ClientEarth Prawnicy dla Ziemi i WiseEuropa wzięły pod lupę publiczne subsydia, z jakich korzysta polska energetyka.

Okazało się, że pochłaniają one ponad 7 mld zł rocznie z budżetu państwa i kieszeni odbiorców energii. Korzystają z nich głównie elektrownie węglowe. W 2019 r. Elektrownia Bełchatów dostała aż pół miliarda zł dopłat, co odpowiada około 10 proc. jej całkowitych przychodów.

„W latach 2013-2018 budżet i konsumenci dopłacili do energetyki węglowej prawie 30 mld zł. Dla porównania, za równowartość tych pieniędzy można byłoby postawić w Polsce elektrownię jądrową, uważaną przecież za ekstremalnie drogą, lub dwie duże farmy wiatrowe na Bałtyku” – mówi Wojciech Kukuła z ClientEarth, współautor raportu.

Dopłacamy do energetyki 7 mld złotych rocznie. Aż dwie trzecie wsparcia trafia do energetyki konwencjonalnej

ClientEarth Prawnicy dla Ziemi i WiseEuropa wzięły pod lupę wszystkie formy publicznych subsydiów, z jakich korzysta polska energetyka. Łącznie kilkanaście mechanizmów pochłania ponad 7 mld złotych rocznie z budżetu państwa i kieszeni odbiorców energii. Korzystają z nich głównie elektrownie węglowe.

Opublikowany dziś raport pt. „Subsydia: motor czy hamulec polskiej transformacji energetycznej?” to kompendium przedstawiające wszystkie formy pomocy publicznej, które trafiają do sektora energetycznego od wejścia Polski do Unii Europejskiej, z perspektywą do 2023 r. Raport ocenia te mechanizmy pod kątem ich legalności, kosztów, efektów środowiskowych oraz wpływu na transformację energetyczną.

„Okazuje się, że pomimo szumnych zapowiedzi polityków o zwiększaniu wsparcia dla zielonych technologii, strumień publicznych pieniędzy nie płynie w kierunku OZE. Wciąż około dwóch trzecich środków zasila energetykę konwencjonalną, głównie węglową” – mówi Wojciech Kukuła z ClientEarth, współautor raportu.

Węgiel dotacjami stoi

Tylko w latach 2013-2018 z budżetu państwa i rachunków za energię dopłaciliśmy do energetyki około 45 mld złotych. Aż 30 mld trafiło do energetyki konwencjonalnej.

„Dla porównania, za pieniądze, które trafiły do elektrowni węglowych można byłoby postawić w Polsce elektrownię jądrową, uważaną przecież za ekstremalnie drogą, lub dwie duże farmy wiatrowe na Bałtyku” – dodaje Kukuła.

Najwięcej, bo około 8 mld zł, trafiło do energetyki konwencjonalnej z bezpłatnych uprawnień do emisji gazów cieplarnianych przyznanych w ramach EU ETS i z rekompensat za rozwiązanie kontraktów długoterminowych (tzw. KDT), które tylko w tym okresie kosztowały odbiorców energii 7 mld zł. Korzystała ona także ze wsparcia w ramach operacyjnej rezerwy mocy i interwencyjnej rezerwy zimnej, kolorowych certyfikatów dla współspalania biomasy z węglem i kogeneracji, czy ustawy o cenach energii.

Koncerny energetyczne korzystają również z finansowania z Polskiego Funduszu Rozwoju oraz Banku Gospodarstwa Krajowego. Dzięki nim udało się m.in. domknąć budowę nowego bloku na węgiel kamienny w Jaworznie. W celu uzyskania pewności prawnej, tego typu wsparcie powinno być zgłaszane Komisji Europejskiej.

Państwo hojnie dofinansowuje też Elektrownię Bełchatów – największą instalację energetyczną w Polsce, szczycącą się niskimi kosztami wytwarzanej energii. Tymczasem tylko w 2019 r. elektrownia dostała aż pół miliarda złotych dopłat, co odpowiada około 10 proc. jej całkowitych przychodów. Łącznie w latach 2013-2019 otrzymała ona ponad 2,5 mld złotych w formie bezpłatnych uprawnień do emisji CO2. Ponieważ elektrownia współspalała biomasę z węglem, korzystała też ze środków przeznaczonych na wsparcie zielonej energetyki. Między 2010 i 2013 rokiem przychody z zielonych certyfikatów zasiliły jej budżet o prawie ćwierć miliarda złotych. Elektrownia mogła też liczyć na preferencyjne kredyty i fundusze europejskie.

Po 2020 r. wartość dotacji dla Elektrowni Bełchatów jeszcze wzrośnie. W ramach rynku mocy będzie ona dostawać nawet 800 mln złotych rocznie.

Zielona energia się opłaca

Na znacznie skromniejsze wsparcie może liczyć energetyka odnawialna. W latach 2013-2018 systemy wsparcia OZE kosztowały Polaków niecałe 15 mld złotych, czyli raptem jedną trzecią łącznej wartości subsydiów, które w tym czasie otrzymała krajowa elektroenergetyka. W perspektywie kolejnej dekady nie należy jednak spodziewać się zmian. W latach 2021-2023 koszt netto rynku mocy wyniesie około 11 mld zł, podczas gdy koszt netto aukcyjnego systemu wsparcia OZE – zaledwie 0,3 mld zł. Obydwa systemy są finansowane z rachunków odbiorców energii.

W przeciwieństwie do rynku mocy, aukcje OZE są optymalnym systemem wsparcia, zarówno pod względem korzyści dla konsumentów, jak i efektów ekologicznych. Potwierdzają to wyniki ostatnich przetargów. Ceny uzyskane na rozstrzygniętej w czwartek aukcji dla nowych elektrowni wiatrowych i słonecznych, średnio niecałe 210 zł/MWh, po raz kolejny okazały się niższe od rynkowych. Natomiast grudniowa aukcja rynku mocy zamknęła się rekordowo wysoką ceną, niemal 260 zł/kW/rok.

„Aukcje OZE przestają funkcjonować jak subsydia. Mechanizm będzie niebawem przynosić oszczędności konsumentom energii. Rząd powinien więc postarać się o wydłużenie jego obowiązywania, tak aby aukcje mogły być organizowane także po 2021 roku” – ocenia Kukuła.

Inni wydają mądrzej

Raport wskazuje, że Polska – w odniesieniu do wielkości PKB – przeznacza na wsparcie sektora energetycznego podobne sumy, co Niemcy i Wielka Brytania, ale z gorszymi efektami ekologicznymi. W latach 2012-2016 Wielka Brytania zredukowała emisyjność swojej energetyki o połowę, a Polska tylko o około 10 proc.

„Dotychczasowe mechanizmy wsparcia w polskim sektorze energetycznym dążyły głównie do utrzymania status quo w branży. Pomimo wielomiliardowego wsparcia, nie udało się zbudować trwałej konkurencyjności spółek energetycznych opartych na tradycyjnych technologiach węglowych” – mówi Aleksander Śniegocki z WiseEuropa, współautor raportu.

„Bez modernizacji technologii i modeli biznesowych, branżę będzie czekać stagnacja: energetyka konwencjonalna będzie się stopniowo kurczyła, generując wysokie koszty dla konsumentów, a w jej miejsce nie zdążą wejść nowe, zeroemisyjne źródła energii” – podsumowuje Śniegocki.

Raport dostępny jest do bezpłatnego pobrania w bibliotece Fundacji.

Źródło: Informacja prasowa ClienEarth – Prawnicy dla Ziemi


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
W Stanach Zjednoczonych rdzenne Amerykanki są ponad dwa razy bardziej narażone na przemoc, niż jakakolwiek inna grupa społeczna.

Jedna trzecia z nich jest napastowana seksualnie w ciągu swojego życia, a 67 % tych napaści jest popełnianych przez osoby nie będące rdzennymi mieszkańcami kontynentu. Istnieje ścisły związek pomiędzy rozbudową kolejnego gazociągu i wydobyciem paliw kopalnych, a wzrastającą liczbą zaginionych i mordowanych kobiet w Ameryce Północnej.

„Obozy mężczyzn”

Najnowsze raporty Sovereign Bodies Institute i Brave Heart Society mówią o bezpośrednim zagrożeniu, jakim budowa rurociągu Keystone XL w Dakocie Południowej i okolicach jest dla tamtejszych kobiet. Keystone XL ma być czwartym etapem sieci rurociągów naftowych Keystone Pipeline pomiędzy Kanadą a Stanami Zjednoczonymi. Prace nad nim zostały wstrzymane przez Baracka Obamę w 2015 roku ze względu na sprzeciw lokalnych społeczności. Od 2017 roku prezydent USA Donald Trump stara się o cofnięcie tej decyzji i wznowienie prac. Inwestycji sprzeciwiają się także Indianie zamieszkujący teren, przez który przechodzić ma rurociąg. Walczą między innymi o uniknięcie bezpośrednio wpływających na nich wycieków z rurociągu, jak ten z 2017 roku, w wyniku którego 800 tysięcy litrów ropy wydostało się na zewnątrz.

Organizacja walcząca o prawa rdzennej ludności, Indigenious Enviromental Network, zwraca uwagę na bezpośrednie zagrożenie dla autochtonicznych mieszkanek regionów, jakim jest wydobycie paliw kopalnych. Taka inwestycja oznacza napływ pracowników płci męskiej na obszary wiejskie, w pobliże mniejszych miast i rezerwatów, gdzie zamieszkują oni w tak zwanych „męskich obozach”, z dala od rodzin, odseparowani od otaczającej ich społeczności. W Dakocie Północnej gwałtowny wzrost przestępczości i nasilone napady na tle seksualnym skorelowane są z „boomem naftowym” w Bakken i późniejszym napływem tysięcy nowych pracowników do tego regionu. Na tych terenach oprócz stwierdzonego wzrostu spożycia alkoholu i narkotyków obserwuje się także zwiększenie ofiar przemocy fizycznej, w tym gwałtów i morderstw oraz rozwój handlu ludźmi. Departament Stanu mówi jednak, że Keystone XL miałby znikomy lub nawet korzystny wpływ na stosunki społeczno-ekonomiczne regionu. TC Energy, właściciel rurociągu, w wywiadzie dla Montana Public Radio oświadcza, że podjął liczne kroki w celu zapewnienia bezpieczeństwa dla zarówno lokalnej społeczności, jak i nowo przybyłych pracowników. Tym samym zażądał od wszystkich mieszkańców „obozów” podpisania i wyrażenia zgody na rygorystyczny kodeks postępowania. Mówi on również, że bezpieczeństwo w tym rejonie będzie zapewnione przez całą dobę. „Z naszego doświadczenia wynika, że nasi pracownicy zatrudnieni przy budowie rurociągów spędzają długie dni na pracy i przyczyniają się pozytywnie do rozwoju społeczności lokalnej poprzez różne korzyści ekonomiczne” – powiedział rzecznik TC Energy.

Bezprawie

Według danych z 22 kwietnia 2016 roku, pochodzących z Narodowego Badania Zaginionych i Zamordowanych Rdzennych Kobiet i Dziewcząt, w latach 1980 i 2012 r. rdzenne kobiety i dziewczęta stanowiły 16% wszystkich zabójstw kobiet w Kanadzie, jednocześnie stanowiąc zaledwie 4% ludności żeńskiej w tym kraju. W raporcie Statistics Canada z 2011 roku oszacowano, że w latach 1997 i 2000 wskaźnik zabójstw rdzennych kobiet był prawie siedmiokrotnie wyższy niż pozostałych mieszkanek Ameryki.

Prawodawstwo, które nie przewiduje możliwości ścigania oprawców, którzy nie są członkami plemion, sprawia, że wskaźnik napaści na Indianki, Metyski i Innuitki jest zatrważający, a winni – bezkarni. Większość spraw, które trafiają na szczebel federalny, jest odrzucana lub traktuje się je z lekceważąca opieszałością (przykład można znaleźć w filmie Finding Drawns). W 2016 roku Federalne Biuro Śledcze Krajowego Centrum Informacji o Przestępczości (NCIC), które śledzi osoby zaginione, ustaliło liczbę zaginionych rdzennych Amerykanek i mieszkanek Alaski na 5 712 osób. Chociaż rząd federalny przechowuje dane na temat praktycznie wszystkiego, nie gromadzi statystyk dotyczących zaginionych i zamordowanych rdzennych kobiet. Ponadto nie ma krajowej bazy danych, w której plemiona mogłyby zgłaszać takie przestępstwa. „Jeśli chcesz prowadzić politykę ekstraktywizmu na terenach należących do ludności żyjącej zgodnie z prawami natury i szacunku do jej dóbr, musisz najpierw obedrzeć role społeczną tamtejszych kobiet z jakichkolwiek wartości, potem odebrać podstawowe źródła do przeżycia – pożywienie i lekarstwa, a następnie bezkarnie je zabijać” – mówiły przedstawicielki organizacji Indigenous Envorimental Network na spotkaniu  podczas szczytu Cumbre de Social w Madrycie.

Sprzeciw kobiet

„Działalność IEN opiera się na budowaniu zdolności wśród ludności tubylczych w celu ochrony świętych miejsc; ziemi, wody, powietrza w dbałości o jednoczesne budowanie ekonomicznie zrównoważonych społeczności” – piszą autorki na stronie. Organizowanie kampanii informacyjnych oraz akcji bezpośrednich ma na celu budowanie świadomości społecznej, rozwijanie inicjatyw wywierających wpływ na politykę, a także budowanie sojuszy pomiędzy społecznościami rdzennymi a reprezentantami innych grup i organizacji społecznych. IEN zwołuje lokalne, regionalne i krajowe spotkania poświęcone kwestiom sprawiedliwości ekologicznej i ekonomicznej oraz zapewnia wsparcie dla społeczności rdzennych w Ameryce Północnej, a w ostatnich latach także w innych miejscach na świecie. Ruch narodził się w 1990 r., kiedy to znaczna liczba plemion borykała się z problemami związanymi ze składowaniem na sąsiadujących z nimi terenach odpadów przemysłowych, komunalnych oraz nuklearnych, które powodowały regularne wycieki przedostające się do okolicznych ziem i wód. IEN zwraca również uwagę na rosnący na całym świecie, w szczególności w krajach postkolonialnych, odsetek mordowanych aktywistek, które swoją lokalną działalnością przeciwstawiają się przemysłowi paliw kopalnych, degradującemu tereny, na których żyją.

Rdzenny feminizm a ekofeminizm

W tęsknocie i potrzebie za pierwotnymi, matriarchalnymi strukturami społeczeństw, które poprzez lata kolonizacji terenów, zasobów naturalnych, filozofii i religii spowodowały degradację roli kobiety w społeczeństwie, rodził się na świecie feminizm, wydając w ostatnich swych latach na świat swoje najnowsze dziecko – ekofeminizm. „Tak zwany feministyczny mainstream zajmuje się innymi kwestiami niż my – przedstawicielki rdzennego feminizmu. Musimy walczyć o bardzo podstawowe prawa do naszych ziem, na co dzień borykając się z przemocą i ignorowaniem prawa w celu ochrony naszych ciał i ciała naszej Matki – Ziemi. Apelujemy o połączenie sił we wspólnej walce o prawa kobiet” – mówi jedna z przedstawicielek IEN. Eksploatacja zasobów naturalnych, w tym paliw kopalnych to dalsza historia polityki kolonizacyjnej w Ameryce Północnej, będącej atakiem na kobiecą niezależność. Kiedyś to kobiety, pełniące tak samo respektowane role w plemieniu jak mężczyźni, dbały o zachowanie bioróżnorodności, pełniły rolę lekarek – znachorek i zajmowały się lokalnym handlem. Wszystko zaczęło się zmieniać w epoce wczesnego kolonializmu, kiedy to kobiety, wcześniej obrabiające wyroby skórne i negocjujące ich ceny, zostały odsunięte od pełnionych funkcji, które regulowały korzystanie człowieka z lokalnych zasobów naturalnych,  na rzecz przedstawicielstwa męskiego (handlarze nie zgadzali się na prowadzenie negocjacji z kobietami). „Był to początek degradacji systemu plemiennego, który pozwolił otworzyć na oścież bramy do naszych wód, stepów i lasów. Nikt nie spojrzał krytycznie na program odbudowy gospodarki Roosevelta (CCC) po Wielkim Kryzysie na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Młodzi Metysi, Innuici i Indianie, zatrudniani na niewolniczych warunkach, zostali przekonani przez kapitał do przekopywania własnymi rękoma naszych ziem w celu budowania ogrodzeń oraz szlaków dla samochodów ciężarowych. Choć program miał na celu zaktywizowanie młodych mężczyzn (od 18 do 25 roku życia), do pracy zatrudniano także nieletnich chłopców i starców. Regularna praca przy zbiorach, dzielenie się dobrami, szacunek – to wszystko zostało zamienione na pracę za pieniądze, jednocześnie przynosząc ogrom cierpienia naszym” – mówi jedna z przedstawicielek IEN, potomkini ludów plemienia Puczi. „Mówiąc o budowaniu społeczeństwa w oparciu o matriarchat, nie mamy na myśli stawiania się w opozycji do patriarchatu. To nie ma być kolejny system opresyjny wobec innych, my, kobiety, mamy inne role w naszych społecznościach, które są tak samo ważne jak te pełnione przez mężczyzn. Chodzi o zachowanie równowagi w tym dualizmie” – dodaje.

Skradziony wizerunek Indianki

Pamiętacie Pocahontas? Tę piękną i młodą Indiankę z wiecznie powiewającymi długimi, ciemnymi włosami? Dla nas, rdzennych mieszkanek Ameryki to symbol fetyszyzacji i hiperseksualizacji naszego wizerunku, którego proces kształtowania od zawsze należał do rządu i mediów, które sprawiły, że nasz obraz stał się podatny na akty przemocy i agresji” – mówi Monica, jedna z przestawicielek IEN.
Pocahontas, a raczej Matoaka, była córką Powhatana, wodza plemienia Powhatans, zamieszkującego obecne tereny Wirginii. Miała zaledwie 10 lat, kiedy angielscy kolonialiści zakładali Jamestown (1607). Handlowała z Anglikami dobrami lokalnymi, aż do momentu wybuchu konfliktu pomiędzy nimi a plemieniem, z którego się wywodziła. W wyniku tego została porwana, ochrzczona jako Rebeka, a następnie pomimo faktu bycia mężatką wydana ponownie za mąż za wdowca Johna Rolfa. W 1616 roku wysłano ją do Anglii wraz z kilkunastoosobową rodziną jako przykład sukcesu nawrócenia „dzikuski” na angielski styl. Za cenę stu funtów angielskie parafie prezentowały „Lady Rebekę” jako „przykład nawrócenia dziecka barbarzyńców”. Umarła mając 21 lat z dala od bliskich, odcięta od korzeni, bez możliwości opowiedzenia światu swojej prawdziwej historii.
„Jej postać jest paralelą skrzywionego obrazu naszych terenów. Dziewiczych – jak najbardziej, ale nie bezpańskich, czekających na zaopiekowanie i eksploatację przez białego człowieka. To historia porwanej i wykorzystanej jako produkt polityczny młodej dziewczyny, nie romantyczna legenda o pokojowej kolonizacji” – puentuje Monika podczas konferencji.

A na szczycie…

Podczas tegorocznego szczytu COP25 w Madrycie przedstawiciele IEN zjawili się, by stanowić głos mieszkanek i mieszkańców plemion Ameryki Północnej i Południowej, w tym zaginionych i masowo mordowanych kobiet. Podczas pokojowej manifestacji przed ambasadą amerykańską wzywano rząd do podjęcia natychmiastowych działań w celu zatrzymania tragedii, rozgrywających się w związku z rozwojem przemysłu naftowego w USA i Kanadzie. Protest po kilkunastu minutach został przerwany przez policję. Kilka dni później ponownie podjęto próbę zwrócenia uwagi mediów i polityków na tę kwestię, którą wielokrotnie rząd amerykański obiecywał się zająć. Tym razem odbyło się to w przestrzeni głównej konferencji COP25, gdzie – tak samo jak dwa dni wcześniej spod ambasady – manifestujący aktywiści i aktywistki zostali wyrzuceni poza budynek oraz odgrodzeni od zainteresowanych mediów i innych uczestników szczytu.

Solidarne z siostrami

Czerwień to kolor symbolizujący walkę o prawa kobiet wszelkich mniejszości na całym świecie. Według indiańskich wierzeń jest to jedyny kolor widziany przez dusze tych, którzy odeszli, zaprasza je do opowiedzenia historii, które mogą być usłyszane przez członków ich rodzin i społeczności, z których pochodziły. REDress jest projektem publicznych instalacji rozpoczętym w 2000 roku przez Jaime’a Black’a. Zyskując na popularności, szybko opuścił galerię sztuki, stale goszcząc w przestrzeni publicznej i działalności artystycznej różnych dziedzin sztuki.

Ponadto, co roku 14 lutego organizowany jest w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych Marsz Pamięci Kobiet, podczas którego rodzina i przyjaciele zaginionych i zamordowanych kobiet gromadzą się w celu ich upamiętnienia i wspólnego przejścia przez żałobę po ich stracie. Podczas marszów śpiewane są tradycyjne pieśni oraz odprawiane rytuały pogrzebowe.

Zachęcamy tego dnia do wyrażenia aktu solidarności z naszymi siostrami zza oceanu. Można to zrobić organizując spotkanie, projekcję filmu, pikietę przed ambasadą amerykańską czy happening połączony z akcją informacyjną. Wszelkie niezbędne informacje znajdą Państwo na stronie https://www.ienearth.org/ lub pod adresem mailowym agat@riseup.net.

Tekst opracowany na bazie materiałów zebranych podczas spotkania z przedstawicielkami Indigenious Enviromental Network w trakcie trwającego w czasie konferencji COP25 w Madrycie szczytu społecznego „Cumbre de Sociale”.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Fake newsy i dezinformacja to potężna broń w rękach anty-demokratów. Nie jest to zdanie odosobnione, aż 79% Polaków uważa to zjawisko za zagrożenie dla demokracji. Zwłaszcza, że problemy związane z dezinformacją przybierają na sile i oddziałują na coraz większe grupy odbiorców.

Mijający podwójny rok wyborczy dostarczył danych do pierwszych poważnych analiz na temat tego zjawiska w Polsce. W trakcie pracy nad raportem “Dezinformacja i Propaganda w Polskim Internecie w trakcie Kampanii Wyborczej 2019” analitycy Fundacji Geremka przeanalizowali tysiące kont i wpisów na Twitterze oraz treści publikowane na ponad 500 grupach i fanpage’ach na Facebooku. Celem analizy było zidentyfikowanie najczęściej powielanych treści dezinformacyjnych oraz wyszukanie kont o charakterze trolli lub botów.

Fake-newsy, pół-prawdy i treści dezinformacyjne w Polsce rozpowszechniają przede wszystkim politycy, choć powielane przez nich informacje są często zbieżne z prokremlowskimi.

Wbrew obiegowej opinii dyskusja w mediach społecznościowych nie jest zdominowana przez partię rządzącą. Mimo oczywistego wsparcia mediów publicznych, zasięgi i budowanie zaangażowania przez grupy i fanpage’y prorządowe i opozycyjne były na podobnym poziomie. Natomiast PiS skuteczniej narzuca tematy debat, wykorzystuje polaryzację i zarządzanie strachem. Stąd wrażenie dominacji prawicy. Wśród spraw najczęściej poruszanych przez największe polskie konta na Twitterze w trakcie kampanii wyborczej znalazły się: LGBT; Obcy (muzułmanie, Żydzi, uchodźcy); Czajka; Brexit; Klimat; Aborcja.

Okazuje się także, że dezinformacja jest szerszym zjawiskiem, niż samo fake-news.

Wyolbrzymianie znaczenia także prawdziwych treści, nadawanie nowych znaczeń, pomijanie kontekstu może wprowadzić odbiorców w błąd, co do skali zjawisk i prowadzi do radykalizacji postaw. W tym sensie dezinformacja jest groźniejsza niż fake-newsy, które wyłapane, relatywnie łatwo zdementować.

Choć to politycy i tradycyjne media narzucają tematy do dyskusji, to według analityków Fundacji niepokojąca jest też popularność dużych anonimowych kont w mediach społecznościowych i grup na Facebooku prowadzonych przez anonimowe osoby. Fundacja zidentyfikowała szereg grup i kont prowadzonych przez internetowe trolle. Jeszcze do niedawna SokzBuraka, bardzo duży fanpage na Facebooku był absolutnie anonimowy. Z kolei grupa Bóg Honor Ojczyzna (16 tys. członków) jest administrowana przez konto, które ma wszelkie cechy konta-trolla. Takich przykładów jest więcej, po każdej z politycznych stron. To oczywiste zagrożenie, bo jak wynika z badań, użytkownicy Internetu ufają w to co czytają w mediach społecznościowych, a duża część tych treści pochodzi z nieznanych źródeł.

Co robić?

W reakcji na zagrożenie jakim jest dezinformacja, Fundacja Geremka prowadzi program Wojownicy Klawiatury. To internetowa społeczność osób, które angażują się w walkę z fake-newsami. Grupa Wojownicy Klawiatury na Facebooku liczy ponad 1,8 tys. członków. Na grupie regularnie obalane są fake-newsy i ujawniane akcje dezinformacyjne. Najbardziej aktywni aktywiści i aktywistki prowadzą zajęcia edukacyjne i uczestniczą w profesjonalnych szkoleniach. Do grupy mogą dołączyć wszystkie zainteresowane osoby.

Fundacja uruchomiła też stronę znajdztrolla.info, która pozwala użytkownikom na automatyczną analizę kont na Twitterze. Dzięki temu narzędziu łatwiej można zidentyfikować konta mające cechy trolla lub bota. Strona w wersji pokazowej już ruszyła i będzie się rozwijać wraz ze zgłoszeniami od użytkowników.

“Front Europejski – Dezinformacja i Propaganda w Polskim Internecie w trakcie Kampanii Wyborczej 2019” – Raport powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego

Filip Szarecki zajmuje się komunikacją, mediami społecznościowymi i fact checkingiem w Froncie Europejskim oraz stowarzyszeniu Miasto Jest Nasze. Absolwent Akademii In.Europa oraz były reporter Polskiego Radia RDC


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Polskie służby inwigilują bez kontroli. Europejski Trybunał Praw Człowieka zażądał wyjaśnień od rządu

Europejski Trybunał Praw Człowieka zwrócił się do polskiego rządu o przedstawienie wyjaśnień w sprawie inwigilacji prowadzonej przez służby specjalne. To efekt skarg polskich aktywistów z Fundacji Panoptykon i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz adwokata Mikołaja Pietrzaka, które trafiły do Trybunału w Strasburgu na przełomie 2017 i 2018 r. Adwokat podkreśla, że niekontrolowana inwigilacja narusza nie tylko jego prywatność, ale przede wszystkim prawa i wolności jego klientów. Aktywiści dodają, że jako aktywni obywatele są szczególnie narażeni na działania służb.

Aktywiści z Fundacji Helsińskiej i Panoptykon od lat krytykują brak kontroli nad działaniami służb. Nie mam wątpliwości, że służby mogą korzystać ze swoich szerokich uprawnień bez jakichkolwiek realnych ograniczeń – mówi jeden ze skarżących, Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon – Ale nie mamy tego jak sprawdzić, bo prawo nie przewiduje dostępu do informacji o tym, że ktoś był na celowniku służb – nawet jeśli inwigilacja już się zakończyła, a danej osobie nie postawiono zarzutów. Jako obywatele jesteśmy więc bezbronni i nie mamy jak chronić swoich praw.

ETPC uznał, że skargi spełniają wymogi formalne i zakomunikował sprawę polskiemu rządowi. Rząd polski będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, czy jego działania naruszyły naszą prywatność (art. 8 Konwencji o ochronie praw człowieka) oraz prawo do skutecznego środka odwoławczego (art. 13 konwencji). Po przedstawieniu obserwacji przez rząd, będziemy mogli, jako skarżący, się do nich ustosunkować – wyjaśnia Dominika Bychawska-Siniarska z Fundacji Helsińskiej.

Stawką jest nie tylko prawo do prywatności. Fundamentem relacji adwokata z klientem jest zaufanie, które może powstać wyłącznie w warunkach poufności – wyjaśnia adwokat Mikołaj Pietrzak. Jako adwokaci mamy obowiązek chronić tajemnicę adwokacką, a szczególnie obrończą. Obecne przepisy nam to uniemożliwiają. Uderza to w prawa i wolności naszych klientów, a szczególnie w ich prawo do obrony – wyjaśnia Pietrzak.

Na konieczność zmian w przepisach wskazał Trybunał Konstytucyjny już w lipcu 2014 r. Jednak przyjęte w 2016 r. tzw. ustawa inwigilacyjna i ustawa antyterrorystyczna zamiast ograniczyć apetyt służb na informacje o obywatelach tylko zwiększyły ich uprawnienia, nie wprowadzając przy tym żadnych mechanizmów kontroli. Polska w tym zakresie negatywnie wyróżnia się na tle innych państw unijnych, w których taka niezależna kontrola nad działaniami służb nikogo nie dziwi. Na wymienione nieprawidłowości zwróciła uwagę m.in. Komisja Wenecka w opinii z czerwca 2016 r. Obowiązek poinformowania podmiotu danych o dostępie służb do jego danych telekomunikacyjnych wynika z licznych orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (np. Szabo i Vissy przeciwko Węgrom, Weber i Saravia p. Niemcom czy Zakharov p. Rosji) oraz z rozstrzygnięć Trybunału Sprawiedliwości UE (m.in. w sprawie Tele 2 Sverige).
Skarżących reprezentuje adw. Małgorzata Mączka-Pacholak.
—–

Źródło: Fundacja Panoptykon, panoptykon.org
Fundacja Panoptykon zajmuje się ochroną wolności i prywatności w świecie nowych technologii. Każdy może ją wesprzeć, przekazując darowiznę (nr konta: 43 1440 1101 0000 0000 1044 6058) i 1% podatku (nr KRS: 0000327613).


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Australia przeżywa falę upałów, które wywołały gigantyczne pożary blokujące dostęp do każdego większego miasta w kraju. Ogłoszono stan wyjątkowy w Nowej Południowej Walii (NSW).

Prawicowy premier Scott Morrison (zaprzeczający do tej pory zmianom klimatu), przerwał wakacje na Hawajach i wrócił do Sydney. Nieobecność Morrisona w czasie kryzysu wywołała oburzenie społeczeństwa. Jeden z użytkowników Twittera opublikował zdjęcie pokazujące z góry płomienie wokół Sydney.

Analiza przeprowadzona przez Nasa pokazuje, że od 1 sierpnia do grudnia pożary NSW wyemitowały około 195 mln ton CO2, podczas gdy pożary Queensland spowodowały dodatkowe 55 mln ton w tym samym okresie. To prawie połowa całkowitych rocznych emisji gospodarki Australii.

Na mapie satelitarnej ze strony rządowej widoczne są pożary na terenie całego kraju. Australijskie Biuro Meteorologiczne (BOM) podało, że w tym tygodniu średnia wartość maksymalnej temperatury sięgnęła 40,9 stopni Celsjusza. Susze i pożary buszu ogarniają coraz większe połacie na południu i południowym wschodzie Australii.

W listopadzie The Guardian cytował wypowiedź szefa straży pożarnej Nowej Południowej Walii, że może minąć kilka miesięcy, zanim opanowane zostaną pożary buszu we wschodniej Australii. Tysiące zmęczonych strażaków walczy z nimi od wielu tygodni. Porywiste wiatry zmieniają kierunek płomieni i poszerzają „katastrofalne” fronty ognia w Queensland i północnej części NPW. „Suche pioruny” (wyładowania atmosferyczne, którym nie towarzyszą opady deszczu docierające do powierzchni lądu) wzniecają nowe pożary. Ich rozprzestrzenianiu sprzyjają upały – letnie temperatury w Queensland są obecnie wyższe od średniej nawet o 8°C. Ekstremalna susza obejmuje swoim zasięgiem oba stany.

Pożary buszu są częstym zjawiskiem podczas australijskiego lata, ale intensywność tegorocznych pożarów i to, jak wcześnie zaczął się „sezon pożarów”, wywołały ostrą debatę polityczną na temat wpływu zmian klimatu na zaostrzenie podatności Australii na ogień.

Konserwatywny rząd koalicyjny premiera Scotta Morrisona był konsekwentnie krytykowany za wsparcie dla górnictwa i elektrowni węglowych, brak działania na zmiany klimatu i rosnącą emisję CO2 w Australii. Morrison na konferencji prasowej po powrocie do kraju przyznał, że zmiany klimatu mają wpływ na wydarzenia pogodowe, wskazał jednak, że dotychczasowa polityka rządu nie ulegnie zmianie.

Źródło: myfirewatch.landgate.wa.gov.au

 

Zrzut ekranu – stan 21.-22.12.2019 r. – https://fires.globalforestwatch.org


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
W wydanym dziś wyroku holenderski Sąd Najwyższy stwierdził, że obywatele mają prawo do tego, by rządzący podejmowali decyzje chroniące przed skutkami zmian klimatycznych.

Wyrok, który zarazem obliguje Holandię jako państwo do redukcji emisji gazów cieplarnianych, jest precedensowy: po raz pierwszy sąd stwierdził, że prawo do bezpieczeństwa klimatycznego to prawo człowieka. To efekt długiej sądowej batalii organizacji Urgenda, rozpoczętej jeszcze w 2013 roku.

Sprawa Urgendy zmieniła politykę klimatyczną w Holandii i zainspirowała do składania pozwów sądowych na całym świecie, wspieranych przez miliony ludzi starających się nasilić działania w sprawie zmian klimatu, w tym w Belgii, Francji, Irlandii, Niemczech, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Norwegii i przeciwko UE.

Informacja prasowa organizacji Urgenda:

Jest nadzieja: historyczne zwycięstwo w sprawie klimatu w Sądzie Najwyższym Holandii

Fot. Facebook.com/ICO2dalej

Dziś, w chwili, gdy ludzie na całym świecie potrzebują prawdziwej nadziei, że rządy podejmą pilne działania w celu zaradzenia kryzysowi klimatycznemu, Sąd Najwyższy Holandii wydał przełomową decyzję, która potwierdza, że poszczególne rządy muszą robić, co w ich mocy, aby ograniczyć emisje gazów cieplarnianych.

Dzisiejsza decyzja jest trzecim i ostatecznym wyrokiem w sprawie klimatycznej organizacji Urgenda przeciwko Holandii i oznacza trzecie zwycięstwo prawne Urgendy. Wcześniej miały miejsce korzystne orzeczenia Sądu Okręgowego w Hadze w 2015 r. i Sądu Apelacyjnego w Hadze w 2018 r.

Sąd Najwyższy utrzymał w mocy postanowienie obu sądów niższej instancji zobowiązujące rząd holenderski do ograniczenia emisji w Holandii o co najmniej 25% do 2020 r. w porównaniu z poziomem z 1990 r. Sąd Najwyższy stwierdził, że brak przyjęcia przez rząd holenderski odpowiedzialności za wkład Holandii w kryzys klimatyczny stanowi naruszenie zobowiązań rządu wynikających z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

W wyniku decyzji Sądu Najwyższego rząd będzie zmuszony do podjęcia dodatkowych środków w celu wypełnienia istniejącej luki w zakresie redukcji emisji o 25% do 2020 r., co prawdopodobnie obejmie zamknięcie elektrowni węglowych, które zostały otwarte dopiero w latach 2015 i 2016. W 2018 r. emisje w Holandii były tylko o 15% niższe niż w 1990 r.

Wyrok został wydany niecały tydzień po tym, jak szczyt klimatyczny ONZ w Madrycie rozczarował brakiem ambitnych ustaleń niezbędnych do rozwiązania kryzysu klimatycznego. Pojawia się również niecały miesiąc po tym, jak Program Ochrony Środowiska ONZ potwierdził, że redukcja emisji musi zostać pięciokrotnie zwiększona, aby osiągnąć cele Porozumienia Paryskiego.

Reakcje na to historyczne orzeczenie są następujące:

Damian Rau, jeden ze współskarżących, który zainicjował tę sprawę, stwierdził:
„Miałem 12 lat, gdy po raz pierwszy złożyliśmy naszą sprawę klimatyczną w 2013 roku. Od tego czasu przebyliśmy długą drogę i nic się nie zmieniło. Powolne tempo działań naszego rządu niepokoi mnie i moje pokolenie, zwłaszcza że jest to trzeci raz, kiedy nasz rząd został w ten sposób ostrzeżony przez sąd. Wierzę, że to orzeczenie holenderskiego Sądu Najwyższego uruchomi działania, których tak pilnie potrzebujemy, i zmusi rządy do podjęcia odpowiedzialności. Wyrok ten jest przykładem dla świata, że nikt nie jest bezsilny i każdy może coś zmienić.”

Mary Robinson, była Wysoka Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka i była Prezydent Irlandii, oświadczyła:
„Po rozmowach klimatycznych ONZ w Madrycie, pilna potrzeba zwiększenia naszych wysiłków na rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych nie mogła być wyraźniejsza. Istnieje realne ryzyko, że nie wywiążemy się z naszych zobowiązań w ramach porozumienia paryskiego i uwolnimy nieopisane ludzkie cierpienie. Ten wyrok Sądu Najwyższego w Holandii potwierdza, że rządy są zobowiązane prawnie, jak również zobowiązane moralnie do znacznego zwiększenia swoich ambicji w zakresie zmian klimatycznych. Od tego zależą nasze prawa człowieka”.

Dr David R. Boyd, Specjalny Sprawozdawca ONZ ds. Praw Człowieka i Środowiska, stwierdził:
„Jest to – jak dotąd – najważniejsza na świecie decyzja sądu w sprawie dotyczącej zmian klimatycznych. Potwierdza ona, że prawa człowieka są zagrożone przez kryzys klimatyczny i że bogate narody są prawnie zobowiązane do szybkiej i znaczącej redukcji emisji. Jest to ogromne zwycięstwo dla miliardów ludzi narażonych na niszczycielskie skutki kryzysu klimatycznego i gwóźdź do trumny przemysłu paliw kopalnych”.

Solomon Yeo, członek Pacific Island Students Fighting Climate Change, stwierdził:
„Sąd Najwyższy w sprawie Urgendy zajął odważne i konieczne stanowisko, które podkreśla obowiązek, jaki mają rządy, by chronić nasze prawa człowieka i walczyć ze zmianami klimatu. Sąd holenderski nie może być jedynym sądem na świecie, który uznaje ten obowiązek – prawo jasno stwierdza: rządy muszą podjąć pilne działania, niezbędne, żeby sprostać sytuacji klimatycznego stanu wyjątkowego”.

#MamyPrawo #KryzysKlimatyczny #iCO2dalej

Źródło: Client Earth – Prawnicy dla Ziemi


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Rewolucja oznacza zmianę, która zachodzi w stosunkowo krótkim czasie. Któż z nas nie zna przykładów takich wielkich rewolucji – francuskiej (1789-1799) czy rosyjskiej (1917), które przyniosły ogromne zmiany polityczne, społeczne i ekonomiczne? To nie jedyne rewolucje,jakie odnotowaliśmy w naszej historii,  których konsekwencje dotykają nas i dzisiaj. Następstwa jednej z nich, tzn. rewolucji przemysłowej, której początek przypada na przełom XVIII i XIX wieku, odczuwamy także współcześnie, i to nie tylko w aspekcie społecznym czy gospodarczym. Jej skutki widoczne są bowiem także w środowisku przyrodniczym, które obecnie podlega właśnie rewolucyjnym przemianom. To przemiany epoki antropocenu, epoki zdominowanej działalnością człowieka.

Otaczająca nas przyroda podlega przemianom naturalnym, ale także pozostaje pod olbrzymim wpływem człowieka i jego działalności. Współczesne zmiany klimatu są przykładem (nie jedynym) takiej właśnie konsekwencji działalności człowieka, której skutki dotykają także drzew i lasów. Globalne ocieplenie, bo na nim się skupię, obserwowane jest wyraźnie od połowy ubiegłego wieku. Jedną z jego przyczyn jest wzmożona emisja tzw. gazów cieplarnianych do atmosfery, m.in. dwutlenku węgla (CO2), i wzrost ich koncentracji w gazowej powłoce Ziemi. Istnieją na to bezpośrednie dowody. Na przykład koncentracja CO2 w atmosferze, wg danych gromadzonych przez badaczy z obserwatorium położonego na Mauna Loa (Hawaje), systematycznie rośnie – np. w czerwcu 2016 roku wynosiła 407 ppm (cząsteczek CO2 na milion cząsteczek powietrza), w 2017 roku – 409 ppm, w 2018 roku – 411 ppm, natomiast w czerwcu 2019 roku – 412 ppm. To znaczący wzrost koncentracji CO2 w atmosferze względem wartości notowanych przed rewolucją przemysłową (275-284 ppm). Warto tu wspomnieć, że globalna emisja tego gazu do atmosfery w wyniku działalności przemysłowej i transportu wynosi obecnie 36 Gt rocznie. Jedną z konsekwencji wzrastającej koncentracji CO2 w atmosferze (oraz innych gazów cieplarnianych) jest odczuwalny wzrost globalnej temperatury, a skutki tego wzrostu są wielopłaszczyznowe. To nie tylko Święta Bożego Narodzenia pozbawione śniegu.

Zauważalnymi konsekwencjami globalnego ocieplenia klimatu są m.in.: topnienie lodowców w różnych częściach świata, rozmarzanie tzw. wiecznej zmarzliny, wzrost poziomu oceanów i zakwaszanie wody oceanicznej, zanikanie rzek, wzrost częstotliwości huraganów i ich siły, anomalia pogodowe, zmiany ilości, częstotliwości i obfitości opadów atmosferycznych, czy też pustynnienie. Przesunięciu ulegają również strefy klimatyczne. To realne zagrożenia także dla ekosystemów, w tym ekosystemów leśnych i właściwej im różnorodności biologicznej, bowiem każdy gatunek ma swoje wymagania względem czynników środowiskowych. Gdy następuje zmiana wartości konkretnego czynnika środowiska (np. temperatury) wykraczająca poza zakres tolerancji gatunku, gatunek ten ginie, jeśli nie jest w stanie do tejże zmiany się dostosować (zaadaptować). Tu naturalnie pojawia się pytanie o czas – jeśli zmiany zachodzące w środowisku mają charakter ewolucyjny (rozciągnięty w czasie), to prawdopodobieństwo dostosowania się do nich konkretnego gatunku wzrasta, jeśli jednak ma przebieg rewolucyjny, to adaptacja może okazać się po prostu niemożliwa.

Różnorodność biologiczna to bogactwo i zmienność form życia na Ziemi. Rozpatrujemy ją na trzech podstawowych poziomach – genetycznym, gatunkowym i ekosystemalnym. Owo bogactwo najłatwiej jest nam zobrazować na poziomie gatunkowym. Na przykład w Polsce odnotowano do tej pory ok. 4000 gatunków grzybów wielkoowocnikowych, ok. 1700 gatunków porostów (grzybów zlichenizowanych), ok. 700 gatunków mchów, 75 gatunków widłaków, skrzypów i paproci, ok. 2500 gatunków rodzimych roślin naczyniowych oraz ponad 35 tys. gatunków zwierząt (w tym ponad 26 tys. owadów). Liczby te należy traktować jedynie jako przybliżone, bowiem w różnych opracowaniach naukowych z Polski podawane są zróżnicowane wartości. Z pewnością nie obejmują one pełnego bogactwa gatunkowego. Ponadto, nie o każdym z występujących na terenie Polski gatunków mamy pełną wiedzę dotyczącą jego biologii. Warto jednak podkreślić, że około 65% gatunków dzikiej flory i fauny występujących w Polsce to gatunki leśne lub związane z lasem.

Świerki w Górach Izerskich, Fot. A.M.Jagodziński

Zmieniające się warunki klimatyczne odciskają swoje piętno na licznych gatunkach, w tym na drzewach, które decydują o fizjonomii ekosystemów leśnych. Spośród gatunków drzewiastych występujących w Polsce, 38 to gatunki lasotwórcze, w tym 31 to gatunki liściaste a 7 iglaste. Przewidywany wpływ zmian klimatu (wielokierunkowy) na zbiorowiska leśne może znacząco wykraczać poza dzisiejsze możliwości poznania tego złożonego procesu. Jedną z możliwych konsekwencji (wydaje się, że najprostszą do przewidzenia) jest zmiana zasięgów geograficznych drzew, także i tych, które w naszej strefie klimatycznej występują powszechnie. Pracownicy Instytutu Dendrologii PAN, Wydziału Leśnego Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu oraz Uniwersytetu w Minnesocie (USA), korzystając z baz danych o aktualnym rozmieszczeniu gatunków drzew występujących w Europie, a także z najnowszych scenariuszy zmian klimatycznych, określili przewidywane zmiany zasięgów geograficznych 12 gatunków drzew ważnych zarówno z przyrodniczego, jak i gospodarczego punktu widzenia (Dyderski i in. 2018. Global Change Biology 24:1150-1163). W badaniach przyjęliśmy perspektywę 2070 roku oraz trzy scenariusze zmian klimatu: optymistyczny (RCP2.6; stężenie CO2=450 ppm; wzrost temperatury o 0,2-1,8 °C), umiarkowany (RCP4.5; 650 ppm; 1,0-2,6 °C) i pesymistyczny (RCP8.5; 1350 ppm; 2,6-4,8 °C). Korzystając z 19 zmiennych bioklimatycznych, wskazaliśmy te obszary w Europie, na których przewidywane warunki klimatyczne będą optymalne dla analizowanych gatunków drzew oraz obszary, na których ich występowanie będzie zagrożone. Wyniki zdumiały nas samych. Otóż wśród „zwycięzców”, czyli tych gatunków, których zasięg geograficzny zwiększy się w warunkach ocieplenia klimatu, są głównie gatunki tzw. późnych stadiów sukcesji (jodła pospolita, buk zwyczajny, jesion wyniosły, dąb szypułkowy i dąb bezszypułkowy). W drugiej grupie gatunków, nazwanych przez nas „przegranymi”, znalazły się: sosna zwyczajna, świerk pospolity, modrzew europejski oraz brzoza brodawkowata – gatunki te cechowała duża strata areału występowania. Te cztery gatunki zajmują w Polsce ok. 75% powierzchni leśnej.

Najistotniejszymi czynnikami, które uzależniały występowanie danego gatunku w konkretnym miejscu za 50 lat były: amplituda (wahania) temperatur w ciągu roku, średnia temperatura najcieplejszego kwartału, maksymalna temperatura najcieplejszego miesiąca, a także ilość opadów atmosferycznych w najcieplejszym kwartale. Uzyskane rezultaty naszych badań wskazują, iż deficyt wody w sezonie wegetacyjnym jest najważniejszym czynnikiem odpowiedzialnym za wysoce prawdopodobne redukowanie areału występowania wymienionych gatunków drzew. Wyniki te wywołują ważne pytanie: jakie konsekwencje środowiskowe i społeczne będzie niosła redukcja powierzchni zajmowanej dziś przez dominujące w Polsce (i Europie) gatunki drzew? Jakie gatunki grzybów, roślin i zwierząt ustąpią wraz z nimi? Czy będziemy mieli do czynienia z lawinową ekstynkcją (wymieraniem) gatunków powiązanych z tymi gatunkami drzew i ich zbiorowiskami w myśl znanej w ekologii relacji przyczynowo-skutkowej, iż skoro ginie siedlisko, to giną też gatunki od niego uzależnione? Warto podkreślić, iż w naszej analizie uwzględniliśmy jeden z czynników opisujących warunki siedliskowe (klimat) determinujące występowania gatunku w danym miejscu, siedlisko jest to bowiem ogół czynników klimatycznych i glebowych w konkretnych warunkach położenia geograficznego i topograficznego. W naszych badaniach nie uwzględniliśmy zmian środowiska wynikających z zanieczyszczenia powietrza, wód czy gleby.

Zagrożeniom, jakie stoją przed wymienionymi gatunkami drzew (a także i innymi, tutaj i w naszych badaniach nieomówionymi) w wyniku rewolucyjnych zmian klimatu, można do pewnego stopnia przeciwdziałać, choć raczej łagodząc ich skutki i rozciągając je w czasie, ale nie eliminując je w pełni. Kluczowym zadaniem jest redukcja emisji CO2 (i innych gazów cieplarnianych) do atmosfery w wyniku działalności przemysłowej (i nie tylko tej), by spowolnić wzrost temperatury. Paradoksalnie nieco, z pomocą mogą przyjść także same lasy. Otóż spośród ekosystemów lądowych, lasy są jednym z największych i tym samym najważniejszych magazynów węgla. Drzewa pochłaniają znaczne ilości atmosferycznego CO2 podczas fotosyntezy, a w trakcie oddychania uwalniają część CO2, który ponownie trafia do atmosfery. Część związanego w trakcie fotosyntezy węgla jest przechowywana w biomasie roślin, martwym drewnie, ściółce, a także glebie.

Skoro od II wojny światowej powierzchnia lasów w Polsce się zwiększa (w 1945 r. lesistość kraju wynosiła ok. 21%, obecnie zaś wynosi blisko 30%), co jest efektem działań leśników, to zwiększają się także m.in. zasoby drewna w lasach Polski. Jeśli przyjąć w uproszczeniu, że zawartość węgla w suchej masie drzew wynosi ok. 50%, to zwiększa się także masa węgla związanego przez drzewa w ich biomasie. Z raportów Lasów Państwowych wynika, że zapas węgla w żywej biomasie drzewnej w Polsce wzrósł z 467 mln ton C w 1990 roku do 822 mln ton w 2015 roku. A przecież węgiel magazynowany jest także w innych częściach ekosystemów leśnych, szczególnie dużo akumuluje się go w glebie.  Zatem rola drzew i lasów, a także zadrzewień, o których zapomnieć nie można, w łagodzeniu globalnych zmian klimatu jest olbrzymia. Ochrona drzew i lasów to synonim ochrony klimatu.

A klimat się zmienia. Musi się zmienić także „klimat” w naszej głowie – ocieplenie naszego postrzegania środowiska jako części naszego życia i życia wielu innych organizmów występujących na naszej planecie. Odpowiedzialność za klimat i „klimat” jest naszym zobowiązaniem względem wszystkich nas żyjących dzisiaj, a także przyszłych pokoleń.

Naukowcy z Polskiej Akademii Nauk podnieśli kwestię wpływu globalnych zmian klimatycznych na polskie lasy, omówili dramatyczne w skutkach konsekwencje oraz wystosowali apel do społeczeństwa o podjęcie natychmiastowych działań zaradczych w opracowaniu, które ukazało się drukiem w Polityce (Duszyński J., Grzywacz A., Jagodziński A.M., Kojs P., Kujawa K., Zabielski R. 2019. Ratujmy las, on chroni nas. Polityka 37 (3227): 56-58.). Z komentarzami do tej wypowiedzi można zapoznać się na stronie internetowej Instytutu Dendrologii PAN: www.idpan.poznan.pl.
Z pełnym opracowaniem można zapoznać się także na stronie internetowej Polskiej Akademii Nauk:
https://informacje.pan.pl/index.php/informacje/nauki-biologiczne-i-rolnicze/2761-ponury-scenariusz-dla-polskich-lasow-czeka-nas-drastyczna-zmiana-przyrody

Dr hab. inż. Andrzej M. Jagodziński jest profesorem i dyrektorem Instytutu Dendrologii Polskiej Akademii Nauk w Kórniku oraz profesorem na Wydziale Leśnym Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Prowadzi badania z zakresu ekologii lasu i ochrony przyrody.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Przez długie tysiąclecia rozwój ludzkości oznaczał coraz większą interwencję w świat przyrody. Kryzys bioróżnorodności, którego świadkami jesteśmy na początku XXI wieku, pokazuje nam granice tego podejścia. Mając do czynienia ze zniszczeniem kluczowych ekosystemów renaturyzacja daje szansę na odbudowę bogactwa i żywotności przyrody.

Patrząc się z perspektywy roku 2049 możemy sobie wyobrazić rok 2019 jako punkt zwrotny dla Europy. Stojąc w obliczu ryzyka niewywiązania się z celów, dotyczących zahamowania i odwrócenia procesów utraty bioróżnorodności, postawionych do osiągnięcia na rok 2020, Unia Europejska stanęła na progu katastrofy ekologicznej. Wyspy odbudowującej się dzikiej przestrzeni dały jednak nadzieję, przyćmiewającą gwałtowne zmiany społeczne oraz priorytety polityczne ostatniego trzydziestolecia.

W roku 2019 dzika natura zaczęła – po cichu – powoli odnosić tryumf, do czego po części przyczyniła się renaturyzacja: działania z zakresu ochrony przyrody, w których przywracane są żyjące niegdyś na danym terenie gatunki. Wszystko po to, by odbudować lokalne ekosystemy.

Przykładem tego jest największe europejskie zwierzę lądowe – żubr, którego udało się uratować właściwie w ostatniej chwili. Dziś spotykamy go na wielu terenach, będących jego niegdysiejszymi siedliskami, takich jak Puszcza Białowieska, rumuńska część Karpat czy holenderskie wydmy Kraansvlak. Euroazjatyckie bobry, wypuszczone do środowiska w Wielkiej Brytanii, tchnęły nowe życie w okolice, w których się osiedliły, podnosząc w nich poziom różnorodności biologicznej oraz pomagając w zarządzaniu powodziowym. Większe drapieżniki, takie jak niedźwiedzie brunatne, szakale złociste czy wilki – niegdyś rzadki widok – zaczęły na nowo poszerzać swój zasięg.

Wspomniane przypadki, wraz z przykładami rysi, koziorożców oraz szerokiej gamy gatunków ptaków w portugalskiej dolinie rzeki Côa, buszujących w fińskim lesie Kainuu niedźwiedzi i jeleni kanadyjskich czy kipiących życiem mokradeł w delcie Dunaju pokazują potencjał, drzemiący w bardziej naturalnej, dzikiej Europie.

Gwałtowne zmiany w sposobie naszego życia, które mogą nastąpić po roku 2019, wraz ze zdecydowanymi działaniami legislacyjnymi wspierającymi ochronę przyrody dać mogą podbudowę pod jego wykorzystanie. Przejście w stronę odnawialnych źródeł energii, bardziej przyjaznych dla środowiska praktyk rolnych oraz odejście od niekończącego się wzrostu gospodarczego przyczynić się może do znaczącego zmniejszenia poziomów zanieczyszczenia powietrza, wody czy gleby, a także ograniczenia stopnia negatywnych skutków zmian klimatu. Znaczna część terenów wiejskich opustoszeje w wyniku przeprowadzania się ludzi do miast oraz zmniejszenia stopnia intensywności produkcji rolnej. Przyroda ma szansę odzyskać te tereny na spektakularną skalę – dawne grunty rolne zmienić się mogą w lasy i łąki, dołączone do unijnej sieci Natura 2000.

Ścisła kontrola nad używaniem pestycydów, wprowadzona w związku ze zjawiskiem gwałtownego kurczenia się populacji owadów na początku XXI wieku umożliwiła poprawę ich kondycji, co przyczyniło się do zabezpieczenia łańcucha produkcji żywności czy do ochrony świadczonych przez nie usług ekosystemowych. Siedliska na nowo zaczęły kipieć życiem – niezależnie od tego, czy mówimy o łańcuchach górskich, czy o pradawnych lasach. W połowie wieku rzeki są czyste i płyną nieuregulowane, pełne wodnej flory i fauny. Skrupulatnie przestrzegane limity polowe pozwoliły na odbudowę populacji różnych gatunków ryb, co z kolei zaspokaja potrzeby żywieniowe fok, delfinów czy wielorybów, będących (znów) częstym widokiem na europejskich wybrzeżach.

Miasta, w których żyje zdecydowana większość ludzi w Europie, w roku 2049 są bardziej dzikie niż w roku 2019. Inteligentny rozwój i odpowiedzialne zarządzanie surowcami naturalnymi oraz usługami ekosystemowymi doprowadziło do stworzenia przestrzeni miejskich, w których ludzkość współistnieje z przyrodą – z korzyścią dla obu stron.

Został jeszcze rok do ukończenia realizacji wizji ochrony europejskiej bioróżnorodności, która opracowana została na początku wieku – wszystko wskazuje na to, że uda się urzeczywistnić jej zapisy. 30 lat wcześniej zmiany tego typu wydawały się trudne do osiągnięcia.

Antropocen

W roku 2019 na Ziemi odezwały się dzwonki alarmowe. Na planecie trwają procesy wymierania gatunków o skali nienotowanej od czasów wyginięcia dinozaurów. W praktyce oznaczają one co roku znikanie kolejnych tysięcy gatunków. Duży raport, opublikowany przez WWF szacuje, że od roku 1970 z powierzchni ziemi zniknęło 60% populacji zwierząt[1].

Tę wstrząsającą zagładę życia określono mianem antropocenu. Ludzkość ponosi bezsprzeczną winę za spowodowanie szóstego wielkiego wymierania, stymulowanego przez naszą wciąż rosnącą konsumpcję oraz nadmierną eksploatację energii, lądów i mórz. Okres ten można postawić w jednym rzędzie z epokami lodowcowymi, wybuchami wulkanów czy uderzeniami meteorów, które to zjawiska odpowiadały za poprzednie pięć fal wymierania. Nasz wpływ na planetę jest tak ogromny, że dziś jedynie ¼ powierzchni lądowej planety pozostaje wolna od działalności człowieka. Do roku 2050 wskaźnik ten może spaść do raptem 10%[2].

Sytuacja w Europie nie jest wcale mniej niepokojąca. Publikacje, poświęcone kondycji ekosystemów na kontynencie używają na jej opis określeń, takich jak „przetrzebienie bioróżnorodności” czy „ekologiczny Armageddon”. Szacunki mówią o zmniejszeniu populacji ptaków obszarów rolniczych rzędu 56%[3] oraz owadów o 76% – a to tylko część spośród wielu strat, będących dowodem na degradacje ekosystemów[4].

Kryzys, związany z kurczeniem się bioróżnorodności, zagraża naszej egzystencji. Przyroda może dziś wydawać się oderwana od codziennego życia współczesnego świata – wciąż jednak zależymy od naturalnych procesów produkcji żywności czy dostępu do wody, zatem od natury zależy nasze zdrowie i pomyślność. Owady odgrywają kluczową rolę w szeregu tego typu procesów: obiegu wartości odżywczych, czy to jako pożywienie innych zwierząt, czy to jako zapylacze. Ich znaczenie jest zatem ogromne, a bez nich doszłoby do rozpadu fundamentów dzisiejszego świata. Ryzyko spowodowanej utratą bioróżnorodności katastrofy jest równie wielkie co to, stojące przed nami z powodu kryzysu klimatycznego, z którym jest zresztą blisko związane. Raporty ONZ sugerują, by oba te zagrożenia traktować z równą powagą.

Zew natury

Renaturyzacja jest jedną z propozycji, która ma nie tylko zatrzymać, ale wręcz odwrócić proces niszczenia środowiska. Jako forma jego ochrony budzi na świecie zarówno rosnące zainteresowanie, jak i kontrowersje.

Fundamentem tego procesu jest przywracanie na danym obszarze kluczowych dla jego funkcjonowania gatunków o nieproporcjonalnie dużej roli dla zachowywania ich w dobrym stanie. Bez ich obecności dochodzi do zachwiania kruchej równowagi, którego skutki obserwować można w całym, lokalnym ekosystemie.

Klasycznym przykładem przywracania kluczowego gatunku jest powrót wilka szarego do amerykańskiego parku narodowego Yellowstone. Wytępiony z rejonu w latach 30. XX wieku powrócił w latach 70. Jego powrót przyczynił się do prawdziwej ekologicznej kaskady. Szybko udało się im skończyć z przerostem populacji jeleni, która pod ich nieobecność eksplodowała. Dzięki ograniczeniu ich liczby i zwiększeniu mobilności pozostałych przy życiu osobników doszło do obudowy ekosystemu. Powracające do niego drzewa i krzewy pozwoliły z kolei na rozkwit populacji bobra, którego tamy zmieniły bieg rzek i stworzyły nowe, atrakcyjne siedliska dla ptaków, ryb i innych gatunków dzikich zwierząt. Wilki przetrzebiły populację swoich rywali – kojotów – co dało z kolei więcej przestrzeni do życia dla niedźwiedzi czy ptaków drapieżnych.

Sukces wilków w parku Yellowstone pokazuje wagę tego typu gatunków dla lokalnych ekosystemów oraz to, co się dzieje, gdy ich zabraknie. Działania renaturyzacyjne mają dziś miejsce w całej Europie – od małych, lokalnych projektów po ambitne inicjatywy transgraniczne, takie jak Rewilding Europe. Rezultaty tych działań są obiecujące, a w niektórych wypadkach gatunkom udaje się powrócić do swych dawnych siedlisk niemal bez pomocy człowieka. Tak było w wypadku wilków. Ich populacja jest dziś szacowana na 12 tysięcy osobników, a ich wielki powrót zauważalny jest nawet w krajach, z których zniknęły kilkaset lat temu, tak jak w wypadku Belgii czy Danii[5].

Serce i rozum – kły i szpony

Postęp, którego jesteśmy dzięki tym inicjatywom świadkami, pokazuje szanse na realizację przez Europę ambitnej wizji na rok 2049. Jak jednak z wieloma skomplikowanymi kwestiami bywa, także i w tym wypadku rozwiązania nie są proste. Zwolennicy renaturyzacji spierają się o to, czym ona dokładnie jest i do jakiego poziomu „dzikości” powinniśmy dojść. Jaki poziom ludzkiej interwencji i zarządzania ekosystemami uznać można za akceptowalny?

Pytania te stanowią sedno kontrowersji wokół holenderskiego rezerwatu Oostvaardersplassen. Sztuczne mokradło, położone na wschód od Amsterdamu, stworzone zostało w roku 1968 w wyniku procesów pozyskiwania lądu od morza. W celu odtworzenia zwyczajów dawno wymarłych zwierząt roślinożernych na teren ten wprowadzono jelenie, konie i krowy. Bez naturalnych drapieżników doszło do ich eksplozji demograficznej, następnie zaś do załamania ich populacji. W związku z ostrą zimą roku 2018 tysiące osobników zostało zastrzelonych zanim zdążyły umrzeć z głodu, co wzbudziło ogromne oburzenie działaczy na rzecz praw zwierząt.

Odbudowa populacji wielkich europejskich drapieżników przyniósł również nawrót dawnych konfliktów z ludźmi. Mają one wielowiekowy charakter, będąc niemal wpisane w kulturowe DNA ludzkości. Z największą siłą wybuchają one wtedy, gdy dochodzi do ataków na zwierzęta hodowlane. Wilki, znajdujące się pod ochroną europejskiej dyrektywy siedliskowej, budzą niemałe emocje wśród rolników w różnych częściach Europy. Nie brak nawoływań do poluzowania regulacji, które umożliwiły ich odławianie – w niektórych przypadkach dochodzi również do nielegalnych samosądów na tych drapieżnikach.

Podobne emocje towarzyszyły powrotowi dwójki niedźwiedzi we francuskiej części Pirenejów – z groźbami o powrocie do polowania na nie włącznie. Na celowniku znalazły się również inne gatunki, takie jak bobry w Szkocji, oskarżane przez lokalnych posiadaczy ziemskich o wywieranie negatywnego wpływu na lokalne środowisko.

Pomimo tych konfliktów wsparcie opinii publicznej w kwestii renaturyzacji wciąż pozostaje wysokie, a bogatej gamie działań w tym zakresie przewodzą lokalne grupy działania, właściciele gruntów oraz prywatne organizacje.

Zauważalny jest jednak rozdźwięk między mieszkańcami miast a wsią, a zastrzeżenia społeczności, żyjących najbliżej tego typu projektów nie powinny być lekceważone. Działania zapobiegawcze, takie jak grodzenie drutem pod napięciem czy rekompensaty za utracone zwierzęta gospodarskie mogą być potencjalnym rozwiązaniem tego typu konfliktów. Edukacja może zmniejszyć lęk przed byciem zaatakowanym przez drapieżniki, a wskazanie korzyści z usług ekosystemowych czy turystyki ekologicznej może przekonać mieszkańców do tego, by zamiast walczyć z przyrodą działać z nią ramię w ramię.

Naiwna fantazja czy optymistyczna rzeczywistość?

Kluczowe dla renaturyzacji gatunki budzą zarazem podziw, jak i kontrowersje. Są one wielkie – i niestety również egzotyczne. Założenie, że dodanie do lokalnego ekosystemu paru niedźwiedzi, żubrów czy innych zwierząt w magiczny sposób wyleczą je ze wszelkich, trapiących ich bolączek jest uproszczeniem, które grozi zredukowaniem renaturyzacji z realnego działania do poziomu chwytliwego hasła.

Wspomniane zwierzęta są symbolami świata przyrody, od którego się odseparowaliśmy. Ich powrót, możliwy dzięki inicjatywom renaturyzacyjnym, jest jednocześnie wielkim powrotem do tego, co straciliśmy. Choć zarówno te gatunki, jak i samo określenie przywołują obrazy wielkiej, nieokiełznanej przyrody, to działania tego typu realizować można również na mniejszą skalę. Rezygnacja z pestycydów czy sterylizowania przestrzeni miejskich może uczynić je bardziej przyjaznymi dla przyrody, przynosząc korzyści nie tylko dzikiej naturze, ale również mieszkającym w nich ludziom. Nie brak badań wskazujących na pozytywne efekty na ciele i umyśle, wynikłe z odzyskiwania kontaktu ze środowiskiem naturalnym.

W okresie, gdy jesteśmy bombardowani przez alarmujące prognozy, działania na rzecz renaturyzacji oferują płomyk nadziei na krajobrazie europejskiej i globalnej bioróżnorodności. Decydenci na szczeblu regionalnym, krajowym czy globalnym wciąż jednak pozostają w tyle za nawołującymi do działania mediami i organizacjami społecznymi, niechętnie rezygnując z dawania priorytetu krótkoterminowym, nakierowanym na wzrost gospodarczy działaniom na rzecz walki z kryzysem bioróżnorodności. Rządy na całym świecie mają problemy z osiągnięciem celów, wypracowanych przez ONZ na szczycie w japońskim Aichi w roku 2010.

Państwa członkowskie Unii Europejskiej mają wyjątkowa możliwość skoordynowania swych działań na poziomie kontynentu. Siec obszarów chronionych Natura 2000, pokrywająca ponad 18% powierzchni lądowej UE, stanowi tu krok w dobrą stronę[6]. Jako że 45% powierzchni lądowej Unii stanowią tereny rolnicze odnotować jednak należy powolny proces zabraniania użytkowania toksycznych pestycydów, jak również przełowienie europejskich łowisk. Wciąż zatem pozostaje wiele do zrobienia, jeśli UE chce zrealizować własne cele ochrony bioróżnorodności na rok 2020, nie mówiąc już o długofalowej strategii jej odbudowy do roku 2050[7]. Działania ochronne zdają się dziś lądować na politycznym marginesie. Nicolas Hulot, mówiący o swojej rezygnacji ze stanowiska francuskiego ministra środowiska w roku 2018, wymienił kwestie związane z brakiem wsparcia dla ochrony wilków i przywracania niedźwiedzi jako jeden z powodów swej niespodziewanej, ogłoszonej w studiu radiowym rezygnacji.

Przeprowadzana na każdym poziomie transformacja społeczna potrzebna jest do przetrwania wszystkich gatunków na naszej planecie – włącznie z naszym własnym. Zmiana ta powinna iść w kierunku odejścia od wizji wyzysku przyrody w stronę współistnienia oraz doceniania jej wartości, nieograniczonej wyłącznie do aspektu ekonomicznego. Renaturyzacja może stanowić istotny element tej zmiany, dając nam szansę na zdrowszą, zróżnicowaną biologicznie i bardziej dziką niż dziś Europę w roku 2049.

Artykuł „A Walk On Europe’s Wild Side” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Magurski Park Narodowy – archiwum redakcji

Przypisy:

[1] WWF (2018). Living Planet Report – 2018: Aiming Higher. M. Grooten and R.E.A. Almond (red.). Gland, Szwajcaria: WWF.

[2] Ibid.

[3] Maaike de Jong (Listopad 2017). Latest update of European wild bird indicators confirms continued decline of farmland birds. European Birds Census Council. Materiał dostępny na: <bit.ly/2Da55zq>.

[4] Caspar A. Hallmann i in.. (2017). More than 75 percent decline over 27 years in total flying insect biomass in protected areas. PLoS ONE, 12(10). e0185809.

[5] Guillaume Chapron i in. (2014). Recovery of large carnivores in Europe’s modern human-dominated landscapes. Science. 346(6216), pp. 1517-1519.

[6] Komisja Europejska (2019). Natura 2000. Materiał dostępny na: <bit.ly/1i2vgXI>.

[7] Patrick Barkham (Marzec 2018). Europe faces ‘biodiversity oblivion’ after collapse in French birds, experts warn. The Guardian.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Rada UE poparła cel neutralności klimatycznej na 2050 rok. Polska nie zawetowała tej decyzji, ale wymusiła dodanie zapisu mówiącego, że w tej chwili nasz kraj – jako jedyny – nie jest w stanie zobowiązać się do wdrożenia tego celu u siebie. Sukces negocjacyjny? Raczej spektakularny strzał w kolano.

Rada Europejska ma powrócić do kwestii zdolności Polski do zredukowania emisji gazów cieplarnianych do poziomu zero netto na kolejnym posiedzeniu w czerwcu przyszłego roku. Premier Morawiecki zapewne liczył, że przeciągając sprawę w ten sposób, zachowa asa w rękawie na finał negocjacji budżetowych. Wtedy jednak może się okazać, że to nie as, tylko co najwyżej zmięty paragon za ekogroszek z zeszłej zimy.

Dla przywódców unijnych ważne było przyjęcie zobowiązania do neutralności klimatycznej właśnie teraz. Wyzerowanie emisji najpóźniej do połowy wieku jest jedynym scenariuszem zgodnym ze stanowiskiem nauki. Żeby być braną na poważnie w swoich aspiracjach do roli globalnego lidera działań na rzecz klimatu, Unia Europejska musi się pod tym scenariuszem politycznie podpisać. Bez tego nie ma szans na pociągnięcie za sobą innych – a przecież ambicją Ursuli von der Leyen jest przekonać największych emitentów, m.in. Chiny, do szybszych redukcji emisji – szefowa Komisji chce dokonać tego w nadchodzącym roku, którego kluczową datą będzie specjalny szczyt UE-Chiny odbywający się we wrześniu 2020 r. w Niemczech.

Wymuszając zapis, że neutralność tak, ale bez nas, Polska właśnie podstawiła nogę Unii, której dyplomaci będą w najbliższych miesiącach europejsko-chiński szczyt przygotowywać. W ten sposób nasz rząd raczej nie zaskarbił sobie sympatii w Brukseli ani nie przydał sobie wiarygodności.  Wszyscy bowiem zdają sobie sprawę, że w ciągu najbliższego pół roku nie wydarzy się nic, co fundamentalnie wpłynęłoby na zdolność Polski do zdekarbonizowania swojej gospodarki w ciągu kolejnych trzech dekad, i że premier Morawiecki po prostu postanowił dalej targować się o pieniądze, bez oglądania się na polityczny koszt, jaki z tego powodu poniesie Unia jako całość.

Polscy politycy lubią podważać sens ambitnej unijnej polityki klimatycznej, twierdząc, że inni gracze, np. Chiny, i tak emitują dużo więcej. Tymczasem w momencie, gdy Unia ma szansę zachęcić największych światowych emitentów do ambitniejszego działania, Polska robi wszystko by to utrudnić. To nieodpowiedzialne.

W przyszłym roku Unia Europejska tak czy inaczej wpisze sobie neutralność klimatyczną jako prawnie wiążący cel na 2050 rok w ramach zapowiedzianego w środę przez von der Leyen „prawa klimatycznego”. Zgoda Polski nie będzie tu już do niczego potrzebna, bo przepisy w obszarach ochrony środowiska i klimatu są uchwalane większością głosów, a wszyscy poza nami są „za”. Zapewne stanie się to dopiero w drugiej połowie roku, czyli niestety zbyt późno, by wzmocnić stanowisko UE przed spotkaniem na szczycie z Chinami, ale wystarczająco wcześnie, by oświadczenie Polski, że w ciągu trzydziestu lat nie jest w stanie osiągnąć neutralności klimatycznej u siebie, nie miało żadnego praktycznego znaczenia – bo i tak cała unijna maszyneria prawna i finansowa zostanie w nadchodzących miesiącach przestawiona na tory szybkiej dekarbonizacji.

Targi i kalkulacje

Zatem czy zastrzeżenie wniesione przez premiera Morawieckiego do konkluzji Rady pomoże nam dalej szachować Unię i osiągnąć więcej w toczących się negocjacjach budżetowych? To więcej niż wątpliwe. Podpisane przez premiera Konkluzje Rady oznaczają, że Rada Europejska zgadza się na zobowiązanie Unii do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r., z zastrzeżeniem, że jedno unijne państwo nie wie, czy będzie umiało osiągnąć zerowe emisje netto u siebie na poziomie krajowym – co nie stoi w sprzeczności z neutralnością Unii jako całości, bo inne państwa mogą zredukować swoje emisje głębiej i szybciej, albo więcej zainwestować w technologię pochłaniania dwutlenku węgla. To znaczy, że dalsze targowanie się o pieniądze pod groźbą zawetowania neutralności klimatycznej nie będzie już możliwe, bo przestrzeń dla weta właśnie się zamknęła. Tak czy inaczej, Brukselscy obserwatorzy generalnie zgadzają się, że ostateczny kształt budżetu zostanie wynegocjowany dopiero w drugiej połowie roku, kiedy Polska zdąży już wycofać się ze swojego zastrzeżenia, albo nie będzie ono już miało i tak żadnego politycznego znaczenia.

Jednocześnie, wymuszając ten dopisek do konkluzji Rady, Polska ustami premiera Morawieckiego oświadczyła unijnym partnerom, że nasz kraj nie chce lub nie potrafi odegrać konstruktywnej roli w wielkim proklimatycznym projekcie, jakim jest ogłoszony przez von der Leyen Europejski Zielony Ład. Trudno to uznać za argument za przyznaniem Polsce większych pieniędzy w przyszłym budżecie unijnym. Przedstawiony przez szefową Komisji strategiczny plan dla Unii oznacza, że ogromny prawny, administracyjny i przede wszystkim finansowy wysiłek UE zostanie w miesiącach i latach skierowany na realizację celu neutralności klimatycznej, co będzie wymagało ogromnej pracy i równie wielkich pieniędzy. W tej sytuacji najmocniejsze argumenty w budżetowych negocjacjach będą teraz miały te państwa, które są gotowe intensywnie pracować nad realizacją wyznaczonego przez UE celu – a będą w tych negocjacjach zapadać kluczowe z naszego punktu widzenia decyzje o podziale narodowych kopert, ale też o kryteriach przyznawania środków w ramach Mechanizmu Sprawiedliwej Transformacji. Trudno oczekiwać, by ogłosiwszy ambitny plan szybkiej dekarbonizacji, Unia chciała szczodrze finansować dalsze konserwowanie polskiego energetycznego skansenu.

Ciężko zrozumieć powody premiera Morawieckiego. Oferta, która leżała na stole, była naprawdę dobra – właśnie dlatego, że Unii zależało na wpisaniu neutralności klimatycznej na sztandary właśnie teraz. Rada od początku zgadzała się na umieszczenie w konkluzjach zapisów o prawie państw do kształtowania własnego miksu energetycznego, o zróżnicowanych punktach wyjścia poszczególnych państw i o zobowiązaniu Komisji do dokonania przeglądu reguł pomocy państwa, których poluzowania domagała się Polska. Ursula von der Leyen oświadczyła prezentując Zielony Ład, że sprawiedliwa transformacja będzie jego centralnym elementem i że na wsparcie transformacji zależnych od węgla regionów i sektorów zostanie przeznaczone 100 miliardów euro (a pamiętajmy, że rozmowa o finansowaniu sprawiedliwej transformacji zaczęła się od kwoty niecałych 5 miliardów). Nasz „specyficzny punkt wyjścia” naprawdę został uczciwie wzięty pod uwagę.

Polska i Europejski Zielony Ład

Premier Morawiecki mógł tę ofertę przyjąć, pogratulować sobie i ogłosić sukces, a od poniedziałku zacząć planować, jak wyda przypadającą Polsce część tych stu miliardów na wielkie projekty cywilizacyjne, które zapowiadał w swoim orędziu.  Tymczasem ogłosił wszem i wobec, że Polska nie bardzo widzi swój udział w wielkim europejskim projekcie cywilizacyjnym, jakim jest Zielony Ład.  Tymczasem ten projekt wydarzy się z nami lub bez nas. Tak czy inaczej będziemy musieli się dostosować do unijnych przepisów i do ukształtowanych przez nie trendów gospodarczych i finansowych. Tak czy inaczej pożegnamy się z węglem szybciej niż później. Pytanie, czy zrobimy to w świadomy i zaplanowany sposób, wykorzystując oferowane nam przez Unię Europejską narzędzia do odejścia od węgla w społecznie sprawiedliwy i uporządkowany sposób, czy raczej wybierzemy dalsze funkcjonowanie w alternatywnej rzeczywistości rodem z opowieści o węglu jako źródle taniej energii i gwarancie bezpieczeństwa, reagując w trybie kryzysowym na mniejsze i większe społeczne i ekonomiczne katastrofy, jakie przyniesie dalsze negowanie rzeczywistości.

Na razie wygląda na to, że premier Morawiecki chce, by Polska dalej płynęła pod prąd unijnych trendów, mimo że ten prąd właśnie gwałtownie przyspiesza.

Rewelacyjne wieści dla przyrody. Stało się. 12.12. 2019 r. na Europejskiej Konferencji Wodnej w Saragossie przedstawiciel Komisji Europejskiej potwierdził, że Ramowa Dyrektywa Wodna (RDW) nie będzie poddawana modyfikacjom i weryfikacji.
Ta wiadomość ma naprawdę ogromne znaczenie dla ochrony polskich rzek i jezior!

To zasługa m.in. kapitalnej roboty WWF i ponad 130 europejskich organizacji Partnerskich , które od prawie 2 lat prowadzą działania i kampanię #protectwater

Polska jest i pozostaje zobowiązana do osiągnięcia dobrego stanu wód do 2027 roku. Nasz rząd nie ma już chyba nadziei na przyzwolenie na destrukcję polskich wód, na które pewnie liczył w Komisji. Osiągnięcie celu RDW wymaga czegoś innego: mobilizacji rządu i uruchomienia konkretnych inwestycji w rewitalizację polskich rzek i jezior. Chodzi nie tylko o niepogorszenie stanu tych wód które są w dobrej kondycji ale też doprowadzenie do osiągnięcia dobrego potencjału ekologicznego na wszystkich odcinkach rzek i jezior które zostały silnie zmienione/ przekształcone. Dyrektywa nie ogranicza się do poprawy parametrów stanu chemicznego i biologicznego polskich wód ale oznacza konieczność poprawy parametrów ekologicznych. Inwestycje, które mogą pogarszać stan wód nie będą mogły liczyć na jakiekolwiek finansowanie ze środków UE. W tej sytuacji mam nadzieję, że natychmiastowej weryfikacji zostaną poddane wszystkie inwestycje hydrotechniczne, które mogą pogarszać stan wód w tym wszystkie co do których Polska zgłosiła wnioski o derogacje.

W Polsce działania WWF Polska w obronie Dyrektywy Wodnej wsparły OTOP – Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków oraz Koalicja Ratujmy Rzeki / Save the Rivers Coalition Ekopatrioci

Dla zainteresowanych tematem nieco więcej poniżej:
Co się stało?

W procesie fitness check (kontroli sprawności) Dyrektywa pozytywnie przeszła ocenę jej znaczenia, skuteczności i spójności. W ten sposób zakończono dwuletnią ocenę ramowej dyrektywy wodnej (RDW). Odrzucając możliwość jej zmiany, wskazano jasno kierunek krajom członkowskim – poprzez pełne wdrożenie i egzekwowanie Ramowej Dyrektywy Wodnej musi być osiągnięty jej cel – przywrócenie dobrego stanu wód najpóźniej do 2027 roku!

Teraz przesłanie Komisji Europejskiej jest jasne: RDW jest i pozostaje kluczowym filarem prawodawstwa UE w zakresie ochrony środowiska i pozostanie w obecnej formie. Wyniki kontroli sprawności wskazują, że opóźnienie w osiągnięciu celów ramowej dyrektywy wodnej jest „w dużej mierze spowodowane niewystarczającym finansowaniem, powolnym wdrażaniem i niewystarczającą integracją celów środowiskowych z politykami sektorowymi, a nie wadliwością prawodawstwa”. Komisja Europejska potwierdziła, że ramowa dyrektywa wodna UE jest „odpowiednia do celu”, uznając, że cele dyrektywy „są teraz równie istotne, jak w momencie jego przyjęcia” oraz że prawo to doprowadziło do „wyższego poziomu ochrony wód i zarządzania zagrożeniem powodziowym”.

Te konkluzje są bardzo aktualne, w związku ze sprawozdaniem Europejskiej Agencji Środowiska na temat stanu środowiska Europy, w którym podkreślono, że RDW ma zasadnicze znaczenie dla powstrzymania i odwrócenia procesu utraty różnorodności biologicznej.

W zeszłym tygodniu do wiceprzewodniczącego wykonawczego Timmermansa i komisarza Sinkevičiusa wysłano list otwarty od ponad 500 naukowców, w którym wezwano ich do „zachowania i wdrożenia ramowej dyrektywy wodnej” w celu powstrzymania i odwrócenia katastrofalnego spadku różnorodności biologicznej wód słodkich.

Na początku tego roku 375 386 obywateli opowiedziało się za dyrektywą ramową w ramach kampanii #ProtectWater, która ułatwiła obywatelom udział w konsultacjach społecznych Komisji Europejskiej w sprawie ramowej dyrektywy wodnej to była (jedyna okazja, aby opinia publiczna mogła wyrazić swoją opinię podczas procesu Fitness check (kontroli sprawności) i wyrazić swój wyraźny sprzeciw wobec zmiany prawodawstwa. Dzięki europejskiej kampanii #protectwater, konsultacje społeczne w sprawie RDW stały się trzecimi konsultacjami co do wielkości w historii UE.

W całej Europie w zainicjowaną przez WWF  kampanię #Protectwater włączyło się aktywnie ponad  130 organizacji społeczeństwa obywatelskiego, w tym Greenpeace, BirdLife i Friends of the Earth, a także związki zawodowe.

W połączeniu z efektem poprzedniej  akcji Nature Alert (obrony Dyrektywy Siedliskowej przed zmianami), decyzja o pozostawieniu Ramowej Dyrektywy Wodnej  to największy sukces dla utrzymania i wzmocnienia systemowej ochrony europejskiej przyrody.

Źródło: WWF Polska


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Warto przypomnieć, że głównym celem tegorocznego COP25 jest dokończenie regulacji dotyczących handlu emisjami, czyli uzupełnienie dokumentu „Katowice Rulebook”, który ma za zadanie wcielenie w życie porozumienia paryskiego, które zacznie oficjalnie obowiązywać od 2020 roku.

Uciekający czas, coraz częstsze niepokojące wieści dotyczące braku postępów w negocjacjach, wystąpienia młodych aktywistów, manifestacje na ulicach Madrytu oraz przed ambasadami kolejnych krajów generują w Madrycie coraz to bardziej napiętą atmosferę, zauważalną zarówno w salach obradowych COP25 oraz na społecznym szczycie Cumbra de Social, który odbywa się w tym samym czasie na pobliskim uniwersytecie.

W środę – 11.12. o godz. 15:00 przed jedną z sal konferencyjnych organizacje i ruchy społeczne zorganizowały manifestacje przeciwko opieszałości obradujących i wybiórczości tematów podjętych podczas COP25, punktując politykę bogatych państw, które kosztem ludności tubylczej budują swój kapitał. Około 250 protestantów, którzy pokojowo stanęli z banerami, śpiewając tradycyjne pieśni indiańskich plemion zostało wypchniętych przez policję poza budynek, odgradzając ich jednocześnie od potencjalnych obserwatorów i prasy. Protestantom najprawdopodobniej zostaną odebrane przepustki na konferencję.

#climatejustice? Już nie na COP25

Także wypowiedź szwedzkiej aktywistki Grety Thunberg, która dołączając w piątek – 6.12. do manifestacji w swoim przemówieniu oznajmiła, że strajk klimatyczny nie przyniósł skutku, podniosła głos zwątpienia względem dziejących się obrad. Mówiła o dramatycznym momencie w historii ludzkości w którym się znajdujemy, podczas gdy dorośli, odpowiedzialni za najważniejsze decyzje na świecie nie pracują nad adekwatnym do stanu rzeczy porozumieniem.

Odzwierciedleniem stanowisk poszczególnych państw są rozdawane podczas konferencji nagrody „Skamieliny dnia” wręczane za działania blokujące postęp negocjacji, które otrzymały już m.in. USA, Brazylia (za deforestację Amazonii), Kanada,  Australia,  Rosja oraz „Promyk dnia” m.in dla Kanady, Kolumbii, Vanuatu, Meksyku, Nowej Zelandii, Norwegii, Szwecji i Danii.

W środę – 11.12. polska delegatura wygłosiła podczas konferencji swoje stanowisko dot. aktualnej polityki klimatycznej w naszym kraju.

„Jako Polska dążymy do szybkiego rozwoju energetyki wiatrowej na morzu, staliśmy się liderem transportu publicznego i z niecierpliwością oczekujemy innych nisko emisyjnych technologii wytwarzania i magazynowania energii. Zamierzamy wydać miliardy euro, aby pomóc naszej ekonomii w przejściu na tory niskiej emisyjności. Polska rozumie zarówno szanse, jak i wyzwania, które przed nią stoją.”

Mamy nadzieję, że te słowa znajdą swoje przełożenie na trwającym posiedzeniu Rady Europy, na którym ponownie do głosowania zostanie przedłożony dokument dotyczący wypełnienia przez Europę założeń porozumienia paryskiego.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Olga Tokarczuk, laureatka nagrody literackiej Nobla w sobotę, 7. 12., w Akademii Szwedzkiej wygłosiła swoją mowę noblowską zatytułowaną „Czuły narrator”.  Za zgodą The Nobel Foundation publikujemy jej treść.

Czuły narrator

1.

Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła – jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje – Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie – to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna.

Kiedy ją potem pytałam o ten smutek – a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo – mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni.

– Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty.

– Ale może też być odwrotnie – odpowiadała. – Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.

Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiła mi na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: „Jestem nieobecna”, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: „Jestem” – najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.

W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.

2.

Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.

To, jak myślimy o świecie i – co chyba ważniejsze – jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi.

Dziś problem polega – zdaje się – na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne „teraz”, na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgnąć do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem – brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie.

Żyjemy w rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. Mówiąc „pierwszoosobowe” mam na myśli ten rodzaj opowieści, który zatacza wąskie kręgi wokół „ja” twórcy, piszącego mniej lub bardziej wprost tylko o sobie i poprzez siebie. Uznaliśmy, że ten rodzaj zindywidualizowanego punktu widzenia, głos z „ja”, jest najbardziej naturalny, ludzki, uczciwy, nawet jeżeli rezygnuje z szerszej perspektywy. Opowiadać w tak rozumianej pierwszej osobie to tkać absolutnie niepowtarzalny wzór, jedyny w swoim rodzaju, to mieć jako jednostka poczucie autonomii, być świadomym siebie i swojego losu. To jednak znaczy także budować opozycję: „ja” i „świat”, a ta bywa alienująca.

Myślę, że narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo charakterystyczna dla współczesnej optyki, w której jednostka pełni rolę subiektywnego centrum świata. Cywilizacja Zachodu jest w dużej mierze zbudowana i oparta właśnie na owym odkryciu „ja”, które stanowi jedną z najważniejszych miar rzeczywistości. Człowiek jest tu głównym aktorem, a jego osąd – mimo, że jeden z wielu – traktowany jest zawsze z uwagą i powagą. Opowieść snuta w pierwszej osobie wydaje się być jednym z największych odkryć cywilizacji ludzkiej, jest czytana z namaszczeniem i darzona zaufaniem. Ten rodzaj opowieści, kiedy widzimy świat oczami jakiegoś „ja” i słuchamy świata w jego imieniu, buduje więź z narratorem jak żaden inny i każe postawić się w jego niepowtarzalnej pozycji.

Nie da się przecenić tego, co pierwszoosobowa narracja zrobiła dla literatury i w ogóle dla ludzkiej cywilizacji – przerobiła opowieść o świecie jako miejscu działań herosów czy bóstw, na które nie mamy wpływu, na naszą indywidualną historię i oddała scenę ludziom takim samym jak my. Na dodatek, z takimi samymi jak my łatwo się zidentyfikować, dzięki czemu pomiędzy narratorem opowieści a czytelnikiem czy słuchaczem rodzi się emocjonalne porozumienie, bazujące na empatii. Ta zaś ze swej natury zbliża i niweluje granice – bardzo łatwo jest zatrzeć w powieści granice między „ja” narratora i „ja” czytelnika, a powieść, która „wciąga” wręcz liczy na to, że granica ta zostanie zniesiona i unieważniona, i to czytelnik, dzięki empatii, stanie się na jakiś czas narratorem. Literatura stała się więc polem wymiany doświadczeń, agorą, gdzie każdy może opowiedzieć swój własny los albo dać głos swojemu alter ego. Jest to przy tym przestrzeń demokratyczna – każdy może się wypowiedzieć, każdy może też dokonać kreacji „głosu, który mówi”. Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki.

Kiedy odwiedzam targi książki, widzę jak wiele wydawanych książek dotyczy właśnie tego – autorskiego ja. Instynkt ekspresji – może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie – najpełniej objawia się w sztuce. Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu: „Opowiem ci moją historię”, „Opowiem ci historię mojej rodziny”, ewentualnie „Opowiem ci, gdzie byłam” to dziś najpopularniejsze gatunki literackie. Jest to fenomen na wielką skalę także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażenia siebie samego w słowie i opowieści. Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów – głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko, jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego „ja” nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to – jak się zdaje – paraboliczny wymiar opowieści. Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się Każdym i Wszędzie. Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści, może utożsamiać się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację jak swoją, w paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się tym Każdym. W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola, znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność jest świadectwem bezradności.

Być może, żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk zaczęliśmy dzielić ogromne lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki jak wyspecjalizowanych zawodników.

Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże – odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest, że to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze. Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał.

Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczania wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle.
I zupełnie wykluczają z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki. Dobra książka nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.

Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. Oczywiście ten sposób opowiadania istniał już w mitach i opowieściach homeryckich, a Herkules, Achilles czy Odyseusz to bez wątpienia pierwsi serialowi bohaterowie. Jednak nigdy wcześniej nie zagarnął on dla siebie tak dużo przestrzeni i nie wpływał tak istotnie na zbiorową wyobraźnię. Pierwsze dwie dekady XXI wieku z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania (i przez to też rozumienia) świata jest rewolucyjny.

Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie w narracji w obrębie czasu, generując jego różne tempa, odnogi i aspekty, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza jak najdłużej – narracja serialowa mnoży wątki, splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę: „deus ex machina”. Wymyślając kolejne odcinki często zmienia się całą psychologię postaci ad hoc, żeby lepiej pasowała do pojawiających się wydarzeń. Postać łagodna i pełna rezerwy na początku zmienia się pod koniec w mściwą i gwałtowną, postać drugoplanowa staje się pierwszoplanową, zaś główny bohater, do której zdążyliśmy się już przywiązać, traci znaczenie lub wręcz znika ku naszej największej konsternacji.

Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści. Taki rodzaj komplikowania i niekończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne psychologiczne skutki, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność. Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formuły. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości.

Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury.

Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To, czego według nich brakowało światu to była powszechna mądrość, płynąca z wiedzy.

Jan Amos Komenski, wielki pedagog XVII wieku, ukuł termin „pansofia”, w którym zawarł idee możliwej omniscjencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu. Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem?

Kiedy powstał Internet wydawało się, że idee te będą wreszcie mogły zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram, mogłaby wydać się Komenskiemu, podobnie jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości – oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej, praktycznie z każdego miejsca na Ziemi.

Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać – różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących.

Na dodatek Internet, poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom-monopolistom, steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie „pansoficznie”, ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analytica.

Zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości: Internet to coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku.

Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komenskiego, opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa. Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność, powoduje powstawanie rożnego rodzaju mechanizmów obronnych – od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego.

Kategoria fake newsów i fake upów stawia nowe pytania o to, czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, zdezinformować czy wyprowadzić w pole, nabierają powoli specyficznej nerwicowej idiosynkrazji. Reakcją na takie zmęczenie fikcją może być ogromny sukces literatury non-fiction, która w tym wielkim chaosie informacyjnym krzyczy ponad naszymi głowami: „Opowiadam wam prawdę, tylko prawdę”. „Moja opowieść oparta jest na faktach!”.

Fikcja straciła zaufanie czytelników, odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: „Czy to prawda, co pani napisała?” Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury.

To niewinne z punktu widzenia czytelnika pytanie, dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie. Cóż mam odpowiedzieć? Jak wytłumaczyć ontologiczny status Hansa Castorpa, Anny Kareniny czy Misia Puchatka?

Uważam tego typu czytelniczą ciekawość za cywilizacyjny regres. To upośledzenie umiejętności wielowymiarowego (konkretnego, historycznego, ale i symbolicznego, i mitycznego) uczestniczenia w łańcuchu wydarzeń zwanym naszym życiem. Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć i nadać im sens, zamieniają się one w doświadczenie. Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie, jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie. Wierzę, że rolę takiej struktury pełni mit. Mit jak wiadomo nigdy się nie wydarzył, ale dzieje się zawsze. Dziś działa już nie tylko poprzez przygody antycznych herosów, ale przenika do wszechobecnych i jak najbardziej popularnych opowieści współczesnego kina, gier, literatury. Życie mieszkańców Olimpu przeniosło się do Dynastii, a heroiczne czyny bohaterów obsługuje Lara Croft.

W tym gorącym podziale na prawdę i fałsz opowieść o naszym doświadczeniu, jaką tworzy literatura, ma swój własny wymiar.

Nigdy specjalnie nie entuzjazmowałam się prostym rozgraniczeniem na fiction i non-fiction, chyba, że uznamy je tylko za deklaratywne i uznaniowe. W morzu wielu definicji fikcji, najbardziej podoba mi się ta, która jest jednocześnie najstarsza i pochodzi od Arystotelesa. Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy.

Do przekonania trafia mi też rozróżnienie relacji wobec fabuły, której dokonał pisarz i eseista Edward Morgan Forster. Pisał on, że kiedy mówimy „Umarł mąż, a potem umarła żona” – to jest to relacja. Kiedy zaś mówimy „Umarł mąż, a potem ze smutku umarła żona” – to mamy fikcję. Każde fabularyzowanie jest przejściem od pytania – „Co było potem?” do próby jego zrozumienia opartym na naszym ludzkim doświadczeniu: „Dlaczego tak się stało?”

Literatura zaczyna się od owego „Dlaczego?”, nawet jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać bez przerwy zwyczajnym: „Nie wiem”.

Literatura stawia więc pytania, na które nie da się odpowiedzieć przy pomocy Wikipedii, wykracza bowiem poza same fakty i wydarzenia, odwołując się bezpośrednio do naszego ich doświadczania.

Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając: Najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej „odkodowanie” na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej. A przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie.

Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia, od oralności, zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian. Największym osiągnięciem tej zmiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii czy symboli. Dziś – to jasne – stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego.

Nie ma już potrzeby prowadzić dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać list, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu? Zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę. Sięgnąć po autobiografię? Nie ma sensu, skoro śledzę życie celebrytów na Instagramie i wiem o nich wszystko.

To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX wieku, martwiąc się wpływem kina i telewizji. To zupełnie inny wymiar doświadczania świata – oddziaływujący bezpośrednio na nasze zmysły.

3.

Nie chcę szkicować tu jakiejś całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje. Że doświadczając go przez szyby ekranów, przez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące „ktoś”, „coś”, „gdzieś”, „kiedyś” może dziś być bardziej niebezpieczne niż wygłaszane z absolutną pewnością bardzo konkretne i określone idee – ziemia jest plaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. „Gdzieś” toną jacyś ludzie, próbujący przeprawić się przez morze. „Gdzieś” od „jakiegoś” czasu trwa „jakaś” wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają.

Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie „dobre wiadomości”, ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować: Coś jest ze światem nie tak. To poczucie, zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem.

Literatura jest jedną z niewielu dziedzin, które próbują nas przytrzymać przy konkrecie świata, ponieważ ze swej natury jest zawsze „psychologiczna”. Skupia się bowiem na wewnętrznych racjach i motywach postaci, ujawnia ich doświadczenie w żaden inny sposób niedostępne dla drugiego człowieka lub zwyczajnie prowokuje Czytelnika do psychologicznej interpretacji ich zachowań. Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, rozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los.

Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu. Nawet jeżeli nie wyraża tego wprost, nawet kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii, poszukując nowych środków wyrazu. Czytając nawet najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść, nie potrafimy powstrzymać się od pytań: „Dlaczego tak się dzieje?”, „Co to znaczy?”, „Jaki jest tego sens?’, „Do czego to prowadzi?” Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż bezustannie i niezmordowanie snuje swoje narracje. Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum, i emocje.

Nic dziwnego, że jednym z najwcześniejszych odkryć dokonanych przez opowieści, było fatum, które oprócz tego, że jawiło się zawsze ludziom jako przerażające i nieludzkie, wprowadzało jednak w rzeczywistość porządek i niezmienność.

4.

Szanowni Państwo,

Kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze było, kilka lat później czytała mi bajki.

W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi – pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho. A przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego przedmiotowego życia.

Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt – były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności, tajemniczy Raumgeist. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał, i Słońce i Księżyc i wszystkie ciała niebieskie. Cały widzialny i niewidzialny świat.

Kiedy zaczęłam w to wątpić? Poszukuję w swoim życiu jakiegoś momentu, w którym jak za sprawą jednego kliknięcia, wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze. Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów i męczący biały szum oceanów informacji.

Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość, w jakiej żyjemy w tym nas upewnia: lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, obiad nijak się ma do wielkich ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku.

Żeby łatwiej nam było to znieść dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania jakiejś jednej cząstki tej całości, którą przestaliśmy już dostrzegać.

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. Albo po prostu stajemy się wyznawcami prostych sił – fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami jakbyśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka.

5.

Całe życie fascynują mnie wzajemne sieci powiązań i wpływów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi, lecz odkrywamy je przypadkiem, jako zadziwiające zbiegi okoliczności, zbieżności losu, te wszystkie mosty, śruby, spawy i łączniki, które śledziłam w „Biegunach”. Fascynuje mnie kojarzenie faktów, szukanie porządków. W gruncie rzeczy – jestem o tym przekonana – pisarski umysł jest umysłem syntetycznym, który z uporem zbiera wszystkie okruchy, próbując z nich na nowo skleić uniwersum całości.

Jak pisać, jak konstruować swoją opowieść, żeby umiała unieść tę wielką konstelacyjną formę świata?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana. Wiemy przecież rzeczywiście o wiele więcej, znamy niesamowite powiązania rzeczy pozornie odległych.

Przyjrzyjmy się pewnemu momentowi w historii świata.

Jest to dzień, kiedy od nabrzeża portu Palos w Hiszpanii, 3 sierpnia 1492 roku, odbija nieduża karawela o nazwie „Santa Maria”. Dowodzi nią Krzysztof Kolumb. Świeci słońce, po nabrzeżu kręcą się jeszcze marynarze, a robotnicy portowi ładują na statek ostatnie skrzynie z prowiantem. Jest gorąco, ale wiejący z zachodu lekki wietrzyk, ratuje żegnające rodziny przed zasłabnięciem. Mewy przechadzają się uroczyście po rampie, uważnie śledząc poczynania człowieka.

Ten moment, który teraz widzimy poprzez czas, doprowadził do śmierci 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Ich populacja stanowiła wtedy około 10 procent całej ludności ziemi. Europejczycy nieświadomie przywieźli ze sobą śmiertelne prezenty – choroby i bakterie, na które rodowici mieszkańcy Ameryki nie byli odporni. Do tego doszło bezpardonowe niewolenie i zabijanie. Zagłada trwała lata i zmieniła kraj. Tam, gdzie kiedyś rosła fasola i kukurydza, ziemniaki i pomidory, na nawadnianych w wyrafinowany sposób polach uprawnych, wróciła dzika roślinność. Prawie sześćdziesiąt milionów hektarów uprawnej ziemi z biegiem lat zamieniło się w dżunglę.

Roślinność regenerując się, pochłonęła ogromne ilości dwutlenku węgla, przez co osłabł efekt cieplarniany. To zaś obniżyło globalną temperaturę Ziemi.

Jest to jedna z wielu naukowych hipotez wyjaśniających nastanie małej epoki lodowej w Europie, która pod koniec XVI wieku przyniosła długotrwałe ochłodzenie klimatu.

Mała epoka lodowa odmieniła gospodarkę Europy. W ciągu następnych dekad mroźne i długie zimy, chłodne lata i intensywne opady zmniejszyły wydajność tradycyjnych form rolnictwa. W Europie Zachodniej małe rodzinne gospodarstwa produkujące żywność na własne potrzeby, okazały się niewydajne. Nastąpiły fale głodu i konieczność specjalizacji produkcji. Anglia czy Holandia najbardziej dotknięte ochłodzeniem, nie mogąc wiązać swej gospodarki z rolnictwem, zaczęły rozwijać handel i przemysł. Zagrożenie sztormami skłoniło Holendrów do osuszania polderów i przekształcania stref podmokłych i płytkich stref morskich w ląd. Przesunięcie na południe zasięgu występowania dorsza, katastrofalne dla Skandynawii, okazało się korzystne dla Anglii i Holandii – dzięki temu państwa te zaczęły wyrastać na potęgi morskie i handlowe. Znaczące ochłodzenie szczególnie dotkliwie było odczuwane w krajach skandynawskich. Urwała się łączność z zieloną Grenlandią i Islandią, surowe zimy zmniejszyły zbiory i zapanowały lata głodu i niedostatku. Szwecja zwróciła więc łakomy wzrok na południe wdając się w wojny z Polską (zwłaszcza, że zamarzł Bałtyk, przez co łatwo było się przezeń przeprawić armii) i angażując się w wojnę trzydziestoletnią w Europie.

Wysiłki naukowców, próbujących lepiej rozumieć naszą rzeczywistość, ukazują ją jako wzajemnie spójną i gęsto powiązaną sieć wpływów. To już nie tylko słynny „efekt motyla”, który jak wiemy polega na tym, że minimalne zmiany w warunkach początkowych jakiegoś procesu, mogą dać w przyszłości kolosalne i nieobliczalne rezultaty, ale nieskończona ilość motyli i ich skrzydeł, ciągle w ruchu. Potężna fala życia, która wędruje poprzez czas.

Odkrycie „efektu motyla” kończy według mnie epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną swoją sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. Nie odbiera to człowiekowi jego mocy jako budowniczego, zdobywcy i wynalazcy, uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż kiedykolwiek mogło się człowiekowi wydawać. I że jest on zaledwie małą cząstką tych procesów.

Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasem bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu.

Jesteśmy wszyscy – my, rośliny zwierzęta, przedmioty – zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk – wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makroskala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją na innym poziomie jego nieustannych procesów przemiany.

6.

Zastanawiam się tutaj cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą.

Czy możliwa jest taka opowieść, która wyszłaby poza niekomunikatywne więzienie własnego „ja”, odsłoniła większy obszar rzeczywistości i ukazała wzajemne związki? Która umiałaby się zdystansować od udeptanego oczywistego i banalnego centrum „powszechnie podzielanych opinii” i potrafiła spojrzeć na sprawy eks-centrycznie, spoza centrum?

Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję, marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice, i w końcu gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie ukochają go czytelnicy.

Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – „czwartoosobowego”, który oczywiście nie sprowadza się tylko do jakiegoś konstruktu gramatycznego, ale potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. O tak, jego istnienie jest możliwe.

Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: „Na początku było słowo”? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? Który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: „I uznał Bóg, że to było dobre”. Kim jest to, które wie, co sądził Bóg?

Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość, nawet jeżeli te związki nie są jeszcze przez nas poznane. Widzieć wszystko oznacza też zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności za świat, ponieważ staje się oczywiste, że każdy gest „tu” jest powiązany z gestem „tam”, że decyzja podjęta w jednej części świata poskutkuje efektem w innej jego części, że rozróżnienie na „moje” i „twoje” zaczyna być dyskusyjne.

Należałoby więc uczciwie opowiadać tak, żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór, odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Snuć historię, żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach.

Literatura ma taką moc. Musielibyśmy porzucić te nieskomplikowane kategorie wysokiej i niskiej literatury, popularnej i niszowej, z przymrużeniem oka potraktować podział na gatunki. Zrezygnować z określenia „literatury narodowe”, wiedząc dobrze, że kosmos literatury jest jeden niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś Autor i Czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji.

Może powinniśmy zaufać fragmentowi, jako że fragmenty tworzą konstelacje zdolne opisać więcej i w bardziej złożony sposób, wielowymiarowo. Nasze opowieści mogłyby się w nieskończony sposób odnosić do siebie, a ich bohaterowie wchodzić ze sobą w relacje.

Myślę, że czeka nas przedefiniowanie tego, co rozumiemy dziś pod pojęciem realizmu, i poszukiwanie takiego, który pozwoliłby nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szybo-ekran, przez który widzimy świat. Potrzeba rzeczywistości jest dziś przecież obsługiwana przez media, portale społecznościowe, bezpośrednie relacje w internecie. Może to, co nieuchronnie nas czeka, to jakiś neosurrealizm, na nowo rozłożone punkty widzenia, które nie będą się bały zmierzyć z paradoksem i pójdą pod prąd wobec prostego porządku przyczynowo skutkowego. O, tak, nasza rzeczywistość już stała się surrealna. Jestem też pewna, że wiele opowieści domaga się przepisania w nowych intelektualnych kontekstach, inspirując się nowymi teoriami naukowymi. Ale równie ważne wydaje mi się ciągłe nawiązywanie do mitu i całego ludzkiego imaginarium. Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować (co najwyżej można być nieświadomym ich wpływu).

Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz, który będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne. Taki sposób opowiadania z pewnością nas zmieni, porzucimy stare krepujące perspektywy i otworzymy się na nowe, które przecież istniały gdzieś tu zawsze, ale byliśmy na nie ślepi.

W Doktorze Faustusie Tomasz Mann pisał o kompozytorze, który wymyślił nowy rodzaj totalnej muzyki będącej w stanie zmienić ludzkie myślenie. Ale Mann nie opisał tego, na czym miałaby polegać ta muzyka, stworzył tylko wyobrażenie, jak mogłaby ona brzmieć. Może właśnie na tym polega rola artystów – dać przedsmak tego, co mogłoby istnieć i w ten sposób sprawić, że mogłoby ono stać się wyobrażonym. A to, co wyobrażone, jest pierwszym stadium istnienia.

7.

Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować.

Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw. Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawaniem istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia, i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić.

Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości.

Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest „ja”.

Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.

Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.

Literatura jest właśnie zbudowana na czułości wobec każdego innego od nas bytu. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu.

Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią.

© THE NOBEL FOUNDATION 2019