzaj marchwi, będzie ona stanowiła jego własność. Jak to w ogóle możliwe?

Kto zdecyduje się na zerwanie z tym systemem i zaproponuje nowy paradygmat? Hakerzy? Ludzie od cyfrowych dóbr wspólnych? Piraci?

Grupy, o których wspomniałeś, ułatwiają tę zmianę, ale nie wydarzy się ona bez zaangażowania obywatelek i obywateli oraz poważnego wsparcia instytucjonalnego. To bardziej dalekosiężna zmiana, niż ta, którą podjęła UE przeciw gigantom technologicznym, lub RPA, podejmując działania przeciw firmom farmaceutycznym w sprawie dostępności leków na wirusa HIV.

Uniwersytety mają w niej do odegrania dużą rolę. Przejęcie uczelni przez myślenie neoliberalne jest niepowetowaną katastrofą – tym bardziej, że przez długi czas nie było przedmiotem krytyki. Uniwersytety stają się maszynkami do robienia pieniędzy. Od kiedy to muszą generować zyski i konkurować na wolnym rynku? Kiedyś miały status organizacji dobroczynnych, a teraz uczestniczą w monetyzacji wiedzy.

Uniwersytet jest wielowiekową instytucją, której model przetrwał ogromne rewolucje i zmiany – od prasy Gutenberga do komputera. Czy naprawdę muszą się teraz wzorować na bankach i korporacjach?

Naprawdę sądzisz, że możliwa jest szeroka debata publiczna nad tym, co oznacza bycie człowiekiem?

Tak, to co opisuję w moich książkach dotyczy właściwie obecnej gospodarki. Piszę o sposobach, na które sztuczna inteligencja i roboty coraz częściej zarządzają Amazonem, szpitalami, kwestiami od logistyki i procesów decyzyjnych po zabiegi chirurgiczne, opiekę nad starszymi ludźmi i bujanie niemowlęcymi kołyskami. Prezentuję moją wielką niezgodę z transhumanistami od Oxfordu po Dolinę Krzemową.

Przedstawiają oni postczłowieka w przyszłości, tak aby nie mówić o dniu dzisiejszym. Oksfordzcy naukowcy przenoszą dominującą w Dolinie Krzemowej formułę do świata badań naukowych. Ich teza głosi, że maszyny są szybsze i lepsze niż ludzki mózg i ciało, dlatego też potrzebujemy usprawnić człowieka, aby stał się konkurencyjny wobec maszyn. Kto jednak decyduje o tym, co mogą lub powinny on robić? Kto ma decydować o tym, kto ma zostać usprawniony – i jak bardzo – by stać się superinteligentym człowiekiem?

Oksfordzcy transhumaniści łączą swoje tezy z pojęciem liberalnego, jednostkowego sprawcy, który epistemologicznie jest humanistycznym, eurocentrycznym, męskim, heteronormatywnym, suwerennym odbiciem podmiotu.

Apeluję o coś zupełnie przeciwnego: czas porzucić liberalną jednostkę i wprowadzić nomadyczną podmiotowość oraz różnorodność. Odejście od konfrontacyjnego zestawienia człowieka, natury i maszyny jest sposobem na ustanowienie nowego, demokratycznego ładu.

Połączenie zebranych elementów rzeczywiście tworzy jednostkę, tyle że usprawnioną, transwersalną, połączoną i zapośredniczoną. Ta filozoficzna i zarazem polityczna wizja pozwala nam pogodzić się z technologią i znaleźć dla niej nowe zastosowanie, służące osiągnięciu korzyści dla społeczeństwa i planety.

„Postczłowiek” przekracza zatem technologię i transhumanizm?

Postczłowiek jest sposobem zaznaczenia, gdzie jesteśmy w tej ewolucji. Nie jest tak, że pewnego dnia staniemy się nagle postludźmi – to dziejący się na naszych oczach proces. Postczłowiek oznacza przesunięcie centralnej pozycji antropomorficznego mózgu jako generatora wiedzy.

Czwarta rewolucja przemysłowa definiowana jest przez konwergencję technologii: info-, geo-, bio- i nanotechnologii. Sztuczne mięso jest kombinacją komórek macierzystych, elementów neurologicznych i oczywiście dużej ilości komputerów. Sieć cyfrowa stanowi tu punkt wyjścia. Wszystko pozostaje ze sobą w styczności.

Ale nie możemy pominąć faktu, że wszystko to dzieje się w czasie tzw. szóstego wymierania. Potrzebny jest nam dziś łącznik między czwartą rewolucją przemysłową i szóstym wymieraniem. Nie możemy całkowicie przejść do kategorii postczłowieka jeśli trzymamy się starej koncepcji humanizmu, która wyklucza kobiety, feministki, rdzennych mieszkańców, obcokrajowców, uchodźców, naturę i zwierzęta.

Trudno nam objąć rozumem, co obecnie tracimy. Co jeszcze przestanie istnieć w najbliższym czasie? Czwarta rewolucja przemysłowa i szóste wymieranie są ciągle traktowane w oderwaniu od siebie. Moimi ulubionymi przykładami są tu bitcoiny i kryptowaluty. Cudowna technologia, tyle że istnieje wyliczenie, wedle którego sam blockchain zużywa tyle energii, ile cała Islandia. Czy zatem powinien istnieć?

Z perspektywy szóstego wielkiego wymierania, czwarta epoka przemysłowa wyglądać będzie jak samobójstwo, jeśli na serio nie zaczniemy zajmować się kwestią redystrybucji – zarówno wśród istot ludzkich, jak i poza nimi.

Powiedzenie dziś obywatelom, że klimat się zmienia, wszystko jest ze sobą połączone i należy się zaangażować w działanie – i to bez wywoływania masowej histerii – wydaje się utopijne. Zamiast tego obserwujemy straszliwą miernotę systemu politycznego, który nie chce przekazać nam wiadomości, że nie stać nas na czwartą epokę przemysłową. Nikt nie wnosi do dyskusji założeń radykalnej ekologii.

Brakuje nam wyliczeń kosztów i ryzyk, które stawiają naszą planetę w centrum. Kilka krajów podejmuje małe kroki, przyznając osobowość prawną naturze i broniąc rdzennych mieszkańców. Do listy dorzucić jeszcze można międzynarodowe prawo i konwencje, ale to nie zaprowadzi nas daleko. Mamy wiele do nauczenia się od wszystkich tych, którzy tak długo byli wyłączeni z pojęcia człowieczeństwa – od kobiet po rdzennych mieszkańców. Ci ostatni uprawiali ziemię przez tysiące lat, a zachodni humanizm doprowadził do ich zagłady w ciągu raptem 150 lat.

Czy jednak Dolina Krzemowa i zachodnie rządy chcą tego słuchać? Mamy do czynienia z odcieleśnioną, oderwaną od świata naturą najgorszych Europejczyków – zachodnią nauką w działaniu.

Rozwiązaniem jest tu dla mnie feminizm. Mówi on, że musimy nauczyć się żyć inaczej. Proszenie ludzi o to, by zmienili sposób życia wydaje się być proszeniem o zbyt wiele. Kapitalizm robi to tymczasem bez ustanku, likwidując miejsca pracy, niszcząc struktury rodzinne, dogłębnie zmieniając sposób w jaki żyliśmy i żyjemy. To z kolei jest dla nas w porządku, bo nazywa się postępem! Jeśli tymczasem prosimy ludzi, żeby zmienili coś w swoim życiu, to jest to utopia!

Podstawową lekcją feminizmu jest dociekanie w jaki sposób żyjemy i mówienie o tym z doświadczenia zanurzonego w rzeczywistości, a nie z czarnego pudełka, zwanego ludzką świadomością. Być zakorzenionym i odpowiedzialnym za planetę to również wkład teorii postkolonialnej. To krytyka globalizacji takiej, jaka jest obecnie sprzedawana – odcieleśnionego i abstrakcyjnego procesu, kapitału płynącego przez eter i Internet.

Nie jestem przeciwna gospodarce rynkowej: kapitalizm jest po prostu bardzo złym, niezrównoważonym jej typem.

Jak wyglądałaby Twoja Europa w roku 2049?

Zachowałaby swoje demokratyczne zdobycze i nie byłaby w stanie wojny z nikim. Miałaby dostępny dla wszystkich internet. Populację, która widzi technologię jako część tego co robi i jak żyje. Roboty byłyby włączone w jej działanie jako przyjaciele i współpracownicy. Byłoby to możliwe dzięki redystrybucji dochodów w trakcie czwartej rewolucji przemysłowej.

Widzę nowe formy rozumienia świata i ludzi pracujących mniej – będą potrzebowali mniej, ale za to będą zaangażowani na szczeblu lokalnym. Widzę też odrodzenie lokalności – społeczności będą dobrze funkcjonować, centra miast nie będą wymierały, a nikt nie będzie zostawiony samemu sobie.

Marzę o tym, by szóste wielkie wymieranie udało się cofnąć do roku 2030.

Jeśli brzmi to jak utopia to tylko dlatego, że do tej pory nie mieliśmy tej przestrzeni demokracji i solidarności, która pozwala na krytyczne myślenie. To będzie Europa, gdzie system ekonomiczno-polityczny nie będzie trzymał obywateli w niewiedzy. Instytucje będą pomagały obywatelom zrozumieć warunki ich wolności i ograniczenia.

Możemy zrobić wiele, by poprawić naszą zbiorową inteligencję, cieszyć się wzmocnionym, pełnym energii społeczeństwem oraz systemem, który nie tworzy kolejnych wykluczeń. Zbiorowa inteligencja daje nam nadzieję i z pewnością może pomóc odnieść się do prawdziwych problemów naszej planety i społeczeństw.

Artykuł „Rebooting Humanity: Blueprints for 2049” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Mateusz Urban


Zdj. Phasmatisnox na licencji CC BY 3.0


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Kampania wyborcza w Polsce znajduje się na finiszu. Nas interesują jak polskie partie polityczne traktują kwestie ekologiczne. Czy zmiany klimatu, transformacja energetyczna, tematy środowiskowe i czystego powietrza, wody, dobrostanu zwierząt, gospodarki odpadami, transportu czy polityki rolnej zajmują polityków w sposób, który zmusza ich do proponowania konkretnych konstruktywnych rozwiązań.

Prezentujemy opracowanie analityczne  grupy Ekowyborca przygotowane na bazie programów oraz odpowiedzi na ankiety rozesłane do partii.

  1. Ekologia w programie PiS
  2. Ekologia w programie Koalicji Obywatelskiej
  3. Ekologia w Programie Lewicy
  4. Ekologia w programie Konfederacji
  5. Ekologia w programie Polskiego Stronnictwa Ludowego

1. EKOLOGIA W PROGRAMIE PIS

Trzeba przyznać, że PiS potraktowało swoich wyborców poważnie i przygotowało program długi na ponad 200 stron, dlatego też ten tekst będzie dłuższy od pozostałych. Program PiS.

Dokument rozpoczyna się rozdziałem “Wartości” określający zasady, jakimi chce się kierować PiS. Nie znajdziemy tu nic o ekologii, poza fragmentem:

Jesteśmy przekonani, że dzisiaj należy chronić nie tylko klimat i środowisko naturalne, ale także ludzkie instytucje i dotychczasowe formy życia.

Umieszczono go w podrozdziale dotyczącym… rodziny. Widać więc, że zmiany klimatu czy degradacja środowiska nie należy do spraw najważniejszych dla partii. I choć w programie pojawiają się ekologiczne propozycje, niektóre zaskakująco sensowne, to program jako całość oceniamy jako niewystarczający czy wręcz szkodliwy dla środowiska i klimatu.

KLIMAT

W programie pojawiają się liczne zapewnienia, że PiS, że dba o klimat. Jednak patrząc na to, co partia ma na myśli, należy mieć wątpliwości.

W programie, jeszcze przed opisem tego, co partia zamierza zrobić jeśli wygra, wymienione są jej sukcesy (lub to, co sama uważa za sukcesy) z czasu ostatniej kadencji. I tutaj, jako przykład dbałości o klimat, PiS wymienia zorganizowanie COP24 w Katowicach i powstanie dokumentu „Katowice Rulebook”. Owszem, jest to pewien sukces dyplomatyczny, tym niemniej na tymże szczycie Polska usilnie starała się promować energetykę węglową (chociażby przez pamiętną ścianę z węgla przy wejściu czy wypowiedź prezydenta Dudy o tym że “spalanie węgla nie stoi w sprzeczności z ochroną klimatu”). Co w języku PiSu brzmi tak: „Polska jest państwem godzącym różne perspektywy i w praktyce implementującym ambitne zamierzenia proekologiczne z poszanowaniem własnych interesów społeczno-ekonomicznych.” Kuriozalne jest też to, że jako przykład dbania o środowisko na obszarach wiejskich podaje blokowanie budowy elektrowni wiatrowych.

Nie podobają się PiSowi również unijne regulacje na temat klimatu. Piszą: „(…) przyjęliśmy postawę renegocjacji pakietu energetyczno-klimatycznego w kierunku zagwarantowania interesów polskiego przemysłu i konsumentów”. Pakiet klimatyczny ma stanowić zagrożenie dla polskiej gospodarki, w tym górnictwa, oraz dla rynku energii. Partia chwali się też zablokowaniem unijnego porozumienia o neutralności klimatycznej do 2050, uzasadniając to ochroną interesów Polski i… dążeniem do sprawiedliwej transformacji.

Co w takim razie proponuje PiS dla klimatu? Oprócz zmian w energetyce, wsparcia dla transportu publicznego czy elektromobilności – o czym później – pojawia się na przykład program “Dobrostan Plus” (wcześniej zwany nieoficjalnie „Krową Plus”), nastawiony na promowanie lokalnego rolnictwa. W jego ramach dostaną wsparcie rolnicy, którzy karmią zwierzęta głównie paszą z własnego gospodarstwa, sprzedają je do uboju max. 50 kilometrów od miejsca hodowli i hodują świnie lub bydła własnego chowu (tzn. niesprowadzane z zagranicy). Te rozwiązania mają między innymi ograniczyć emisje CO2 z transportu. Na Dobrostan Plus ma być przeznaczone 30% lub więcej unijnych funduszy przeznaczonych na rozwój obszarów wiejskich. Warto dodać, że zgodnie z projektem Wspólnej Polityki Rolnej na lata 2021-2027 30% lub więcej środków przeznaczonych na rozwój wsi ma być przeznaczone na ochronę klimatu i środowiska (o czym wspomina sam program PiSu). Tak więc, tak czy inaczej rząd byłby zmuszony do wydania tych pieniędzy w podobny sposób. Sam program jest ciekawym pomysłem i na pewno krokiem w dobrą stronę, jednak brakuje tu całościowej refleksji na temat emisji CO2 z produkcji żywności, np. uwzględniając marnowanie żywności czy ograniczenie produkcji mięsa. W tym drugim przypadku jest wręcz przeciwnie – Dobrostan Plus ma doprowadzić do „korzystnej dla konsumentów obniżki cen produktów mięsnych”.

PiS chce również inwestować w efektywność energetyczną i modernizację ogrzewania. Budynki, w których świadczy się najważniejsze usługi publiczne, mają zostać doprowadzone do wysokich standardów efektywności energetycznej (nie wiemy niestety, jakich konkretnie). O budynkach prywatnych autorzy piszą: „Zwiększymy liczbę gospodarstw domowych podłączonych do efektywnych systemów ciepłowniczych (sprawność instalacji indywidualnego ogrzewania to najczęściej znacznie poniżej 65%, w przypadku ciepłowni i elektrociepłowni to 85%) oraz rozbudujemy system wysokosprawnej kogeneracji i ogrzewania gazowego. Dla obszarów o niskim poziomie urbanizacji alternatywą jest ogrzewanie elektryczne, ujęte w taryfie antysmogowej.” Do tej pory wsparciem dla termomodernizacji, wymiany kotłów i inwestycje w OZE w prywatnych domach były programy „Energia Plus” i „Czyste Powietrze”. Oba będą kontynuowane. „Czyste powietrze” ma objąć 3-4 mln domów jednorodzinnych (a więc 60-80%), co ma doprowadzić do 50% redukcji emisji z sektora bytowo-komunalnego do 2030. Porównując z raportem Banku Światowego, cel ten wydaje się nieco zawyżony, nawet zakładając że mówimy tu o 50% emisji tylko z domów jednorodzinnych. Według raportu, termomodernizacja i wymiana kotła w ubogich domach jednorodzinnych w całej Polsce (ok. 10% wszystkich) dałaby 58% ograniczenia emisji, a w pozostałych 42% – czyli ok. 44% w sumie, a mówimy tu o przeprowadzeniu zmian we wszystkich domach, nie w 80% czy 60% (choć oczywiście dom domowi nierówny, więc pewnie program obejmie te o gorszym standardzie energetycznym). Z kolei w raporcie ISCES  “Strategia walki ze smogiem”, według którego, gdyby przeprowadzić termomodernizację we wszystkich domach jednorodzinnych w Polsce i dostosować źrodła ciepła do potrzeb po modernizacji, zużycie energii na ogrzewanie spadłoby w nich o 57%. Biorąc grube przybliżenie, że emisja CO2 jest proporcjonalna do zużytej energii, cel wydaje się sensowny (o ile mówimy o 50% emisji z domów jednorodzinnych, nie całości). Więc nie wykluczamy, że różnice wynikają z przyjętej metodologii. Natomiast pozostaje pytanie, czy faktycznie uda się wdrożyć program na tą skalę. Dokument chwali się dotychczasowym jego sukcesem, jednak nie wspomina w ogóle o problemach z nim związanych – opóźnieniach w rozpatrywaniu wniosków czy konflikcie z Komisją Europejską (dotyczących m.in. udziału banków w projekcie) – ani o możliwych rozwiązaniach (choć trzeba wspomnieć, że rząd uczynił kroki w tę stronę). Patrząc po średnim tempie akceptacji wniosków z pierwszych 10 miesięcy, program musi znacznie przyspieszyć, aby objąć zamierzoną liczbę budynków.

Oprócz tego sposobem na walkę ze zmianami klimatu mają być lasy. PiS chce zwiększyć lesistość Polski do 33% do 2045 roku (w 2016 wynosiła ona 29,5 %). Poza tym, planowany jest dalszy rozwój Leśnych Gospodarstw Węglowych, które mają wyssać z atmosfery 1 milion ton CO2 przez 30 lat. Liczba ta może robić wrażenie, dopóki nie sprawdzimy, że Polska corocznie emituje ponad 300 mln ton CO2. LGW mogą być więc co najwyżej dodatkiem do innych działań proklimatycznych. Zalesianie samo w sobie nie jest w stanie powstrzymać zmian klimatu.

Jeśli chodzi o adaptację do zmian klimatu, to PiS chwali się Miejskimi Planami Adaptacji, przygotowanymi dla największych 44 miast: „ To jedyna inicjatywa w Europie, w której rząd wspiera władze samorządowe koordynując działania przystosowawcze do skutków zmian klimatu w kilkudziesięciu miastach jednocześnie.” Możliwe, że to prawda, ale jest to przynajmniej w części kwestia przyjętego modelu adaptacji. Na przykład w Niemczech czy Hiszpanii istnieją regionalne plany adaptacji, których u nas nie ma, oraz instytucje koordynujące współpracę między poziomem regionalnym a rządowym. Nota bene w takiej Hiszpanii do Porozumienia Burmistrzów dla Klimatu i Energii przystąpiło 2271 miejscowości, 583 z nich jest zobowiązane do opracowania planu adaptacji. Dla porównania, w Polsce do Porozumienia przystąpiły 74 miejscowości. Nie jesteśmy więc jakimś potentatem jeśli chodzi o adaptację miast do zmian klimatu. Swoją drogą PiS nazywa Miejskie Plany Adaptacji “przykładem działań na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym”, myląc adaptację z mitygacją. Aczkolwiek dobrze że plany w ogóle powstały.

Dalsze pomysły adaptacyjne to zwiększenie pomocy dla rolników w związku z suszą i innymi klęskami żywiołowymi (które nie zawsze są objęte ubezpieczeniami) czy walka z „betonozą” (a więc efektem miejskiej wyspy ciepła) przez zmiany w przepisach, czy inwestycje w retencję (niestety współistniejące z udrażnianiem rzek dla transportu, o czym piszemy dalej).

ENERGETYKA

Choć gdzieniegdzie program wspomina o zmianach w energetyce w kontekście emisji CO2 i zanieczyszczenia powietrza, to przede wszystkim skupia się na bezpieczeństwie energetycznym (które jest jednym z priorytetów wg PiS). Tutaj kluczowa jest zdaniem polityków dywersyfikacja źródeł energii. Dlatego PiS chce inwestować zarówno w OZE, atom jak i paliwa kopalne.

W zakresie paliw kopalnych, zapowiadana jest modernizacja bloków węglowych i budowa gazowych, a także wspieranie innych inwestycji związanych z paliwami kopalnymi takich jak gazociąg Baltic Pipe czy trwająca rozbudowa gazoportu w Świnoujściu. Fuzja Orlenu i Lotosu ma stworzyć potężny polski koncern paliwowy. Odnośnie górnictwa, program mówi o „restrukturyzacji” i „ratowaniu”, ale nie o (sprawiedliwej bądź nie) transformacji czy odchodzeniu od węgla.

Jeśli chodzi o OZE, to tutaj priorytetem będzie energetyka wiatrowa na morzu. Wsparciem dla OZE na lądzie mają być już rozpoczęte programy „Energia Plus” (w tym tzw. pakiet prosumencki), „Czyste Powietrze”, „Mój Prąd” (wspierający domowe instalacje fotowoltaiczne) i „Polska Geotermia Plus”. Niestety, jak już wspominaliśmy, energetyka wiatrowa na lądzie jest przez PiS traktowana jak zagrożenie dla środowiska. Pamiętajmy, że w 2018 minister Tchórzewski zapowiadał złomowanie wiatraków. Natomiast w 2016 PiS wprowadził tzw. ustawę antywiatrakową, zawierającą m.in.„regułę 10h”: wiatraki mogą znajdować się nie bliżej niż dziesięciokrotność swojej wysokości od budynków mieszkalnych. Od tego czasu rozwój energetyki wiatrowej w Polsce praktycznie się zatrzymał. Patrząc po programie, trudno się spodziewać że ta regulacja zostanie zniesiona.

Elektrownie atomowe w 2035 mogą dać ok. 10% całkowitej produkcji elektryczności (nie wiemy, dlaczego autorzy używają słowa „mogą”, czyżby nie byli pewni, czy uda się im zrealizować plany?). W latach 2040-2043 ten udział ma wzrosnąć do 20%. Zainstalowana moc „może” wynosić 10 GW, tyle samo ile jest planowane dla morskich farm wiatrowych w tym samym czasie. Niestety, nie podano innych liczb charakteryzujących miks energetyczny, nie wiemy więc, jaki będzie udział procentowy wszystkich OZE, a jaki paliw kopalnych. Zgodnie z Polityką Energetyczną Polski (PEP) 2040 przyjętej w zeszłym roku PiS planuje 27% OZE w 2030 roku, natomiast nieznane są cele w przyszłych latach. Łącznie więc mówimy o ok. 50% ze źródeł niskoemisyjnych do 2040 roku, a reszta prądu w domyśle pochodzić będzie z gazu ziemnego i węgla. Tym samym plan PiS trzeba ocenić jako dużo mniej ambitny od propozycji opozycji.

ZANIECZYSZCZENIE POWIETRZA

Jako przykłady własnych działań w tej sprawie PiS podaje program „Czyste powietrze”, oraz rozporządzenia dotyczące kotłów i jakości paliw. Warto jednak dodać, że, choć partia obwinia za bezczynność w sprawie smogu poprzedni rząd, sama z początku nic nie robiła w tej sprawie (czy wręcz powiększała problem, np. podnosząc progi informowania o zanieczyszczeniu powietrza).

Dalsza walka ze smogiem będzie się odbywała w ramach wymienionych już wcześniej działań: wsparciu dla termomodernizacji i OZE m.in. w ramach programów „Czyste Powietrze” i „Mój Prąd”.

TRANSPORT PUBLICZNY

Ten temat nie pojawia się w kontekście zmian klimatu, ale jest istotny (prawie 30% emisji CO2 z UE pochodzi z transportu). PiS rozważa go bardziej w kontekście wykluczenia komunikacyjnego i jakości życia. Zwraca uwagę, że 13,8 mln Polaków żyje w gminach bez zorganizowanego transportu publicznego. Przywracanie zredukowanych wcześniej połączeń autobusowych było elementem tzw. Piątki Kaczyńskiego ogłoszonej przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. W czasie następnej kadencji, PiS chce zapewnić, żeby w odległości max. 2 kilometrów od każdej polskiej wsi (wyłączając te położone w trudnym terenie) znajdował się przystanek kolejowy lub autobusowy z możliwością co najmniej 5 połączeń dziennie do najbliższego miasta powiatowego. Z miast powiatowych ma być min. 10 połączeń dziennie do miast wojewódzkich. Planowany jest też program wsparcia zakupów nowych autobusów dalekobieżnych. Zmiany mają nastąpić również na kolei – PiS planuje rozbudowywać sieć kolejową włączając miejscowości z powyżej 10 tys. mieszkańców dotychczas do niej nie należące.

ELEKTROMOBILNOŚĆ

Elektromobilność jest zdaniem PiSu „jedną z flagowych branż polskiej polityki rozwojowej”. Dlatego ma zyskać na planowanych programach wspierania innowacji. Brakuje jednak konkretów, mowa tylko o „wspieraniu rozwoju elektrycznego transportu publicznego” i „inwestycjach w stacje ładowania”.

ROLNICTWO

Na samym początku rozdziału o rolnictwie pada zdanie: „Popieramy rolnictwo przyjazne środowisku, chroniące bioróżnorodność i dobrostan zwierząt, jako alternatywę dla niekorzystnego dla środowiska i dla zdrowia ludzi intensywnego rolnictwa przemysłowego.” Jak to się realizuje w praktyce? Warunkiem otrzymania pomocy w „Dobrostanie Plus” będzie nie tylko lokalność produkcji, ale też na przykład „rozgęszczenie” hodowli (co ma faworyzować małe gospodarstwa, przeciwstawione hodowli przemysłowej). Jednym z warunków dofinansowania jest też nieużywanie pasz GMO (co jest uzasadnione sprowadzaniem ich zza granicy, czyli emisją CO2 z transportu). Wsparcie dla gospodarstw ekologicznych ma się zwiększyć również poza programem „Dobrostan Plus”, aczkolwiek tutaj dokument nie zawiera szczegółów. W sumie PiS chce dążyć do podwojenia liczby gospodarstw ekologicznych oraz pomocy dla nich. Rodzinne (niekoniecznie ekologiczne) gospodarstwa rolne mają dodatkowo być chronione specjalną ustawą.

Jak to się ma do praktyki za kadencji PiS? Na przykład wbrew opiniom naukowców i zakazowi Komisji Europejskiej Jan Ardanowski, tuż po objęciu stanowiska ministra rolnictwa, w ekspresowym tempie wydał zgodę na używanie neonikotynoidów – substancji owadobójczych uznanych za niebezpieczne dla pszczół.

Co ciekawe, PiS chyba jako jedyna partia poza Zielonymi wspomina w programie o degradacji gleby, planując ogólnopolski program regeneracji zakwaszonych gleb przez wapnowanie.

GOSPODARKA WODNA

Tutaj PiS chwali się przyjęciem we wrześniu 2019 „Programu przeciwdziałania niedoborowi wody na lata 2021–2027 z perspektywą do roku 2030”, w ramach którego planowana jest budowa zbiorników retencyjnych i stopni wodnych, renaturyzacja rzek i odtwarzanie mokradeł, co ma zwiększyć zatrzymywanie odpływu wody z rzek z 6,5 % do 15 %. PiS planuje też pozyskać środki z UE na wsparcie małej retencji.

Jednocześnie jednak planowane jest przystosowanie rzek (w tym Odry, Wisły, Narwi i Bugu) dla żeglugi śródlądowej. To jest złym pomysłem zarówno w kontekście suszy, jak i powodzi. Dodatkowo spowodowałoby to szkody środowiskowe, m.in. w nadwiślańskich obszarach Natura 2000. Propozycja ta spotkała się z więc z krytyką ze strony środowisk ekologicznych i naukowych jak np. Koalicja Ratujmy Rzeki.

Inną kontrowersyjną inwestycją jest przekop Mierzei Wiślanej, w dokumencie wychwalany i nazywany „realnym i symbolicznym przedsięwzięciem pokazującym zmianę polityki zagranicznej Polski” czy „decyzją podjętą suwerennie przez rząd Polski.”, jednak wielokrotnie krytykowany od strony ekologii jak i ekonomii.

GOSPODARKA ODPADAMI

PiS deklaruje chęć walki z „mafią śmieciową”, pożarami wysypisk i szarą strefą. Jako swoje sukcesy na tym polu wymienia m.in. zakaz przywożenia do Polski odpadów przeznaczonych do unieszkodliwienia i odpadów komunalnych (z wyjątkiem tych przeznaczonych do recyklingu), czy zobowiązanie firm przetwarzających odpady do posiadania monitoringu wizyjnego. Zapowiada powstanie Bazy Danych o Odpadach, w której ma być zarejestrowany każdy odpad. To ma umożliwić śledzenie tego, co się dzieje z odpadami od wytworzenia, przez transport do zagospodarowania, i zlikwidować handel pustymi kwitami.

Aby polepszyć jakość recyklingu w Polsce, ma zostać wprowadzona kaucja na opakowania , zgodnie z zasadą: „zwracasz opakowanie – dostajesz kaucję”. Koszt organizowania zbiórki i przetwarzania odpadów ma być poniesiony przez producentów, co ma sprawić że mieszkańcy zapłacą mniej za wywóz śmieci. PiS wyznacza sobie następujące cele, jeśli chodzi o odsetek ponownie przetwarzanych odpadów: 55% w 2025, 60% w 2030, 65% w 2035. Zaraz potem podaje, że ilość składowanych odpadów komunalnych ma spaść do 10% w 2035. Nie do końca wiemy jak to interpretować – co z pozostałymi 35%? Być może 65% dotyczy odpadów jako całości, razem z np. odpadami przemysłowymi, a być może te 35% mają być spalane. Nie możemy stwierdzić, która interpretacja jest prawdziwa.

Warto tu dodać, że cele PiS odnośnie przetwarzania odpadów wynikają wprost ze zobowiązań wynikających z regulacji unijnych.

PRAWA ZWIERZĄT

Na ten temat PiS nie mówi wiele. Temat pojawia się co najwyżej przy okazji programu „Dobrostan Plus”, który ma promować „humanitarne metody uboju”. Co to znaczy? Wiem tylko, że nie będzie to ubój rytualny, co ma dać pewność, że mięso nie będzie na eksport (bo mięso z uboju rytualnego jest w prawie 100% eksportowane). Wpływ na dobrostan zwierząt mają mieć też inne wymagania w ramach programu skierowanego do rolników, jak na przykład hodowla świń na ściółce czy lokalność (a więc mniej stresu związanego z transportem). Wsparcie dla takich mniejszych hodowli nie wpłynie też w żaden sposób na sytuację zwierząt w dużych fermach przemysłowych.

Poza tym kontekstem, kwestie praw zwierząt nie pojawiają się w obecnym programie.

Przed wyborami w 2015 r. PiS obiecywał nowelizację Ustawy o ochronie zwierząt i wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futra (Jarosław Kaczyński wystąpił nawet w spocie Vivy!), miał być też zakaz uboju rytualnego, wykorzystywania zwierząt w cyrkach i zakaz trzymania psów na łańcuchach. Nic z tego nie zostało uchwalone. Polska jest “liderem” zarówno w uboju rytualnym na eksport, jak i hodowli zwierząt na futra. Przyjęto jedynie podwyższenie kar za znęcanie się nad zwierzętami: podwyższenie maksymalnych kar za zabijanie zwierząt – niezgodnie z przepisami – lub znęcanie się nad nimi z 2 lat do 3 lat pozbawienia wolności, a w przypadku dokonywania takich czynów ze szczególnym okrucieństwem, z 3 do lat 5. (choć to nie był główny problem, ważniejszym jest skuteczne odnajdywanie sprawców i wydawanie wyroków bez zawieszenia). Wprowadzono też (bardzo dobrze!) orzekanie zakazu posiadania zwierząt i pracy ze zwierzętami w przypadku skazania za szczególnie okrutne znęcanie się nad nimi.

Na plus należy zaliczyć ograniczenie przywilejów myśliwych (zakaz uczestniczenia w polowaniach dla dzieci, zakaz szkolenia psów myśliwskich na żywych zwierzętach). Niestety nie wprowadzono np. zakazu polowań na ptaki.

Obrońcy praw zwierząt mogą więc czuć się zawiedzeni polityką PiS. Dużo więcej obiecywano, ale potem, pod naciskiem lobby hodowców i myśliwych, temat ochrony zwierząt został odsunięty na margines. Wybijanie dzików jako główna metoda “walki” z ASF, zakusy, by wznowić polowania na wilki czy łosie, czy wreszcie niszczenie środowiska bez liczenia się z innymi gatunkami – to stale budzi protesty.

PODSUMOWANIE

Podsumowując, w ekologicznych elementach programu PiS jest mało konkretnych rozwiązań, a dużo ogólników i retoryki. Czasem pokrętnej i szkodliwej, jak w przypadku ochrony środowiska przed wiatrakami czy zapominaniu o słowie „transformacja” w wyrażeniu „sprawiedliwa transformacja”. Tym niemniej, znajdują się w nim także sensowne propozycje, mogące świadczyć o tym, że waga tematyki klimatycznej powoli się przebija do świadomości polityków tej partii – ale nie mamy tyle czasu, żeby czekać, aż faktycznie się przebije.


2. EKOLOGIA W PROGRAMIE KOALICJI OBYWATELSKIEJ

Ponownie nie analizujemy całościowego programu i skupiamy się na wątkach ekologicznych. Jeśli chodzi o konferencję programową z 6 września, to trzeba przyznać mocny pro-ekologiczny wydźwięk, głównie dzięki przemowie Małgorzaty Tracz, dwójki z list KO we Wrocławiu i przewodniczącej Zielonych. Ekologia została też ewidentnie wyróżniona jako jeden z sześciu głównych punktów programowych – coś, czego zabrakło np. na konwencji programowej Lewicy.

Warto zaznaczyć tu, że tuż po konferencji programowej Koalicji Obywatelskiej, Partia Zielonych zorganizowało drugą konferencję ‘uzupełniającą’ o dalej idących postulatach.

Koalicja Obywatelska zaprezentował więc niewątpliwie rozszerzony program ekologiczny, ale znów zachodzi pytanie: Czy postulaty usatysfakcjonują wyborców? Jest na pewno lepiej niż np. program Platformy Obywatelskiej cztery lata temu, ale ekowyborca nadal może mieć sporo zastrzeżeń.

ZAPOBIEGANIE ZMIANOM KLIMATU I ENERGETYKA

Ponownie zaczniemy od polityki klimatycznej, która znów wydaje się za mało ambitna wobec nadchodzącej katastrofy.

Jak już pisaliśmy, świat musi zredukować emisje wobec 2010 roku o 55% do 2030 roku (do 2050 roku mamy osiągnąć zeroemisyjność), jeśli mamy spełnić cele klimatyczne założone w raporcie IPCC z 2018 roku. Co prawda emisje w Polsce są o ok 30% poniżej poziomu z 1990, stało się to w wyniku transformacji politycznej i zamknięciu przemysłu ciężkiego. Obecnie emisje są na poziomie bliskim tego z 2010, a co gorsze, od kilku lat rosną.Tu niestety czeka nas zawód: Program Koalicji Obywatelskiej niestety nie jest tak ambitny jak program ich koalicjanta, czyli Zielonych, a do tego szybko wyszła na jaw niespójność postulatów.

W zakresie energetyki, która w Polsce wytwarza ok. 39% gazów cieplarnianych, trudno jednoznacznie ocenić jakość postulatów. Z jednej strony ostała się deklaracja totalnego odejścia od węgla do 2040 roku (czego nie ma np. w programie Lewicy, chociaż politycy tego komitetu często mówią o dacie granicznej 2035 roku). Realizacja tego postulatu jest jak najbardziej zgodna z celami klimatycznymi, jest jednak jedno wielkie ale… Program Koalicji zakłada program 3×10, czyli po 10 GW energii słonecznej, energii wiatrowej lądowej i morskiej w ciągu 10 lat. To łącznie ma zwiększyć udział energetyki odnawialnej do ponad 33% w perspektywie 10 lat. Tu jest identyczny problem z deklaracjami Lewicy: liczby się nie spinają. Jeśli po 2029 roku nie dojdzie do przyspieszenia programu OZE jej udział w energetyce będzie ok. 47% w 2035 roku (wobec 50% w programie Lewicy) i 58% w 2040 roku. Tym samym, jeśli Koalicja Obywatelska postuluje odejście od węgla do 2040 roku to skąd brakujące ok. 40% energii?

Są więc trzy opcje: budowa elektrowni atomowych, spalanie gazu ziemnego lub radykalnie przyspieszenie transformacji w latach 2030-2040. W Latarniku Wyborczym na stwierdzenie “Polska powinna przyspieszyć budowę elektrowni atomowej” Koalicja odpowiada “Nie”, dodając “Koalicja Obywatelska chce by energetyka węglowa została zastąpiona przez tańszą i bardziej efektywną energetykę odnawialną.” Natomiast na temat dwóch pozostałych rozwiązań KO nie wypowiada się ani w Latarniku, ani w programie.  Tak czy inaczej w obecnej formie trzeba mówić o postulatach, które nie spinają się logiczną całość.

Trzeba tu zaznaczyć jednak, że Lewica przynajmniej deklaratywnie twierdzi, że nie będą otwierane nowe kopalnie węgla, ani nie będzie importowany węgiel czy gaz ziemny, natomiast jako kandydatka na premiera Małgorzata Kidawa-Błońska wspominała tylko o zakazie budowy nowych kopalń. Tym niemniej Koalicja Obywatelska zobowiązała się do przeznaczenia 100% wpływów ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 na inwestycje w OZE oraz zapowiada budowę inteligentnej sieci elektroenergetycznej.

Tak jak w przypadku Lewicy, możemy popatrzeć również na zdania poszczególnych koalicjantów. Odnośnie największego z nich, Platformy Obywatelskiej, nie posiadamy żadnych dodatkowych informacji. Od .Nowoczesnej dostaliśmy odpowiedź na nasz kwestionariusz, w której twierdzą “Nasze propozycje są w tym zakresie [tj. energetyce] zbieżne z programem Koalicji Obywatelskiej.” i podają następujący skład miksu energetycznego energetycznego: w 2035 40% z węgla, 50% z OZE i 10% z gazu, natomiast w 2050  0 % z węgla, 80-100 % z OZE i 0-20 % z gazu. Jeśli faktycznie ich program miałby być spójny z programem KO, potrzebne byłoby przejście z 40% do 0% węgla w ciągu 5 lat, co wydaje się mało prawdopodobne. Dalej w kwestionariuszu .Nowoczesna deklaruje “Polska musi stać się krajem o emisjach netto na zerowym poziomie najpóźniej w 2050 roku.”, jednak jest to sprzeczne z cytowaną wyżej wypowiedzią dopuszczającą czerpanie 20% energii z gazu (chyba że mówimy o Power2Gas albo zakładamy jakieś ujemne emisje które mogłyby to zrównoważyć). Z drugiej strony, .Nowoczesna dostrzega też problem emisji CO2 z innych sektorów gospodarki, deklarując: “Strategię dekarbonizacji energetyki należy uzupełnić o strategie dekarbonizacji transportu, przemysłu, sektora komunalnego i rolnictwa. Wszystkie te dziedziny generują w Polsce znaczące emisje i bez ich wyeliminowanie nie ma szans na neutralność klimatyczną.”

Z kolei w programie Zielonych z 2018 roku widnieją cele min. 70% zaopatrzenia w energię finalną (czyli wliczając energię w transporcie i ciepłownictwie) z OZE do 2050, 20% do 2020 roku (to się już raczej na pewno nie uda – w samej energetyce OZE wytworzyły 12.7% energii w 2018) i 50% w 2030. W naszym kwestionariuszu doprecyzowują swoje cele jeśli chodzi o samą energetykę. W 2035 chcieliby prądu produkowanego zupełnie bez użycia węgla, optymalnie ze 100% OZE, dopuszczając jednak do 15% energii z gazu. Na rok 2050 deklarują 100% OZE, odwołując się do programu prof. Jana Popczyka. Wybudowane wcześniej bloki gazowe mają docelowo działać na gaz z Power2Gas.  Do tego Zieloni mówią o pokryciu 50-100% kosztów gminnych programów inwestycji w produkcję i oszczędzanie energii.

DEKLARACJA DLA GÓRNEGO ŚLĄSKA

W rozbudowanym dziale ekologicznym Koalicji Obywatelskiej pojawił się jeden dziwny fragment, czyli „Deklaracja dla Górnego Śląska”, gdzie pada takie stwierdzenie: „Nie będziemy zamykać kopalń, dopóki będzie w nich węgiel, a koszty wydobycia pozwolą na utrzymanie godnego życia górników i ich rodzin. Nie będziemy zamykać elektrowni węglowych, dopóki będą w stanie pracować.”

Ów fragment szybko zyskał popularność w sieci i doczekał się nawet Razemowego mema. Jednak wbrew pozorom nie ma tutaj akurat tak wielkiej sprzeczności z postulatami odejścia od węgla do 2040 roku, choć musi wzbudzać sceptycyzm zwrot typu „nie będziemy zamykać elektrowni węglowych, dopóki będą w stanie pracować.” Wygląda to na próbę ugłaskiwania elektoratu górniczego na Dolnym Śląsku.

Jeśli chodzi o sam węgiel, warto pamiętać, że według samej branży w obecnie działających kopalniach węglowych zabraknie węgla do 2035 roku, a przy planowanej stopniowej redukcji zużycia cel 2040 rok wydaje się sensowny. Tym niemniej nie sposób nie poddać krytyce wypowiedzi np. Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która w publicznych deklaracjach stawia ochronę kopalń, dopóki opłacalne jest wydobywanie w nich węgiel, jako cel nadrzędny wobec możliwie szybkiego odejścia od węgla w energetyce. Nawet jeśli kopalnie wyczerpią się zanim osiągnie się zeroemisyjną energetykę, hierarchia priorytetów jest tu niewłaściwa.

W przypadku polskich elektrowni trzeba nadmienić, że ponad połowa z nich ma ponad 35 lat i już w najbliższych latach część będzie zamykana ze starości (ba, na 90 bloków węglowych 70 już pracuje dłużej niż zakładano). Przy rozsądnej, ale i radykalnej transformacji energetycznej, można większość elektrowni stopniowo zastępować czystymi źródłami energii. Sytuacja ma się gorzej z nielicznymi nowymi blokami w Turowie, Bogatyni czy Jaworznie, które w 2040 rok będą miały zaledwie nieco ponad 20 lat i daleko im będzie do końca użyteczności.

SPRAWIEDLIWA TRANSFORMACJA

W “Deklaracji dla Górnego Śląska” pada takie stwierdzenie: “Zaproponujemy stabilny plan transformacji przemysłowej Śląska i innych regionów węglowych, min. w oparciu o środki unijne z Platformy Węglowej. Zostanie on stworzony wspólnie nie tylko z górnikami, ale ze wszystkimi pozostałymi pracownikami branży energetycznej. “

.Nowoczesna w naszym kwestionariuszu dodaje: “Dochody ze sprzedaży uprawnień do emisji zapewnią znaczne środki finansowe które pozwolą nie tylko na duże inwestycje w infrastrukturę dla nowego systemu energetycznego, ale też programy rozwojowe i osłonowe dla regionów zależnych dziś ekonomicznie od energetyki opartej na węglu i kopalniach. Inwestycje w efektywność energetyczną i programy zwalczania ubóstwa energetycznego pozwolą na łagodne dla najwrażliwszych grup przejście przez proces transformacji.”

Dla Zielonych, według naszego kwestionariusza, “transformacja musi być sprawiedliwa albo jej nie będzie w ogóle”. Tu, oprócz tworzenia nowych miejsc pracy w regionach powęglowych, mówią o reformie podatkowej, która ma obciążyć podatkami negatywny wpływ człowieka na przyrodę, a uzyskane środki przeznaczone zostaną na redukcję nierówności.

ADAPTACJA DO ZMIAN KLIMATU

Koalicja zapowiada kompleksowy program walki ze skutkami suszy. Ewidentnie dostosowała tu optykę do postulatów Zielonych, a nawet czuć w tym ich język (nieraz zbyt ekspercki). Tym samym komitet zapowiada wstrzymanie programów regulacji rzek oraz ich renaturyzację. Do tego doprowadzą do zaprzestania melioracji odwadniającej na terenach podmokłych, nakażą małą retencję w lasach i podejmą kompleksowe działania w zakresie retencji wód w miastach. Retencja wody ma zostać zwiększona z ok. 5% do co najmniej 15%. Podobny cel zadeklarował PiS, jednak jednocześnie zapowiadając szkodliwy program przystosowania rzek do transportu.

Ponadto, KO zapowiada stworzenie Funduszu Klęskowego dla Wsi i Rolnictwa mającego “skupić rozproszone obecnie środki pomocowe z przeznaczeniem na klęski żywiołowe.”.Nowoczesna w naszym kwestionariuszu rozszerza te propozycje o przystosowanie ochrony zdrowia na większą liczbę pacjentów cierpiących wskutek upałów, oraz przekazanie samorządom środków na przygotowanie i wdrożenie lokalnych planów adaptacji.

Zieloni z kolei proponują między innymi zmianę modelu rolnictwa na oparty na małych i średnich gospodarstwach, a szczególnie na certyfikowanym rolnictwie ekologicznym i agroleśnictwie, co zdaniem partii jest jedynym sposobem na zapewnienie Polsce długofalowego bezpieczeństwa żywnościowego.

SMOG, ENERGOOSZCZĘDNOŚĆ, PROSUMENCKOŚĆ

Koalicja Obywatelska już w lipcu ogłosiła ambitny program wymiany pieców węglowych, które za pomocą prawa i systemu dotacji mają być całkowicie wyeliminowane do 2030 roku. Dla porównania, Lewica chce zamontowania bezemisyjnych instalacji grzewczych w 2 milionach domów do 2035 (w Polsce jest ok. 5 milionów domów jednorodzinnych), a PiS mówi o objęciu 3-4 mln. domów programem “Czyste Powietrze” (który zakłada wymianę pieca, termomodernizację i budowę instalacji OZE, ale niekoniecznie rezygnację z węgla). Koalicja zapowiada przy tym inwestycje w pompy ciepła czy w kompleksową modernizację systemu ciepłowniczego, a także ogólnopolski program termomodernizacji, uwzględniający problem ubóstwa energetycznego oraz nowe standardy cieplne dla nowych i starych domów.

Ponadto, podczas niedawnej debaty o smogu, Gabriela Lenartowicz z Platformy Obywatelskiej skrytykowała PiSowski program “Czyste Powietrze” za brak podstawy prawnej oraz finansowania określonego w budżecie bądź ustawach. Program antysmogowy KO ma być wolny od tych problemów. Zgodnie z wypowiedziami kandydatki w tej i innej debacie, finansowanie ma wynosić 0.5% PKB, tak jak w napisanym przez nią w 2017 projekcie ustawy.

W programie poruszano też kwestie energii prosumenckiej. Tu Koalicja obiecuje mechanizm preferencyjnych pożyczek dla firm i obywateli chcących inwestować w przydomowe odnawialne źródła energii – panele słoneczne, przydomowe wiatraki i i pompy ciepła.Odnośnie smogu, Nowoczesna w naszym kwestionariuszu proponuje dodatkowo wzmocnienie kontroli samochodów i surowsze kary za jazdę pojazdami niespełniającymi norm i ogólne ograniczenie ruchu samochodów w miastach kosztem pieszych, rowerów i transportu publicznego.

Natomiast w odpowiedzi Zielonych na nasz kwestionariusz zawarty jest kompleksowy i szczegółowy program antysmogowy, obejmujący nie tylko dopłaty do wymiany ogrzewania czy nowe standardy w budownictwie, ale także np. ulgi podatkowe dla pojazdów elektrycznych, całkowite wycofanie pojazdów emitujących spaliny do 2035.

W zakresie wsparcia prosumentów, Zieloni planują zmianę prawa i programów jak „Mój Prąd”, tak żeby stały się istotnym elementem polityki państwa. Pomoc mają zapewnić zero procentowe kredyty dla ogółu społeczeństwa, a także częściowe lub całościowe dofinansowanie dla osób biedniejszych. Zmiany mają spowodować, że z wsparcia będą mogły korzystać też wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe, a spółdzielnie energetyczne będą mogły się rozwijać zarówno w miastach, jak i na obszarach wiejskich.

GOSPODARKA ODPADAMI

To jeden z silnych punktów programu Koalicji Obywatelskiej, chociaż nie tak szczegółowo ujęty jak w przypadku np. Prawa i Sprawiedliwości.

Politycy Koalicji po pierwsze chcą wprowadzić system kaucji za butelki i depozytu za opakowania plastikowe. W tej wielkiej przemianie kluczową rolę miałyby odegrać instytucje publiczne, które dawałyby przykład np. w zakresie korzystania z opakowań wielorazowych czy biodegradowalnych.

W tym kontekście do programu Koalicji wkradł się termin “zero waste”, dotychczas obecny chyba tylko w partiach niszowych. Do tego pojawił się postulat zakazu importu śmieci, zapewne wskutek coraz bardziej gorszącego procederu dzikich czy płonących wysypisk.

Na pytanie z naszego kwestionariusza o gospodarkę o obiegu zamkniętym .Nowoczesna  odpowiada wspominając o regulacjach prawnych mających wymusić wielorazowość, naprawialność i kompozytowość produktów. “Należy narzędziami regulacyjnymi wpływać na rynek, by niekonkurencyjne stały się produkty jednorazowe, trudne do przetworzenia lub ponownego wykorzystania oraz o wysokim śladzie węglowym” – piszą.

Odpowiedź Zielonych utrzymana jest w podobnym duchu, choć jest nieco bardziej szczegółowa. Mowa tu o przenoszeniu ciężaru podatków z opodatkowania pracy na opodatkowanie surowców, wprowadzeniu odpowiednich systemów certyfikacji, odpowiedzialności producentów za usuwanie odpadów czy ekologicznych kryteriach w zamówieniach publicznych. Tłumaczą, że ważniejsze od poprawiania samego recyklingu jest zmniejszenie ilości odpadów oraz poprawienie ich jakości, tak aby recykling był łatwiejszy.

LASY

Koalicja ogłosiła hasło „Zielona Polska” i zapowiada koniec z betonozą, ale też strategie zadrzewiania terenów miejskich oraz nieużytków rolnych. Są zapowiedzi ochrony lasów i powołania nowych lub rozszerzenia obszarów istniejących parków narodowych (w porozumieniu z lokalnymi społecznościami), jednak jedynym konkretem jest spełnienie postulatu zmiany całej Puszczy Białowieskiej w park narodowy. Dla porównania Lewica ogłosiła ochronę 10% lasów polskich.

Konkrety znajdziemy za to w postulatach Zielonych, którzy chcą m.in. zwiększenia obszaru parków narodowych o ok. 360% i zasadzenia miliona hektarów nowych lasów (kilkukrotność obszaru Puszczy Białowieskiej) do 2025 roku.

PRAWA ZWIERZĄT

Tutaj doszło niewątpliwie do pewnych przełomów. Platforma Obywatelska, raczej dotychczas przychylna myśliwym, zaakceptowała do programu postulat ewidentnie wzięty od Partii Zielonych, czyli zakaz polowań na ptaki.

Jeszcze większym skokiem programowym jest stwierdzenie, że „Przemysłowa hodowla zwierząt jest jednym z głównych źródeł emisji gazów cieplarnianych. Jej ograniczenie jest niezbędne ze względów klimatycznych, zdrowotnych i etycznych.” Nie idą za tym zapisem jednak żadne konkretne deklaracje, poza zapisem o potrzebie wsparcia mniejszych gospodarstw rodzinnych, rolnictwa ekologicznego i innowacyjnego.

Do tego (podobnie jak na Lewicy) mamy zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrku czy likwidację ferm futrzarskich. Nie pojawił się za to w ogólnym programie Koalicji postulat powołania Rzecznika Praw Zwierząt – aczkolwiek znalazł się on w deklaracji programowej Zielonych.

TRANSPORT

Temat transportu akurat nie pojawił się w dziale ekologii, tylko gospodarki. Jest więc co prawda mowa o przyspieszeniu rozbudowy i modernizacji systemu dróg, ale też powraca znany z ruchów ekologicznych postulat „Tiry na tory”, czyli zapowiedź przekierowania ciężkiego transportu na kolej.

Do tego zapowiadana jest rozbudowa węzłów komunikacyjnych i odbudowa systemu połączeń kolejowych czy autobusowych. W tym celu Koalicja zapowiada powstanie 314 powiatowych centrów komunikacyjnych.

Dodajmy też, że program Koalicji dostrzega duży potencjał wodoru jako nośnika energii – ma być “prawdopodobnym fundamentem światowej transformacji energetycznej” i “zrewolucjonizować transport”. Jednak, aby produkować wodór przy użyciu energii odnawialnej, potrzebne są nadwyżki tejże energii, a tego program KO nie gwarantuje. Tym niemniej warto ten punkt zauważyć jako zapowiedź inwestycji w nowoczesny przemysł przyszłości.

Jak już wspominaliśmy, Zieloni są za całkowitą eliminacją pojazdów spalinowych do 2035. W naszym kwestionariuszu dodają: “Potrzebny jest ambitny program dla redukcji emisyjności transportu, wprowadzający preferencje dla kolei i transportu publicznego, ale też stopniowe ulokalnianie gospodarki, eliminując niepotrzebne przewożenie towarów, które mogą być produkowane lokalnie (np. produkty żywnościowe dla szkół i szpitali od lokalnych rolników).”

EDUKACJA

KO postuluje rozszerzenie edukacji ekologicznej w szkołach.

PODSUMOWANIE

W programie Koalicji Obywatelskiej znalazło się sporo ekologicznych postulatów, część z nich z pewnością zaczerpniętą z programu Partii Zieloni. Bardzo dobrze (najambitniej ze wszystkich komitetów) wypada program walki ze smogiem. Nieco gorzej jest niestety z polityką klimatyczną. Pojawia się co prawda deklaracja odejścia od węgla do 2040, ale nie jest jasne jak Koalicja chce osiągnąć ten cel i czy w ogóle ma na to jakiś plan. Tutaj na tle całej KO wyróżnia się plan Zielonych, zakładający odejście od węgla do 2035 i pełną zeroemisyjność energetyki w 2050. Z pewnością możemy więc polecić kandydatów tej partii wyborcom, którzy zgadzają się z modelem 100% OZE (tych preferujących udział energii atomowej w miksie zachęcamy do zapoznania się z postulatami Lewicy, szczególnie Lewicy Razem).


3. EKOLOGIA W PROGRAMIE LEWICY

Program Lewicy, czyli komitetu wyborczego Sojuszu Lewicy Demokratycznej wspólnie z Wiosną Roberta  Biedronia i Lewicą Razem, został ogłoszony w sobotę 24 sierpnia.

My jak zwykle skupiamy się na ekologii. Jak wypadł ten temat na samej konwencji? Raczej poniżej oczekiwań. Na tematy klimatu i ekologii zahaczyli właściwie tylko Beata Maciejewska (jedynka z list Lewicy w Gdańsku z ramienia Wiosny) oraz Robert Biedroń.

Poznaliśmy jednak główne postulaty Lewicy odnośnie tematów ekologicznych, a w międzyczasie komitet uzupełnił o kolejne zapisy, np. w sprawie suszy. Czy postulaty usatysfakcjonują wyborców? Z tym różnie bywa.

ZAPOBIEGANIE ZMIANOM KLIMATU I ENERGETYKA

Świat musi zredukować emisje wobec 2010 roku o 45% (do 2050 roku mamy osiągnąć zero emisyjność), jeśli mamy spełnić cele klimatyczne założone w raporcie IPCC z 2018 roku. Po początkowych sukcesach w redukcjach emisji w wyniku transformacji politycznej w Polsce, od kilku lat emisje w Polsce rosną i obecnie są ok. 30% poniżej poziomu z 1990 roku.

Czy program Lewicy odpowiada na te potrzeby? Sam w sobie raczej nie. Zawarte w nim zapisy są mniej hurraoptymistyczne niż program Wiosny (całkowite odejście od węgla do 2035 roku), natomiast daleko im do kompleksowości rozwiązań Razem.

Największym emitentem gazów cieplarnianych w Polsce jest energetyka (ok. 39%), a tutaj Lewica zakłada średnio ambitny plan pozyskiwania min. 50% energii ze źródeł niskoemisyjnych do 2035 roku. Nie ma jak dotychczas oświadczeń odnośnie daty odejścia od węgla, ale przy takim tempie rozwoju energetyki odnawialnej węgiel będzie spalany jeszcze w latach 2040+, chyba że zostanie zastąpiony gazem naturalnym.

Dla porównania zarówno Polskie Stronnictwo Ludowe jak i Partia Zieloni zakładają o wiele ambitniejszy cel, czyli min. 50% energii z OZE do 2030 roku – o pięć lat szybciej. Sama Koalicja Obywatelska (do której należą wspomniani Zieloni) zakłada rozwój OZE w tempie odrobinę wolniejszym niż Lewica, ale w przeciwieństwie do niej deklaruje odejście od węgla do 2040 (aczkolwiek są tu pewne nieścisłości – opiszemy to dokładniej w tekście o KO).

Oprócz tego Lewica planuje uniezależnić Polskę od gazu z importu i zakazać importu węgla (na konwencji była mowa o zakazie importu fatalnej jakości węgla, w programie — o zakazie importu węgla w ogóle). Skąd więc będzie pochodzić nawet do 50% energii w 2035 roku, skoro ani gaz, ani węgiel nie będzie importowany? Z nowych odkrywek węgla brunatnego? Nie, bo Lewica postuluje też powstrzymanie budowy kolejnych odkrywek. A więc z rodzimego gazu łupkowego i węgla kamiennego? A może to “uniezależnienie się od gazu z importu” nastąpi dopiero po 2035? Program nie udziela odpowiedzi i rodzi podejrzenie, że jest wewnętrznie sprzeczny.

Tym niemniej, podane w dokumencie postulaty należy raczej potraktować jako plan minimum. Poszczególne partie Lewicy różnią się zdaniem w niektórych kwestiach. “Są sprawy, w których uzgodniliśmy wspólny program, ale są też takie, w przypadku których pozwoliliśmy sobie na protokół rozbieżności.” – powiedział Adrian Zandberg w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Jedna z nich dotyczy energii jądrowej. “Koleżanki i koledzy z Wiosny uważają, że w ciągu najbliższych lat dokona się przełom technologiczny, jeżeli chodzi o magazynowanie energii.” – tłumaczył Zandberg – ”W związku z tym możliwe miałoby być płynne przejście do energetyki w stu procentach opartej na odnawialnych źródłach energii. W Razem uważamy, że politykę energetyczną trzeba planować w ostrożniejszy sposób, więc OZE powinna wspierać energetyka atomowa.”

Razem opisuje swoje poglądy na energetykę w osobnym tekście na swojej stronie. Wynika z niego, że partia jest zdecydowanie przeciwko gazowi jako paliwu przejściowemu i za stawianiem tylu OZE ile to tylko możliwe, jednak jest nieco sceptyczna wobec fotowoltaiki. Pisze: “Fotowoltaika może być istotnym czynnikiem na rzecz elektrooszczędności w budynkach w miastach i gospodarstwach domowych poza miastami. Nie zostanie ona jednak powszechnym źródłem pozyskiwania energii dla całego systemu elektroenergetycznego — z uwagi na szerokość geograficzną, na której się znajdujemy, osiągnięcie współczynnika wydajności powyżej 11-12% jest nierealne”. Razem stwierdza też, że Polska potrzebuje co najmniej dwóch elektrowni jądrowych. Kiedy zostaną wybudowane?  “Uruchomienie pierwszego reaktora jądrowego w Polsce w 2030 teoretycznie jest nadal możliwe, patrząc na czasy budowania APR-1400, ale realistycznie istotny udział energii jądrowej w polskim miksie będzie możliwy dopiero w 2040 i 2050.”  stwierdzają. Być może więc, że w wizji Razem przynajmniej część “dziury” w polityce energetycznej Lewicy będzie załatana przez energetykę atomową. Na rok 2050 planowany jest zupełnie bezemisyjny miks energetyczny: “Dzięki inwestycjom w efektywność energetyczną jako kluczowy priorytet zakładamy, że zapotrzebowanie na energię w 2050 będzie wynosić ok. 210 TWh rocznie. Zakładając 2 elektrownie jądrowe, po 4 bloki 1,4 GW każdy, daje to ok. ~45 TWh rocznie z energii jądrowej. Do tego 50 TWh z wiatru na morzu, 80 TWh z wiatru na lądzie, 15 TWh z fotowoltaiki, 10 TWh z biogazowni i 10 TWh z hydroelektrowni (MEW).”

SLD jeszcze niedawno było niezbyt ambitne w kwestiach klimatycznych. W programie z 2017 proponuje „wsparcie dla polityki klimatycznej, przy jednoczesnej jej renegocjacji w stronę ochrony energetyki węglowej.” Wygląda jednak na to, że partia zmienia poglądy. W odpowiedzi na nasz kwestionariusz (podobne wysłaliśmy też do Razem i Wiosny, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi) SLD podało, że do 2035 planuje całkowite odejście od węgla, z 40% energii wytwarzanej z gazu (w tym, choć nie wiadomo w jakiej części, z biometanu i gazu z Power2Gas, które technicznie rzecz biorąc powinny także być uznane za OZE), a 60% z OZE. Natomiast w 2050 planowane jest 100% OZE, w tym 40% to bezemisyjny gaz i inne nośniki chemiczne. Dodatkowo, partia twierdzi, że Polska osiągnie neutralność klimatyczną w latach 40 XXI wieku. W pomysłach SLD widać pewną rozbieżność z postulatem uniezależnienia się od gazu z importu – w końcu ono nastąpi, jednak o ile nieodnawialny gaz w 2035 nie będzie polskim gazem łupkowym, będzie on sprowadzony z zagranicy.

Wiosna w programie na wybory europejskie miała deklarację odejścia od węgla do 2035. Nie został od tego czasu opublikowany nowy program Wiosny, musimy więc skupić się na wypowiedziach pojedynczych polityków. I tak Krzysztof Śmiszek  i Robert Biedroń utrzymują postulat o odejściu od węgla do 2035. Katarzyna Ueberhan na debacie w Poznaniu jako datę odejścia od węgla podała nawet 2030. Dariusz Standerski powiedział: “W latach 2035-2050 polska energetyka powinna opierać się w 75% na OZE. Pozostałe 25% musi zostać uzgodnione podczas dojrzałej dyskusji, również z opinią publiczną. Musimy pamiętać o rozwoju technologicznym.” O 75% OZE w 2035 wspomniał również Maciej Gdula.

Tak więc, choć istnieją znaczne rozbieżności między trzema członkami Lewicy, ich zapowiedzi są zasadniczo zgodne z założeniem zeroemisyjności w energetyce do 2050 roku.

ADAPTACJA DO ZMIAN KLIMATU

Na konwencji 24 sierpnia nie pojawił się ani temat suszy, ani ogólnie adaptacji do zmian klimatu. Jednak później Lewica opublikowała “Pakiet przeciw suszy”. Postuluje jest wprowadzenie powszechnego systemu ubezpieczeń plonów. Dodatkowe składki na ubezpieczenia na wypadek suszy i innych ekstremalnych zjawisk pogodowych będą dla małych i średnich rolników w pełni opłacane przez państwo. Oprócz rekompensat Lewica chce aktywnie przeciwdziałać suszy.. Środki na wspieranie małej retencji mają być znacząco zwiększone. Jedna piąta przychodów z gospodarki leśnej ma być przeznaczone na Fundusz Dzikiej Przyrody, który ma się zająć m.in. zalesianiem nieużytków czy odtwarzaniem mokradeł. Lewica zamierza również wspierać renaturalizację rzek (co ma nie tylko polepszyć retencję, ale i chronić przed powodzią). Dostrzega też negatywny wpływ kopalni odkrywkowych na warunki wodne w okolicy – na co odpowiada wspomniany już postulat powstrzymania budowy nowych odkrywek węgla brunatnego. Natomiast odpowiedzią na problem miejskiej wyspy ciepła ma być koniec z “betonozą”: wspieranie miejskiej zieleni i określenie “minimalnego udziału powierzchni biologicznie czynnej w każdym kwartale”. Dodatkowo, Lewica wspomina o modernizacji wodociągów i kanalizacji, tak aby nie powtórzyła się sytuacja ze Skierniewic, gdzie oprócz upałów przyczyną braku wody była przestarzała instalacja wodociągowa.

W odpowiedzi SLD na nasz kwestionariusz znajdują się dodatkowe propozycje adaptacji do suszy dla rolnictwa: “powinno się stosować międzyplony i płodozmian, skończyć z rozrzutnym stosowaniem chemii rolniczej czy wprowadzać uprawę bezorkową”. SLD jest także za zmianą wspólnej polityki rolnej, tak aby dopłaty promowały mniejsze gospodarstwa, dbające o długoterminowy dobrostan gleb, bioróżnorodność i retencję.

SMOG, ENERGOOSZCZĘDNOŚĆ, PROSUMENCKOŚĆ

Lewica zapowiedziała też pewne elementy kompleksowego programu antysmogowego i energooszczędnościowego, jak dofinansowanie wymiany 2 mln pieców węglowych w ciągu 15 lat. Jak stwierdził Robert Biedroń na konferencji: „Będziemy mieli w Polsce najbardziej czyste powietrze w tej części Europy.” Tu warto zauważyć, że w przypadku wymiany pieców cel jest mniej ambitny niż zapowiedzi Koalicji Obywatelskiej, która deklaruje całkowite wyeliminowanie pieców węglowych do 2030 roku.

W programie poruszano też kwestie energii prosumenckiej i deklarowano kompleksowe uproszczenie przepisów związanych z tą energetyką (domowe OZE). Pojawiły się też postulaty odnośnie modernizacji sieci energetycznej czy termomodernizacji. W naszym kwestionariuszu SLD stwierdza dodatkowo, że nowe budynki powinny powstawać w “standardzie prawdziwie zeroenergetycznym”.

SPRAWIEDLIWA TRANSFORMACJA

W “Zielonym pakcie dla Polski” Lewica deklaruje, że “transformacja energetyczna nie może oznaczać biedy i bezrobocia.” Regiony węglowe mają stać się centrami technologicznymi rozwijającymi “zielone” technologie czy sztuczną inteligencję, co ma zapewnić setki nowych miejsc pracy. W programie Wiosny z wyborów do europarlamentu jest mowa o 200.000 nowych miejscach pracy w sektorze OZE oraz programach dostosowawczych dla górników i pracowników elektrowni. SLD w naszym kwestionariuszu dodaje, że sama transformacja jest tak potężną inwestycją, że miejsc do pracy będzie raczej nadmiar, nie tylko przy samych OZE, ale np. przy termomodernizacji budynków.

TRANSPORT

W kontekście walki ze zmianami klimatu i smogiem ważne jest upowszechnienie transportu publicznego i zmniejszenie ruchu samochodowego, zarówno w miastach jak i poza nimi. Ten drugi był w Polsce systematycznie zaniedbywany.

Lewica chce tę sytuację poprawić. „Kolej w każdym powiecie, autobus w każdej gminie” —  deklarują, dodając że pełną siatkę połączeń lokalnych we wszystkich gminach stworzą w ciągu sześciu lat. Jest to porównywalne z celem obecnym w programie PiS: maksymalnie 2 kilometry z każdej wsi od przystanku.

W odpowiedziach SLD na nasz kwestionariusz pojawia się też postulat walki z wycinaniem filtrów DPF przez zmiany regulacji czy transformacja systemu transportowego w miastach w kierunku czystych źródeł energii na wzór Kopenhagi.

LASY

Tu pojawiła się pewna nowość jeśli chodzi o postulaty w Polsce, czyli Pakiet dla Lasów i bardzo ambitny cel, żeby co najmniej 10% lasów było wolnych od ingerencji człowieka. Postulat zapewne został zaczerpnięty z Niemiec, gdzie to hasło robi wciąż niezłą karierę polityczną.

Pakiet dla Lasów jest częściowo zbieżny z propozycją Zielonych, czyli Cała Polska Pełna Parków Narodowych, którzy wołają o potrojenie wielkości parków narodowych w Polsce z 1% powierzchni Polski do 3% oraz do powiększenia obszarów Natura 2000 do 25% powierzchni kraju. Powiększenie terenów parków narodowych postulują też Konfederacja oraz Koalicja Obywatelska, chociaż brak tu konkretnych deklaracji, jeśli chodzi procentowe ilości / przyrosty.

Ewentualna wątpliwość wobec postulatu Lewicy może dotyczyć tego, że lasy to nie jedyne obszary zasługujące na ochronę i brak ingerencji ludzkiej (np. mokradła, bagna, jeziora, rzeki), tym niemniej sam cel jest ambitny i godny poparcia. Warto też dodać, że Lewica deklaruje przeznaczenie 20% przychodów z gospodarki leśnej na Fundusz Dzikiej Przyrody, która zajmie się zalesianiem nieużytków i odtwarzaniem mokradeł, więc ten temat nie został przez nich zignorowany.

PRAWA ZWIERZĄT

W tym temacie pojawiają się mocne deklaracje, zaczerpnięte zarówno z programu Wiosny jak i Razem.

Poza powołaniem urzędu Rzecznika Praw Zwierząt zadeklarowano zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrku czy likwidację ferm futrzarskich.

Tu jednak uwadze większości mediów uszedł najbardziej ambitny z ekologicznych postulatów Lewicy: koniec z chowem klatkowym. De facto jest to zapowiedź wojny, a dotychczas polscy dziennikarze tego nie zauważyli. Byłby to największy samodzielny komitet w Polsce, który deklarował ten cel w historii polskich wyborów (wcześniej podobne postulaty głosili Zieloni, Razem czy Wiosna).

Dodajmy też, że Razem (a także np. europosłanka Wiosny Sylwia Spurek) zadeklarowało poparcie dla zakazu polowań na ptaki.

GOSPODARKA ODPADAMI

O gospodarce odpadami nie ma ani słowa ani w programie Lewicy, ani w programie Lewicy Razem z 2015, SLD z 2017, czy Wiosny z tego roku. Kwestia ta pojawia się w programie Razem z wyborów do Europarlamentu, z propozycjami finansowania badań nad technologiami przetwarzania odpadów, nałożenia opłat na produkcję i import plastiku czy zakazu prowadzenia tzw. otwartych wysypisk śmieci. Podczas kampanii europejskiej kandydaci Lewicy Razem opowiedzieli się za powrotem obowiązkowych zwrotnych opakowań szklanych. Temat śmieci, a konkretnie plastiku, podjęła też wtedy Wiosna. W przypadku polityków Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie zaobserwowano większego zainteresowania tematem.

To jednak poprzednie wybory, a przy okazji tych wyraźne odniesienie się do kwestii odpadów byłoby wskazane, zwłaszcza w kontekście płonących wysypisk. Tutaj wyprzedza Lewicę nie tylko Koalicja Obywatelska, ale i PiS.

Trochę ratuje tutaj Lewicę SLD, które w naszym kwestionariuszu opowiada się za implementacją gospodarki o obiegu zamkniętym, rozwijając tę myśl następująco:

“Wprowadzane na rynek rzeczy powinny być trwałe, łatwe w naprawie i projektowane pod kątem odzysku surowców wtórnych. Będziemy redukować ilość odpadów, szczególnie tych najbardziej problematycznych, m.in. przez standaryzację opakowań, ich wielorazowość, opłaty za wprowadzanie opakowań na rynek i stosowanie zasady „zanieczyszczający płaci”. W tym kierunku idą działania na forum Unii Europejskiej. Będziemy je wspierać, stymulować i wdrażać na poziomie krajowym.”

PODSUMOWANIE

Lewica ma wiele sensownych ekologicznych postulatów. W niektórych kwestiach, na przykład jeśli chodzi o prawa zwierząt, wypadają one lepiej niż u innych komitetów. Niestety, w niektórych obszarach jest gorzej niż u konkurencji. Na przykład, i PSL chce osiągnąć 50% OZE o 5 lat wcześniej, a KO i PiS chce objąć znacznie więcej domów programem antysmogowym. Prawie zupełnie pominięta została także przez Lewicę kwestia śmieci. Do tego, we wspólnym programie dotyczącym energetyki znajdują się w najlepszym razie nieścisłości, w najgorszym – wewnętrzne sprzeczności. Natomiast zapewnienia partii składowych jak Razem czy SLD wypadają pod tym względem dużo lepiej. Lewica pozostaje więc dla ekowyborców propozycją wartą rozważenia, ale w zależności od tego, które kwestie uważamy za najważniejsze, może się okazać, że lepiej wybrać konkurencję.


4. EKOLOGIA W PROGRAMIE KONFEDERACJI

Program Konfederacji do sejmu i senatu RP został w końcu ogłoszony w sobotę 21 września 2019 roku. Jest dosyć krótki i zwięzły, a do tego konkretnych postulatów ekologicznych (czy też antyekologicznych) jest niewiele.

SMOG

W programie Konfederacji znajduje się hasło “czyste powietrze”, ale bez żadnych propozycji jak je osiągnąć. Z kolei osobny program Ruchu Narodowego stwierdza: “Do  tej pory nie powstała  żadna pogłębiona analiza,  która umożliwiłaby skuteczną  walkę z tym zjawiskiem. Decyzje samorządowców w tej materii podejmowane są na podstawie spekulacji.” Dlatego proponują jedynie przeprowadzenie tej analizy oraz zwiększenie lesistości kraju (gdzie walka ze smogiem jest jedną z motywacji). Nie wiemy, co RN ma tu na myśli, ze względu na brak pogłębionej analizy. Program ukazał się pod koniec 2016, kiedy na pewno wiedziano już, że problemem jest niska emisja, istniały też np. raporty o termomodernizacji.

Od czasu publikacji programu RN ukazało się sporo raportów na temat zanieczyszczenia powietrza, politycy tym bardziej nie mogą więc zasłaniać się brakiem wiedzy. Czy coś się zmieniło? Polski Alarm Smogowy i Dziennik Gazeta Prawna zorganizowały niedawno debatę o smogu z udziałem jednego z liderów Konfederacji, Krzysztofa Bosaka. Była to dobra okazja do przedstawienia swoich postulatów na ten temat. Bosak krytykował biurokrację w programie “Czyste powietrze” i w propozycjach swoich oponentów. Mówił też o tym, że wymiana pieców powinna się ludziom opłacać (finansowo i psychicznie – nie powinni “płacić” za wymianę piecy stresem związanym z biurokracją). Nie padły jednak żadne konkrety na temat tego, jak to osiągnąć. W odpowiedzi na pytanie Business Insider o pomysły na walkę ze smogiem padły słowa: “Żadne programy socjalne tutaj nie pomogą. Jeśli człowieka na coś nie stać, trzeba zmniejszyć opodatkowanie pracy, pozwolić mu się bogacić dzięki swojej pracy. Wtedy będzie miał środki na palenie w lepszy, wydajniejszy i bliższy środowisku sposób”. Nie spodziewamy się więc po Konfederacji działań systemowych w rodzaju dofinansowania do wymiany pieców czy termomodernizacji.

ENERGETYKA, ENERGIA JĄDROWA, KLIMAT

Zarówno w programie wyborczym, jak i np. w Latarniku Wyborczym, Konfederacja odrzuca całkowicie potrzebę odchodzenia od węgla, a ewentualne alternatywne źródła energii tłumaczy wyłącznie optymalizacją miksu energetycznego. Jako jedyny komitet nie wspomina o zmianach klimatu, tylko  kładzie nacisk na “bezpieczeństwo narodowe”.

W samym programie Konfederacji jest bardzo mało o energetyce i właściwie zapisy ograniczają się do zachwalania energii jądrowej oraz deklaracji odnośnie węgla. Jak piszą w programie: “Do ekologii podchodzimy ze zdrowym rozsądkiem, dlatego nie jesteśmy przeciwnikami produkcji energii z węgla, natomiast popieramy korzystanie z nowszych, bardziej efektywnych i czystszych technologii w energetyce.” W Latarniku Wyborczym pada za to stwierdzenie, że energia jądrowa jest najbardziej ekologicznym źródłem energii, aczkolwiek energia odnawialna nie jest odrzucana przez komitet. W “100 ustawach Mentzena” – zestawie ogłoszonych przez Konfederację projektów ustaw –  pada nawet propozycja zniesienia niesławnej PiS-owskiej “ustawy antywiatrakowej”, wprowadzającej bardzo restrykcyjne ograniczenia dotyczące lokalizacji elektrowni wiatrowych.

Niektóre wypowiedzi polityków Konfederacji mogą sugerować, że przynajmniej w części zdają oni sobie sprawę z powagi zmian klimatu, jednak w ogólnym rozrachunku partia wydaje się raczej negacjonistyczna. Na przykład we wspomnianej debacie o smogu Krzysztof Bosak przytomnie zauważył problem pozornej redukcji emisji CO2 przez przeniesienie przemysłu do innych krajów (tzw. carbon leakage). Bosakowi jednak służy to tylko i wyłącznie do krytyki unijnej polityki klimatycznej, która zdaniem cytowanych przez niego profesorów (bez podania nazwiska) doprowadzi, w kontekście całego świata, do wzrostu emisji (nie znamy żadnych badań potwierdzających tę tezę, a nawet jeśli jakaś pojedyncza praca istnieje, z pewnością nie jest to konsensus naukowy). Nie pada też żadna propozycja konstruktywnego rozwiązania tego problemu, tzn. rozwiązania nie ograniczającego się do zostania przy węglu (nota bene sama Unia próbuje zapobiegać temu efektowi dając szczególnie podatnym na niego sektorom więcej darmowych uprawnień do emisji). Dalej, w tej samej debacie, padają zdania o lewicowej “ideologii antywęglowej”. Z kolei program Ruchu Narodowego nazywa globalne ocieplenie “wątpliwą naukowo teorią”. O negacjonistycznych poglądach Janusza Korwin-Mikke nie musimy chyba nikogo przekonywać.

Ostatecznie, Konfederacja wyraźnie stwierdza, że ważniejsza od klimatu jest potrzeba ochrony polskich konsumentów przed rosnącymi cenami energii. Tym samym postuluje przeprowadzenie kampanii informacyjnej w Polsce odnośnie “wypowiedzenia tzw. pakietu klimatycznego Unii Europejskiej, nakładającego na naszą gospodarkę nieuzasadnione obciążenia finansowe i wymuszającego transformację w kierunku droższych źródeł energii”.

Trzeba tutaj wyraźnie podkreślić, że Konfederacja nie stawia żadnych celów klimatycznych i nawet nie wiadomo np. ile GW elektrowni jądrowych chcieliby postawić i w jakich terminach, ani też nie ma żadnych celów np. odnośnie odnawialnych źródeł energii.

TRANSPORT

Konfederacja zapowiada zniesienie akcyzy na paliwo i wydaje się stanowczo wspierać transport indywidualny. Radykalna obniżka cen paliwa do poziomu 3 złotych miałaby dać “naszej gospodarce nową energię”. Z racji tego, że należy coraz bardziej ograniczać nadmierne spalanie paliw kopalnych w transporcie, taki spadek cen paliw mógłby mieć katastrofalny wpływ na emisje gazów cieplarnianych w tym sektorze oraz doprowadzić do dalszego skokowego wzrostu ruchu samochodowego w Polsce, która już i tak jest przodującym krajem unijnym w ilości aut na 1000 mieszkańców.

We wspomnianej debacie na temat smogu Krzysztof Bosak był za rozwojem transportu publicznego, ale przeciwko utrudnieniom ruchu w centrum miast. Jako żart (mamy nadzieję) sugerował nawet że likwidacja miejsc parkingowych zwiększa smog, bo kierowcy dłużej jeżdżą szukając miejsc. Ale, poza wysokimi karami za wycinanie filtrów DPF, konkretne rozwiązania na redukcję smogu wywołanego przez transport nie padły. Pojawiły się za to słowa o tym, że lewica “wypowiada wojnę kierowcom”  i kieruje się “antysamochodową agendą”. Nie zapominajmy, że w skład Konfederacji wchodzi Partia Kierowców, której przedstawiciel na konwencji programowej wprost mówił o walce z aktywistami miejskimi i „ekoterrorystami” 

OCHRONA PRZYRODY

Tu światełko w tunelu programu Konfederacji. Jednym z pięciu haseł komitetu jest bowiem zdrowe życie, a w tym temacie (obok oczywiście “ochrony życia”) pojawiają się postulaty: czyste powietrze, ochrona lasów i zdrowa żywność. Jak piszą: “Dobrze pojęta ochrona przyrody nie ma barwy politycznej (…) Szczególnie ważna jest ochrona dziedzictwa narodowego – nie tylko w kulturowym, ale też w przyrodniczym oraz krajobrazowym wymiarze.” Z konkretnych informacji programowych pojawia się jednak tylko postulat całkowitego zakazu importu śmieci do Polski.

Więcej postulatów ekologicznych pojawia się za to w programie Ruchu Narodowego. Postulują tam m.in. zalesianie nieużytków, zwiększanie lesistości Polski, inwentaryzację gatunków dzikich zwierząt, zaostrzenie kar za kłusownictwo, czy powołanie niezależnej państwowej agencji ds. ochrony przyrody.

Ale na tym koniec optymistycznych wieści. Pół “ekologicznego” rozdziału programu Konfederacji poświęcone jest krytyce wspomnianego wyżej paktu klimatycznego, a Ruch Narodowy w swoim programie pisze, że “…nie możemy przy tym pozwolić by błędnie postrzegany, przesadny „ekologizm” blokował wzrost gospodarczy kraju”. Z kolei wśród “100 ustaw Mentzena” tylko dwie dotyczą w jakiś sposób środowiska. Jedna to wspomniane zniesienie ustawy anty wiatrakowej, druga…to zniesienie regulacji dotyczących wycinki drzew na posesjach.

PODSUMOWANIE

Dla osób, którym bliska jest tematyka klimatyczna i ekologiczna, Konfederacja zdecydowanie nie jest dobrym wyborem. Sama obecność tematyki ekologicznej w programie komitetu świadczy o tym, że troska o środowisko może być motywowana konserwatywnymi wartościami – niestety jednak tej troski jest za mało. Konfederacja nie odpowiada adekwatnie ani na problem smogu, ani na zmiany klimatu, stwarzając tym samym zagrożenie dla polskich ekosystemów oraz życia i zdrowia Polaków w przyszłości.


5. EKOLOGIA W PROGRAMIE POLSKIEGO STRONNICTWA LUDOWEGO

Zielona koniczynka czyli Polskie Stronnictwo Ludowe próbuje się unowocześniać, a zarazem przemawiać dalej do tradycyjnego elektoratu wiejskiego. Widać to wyraźnie w programie wyborczym ogłoszonym 7 września przez prezesa PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza na konwencji w Sandomierzu.

Aspekty transformacji wypadły szczególnie przekonująco, a zielona energia została przez Kosiniaka-Kamysza określona „kołem zamachowym polskiej gospodarki”. Sama konwencja została nieco przyćmiona przez Prawo i Sprawiedliwość, ale program Polskiego Stronnictwa Ludowego wart jest uwagi, jeśli chodzi o ekologię.

Tu ocena będzie mieszana, bo w paru punktach jest to program mocny, także z racji wiarygodności: ewidentnie czuć, że postulaty są kierowane do wiejskiego i małomiasteczkowego elektoratu oraz do problemów, z którymi muszą się mierzyć. Pojawiają się też ciekawe nowe postulaty, których nie spotkaliśmy w żadnym innym programie wyborczym, jak np. ponadregionalna sieć tras rowerowych. Jednak wielce wymowne są te tematy, których Polskie Stronnictwo Ludowe w swoim programie pominęło milczeniem.

CZEGO NIE MA W PROGRAMIE POLSKIEGO STRONNICTWA LUDOWEGO?

Tu wielu ekowyborcom może się zapalić czerwona lampka, dlatego napiszmy o tym najpierw. Czego nie ma w programie PSL? Nie ma nic o prawach zwierząt, ochronie lasów, czy ochronie wód i rzek. Pojawia się za to zapis o rekompensatach za straty łowieckie, więc PSL jak najbardziej pozostaje partią myśliwych.

POLITYKA KLIMATYCZNA – ENERGETYKA

Przypominamy: świat musi zredukować emisje wobec 2010 roku o 45% do 2030 roku (do 2050 roku mamy osiągnąć zeroemisyjność), jeśli mamy spełnić cele klimatyczne założone w raporcie IPCC z 2018 roku. Niestety, od 2010 emisje w Polsce prawie się nie zmieniły. Ponieważ energetyka to największe źródło emisji większość uwagi w kontekście walki ze zmianami klimatycznymi skupia się właśnie na tym aspekcie transformacji.

Pod tym względem trzeba napisać wprost: program energetyczny Polskiego Stronnictwa Ludowego jest w bliskiej perspektywie najambitniejszy ze wszystkich pięciu komitetów, a do tego najbardziej spójny, wiarygodny i można uznać, że jako jedyny, spełnia w zakresie energetyki cele klimatyczne IPCC na 2030 rok. Choć dla purystów mogą się pojawić zgrzyty, bo Polskie Stronnictwo Ludowe zapowiada stabilizowanie energetyki odnawialnej gazem, w tym ziemnym. Ponadto, po 2030 nie będzie aż tak różowo.

Ciekawostką jest, że w programie Polskiego Stronnictwa Ludowego pojawiły się odniesienia do bieżących wydarzeń jak pożary w Syberii i w Amazonii i pada nawet takie stwierdzenie: „Musimy zastanowić się, w jakim świecie żyć będą nasze dzieci i wnuki oraz co zrobić, aby ten świat nie był gorszy niż ten, który my zastaliśmy?”. Odnośnie Amazonii jest nawet konkret – PSL chciałoby wypowiedzenia umowy UE-Mercosur, w uzasadnieniu pisząc: “Wejście w życie tej umowy godzi nie tylko w rolnictwo krajów UE – takich jak Polska, ale przyniesie dalekosiężne, dewastacyjne skutki dla klimatu na świecie, bo wypalanie Amazonii to nic innego niż pozyskiwanie terenów pod uprawę soi, kukurydzy oraz wypas bydła.”

W kontekście energetyki PSL zakłada najszybsze tempo transformacji, czyli min. 50% OZE do 2030 roku (wobec min. 33% Koalicji Obywatelskiej, ok. 27% Prawa i Sprawiedliwości czy min. 50% OZE, ale dopiero w 2035 roku u Lewicy). Nie ma co prawda terminu odejścia od węgla ani pełnego planu dekarbonizacyjnego, jest za to deklaracja, że z węglem trzeba skończyć.Program nie opisuje niestety tego, jak energetyka ma wyglądać później. Dostaliśmy jednak częściowe odpowiedzi partii na nasz kwestionariusz (choć ze względu na niejasności i brak odpowiedzi na niektóre pytanie nie został on jeszcze przez nas opublikowany). Tutaj miks energetyczny na 2035 ma wyglądać następująco: 30% węgla, 55% OZE, 15% gaz,

Energia jądrowa 0%. Na 2050 przewidują 10% energii z węgla, 70% z OZE i 20% z gazu. Widać więc że tempo rozbudowy OZE ma spaść po 2030. Co więcej, nie ma co liczyć nie tylko na neutralność klimatyczną w 2050, ale i na odejście od węgla w tym terminie. Troszkę bardziej optymistyczna jest tu wypowiedź posłanki Urszuli Pasławskiej w jednej z debat, która podaje 2050 rok jako realistyczną datę odejścia od węgla – choć jednocześnie uznaje wcześniejszy termin za nierealistyczny, gdyż przedwczesne zamykanie nowo wybudowanych bloków węglowych byłoby niegospodarne.

Skąd uzyskać te 50% OZE w 2030? Po pierwsze PSL stawia na energię ze słońca i wiatru – tu warto podkreślić zamiar wybudowania 14 GW elektrowni wiatrowych na morzu, skąd Polska czerpałaby nawet 20% energii elektrycznej. Z mniej oczywistych inwestycji pojawiają się w programie biogazownie i elektrownie wodne. To ostatnie źródło energii wzbudza jednak wątpliwości, bo zamierzają w tym celu zrealizować program budowy zbiorników dużej i średniej retencji, a to z kolei wzbudza spore zastrzeżenia co do ekologiczności takich inwestycji, chociażby ze strony Koalicji Ratujmy Rzeki.

Jak też wspominano PSL zamierza bloki węglowe zastępować blokami gazowymi. To w teorii powinno też zmniejszyć emisje, gdyż spalanie gazu jest ok. dwukrotnie mniej emisyjne niż produkcja energii z węgla, jednakże w ostatnim czasu pojawiły się też opracowania naukowe wskazujące, że wycieki metanu (licząc na tonę znacznie silniejszego gazu cieplarnianego niż dwutlenek węgla) podczas pozyskiwania i transportu gaz ziemnego są znacznie większe niż zakładano.

Warto ponadto zaznaczyć zamiar rozwoju i rozbudowy sieci przesyłowej (czyli ten wątek pojawił się we wszystkich trzech głównych partiach opozycyjnych), masowej rozbudowy fotowoltaiki na budynkach administracji publicznej oraz cofnięcie ustawy antywiatrakowej (na rzecz uzależnienia budowy wiatraków od zgody lokalnej społeczności)

Nie ma w programie wzmianki o energii jądrowej, jednak zgodnie z odpowiedziami na nasz kwestionariusz, wypowiedzią posłanki Pasławskiej, oraz Latarnikiem Wyborczym, PSL deklaruje się przeciw energii jądrowej

Na koniec dodajmy, że ekowyborcy mogą patrzeć z podejrzeniem na koalicjantów PSL – polityków Kukiz’15. W programie ruchu z 2015 mamy fragment odnoszący się sceptycznie nie tylko do polityki UE, ale do samego konsensusu naukowego na temat zmian klimatu: “Polityka  energetyczno-klimatyczna Unii Europejskiej to  czysto ideologiczny projekt, dla którego nie ma  żadnego sensownego naukowego, ekonomicznego ani politycznego  uzasadnienia. Nawet jeśli przyjęlibyśmy teorię ludzkiego wpływu na niekorzystne zmiany w  atmosferze, akceptacja jednostronnej polityki przez UE, przy sprzeciwie państw Azji i Ameryki, stanowi przejaw ideologicznego zacietrzewienia i tendencji do gospodarczego samobójstwa.” Teraz jednak najwyraźniej nie przeszkadza im ambitny cel 50% OZE do 2030. Dokument programowy jest programem Koalicji Polskiej – a więc PSL i koalicjantów. W grafice z twittera PSL o “porozumieniu programowym” pod najważniejszymi postulatami (w tym właśnie 50% OZE do 2035) pod spodem widnieją loga zarówno PSL jak i Kukiz’15. Na mediach społecznościowych polityków Kukiz’15 nie znaleźliśmy w ostatnim czasie żadnych negacjonistycznych treści. Wygląda więc na to że porzucili tamte poglądy, przynajmniej na czas wyborów.

SUSZA I RZEKI

W kontekście suszy w programie PSL są głównie zapisy odnośnie chronienia interesów rolników, czyli fundusz klęskowy czy mała retencja z myślą o potrzebach wsi.

Odnośnie rzek pojawiają się tylko postulaty martwiące, czyli rozbudowy średniej i dużej retencji na potrzeby energetyki wodnej. Negatywne opinie środowisk ekologicznych i naukowych na ten temat można poczytać chociażby na stronie Koalicji Ratujmy Rzeki.

SMOG, ENERGOOSZCZĘDNOŚĆ, PROSUMENCKOŚĆ

W kontekście pieców i kotłów brakuje trochę konkretów odnośnie celów. O ile Koalicja Obywatelska obiecała wycofać piece węglowe do 2030 roku, a Lewica wymianę 2 milionów pieców do 2035 roku, PSL zapowiada tylko zakaz instalacji pieców nie spełniających norm ochrony środowiska. Warto tu jednak dodać zapowiedź dofinansowania zakupów pieców w wysokości 75-100%. Nie ma jednak w programie nic o pompach ciepła czy termomodernizacji.

Mocnym zapisem jest obietnica, że od 2025 roku wszystkie nowo budowane domy muszą być nie gorsze niż w standardzie domów pasywnych, co ma ogromne znaczenie, jeśli chodzi o energooszczędność budynków (redukcja poboru energii na ogrzewanie nawet ponad 90%).

Dodatkowymi antysmogowymi postulatami wymienionymi przez kandydatów PSL podczas debat są: zakaz importu samochodów nie spełniających norm zanieczyszczeń oraz możliwość wprowadzenia strefy czystego transportu we wszystkich miastach (nie tylko tych powyżej 100 tys. mieszkańców jak teraz).

W kontekście prosumentów PSL zapowiada przywrócenie stałych taryf dla OZE i 8% VAT na wszelkie rozwiązania w tym zakresie. Pojawiły się do tego zapisy o ułatwieniu odsprzedaży międzysąsiedzkiej energii.

ROLNICTWO

Czytając program rolniczy uderza, jak bardzo Koalicja Obywatelska (w tym nawet Zieloni) czy Lewicy zaniedbały ten temat, a Polskie Stronnictwo Ludowe skrzętnie to wykorzystało.

Postulatów nie ma wiele, ale w kontekście chociażby bioróżnorodności czy roli rolnictwa w zakresie walki ze zmianami klimatycznymi są one jak najbardziej słuszne:

  • Wprowadzenie 0% VAT na „tradycyjną żywność” (zastanawia jednak unikanie tu zwrotu „ekologiczna”).
  • Zielone Targi w każdej gminie – umożliwiające sprzedaż lokalnej żywności bez opłat.
  • Wsparcie polskich ras zachowawczych jako alternatywy dla żywności masowej.
TRANSPORT

Tu poza obietnicą rozbudowy i przywrócenia lokalnych połączeń zbiorowych (obecne też w programie KO, Lewicy i PiS) pojawia się postulat budowy rozległej sieci tras rowerowych połączonych na poziomie regionalnym i ponadregionalnym. Do tego zapowiedziany jest obowiązek budowy chodnika i trasy rowerowej przy każdej budowie czy modernizacji dróg wojewódzkiej, powiatowej i gminnej.

Podobnie jak Koalicja Europejska, PSL chciałoby również inwestować w wodór jako paliwo przyszłości. Jednak, inaczej niż w propozycji Koalicji, wodór produkowany ma być z gazu koksowniczego – produktu ubocznego przy produkcji koksu. Ma być go pod dostatkiem, bo PSL chce wspierać polski przemysł koksowniczy i otwierać nowe kopalnie węgla koksowniczego. To jednak należy oddzielić od węgla używanego w energetyce, bo koks jest wykorzystywany przy produkcji stali i choć da się go zastąpić wodorem (z odnawialnych źródeł) redukując tym samym emisje CO2, to na razie dopiero powstają pierwsze takie instalacje. W propozycji PSL, wodór z gazu koksowniczego miałby posłużyć między innymi do napędzania transportu publicznego w aglomeracji Górnośląsko-Zagłębiowskiej.

GOSPODARKA ODPADAMI

Problem śmieci nie został w ogóle poruszony w programie. W naszym kwestionariuszu partia dodaje tylko, że chce wprowadzić zakaz importu śmieci z zagranicy.

PODSUMOWANIE

W niektórych obszarach program PSL jest najbardziej ambitny ze wszystkich komitetów. Tak jest na przykład z polityką klimatyczną w krótkim okresie. Zaletą jest też spójność – nie spotkaliśmy się w jego przypadku z zapisami zdającymi się zaprzeczać sobie nawzajem, jak w przypadku Lewicy i Koalicji Europejskiej. Niestety jednak wiele jest obszarów w których inne komitety mają lepsze lub bardziej konkretne programy (np. polityka klimatyczna w długim okresie czasu, śmieci, walka ze smogiem). Niektóre, tak jak np. prawa zwierząt, nie zostały poruszone w ogóle. Mamy więc sporo zastrzeżeń, ale nie możemy jednoznacznie odradzić głosowania na tę partię.

Opracowanie: Ekowyborca 
Alicja Barcikowska, Błażej Jaworowski, Przemysław Stępień.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

To nie łabędź synku, to folia.
To nie księżyc, to lampa uliczna.
To nie stumilowy las, to nadleśnictwo.
To nie biedronka, to dyskont spożywczy
                                       Michał Książek

Zgodnie z definicją Słownika Języka Polskiego PWN: erzac, ersatz [wym. er-zac] «namiastka, surogat» [1].

Ilekroć zaglądam do jakiejś Galerii Handlowej, prowadzę dyskusję w stylu „najpierw ludzie, potem przyroda”, przychodzi mi do głowy właśnie to słowo – nasza bogata część społeczności ludzkiej żyje coraz bardziej w takiej namiastce życia, karmiona różnego rodzaju zamiennikami czy to szczęścia, czy to wartości, czy też tak po prostu godnego życia.

Gorzej, że ten erzac jest produkowany, bo trudno to inaczej nazwać, kosztem nie tylko wszystkich innych gatunków na Ziemi, ale również kosztem ludzkiej społeczności, szczególnie boleśnie – kosztem jej biedniejszej części. Co równie złe, ów erzac jest pokazywany jako wzorzec, do którego każda osoba na naszej planecie powinna dążyć.

Czasem mówi się, pisze, że przyroda jest naszym wspólnym dobrem, w mojej opinii to nieco zgubne podejście. Często wypowiadane z pozytywnymi intencjami, w konsekwencji może prowadzić do traktowania owej przyrody jedynie,  jako czegoś, co posiadamy, jako zasobu. Dlatego myślę, że szczególnie obecnie, musimy takie myślenie odwracać – przyroda nie może być niczyją własnością, nawet, jeżeli jej właścicielką miałaby być cała ludzkość, a nie poszczególne państwa. Bo wcześniej czy później kończy się to tak, jak z Arktyką [2] – pięć krajów zaczyna rościć sobie prawa do dużych fragmentów dna Oceanu Arktycznego. Umowy międzynarodowe mają wiele luk, które na takie roszczenia pozwalają – zamiast zawrzeć w nich twardy zapis, że dany teren do nikogo nie należy.

…ochrona przyrody jest silnie uzależniona  od polityki państwa,  a ta często kieruje się nie dobrostanem przyrody, ale słupkami wyborczymi…

Przykład ten jest o tyle smutny, że roszczenia te wynikają z gwałtownie rosnącej temperatury na Ziemi, spowodowanej emisją gazów cieplarnianych.  Prowadzi ona do topnienia lodowców Arktyki i odsłaniania się nowych „bogactw”, w tym ropy naftowej i gazu ziemnego, których spalania, jak powszechnie wiadomo, powinniśmy jak najszybciej zaniechać. A tymczasem, planowane jest ich wydobycie – nie tylko na obszarach tak wrażliwych ekosystemów, jak Ocean Arktyczny, ale w dodatku przez bogate kraje, w tym Danię, Norwegię i Kanadę. Kraje te należą do czołówki pod względem śladu węglowego na jednego mieszkańca, jednocześnie są krajami deklarującymi co rusz dążenie do neutralności klimatycznej (czyli m.in. do maksymalnej redukcji emisji gazów cieplarnianych).  Dwa pozostałe: Rosja i Stany Zjednoczone, to kraje przodujące w emisji gazów cieplarnianych [3]. Do tego wszystkiego, rozpoczęło się właśnie stroszenie piór i umieszczanie w spornym terenie wojsk. Tak, w obecnej sytuacji kryzysu klimatyczno-ekologicznego, opisana sytuacja brzmi jak kiepskiej jakości sciene-fiction, czy też political fiction: bogate kraje, powodujące ów kryzys, planują go pogłębiać, dewastując przyrodę i strasząc się nawzajem zbrojnym atakiem.

Nieco odmienną sytuację, ale  również spowodowaną owym posiadaniem przyrody, obserwujemy ostatnio choćby w Amazonii, gdzie płoną ogromne obszary naturalnej przyrody, w tym dziewiczych lasów. Wiele przesłanek wskazuje na to, że na terytorium Brazylii, na którym występuje duża część pożarów, zostały one celowo wzniecone. Dlaczego jest to prawdopodobne? Bo obecny prezydent Brazylii, Jair Bolsonaro, zapowiedział, że jego kraj ma się rozwijać gospodarczo. Przy czym ten rozwój w jego wykonaniu to, trwające jeszcze przed obecną falą pożarów, nasilenie wylesiania Amazonii, między innymi pod uprawy i hodowle zwierząt, ale nie z korzyścią dla ludności lokalnej, lecz koncernów spożywczych, z myślą o eksporcie żywności również do Unii Europejskiej. Dużą rolę w takim podejściu mają międzykontynentalne umowy handlowe, takie jak ta podpisana niedawno pomiędzy organizacją Mercosur (do której należy Brazylia) a Unią Europejską[4].

To, że stoimy na progu katastrofy, wiadomo nie od dzisiaj, ale od jakiś 40 lat [5]. Nie od dzisiaj też wiadomo, że życie na Ziemi wymiera. Nieudolność organizacji międzynarodowych w próbach nie tylko zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, ale również w ochronie dewastowanej, dzikiej przyrody, wynika między innymi z tego, że jesteśmy przyzwyczajeni do posiadania i do tego, że wszystko powinno mieć właściciela. Nie będę za bardzo rozwijać tego tematu, bo należy on raczej zagadnień z dziedziny filozofii socjologii, czy też psychologii. Jako biolożka napiszę co nieco o biologicznych konsekwencjach takiego stanu rzeczy.

To, że stoimy na progu  katastrofy, wiadomo nie od dzisiaj, ale od jakiś 40 lat. Nie od dzisiaj też wiadomo, że życie na Ziemi wymiera…

Brak obszarów, które nie należą do nikogo, doprowadza właśnie do konfliktów pomiędzy przyrodą a jej potencjalnymi właścicielami, zarządcami. Widać to właściwie na całym świecie, również w Polsce, gdzie ochrona przyrody jest silnie uzależniona od polityki państwa, a ta często kieruje się nie dobrostanem przyrody, ale słupkami wyborczymi. W Polsce doprowadziło to do znaczącej roli samorządów w decydowaniu o ochronie jakiegoś terenu, w imię źle pojmowanego „interesu” lokalnej ludności. Nakłada się na to częsta zła sytuacja ekonomiczna miejscowej ludności, która jako jedyne źródło zarobków widzi eksploatację przyrody, również z powodu braku proponowanych, realnych alternatyw dochodów. Skutkuje to tym, że Polska jest w ogonie krajów Europejskich jeżeli chodzi o obszary chronione (około 1%) oraz tym, że od około 20 lat na jej terytorium nie powstał żaden Park Narodowy.

Jednym z powodów praktycznie nieistnienia bezpaństwowych obszarów dzikiej przyrody, mogą być kłopoty z ewentualnym ustawodawstwem i prawem. Można też je tłumaczyć koniecznością zajmowania kolejnych obszarów pod produkcję żywności. Albo  niemożnością regulowania ruchu turystycznego na danym obszarze. W mojej opinii problem jest bardziej ogólny i wynika z, prawie całkowitego, zahamowania rozwoju społecznego, który został zastąpiony rozwojem ekonomicznym, i to w dodatku głównie w części naszej Planety (określanej niekiedy Globalną Północą: Stany Zjednoczone, Kanada, Europa, Australia, Nowa Zelandia, obecnie śmiało można dołączyć Chiny). Co ciekawe, niektórzy zwracają uwagę, że spowolnił też rozwój nauki – coraz mniej jest przełomowych wynalazków, wiele dobrze zapowiadających się technologii nie jest rozwijanych. Znów odsyłam do wrześniowego (2019) Świata Nauki i artykułu Wade’a Rousha „Wielkie spowolnienie”.

Można spekulować z czego to wynika. Wmojej opinii jest to związane z nierównomiernym wzrostem dobrobytu i to nie tylko pomiędzy krajami, lecz również w obrębie poszczególnych państw. Oznacza to, że po pierwsze, jedynie część państw (owa wspomniana już Globalna Północ) wzbogaca się z kosztem eksploatacji zasobów Ziemi, ale jednocześnie w tych samych krajachnarastają nierówności ekonomiczne. Do czego to prowadzi pokazał doskonale niedawno powstały we Francji Ruch Żółtych Kamizelek – fala protestów, którą rozpoczęła podwyżka cen oleju napędowego, co pozbawiło setki tysiące osób możliwości pracy, przemieszczania się. Podwyżki te były tłumaczone działaniami pro-ekologicznymi (olej napędowy emituje nie tylko więcej gazów cieplarnianych, ale i innych zanieczyszczeń, w porównaniu choćby do benzyny), tyle, że zostały one poprzedzone likwidacją wielu połączeń kolejowych oraz niższymi cenami samochodów typu diesel i oleju napędowego oraz spadkiem zarobków. Jednym z haseł protestujących było (cytuję z pamięci) „mówicie nam o końcu świata, a my nie wiemy, czy będziemy mieli za co przeżyć do końca miesiąca”.

A co z produkcją żywności? Pisałam o tym niedawno [6], mówi też o tym raport specjalny ONZ [7]. W skrócie: musimy zmienić sposób produkcji żywności, skończyć z nadprodukcją i wynikającą z niej nadkonsumpcją mięsa, maksymalnie przestawić się na lokalną produkcję żywności, przestać marnować żywność, przestać marnować tereny rolnicze na zbędne produkty, typu hodowle kwiatków min. w Afryce, czy też palmy olejowej, m.in. w Indonezji na pseudo „biopaliwa” dla Europy. Dodałabym jeszcze ograniczenie produkcji bawełny na ubrania, które niemalże po jednokrotnym użyciu są wyrzucane i dodatkowo są jednym z poważniejszych źródeł zaśmiecania Ziemi. Trzeba też odwrócić trend – zamiast produkcji żywności w systemie rolnictwa przemysłowego, opartym na wielkoobszarowych monokulturach i fermach przemysłowych, postawić na średnie i małe gospodarstwa rodzinne. Bo rolnictwo przemysłowe prowadzi do dewastacji przyrody, degradacji gleby i produkcji różnego rodzaju zanieczyszczeń (pestycydy, nawozy sztuczne, odpady z ferm przemysłowych). Jest też dodatkowo, ze względu na skalę, bardziej wrażliwe na zmiany klimatu, choćby dlatego, że przy ekstremalnych zjawiskach pogodowych niszczone są od razu duże połacie upraw i giną setki tysięcy zwierząt hodowlanych stłoczonych na fermach. Takie zmiany w systemie produkcji żywności pozwolą nie tylko na wyprodukowanie wystarczającej ilości żywności dla rosnącej populacji ludzkiej (zresztą tempo wzrostu spowalnia [8]), ale i na zmniejszenie obszarów niezbędnych na jej produkcję. Dodatkowym bonusem będzie ograniczenie emisji gazów cieplarnianych wynikających zarówno z samego systemu produkcji rolnictwa przemysłowego, jak i, z transportowania żywności na duże odległości. Przy okazji, odsyłam do znakomitego wywiadu na podobny temat z Olivierem De Schutterem [9].

Dobrze, ale jak się to ma do braku rozwoju społecznego? Ano tak, że jednym z warunków bogacenia się jedynie niewielkiej części społeczeństwa jest to, że odbywa się to nie tylko kosztem przyrody, ale również kosztem pozostałej części ludzkości. I tak, 26 najbogatszych osób dysponuje majątkiem takim, jak 3,6 mldbiedniejszej cząstki ludzkiej społeczności[10]. Przy czym, na ów brak rozwoju społecznego składa się nie tylko nierównomierny podział dobrobytu, ale również to, że nawet ta nieco bogatsza część społeczeństwa ludzkiego, choćby żyjąca w owej Globalnej Północy, musi konsumować całą masę produktów najczęściej marnej jakości, można by je śmiało nazwać jednorazowymi, żeby generować ciągły przyrost zysków, również owe mityczne PKB. Co gorsza, jest to wzorzec „idealnego życia” narzucany także krajom Globalnego Południa (min. Afryka, Ameryka Łacińska).

…Aby generować ciągły przyrost zysków, część społeczeństwa ludzkiego musi przepuszczać przez siebie całą masę produktów najczęściej marnej jakości…

Tutaj wracamy do motta tego artykułu oraz pierwszego akapitu, do owego erzacu, namiastki życia. Nadmiaru śmieci – żywności, którą z taką łatwością wyrzucamy, „wyboru”, choćby w postaci tysiąca rodzajów jogurtów w plastikowych kubeczkach, ubrań, które powinniśmy zmieniać co sezon, nowych modeli smartfonów, pralek, lodówek, samochodów, które wyrzucamy, bo bateria nie działa, bo nie opłaca się naprawić – co jest nam przedstawiane jako alternatywa. Do czego?  Przede wszystkim do rzeczy, które dotykają nas zupełnie bezpośrednio: czystego powietrza, smacznego i zdrowego jedzenia (bo trudno takim nazwać to, co kupujemy w supermarketach [11]), co ma dramatyczne skutki dla naszego zdrowia i życia. Jednocześnie oddziela nas to coraz bardziej od przyrody. Przestajemy dostrzegać, że owe podobno wymarzone produkty: pomidory, które można kupić w zimie, awokado, nowe modele dżinsów, mięso trzy razy dziennie, siedem dni w tygodniu, nowe buty (hasło reklamowe „nie możesz kupić szczęścia, ale możesz kupić nowe buty”), nowy smartfon, są jedynie luksusem Zaczynamy traktować je jako konieczność – nieustająca wymianę produktów na nowszy model, pod naciskiem wszechobecnych reklam. I tylko czasem, budzimy się – że fajnie pochodzić po lesie i pozbierać grzyby, że nie ma jak kawałek czystej plaży, morza, jeziora. I jedziemy gdzieś za miasto w weekend, gdzieś do lasu w wakacje, starając się oderwać od codzienności w coraz bardziej zatłoczonych skrawkach dzikiej przyrody, którą się nam zabiera, choćby pod hodowlę kolejnych tysięcy świń stłoczonych w fermach przemysłowych. Wmawia się nam, że przecież nie jesteśmy w stanie z tych wszystkich gruncie rzeczy śmieci, zrezygnować. Co gorsza, żeby je kupić, spędzamy większość naszego życia zarabiając na nie. Nie mając właściwie czasu  na życie społeczne – nie tylko rodzinne, ale i rozmowy, a niech by było, kłótnie z sąsiadami, próby zmiany na lepsze, naszego w gruncie rzeczy coraz bardziej smutnego życia, służącego jedynie mitycznemu PKB.

A skoro tak ciężko pracujemy, by mieć na własność owe śmieci, trudno nam zrozumieć, że coś, jakiś kawałek świata może nie być czyjąś własnością. Owo skupienie jedynie na posiadaniu, a nie na jakości całego naszego życia, w mojej opinii doprowadziło właśnie do zahamowania rozwoju społecznego. Inaczej z łatwością można by sobie wyobrazić, że międzynarodowe organizacje, jak choćby ONZ, wprowadzają ponadnarodowe porozumienie, że postulowane choćby przez Edwarda. O. Wilsona [12] 50% powierzchni Ziemi podlega ochronie. Bez względu na to, na terytorium jakiego państwa leży. Do tego byłoby konieczne zmniejszenie nierówności ekonomicznych i zaprzestanie pogoni za PKB kosztem nie tylko biedniejszych krajów, ale i biedniejszej części społeczeństw, nie mówiąc o zaprzestaniu dewastacji przyrody. Można się zapytać – a co ze zwiedzaniem dzikiej przyrody? Bo bez kontaktu z nią, społeczność ludzka tak łatwo owych erzaców się nie pozbędzie. Znów – zakładając społeczny rozwój CAŁEJ ludzkości, czuwały by nad tym organizacje międzynarodowe, udostępniając część takich terenów, ale całej reszcie pozwalając spokojnie trwać w dzikości.

Wiem, brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie, jak niemożliwe marzenie. Ale ta nieprawdopodobność wynika właśnie z uwięzienia w obecnym systemie, który sprowadza się w gruncie rzeczy do wykorzystywania zasobów Ziemi i większości ludzi przez niewielką grupę osób. Z tego, że wielu/wiele z nas nie widzi związku pomiędzy konsumpcją śmieci, a dewastacją przyrody, byciem wykorzystywanym, utratą godnego życia. Że wystarczy zrezygnować z tych niepotrzebnych śmieci i  zacząć działać wraz z resztą społeczeństwa ludzkiego, by nie były produkowane, naszym i naszej Planety kosztem. Potrzebujemy marzeń [13], by zamienić miliony erzaców na miliony drzew, zwierząt, na miliony całego tego życia, bez którego tak naprawdę nie potrafimy istnieć po ludzku.

Źródła

  1. sjp.pwn.pl/sjp/erzac;2457767.html
  2. wrzesień 2019, https://www.swiatnauki.pl/
  3. ourworldindata.org/co2-and-other-greenhouse-gas-emissions
  4. naukadlaprzyrody.pl/2019/08/23/srodowisko-naukowe-apeluje-do-ue-o-odrzucenie-umowy-z-mercosur/
  5. www.weforum.org/agenda/2019/07/40-years-ago-scientists-predicted-climate-change-and-hey-they-were-right?fbclid=IwAR2k26Sf0oihtsSmqCn_4dv5j04Bri9zx0B0JeAWgYDtlCF-yq0OI6xmfwI
  6. naukadlaprzyrody.pl/2019/03/19/zywnosc-czy-srodowisko-naturalne/
  7. naukadlaprzyrody.pl/2019/08/20/musimy-zmienic-nasz-sposob-zycia-na-ziemi-alarmuje-raport-specjalny-onz/
  8. ourworldindata.org/world-population-growth]
  9. zielonewiadomosci.pl/tematy/ekologia/system-produkcji-zywnosci-do-kapitalnego-remontu/
  10. igo.org.pl/nierownosci-na-swiecie-stan-w-2019-r/
  11. pl.boell.org/sites/default/files/atlas_rolny_strony_maly.pdf
  12. eowilsonfoundation.org/living-on-earth-a-plan-to-save-more-than-80-percent-of-earths-species/
  13. magazynkontakt.pl/oziewicz-opowiesci-na-nowe-czasy.html?fbclid=IwAR1I77kbx-z7DAw_GaPc1IVF8uTz7Lb6zRBvNpzQNBuRVSHRdgbNXudPMls

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Smutek to jedno z tych uczuć, które towarzyszą nam przez całe życie. Smucimy się z wielu powodów: utraty kogoś bliskiego, przykrości, którą ktoś nam wyrządził, czy też z poczucia bezradności i samotności. Coraz więcej osób odczuwa też smutek klimatyczny.

Określeń na emocje jakie czują ludzie konfrontując się z realnością zmian klimatu jest dużo. Bo też nie jest to jedna emocja, a całe spektrum różnych emocji. Każdy człowiek reaguje też inaczej. Reakcje emocjonalne na zmianę klimatu sięgają od łagodnej melancholii wywołanej poczuciem straty znajomego świata, aż po stany desperacji i paniki.

Może najłagodniejsze z tych określeń to pojęcie solastalgii. Ukuł je australijski filozof Glenn Albrech. Jest to neologizm powstały z połączenia łacińskiego słowa sōlācium oznaczającego komfort i greckiego rdzenia – algia, oznaczającego ból lub chorobę. Albrecht stworzył słowo, które wcześniej nie istniało, aby podkreślić, że sytuacja zmiany klimatu jest bezprecedensowa, i że mamy do czynienia z czymś, czego nie pozwalają opisać dotychczasowe pojęcia.

Jego oryginalny tekst opisuje między innymi doświadczenia australijskich rolników. Mimo, iż ludzie ci pozostają na swojej ziemi i przy swojej pracy, ich świat zmienia się nie do poznania. W ten sposób nie ruszając się z miejsca, można mieć doświadczenia bycia uchodźcą lub wygnańcem. Solastagia przypomina więc tutaj nostalgię. To nie my ruszamy się z miejsca, ale nasze dawne ojczyzny przestają istnieć. Rzeczy, które zdawały się niezmienne, w tym komfort i rytm następujących po sobie pór roku, pory deszczu i żniw, znajome rośliny i zwierzęta – to wszystko znika w zastraszającym tempie. Myślę, że polscy rolnicy mogą mieć już częściowo podobne doświadczenia. Polska przechodzi na naszych oczach z klimatu umiarkowanego, z sześcioma porami roku, w tym mokrym przedwiośniem, jesienią i przedzimiem, do czegoś co bardziej przypomina klimat kontynentalny. Niemiłosiernie suche i upalne lato, które trwa od wiosny do jesieni, mokra zima bez śniegu, krótkie gwałtowne opady zamiast długich mżawek. Nasze rośliny i zwierzęta, ale także nasze rolnictwo nie są do tego przyzwyczajone. Nagle coś, co było zawsze, przestało istnieć.

Glennowi Albrechtowi zawtórowała znana krytyczka literacka Zadie Smith. W eseju, stanowiącym elegię dla pór roku, pisze o bolesnej bezsilności języka wobec wyrażania tych uczuć. Krajobraz, klimat, pogoda, to wszystko jest dla Smith rodzajem duchowego i ekologicznego domu, zakorzenionego w doświadczeniach dzieciństwa. Ale ten świat już nie istnieje, mówimy o nowej normalności, by opisać fale upałów i powodzi, zamiast tego co mamy w pamięci, wiosennego kapuśniaczku i pachnącej mokrej ziemi pełnej dżdżownic. Smith pisze, że boimy się nazwać to, co się dzieje jako “nienormalne”. To przypominałoby nam, co utraciliśmy. Zadie Smith opisuje to w kontekście wiejskiej Anglii, jednak mieszkając w Polsce i w mieście, można mieć podobne doświadczenia. W moim bloku na warszawskim Ursynowie prawie wszyscy mają jeszcze sanki w piwnicy, ponieważ są tu małe górki, z których kiedyś można było zimą zjeżdżać.  Te sanki rdzewieją w piwnicach, od lat nie ma sensu ich wyciągać, bo obecne nastolatki już nie pamiętają śnieżnych zim na Ursynowie.

Jednak solastalgia to tylko pierwsze i najłagodniejsze z określeń smutku klimatycznego. Jeśli ludzie zdają sobie sprawę z pełni powagi problemu z klimatem (a chyba jednak mało kto sobie zdaje), wtedy do głosu dochodzą dużo mroczniejsze uczucia. Przez powagę rozumiem tu skalę czasową i i zasięg problemu. Zarówno to jak mało czasu mamy na powstrzymanie najgorszego scenariusza, jak i to, że pewne zmiany są już nieuchronne i nieodwracalne – będą trwały dłużej niż cała dotychczasowa ludzka cywilizacja – i efektywnie mogą zagrozić jej istnieniu. A na pewno przyniosą niewyobrażalne koszty mierzone ludzkim i poza ludzkim cierpieniem. Właściwie to już przynoszą. Tutaj zaczyna się mrok i wielu osobom przychodzi do głowy kulturowa opowieść o apokalipsie. Tak mówią o sobie aktywiści klimatyczni: “Robię w Apokalipsie”.

Prowadziłam badania rozmawiając z różnymi grupami ludzi w Polsce, w tym właśnie aktywistami, ale także młodzieżą, czy osobami, które ze względu na klimat doświadczały stanów lękowych i korzystały z psychoterapii. Oni mówią wprost o przechodzeniu przez epizody “depresji klimatycznej” – sami to tak nazywają. Spotkałam się z krytyką, że nie można tego tak nazywać, w końcu depresja to poważna, bywa że śmiertelna, choroba, a nie żadna moda czy wymysł wynikający z przejęcia jakimś choćby najbardziej ważnym tematem. Te “depresje klimatyczne” o których ludzie mi opowiadali, to nie były jednak rzeczy niepoważne, jakieś fantazje nadwrażliwców. To były głębokie i bardzo mroczne epizody utraty sensu życia (po co uczyć się, czy pracować na planecie zmierzającej w przyspieszającym tempie w stronę zagłady), paraliżu – nie wstawania z łóżka, utraty dotychczasowych systemów wartości, przekonań, tożsamości. Towarzyszy im lęk o przyszłość swoją i najbliższych, zwłaszcza wyraźny u rodziców małych dzieci. Ludzie budzili się z nocy zlani potem, myśleli, jaka przyszłość czeka ich dzieci. Epizody te nasilały się w trakcie fal upałów, a te były w Polsce w ostatnich latach wyjątkowo długie. Dla niektórych rozwiązaniem był cynizm i rodzaj nienawiści do ludzkości, która sama sobie (i milionom innych istot) właściwie dobrowolnie gotuje ten los. Niekontrolowanemu globalnemu ociepleniu można by bowiem nawet jeszcze teraz zapobiec. Problemem jest to, że niezbędne działania nie są podejmowane w wystarczającej skali.

Inni, mający większy poziom empatii, bardzo przeżywali i utożsamiali się z cierpieniami najsłabszych, od dzieci w krajach globalnego południa (w tym roku tropikalny cyklon w Mozambiku pozbawił domu i uczynił sierotami ogromne ilości dzieci), po cierpienia starszych ludzi w pozbawionych klimatyzacji i nie dofinansowanych polskich szpitalach. Pytali, jak będzie wyglądała ich starość, jeśli system społeczny się załamie. Do tego lęk. Do tego poczucie winy za własny udział w niszczeniu środowiska, a przecież nie da się żyć nie szkodząc. Obsesyjne myśli, sny i fantazje obejmujące możliwą przemoc, głód, apokalipsę. Depresja lub lęk klimatyczny – to nie jest wymysł, to przedsionek piekła i konfrontacja z egzystencjalnym zagrożeniem.

Łatwo jest być może ulec pokusie jakiejś patologizacji tego zjawiska, powiedzieć, że są to osoby jakoś nadwrażliwe, czy wręcz neurotyczne.  Bas Verplanken i Deborah Roy w badaniu przeprowadzonym w Wielkiej Brytanii i opublikowanym w PLOS ONE pokazali jednak, że osoby martwiące się zmianą klimatu nie są statystycznie rzecz biorąc bardziej neurotyczne niż reszta populacji. Cechowała je natomiast większa otwartość na nowe informacje i doświadczenia. Częste, nawet codzienne, martwienie się zmianą klimatu nie było w tym badaniu skorelowane z ogólną cechą  patologicznego martwienia się. Było za to powiązane z zachowaniami prośrodowiskowymi.

Do tego trzeba dodać, że w psychoterapii często pracuje się z lękiem i żałobą dotyczącą rzeczywistych i poważnych spraw. Jeśli komuś umiera bliska osoba albo dostaje diagnozę nieuleczalnej choroby, jego lęk dotyczy prawdziwej sprawy i może być nawet bardzo intensywny. Nie można mu powiedzieć, jakoś to będzie. Podobnie jest ze zmianą klimatu.

Pocieszające jest to, że przynajmniej na podstawie wstępnych badań, większość osób przeżywa najtrudniejsze emocjonalnie chwile na samym początku, kiedy dopiero zaczyna wchodzić w temat i interesować się zmianą klimatu. Wiele z tych lęków i depresji miało charakter epizodów i osoby po jakimś czasie radziły sobie z tą nową wiedzą i świadomością. Wiązało się to ze zmianami w stylu życia. Osoby przechodziły na wegetarianizm, zmieniły nawyki związane z podróżowaniem czy używaniem energii. To także pokazują badania, że osoby martwiące się zmianą klimatu częściej podejmują zachowania proekologiczne. Ale najlepiej zdecydowanie poradziły sobie osoby, choć są to dopiero wstępne wnioski z moich badań, które wcześniej były osamotnione ze swoim zmartwieniem, a które depresja klimatyczna doprowadziła do zaangażowania się w jakąś formę wspólnego działania. Poczucie bycia w grupie, zrozumienia, wsparcie społeczne i fakt, że podejmuje się jakiekolwiek działania,  cokolwiek uważa się za sensowne i przyzwoite (robię, co mogę), zdecydowanie pomagają ludziom emocjonalnie. Gdyby wszyscy tak zrobili, sprawa klimatu zostałaby rozwiązana, choć nawet wtedy nie byłoby to łatwe.

Wydaje się więc, że można przejść na drugą stronę depresji klimatycznej albo wydobyć się z paraliżującego lęku klimatycznego i odzyskać zarówno chęć życia jak i energię do działania. Choć na pewno trudne emocje nigdy nie znikają całkiem i mogą okresowo powracać. Jest to właściwie podobne do procesu przechodzenia przez żałobę, który w psychologii jest dobrze opisany. Wielu osobom, które nie radziły sobie same przez dłuższy czas, pomogła także psychoterapia. Niektórzy opisywali swój stan po jakimś czasie od przejścia depresji klimatycznej , jako rodzaj egzystencjalnej radości związanej z umiejętnością patrzenia odważnie na największe wyzwania przed jakimi staje ludzkość i stawiania im czoła przez wspólne działanie. Może porównanie jest odległe, ale podobne stany opisują czasem osoby poważnie chore, które pogodziły się ze swoją chorobą. Radość pojawia się w zaskakujących miejscach. Jest to też bliskie perspektywie psychoterapii egzystencjalnej. Zgoda na niepewność, współzależność, skończoność i śmiertelność – czyli na pewniki egzystencjalne – paradoksalnie prowadzić może do radości. Zaprzeczanie im, tylko do destrukcji.

Joanna Macy, autorka i aktywistka, która od lat zajmuje się przeżywaniem żałoby ekologicznej, proponuje taką interpretację problemu, że to właśnie niemożność stawienia czoła tak trudnym emocjom, jakie powoduje zmiany klimatu i niszczenie środowiska, swoiste unikanie żałoby i cierpienia, powoduje, że jako ludzkość nie jesteśmy w stanie efektywnie przeciwdziałać katastrofie. Joanna Macy bardzo dowartościowuje świadomość i umiejętność patrzenia w samo jądro (ciemności) problemu, w rozmowie zatytułowanej “Uczmy się widzieć w ciemnościach pośród katastrofy”  mówi:

„Najbardziej radykalną rzeczą, jaką każdy z nas może dzisiaj zrobić, jest bycie całkowicie obecnym i świadomym tego, co dzieje się na świecie.”

W takim wypadku osoby zmagające się z lękiem i depresją klimatyczną są po prostu odważnymi sygnalistami, którzy wybierają świadomość problemu, zamiast zaprzeczania.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Ten reportaż piszę przeszło dwa miesiące po Obozie. Wydarzeniu dającym odczuć całe spektrum emocji, od euforii, przez zmęczenie, smutek, niezrozumienie, aż do pogody ducha, pogodzenia się ze stanem rzeczy, czy niesamowitego wszechogarniającego poczucia zadowolenia, tak po prostu.

To wszystko można zamknąć w ramach krótkiej charakterystyki aktywizmu. Bo aktywizm to nie tylko kolorowe akcje, radosne przemarsze, poruszające przemowy, często to także bezsilność, frustracja, poczucie opresyjności. Myślę, że do wielu z nas ta druga strona medalu, przyszła dopiero po wydarzeniach sobotnich i po wyjeździe ze Stawisk, ale co po niektórzy mierzą się z nią i do teraz.

Wtorek, 16 lipca

Przygnębiający wtorkowy dzień z deszczem w roli głównej. ODK samoorganizuje się zanim zdążę przekroczyć jego progi, których w gruncie rzeczy- nie ma. Jest pomoc, zewsząd, uczestnicy zgłaszają się do odbioru nowo przyjeżdżających ze stacji oddalonej o kilkanaście kilometrów od miejsca obozowiska. Kiedy dojeżdżamy do obozu po jednej stronie widać rozciągające się pole. Im później, tym bardziej będzie się rozrastać, aby w sobotę osiągnąć swoje maksimum możliwości. Po drugiej stronie, przy drodze, czeka infopunkt, strategiczne miejsce obozu, przystanek dla wielu zainteresowanych zgromadzeniem – mnie lub bardziej  wypytujących, o co nam w ogóle chodzi. Widzę jednak to poletko, we wtorek, dzień rozpoczęcia obozu, jeszcze dosyć przerzedzone: jeden wykładowy namiot, w oddali namiot cyrkowy, no i toalety. A gdzie wszyscy, gdzie prysznice, jedzenie, jakaś przestrzeń do integracji czy regeneracji?

Niestrudzenie więc zmierzam na poszukiwania i wtedy, za wzgórzem cyrkowym, wyłania się urocza dolinka z kuchnią Food Not Bombs, polowymi prysznicami, tematycznymi namiotami Extinction Rebellion, czy obozowej grupy medialnej i wanną z odzysku służącą za długą umywalkę. Idealnie miejsce do rozmowy, bo jak tu się nie integrować, kiedy szorując zęby ktoś, tuż obok Ciebie, myje stopy. Pierwszy dzień to czas euforii, odnajdywanie przyjacielskich twarzy, poznawanie nowych. Dla tych wcześniej przyjezdnych trwa już pierwszy dzień edukacyjny, od rana odbywają się warsztaty. Nie udaje mi się załapać na spotkanie z wolontariuszami projektu Make Rojava Clean Again dotyczącego autonomicznego terytorium na granicy Syrii, w którym demokracja bezpośrednia, feminizm i ekologia stanowią podstawę funkcjonowania tamtejszej społeczności. We wtorek wciąż jest kameralnie, wszyscy gdzieś latają, coś załatwiają, chociaż znajdą się i tacy co bardziej niż organizacją, zajmują się głęboką regeneracją, czyli wypoczynkiem nad okolicznym jeziorem. O dziwo, w okolicy ostało się jeszcze kilka, a jedno z nich było na tyle blisko, że obozowicze mogli przejść się nad nie spacerkiem. Z tym, że mnie się jakoś nigdy nie udało.. Między rozważaniami o jeziorze załapuje się na spotkanie Disrupt Fossil Finance i już czuję ten przypływ solidarnościowej mocy. Tak jakbyśmy zamknięci w namiotach warsztatowych byli w stanie naprawdę zrozumieć, gdzie i dlaczego jesteśmy, i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Poza namiotem mam wrażenie, że się nie rozmawia. Jakiś czas temu miałam okazję porównać obóz z dwudniowymi warsztatami aktywistycznymi, gdzie praktycznie przez większość czasu rozmawialiśmy na tematy około klimatyczne. Na obozie miałam poczucie, że zdarza się to sporadycznie. W większości na wykładach, warsztatach, ale poza nimi tak, jakbyśmy trochę tego nie potrzebowali, nikt nie musiał tłumaczyć nikomu co dzieje się obecnie na Ziemi, i co nasza czeka, a przede wszystkim jakie kroki w związku z tym postanowiliśmy podjąć. I jakoś to poczucie rosło w nas z dnia na dzień, jakaś zmowa milczenia wisząca w powietrzu, napięcie, którego nie sposób zbić. Bo jak tu mówić o nadchodzącej akcji (nieposłuszeństwa obywatelskiego), a tym samym zachowywać środki ostrożności? Nikt, nic tak naprawdę nie wiedział, wszyscy jednak czuli co się święci. Ten czas poprzedzający masowe obywatelskie nieposłuszeństwo to równie strategiczny element, nie patrząc już nawet na to, że siłą rzeczy milczy się do ostatniej chwili, ale napięcie, które jest budowane może triumfalnie wypełnić się w kulminacyjnym wybuchu – w dzień samej akcji.

Środa – czwartek, 17 – 18 lipca

W kolejnych dniach czekała na nas moc atrakcji i wiedzy, bo było o wycinanych drzewach w Bieszczadach i o chroniącej je Inicjatywie Dzikie Karpaty, było o nadchodzącej kampanii by2020weriseup, były spotkania kapitalizmu z ekologią, czy opowieści o Krakowskiej Elektrowni Społecznej. Mnie jednak zaprzątały w ty, dniu warsztaty akcyjne, gdzie niepewność urosła do takich rozmiarów, że o mały włos, a zrezygnowałabym z uczestnictwa w akcji. No a później zajęliśmy się przygotowywaniem do odczytu Globalnego Ocieplenia Serc autorstwa Jaśka Kapeli, sztuki performatywnej, o tym jak to DiCaprio przyjeżdża do polskich przeciętniaków, aby stali się twarzą swej własnej kampanii proklimatycznej. Groteska z przekąsem! Kiedy tematyka klimatyczna ostatecznie wejdzie do mainstreamu ta sztuka podbije sceny polskich teatrów.

I tak oto mijały dni, program nie pozwalał się nudzić, łeb pękał od ilości przyswajanych informacji, a przy okazji jeszcze wszyscy braliśmy odpowiedzialność za funkcjonowanie obozu. Przyjeżdżając tam, nie było się kimś z zewnątrz, tylko częścią współtworzącą przestrzeń. Chcesz, żeby coś zostało wprowadzone, coś Ci nie odpowiada, chcesz coś zrobić – odezwij się na plenum (spotkania całego obozu, na których wspólnie omawia się i decyduje o najważniejszych kwestiach). Wszystko oddolnie, od nas, dla nas.

Piątek, 19 lipca

Coś zaczyna się dziać! Od rana ekipa Młodzieżowego Strajku Klimatycznego ewidentnie organizuje siły na sobotnią demonstrację. Wszędzie trwają spotkania, co raz kolejne plenum.

Sobota, 20 lipca

Jest wcześnie rano, wszyscy spaliśmy bardzo krótko, ale nie jesteśmy zmęczeni, ja nawet nie potrzebuję kawy, adrenalina wystarczająco mnie stymuluje. Moja grupa wychodzi najpóźniej, żegnamy się z wszystkimi, tymi idącymi na legalną demonstrację oraz pozostałymi grupami akcyjnymi. Czuć siłę w powietrzu. Wiemy, że możemy dużo, a przynajmniej w tym momencie w to wierzymy. Chciałoby  się krzyczeć, ale jeszcze nie możemy, jeszcze na to nie czas, bo pierwszych parę kilometrów musimy pozostać w całkowitej ciszy. Zaraz po wyjściu z polnej drogi z lasu, w blasku wschodzącego słońca widzimy pierwsze radiowozy. Wiemy, że będzie gorąco. Policjanci nie podejmują jeszcze żadnych działań poza obserwacją. Widzimy jak w okolicy budzi się życie, ludzie wychodzą z domu załatwiać pierwsze sprawunki, odmachują nam, niektórzy są zaskoczeni, po innych zupełnie nie widać żadnego zszokowania, tym, że o 7 rano w sobotę, widzą grupę ubraną w białe kombinezony i maski przeciwpyłowe przemierzającą drogę małej wsi pod Koninem.

Może dzień jak co dzień, ale na pewno nie dla nas. Czuję się jakbyśmy przekraczali kolejne etapy, kiedy nagle z asfaltu znów schodzimy w las – tętno przyśpiesza, wiemy, że jesteśmy coraz bliżej, chociaż nikt wciąż się nie odzywa. Biegniemy. Kiedy robimy przerwę zbieramy się na ustalenia i to wtedy, 20 minut przed akcją, pojawiają się pierwsze informacje, dokładnie tak jak miało być. Cieszę się, ale zarazem zaczynam odczuwać napięcie koncentrujące się w brzuchu.

Zbliża się nieuchronne, coś na co wszyscy czekaliśmy ze swego rodzaju niecierpliwością. Każdy z nas podjął decyzję, bo czuł, że inaczej już nie można. Teraz przyszła chwila spełnienia. Później znów las, polna droga i w końcu wychodzimy na asfalt. Dosłownie 200 metrów za rowem znajduje się nasz cel. Jesteśmy naprawdę bardzo blisko. Idziemy w oczekiwaniu na sygnał. Auta zaczynają się zjeżdżać, a drzwi otwierać. Biegniemy, rozpraszamy się. Słyszę tuż za sobą rzucanie k****** i że mam padać na ziemię, w czym pomóc miała mi pałka wymierzona trzykrotnie w moje uda. Nie pomogła. Biegnę dalej. Nie wiem gdzie są moi znajomi, nie widzę twarzy, ale wszyscy pomagamy sobie nawzajem. Jednak wiem co robię, odpowiednio się do tego przygotowałam. Wiem, że w obliczu nadchodzącej katastrofy klimatycznej nie ma już czasu na opieszałość. Dlatego tam byłam, chwilami sama, jak my wszyscy. Nasze działanie było dla Polski przełomowe, lecz nasza grupa, w stosunku do sił policji niewielka. W szczególności, gdy na horyzoncie widać oddziały antyterrorystyczne, a nad głowami lata helikopter, można poczuć się w tym wszystkim malutkim.  Zostaliśmy otoczeni tuż przed samą odkrywką. Nasz ludzki zasób drastycznie się skurczył. Wciąż jednak byliśmy silni. Były negocjacje, debaty, śpiewanie piosenek, wspólne jedzenie. Jednocześnie próbowaliśmy się ochronić przed morderczym upałem. Ostatecznie przystaliśmy na wyprowadzenie nas z terenu przez policję. Mieliśmy co do tego spore wątpliwości. Czy nasza decyzja nie jest w gruncie rzeczy zaprzeczeniem obywatelskiego nieposłuszeństwa? Z drugiej strony grupa licząca kilkanaście osób nie spędziłaby tam więcej niż 15 minut..

Po wyjściu wciąż czuło się moc, zdzieraliśmy gardła i chcieliśmy walczyć dalej. Morale jednak szybko opadły, kiedy nie dotrzymując umowy, policja nie pozwoliła nam opuścić miejsca po spisaniu naszych danych. Zostały nam postawione zarzuty z kodeksu ruchu drogowego. Mandat za przemieszczanie się w nieprawidłowy sposób po drodze. Nie przyjęliśmy ich, więc przygoda dla niektórych z nas, wcale się jeszcze nie skończyła.

W tym samym czasie Młodzieżowy Strajk Klimatyczny zorganizował pokojową manifestację w Kleczewie, gdzie w rytmach „Samby” mówili o niezgodzie młodzieży na tak krótkowzroczną politykę światowych rządów i deklarowali swoją gotowość do walki o wspólną przyszłość. Następnie, już wspólnie rozciągnęliśmy ogromną, czerwoną wstęgę wzdłuż jednej ze stron odkrywki, jednocześnie śpiewając i, pomimo wyczerpującego dnia, nadal wzajemnie się wspierając skandowaniem. W życiu nie widziałam tylu odważnych i silnych ludzi. Nasze „Power to the people because people have the power! Tell me could you feel it, this is stronger every hour! Power, people!” – niosło się tego dnia na całą Polskę.

Powrót z akcji

Oprócz bólu i zmęczenia na powrót zaserwowano nam szczyptę represji. Zatrzymania, niezliczone rutynowe kontrole pojazdów i osób  w nim przebywających, mandaty za „przepalone tłumiki”. Były oczywiście kontrole alkomatem i testy na narkotyki. Nawet wracając już po obozie do rodzinnego miasta nie obyło się bez mandatu, wystawionego nam w Koninie. Długa dyskusja i przedstawienie racjonalnych argumentów policji, że w przypadku nie zmienienia przez nas pasu, doszłoby do kolizji – nie pomogło.

Wieczór, wszyscy znowu razem

Atmosfera w obozie pod naszą nieobecność musiała być równie gęsta jak przy samej odkrywce. Jednak z kolejnymi powrotami uczestników akcji ciśnienie powoli spadało. Były łzy, rozgoryczenie, ale przede wszystkim też ulga. Zrobiliśmy świetną robotę, ponad trzydziestce z nas udało wejść się na teren kopalni i co najważniejsze wszyscy wrócili (względnie) cało z powrotem. To, co działo się na wieczornym plenum, pierwsze wspólne oglądanie filmiku  zmontowanego z akcji i emocje temu towarzyszące pozostawię dla siebie. Niech ta tajemnica będzie zachęta dla wszystkich tych, którym w tym roku nie udało się dojechać do dołączenia do nas za rok!

Niedziela, EWALUACJA

W obozie od rana znowu poruszenie, powoli zaczynają znikać namioty. Jednak jeszcze przed rozjechaniem się w swoje strony następuje kluczowy moduł ewaluacyjny. Dzieląc się na grupy omawiamy kolejne etapy przygotowania i przebiegu samego obozu, demonstracji i akcji. Tworzymy grupy lokalne, dołączamy do grup zadaniowych na przyszły rok. Odpoczynek odpoczynkiem, ale  walka jeszcze się nie skończyła. Wszystko nabiera tempa, ostatnie momenty w obozie są niezwykle intensywne. Zbieramy do siebie kontakty, jemy ostatnią wspólną zupę.

Wrzesień

Obóz się nie kończy, ale nie nasza działalność. Jesteśmy ruchem oddolnym, który urósł tego lata w niebotyczną siłę. Działamy lokalnie, przygotowujemy się na wrześniowy tydzień ogólnej mobilizacji By2020weriseup. Sporo myśli, trochę nierozwiązanych wątków wciąż kłębi mi się jednak w głowie. Nie było przecież tylko kolorowo… Ogrom refleksji z tym czasem związany, jest dla mnie jednak nauką bezcenną. No i przede wszystkim, patrzę dookoła i mówię sama do siebie „Ładnie na tej planetce, jest o co walczyć”.

Do zobaczenia na aktywistycznym szlaku, niebawem!

Ilustracje: Justyna Diabaszewska


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Organizacja Compassion in World Farming opublikowała drugi europejski raport EggTrack, który pokazuje postępy firm w wypełnianiu zobowiązań dotyczących wycofywania jaj z hodowli klatkowej do 2025 r. Raport po raz pierwszy opublikowano także w Polsce.

W ostatnich latach wiodące firmy spożywcze lawinowo ogłaszały wycofywanie ze sprzedaży jaj z hodowli klatkowej. To wynik m.in. działań organizacji Compassion Polska, która od lat aktywnie prowadzi kampanię na rzecz zakazu stosowania klatek w hodowli wszystkich zwierząt. Raport EggTrack ma na celu wspieranie firm, które podjęły publiczne zobowiązania i zachęcenie ich do informowania o corocznym postępie w kierunku bezklatkowej hodowli kur. Raportowanie umożliwi organizacji Compassion Polska zaoferowanie na czas pomocy, porad i wsparcia firmom, które przechodzą na systemy bezklatkowe.
EggTrack przedstawia dane o 106 europejskich firmach, w tym: wiodących sprzedawcach detalicznych, sprzedawcach usług gastronomicznych, firmach zewnętrznych i producentach, którzy zostali wybrani na podstawie wielkości, liczby używanych jaj i ich wpływu na rynek jaj. W tym roku w raporcie znalazły się cztery polskie marki: Grycan, Wedel i Restauracje Sphinx. Pozostałe firmy uwzględnione w raporcie, które zrezygnują ze stosowania jaj klatkowych do 2025 r. w Polsce, to: Biedronka, Caffe Nero, McDonald’s, Burger King, Starbuck’s, Subway, Danone, Mars, Mondelez, Nestle, Unilever, Aldi, Auchan, Carrefour, Lidl, Tesco, Schiever (Bi1), Kaufland i Makro. EggTrack pokazuje postępy firm w zakresie stosowania nie tylko całych jaj, ale także produktów z nich wytworzonych i poszczególnych składników, które są równie ważne, ale często pomijane w zobowiązaniach i raportach. Dane zostały opracowane na podstawie informacji publicznie dostępnych na stronach internetowych firm w sierpniu 2019 r.

  • W raporcie dla Polski stwierdzono:
    Wiele firm działających w Polsce zobowiązało się do rezygnacji z używania jaj klatkowych do 2025 r., jednak polskie firmy pozostają w tyle za resztą Europy, jeśli chodzi o informowanie o postępach w realizacji tych zobowiązań.
  • Spośród 22 firm działających w Polsce ze zobowiązaniami do 2025 r. tylko 10 z nich częściowo informuje o postępach w realizacji swoich zobowiązań (tj. co najmniej jednej części łańcucha dostaw jaj). Są to: McDonald’s, Danone, Mars, Burger King, Subway, Danone, Mondelez, Unilever, Mars i Nestle. Wszystkie wykazują średni postęp w całej Europie.
  • Żaden ze sprzedawców detalicznych działających w Polsce nie informuje o postępach w realizacji zobowiązań na 2025 r. W przeciwieństwie do reszty Europy, gdzie sektor detaliczny przoduje w zakresie postępów w realizacji zobowiązań.
    Raport dla Europy:
  • 72% firm częściowo raportuje o postępach w realizacji swoich zobowiązań (informuje o co najmniej jednej części łańcucha dostaw jaj, t.j.: konkretnej marce, położeniu geograficznym lub rodzaju jaj).
  • 42% firm raportuje szczegółowo o postępach w realizacji swoich zobowiązań.
  • Sektor detaliczny przoduje pod względem średniego postępu w kierunku realizacji zobowiązań na koniec 2019 roku lub później:
    – Sprzedawcy detaliczni: 78% jaj bezklatkowych
    – Producenci: 67% jaj bezklatkowych
    – Usługi gastronomiczne: 54% jaj bezklatkowych
  • Im bliższa data realizacji zobowiązania, tym większa liczba firm, które zgłaszają postępy.
  • Spośród firm ze zobowiązaniami do 2025 r. 26% raportuje o postępach i średnio 52% używanych jaj jest z hodowli bezklatkowej.

Raport EggTrack będzie publikowany corocznie, aby informować o postępach w realizacji zobowiązań do momentu osiągnięcia celu w 2025 r. Compassion Polska zachęca firmy do kontynuowania publicznego informowania o postępach w ramach programu społecznej odpowiedzialności:

  • Zapewniając przejrzystość co do zakresu ich zobowiązań i informując o postępach w ich realizacji
  • Rozszerzając zobowiązania na „ukryte” produkty i składniki z jaj
  • Współpracując z dostawcami w celu zapewnienia dotrzymania terminów i stopniowego przejścia do produkcji bezklatkowej
  • Zapewniając, że inwestują w najlepsze alternatywne systemy, które są zgodne z celami i zapewniają dobrą jakość życia kurom oraz są przyszłościowe.

Barbara Romanowicz, Food Business Manager w Compassion Polska: Firmy, które nie zobowiązały się do wycofania z użycia jaj z hodowli klatkowej pozostają w tyle. To znaczące, że wiele przedsiębiorstw
nie tylko zobowiązało się do odejścia od jaj z hodowli klatkowej, ale także do zakazania stosowania systemów kombinowanych i uwzględnienia w swoich zobowiązaniach jaj w każdej postaci. Rynek niezaprzeczalnie wkracza w nową bezklatkową erę i mam szczerą nadzieję, że inne firmy, które jeszcze nie wprowadziły bezklatkowej polityki pójdą za ich przykładem, i że klatki dla kur niosek ostatecznie przejdą do historii.

Źródło: Fundacja Compassion in World Farming Polska
Raport: www.ciwf.pl/EggTrack2019


→ Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.