Jesteśmy w decydujących momentach dla polityki klimatycznej na najbliższe dziesięciolecia. Oczy całego świata zwrócone są na Madryt, gdzie od kilku dni trwa szczyt klimatyczny COP.
Już w czwartek 12 grudnia, w Brukseli, rozpocznie się grudniowy szczyt szefów państw i rządów Unii Europejskiej decydujący dla wysiłku wspólnoty na rzecz ochrony klimatu. Po raz kolejny miliony osób na całym świecie mają nadzieję, że przywódcy i liderzy państw wskażą nam drogę wyjścia z klimatycznego ślepego zaułka. Polacy i inni europejczycy domagają się dodatkowo od brukselskiego szczytu konkretnych rozwiązań dla naszego kontynentu. Na obu spotkaniach Polskę reprezentuje premier Mateusz Morawiecki i wbrew pro-ekologicznym opiniom Polaków staje się symbolem starego porządku.

Stanowisko Premiera Mateusza Morawieckiego na kończącym się właśnie szczycie klimatycznym w Madrycie jest reprezentatywne dla reakcjonizmu klimatycznego PiS. Gdyby wyrazić to podejście jednym cytatem brzmiałby on tak: “Zachód chce od nas ekologii to niech za to zapłaci, a my zrobimy tylko tyle ile podpisaliśmy (w Paryżu) i nic więcej – bo przecież nam było i jest tak trudno”.

Trudno rzeczywiście jest, ale raczej uwierzyć w to, że rząd PiS zdecydował się zmienić stosunek do porozumień międzynarodowych i w końcu je szanować. Tego chyba nikt już nie kupi. Pomijam też, że porozumienie paryskie jest niebyłe w swych mało ambitnych zobowiązaniach i że nauka od czasu jego podpisania dostarczyła dowodów na nowe cele. Nudzi u Premiera także ciągłe odwołanie do warunków historycznych jako wymówki dla obecnych jego zbrodni na środowisku. Pytanie jednak najważniejsze w tej nie-polityce klimatycznej PiS jest takie: a gdzie w tym wszystkim klimat? Nie ten wymyślony “pomysł zachodu” – ale ten tutaj, czyli rzeczywiste zmiany klimatyczne w Polsce, które dotykają Polki i Polaków, i którzy za nie płacą – zdrowiem i gotówką?

Słowa Premiera przed madryckim COP-em nie dziwią, bo już swoim exposé wystarczająco pokazał, że oprócz użycia modnych w wyszukiwarkach internetowych słów, za bardzo pomysłów w sprawie klimatu nie ma. Ale jak to bywa z wyszukiwaniem w internecie, po kliknięciu na link może się pod nim kryć coś zupełnie innego niż myśleliśmy, a czasem po prostu: nic. Tyle tylko, że w tym przypadku “nic” to zaniechanie ekologicznej transformacji kraju, a bez niej czeka nas w Polsce pół miliona przedwczesnych śmierci i straty dziesiątek miliardów euro. Powstały już także prognozy wskazujące, które części północnej Polski znajdą się (na pewno) pod wodą w 2050 roku[1].

Nikt nie ma już wątpliwości, że rujnowanie klimatu wynika z emisji gazów cieplarnianych przez człowieka i niszczy nasze biologiczne podstawy życiowe. Susze pustoszą rolnictwo, czyli nasze źródło jedzenia, brudne powietrze wywołuje astmę, a więc duszenie się dzieci, a śmieci i skażone odpady wywołują nowotwory. Udawanie, że sprawy na poziomie podstawowym są bardziej skomplikowane niż to, że degradacja klimatu zabija, może mieć na celu tylko jedno: uśpienie czujności, bo władza nie wie (i nie chce wiedzieć) jak zareagować na codziennie pogarszający się stan środowiska.

Tymczasem kryzys ekologiczny trwa i Polacy to wiedzą. Aż 68% wyborców PiS uznaje, że walka ze smogiem jest priorytetem[2]. Inne wskazują że 98%[3] społeczeństwa zgadza się ze stwierdzeniem, że zmiany klimatu wywołane są przez człowieka i prawie tyle samo chce robić więcej dla ekologii i aż 77%[4] uznaje katastrofę klimatyczną za największe obecnie zagrożenie. Wydmuszki w stylu bezkompetencyjnego “ministra od klimatu” bardzo szybko pękną pod tą wystarczającą już ekologiczną wiedzą jednych i mocnym już ekologicznym instynktem drugich.

Gdyby partia rządząca choć trochę chciała być przydatna, to z ust premiera padłaby propozycja zniesienia podatków i zobowiązań dla małych i średnich ekologicznych firm, które muszą być już teraz radykalnie wsparte po to, aby mogły unieść ciężar przyszłej i nieuniknionej transformacji ekologicznej Polski.

Zamiast opowiadania o tym, “ile razy można opleść Polskę torami kolejowymi” warto, aby Premier odpowiedział na pytanie: jak to się dzieje że zwiększa się popyt na podróże koleją, ale coraz trudniej jest kupić bilety na pociąg, a jakość podróży jest coraz gorsza, i że tory kolejowe, mimo tego, co jego partia mówiła w 2016 roku, nadal są demontowane? I dalej, dlaczego działki po zdemontowanych torach są sprzedawane w taki sposób, aby tzw.: “święte prawo własności” nie pozwoliło na odbudowanie ciągu kolejowego? Wobec tej polityki, kilka szybkich pociągów do politycznego pomnika prawicy, czyli Centralnego Portu Komunikacyjnego, to dekoracja. Sprawna kolej musi działać przede wszystkim pomiędzy miejscami, gdzie mieszkają ludzie dziś, a nie prowadzić do miejsca, które być może kiedyś powstanie, i z którego być może kiedyś latać będą samoloty.

Nie jest żadną tajemnicą, że rząd jest na usługach wydobywczego lobby. Świadczy o tym nie tylko miłość PiSu do spalania węgla, ale też brak porządnego rachunku ekonomicznego rządu. Same koszty zdrowotne i środowiskowe węgla w naszym kraju to 7,3 miliardów euro rocznie[5]. Premier Morawiecki poszedł jednak dalej i jako jeden z pomysłów przedstawił w swoim expose równie złą i najdroższą ze wszystkich źródeł – energię nuklearną. A ta pozostawiłaby Polskę na smyczy wysoce emisyjnych kopalń uranu i wzbogacających go państw. Przy naszym położeniu to de facto Rosja i Kazachstan. Żadna alternatywa. Co gorsza, blokując wspólne cele klimatyczne Unii, polski rząd działa  właśnie na rzecz interesów państw trzecich.

Slogany Premiera pokazują jego brak ambicji i wizji w sprawie ochrony Polaków przed zmianami klimatu. Propozycje są dawno spóźnione i reakcyjne. Podczas posiedzeń Zielonych w Parlamencie Europejskim, jeden z szefów frakcji zwykł porządkować dyskusje strategiczne apelem abyśmy zdecydowali najpierw “czego chcemy, potem jak to zrobić, a dopiero na końcu możemy przemyśleć, czy to, czego chcemy, jest możliwe. I nigdy odwrotnie”. Transformacja ekologiczna Polski wymaga takiego właśnie ambitnego procesu planowania i wizji, a nie wrzucania słów-kluczy na “chybił-trafił”. Tym bardziej, że UE jest gotowa szczodrze pomóc w tej transformacji dostarczając środków i pomysłów. Taka nowa droga zielonego wzrostu ekonomicznego jest jedynym rozwiązaniem, aby obudzić energię, której Polska ekonomia nie widziała od czasu wejścia Polski do Unii.

W obliczu katastrof, tak ja ta klimatyczna, kłamstwo, że robi się coś, podczas gdy nie robi się nic, jest więcej niż “tylko” kłamstwem. I pomimo tego, że być może, Premier Morawiecki na zbliżającym się grudniowym szczycie UE w końcu przestanie blokować politykę klimatyczną UE, to jego exposé oraz stanowisko zajęte na COP w Madrycie zdają się mówić jasno: w sprawie ochrony klimatu są przed nami cztery, leniwe i pełne wymówek lata Premiera.

*Bartek Lech – współzałożyciel Partii Zieloni, pracował jako doradca grupy Zielonych w PE i szef międzynarodowej federacji młodzieżówek zielonych (FYEG) dzieląc czas pomiędzy europejskimi i polskimi zielonymi. Był kandydatem Zielonych do Sejmu RP w 2005 i do Rady Warszawy w 2006. W 2009 roku, jako pierwszy Polak wystartował do PE z belgijskiej listy Ecolo. Od 2010 roku pracuje jako konsultant w dziedzinie demokratycznych wyborów i praw człowieka pracując jako ekspert w ekipach zarządzających międzynarodowymi misjami obserwacji wyborów.

________________________________________

[1] https://coastal.climatecentral.org/map/8/16.9975/53.7864/?theme=sea_level_rise&map_type=coastal_dem_comparison&elevation_model=coastal_dem&forecast_year=2050&pathway=rcp45&percentile=p50&return_level=return_level_1&slr_model=kopp_2014

[2] Sadura/Sierakowski: “Polityczny cynizm polaków” https://poledialogu.org.pl/wp-content/uploads/2019/09/Polityczny-cynizm-Polakow_raport.pdf

[3] Kantar „Ziemianie atakują”

[4] European Council of Foreign Affairs

[5] WWF: http://wwf.panda.org/our_work/climate_and_energy/?353783/Analysis-Polands-path-to-climate-neutrality-is-affordable-and-feasible

Zdjęcie: serwis Pixabay

Tytuł pochodzi od Redakcji


 

Piątek – 6. 12. o godz. 18.00 początek wielkiego marszu Kontr Szczytu – odpowiedzi młodzieży świata dla COP25.

Międzynarodowa Sieć Solidarności i Walki Pracowniczej zorganizowała swoją, społeczną odpowiedź na COP25 w postaci Kontr Szczytu. Dzisiaj w ramach niego ulicami Madrytu przejdą tysiące uczniów i uczennic Fridays For Future, ich rodzice, pracowniczki i pracownice oraz reprezentanci ruchów obywatelskich i organizacji pozarządowych. Manifestować w celu zwiększenia nacisku na debatujących polityków i polityczki będą wszyscy Ci, którzy konsekwencje krótkowzrocznej, degradującej naszą planetę polityki odczuwają i będą odczuwać najbardziej.

Do marszu dołączy dzisiaj także młoda, szwedzka aktywistka – Greta Thunberg, która właśnie dotarła do Madrytu.
Nie zabraknie na miejscu także polskiej reprezentacji klimatycznych ruchów oddolnych i organizacji pozarządowych.
Młodzieżowy Strajk Klimatyczny Extinction Rebellion Polska Obóz dla Klimatu
#climatejustice

Agata Tarasewicz dla Zielonych Wiadomości

5. 12. – następny ciekawy i pełen wrażeń COP-owy dzień na gorąco relacjonowany przez Ewę Sufin-Jacquemart.

Wiele interesujących i ważnych konferencji, debat, spotkań, rozmów i na koniec kolacja w towarzystwie prof. Hansa Kare Flo z Norwegii, z licznej na COP-ie ekipy Green Economics Institute. I miły dla nas akcent: słysząc naszą emocjonującą dyskusję, za „ratowanie Ziemi” restauracja madrycka ze wzruszeniem oferowała nam kawę i ciacho…).

Z konferencji szczególnie dwie były dla mnie ciekawe, jedna zatytułowana „Human Settlements and Climate Change: Human Rights based Solutions and Challenges”, z udziałem pana Léo Hellera (Special Rapporteur on the human rights to safe drinking water and sanitation – kto znajdzie odpowiedni tytuł po polsku?) oraz wysłanniczki jego odpowiednika ds. praw do adekwatnego zamieszkania. Ciekawe i klarowne wystąpienia obydwojga zasługują na upowszechnienie, więc je nagrałam i opublikuję. Wystąpienie o wodzie znajdziecie spisane i przetłumaczone w przyszłym numerze Zielonych Wiadomości. Prawo do wody, prawo do mieszkania – gdy zostaną uznane za prawa człowieka, pomoże to wyeliminować kilka ważnych zagrożeń i poprawi los milionów ludzi.

Leo Haller Fot. Ewa Sufin-Jacquemart

W pawilonie IPCC trafiłam na kończącą się konferencję nt. poziomu emisji gazów cieplarnianych, więc tylko nagrałam krótki wywiad z Glenem Petersem, Dyrektorem Badań instytutu CICERO na temat „carbon budget 2019”. Oj niewielki ten budżet, niewielki, jeżeli chcemy utrzymać trajektorię na 1,5 st. C o jaką apelują naukowcy, albo 2 st.C, którą nam przedstawiają jako górną granicę naszej przystosowalności… Pytałam co myśli o neutralności węglowej NETTO w 2050 roku, na jakim poziomie powinniśmy utrzymać emisje, żeby nadwyżki można było pochłonąć, w sposób naturalny lub technologiczny. Glen Peters nie ma niestety gotowej odpowiedzi, jak tylko to, że nie możemy liczyć na dużą pochłanialność, którą trzeba zostawić dla najbardziej strategicznych sektorów i upośledzonych miejsc.

Przed sławnym podświetlonym napisem #COP25 trafiłam na telewizję (nie wiem z jakiego kraju), nagrywającą wywiad z ośmioletnią Licypryją Kanguyam z Indii, laureatką Światowej Dziecięcej Nagrody Pokoju 2019, która z wielkim entuzjazmem opowiadała, że spotkała Gretę Thunberg i że jest szczęśliwa, że może być na COP25.

Fot. Ewa Sufin-Jacquemart

Filmował tę scenę razem ze mną #SustainaClaus. Pamiętacie go z COP24? Oczywiście ten super zaangażowany dla klimatu brodacz w charakterystycznym czerwonym płaszczu Świętego Mikołaja znów jest na szczycie klimatycznym, bo jakby inaczej… Nagrałam z nim  wywiad, bo jest tego wart. Robi świetną robotę skutecznie zachęcając ludzi do proklimatycznych zmian w stylu życiu.

W holu trafiłam też na grupę barwnych młodych kobiet w strojach z Ameryki Płd., z kartonowymi tablicami. Przyjechały do Madrytu aby zwrócić uwagę świata na przemoc wobec kobiet (pamiętajmy, że trwają dni przeciw przemocy wobec kobiet), w kontekście agresji przemysłu wydobywczego na ziemie tubylcze. Zakończyły piękną przejmującą pieśnią. Jakoś w często słyszymy o przemocy wobec kobiet (w tym seksualnej), a nie zdajemy sobie sprawy z tego jaką cenę płacą kobiety z ludów tubylczych, gdy na ich teren wkracza siłą zalegitymizowana przez władzę państwową międzynarodowa korporacja wydobywcza.

Fot. Ewa Sufin-Jacquemart

 

 

Rolnictwo

Z konferencji warte zaznaczenia są dwie debaty dotyczące rolnictwa. Pierwsza zorganizowana przez WFO (Światową Organizację Rolników) o „rolnictwie przyjaznym dla klimatu” (climate-smart agriculture), „rolnictwie precyzyjnym” i „zrównoważonym”, druga, zorganizowana m.in. przez FAO, o agroekologii jako transformacyjnym rolnictwie. Mimo, że reprezentowały one zasadniczo różne perspektywy i grupy interesów, każda z nich była w swoim rodzaju ciekawa. Na pierwszej przedstawiciel wielkoobszarowych rolników bronił idei, że rolnicy produkują co im rynek narzuca, a przedstawiciel Banku Światowego dorabiał wyraźnie ideologię do nie bardzo służącej światu gry. Nagrałam przy okazji świetny wywiad z Elisabeth Gulugulu, studentką z Zimbabwe, która była panelistką pierwszego panelu. Prawda i mądrość płynie z ust młodych kobiet… już niedługo wywiad spiszę dla Zielonych Wiadomości i Koalicji Żywa Ziemia i upublicznię, bo wart jest dotarcia do szerokich rzeszy.

Loss and Damage

Trafiłam jeszcze na koniec debaty o Loss and Damage, czyli o odszkodowaniach za straty i zniszczenia (głównie w wyniku katastrof naturalnych), których szczególnie potrzebują, a nie mogą wynegocjować, kraje najbardziej wrażliwe, które na dodatek nie przyczyniły się do zmian klimatu. Po wynegocjowanym z wielkim trudem funduszu na adaptację do zmian klimatu (z którego chciałyby, a jakże, korzystać kraje mniej zamożne wśród krajów bogatych, takie jak Polska, zamiast zostawić ten niewielki fundusz dla krajów najbardziej potrzebujących i nie ponoszących odpowiedzialności klimatycznej), negocjacje wokół kolejnego funduszu na straty i zniszczenia są bardziej niż toporne…

Tyle na wczoraj, jutro o 18:00 marsz dla klimatu, po południu wpadnę do Zielonych hiszpańskich na warsztat  robienia tablic i banerów, ale w ciągu dnia pójdę trochę poszperać na COPie co nowego w ramach Climate Ambitions Alliance, czyli jak się ma inicjatywa na rzecz zwiększenia ambicji NDCs (dobrowolnych zobowiązań Stron w zakresie redukcji emisji), bo jak wiadomo póki co jesteśmy na ścieżce ok. 3,5 st. C., a mamy nie przekroczyć 2 st. C do końca stulecia, przy czym wiadomo, ze 1,5 st. C byłoby dużo lepsze…

Zobaczymy czy prezydencja chilijska poradzi sobie lepiej niż prezydencja Fidżi. Bo tymczasem polska prezydencja oczywiście nie ruszyła palcem, zajęta „książką reguł” Porozumienia Paryskiego. I tak nie ruszyła artykułu 6., dlatego teraz jest o ten nieszczęsny artykuł o mechanizmach rynkowych taka wojna.

Ewa Sufin-Jacquemart, z Madrytu z COP 25

P.S. Australia wygrała 3 dnia # COP25 już drugą skamielinę dnia za próbę „wykorzystania wrażliwości rdzennych społeczności Australii na zmiany klimatu dla zminimalizowania swojej odpowiedzialności i obowiązku rekompensaty dla słabiej rozwiniętych krajów”. Pozostałe „skamieniałe” kraje dnia to Belgia oraz Bośnia i Słowenia (uff, wciąż nie Polska…)

Po zasłużonej karze za wysoko emisyjny lot samolotem na szczyt klimatyczny, czyli 24-godzinnym oczekiwaniu na odlot samolotu, wreszcie dotarłam do Fiesta de Madrid w Madrycie, gdzie w kilkunastu halach targowych odbywa się przeniesiony w ostatniej chwili z Chile do Hiszpanii 25. szczyt klimatyczny, czyli Konferencja Stron.

Pierwsze wrażenie to podziw dla Hiszpanów, że dali radę. Bo zorganizowanie w ciągu miesiąca imprezy na ponad 20 tysięcy delegatów i obserwatorów z całego świata, było by zapewne nie lada wyzwaniem dla każdego.

Udało się poza tym umieścić dwie strefy – błękitną, gdzie wstęp mają tylko osoby akredytowane, oraz zieloną, dostępną dla wszystkich z biletami wstępu. Chyba pierwszy raz za dostęp do standów różnych organizacji z ich materiałami oraz do wielkiej ilości klimatycznych konferencji jest płatny. No cóż, świat się zmienia. Może obawiano się, że do udziału w płatnym COP-ie nie byłoby chętnych? Co kraj to obyczaj…

Jak to jest w COP-owym zwyczaju osoba z akredytacją, po rejestracji w strefie błękitnej, dostaje badge ze smyczą UNFCCC a następnie odbiera kartę na darmowy transport publiczny w okresie akredytacji (pierwszy tydzień szczytu, drugi lub obydwa) i prezent. Prezent był tym razem tylko jeden: zwyczajowa butelka na wodę do pobrania w licznych ustawionych na terenie COP-u fontannach z darmową wodą. O dziwo, po raz pierwszy w długoletniej historii szczytów klimatycznych, butelka jest szklana, a nie plastikowa.

Wszystko jest poza tym „normalnie”, te same przestrzenie dla delegacji, sala plenarna, pawilony Stron lub grup organizacji, standy niezliczonych organizacji i instytucji, bardzo liczne sale i przestrzenie konferencyjno-warsztatowe, przestrzenie do pracy, niektóre wyposażone w laptopy z dostępem do internetu, gdyż otwarte wi-fi jest słabej jakości i bardzo mocno przeładowane.

Największym problemem jest brak wyraźnego oznaczenia gdzie, to znaczy w którym z kilkunastu hal COP-u, znajduje się sala, do której chcemy dotrzeć na interesującą nas konferencję. Program po prostu takiej informacji nie zawiera. Zmęczona szukaniem dałam za wygraną i zmieniłam taktykę – tam gdzie się znajdowałam oglądałam w poszczególnych salach tematy trwających konferencji i wchodziłam, gdy temat wydawał mi się interesujący.

Artykuł 6. Porozumienia Paryskiego

I tak trafiłam najpierw na bardzo specjalistyczny panel o „artykule 6.” Porozumienia Paryskiego, który jest przedmiotem wielu kontrowersji. Dotyczy on możliwości użycia zastępczego mechanizmu podobnego jak CMD w Protokole z Kioto, gdy jeden kraj inwestuje w rozwiązania dekarbonizujące w innym kraju. Organizacje ekologiczne oczywiście twierdzą, że reguły muszą być doprecyzowane w taki sposób, aby nie tylko nie było ryzyka podwójnego liczenia całości lub części obniżek emisji. Ale też użytek art. 6 musi być mocno obwarowany warunkowo, aby był ostatecznością, gdy kraj wyczerpał możliwości transformacji u siebie. Napiszę o tym szerzej w wolnej chwili i upublicznię nagrania najciekawszych wystąpień.

Następnie uczestniczyłam w bardzo ciekawym, ze względu na różnorodność panelistów, panelu na temat oceanów, zatytułowane „The Ocean, Climat and Biodiversity. The evidence is clear for raising ambition”. M.in. przedstawiciel IPCC skrótowo przedstawiał wyniki raportu IPCC o klimacie i oceanach, który ukazał się parę miesięcy temu. Napiszę osobną relację z tego ciekawego panelu, bo sprawa jest na tyle ważna, że zasługuje na więcej niż jeden paragraf. Nakręciłam kilka wystąpień i nagrałam wywiad z Martinem Sonmerkomem, reprezentującym WWF w tym panelu. Bardzo się ucieszył, gdy mu opowiedziałam o ruchach klimatycznych i wyborczych sukcesach Zielonych w Polsce.

Panel o oceanach, Fot. ES-J

Potem z ciekawością poszłam na rozdanie pucharu „Skamieliny dnia”, którą otrzymały ex-equo:

  • Japonia za intensywny program inwestycji w węgiel,
  • Brazylia, za wycinkę Puszczy Amazońskiej – delegacja Brazylii przyjechała na COP szantażować społeczność międzynarodową i wyłudzać wielkie fundusze za odstąpienie od wycinki
  • wreszcie Australia, której minister środowiska jest denialistą klimatycznym (skąd my to znamy…) i nie widzi związku między intensyfikacją pożarów lasów a rosnącą emisją gazów cieplarnianych.

Po „ceremonii” i odśpiewaniu tradycyjnej pieśni, zaczepiła mnie telewizja japońska pytając o japońską skamielinę dnia, czy zasłużona. Odpowiedziałam, że oczywiście rozumiemy trudność jaką stanowi dla Japonii odejście od atomu i trudne równoczesne odejście od węgla, ale niestety tego, od tak rozwiniętego technologicznie kraju, jak Japonia, oczekujemy. Niemcy pokazują drogę odchodząc od atomu i jednocześnie wyznaczając wyraźną ścieżkę odejścia od węgla. Od Japonii oczekujemy aby była światowym liderem energii odnawialnych i technologii przechowywania energii, a nie potęgą węglową. Japonia łapie „nisko wiszący owoc”, zamiast wykorzystać w walce z katastrofą klimatyczną swój technologiczny potencjał i bogactwo zbudowane na węglu i atomie.

Wysłuchałam jeszcze ciekawego panelu na temat wykorzystania narzędzi i danych cyfrowych, po którym zrobiłam wywiad z przedstawicielką platformy C40 dla klimatu. I wreszcie, ostatni tego dnia wykład, w pawilonie hiszpańskim, dotyczył niezwykle ciekawego zjawiska wykorzystania energetycznego w miastach tego, co pod ziemią (ciepło w kuluarach metra, kilometry płynącej wody). Opowiem o tym osobno ustami Javiera Rubio de Urquiara.

Panel o podziemnej energii miasta, fot. ES-J

Na tym mój intensywny COP-owy dzień się nie skończył. Zobaczymy co uda się zobaczyć, posłuchać, z kim porozmawiać, dziś.

Na poważne podsumowanie i refleksje przyjdzie czas po zakończeniu całego COP25.

Z Madrytu – Ewa Sufin-Jacquemart

 

Wspólna Polityka Żywnościowa dla Unii Europejskiej jest efektem trzyletniej pracy  ponad 400 interesariuszy: rolników, przedsiębiorców, aktywistów społecznych, naukowców i polityków.

Rolnictwo, jakie dominuje dziś w Unii Europejskiej i w Polsce, jest coraz bardziej krytykowane. Zarzuca mu się, że przyczynia się do zmian klimatu, zanieczyszcza wodę i ogranicza jej zasoby, a używając licznych pestycydów, przyczynia się do spadku populacji pszczół i innych owadów zapylających oraz oddziałuje negatywnie na zdrowie rolników, innych mieszkańców obszarów wiejskich i konsumentów. Do tego oskarża się je, że źle wpływa na różnorodność biologiczną i populacje zwierząt dziko żyjących, wywołuje odporność na antybiotyki, nie szanuje dobrostanu zwierząt i jest źródłem wielu skandali i wykroczeń.

Tak liczne zarzuty świadczą o nieskuteczności unijnej Wspólnej Polityki Rolnej, na którą przeznaczamy w końcu prawie 40% budżetu Unii Europejskiej. Narzędzie „zazieleniania” dotychczasowej WPR nie zmieniło systemów produkcji rolnej, a „warunkowość” zawarta w WPR, która jest zbyt skomplikowana administracyjnie, nie przyniosła konkretnych rezultatów. W wielu krajach Unii rozwinęły się co prawda uprawy ekologiczne, ale mimo to zużycie pestycydów bynajmniej nie maleje. Na dodatek unijna Izba Obrachunkowa krytycznie odnosi się do użytkowania środków WPR.

Nowa Wspólna Polityka Rolna 2020

Nowa WPR 2020 ma ambicję zmniejszenia negatywnego oddziaływania rolnictwa na klimat i środowisko. Mają temu służyć nowe „ eko-programy” oraz zmienione zasady warunkowości. Eko-programy mają za zadanie wynagrodzić rolnikom usługi na rzecz środowiska i ekosystemów służące bioróżnorodności, klimatowi i zdrowiu ludzi i zwierząt, czyli całemu społeczeństwu. Być może nieco poprawi to sytuację, w różnym stopniu w różnych krajach w zależności od poziomu świadomości i ambicji poszczególnych rządów, gdyż nowa WPR ma dawać krajom członkowskim znacznie większe pole manewru, koncentrując się na rezultatach, a nie na procedurach.

Tyle że WPR ukierunkowana jest przede wszystkim na dobrostan rolników i ich rodzin oraz rozwój obszarów wiejskich. Nie ma zadania ani narzędzi, aby zadbać o cały łańcuch żywności „od pola do talerza”: przewóz, skup i przetwórstwo produktów rolnych, dystrybucję i konsumpcję żywności, przerób i użytkowanie odpadów. A przecież cały ten łańcuch wymaga transformacji w kierunku „zrównoważenia” zgodnie z unijną polityką zrównoważonego rozwoju i Celami Zrównoważonego Rozwoju ONZ. Tylko tak zapewnimy mieszkańcom Europy dostęp do żywności wysokiej jakości koniecznej dla zapewnienia ludziom zdrowia oraz wypełnimy zobowiązania klimatyczne zgodnie z ogólnoświatowym Porozumieniem Paryskim z 2015 roku.

Dlatego powstał Międzynarodowy Panel Ekspertów dla Zrównoważonego Systemu Żywienia, IPES-Food, który wypracował propozycję „Wspólnej Polityki Żywnościowej dla Unii Europejskiej”[1]. Nie jest to bynajmniej propozycja samych naukowych ekspertów, tylko wynik zbiorowej pracy i inteligencji ponad 400 interesariuszy: rolników, przedsiębiorców, aktywistów społecznych, naukowców i polityków, opracowana w trzyletnim procesie badawczo-twórczym. Opiera się na ustaleniach ważnych raportów wewnętrznych naukowych organów doradczych UE i reformułuje idee podnoszone przez Parlament Europejski, Europejski Komitet Ekonomiczno- Społeczny (EKES), Komitet Regionów i różne koalicje działające w ramach aktywnego społeczeństwa obywatelskiego. Wspólna Polityka Żywnościowa poszukuje najszerszej możliwej zgody co do tego, co trzeba zrobić, aby stworzyć zrównoważony system żywnościowy.

Propozycja dotyczy w pierwszym rzędzie reformy architektury unijnego systemu zarządzania (nie wymagającej bynajmniej zmian traktatów UE), tak aby przezwyciężyć izolację i niespójności unijnych struktur sektorowych i polityk, poprawić synergię i naoliwić współpracę tych, którzy pracują na rzecz zrównoważonych systemów żywienia. Obejmowałoby to stworzenie funkcji Wiceprzewodniczącego/ej Komisji Europejskiej d/s Wspólnej Polityki Żywnościowej, powołanie osób odpowiedzialnych za kwestie żywności w każdej Dyrekcji Generalnej Komisji Europejskiej, utworzenie formalnego zespołu ds. żywności w Parlamencie Europejskim oraz Rady Europejskiej Polityki Żywnościowej, wreszcie mechanizmu stałej koordynacji oraz wymiany praktyk i wiedzy o lokalnych/regionalnych inicjatywach i politykach dotyczących żywności.

W bardziej odległym terminie należałoby wprowadzić narzędzia śledzenia postępów we wdrażaniu Wspólnej Polityki Żywnościowej oraz partycypacyjny proces oceny i wdrażania innowacji technologicznych.

Takie zmiany organizacyjne mają na celu wzmocnienie i zapewnienie spójności tym elementom różnych polityk UE, które wpływają na cały łańcuch żywnościowy „od pola do talerza”, i skupienie ich wokół pięciu celów:

  1. zapewnienia dostępu do ziemi, wody i zdrowych gleb,
  2. odtworzenia ekosystemów rolnych odpornych na zmiany klimatyczne,
  3. promocji odpowiedniej, zdrowej i zrównoważonej diety dla wszystkich,
  4. budowania sprawiedliwszych, krótszych i mniej zanieczyszczających łańcuchów dostaw,
  5. ukierunkowania handlu na służbę zrównoważonemu rozwojowi.

Dla każdego z tych ważnych celów raport IPES-Food wyszczególnia przeszkody i niespójności aktualnych polityk oraz propozycje krótko- i długoterminowych działań, aby je pokonać.

Miejmy nadzieję, że nowa Komisja Europejska Ursuli von der Leyen skorzysta z wielkiej pracy IPES-Food i nowa unijna polityka żywnościowa, o konieczności wprowadzenia której wspominała wielokrotnie kandydatka von der Leyen, ujrzy światło dzienne w najbliższych latach, a może nawet miesiącach. Oby.

Przypisy:

[1] Towards a Common Food Policy for the European Union, IPES-Food 2019, raport opracowany pod kierunkiem Oliviera de Schuttera.

* Artykuł w ramach międzynarodowego projektu „Fair and Healthy Food” Zielonej Fundacji Europejskiej GEF, przy wsparciu finansowym Parlamentu Europejskiego dla Zielonej Fundacji Europejskiej GEF.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Zieloni w Austrii odnotowali w roku 2017 poważną porażkę, kiedy po rozłamie w partii nie udało się im przekroczyć 4-procentowego progu wyborczego. Przedterminowe wybory parlamentarne – efekt skandalu korupcyjnego, który przyczynił się do upadku prawicowego rządu – były dla nich najlepsze w historii dzięki osiągnięciu poparcia na poziomie 13,9%.

Pytania, jakie musieli sobie stawiać w ostatnich miesiącach – od sposobów na trafianie tak do wielkomiejskiego, jak i wiejskiego elektoratu po tworzenie nowych koalicji wyborców – są aktualne dla zielonych i progresywnych partii w całej Europie. Bartłomiej Kozek rozmawia na ten temat z nową, zieloną posłanką, Ewą Ernst-Dziedzic.

– Bartłomiej Kozek: Dwa lata temu Zieloni wypadli z parlamentu. Teraz, obok chadeków Sebastiana Kurza (OeVP) uważani są za jednego z dwóch zwycięzców wrześniowych wyborów. Co doprowadziło do tak wielkiej zmiany?

– Ewa Ernst-Dziedzic: Po wyborach w roku 2017 startowaliśmy z bardzo niskiego poziomu. Badania opinii publicznej dają nam z reguły większe poparcie niż to, które uzyskujemy potem w dzień głosowania – mając to na uwadze mobilizacja naszego elektoratu była dla nas kwestią priorytetową. Osoby sympatyzujące z nami musiały dostać komunikat, że nie mogą uznawać przekroczenia przez nas progu wyborczego za pewnik i że muszą zagłosować, by cel ten się udał.

Ta strategia przyniosła nam sukces. Wyniki badań exit poll wskazały, że spora część elektoratu, którą w roku 2017 straciliśmy na rzecz socjaldemokratów zdecydowała się do nas powrócić. Bardziej lewicujący wyborcy byli zniechęceni flirtem centrolewicy z nastrojami antyimigranckimi. Udało się nam nawet pozyskać część dawnych wyborców OeVP, zniechęconych zwrotem chadeków w stronę neoliberalizmu, którzy docenili nasz program w kwestiach socjalnych.

Jeszcze półtora roku temu sytuacja była zupełnie inna. Dwójka Zielonych ostała się jedynie w izbie wyższej parlamentu, dysponującej znacznie mniejszymi uprawnieniami. Nie mieliśmy statusu frakcji, budżetu na działanie czy osób zatrudnionych do wsparcia pracy parlamentarnej. Jedyne, co nam zostało, to dwa małe pokoje.

– Jak zatem udało się wam odbić od dna?

– Powołaliśmy do życia stowarzyszenie osób, wspierających nasze działania parlamentarne. Pozwoliło nam ono na zatrudnienie szkieletowej ekipy, zajmującej się podstawowymi elementami naszego funkcjonowania, na przykład księgowością. Zielona fundacja polityczna straciła finansowanie budżetowe, ale dzięki oszczędzonym zawczasu pieniądzom była w stanie ruszyć z cyklem Kongresów Przyszłości. Były one szansą na przedyskutowanie scenariuszy przyszłości tak partii, jak i kraju, w gronie zainteresowanych ekopolityką ekspertów i zwykłych osób.

Zgromadzona na tych odbywających się co kwartał wydarzeniach wiedza pomogła nam przy późniejszym pisaniu programu wyborczego. Ostatnie spotkanie z tego cyklu, które odbyło się w zeszłym roku, zgromadziło około 700 osób – i to w czasie, gdy sondaże nie były dla nas szczególnie korzystne i nikt nie spodziewał się przedterminowych wyborów. Ostatnie dwa lata były dla partii powrotem do korzeni i pokazywaniem, że wizje rozwoju Austrii, które towarzyszyły jej powstawaniu 30 lat temu wciąż pozostają aktualne, szczególnie w obliczu trwającego kryzysu klimatycznego. Wniosek ten pomógł w poszerzaniu naszej bazy członkowskiej.

– Zieloni osiągali w sondażach dość wyrównany poziom poparcia w różnych częściach kraju. W jaki sposób próbujecie uniknąć łatki liberalnej partii grupującej wielkomiejską elitę?

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że Zielonym może towarzyszyć taki stereotyp, który od czasu do czasu jest nam wyciągany. Mediom udaje się go kreować, wykorzystując nawet pojedyncze wypowiedzi czy poglądy w danym temacie. W czasie pożarów w Amazonii trafiliśmy pod ostrzał za krytykowanie opierającego się na oferowaniu tanich produktów przemysłu mięsnego. Skupiała się ona na twierdzeniu, że jesteśmy przeintelektualizowani i „oderwani od zwykłego życia”.

Tymczasem Zieloni od zawsze byli zróżnicowaną grupą. Część z nas zaangażowała się w działalność partyjną z powodu jej postulatów ekologicznych, inni – walki o prawa kobiet czy mniejszości. Jest oczywiste, że pojawiać się będą momenty, gdy w zielonym przekazie jeden z tematów będzie poruszany częściej niż pozostałe, wtedy jednak jesteśmy atakowani za to, że ponoć o nich zapominamy.

Przez lata naszej działalności politycznej przekonaliśmy się, że kwestie związane ze stanem środowiska czy szeroko pojętym zrównoważonym rozwojem – od praw zwierząt po dostęp do transportu publicznego – potrafią mobilizować ludzi, żyjących poza wielkimi miastami. W każdym rejonie kraju nasz profil polityczny jest nieco inny, mieści się jednak w wizji partii na szczeblu federalnym.

Skromny budżet na kampanię oznaczał, że zamiast billboardów nasza kampania opierać się musiała na ulotkach, mediach społecznościowych i odrobinie kreatywności. Wiązało się to siłą rzeczy z wychodzeniem na ulicę i rozmawianiem z ludźmi. W tego typu okolicznościach trudno było twierdzić, że jesteśmy oderwani od zwykłego życia. Naszym kluczowym przekazem do potencjalnych wyborców było udowadnianie, że kluczowa, stojąca przeze nami transformacja ekologiczna wymaga progresywnych rozwiązań w polityce społecznej i ekonomicznej.

– Jakimi osiągnięciami mogliście się pochwalić, uczestnicząc w rządzeniu na poziomie regionalnym?

– Pierwszą koalicję na tym szczeblu zawarliśmy z chadekami w Górnej Austrii – pozwoliła nam ona na zwiększenie ilości miejsc w żłobkach. Kiedy OeVP po kolejnych wyborach zdecydowało się tam na zmianę koalicjanta i sprzymierzyło się ze skrajnie prawicową Wolnościową Partią Austrii (FPOe) opłaty za żłobki wzrosły, a wiele z dotychczasowych sukcesów w zapewnianiu kobietom równych praw na rynku pracy zostało zaprzepaszczonych. Pokazuje to, jaką różnicę potrafią robić Zieloni, kiedy są u władzy.

W wypadku czerwono-zielonej koalicji w Wiedniu wielkim sukcesem okazało się wprowadzenie biletu rocznego na komunikację miejską, kosztującego 365 euro. Inicjatywa ta zwiększyła oczekiwanie co do dalszego inwestowania przez miasto w transport publiczny. Wiedeń poszczycić się może również najwyższym w kraju poziomem lokalnego zasiłku na dziecko, co pozwala na walkę z ubóstwem wśród najmłodszych. Dzięki Zielonym we władzach miasta poszerza ono swoją sieć rowerową i tworzy nowe przestrzenie publiczne na terenach zarezerwowanych do tej pory na ruch samochodowy. Drobne zmiany – od inwestowania w parki po sadzenie drzew owocowych i stawianie syfonów – pozwalają na tworzenie lepszego miasta z niższymi poziomami zanieczyszczeń powietrza i wyższą jakością życia nawet w obliczu zmian klimatu.

– Czy koalicja chadeków Sebastiana Kurza z prawicowymi populistami z OeVP pomogła Zielonym w odzyskiwaniu zaufania elektoratu?

– Jeszcze w trakcie kampanii przedwyborczej większość Austriaków uważała, że powrót do wspomnianej koalicji byłby dla naszego kraju najlepszym scenariuszem – i to mimo skali skandalu, jakim było opublikowanie taśm z szemranymi interesami wierchuszki FPOe na Ibizie. Kurzowi udało się wręcz przedstawić samego siebie jako ofiarę swoich prawicowych koalicjantów. Wolnościowcy starali się ograniczyć szkody, jakie nagrania mogły poczynić w elektoracie – i to z pewnym sukcesem, bowiem ich poparcie spadło jedynie z 20,5% w roku 2017 do 16,2% w 2019.

Znaczna część elektoratu czuła, że koalicyjny rząd OeVP-FPOe cofał nas w kwestii postępu społecznego. Rząd Kurza usiłował uniknąć kontroli ze strony parlamentu, a na dodatek obrał neoliberalny, wspierany przez bogatych sponsorów kurs. Poszczególne elementy sieci zabezpieczeń społecznych zaczęły być demontowane pod pretekstem ich nadużywania przez imigrantów. Maksymalna długość dnia pracy została wydłużona do 12 godzin dziennie i 60 godzin tygodniowo. Było to szczególnie niekorzystne dla kobiet, zmuszanych bądź to do pracy na pół etatu (i tym samym do godzenia się z niższymi zarobkami) albo wzięcia na siebie większej ilości godzin. Cięcia dotknęły zresztą również finansowanie dla grup, zajmujących się ochroną praw kobiet.

W parlamencie brakowało opozycji, która uznawana by była za wiarygodną. Zielonych pamiętano jako ludzi, którzy wiedzą, o czym mówią. Socjaldemokraci jeszcze do niedawna byli częścią wielkiej koalicji z chadekami i ciągle zdawali się przeżywać utratę kanclerskiego fotela. Liberałowie z partii NEOS z kolei zachowywali się, jakby sami chcieli wejść do kolejnego rządu.

– Jakie było podejście ekipy Kurza do kwestii europejskich? Czy tematyka unijna pojawiła się w szerszym zakresie w trakcie kampanii wyborczej?

– Podejścia tamtego rządu nie da się określić inaczej niż jako reakcyjne i autorytarne. Nie było dziełem przypadku, że na scenie europejskiej jego sojusznikami były rząd Węgier i Polski czy Matteo Salvini, który z ramienia prawicowo-populistycznej Ligi piastował wówczas stanowisko wicepremiera Włoch. Kurz i jego ówcześni wolnościowi sojusznicy z FPOe widzą wprawdzie Austrię jako część Unii Europejskiej, ale ich wizja UE to luźny sojusz państw, realizujących swoje własne postulaty i interesy. Bardzo potrzebujemy innej wizji Europy, opartej na zauważeniu faktu, że żaden kraj nie jest wyspą w obliczu takich międzynarodowych wyzwań, jak zmiany klimatu czy polityka azylowa.

– Jakie tematy były kluczowe w kampanii Zielonych? W jaki sposób łączyliście kwestie ekologiczne, takie jak kryzys klimatyczny, z postulatami społecznymi?

– W trakcie kampanii przypominaliśmy o tym, że wyzwanie klimatyczne jest również kwestią sprawiedliwości społecznej, które dotyka również osoby z grup defaworyzowanych. Przez ostatnie dwa lata poświęciliśmy dużo czasu na podkreślanie tych powiązań. W kwestiach związanych z prawami człowieka i polityką społeczną naszym celem jest odwrócenie reform, ograniczających dostęp do wsparcia socjalnego. Inwestycje publiczne, szczególnie te infrastrukturalne, muszą zostać przekierowane na przyjazne dla środowiska projekty. System podatkowy musi się zmienić, uwzględniając zasady społecznej i ekologicznej reformy fiskalnej. Potrzebne są również poważne zmiany na terenach wiejskich – to bowiem niepojęte, że w kraju tak bogatym jak Austria wciąż mamy wioski, pozbawione dostępu do przyzwoitego połączenia internetowego czy transportu publicznego.

Naszymi trzema głównymi tematami kampanii był klimat, korupcja i sprawiedliwość społeczna. Były to kwestie, które dominowały zresztą w debacie publicznej. Kwestie klimatyczne stały się palące dzięki ruchowi Fridays for Future (Piątki dla klimatu) oraz wrześniowemu szczytowi w Nowym Jorku, który miał miejsce tuż przed wyborami. Jako że ich przyczyną była afera korupcyjna ciężko było zapomnieć o domaganiu się większej przejrzystości w polityce czy potrzebie wzmocnienia demokratycznej kontroli nad działaniami rządu.

– Jakie zagrożenia czy wyzwania stoją przez Zielonymi w Austrii w najbliższych latach?

Jako że ekologia staje się palącym tematem aktualnych dyskusji jesteśmy w stanie pozyskiwać wyborców z różnych stron sceny politycznej – w tym również takich, którzy zgadzają się z nami jedynie w kwestii ochrony środowiska. To dla nas zarówno szansa, jak i wyzwanie – chcemy bowiem prezentować wizję polityczną, która będzie w stanie przyciągać zarówno świadomych wyzwań ekologicznych chadeków, jak i lewicowych wyborców sceptycznych wobec koalicji Zielonych i prawicy, takich jak w Tyrolu. Odbudowa partyjnych struktur oraz znalezienie złotego środka między regionalnymi różnicami a spójnością na szczeblu krajowym, będzie zatem dla nas niezwykle ważna.


Artykuł The Austrian Greens Make Their Comeback ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Polskie państwo systemowo się wali. Staliśmy nad przepaścią, zrobiliśmy krok do przodu.
Robert Suligowski przygląda się zapaści polityki społecznej w Polsce i stawia diagnozę o upadku służb publicznych.
Barbarzyńca w zielonym ogrodzie

Świat się zmienia, a wraz z nim zmienia się polityka. To teza w równym stopniu banalna, co prawdziwa. Dogmatyczne dyskusje: liberalizm czy socjalizm donikąd już nie prowadzą. Są to dyskusje przebrzmiałe, przechodzimy do innej, nowej epoki, epoki poprzemysłowej. Emanacją tej zmiany jest Zielona Fala, która wzbiera zarówno w Europie, jak i na świecie. Zieloni dostrzegli to jako pierwsi  i dlatego szukają nowych odpowiedzi, dotyczących kształtów i kierunków przemian społeczno-gospodarczych – wychodząc z holistycznej wizji świata i miejsca człowieka w tym świecie, schodzą na niższe szczeble aktywności, redefiniując je na każdym poziomie.

Zieloni vs. Barbarzyńcy

Zieloni nie są socjalistami. Przyjęcie przez Zielonych wizji i instrumentarium pojęciowego jednej z grup politycznych prowadziłoby do zupełnego zatracenia przez ten ruch waloru wyjątkowości, który pozwala spójnie mówić o tym, co nas czeka w najbliższych dekadach. Pozwolę sobie przyjąć, że w najbliższych latach czeka nas fundamentalny spór dwóch nowych ruchów politycznych. Inne – albo zmienią narrację, albo będą stopniowo schodzić ze sceny. Ale nawet ta zmiana narracji nie da im tej wiarygodności, którą będą miały dwa nowe ruchy polityczne: zielony – holistyczny, bazujący jednak na wolności, prawach człowieka, ekologii i solidaryzmie społecznym, i kształtująca się jako kontra „Międzynarodówka Barbarzyńców” – szereg różnych, z pozoru niepowiązanych ze sobą politycznych ruchów, dla których wspólnym mianownikiem jest egoizm i bazowanie na niskich instynktach. Dla jasności: piszę tu o cynicznych liderach politycznych, nie o ich elektoracie.

Ta druga, oparta na wspomnianym egoizmie, negacji antropogenicznego charakteru zmian klimatu, nietolerancji, wykluczeniu i „ekskluzywności” (w przeciwieństwie do zielonej inkluzyjności) dopiero się formuje. Na razie ma wiele twarzy – Trumpa, Johnsona i Farage’a, Kaczyńskiego, Bolsonaro, Orbana, AFD, Le Pen i wielu innych, z których część dopiero zaczyna stawiać swoje pierwsze polityczne kroki. To jest również powrót do nacjonalizmów i militaryzmu, do bezwzględnego wykorzystywania środowiska dla własnych potrzeb. W przedziwny sposób wplatanie w język kierowany do grup marginalizowanych, z dolnych szczebli społeczeństwa, polityki de facto wymierzonej właśnie przeciw tym grupom, głuchej na ich interesy.

Moim zdaniem przez kolejne dekady oś politycznego sporu będzie się obracać wokół tego konfliktu. Zaostrzające się zmiany klimatu i pogarszające warunki życia, dostęp do wody i innych surowców, narastające fale migracji, będą ten spór zaostrzać. Konflikty zbrojne są w to wpisane niemal z definicji. To będzie klasyczna walka dobra ze złem, humanizmu z egoizmem.

Jestem tu pesymistą. Zwycięży egoizm – a za nim filozofia wykluczenia i niedopuszczania do swoich zasobów osób z zagrożonych terenów. To już widać, choćby na przykładzie głosowania establishmentu UE w sprawie ratowania uchodźców. To będzie jedna z linii pęknięcia aktualnej sceny politycznej (to pęknięcie już istnieje) – absolutnie nie będzie to wyłącznie pęknięcie na linii lewica/prawica czy liberalizm/centralizm (etatyzm). To raczej będą pęknięcia według fundamentalnie etycznych postaw. Ruch migracyjny będzie postępował z globalnego Południa na globalną Północ. Wśród imigrantów dominować będą osoby o światopoglądzie konserwatywnym, często związane z islamem. Tu widzę ogromne pole do współpracy pomiędzy dzisiejszymi konserwatystami a częścią Lewicy, którą najbardziej przerażać będzie wizja przyjęcia osób o bardziej tradycyjnym światopoglądzie. Zakładam, że duża część „wielkiego biznesu” będzie chciała ratować się przed koniecznym regulacyjnym podejściem. Dotyczy to w równym stopniu firm przemysłowych, jak i tych wydobywczych, ale także tych internetowych. W tym kontekście krytykowana współpraca Facebooka czy innych gigantów globalnego internetu z „korporacją Trumpa” nie może dziwić. Przerażenie Prezesa H&M, który twierdzi, że „ograniczanie konsumpcji to wielkie zagrożenie społeczne”, jest doskonałym przykładem tego, że nawet w progresywnych i świadomych ekologicznie społeczeństwach, takich jak Szwecja, pojęcie społecznej odpowiedzialności biznesu to na razie tylko unik przed prawdziwą odpowiedzialnością za losy globu.

Dlatego dalsze ścieranie się na temat koncepcji klasowych czy spór o Balcerowicza jest bez sensu. Należy budować wspólną narrację, przemawiającą do osób o światopoglądzie i liberalnym, i lewicowym, i centrowym, w tym także na przykład do progresywnych katolików. Punktem wyjściowym tej narracji mają być zielona diagnoza problemów, a następnie logiczne propozycje ich rozwiązania. Część z tych propozycji, przykładowo dekarbonizacja, „zero waste”, gospodarka obiegu zamkniętego, będzie trafiać do najszerszej części wolnościowego elektoratu.

Siłą rzeczy w ramach szeroko pojętego zielonego ruchu pojawiać się będą kwestie, co do których nie będzie jedności i będą one przedmiotem „frakcyjnych” dyskusji, konieczne okaże się zawieranie kompromisów. Takimi sprawami będzie choćby podejście do własności prywatnej czy kwestia koncernów. Część osób będzie postulować budowę systemów regulacyjnych. Część uzna, że najlepszą drogą jest jakaś forma upaństwowienia prywatnej własności. Ja osobiście zawsze będę przeciwnikiem wchodzenia przez państwo jako właściciela w gospodarkę. Będę natomiast zwolennikiem głębokiego wsparcia różnych struktur społecznych, spółdzielni, kooperatyw, struktur rzemieślniczych, i tym podobnych. Nie ma dziś jeszcze regulacji sprzyjających rozwojowi takich form, co z kolei blokuje oddolne działania, które w sposób uspołeczniony i ekologiczny mogłyby współtworzyć nową gospodarkę, opartą na zrównoważonym rozwoju, bardziej sprawiedliwym podziale dóbr i ograniczeniu konsumpcji nowych towarów poprzez powstawanie nowych form wytwórczości, jak np. upcykling, czy odbudowę usług naprawczych.

„Polityk – barbarzyńca jest istotą bazującą na najniższych instynktach, takich jak strach, zawiść, chciwość. Barbarzyńca ma w nosie systemowe rozwiązania, liberalne czy socjalne tu i teraz. Liczy się maksymalizacja zysków politycznych – po nas choćby potop. To nie jest żaden turboliberalizm, wbrew temu, co twierdzą niektórzy autorzy. Nie, to jest po prostu zło. W czystej postaci.”

Zmierzch klasycznego klasizmu

Tkwimy w sporze klasowym: robotnicy/chłopi/inteligencja/klasa średnia. Jest to w nas tak wyryte, że przestaliśmy dostrzegać gwałtownie zachodzące zmiany w strukturze społeczeństwa. Robotnicy, pracownicy handlu i usług zaczęli zarabiać coraz lepiej. Pensje w sektorze prywatnym od długiego czasu rosną. Pracownicy dyskontów czy robotnicy budowlani, niedawny prekariat, kiedyś bez szans na kredyt, jest dzisiaj mile widzianym klientem instytucji finansowych.

Podobnie w rolnictwie – mit upadającego gospodarza nie jest już prawdziwy. Rolnik, który utrzymał swoją ziemię i ją uprawia, m.in. dzięki wspólnej polityce rolnej, nie tylko zarabia na utrzymanie, ale jest właścicielem wymiernego majątku, który może być przedmiotem zabezpieczenia i daje szansę na pozyskanie kapitału inwestycyjnego. To, czego brakuje w rolnictwie, to systemowe wsparcie dla spółdzielni i kooperatyw (maksymalnie odformalizowanych) w zakresie produkcji (w tym parki maszynowe), przetwórstwa i zbytu płodów rolnych, produkcji i zbytu energii. Z maksymalnym wsparciem dla rolnictwa ekologicznego.

Po cichu powstaje nowy prekariat. Krytykowany z pozycji lewicowych „kapitał”, szczególnie ten większy, potraktował człowieka jak wartość, o którą należy dbać. Zarówno poprzez pensje, jak i poprzez poprawę warunków pracy czy poprzez socjalne benefity. Natomiast państwo traktuje swoich pracowników literalnie jako sługi – jak pan zwykł był traktować pańszczyźnianych chłopów. Przepełniona etosem i poczuciem misji służba państwu przy milczącej akceptacji społeczeństwa przekształca się w nowoczesne niewolnictwo. Przejawem tego traktowania jest sytuacja, w której w pełni świadomie od stycznia br. pensje minimalne szeregu grup zawodowych (nauczyciele, zawody medyczne, urzędnicy, pracownicy cywilni służb mundurowych, pracownicy sądów i prokuratur) chyba po raz pierwszy będą wynosić poniżej minimalnego wynagrodzenia. Nie dotyczy ich 2.600 złotych brutto płacy minimalnej, zaordynowanej przez Prezesa Kaczyńskiego? Otóż nie, bo ich pensje regulowane są odrębnymi przepisami. Młody nauczyciel czy fizjoterapeuta zarobi mniej, niż sprzątaczka po szkole, zatrudniona przez firmę zewnętrzną. Inspektor nadzoru budowlanego, lekarz powiatowej inspekcji weterynaryjnej, strażak, nauczyciel mianowany zarobią mniej, niż zatrudniony na okres próbny kasjer w dyskoncie. To powoduje konieczność natychmiastowego przewartościowania myślenia o celach, które możemy/musimy osiągnąć. Praktycznie nikt nie zauważył, że pensje w budżetówce zeszły z okolic wynagrodzenia średniego w okolice minimalnego. Nadgodzin się nie płaci, nadgodzin się wymaga. Budżetówka zamieniła się z „kapitałem” na miejsca, jeśli chodzi o wyzysk pracownika. Taki maksymalny, jeżeli spojrzeć na np. ilość zgonów lekarzy w miejscu pracy z przepracowania. I nagle pracownik MOPS staje się niemal z automatu klientem MOPS.

Zapaść państwa

Pytanie o potencjalne skutki zachodzących zmian nie ma sensu. Te skutki już odczuwamy. Pierwszy, zasadniczy, to odejścia pracowników (zarówno tych w wieku produkcyjnym, jak i tych, którzy uzyskali uprawnienia emerytalne) i brak zastępowalności. Powoli zauważamy to w szkołach (np. pani od matematyki, która „po prośbie” wróciła z emerytury na pełen etat), ale przede wszystkim w służbie zdrowia (średni wiek pielęgniarki ok. 60 lat, 25 % lekarzy jest w wieku emerytalnym). Potencjalni następcy albo migrują do sfery usług niepublicznych, albo emigrują z Polski. Przekroczyliśmy punkt zwrotny i przed nami już tylko przepaść. Widzimy to w szkole czy w szpitalu. Bo to usługi „na wierzchu”, tych słabości nie sposób ukryć. Ale mamy dziesiątki przykładów z innych miejsc, z którymi styczność jest rzadsza, a których dysfunkcyjność pogrąża całe państwo. Przykładowo: pozwolenia na pracę wydawane nieraz po dwóch latach od złożenia wniosku, w sądach wysłanie podpisanego pisma przez Sąd Rejonowy dla Warszawy – Mokotowa trwa trzy miesiące, a na interwencyjne skontrolowanie przez WIOŚ nielegalnego składowiska (które stanowi zagrożenie dla wrocławskiego lotniska) czekamy 7 miesięcy. Nadzór budowlany działa już tylko interwencyjnie. Z ASF na oślep „walczą” myśliwi. A przemycane tygrysy od śmierci „na bezduszność” służb weterynaryjnych na granicy polsko-białoruskiej ratuje wbrew systemowi dyrektorka ZOO w Poznaniu. Reasumując: rozkład państwa jako organizmu, rozkład struktur administracji, państwo teoretyczne. Zapaść usług publicznych. To przekłada się na wiele warstw naszego życia, również na samo przeżycie. Liczbę ofiar smogu znamy (ok. 45.000 zgonów rocznie). Poznaliśmy nową liczbę: 30.000. To ofiary niedostatecznej opieki zdrowotnej. Wiemy też o 3.000 ofiar wypadków rocznie. I o absolutnym sobiepaństwie, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Ilość fotoradarów jest tragikomiczna, Inspekcja Transportu Drogowego nie potrafi nawet rozesłać mandatów (pomimo ustawienia urządzeń, dopuszczającego przekroczenie prędkości nawet powyżej 20 km/h) – braki kadrowe. Czyli bezkarność.

To zjawisko zapaści jest nowe. Jest wprost powiązane z szybkim wzrostem wynagrodzeń w sektorze prywatnym przy równoczesnym braku reakcji władz w postaci wzrostu płac w sferze budżetowej. Jednocześnie obserwujemy ogromny wzrost świadczeń redystrybucyjnych. Jest to działanie z premedytacją. A przecież pensje to nie wszystko. Pilnie konieczne są nakłady w infrastrukturę sfery budżetowej.

Prywatyzacja z plasterkiem miodu

Jako osoba, której często zarzuca się neoliberalne podejście, jestem w dziwnej sytuacji, ponieważ krytykuję rzekomo socjalną politykę rządu PiS, a jednocześnie zarzucam mu likwidację państwa opiekuńczego i prywatyzację usług publicznych. Dla jasności: jestem zwolennikiem „Kindergeld” – świadczeń rodzinnych, związanych z posiadaniem dziecka, niezależnych od dochodów. Jednak z uwzględnieniem podstawowej kwestii: jaki jest koszt alternatywny (z języka niemieckiego „Oportunitätskosten” – koszty oportunizmu) takiego świadczenia, tj. z czego musimy zrezygnować, aby takie świadczenia sfinansować i czy nas na ten koszt stać. Dzisiaj mamy jasną odpowiedź, że nie. Zsumowana wartość świadczeń 500+ to ok. 45 miliardów rocznie, całej piątki Kaczyńskiego, to ok. 75 miliardów. Już samo 500+ to 11% udziału w wydatkach budżetowych. Skądś trzeba było je wziąć. Wzięto częściowo ze zwiększonych dochodów budżetowych. Ale przede wszystkim z zaniechanych wydatków.

Oczywiście nikt nie powiedział, że redystrybucja ma być zamiast państwa opiekuńczego. A taki jest efekt. Edukację już kupujemy (czy to w formie szkół prywatnych, społecznych, czy korepetycji). Większość posiada już w tej czy innej formie ubezpieczenie, pakiet medyczny lub po prostu w razie potrzeby wykłada z własnej kieszeni. Teraz naprawdę się amerykanizujemy. Odcinamy szanse na awans społeczny. Odcinamy szanse na życie i zdrowie. Odcinamy szanse na budowę klasy średniej i łatwość przechodzenia z jednej do innej grupy społecznej. Gwałcimy fundamenty polskiej konstytucji. Również w odniesieniu do tej materii konstytucja umiera po cichu.

W zamian dostaliśmy plasterek miodu na osłodę. Albo plasterek na ranę. Ułudę. Nie neguję absolutnie realnej potrzeby pomocy finansowej osobom rzeczywiście potrzebującym. Nie rozumiem, jaki jest jednak cel finansowego „flat rate” w świadczeniach, jeżeli efektem tego „flat rate” jest rezygnacja z pełnienia przez państwo podstawowych zadań, jak dbanie o zdrowie, edukację, czy bezpieczeństwo. Przecież na korytarzach SOR i wskutek braku dostępu do świadczeń zdrowotnych umiera co roku ok. 30.000 osób. Trzynasta emerytura, kierowana jako 800+ do zamożnego emeryta, trafia w próżnię. Włożona do systemu mogłaby spowodować miesięczną sowitą podwyżkę dla pielęgniarki. To może ją utrzymać w systemie. Podobnie źle zaadresowane jest np. 500+ dla mnie. W sumie 1.000 złotych miesięcznie. Skierowane do młodego nauczyciela, pozwoliłyby mu pokryć koszt wynajmu kawalerki. To są bardzo proste zależności w nadal bardzo biednym państwie.

Musimy pogodzić się z tym, że nie mówimy o likwidacji łóżek w szpitalu na Banacha, likwidacji ginekologii w Zakopanem, zapaści polskiej psychiatrii, problemach ze smogiem, mafią śmieciową, kłopotami polskiej szkoły. Nie, mówimy o zapaści polskiego państwa. Likwidacji i prywatyzacji usług publicznych. Nieprzypadkowej, systemowej, celowej, bezpardonowej.

A te wszystkie plusy to są takie „ciumki” – lizaki, plasterki. Nie mamy na podwyżki, ale dajemy 500+ nauczycielom. Przecież mogą po nie sięgnąć (jak twierdził minister Szczerski). To jest realizacja metodą albo/albo. Zresztą inaczej być nie mogło, jeżeli „redystrybucja+” wprowadzana jest gwałtownie, w wymiarze niemal 18% dochodów budżetowych.

Co dalej?

Skąd naraz takie skoki: globalni barbarzyńcy, uchodźcy, dysfunkcjonalny NFZ? Bo to się spina klamrą w całość. Polityk – barbarzyńca jest istotą bazującą na najniższych instynktach, takich jak strach, zawiść, chciwość. Barbarzyńca ma w nosie systemowe rozwiązania, liberalne, czy socjalne tu i teraz. Liczy się maksymalizacja zysków politycznych – po nas choćby potop. To nie jest żaden turboliberalizm, wbrew temu, co twierdzą niektórzy autorzy. Nie, to jest po prostu zło. W czystej postaci. Brak jakichkolwiek ludzkich odruchów. To brak reakcji Trumpa na tragedię Kurdów, których wykorzystał i porzucił z premedytacją na pastwę dżihadystów i tureckich siepaczy. To brak reakcji nas, Europejczyków, na tragedię Afrykanów tonących na bieda-łódeczkach i pontonach przy naszych luksus-plażach. Rządu PiS, który ma gdzieś te zgony smogowe, te SOR-owe, te wypadkowe. Tych ok. 80.000 śmierci rocznie. Bezsensownych, łatwych do uniknięcia. Liczy się co innego: szybki, skapitalizowany zysk polityczny, niezależnie od kosztów.

Żyjemy w warunkach periculum in mora – niebezpieczeństwa w zwłoce. Niestety, polski mainstream kontynuuje błazenadę. Niewielu potrafiło zauważyć, że porażka pierwszej kadencji PiS ma szansę przerodzić się w katastrofę. Że mogą zajść procesy nieodwracalne. Nieodwracalne w tym sensie, że odbudowa fundamentów państwa zajmie lata. Wykształcenie, odbudowa kadr, hierarchii, procedur w takich sferach działalności państwa jak edukacja, zdrowie, wymiar sprawiedliwości, bezpieczeństwo publiczne. Odbudowa infrastruktury. Odbudowa pozycji Polski w Europie i na świecie. Przywrócenie wiarygodności. Wreszcie to, co nieodwracalne naprawdę, to świadoma, obliczona na szybki „zysk” destrukcja środowiska. Przywracanie służb publicznych do ładu zajmie wiele lat. Przyroda do względnej regeneracji potrzebuje dekad.

PiS jak „trybun ludowy” wyznacza „ambitny”, absurdalny cel i brnie do niego, mimo całej tragikomiczności tego procesu. Tu choćby planowa destrukcja Puszczy Białowieskiej, przekop Mierzei Wiślanej, budowa absurdalnie nieopłacalnych bloków węglowych czy walka z wiatrakami „bo mogą komuś spaść na głowę”. Bo tak. Tak samo działa Trump, czy Johnson. Oni nie zważają na konsekwencje swojego działania. Chodzi o to, żeby ta nasza fiksacja stała się takim koniem na biegunach dla całego społeczeństwa. Misiem, z którego będzie mogło być dumne. Miś będzie zbudowany na fundamentach niskich instynktów – zawiści, złości, zazdrości, niechęci do obcych. Jak Brexit, mur na granicy z Meksykiem czy wyrąb Amazonii.

Dlatego musimy zdać sobie sprawę, że te nasze wszystkie „doczesne” spory o konserwę, neoliberalizm, socjalizm, etc. w obliczu zagrożenia katastrofą klimatyczną z jednej strony, z drugiej marszu Barbarzyńców, którzy tę katastrofę tylko przyspieszą, są ulotne i nieistotne. Pokonanie Barbarzyńców i trafienie do ich elektoratu jest kluczowe. Musimy tu mówić wieloma językami. Musimy zapomnieć na chwilę o baśni o złym wilku Balcerowiczu i jego wnuku Schetynie. I o wielu innych bajkach. Musimy postawić naszą diagnozę i zaproponować leczenie. Powiedzieć jasno: polskie państwo zachowuje się wobec urzędników coraz częściej gorzej niż Amazon wobec pracowników magazynu. Polskie państwo się rozkłada. Systemowo się wali. Jest niszczone z premedytacją. Do tego będziemy potrzebować całej opozycji i części dzisiejszego obozu PiS, która te procesy również dostrzega i z którymi mniej lub bardziej dosadnie się nie godzi. Jeżeli nie uda nam się zwyciężyć, za rozkładem struktur państwa podąży rozkład struktur społeczeństwa i upadek naszej cywilizacji. Barbarzyńca w naszym ogrodzie demokracji skasuje tę naszą naturalną harmonię. On wytnie drzewa i krzewy, zniszczy alejki i kwietniki. Wyłoży polbruk, rozłoży trawę z rolki i posadzi równo tuje. Stworzy harmonię pozorów.


Robert Suligowski – radca prawny, absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie nad Odrą i Uniwersytetu w Uppsala (Szwecja). Działacz Partii Zieloni.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Lasy Państwowe organizują konferencję dotyczącą sposobu gospodarowania i ochrony lasów bieszczadzkich, a jednocześnie, w położonym w sercu Bieszczad Nadleśnictwie Stuposiany trwają wyręby w dwóch projektowanych rezerwatach przyrody.

Jak ujawniły ostatnie patrole leśne Inicjatywy Dzikie Karpaty, wycinka dotarła na teren dwóch projektowanych rezerwatów przyrody położonych w Nadleśnictwie Stuposiany, tuż przy granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Las Bukowy pod Obnogą oraz Przełom Wołosatego to jedne z najlepiej zachowanych fragmentów naturalnej Puszczy Karpackiej. Inwentaryzacja prowadzona przez zespół prof. Jerzego Szwagrzyka z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie wykazała na tym terenie obecność kilkudziesięciu gatunków chronionych roślin, świadczących o wyjątkowej wartości przyrodniczej tych terenów w skali kraju – porównywalnej do lasów chronionych w sąsiednim Bieszczadzkim Parku Narodowym.

Marcelina, jedna z uczestniczek leśnego patrolu: Odkryte przez nas wycinki prowadzą do zniszczenia przyrodniczych i krajobrazowych walorów projektowanych rezerwatów. Jak możemy mówić o skutecznej ochronie ojczystej przyrody, jeśli nawet w takie miejsca wjeżdża ciężki sprzęt, a 150-letnie drzewa padają pod piłami?

Tak zdewastowany las traci także swój potencjał przeciwdziałania katastrofie klimatycznej – dodaje Jakub, członek Inicjatywy Dzikie Karpaty. Gęsta sieć dróg do ściągania drewna wyciętych pni przyspiesza odpływ wody, co z kolei podnosi ryzyko powodzi i suszy na nizinach. Do tego dochodzi przesuszenie leśnej gleby, co bezpośrednio zwiększa emisję CO2.

Wycinka prowadzona jest w Nadleśnictwie Stuposiany, wbijającym się klinem między dwa fragmenty Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Mimo wyjątkowo wysokich walorów przyrodniczych, obecnie tylko pół promila (!) powierzchni nadleśnictwa jest objęte ochroną rezerwatową. Na pozostałym obszarze toczy się niezrównoważona gospodarka leśna – ilość wycinanego drewna o 20% przewyższa naturalny przyrost. Mimo tak intensywnych cięć, Nadleśnictwo jest jednym z najbardziej deficytowych w Polsce – co roku wymaga około 5 milionów złotych dopłaty. Jest to związane z wysokimi kosztami administracyjnymi oraz prowadzeniem cięć w trudno dostępnych obszarach górskich.

Nadleśnictwo Stuposiany jest także organizatorem zaplanowanej na 21-22 listopada konferencji pt. Wpływ uwarunkowań historycznych na sposób gospodarowania w lasach górskich oraz ich ochronę, w której wezmą udział Dyrektor Generalny LP Andrzej Konieczny wraz z innymi leśnikami oraz naukowcy, m.in. z Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Przedstawiciele i przedstawicielki Inicjatywy Dzikie Karpaty także będą na konferencji, by domagać się lepszej ochrony bieszczadzkich lasów i uwzględnienia głosu społecznego. Część organizacji przyrodniczych – np. Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze, działająca na obszarze Karpat od 10 lat – nie została zaproszona do udziału.

Inicjatywa Dzikie Karpaty

dzikiekarpaty@gmail.com
www.facebook.com/dzikiekarpaty
www.twitter.com/IKarpaty

Fotografie: Małgorzata Klemens / Inicjatywa Dzikie Karpaty

Cytowane artykuły:

  • Szwagrzyk, J., Bodziarczyk, J., & Bożek, A. (2007). Szata roślinna projektowanego rezerwatu przyrody „Przełom Wołosatego” w Bieszczadach. Roczniki Bieszczadzkie, 15, 123-161. LINK
  • Szwagrzyk, J., Bodziarczyk, J., & Bozek, A. (2006). Roślinność projektowanego rezerwatu przyrody „Las bukowy pod Obnogą” w Bieszczadach. Roczniki Bieszczadzkie, 14, 63-93 LINK
Pojawienie się smartfonów, autonomicznych samochodów czy magazynowania danych w chmurze to przykłady znaczącego trendu zmieniającego współczesne społeczeństwa, nazywanego czwartą rewolucją przemysłową.

Piewcy nowych technologii twierdzą, że stanowią one klucz do rozwiązania szeregu trapiących nas problemów – czy jednak ich nieokiełznany rozwój jest czymś jednoznacznie pozytywnym?

Badaczka hiszpańskiego think-tanku EcoPolitica, Paz Serra Portilla uważa, że ślepy optymizm powinniśmy zastąpić szeroką debatą publiczną, w której rozwój technologiczny zostanie poddany dogłębnej analizie.

Tylko wówczas będziemy w stanie umiejętnie wykorzystywać szanse, związane z jego potencjalnie emancypacyjnym charakterem, jak również unikać zagrożeń, takich jak powtarzanie błędów z przeszłości.

Oświecenie przyniosło nam ideę postępu, zakotwiczając ją w naszej świadomości politycznej i ekonomicznej. Od tego momentu technologia zaczęła być widziana jako kluczowe, unikalne i uniwersalne rozwiązanie wszelkich problemów. W połączeniu z bezprecedensowym poziomem przyspieszenia współczesnego świata znajdujemy się w sytuacji, w której rewolucje przemysłowe zachodzą jeszcze zanim mieliśmy czas zrozumieć ich charakter i skutki.

Wystarczyło raptem 10 lat do tego, by jedna za drugą nastąpiły dwie kolejne. W roku 2006 odnawialne źródła energii rozpoczęły trzecią, podczas gdy w 2016 w Davos dyrektor Światowego Forum Ekonomicznego, Klaus Schwab, ogłosił czwartą. Nanoroboty, Internet rzeczy, automatyzacja czy magazynowanie danych w chmurze miały pomóc w rozwiązaniu problemów, wygenerowanych przez dwie poprzednie rewolucje – problemów, które sprowadzają na nas niemal nieuchronną katastrofę.

Czy jednak technologia na pewno może wydostać nas z tarapatów?

A może stanowi jedynie sposób na to, byśmy na nowo uwierzyli w ideę postępu? W roku 2018 nasz think-tank – EcoPolitica – postanowił uczynić ten temat przedmiotem szerszej debaty publicznej w Hiszpanii, podważając założenie, jakoby technologia niemal ze swej natury była dobra oraz pytając o surowcowe i społeczne granice rewolucji przemysłowych[1].

W sytuacji, kiedy w końcu postanowiliśmy się obudzić i spróbować pojąć konsekwencje faktu, iż wedle naukowców mamy raptem 11 lat na ograniczenie skutków zmian klimatu – a także w kontekście milionów uczniów, ruszających na ulice całego świata z postulatem ogłoszenia przez rządy alarmów klimatycznych – inicjowanie spokojnej, merytorycznej debaty na jakiś temat wydaje się stać w sprzeczności z duchem czasu.

Nie oznacza to jednak, że dyskusja ta przestaje być konieczna. Greta Thunberg mówi prawdę o tym, że nasz dom płonie i nadszedł czas na panikę, nie każde rozwiązanie pomaga jednak w ugaszeniu ognia. Potrzebne jest nam podejście systemowe, które odważy się odpowiedzieć na wyzwanie klimatyczne na poziomie całego globu. W przeciwnym wypadku grozić nam będzie powtarzanie kolonialnych wzorców postępowania w postkolonialnym świecie.

Wszyscy zgadzamy się co do tego, że nie chcemy już więcej kopalni odkrywkowych w Europie. Czy jednak oznacza to, że dla zaspokojenia naszych potrzeb będziemy zmuszeni do importowania surowców z Chin albo z Demokratycznej Republiki Konga? Co by było, gdybyśmy mierzyli emisje gazów cieplarnianych poszczególnych krajów nie na bazie tego, co produkuje ich przemysł, ale też uwzględniając te, związane z ich potrzebami konsumpcyjnymi?

Przemyślenie naszej relacji z technologią oznacza również refleksję nad naszymi związkami ze środowiskiem, innymi ludźmi i całą planetą. Istnieją rzecz jasna obszary, w których optymizm technologiczny jest uzasadniony. Nie chodzi nam przecież o wyhamowanie postępu w sektorach, takich jak odnawialne źródła energii czy efektywność energetyczna.

Nie powinniśmy jednak zarazem uznawać ślepej wiary w technologię jako sposobu na rozwiązanie wszelkich stojących przed nami problemów społecznych i ekonomicznych.

Cyfryzacja gospodarki nie może być wymówką do rezygnacji z budowy ekologicznej i feministycznej ekonomii opieki.

Nie możemy też zapomnieć, że cyfryzacja – podobnie jak wszelkie inne działania polityczne i ekonomiczne – może być wdrażana w sposób sprawiedliwy lub niesprawiedliwy społecznie. Z tego też powodu domagać się musimy odpowiedzialności i przejrzystości działań, jak również debaty publicznej, w której postęp technologiczny jest przedmiotem społecznej kontroli, a jego poszczególne elementy mogą być kwestionowane.

Czy jest na przykład możliwe, by każda zamieszkująca naszą planetę osoba miała swego własnego smartfona czy komputer? Fakt, że rewolucje technologiczne zawsze starają się wiązać z eterycznymi ideami, takimi jak chmura, nie jest niczym trywialnym. Rzeczywistość znacznie się bowiem od tych ideałów różni.

Rozwój technologiczny zwiększa nasze uzależnienie od ograniczonych surowców, zlokalizowanych w bardzo konkretnych rejonach świata. Elementy poszczególnych urządzeń stają się coraz mniejsze, zawierając w sobie na tyle niewielkie ilości określonych metali, że ich ponowne użycie czy recykling przestaje być możliwy. Postęp technologiczny realizowany jest dziś kosztem zmiany części planety w kopalnie, a następnie w wysypiska.

Biznesowi udało się wykonać ogromny wysiłek w celu zmniejszenia widzialności związanych z telekomunikacją problemów, takich jak skala potrzebnej do gromadzenia informacji infrastruktury czy emisje CO2, związane chociażby z przechowywaniem naszych e-maili. Wyobrażamy sobie Internet jako coś, co łączy nas bezprzewodowo – tymczasem rzeczywistość wygląda tak, że informacje gromadzone są w sporej wielkości serwerowniach, a w naszych oceanach poszerza się sieć światłowodów.

Wszelkie wątpliwości czy szanse, związane z czwartą rewolucją przemysłową podporządkowane są jednej kwestii, a mianowicie praktycznej niemożliwości jej nieskończonego trwania.

Biorąc pod uwagę dotychczasowe trendy, związane z wpływem robotyzacji na rynek pracy widać wyraźnie, że zmniejsza się zapotrzebowanie na średnio wykwalifikowaną siłę roboczą, co prowadzi do rosnącej polaryzacji i związanych z nią nierówności. Jeśli zapomnimy o tym, by sprawiedliwość społeczna była fundamentem naszych gospodarek, to wówczas cyfryzacja prowadzić będzie do postępującej niestabilności zatrudnienia czy do rozpadu relacji, na których opierały się do tej pory systemy zabezpieczeń społecznych.

Widzimy to już dziś w zjawisku pracy platformowej. Tak zwana uberyzacja gospodarki prowadzi do podmycia praw pracowniczych, a postęp technologiczny używany jest do tworzenia rzeszy (niesłusznie) samozatrudnionych, których dochody nie pozwalają im utrzymać się powyżej progu ubóstwa.

Cyfryzacja i automatyzacja same w sobie wystarczą do zadania sobie pytania o to, czy umowa społeczna, będąca podstawą tworzenia państw opiekuńczych po II wojnie światowej, pozostaje aktualna. Na problemy, takie jak zagrożenie dla stabilności systemów emerytalnych, nie możemy odpowiadać mantrą pełnego zatrudnienia.

Wydaje się oczywiste, że potrzebny jest nam nowy system czasu pracy czy tworzenia dochodu.

Jeśli chcemy gwarantować sprawiedliwość społeczną w świecie, w którym pełne zatrudnienie wydaje się nieosiągalne, powinniśmy skończyć z wiązaniem z nim praw socjalnych.

Więcej uwagi należy poświęcić takim potencjalnym rozwiązaniom, jak skracanie czasu pracy czy powszechnemu dochodowi gwarantowanemu, który siłą rzeczy będzie musiał być finansowany z innych źródeł niż dochody z opodatkowania zatrudnienia. Fiasko we wdrażaniu takich rozwiązań oznacza odwrócenie się plecami od osób, najbardziej zagrożonych negatywnymi skutkami postępu technologicznego.

Postęp ten zakwestionuje wszystko – od tego, kim jesteśmy jako jednostki aż po charakter natury ludzkiej. To, co jemy, jak również to, jak uczestniczymy w demokracji. To prawda, że pojawienie się Internetu rzeczy, smartfonów czy świata rosnących powiązań prowadzi do postępującej izolacji.

Czy jednak technologia – dzięki uproszczeniu szeregu procesów – nie może być wykorzystana do zdobycia przez nas większej ilości czasu wolnego? Co by było, gdybyśmy użyli czas zyskany dzięki rosnącej produktywności na odpoczynek czy debatę publiczną?

W miastach, takich jak Seul, San Francisco, Barcelona, Madryt czy Grenoble istnieją przykłady na to, jak narzędzia informatyczne czynią procesy administracyjne bardziej partycypacyjnymi, przejrzystymi oraz lepiej urzeczywistniającymi obywatelskie prawo do informacji.

Aby tak się stało należy okiełznać zakusy biznesu – tak jak w wypadku San Francisco, które stało się pierwszym miastem zakazującym używania technologii rozpoznawania twarzy. Mówimy tu zatem o używaniu technologii do wzmacniania naszych praw obywatelskich oraz oświeceniowych wartości, takich jak domniemanie niewinności – nie zaś o odwrotnym procesie.

Rozwój technologiczny nie opiera się na zasadzie „wolnoć Tomku”.

Czasem, tak jak w przypadku zakazu działania automatycznych robotów na polu bitwy, wydaje się to oczywiste, czasem zaś wytyczanie granic okazuje się bardziej skomplikowane.

Jeśli precyzyjna amunicja jest w stanie w znaczenie lepszy sposób wyselekcjonować swoje cele, to czy oznacza to, że od tej pory łatwiej nam będzie uznać interwencje militarne w odległych krajach za uzasadnione? Czy aprobujemy ataki dronami na liderów organizacji terrorystycznych, rezygnując z pacyfistycznych wartości na rzecz bezpieczeństwa?

Uważam, że odpowiedź powinna brzmieć „nie”. Największe wyzwania XXI wieku mogą być rozwiązanie wyłącznie, gdy podejdziemy do nich z pozycji szacunku, zrozumienia oraz poszerzania praw człowieka – niezależnie od tego, którym pokoleniem jesteśmy.

Z tego też powodu nie potrzebujemy wyłącznie większej ilości inżynierów czy naukowców, zajmujących się badaniami oraz rozwojem technologicznym. Potrzeba nam również większej ilości filozofek, ekspertów z dziedziny prawa czy politolożek – osób, potrafiących wykroczyć poza matematyczną doskonałość algorytmu, zdolnych do włączenia kwestii etycznych do modeli działania pojazdów autonomicznych czy przewidzenia potencjalnych możliwości łamania praw człowieka, jak również do refleksji nad prawem lokalnych społeczności do samostanowienia.

Prawda jest taka, że nie ma już znaczenia, czy rewolucja technologiczna jest pożądana czy nie. Dzieje się ona na naszych oczach i stanowi integralną część naszego życia. Kluczowe jest dziś za to zagwarantowanie, by rozwój technologiczny postępował w inkluzywny, biorący pod uwagę planetarne ograniczenia ekosystemowe sposób – tak, byśmy mogli w końcu porzucić wizję postępu jako ewolucji i rozpocząć dyskusję o możliwościach cieszenia się przez nas dobrym życiem.

[1] EcoPolitica jest ekologicznym think-tankiem, skupiającym się na promowania koncepcji ekologii politycznej w Hiszpanii. W roku 2018 wspólnie z Clave Intelectual wydał książkę „book La Cuarta Revolución Industrial desde una mirada ecosocial” w której 10 autorek i autorów dokonało analizy zróżnicowanych aspektów rozwoju technologicznego.

Artykuł „Do We Want to Advance Towards the Fourth Industrial Revolution?” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.

Zdj. z wiedeńskiego Muzeum Sztuki Stosowanej, archiwum redakcji


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Greenpeace wzywa Generali do pożegnania się z węglem – bez wyjątków!

Rok temu Generali, jeden z gigantów ubezpieczeniowych, ogłosił przyjęcie progresywnej polityki, która wyklucza nie tylko ubezpieczenia dla nowych projektów węglowych, ale także kontynuację wszelkiego rodzaju relacji biznesowych ubezpieczyciela ze spółkami, które nie mają planu odejścia od węgla zgodnego z postanowieniami porozumienia paryskiego. Niestety, ubezpieczyciel jest postępowy jedynie na papierze, bo dopuszcza znaczące wyjątki od przyjętej polityki. Aktywiści Greenpeace rozwijając ransparenty przed siedzibą Generali w Warszawie przypomnieli firmie, że czas pożegnać się z węglem.

Transparenty o treści “Generali, przestańcie napędzać kryzys klimatyczny!” oraz “Best insurance: keeping coal in the ground” (ang. “Najlepszym ubezpieczeniem jest pozostawienie węgla w ziemi”) mogli zobaczyć dzisiejszego ranka przechodnie oraz pracownicy warszawskiej centrali wiodącej włoskiej firmy ubezpieczeniowej. Generali jest powiązany biznesowo z polskim PGE i czeskim CEZ. Po intensywnej kampanii organizacji społecznych, w listopadzie 2018 roku Generali zdecydowało, by nie ubezpieczać budowy nowych elektrowni i kopalni [1]. Mimo to firma nadal ubezpiecza już istniejącą działalność PGE i CEZ-u oraz inwestuje w akcje tych spółek, uważając je za wyjątki od przyjętej polityki [2].

Generali twierdzi, że zostało zapewnione przez koncern PGE co do jego planów odchodzenia od węgla i dlatego też nie uważa za konieczne, by zakończyć relacje biznesowe z tą firmą. A powiedzmy sobie jasno – trzeba niezwykle mocno przymknąć oko, żeby w planach PGE dopatrzyć się jakiegokolwiek zamiaru odejścia od węgla. Wręcz przeciwnie – PGE wciąż nie porzuciło projektu budowy kopalni w Złoczewie, która ma przedłużyć działanie elektrowni Bełchatów, największego truciciela klimatu w Europie, zaś inwestycje spółki w energetykę odnawialną stanowiły w 2018 roku tylko 1,5 proc. całkowitych wydatków firmy – powiedział Piotr Wójcik, analityk finansowy z Greenpeace Polska.

Kopalnie oraz elektrownie potrzebują ubezpieczenia, jeżeli mają być budowane i poddawane modernizacjom. Ubezpieczyciele, świadcząc swoje usługi spółkom węglowym, umożliwiają dalsze działanie jednej z najbardziej trujących i zanieczyszczających środowisko branż na świecie.  Tymczasem już teraz mamy do czynienia z kryzysem klimatycznym i, aby nie przerodził się on w katastrofę, potrzebne jest ograniczenie emisji gazów cieplarnianych o prawie 50 proc. do 2030 roku. To oznacza konieczność odejścia od węgla przez kraje Unii Europejskiej, czyli także Polskę, najpóźniej do 2030 roku. W związku z tym nowa infrastruktura służąca paliwom kopalnym – w tym elektrownie, kopalnie, rurociągi – nie powinna być  w ogóle budowana. Infrastruktura taka, wybudowana dziś, posiada kilkudziesięcioletnią żywotność i jej tworzenie nie pozwoli osiągnąć zatrzymania ocieplenia na granicy 1,5 stopnia Celsjusza.

Przyjęcie przez Generali polityki wykluczającej węgiel, a następnie tworzenie wyjątków dla dwóch znaczących spółek węglowych w Europie jest wyjątkowo nieodpowiedzialne i stawia pod znakiem zapytania wiarygodność ubezpieczyciela. Takie polityki powinny być ściśle przestrzegane, bez żadnych wyjątków, w przeciwnym razie nie wywrą żadnego wpływu na rzeczywistość. Oczekujemy, że Generali zrezygnuje z klientów takich jak PGE i CEZ. Z jednej strony Generali ubezpiecza osoby prywatne oraz firmy, a z drugiej, wspierając firmy węglowe, naraża obie te grupy i swój model biznesowy na ogromne ryzyko – dodał Piotr Wójcik.

Źródło: Greenpeace Polska, Piotr Wójcik, analityk finansowy.


Przypisy:

[1] https://www.greenpeace.org/poland/aktualnosci/1851/generali-zegna-sie-z-weglem/

[2] https://www.generali.com/it/media/press-releases/all/2018/Generali-approves-climate-change-strategy-It-will-divest-2-billion-from-coal


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Z Aleksandarem Gjorgjievskim, macedońskim Zielonym aktywistą i ekonomistą zajmującym się problematyką zrównoważonej produkcji żywności rozmawia Ewa Sufin-Jacquemart.
Ewa Sufin-Jacquemart: Odkryłam Północną Macedonię jako kraj pięknych gór i rzek, wspaniałych warzyw i owoców oraz szczęśliwych krów i owiec. Czy to ogólny obraz, czy może są jakieś ciemniejsze strony?

Aleksandar Gjorgjievski: Tak, natura nam dała liczne żyzne doliny z bujnymi pastwiskami i lasami na wyżynach. Macedonia Północna jest w większości krajem górzystym z niezliczonymi dolinami i doskonałym klimatem z dużą ilością słonecznych dni przez cały rok, co pozwala na uprawy ogromnej różnorodności owoców i warzyw.

W przeszłości Macedonia była głównie krajem rolniczym. To się gwałtownie zmieniło w latach 60. i 70. XX w. wraz z migracją ludności ze wsi do miast, co ograniczyło rolnictwo rodzinne i utorowało drogę produkcji żywności na dużą skalę i konwencjonalnym uprawom opartym na chemii.

Dzisiaj mamy w Macedonii głównie rolnictwo konwencjonalne, ale nadal zachowaliśmy na obszarach wiejskich niektóre tradycyjne sposoby uprawy żywności z tego, co nazywamy „starymi nasionami”. Nadal więc można znaleźć i posmakować tych lokalnych odmian owoców i warzyw, ale raczej w mniejszych miastach i na obszarach wiejskich. Mam nadzieję, że teraz podejmiemy wysiłek, aby wykorzystać ten potencjał i odwrócić proces w kierunku drobnego rolnictwa tradycyjnego i ekologicznego, aby w połączeniu z nowoczesną nauką i technologiami dojść do zrównoważonego modelu rolnictwa.

Jako wegetarianka trochę się obawiałam przed podróżą do Macedonii, ale odkryłam wszędzie mnóstwo warzyw, co było dla mnie miłą niespodzianką.

Macedońskie targowisko

Tak naprawdę macedońska kuchnia jest w 90% wegańska lub wegetariańska, po pierwsze ze względu na obfitość owoców i warzyw wiosną, latem i jesienią, a po drugie ze względu na trwającą od średniowiecza tradycję poszczenia przez cały rok, która również wpłynęła na nawyki kulinarne wśród ludności Macedonii. Prawdopodobnie jest to jeden z powodów, dla których czułaś się u nas komfortowo jako wegetarianka. Ponadto nadal mamy w każdej dzielnicy w miastach i w miasteczkach zielone targi, z mnóstwem świeżych produktów. Nadal oferują one lokalnie produkowane w promieniu 100 km, świeże produkty, ale niestety oferują również produkty importowane, które są głównie uprawiane na dużą skalę w krajach sąsiednich lub w dużym regionie.

Kiedy kupiłam owoce w lokalnym sklepie z warzywami w Ochrydzie, miłą niespodzianką było dla mnie, że znalazłam kilka robaków w śliwkach, które nie były certyfikowanymi owocami ekologicznymi. Przypomniało mi to moje dzieciństwo. Dziś w Polsce w sklepach nie ma już robaków w owocach. Czy to oznacza, że wasze rolnictwo nie jest intensywnie spryskiwane pestycydami? Co z certyfikowaną produkcją ekologiczną?

Nadal możesz kupować u nas lokalne produkty z rodzinnych gospodarstw, które nie zostały poddane chemicznej obróbce. Można je znaleźć w sezonie letnim w małych ilościach w lokalnych sklepach ze świeżymi produktami lub właśnie na lokalnych zielonych targach. W dużych supermarketach lub międzynarodowych sieciach supermarketów można znaleźć wyłącznie konwencjonalne świeże produkty, macedońskie lub importowane, które zawsze są wynikiem obróbki chemicznej.

Nie należy tego jednak źle rozumieć. Istnieje u nas pewna krytyczna masa certyfikowanych producentów ekologicznych, ale wciąż walczą oni o miejsce, na które zasługują w sektorze rolnym Północnej Macedonii. Warto zauważyć, że w krajach sąsiednich, które już stały się częścią UE, rolnicy posiadający certyfikaty ekologiczne są liczni i wciąż rośnie ich liczba i produkcja. Dzięki wsparciu z funduszy unijnych łatwiej jest zwiększyć produkcję ekologiczną i ustabilizować ofertę i popyt na produkty ekologiczne, zwłaszcza z rodzinnych i małych gospodarstw, które powoli, ale stale znikają w Macedonii Północnej.

Jak opisałbyś mocne i słabe strony macedońskiego rolnictwa i bardziej ogólnie – waszego systemu żywnościowego?

Jak już wspomniałem, mocnymi stronami są klimat i cechy fizyczne gleb oraz oczywiście potencjał autochtonicznych gatunków roślin (starych nasion), ich ogromna różnorodność w połączeniu z tradycyjnym i ekologicznym rolnictwem. Ale należy to praktykować w sposób zrównoważony z holistycznej perspektywy, która uwzględni wzajemne powiązania między rolnictwem, żywnością, klimatem i różnorodnością biologiczną.

Słabości to oczywiście kontynuacja praktyk rolniczych z konwencjonalną produkcją taniej żywności opartą na chemii i o znormalizowanych (czytaj: niskiej jakości) cechach. Wciąż istnieje również obietnica, że staniemy się członkiem Unii Europejskiej, otwierając dla nas fundusze unijne, co zachęciłoby rolników do częstszego wyboru tradycyjnych i ekologicznych metod produkcji. Istnieje jednak także ogromne ryzyko odłożenia na później wejścia Północnej Macedonii do UE przez niektóre państwa członkowskie, co wydłuży proces naszego przejścia na zrównoważony system rolny.

Jakie są główne zagrożenia? Czy odczuwacie zakusy globalnego agrobiznesu, aby opanować wasze rolnictwo, sprzedawać rolnikom herbicydy na bazie glifosatu, a może uprawiać rośliny modyfikowane genetycznie?

GMO jest zakazane w Północnej Macedonii, ale nie stosuje się to do pasz dla zwierząt, które mogą być importowane i są zakazane do spożycia przez ludzi. W ostatnich latach byliśmy świadkami kilku prób utorowania drogi dla GMO w Północnej Macedonii, na szczęście dla nas nie były one skuteczne. Ale moim zdaniem, mimo że mamy duży nacisk globalnego agrobiznesu, nie jest to dominujące, gdyż Macedonia Północna jest za małym terytorium ze zbyt małym rynkiem jak na wielkie apetyty dużych firm.

Zagrożenia ze strony globalnego agrobiznesu na pewno wzrosną w przyszłości, jeżeli nasz kraj przystąpi do UE, ale wtedy będziemy mogli, miejmy nadzieję, wybrać dla równowagi opcję rozwoju ekologicznego sektora rolnego, aby stworzyć zrównoważony system rolny oparty na agroekologii.

Macedonia od lat próbuje przystąpić do Unii Europejskiej. Dostosowaliście swoje ustawodawstwo do UE w większości obszarów; jesteście małym, spokojnym, bezpiecznym i pięknym krajem wielokulturowym. Przyjeżdża tu wielu turystów z UE. Mam nadzieję, że wasz kraj wejdzie do UE po Brexicie. Byłby to prawdziwy prezent dla Europejczyków. Ale co z przyszłością waszego rolnictwa i systemu żywnościowego? Jak oceniasz Wspólną Politykę Rolną UE i zmiany WPR zaproponowane po 2020 r.? Czy reforma WPR zmierza we właściwym kierunku z perspektywy Północnej Macedonii?
Macedoński system rolno-żywnościowy również wymaga poprawy, a jest to możliwe tylko wtedy, gdy dzielimy się wzajemnie wiedzą i zasobami z resztą krajów europejskich. Być może wygląda to inaczej od wewnątrz UE, ale z naszej perspektywy będzie to podstawa wszelkich przyszłych pozytywnych zmian w systemach rolnych i żywnościowych

Naszym strategicznym celem jako kraju jest przystąpienie do Unii Europejskiej. Jako, że jesteśmy małym i otwartym krajem, naprawdę ważne jest dla nas nie tylko udoskonalenie naszego systemu politycznego i gospodarczego w każdy możliwy sposób, ale również przyjęcie europejskich wartości w każdym segmencie naszego społeczeństwa. Macedoński system rolno-żywnościowy również wymaga poprawy, a jest to możliwe tylko wtedy, gdy dzielimy się wzajemnie wiedzą i zasobami z resztą krajów europejskich. Z naszej perspektywy otwarcie negocjacji z Unią będzie podstawą wszelkich pozytywnych zmian w naszej gospodarce, a w szczególności w systemie rolnictwa i żywności.

Rozumiemy wyzwania, jakie napotykacie w związku ze zmianami WPR zaproponowanymi po 2020 r. Wpłyną one nie tylko na kraje UE, ale także na resztę Europy i świata. Mamy nadzieję, że wiele tych zmian pójdzie we właściwym kierunku i stworzymy bardziej zrównoważony system żywnościowy w UE, który będzie miał również pozytywny wpływ na naszą część Europy, wspierając lokalną produkcję i konsumpcję żywności.

Nikt w Polsce nie wie, że w Macedonii Północnej istnieje silna, dobrze zorganizowana zielona partia. Wasza partia DOM ma dwoje deputowanych w parlamencie i uczestniczy w dużej koalicji rządzącej. Myśleliśmy, że tylko bogate kraje, które rozwiązały większość swoich problemów społecznych, mają silne zielone partie. Że ludzie myślą o swoim otoczeniu tylko tam, gdzie mają już dobry poziom życia. Dlaczego partia Zielonych jest popularna w Macedonii? Jaki jest powód tego sukcesu?

Ekologia i środowisko nie uznają małych czy dużych krajów, a jedynie świadomość populacji co do konieczności ochrony naszej planety Ziemi przed globalnymi zmianami spowodowanymi głównie przez uprzemysłowienie.

Partia Zielonych w Macedonii Północnej – DOM powstała 14 lat temu i jest bardzo aktywna w realiach politycznych naszego kraju, przyczyniając się do podnoszenia świadomości ekologicznej obywateli. Partia Zielonych – DOM ma nie tylko dwoje parlamentarzystów w macedońskim parlamencie, ale też 20 lokalnych radnych w gminach w całym kraju. Chociaż obywatele Macedonii koncentrują się głównie na poprawie standardu życia, wyraźnie widać zwiększoną świadomość i aktywizm w zakresie ochrony środowiska i walki ze zmianami klimatu. Dwójka naszych posłów jest bardzo aktywna w tworzeniu i przyjmowaniu regulacji dotyczących ochrony środowiska w segmentach przemysłu wydobywczego i górnictwa, budownictwa, gospodarki odpadami i innych elementów przyczyniających się do tworzenia zielonej gospodarki, poszanowania praw człowieka i poprawy jakości życia obywateli Macedonii Północnej.

Stała i aktywna współpraca z organizacjami społeczeństwa obywatelskiego i europejskimi Zielonymi ma dla partii wielką wartość. DOM jest stałym i pełnym członkiem Europejskiej Partii Zielonych z prawem do głosowania. Sukces DOM wynika z konsekwentnego przywiązania do zielonych wartości, ochrony środowiska oraz poprawy praw człowieka i sprawiedliwości społecznej.


Aleksandar Gjorgijevski – macedoński Zielony aktywista, ekonomista, prezes organizacji ASSED Sunrise, założyciel Let’s Do It Macedonia (część ruchu Let’s Do It World) i Festiwalu żywności ekologicznej w Skopje. Jako ekspert od finansów środowiskowych stale uczestniczy w badaniach i projektach dotyczących zielonej gospodarki, gospodarki odpadami i zrównoważonej produkcji żywności. Pracuje w Ministerstwie Rolnictwa, Leśnictwa i Gospodarki Wodnej Republiki Macedonii Północnej w Departamencie Rozwoju Obszarów Wiejskich.

  • Wywiad zrealizowany w ramach międzynarodowego projektu „Fair and Healthy Food” Zielonej Fundacji Europejskiej GEF, przy wsparciu finansowym Parlamentu Europejskiego dla Zielonej Fundacji Europejskiej GEF.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
„Wśród różnych działaczy ekologicznych cieszy się Pan renomą i budzi wiele nadziei” – takimi słowami irlandzki europoseł L. M. Flanagan zwrócił się do Janusza Wojciechowskiego podczas drugiego wysłuchania na komisarza ds. rolnictwa w Parlamencie Europejskim (PE).

Rzeczywiście, dla tych, którzy lepiej znają pracę polskiego europosła, jest on osobą, która nie tylko ma ogromną wiedzę na temat rolnictwa, ale także mocno angażowała się w sprawy ochrony zwierząt w Unii Europejskiej, m.in. skrócenia transportu zwierząt do 8 godzin, ograniczenia prewencyjnego użycia antybiotyków w chowie przemysłowym czy też walki z eksterminacją bezdomnych psów w Rumunii. We wrześniu 2014 roku został przewodniczącym zespołu ds. dobrostanu i ochrony zwierząt w Parlamencie Europejskim, struktury podobnej do Zespołu Przyjaciół Zwierząt, które w polskim parlamencie łączy posłów ze wszystkich ugrupowań w celu poprawy losu zwierząt. Także w swoich odpowiedziach podczas wysłuchania w PE podkreślał wielokrotnie, że sprawa dobrostanu zwierząt bardzo leży mu na sercu. Zaznaczył jednak, że nie przewiduje inicjatyw na rzecz wprowadzenia nowych zakazów i ograniczeń w prawie unijnym w stosunku do tych, które już obowiązują, gdyż UE ma najwyższe na świecie standardy w zakresie ochrony zwierząt. Warto jednak zauważyć, że nietrudno mieć „najwyższe” normy chroniące zwierzęta, gdy przyrównujemy je do braku jakiejkolwiek ochrony lub też wyjątkowo niskich standardów dobrostanu w krajach poza UE. Pocieszająca może być obietnica Wojciechowskiego, że będzie sprzyjał wszelkim działaniom, dzięki którym rolnicy będą mogli dobrowolnie podwyższać dobrostan zwierząt. Jakie jeszcze deklaracje odnoszące się do nowej Wspólnej Polityki Rolnej 2020 – 2027 (WPR) składał nowy komisarz ds. rolnictwa?

Ziemia rolna i młodzi rolnicy

Po pierwsze odniósł się do problemu drastycznego spadku liczby gospodarstw rolnych w UE (dziennie tracimy 100 gospodarstw rolnych), koncentracji ziemi w rękach dużych podmiotów oraz starzenia się obszarów wiejskich – tylko 6% unijnych rolników ma mniej niż 35 lat. Powodem tej zatrważającej statystyki jest przede wszystkim coraz bardziej utrudniony dostęp do ziemi rolnej w państwach członkowskich oraz trudniejsze warunki życia na wsi niż w mieście. Wojciechowski zapowiedział wdrożenie unijnego monitoringu obrotu ziemią rolną w UE oraz przegląd krajowych rozwiązań prawnych, które chronią narodowe zasoby ziemi rolnej i stanowią zachętę do podejmowania działalności rolniczej przez młodych ludzi. Podkreślił, że trudność w regulowaniu kwestii pomocy rolnikom w dostępie do gruntów rolnych polega na tym, że zgodnie z prawem unijnym kwestie własności leżą wyłącznie w gestii krajów członkowskich. Z unijnego poziomu można tylko analizować sytuację i tworzyć zalecenia mające zmieniać fakt, że 3% gospodarstw w UE posiada 52% gruntów rolnych. Dodał także, że „capping”, czyli ograniczenie dopłat dla największych gospodarstw rolnych i oddanie tych środków małym i średnim gospodarstwom może przerwać proces koncentracji ziemi rolnej w UE. Jest to jednak kontrowersyjna kwestia, w Radzie UE nie ma konsensusu na temat definiowania „prawdziwego” lub „aktywnego rolnika” – tj. takiego, który rzeczywiście produkuje i mieszka na wsi.

Międzynarodowe umowy handlowe i unijny rynek rolny

Mimo silnego społecznego oporu obywateli UE, Komisja Europejska negocjuje i podpisuje kolejne międzynarodowe umowy dotyczące między innymi liberalizacji handlu produktami rolno-spożywczymi. Wojciechowski zapowiedział, że te porozumienia handlowe nie mogą zagrażać interesom europejskich rolników, np. poprzez napływ taniej żywności powodującej upadek konkurencyjności unijnej produkcji rolnej. Będzie dążył do przyjęcia kontyngentów taryfowych, aby import towarów rolniczych nie zalał wspólnotowego rynku, a w przypadku, gdyby jednak doszło do pokrzywdzenia rolników w UE, uruchomi rezerwę kryzysową, która za jego kadencji ma wzrosnąć z 400 do 500 milionów euro. Chce on także uniezależnić unijną produkcję zwierzęcą od importu paszy (głównie śruta sojowa genetycznie modyfikowana) i rozwijać programy uprawy roślin wysokobiałkowych w państwach członkowskich w połączeniu z dobrostanem zwierząt i gospodarką o cyklu zamkniętym. „Będę zachęcał, żeby takie programy znajdowały się planach strategicznych państw członkowskich i były skutecznie finansowane z II filaru WPR” – powiedział Wojciechowski. Wzmocnienia rynkowej pozycji rolników UE i poprawy kondycji obszarów wiejskich Wojciechowski upatruje również we wsparciu krótkich łańcuchów dostaw, tj. połączenia lokalnej produkcji rolnej z lokalnym przetwórstwem i budowania lokalnych rynków żywności.

Środowisko i klimat

Janusz Wojciechowski jest pierwszym komisarzem ds. rolnictwa, który stoi przed gigantycznym wyzwaniem przebudowania WPR z uwagi na coraz większe zagrożenia środowiskowe i klimatyczne. Dodatkowe utrudnienie polega na tym, że nie jest on w komfortowej sytuacji Daciana Ciolosa (komisarza ds. rolnictwa w latach 2010 – 2014), który miał możliwość reformowania WPR od podstaw. Wojciechowski jest poniekąd spadkobiercą pakietu reform wypracowanych przez Komisję Europejską, mogąc poruszać się w już ustalonych ramach przyszłej WPR oraz Europejskiego Zielonego Ładu. Jest też pierwszym przyszłym komisarzem, który w swoim wystąpieniu zadeklarował, że chce wspierać rolnictwo ekologiczne ze środków WPR, opracować nowy Plan Działań dla Rolnictwa Ekologicznego i Żywności Ekologicznej, wzmacniać wiarygodność certyfikacji żywności ekologicznej i ją promować, gdyż „mamy produkować zdrową żywność”. Zdaniem Wojciechowskiego szansą dla europejskiego rolnictwa nie jest ilość produkowanej żywności, ale jej jakość.

Pomimo tych deklaracji należy jednak mocno wsłuchać się w jego słowa, gdyż mogą one budzić pewne wątpliwości. Z jednej strony bowiem deklaruje on swoje przywiązanie do prowadzenia WPR w zgodzie z ochroną środowiska, uznając, że 20% budżetu z II filaru WPR na zazielenianie rolnictwa jest dobrą propozycją ze strony Dyrekcji ds. Rolnictwa (DG AGRI). Schody zaczynają się, gdy mówi on o bezpieczeństwie żywnościowym 500 milionów Europejczyków, które zapewnić mogą duże, wysokotowarowe gospodarstwa rolne, a rola małych i średnich ma się głównie sprowadzać do zapewnienia żywotności obszarów wiejskich i ochrony wiejskiego krajobrazu. Jest to opinia całkowicie sprzeczna z oceną Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), wskazującą, że największym gwarantem nie tylko globalnego bezpieczeństwa żywnościowego, ale także suwerenności żywnościowej są właśnie małe i średnie gospodarstwa nadal karmiące 2/3 ludności świata. Jest to także sprzeczne z jego własną deklaracją dotyczącą przerwania dalszej koncentracji kapitału rolnego w rękach wielkich podmiotów działających w rolnictwie.

Być może twierdzenie przez Wojciechowskiego, że w UE jest miejsce dla każdego typu gospodarstw, gdyż ich zróżnicowanie stanowi europejską wartość, wiązało się bardziej z chęcią zadowolenia także europosłów liberalnej części PE, Europejskiej Partii Ludowej (EPP) oraz Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (SD). Generalnie jednak całość jego wypowiedzi sugeruje, że rozumie on potrzebę ekologizacji WPR i realizacji celów środowiskowych i klimatycznych. Znajduje to przede wszystkim wyraz w jego wypowiedziach dotyczących ekoprogramów, które jego zdaniem powinny być obowiązkowe dla państw członkowskich, a dobrowolne dla rolników. Uważa on także, że lista działań w ramach ekoprogramów, które mogą wdrażać państwa członkowskie – np. ochrona torfowisk czy pasy kwietne dla zapylaczy – powinna zostać ustalona na poziomie instytucji UE, podobnie jak wskaźniki i wytyczne dotyczące poziomu wypełniania celów środowiskowych i klimatycznych w ramach WPR. A więc dopuszcza elastyczność planowania ekoprogramów przez państwa członkowskie, ale tylko w ściśle określonym zakresie.

Wojciechowski podkreślił także, że propozycje odnoszące się do środowiska i klimatu w WPR to „bardzo ofensywna koncepcja”. W związku z tym rolnicy obawiają się nowych obowiązków, przymuszania do działań środowiskowo-klimatycznych, które powodują koszty i pozbawią ich konkurencyjności. Z tego powodu – co wyraźnie zaznaczył Wojciechowski – każdy instrument i działanie prośrodowiskowe i proklimatyczne w rolnictwie powinno być proponowane rolnikom w formie zachęt, nie tylko finansowych, ale także w postaci wsparcia edukacyjnego, doradczego i inwestycyjnego dla rolników, którzy tworzą wartość dodaną wybierając działania przyczyniające się do wzmocnienia ekologicznej trwałości produkcji rolnej oraz osiągnięcia celów środowiskowych i klimatycznych przez UE. Zaleca on także ostrożność w stosowaniu środków na rzecz realizacji tych celów, tak by „walcząc o wkład rolnictwa w ochronę środowiska i klimatu nie zniszczyć samego rolnictwa”. Jego zdaniem istnienie silnego rolnictwa w Europie jest pierwszym warunkiem dobrej ochrony środowiska i klimatu, więc najpierw musimy je wzmacniać, a „dopiero w drugim kroku podejmować te wszystkie działania, które zwiększą wkład rolnictwa w środowisko i klimat”. Trzeba przyznać, że jest to zaskakująca logika, zwłaszcza, że zielonej reformie WPR przyświeca dokładnie inna myśl, a mianowicie, że silne środowisko naturalne to pierwszy warunek dla istnienia silnego rolnictwa.

Tak więc z jednej strony zielone światło dla ekologii, z drugiej – echa koncepcji, że „tylko duży da radę”, a środowisko i klimat mają drugorzędne znaczenie w dążeniu do silnego i konkurencyjnego rolnictwa UE. Ponadto zabrakło w wypowiedziach Wojciechowskiego stanowczego głosu w sprawie genetycznych modyfikacji w rolnictwie, kompleksowej ochrony zapylaczy oraz ograniczania stosowania pestycydów i sztucznych nawozów.

Pieniądze

Silne rolnictwo to także zdaniem Janusza Wojciechowskiego jak największy budżet UE na Wspólną Politykę Rolną. Obiecał walczyć o podniesienie kwoty 365 mld euro przeznaczonej dla unijnego rolnictwa. Ponadto wskazał, że wsparcie finansowe obszarów wiejskich nie może się odbywać niemal wyłącznie ze środków Funduszu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Trzeba do nich kierować jak najwięcej środków z Funduszu Spójności. Zadeklarował także, że w trakcie swojej kadencji doprowadzi do wyrównania dopłat do przyzwoitej średniej.

Pytanie, na ile nowemu komisarzowi ds. rolnictwa i rozwoju obszarów wiejskich uda się urzeczywistnić składane obietnice, na razie musi pozostać bez odpowiedzi. Na sukces jego zamierzeń składa się cała wypadkowa nie tylko interesów poszczególnych krajów członkowskich, ale przede wszystkim globalnych agrokorporacji faworyzowanych w ramach światowych traktatów handlowych. Nadal jednak pokładamy nadzieję, że stan środowiska naturalnego oraz sytuacja małych i średnich gospodarstw rolnych w UE będą dla Janusza Wojciechowskiego sprawami priorytetowymi.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.