„Każdy, kto wierzy, że wzrost wykładniczy może trwać w nieskończoność na skończonej planecie, jest albo szaleńcem, albo ekonomistą”. (Kenneth Boulding) [1]
Podczas międzynarodowej konferencji dotyczącej postwzrostu, która odbyła się w Lipsku w 2014 roku, przeprowadzono ankietę. Jej celem było ustalenie, co łączy zainteresowane postwzrostem osoby z ruchów i środowisk, które na ogół ze sobą nie współpracują. Okazało się, że są to po pierwsze odrzucenie wiary w „zielony wzrost” i możliwość osiągnięcia zrównoważonej ekonomii poprzez dalszą ekspansję produkcji dóbr i usług. Po drugie przekonanie, że transformacja musi być „krytyczna wobec kapitalizmu, profeministyczna, pokojowa i oddolna”.
Słowo postwzrost dotarło po raz pierwszy do szerszej publiczności w Polsce za sprawą wystawy „Slow Future” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie w 2014 roku. W katalogu do wystawy można było przeczytać: „Nie można […] sprowadzić postwzrostu tylko do nawoływania o dobrowolną zmianę nawyków, o praktykowanie „odpowiedzialnej konsumpcji” czy „zmniejszania śladu ekologicznego”. Indywidualne wybory mogą uspokoić sumienie osób zatroskanych o „los planety”, nie zmienią jednak zasad gry, a co najwyżej opóźnią jej koniec”.
Postwzrost pomyślany jest jako slogan – słowo, które ma prowokować i uderzać w samo serce zachodniego sposobu myślenia o gospodarce i dobrobycie. Ma na celu wzbudzać emocje i prowokować do dyskusji na temat przyszłości światowej gospodarki, ale także na temat potrzeb i pragnień zwykłych ludzi. Postwzrost nie jest tylko teorią ekonomiczną, ale czerpie z różnych dyscyplin (ekologia, krytyka rozwoju i antyutylitaryzm, sens życia i dobrostan społeczny, bioekonomika, demokracja, sprawiedliwość). Skupienie ich w jednym nurcie pozwala dostrzec współzależności.
Działacze i autorzy postwzrostowi krytykują tzw. „zielony kapitalizm” zakładający rozprzężenie (ang. decoupling) wzrostu gospodarczego i zużycia zasobów, uznając go za zbyt życzeniowy i oparty na wierze w adaptację systemu, a nie na danych naukowych. Sami wspierają swoją argumentację badaniami pokazującymi, że wzrost efektywności wykorzystania zasobów jest znikomy i na dodatek relatywny – zagregowane zużycie wciąż rośnie wykładniczo.
Obietnica „zielonej technologii” mami większą wydajnością energetyczną i surowcową, która ma wyrównać straty powodowane przez rosnące zużycie zasobów, ta sama wydajność jest równocześnie przyczynkiem do dalszego wzrostu produkcji i konsumpcji. Taki wzrost efektywności czy produktywności nie przekłada się nijak na dobrostan społeczeństw czy subiektywne poczucie szczęścia – powyżej określonego poziomu PKB poczucie szczęścia czy satysfakcji członków społeczeństwa nie podąża za dalszym wzrostem gospodarczym, a nawet spada.
Centralna dla postwzrostu jest idea, że redukcja konsumpcji i zużycia zasobów naturalnych nie musi oznaczać osobistego poświęcenia i niższego poziomu życia. Zamiast wypełniać je pracą najemną i konsumpcją dóbr moglibyśmy poświęcać ten czas na dbanie o siebie, bliskich i angażowanie się w lokalne społeczności. Istotna jest też wiara, że poprzez wspólnotowe, lokalne rozwiązania, sprawiedliwe dzielenie pracy i zasobów oraz otwartą, demokratyczną debatę można od nowa zdefiniować pragnienia i potrzeby w zgodzie ze środowiskiem naturalnym.
Rolnictwo jest wdzięcznym terenem dla postwzrostowych idei. Łatwo zobaczyć, że model oparty na wzroście wykładniczym coraz szybciej zjada swój ogon (wyczerpywanie się zasobów, zanieczyszczenie pozostałościami pestycydów, degradacja gleb). Postwzrostowcy stworzyli termin„skromna obfitość” (frugal abundance). Argumentują, że tworzenie fikcyjnych potrzeb i coraz większych wyzwań produktywności powoduje sztuczne poczucie niedostatku, podczas gdy przestrzeń relacji społecznych pustoszeje, pozostawiając po sobie dotkliwy brak. Skromna obfitość ma oznaczać zmniejszenie potrzeb materialnych i tym samym zwolnienie tempa życia i stworzenie przestrzeni na bogate życie społeczne i zmysłowe.
Uprawa ziemi i produkcja żywności to obszary, gdzie możliwość wytwarzania sensów i znaczeń, których sednem nie jest wzrost poziomu konsumpcji, jest niemal nieograniczona. Można produkować żywność, która nie jest tylko towarem w znaczeniu ekonomicznym, ale generuje „wartość dodaną” w postaci troski o środowisko, budowania relacji współpracy i szacunku, poszanowania praw zwierząt. Dobre praktyki i przykłady są z nami od tysiącleci. Wystarczy inspirować się chociażby rdzennymi społecznościami. Sumak kawsay – pochodząca z Andów koncepcja „dobrego życia” opisuje sposób życia, który jest skupiony na społeczności i zrównoważony środowiskowo, a ludzie i ich otoczenie są tu czymś więcej niż tylko zasobami. Ta koncepcja jest na tyle silna, że odpowiednie zapisy znalazły się w państwowej legislacji.
Stworzenie odpowiednich warunków dla rozwoju sposobów życia i gospodarowania ziemią zgodnych z naszymi potrzebami i ze środowiskiem, to jedno ważnych z zadań, które przed nami stoją. Poprzez presję ruchów oddolnych, zmiany instytucjonalne czy przykład indywidualny wpływamy na rzeczywistość i zmieniamy zasady gry, które kształtują otaczające nas środowisko.
Wspólnie zdecydujmy czy ideą przewodnią zachodniego rozwoju ma być utopia nieskończonego wzrostu i luksusy dla nielicznych, czy postwzrost i sumak kawsay – troska o środowisko i dobre życie dla wszystkich.
[1] US CONGRESS (1973): Energy reorganization act of 1973. Hearings,
Ninety-third Congress, first session, on H.R. 11510 … – Washington:
U.S. Govt. Print. Of.
Artykuł pierwotnie ukazał się w broszurce „Polityka na talerzu – przewodnik po agroekologii i suwerenności żywnościowej” przygotowanej i wydanej przez zespół Nyeleni Polska i Koalicji Żywa Ziemia we współpracy i przy wsparciu Fundacji im. Heinricha Bölla w Warszawie.
Opublikowano na podstawie licencji Creative Commons “Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe” (CC BY 4.0)
Cała broszurka do pobrania w formacie pdf: tutaj.
Grupa Metro, jeden z największych koncernów handlowych na świecie, podpisała globalną deklarację o całkowitej rezygnacji ze sprzedaży jaj pochodzących z chowu klatkowego. Zmiana obejmuje takie kraje jak Rosja, Ukraina, Chiny czy Indie – jest to przełomowa decyzja w temacie dobrostanu kur niosek.
Grupa Metro – której punkty w Polsce funkcjonują pod nazwą Makro – nie będzie już sprzedawać jaj oraz płynnych przetworów jajecznych pochodzących z hodowli klatkowej. W Polsce Makro podpisało deklarację o rezygnacji z jajek “trójek” już w 2017 roku. Tym razem deklaracja obejmuje wszystkie kraje, w których funkcjonuje grupa Metro, a jest ich aż 26. Okres przejściowy różni się w zależności od sytuacji społecznej i ekonomicznej danej części świata – w krajach Europy Zachodniej i Południowej potrwa do 2022 roku, Europy Wschodniej – w tym w Polsce, Rosji i na Ukrainie – do 2025 roku, a w krajach azjatyckich, w tym w Chinach, do 2027 roku.
Decyzja grupy Metro świadczy nie tylko o coraz większej odpowiedzialności i świadomości dużych biznesów w temacie dobrostanu zwierząt, ale pokazuje także aktywne zaangażowanie przedsiębiorstw w poszukiwanie i rozwój lepszych pod względem warunków dla zwierząt alternatywnych systemów hodowli.
– Decyzja Makro z 2017 roku o podpisaniu deklaracji o rezygnacji z jajek z chowu klatkowego niezmiernie nas ucieszyła, natomiast globalna polityka potwierdza, że firma traktuje poważnie kwestię dobrostanu zwierząt na całym świecie, nawet w krajach, w których ten temat nie jest jeszcze powszechny – mówi Maria Madej, koordynatorka kampanii biznesowych Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Gratulujemy grupie Metro i dziękujemy, że wysłuchali próśb konsumentów, ta decyzja wpłynie pozytywnie na życie milionów zwierząt – dodaje Madej.
Odejście od chowu kur w systemie klatkowym ma silne poparcie wśród społeczeństwa. Według badań przeprowadzonych w lutym 2018 roku przez IBRiS na zlecenie Stowarzyszenia Otwarte Klatki 82,4% ankietowanych uważa, że hodowla klatkowa nie zapewnia kurom odpowiednich warunków, a wyniki Eurobarometru wskazują, że aż 90% obywateli Unii Europejskiej pragnie poprawy ochrony zwierząt.
– Grupa Metro jest świetnym przykładem odpowiedzialnego społecznie biznesu i liczymy na to, że podążą za nią kolejne przedsiębiorstwa – mówi Maria Madej – Wierzymy, że los zwierząt i opinia konsumentów są dla nich ważne i podejmą one odpowiednie kroki, aby wyjść konsumentom naprzeciw i zadbać o dobrostan zwierząt, tak jak zrobiła to Grupa Metro – dodaje.
Polska jest jednym z największych producentów jaj w Europie – jak mówi dyrektorka Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz Katarzyna Gawrońska ponad jedna trzecia wyprodukowanych jajek przeznaczona jest na eksport. Pomimo że firmy w Polsce od kilku lat pracują nad wycofaniem jaj z chowu klatkowego, zmiany w systemie produkcji są powolne.
– Już niedługo na całym świecie może zabraknąć chętnych na importowanie jajek pochodzących z chowu klatkowego – komentuje Maria Madej – Prowadzimy rozmowy z producentami jaj odnośnie alternatywnych metod chowu i mamy nadzieję, że klatki już niedługo przejdą do historii – dodaje.
Globalna polityka Grupy Metro jest dowodem na to, że trend rezygnacji z jajek “trójek” nie obejmuje już tylko USA czy Europy Zachodniej, ale także kraje wschodnie.
Pełna deklaracja jest dostępna na stronie sieci: https://www.metroag.de/en/company/responsibility/procurement
Zdjęcie: Andrew Skowron (Otwarte Klatki)
Dyskusja na temat wpływu hodowli zwierząt i produkcji zwierzęcej na efekt cieplarniany trwa od minimum 15 lat. W 2006 roku FAO opublikowało raport pod znamiennym tytułem: „Livestock’s long shadow”. Podano w nim, że sektor hodowlany wytwarza więcej gazów cieplarnianych niż wszystkie środki transportu łącznie, czyli ponad 18%.
Nie tylko węgiel
Szacunek ten spotkał się z krytyką. Szereg późniejszych publikacji mówiło o udziale nawet na poziomie 51%. Taka liczba pada np. w artykule „Livestock and Climate Change” umieszczonym na łamach World Watch Magazine w listopadzie 2009. W „Meat Atlas” z 2014 roku czytamy, że w zależności od tego jak liczyć, zwierzęta gospodarskie są odpowiedzialne za emisję od 6 do 32% gazów cieplarnianych. Duże różnice w szacunkach zależne są od tego, co w nich uwzględnimy, czy tylko bezpośrednią emisję związaną z hodowlą, czy też dodamy to tego produkcję paszy, nawozów i pestycydów, skutki orki, wyręb lasów, drenaż torfowisk itd.
Ostatnio w mainstreamowych publikacjach najczęściej przyjmuje się dla hodowli – podany w raporcie IPPC z 2014 roku – udział emisji w wysokości 14,5%. Nawet przy tym umiarkowanym szacunku musimy stwierdzić, iż chów zwierząt w znaczącym stopniu przyczynia się do efektu cieplarnianego. Dla porównania transport jest – wg tego samego raportu IPPC – odpowiedzialny za 14,1% emisji, a energetyka na potrzeby mieszkaniowe – 5,1%. Jednak uwaga w tej kwestii koncentruje się przede wszystkim na paliwach kopalnych. Z trudem, nawet w aktywistycznym dyskursie, przebija się, że za obecny stan rzeczy odpowiedzialne w dużej mierze są inne sfery naszej gospodarki i życia.
Nieuwzględnienie kwestii hodowli przemysłowej i produkcji produktów pochodzenia zwierzęcego w kontekście zmian klimatycznych doczekało się za to ostrej krytyki w interesującym dokumentalnym filmie z 2014 roku pt. „Cowspiracy” w reżyserii Kip Andersen i Keegan Kuhn.
Mięso i redukcja emisji CO2
Zaczęto jednak zastanawiać się, na ile faktycznie spożycie mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego, takich jak mleko, masło, sery czy jajka, może mieć wpływ na redukcję emisji gazów cieplarnianych. W jednym z badań (Elke Stehfest i inni, 2009) ustalono, że zmiana diety na wegańską pozwoliłaby zmniejszyć emisję CO2 o 17%, CH4 o 24% i N2O o 21%. Korzyści pojawiłyby się nie tylko w wyniku likwidacji czterech głównych źródeł emisji związanych z chowem zwierząt – produkcji paszy, fermentacji jelitowej, składowania obornika i przetwórstwa – ale także w efekcie uwolnienia ogromnych obszarów przeznaczonych do tej pory na hodowlę. Według niektórych szacunków zajmuje ona ok. 70% wszystkich użytków rolnych. Doprowadziłoby to np. do możliwości odnowy terenów leśnych, co wiązałoby się z większym wchłanianiem dwutlenku węgla. Niestety efekt ten przynosi największy skutek w pierwszej fazie zmian, po czym jego wpływ na ewentualną redukcję emisji CO2, wg przyjętych przez badaczy i badaczki realistycznych scenariuszy, jest mniejszy. Zatem jeśli – jak zakładano w omawianej analizie – zarówno tempo wzrostu populacji ludzkiej, jak i gospodarki (mierzone w PKB per capita) utrzyma się na dotychczasowym poziomie, co z ekologicznego punktu widzenia jest trudne do przyjęcia, zmiana diety – najbardziej nawet radykalna – nie zdoła utrzymać w ryzach emisji gazów cieplarnianych. Bezmięsna dieta jest ważnym antidotum na efekt cieplarniany, ale prawdopodobnie niewystarczającym.
Problem polega na tym, że coraz dobitnej widać, że nie uda się skutecznie przeciwdziałać ociepleniu planety jedynie poprzez redukcję wykorzystania paliw kopalnych i przejście na OZE. Nie zdołamy w ten sposób osiągnąć zakładanych ekologicznych celów w określonym czasie. Na przykład autorzy i autorki omawianej wyżej pracy nt. wpływu spożycia produktów pochodzenia zwierzęcego na emisję gazów cieplarnianych, w swoich założeniach w 2009 r. przyjęli, że stężenie dwutlenku węgla (ekwiwalent) w atmosferze do 2050 roku nie może przekroczyć 450 ppm i będzie się zwiększać o mniej więcej 10 ppm na 10 lat. Wszystko w tym celu, aby globalny wzrost temperatury nie był większy niż 2°C w porównaniu z czasami przed industrializacją. Ale stężenie CO2 rośnie szybciej – o kilkanaście do 20 ppm przez dekadę – a wszystkie podejmowane dotychczas działania nie zdołały wyhamować tego tempa.
Podaż czy popyt
Brak dostatecznych postępów w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym wiąże się z kilkoma przyczynami. Jedną z nich jest przekonanie, że można zachować dotychczasowe polityczne i ekonomiczne status quo i jednocześnie uchronić się przed najgorszym. Stąd nadzieje liberalnych elit, że da się w tym celu wykorzystać mechanizmy działania kapitalistycznej gospodarki. Na tej kanwie na przykład forsowano i forsuje się nadal pomysły w stylu handlu emisjami CO2. Także w stosunku do konieczności redukcji spożycia mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego do tej pory sądzono, że najlepszą strategią jest zdanie się na wybór „uświadomionego” konsumenta. Jest to m.in. pokłosie artykułowanego przez Petera Singera (wpływowej postaci w ruchu proanimalistycznym) przekonania, że wegetarianizm jest rodzajem bojkotu konsumenckiego, a o losach zwierząt i naszej planety decydujemy między półkami sklepowymi. Stanowisko to wpisuje się w paradygmat ekonomii liberalnej, który mówi o dominacji czynnika popytowego nad podażowym. Inaczej mówiąc, mielibyśmy produkować to, na co ochotę ma konsument, a nie konsumować to, do czego przymusza nas producent. Wiele analiz pokazuje jednak, że strona podażowa ma tu wyraźną przewagę.
W jednym z najnowszych norweskich badań (Marthe Hårvik Austgulen i inni, 2018) dość dogłębnie empirycznie przeanalizowano, czy konsumenci są gotowi wybierać produkty spożywcze (bezmięsne), kierując się względami ekologicznymi. Wychodzono jednocześnie z założenia, że ograniczenie spożycia produktów zwierzęcych ma istotny wpływ na redukcję emisji gazów cieplarnianych. Tymczasem w Norwegii spożycie mięsa wzrosło z ok. 45,7 kg na mieszkańca w 1989 r. do 70,5 kg w 2016 r.
Wg autorek i autorów omawianego opracowania konsumenci wprawdzie nie doceniają wpływu hodowli na zmiany klimatyczne, ale sama wiedza nie jest czynnikiem wystarczającym, aby zmienić wzorce konsumpcji. Dyskurs wiążący negatywne zmiany środowiskowe z indywidualnymi zachowaniami konsumentów, stał się częścią głównego nurtu polityki i wolnorynkowej doktryny. Badani klienci nie zgadzają się jednak, aby obciążać ich odpowiedzialnością za politykę ekologiczną i wykazują zmęczenie mnogimi kampaniami, namawiających ich do takich czy innych „odpowiedzialnych” zachowań podczas zakupów. Polityka zorientowana na konsumenta musi uwzględniać szerszy kontekst. Jak choćby to, że produkcja mięsa w wielu krajach (w tym w Norwegii) jest znacznie dotowana, co z kolei wpływa na jego cenę detaliczną. Z kolei – dodam od siebie – relacje i ruchy cenowe są czynnikiem w poważnym stopniu wpływającym na wybory konsumenckie. W konkluzji artykułu czytamy, że „jednak regulacja strony podażowej byłaby prawdopodobnie bardziej skuteczna” w zmniejszaniu negatywnego wpływu konsumpcji mięsa na klimat. Dlatego niektórzy postulują nie tylko zaprzestanie dotowania hodowli i produkcji zwierzęcej, ale nawet obłożenia mięsa dodatkowych podatkiem – akcyzą.
Chlewnie czy odkrywki
Niestety jednostronne spojrzenie na problem klimatyczny jest też udziałem ruchu ekologicznego. Kiedy wszyscy w Polsce byli, w kontekście zmian klimatycznych, zafiksowani na węglu, produkcja zwierzęca gwałtowanie się w naszym kraju rozwinęła, a konsumpcja mięsa per capita – podobnie jak w Norwegii – znacznie wzrosła (pisałem o tym w poprzednich dwóch numerach Zielonych Wiadomości). Inaczej mówiąc: dekarbonizacja naszej gospodarki postępowała i to od początku lat 90., jednak obok wyrosło nowe, potężne źródło emisji gazów cieplarnianych – przemysłowa hodowla i przetwórstwo produktów zwierzęcych.
W tym kontekście zasadne wydaje się pytanie, dlaczego jednak uporczywie wybieramy (jak to zrobił Obóz dla Klimatu) na miejsce protestów odkrywki węgla brunatnego (oczywiście rujnujące dla środowiska naturalnego), a nie obszary koncentracji ferm przemysłowych? Czy podążanie tutaj krok w krok za aktywistami i aktywistkami niemieckimi, w których kraju węgiel brunatny odgrywa zupełnie inną rolę gospodarczą, energetyczną i ekologiczną niż w Polsce, jest dobrym rozwiązaniem? Czy jest to strategicznie przemyślane i realnie skuteczne? Albo czy nie ulegamy tu liberalnej ideologii, gdzie napiętnowanie wszystkiego co PRL-owskie uchodzi zawsze za słuszne. W przeciwieństwie do górnictwa, o wiele ciężej byłoby krytykować współczesne, „neoliberalne” koncerny telekomunikacyjne, motoryzacyjne czy spożywcze. Zamiast pod Koninem może lepiej było jednak postawić namioty Obozu dla Klimatu pod siedzibą Polsatu (którego właściciel czerpie także ogromne zyski z odkrywki węgla brunatnego) czy pod poznańską fabryką Volkswagena (oszukującego na testach emisyjnych). Dodajmy, że w ostatnich dekadach w kwestii ograniczenia negatywnego wpływu transportu na zmiany klimatyczne globalnie niewiele się zmieniło. Może trzeci Obóz dla Klimatu powinien odbyć się w sąsiedztwie jakiejś megafermy przemysłowej pracującej dla Mlekovity. Ale przede wszystkim musimy przyjąć, że nie jest to kwestia jednego czynnika czy sektora, ale całego ustroju ekonomicznego i politycznego.
Oprócz wymienionych w tekście raportów wykorzystałem artykuły: Elke Stehfest i inni, „Climate benefits of changing diet”, Climatic Change, Volume 95, Issue 1–2/2009; Marthe Hårvik Austgulen i inni, „Consumer Readiness to Reduce Meat Consumption for the Purpose of Environmental Sustainability: Insights from Norway”, Sustainability 10/2018. Oba dostępne w Internecie.
Jarosław Urbański
Inwestorzy Energa i Enea zawiesiły finansowanie projektu budowy nowego 1000 MW bloku węglowego w elektrowni Ostrołęka. To sukces Fundacji ClientEarth, która jako akcjonariusz walczyła z projektem w sądzie, zarzucając mu m.in. zbyt duże ryzyko inwestycyjne wynikające z polityki klimatycznej.
Enea i Energa zakomunikowały w czwartek wieczorem, że postanowiły zawiesić finansowanie budowy bloku Ostrołęka C w celu przeprowadzenia dalszych analiz ekonomicznych i technicznych. Ostrołęka C przyniosłaby straty w obliczu zmieniającego się otoczenia rynkowego i braku chętnych do współudziału w projekcie.
W zeszłym roku Fundacja ClientEarth wygrała dwie sprawy przeciwko jednemu z inwestorów – Enei. W sierpniu sąd stwierdził nieważność uchwały Walnego Zebrania Akcjonariuszy spółki zezwalającej na budowę bloku Ostrołęka C. W listopadzie sąd nakazał Enei ujawnienie Fundacji wszystkich dokumentów dowodzących opłacalności inwestycji. Spółka złożyła apelację od decyzji.
„Od samego początku było jasne, że Ostrołęka C niesie ze sobą ryzyko finansowe dla inwestorów i akcjonariuszy. To dlatego zaskarżyliśmy budowę bloku. Obowiązkiem inwestorów jest zarządzanie ryzykiem finansowym i reagowanie na zmieniający się rynek. Jeśli nie dostosują swoich strategii do wymagań polityki klimatycznej, przegapią swoją szansę i stracą konkurencyjność” – powiedział dr Marcin Stoczkiewicz, prezes Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.
Intensywne wycinki w starodrzewiach Puszczy Karpackiej nie przyciągają uwagi opinii publicznej tak jak konflikt wokół Puszczy Białowieskiej. Tymczasem dzień po dniu tracimy tam jeden ze skarbów rodzimej przyrody. W jego obronie stanął powstały dwa lata temu ruch obywatelski – Inicjatywa Dzikie Karpaty.
Inicjatywa to ruch społeczny założony wiosną 2018 r. w odpowiedzi na intensywne cięcia w porastającej górskie zbocza południowo-wschodniej Polski Puszczy Karpackiej. Za cel postawiliśmy sobie powstrzymanie niszczenia zachowanych tam starych lasów, szczególnie tych zaliczanych do najbardziej naturalnych w Europie, a znajdujących się w otulinie Bieszczadzkiego Parku Narodowego i na terenie projektowanego Turnickiego Parku Narodowego na Pogórzu Przemyskim. Ruch zrodził się oddolnie, w oparciu o zasady niehierarchiczności i demokracji, które pozostają podstawą naszych działań. Są wśród nas ludzie w różnym wieku, różnych profesji, z różnym wykształceniem – dołączyć może każdy. Nie dyskwalifikujemy nikogo. Nie trzeba być przecież wykształconym przyrodnikiem, aby mieć prawo głosu w kwestii zarządzania wspólnym dobrem, jakim w naszym kraju są lasy. Nie otrzymujemy wynagrodzeń, walczymy o ochronę dzikiej przyrody dobrowolnie poświęcając swój wolny czas. Do działania popycha nas przekonanie, że w dobie kryzysu klimatycznego i wielkiego wymierania gatunków ochrona przyrody to odpowiedzialność spoczywająca na nas wszystkich, niezależnie od światopoglądu czy przekonań politycznych.
Latem zeszłego roku założyliśmy obóz w Bieszczadach. Stał się on zapleczem do działań skierowanych na ochronę karpackich starodrzewi. Z obozu codziennie wychodzą społeczne patrole, aby monitorować wycinki i dokumentować ich wpływ na stan bieszczadzkich lasów. Sprawdzamy, czy prowadzone prace nie naruszają prawa, jeśli tak jest, kontaktujemy się odpowiedzialnymi instytucjami wzywając do zaprzestania łamania zasad. W ten sposób Inicjatywa pełni funkcję społecznego nadzoru nad prowadzoną przez Lasy Państwowe gospodarką leśną. Jesteśmy oczami i uszami społeczeństwa w karpackich lasach. Dzięki upublicznianym przez nas materiałom, ujawniającym skalę dewastacji Puszczy Karpackiej, problem niszczenia tamtejszej przyrody nie może zostać zamieciony pod dywan. Aby tym bardziej zwrócić uwagę na problem, organizujemy spotkania informacyjno-edukacyjne, happeningi i protesty.
W czasie ostatniej takiej akcji przywieźliśmy do Warszawy pień wyciętej niedawno w Puszczy Karpackiej potężnej jodły o wymiarach pomnika przyrody. Postawiliśmy ją przed siedzibą Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych oraz przed wejściem do budynku Ministerstwa Środowiska, zapraszając przedstawicieli obu instytucji do rozmowy. Domagaliśmy się wyjaśnienia, dlaczego jodła poszła pod topór, mimo wyraźnych regulacji zabraniających wycinania tak dużych drzew. Wyjaśnienia nie udzielono, a zaproszenie zignorowano, podobnie jak zignorowano złożone przez nas w czerwcu w Ministerstwie Środowiska postulaty zaprzestania wycinek i polowań w starodrzewiach leżących na terenie projektowanego Turnickiego Parku Narodowego (Pogórze Przemyskie) i otuliny Bieszczadzkiego Parku Narodowego.
Bieszczady i Pogórze Przemyskie, to jedne z niewielu miejsc w Polsce, gdzie mimo nasilającej się presji ze strony człowieka, przetrwały ekosystemy w stanie zbliżonym do naturalnego. Obok Puszczy Białowieskiej, są to najbardziej wartościowe pod względem przyrodniczym lasy naszego kraju, w których na każdym kroku znajdziemy drzewa o rozmiarach pomników przyrody. Las to jednak nie tylko drzewa, ale też inne rośliny, grzyby, zwierzęta. Również pod tym względem Puszcza Karpacka jest wyjątkowa. Karpackie lasy są domem wszystkich żyjących w naszym kraju dużych drapieżników – wilka, rysia, żbika i niedźwiedzia brunatnego. Swoje siedliska mają tu gatunki puszczańskie, uznawane za wskaźniki naturalności lasów. Spośród owadów, chrząszcze saproksyliczne, czyli takie które związane są z charakterystycznym dla naturalnych lasów martwym drewnem. Znajdziemy tu między innymi zgniotka cynobrowego i ponurka Schneidera. Ostoje znalazły tu również bardzo wrażliwe na zanieczyszczenie środowiska i wymagające szczególnych warunków, jakie panują w starych lasach, porosty: granicznik płucnik, puchlinka ząbkowana i kobiernik arnolda. Wszystkie te gatunki są zagrożone wyginięciem. Kto wie, jakie jeszcze organizmy kryją się w ostępach Puszczy Karpackiej, czekając na odkrycie?
Wciąż nie jest ona dobrze poznana, a naukowcom prowadzącym tam badania zdarza się odkryć gatunki wcześniej nie znane nauce. Wydawałoby się, że tak wartościowe lasy muszą być chronione, przecież od tego mamy parki narodowe. Niestety obecnie tak nie jest. Projekt utworzenia Turnickiego Parku Narodowego, który chroniłby najcenniejsze lasy Pogórza Przemyskiego, mimo wyczerpującej dokumentacji oraz poparcia ze strony naukowców, przyrodników i organizacji pozarządowych od lat leży w szufladzie, czekając na realizację. Funkcjonujący tu zaś od lat 70-tych Bieszczadzki Park Narodowy obejmuje jedynie część najcenniejszych fragmentów Puszczy Karpackiej. Reszcie, w tym wielu lasom puszczańskim, nadano status lasów gospodarczych i oddano je pod zarząd Lasom Państwowym.
W związku z tym, niemal każdego dnia, niezależnie od pory roku w puszczańskich ostępach Bieszczad i Pogórza Przemyskiego wycina się wiekowe, często stupięćdziesięcioletnie drzewa. Kiedy zostaną ścięte, do lasu wjeżdżają ciągniki, drewno zostaje wywiezione, aby wreszcie zostać sprzedane. Mimo ich wyjątkowej wartości przyrodniczej, tamtejsze lasy traktowane są jak zwykłe plantacje drzew. W ten sposób, jeden z największych skarbów rodzimej przyrody zamieniany jest na deski.
Co innego usłyszymy jednak z ust obrońców Lasów Państwowych. To, co my nazywamy nieodwracalną dewastacją jednego z największych przyrodniczych skarbów Polski, oni nazywają zabiegami hodowlanymi i pielęgnacyjnymi. Szczycą się prowadzeniem zrównoważonej gospodarki leśnej, tłumacząc, że przecież większość lasów Puszczy Karpackiej ma status ochronny. Twierdzą, że tamtejsze lasy zachowały się w dobrym stanie właśnie dzięki wieloletniej ciężkiej pracy leśników. Gdyby nie oni pewnie w ogóle nie byłoby lasów, kto zadbałby o zachowanie ich ciągłości?
Żeby przekonać się ile w tym prawdy, wystarczy wybrać się do radzących sobie świetnie, pozostawionych kilkadziesiąt lat temu naturalnym procesom przyrodniczym, lasów Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Często graniczą one z tymi zarządzanymi przez Lasy Państwowe, nie mogą się więc od nich znacznie różnić. Jak to możliwe, że przetrwały? Otóż gospodarka leśna nie pomaga karpackim lasom, wręcz przeciwnie, ma na nie ewidentnie negatywny wpływ. Wycina się tutaj i wywozi z lasu drzewa w wieku 120 lat, kiedy osiągają tzw. wiek rębności. Nie zważa się przy tym na to, że rosnące tu buki i jodły mogą przetrwać sto, dwieście a nawet trzysta lat więcej. Stare drzewa są bezcenne dla lasu. Z wiekiem ich kształt staje się coraz mniej regularny, w poskręcanych pniach pojawiają się zagłębienia, zaczyna pękać kora, tworząc różnorodność mikrosiedlisk, stających się środowiskiem życia dla zasiedlających je tysięcy organizmów. Z czasem powstają dziuple pozwalające ptakom założyć lęgi. Kiedy wreszcie po setkach lat puszczański kolos osłabnie, staje się pożywką dla grzybów i żywiących się martwym drewnem owadów. Wreszcie po śmierci jego szczątki zostaną rozłożone, użyźniając glebę i dając życie kolejnemu pokoleniu drzew. Las trwa, tak jak trwał od niepamiętnych czasów. Koło życia się zamyka, jeśli tylko wcześniej nie zostanie przecięte piłą zrównoważonej gospodarki leśnej.
Pozbawianie lasu starych drzew, to jednak tylko jeden z długiej listy grzechów leśnictwa w Karpatach. Kolejnym jest rozjeżdżanie wrażliwych na erozję górskich stoków wielotonowymi ciągnikami służącymi do zrywki drewna. Wywożący drzewa ciężki sprzęt zostawia po sobie ponad metrowej głębokości koleiny, sprawiając, że puszczański krajobraz zaczyna wyglądać jakby przez las przeszła linia frontu. Dodajmy do tego setki przypadków niszczenia siedlisk gatunków chronionych i mamy obraz prowadzenia wzorowej, zrównoważonej gospodarki leśnej w Karpatach.
Miejsca takie jak Bieszczady i Pogórze Przemyskie to dzisiaj wielka rzadkość. Cywilizacja zepchnęła dziką przyrodę do małych oddzielonych od siebie enklaw. W południowo-wschodniej Polsce wciąż zachowały się jednak duże zwarte kompleksy pełne puszczańskich lasów. Ich ochrona jest ważna szczególnie w kontekście postępującej katastrofy ekologicznej. Stare lasy to swego rodzaju banki bioróżnorodności, które mogą pomóc nam zmierzyć się z kryzysem wywołanego przez człowieka wielkiego wymierania gatunków. Są one również bardzo skutecznymi rezerwuarami węgla, ich ochrona pomaga w ograniczeniu zmian klimatycznych.
Zachowanie starodrzewi Puszczy Karpackiej leży więc w dobrym interesie nas wszystkich, a niszcząc je podcinamy gałąź, na której siedzimy. Jako obywatele mamy pełne prawo domagać się ich lepszej ochrony. Jak wszystkie należące do Skarbu Państwa lasy w Polsce są dobrem wspólnym. Nie możemy pozwolić sobie na to, żeby myślenie i decydowanie o nich zdominowała surowcowa logika rodem z XIX w. Od tego, czy staniemy w ich obronie, zależy przetrwanie świata, jaki znamy. Zarządzające karpackimi starodrzewiami instytucje zachowują się, jakby nie zdawały sobie z tego sprawy. Wspólnie możemy im o tym przypomnieć, dlatego wzywamy, ocalmy Puszczę Karpacką!
W imieniu wszystkich, którym zależy na losie dzieci, zwracamy się o jak najszybsze włączenie Polski do europejskiego programu osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 roku – piszą Rodzice dla Klimatu we właśnie uruchomionej petycji do Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego – Premierze, chcemy ambitnej polityki klimatycznej teraz!
22 czerwca 2019 r. Polska, Czechy, Węgry i Estonia zablokowały europejskie porozumienie klimatyczne. 13 grudnia 2019 r. Premier Morawiecki, powołując się na bezpieczeństwo Polek i Polaków, wykluczył Polskę z porozumienia, które reszcie Europy udało się osiągnąć. Przed następną turą rozmów na temat europejskich celów w czerwcu 2020 Rodzice dla Klimatu rozpoczęli zbieranie podpisów pod petycją mobilizującą Premiera do przyjęcia w imieniu Polski zobowiązania osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2050.
Podpisy pod petycją będą zbierane do 10 czerwca. Rodzice dla Klimatu zamierzają je wręczyć premierowi przed jego wyjazdem na negocjacje unijne Rady Europejskiej w dniach 18-19 czerwca 2020. “Nie zgadzamy się na „rabaty” czy „dochodzenie do neutralności w swoim tempie” – klimat nie jest bankiem, który może udzielać promocji czy wydłużać termin spłaty kredytu” – piszą Rodzice dla Klimatu.
Aby Polska mogła przeprowadzić prawidłową transformację energetyczną i produkować jedynie czystą energię potrzebuje wsparcia finansowego Unii Europejskiej. Takiego wsparcia nie otrzyma jeśli będzie jedynym członkiem UE, który wyłamał się z przystąpienia do planu osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. Twórczynie petycji zapraszają do podpisywania się wszystkie osoby, nie tylko rodziców, ale liczą na szczególną mobilizację babć, dziadków, wujków i cioć oraz innych osób, którym zależy na losie dzieci.
Utrudniony dostęp do wody pitnej, masowe wymieranie gatunków, załamanie rolnictwa i rybołówstwa, migracje ludności, konflikty zbrojne i polityczne – to najbardziej prawdopodobny scenariusz, jeśli nie podejmiemy zdecydowanych działań już teraz. Może on stać się on scenariuszem nieuniknionym. Skutki poniosą nasze dzieci, których los jest najważniejszy zarówno dla nas, jak i – podobno – dla naszych rządzących.
Tu i teraz, w obliczu zmian klimatycznych, perspektywy najmłodszego pokolenia i kolejnych pokoleń stoją pod znakiem zapytania. To właśnie od nas zależy, jakim problemom w przyszłości będą musieli stawić czoła nasi potomkowie – mówi Magda, mama Antka i Justyny.
Zdaniem Rodziców dla Klimatu bieżąca polityka energetyczna polskiego rządu naraża nas, a przede wszystkim nasze dzieci na potężne zagrożenia. Nie możemy biernie przyglądać się, jak wybrani przez nas politycy zaprzepaszczają szansę na zminimalizowanie nadciągającej katastrofy klimatycznej. Każdy podpis jest ważny. Przekonajmy się, czy troska o dobro dzieci rzeczywiście stanowi priorytet dla rządzących. Tylko razem możemy wywrzeć realny wpływ na decyzję premiera i rządu – komentuje Dorota, mama Dominika i Juliana.
Ruch Rodzice dla Klimatu to grupa rodziców zaniepokojonych o losy planety oraz przede wszystkim o przyszłość dzieci w kontekście nadciągającej katastrofy klimatycznej. Tak jak inne klimatyczne ruchy rodzicielskie, powstał na fali wielotysięcznych globalnych mobilizacji klimatycznych, regularnie organizowanych przez młodych ludzi. Rodzice wspierają swoje dzieci i wraz z nimi domagają się bezpiecznej przyszłości w stabilnych warunkach klimatycznych. Rodzice dla Klimatu, poza wspieraniem Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, formułują również własne żądania. Na początku września 2019 roku organizacja złożyła petycję na ręce Zarządu PGE podpisaną przez 10 000 osób , w której rodzice zwracają uwagę na konieczność ograniczenia emisyjności Elektrowni Bełchatów. Mimo, że już dwukrotnie Zarząd PGE odwoływał zaplanowane spotkania RdK nie rezygnują i konsekwentnie domagają się podjęcia dialogu.
Klimatyczne ruchy społeczne opierają się na autorytecie nauki. 97 procent naukowców nie ma wątpliwości, że opóźnianie zdecydowanych działań na rzecz walki ze zmianami klimatu oznacza problemy z dostępem do wody pitnej, częstsze występowanie ekstremalnych zjawisk pogodowych takich jak niebezpieczne dla zdrowia dzieci i osób starszych upały, susze zmniejszające produkcję rolniczą, nawalne deszcze, trąby powietrzne, huragany, rozwój chorób wcześniej występujących tylko w regionach tropikalnych. W dalszej perspektywie czekać nas mogą kryzysy gospodarcze, polityczne i społeczne: konflikty, migracje i dalsze pogorszenie sytuacji materialnej biedniejszej części społeczeństwa.
Link do petycji: https://tiny.pl/t69ph
Osoby do kontaktu:
Warszawa – Marzena Wichniarz, tel. 665-508-711 e-mail marzenawichniarz@gmail.com
Warszawa – Anna Sierpińska, tel. 604-474-275 e-mail anky.sierpinska@gmail.com
Łódź – Dorota Herman, tel. 606-851-762 e-mail dorota.herman77@gmail.com
Łódź – Monika Stasiak, tel. 516-827-053 e-mail noldorka@gmail.com
Rolnictwo może i powinno odegrać kluczową rolę w powstrzymaniu zmian klimatu i wymierania gatunków. Jednak, by tak się stało, musi się ono zmienić. Tego domagali się w Berlinie aktywiści i obywatelki na 10. demonstracji „Wir haben es satt” („Mamy dość”). Polska delegacja spotkała się z niemieckimi rolnikami, by poznać ich doświadczenia.
Coroczna demonstracja w Berlinie jest wyrazem niezgody na zachodzące w rolnictwie procesy, które poważnie pogłębiają problemy, przed jakimi stoi dziś nasz świat. Ale jest też przestrzenią do wskazania wyraźnej alternatywy. Od kilkudziesięciu lat w Europie i na całym świecie następuje coraz większe uprzemysłowienie rolnictwa. Co to oznacza: przedsiębiorstwa rolne stają się coraz większe, a małe, rodzinne gospodarstwa wypadają z rynku i giną, ze szkodą dla społeczności lokalnych i dla przyrody. Wielkie gospodarstwa roślinne oparte są najczęściej na monokulturach i ogromnym zużyciu chemicznych środków ochrony roślin i nawozów. Z kolei gospodarstwa hodowlane to coraz większe „fabryki mięsa”, które wiążą się z niewyobrażalnym cierpieniem zwierząt, a także zanieczyszczeniem środowiska ich odchodami.

Dlatego organizacje pozarządowe, ale także organizacje samych rolników domagają się pilnych i głębokich zmian w polityce rolnej. Na berlińskiej manifestacji, a także podczas prac kampanijnych i rzeczniczych w ciągu roku współpracują ze sobą ruchy i platformy z kilkunastu europejskich krajów, m.in. Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii, Austrii, a także – w coraz większym stopniu – z Polski i innych państw Europy środkowo-wschodniej.
Wszystkie te ruchy domagają się znacznego zwiększenia wsparcia dla rodzinnych gospodarstw rolnych i równocześnie poważnego ograniczenia dotacji dla wielkich gospodarstw, nastawionych jedynie na ciągły wzrost wydajności bez uwzględniania potrzeb środowiska, konsumentów i samych rolników. Podkreślają, że obecny system dopłat w ramach Wspólnej Polityki Rolnej jest korzystny przede wszystkim dla koncernów agrochemicznych, produkujących nawozy i pestycydy oraz dla wielkich firm, które koncentrują w swoich rękach coraz więcej ziemi.
Temat dostępu do ziemi wybrzmiał wyraźnie podczas spotkania naszej delegacji, złożonej z polskich rolników i przedstawicielek Koalicji Żywa Ziemia, z niemieckimi rolnikami. Dzień przed demonstracją spotkaliśmy się na farmie pod Berlinem, na której gromadzili się rolnicy z całych Niemiec, ze swoimi ciągnikami, by następnego dnia razem utworzyć na demonstracji kolumnę 120 traktorów.

Niemieccy rolnicy opowiadali nam o swoich problemach i o tym jak organizują się, by walczyć o swoje prawa. Dowiedzieliśmy się, że proces koncentracji ziemi może być znacznie dalej posunięty niż ma to obecnie miejsce w Polsce. O ile w Polsce za duże gospodarstwa uważa się już te o powierzchni około 500 hektarów i więcej, o tyle w Niemczech są gospodarstwa, które mają 10 tysięcy, a nawet 30 czy 40 tysięcy hektarów. Jeden z rolników ostrzegał: „To proces który nigdy się nie kończy. Próbuje się przekonywać społeczeństwo, że trzeba powiększać gospodarstwa, by były one bardziej wydajne. Ale nie można zwiększać wydajności w nieskończoność, bo powoduje to degradację gleb, zanieczyszczenie wód, cierpienie zwierząt i wzmaga zmiany klimatu, a równocześnie masę ludzi pozbawia pracy i własności”.
Dlatego „drobni” rolnicy organizują się, by bronić rodzinnych gospodarstw, czyli takich w których właściciele sami pracują na swojej ziemi, jest ona ich głównym źródłem utrzymania i gospodarują na niej z myślą o przekazaniu jej swoim dzieciom. Tylko tacy rolnicy, ich zdaniem, naprawdę dbają o to, by ziemia którą zarządzają mogła przez kolejne dziesiątki, a nawet setki lat rodzić zdrowe plony. Tymczasem dla wielkich korporacji ziemia jest często inwestycją jak każda inna i – kiedy okaże się że jest wyjałowiona – po prostu się jej pozbędą.
W Niemczech liderzy rolni współpracują z organizacjami ekologicznymi, a także ruchami konsumenckimi, jak kooperatywy i RWSy (Rolnictwo Wspierane przez Społeczność), by razem działać na rzecz zmiany polityki rolnej. Podkreślają że dla zmiany tej polityki potrzebna jest współpraca rolników z różnymi grupami społeczeństwa. Zdają sobie sprawę, że sami niczego nie wywalczą.

Ewa Jakubowska-Lorenz
źródło: Fundacja Heinricha Boella
Artykuł opublikowany na podstawie licencji Creative Commons: CC-BY-NC-ND 4.0.
Zdjęcia Ewa Jakubowska-Lorenz/Creative Commons: CC-BY-NC-ND 4.0.
Biorąc pod uwagę wpływ masowej hodowli zwierząt na emisje gazów cieplarniach, zaskakujące jest, jak relatywnie niewiele miejsca poświęca się temu problemowi w debacie klimatycznej. Wprawdzie szacunki w tym względzie nie są zgodne, to jednak można przyjąć, iż hodowla odpowiedzialna jest przynajmniej za ok. kilkanaście procent tego typu globalnej emisji – mniej więcej na poziomie całego transportu.
Narastający problem
Hodowla przyczynia się nie tylko do emisji gazów cieplarnianych, ale powoduje także szereg innych negatywnych skutków ekologicznych. Rosnąca konsumpcja produktów pochodzenia zwierzęcego, zwłaszcza mięsa, powoduje, iż mamy do czynienia z coraz większym problemem. Spożywamy więcej mięsa z powodu wzrostu światowej populacji, ale także w przeliczeniu na głowę mieszkańca globu. W ciągu ostatnich 50-60 lat jego konsumpcja zwiększyła się aż o ok. 350%, gdy w tym samym czasie liczba ludności wzrosła o ok. 140%. Dlaczego zatem kwestia ta nie stoi w centrum naszego zainteresowania, skoro energetyka, transport, przemysł i rolnictwo, mocno dziś podporządkowane hodowli, są mniej więcej w jednakowej skali odpowiedzialne za emisję gazów cieplarnianych? Czy nasza strategia nie powinna być nakierowana na likwidację różnego typu źródeł emisji?
Odpowiedzi na te pytania padają różne. Między innymi sądzi się, że ludziom trudno przyjąć zmiany dietetyczne i mogłoby to wywołać radykalny sprzeciw. Argument ten jest mało przekonujący. Raczej nie docenia się faktu, że przemysł hodowlany to jedna z kluczowych branż gospodarki, a wykorzystanie i ubój zwierząt przynosi ogromne zyski. Wiele osób gospodarkę kapitalistyczną postrzega w kategoriach „techno-romantycznych”, gdzie jej symbolem są branże z komputerami najnowszej generacji, iPhon’ami oraz autami o napędzie elektrycznym. Rzeźnie ten wyidealizowany obraz burzą, choć zawsze były one w awangardzie zmian technologicznych. Dodatkowo biznes ten był i jest nadal wyjątkowo „zrośnięty”z władzą polityczną – za jego lobbystę robi tu często ministerstwo rolnictwa, a bywa że i środowiska.
Polska jest jednym z europejskich centrów produkcji zwierzęcej. W ciągu 10 lat (2008–2017) wydano łącznie 933 pozwolenia na budowę dużych ferm przemysłowych (210 i więcej DJP), z czego 593 tylko w ostatnich trzech latach tego okresu. (DJP to „duża jednostka przeliczeniowa” – umowne określenie liczebności zwierząt hodowlanych; 1 DJP = jedna krowa o wadze 500 kg). Podaż produktów zwierzęcych w naszym kraju szybko rośnie od kilkunastu lat. W latach 2002–2017 produkcja mięsa wzrosła o 76,4%, a mleka o 33,4%. Nawet w województwie wielkopolskim, gdzie hodowla jest tradycyjnie dobrze rozwinięta (największa w Polsce), wzrost ten analogicznie wyniósł: 48,7% i 45,9% (na podstawie danych GUS). Stało się tak za sprawą jej uprzemysłowienia.
Wzrost produkcji zwierzęcej łączy się jednocześnie z istotnymi zmianami na wsi. Dokonuje się koncentracja ziemi w rękach właścicieli gospodarstw o charakterze towarowym (powyżej 20 ha). Coraz mniej ludzi na wsi żyje z pracy na roli. Proces produkcyjny podporządkowany został potrzebom wielkich korporacji i grup kapitałowych związanych z handlem paszami i przetwórstwem produktów pochodzenia zwierzęcego. Obraz średniorolnego (5-20 ha) chłopa odwożącego kilka świń do skupu, odchodzi w przeszłość.
Nie chcemy ferm przemysłowych
Z drugiej strony rozwój nowoczesnego przemysłu mięsnego nie posiada wcale dużego poparcia społecznego ani w mieście, ani na wsi. Duża część Polaków i Polek jest przekonana o tym, że hodowla w dalszym ciągu zachowała swój przyzagrodowy charakter. Dla większości osób akceptowalne jest trzymanie w jednym miejscu co najwyżej kilkuset sztuk bydła, świń czy kur/kurczaków, gdy powszechnie funkcjonują fermy o obsadzie wielu dziesiątków tysięcy a nawet milionów (w odniesieniu do ptaków) zwierząt. Inaczej mówiąc, na podstawie badań można postawić tezę, że wiele osób dopuszcza hodowlę zwierząt raczej charakterystyczną dla gospodarstw mało- i średniorolnych, a nie towarowych i produkujących na przemysłową skalę. Jednocześnie zdają się oni nie wiedzieć, że tzw. chów przyzagrodowy ma już stosunkowo niewielkie znaczenie.
Jak wskazują wyniki najnowszych reprezentatywnych badań, które przeprowadzono w pierwszej połowie 2019 roku, poparcie dla ferm liczących powyżej 210 DJP (w polskim prawie uchodzących za duże) jest niewielkie. Za tego typu obiektami opowiada się ledwie 3,3% badanych w przypadku ferm świńskich (210 DJP realnie oznacza chów np. 1,5 tys tuczników) i 2,3% badanych w przypadku kurczaków (210 DJP to 52,5 tys. kurczaków). Po przeciwnej stronie ponad 1/4 osób akceptuje hodowlę do 100 świń i 350 kurczaków. Różnicę między opiniami mieszkańców miast i wsi nie są tu wcale duże.
Jednocześnie 48,5% mieszkańców Polski jest przeciwna fermom przemysłowym jako takim (razem odpowiedzi „raczej przeciw” i „zdecydowanie przeciw”) i wyraźnie przeważają oni nad zwolennikami, którzy stanowią 37,0% ogółu badanych (odpowiedzi „raczej za” i „zdecydowanie za”). Ale oczywiście pozostaje otwartą kwestią, co opowiadający rozumieli pod pojęciem „ferma przemysłowa”? I tutaj powinniśmy wrócić do poprzednich odpowiedzi na pytanie dotyczące wielkości hodowli. Zdecydowana większość badanych ma wyobrażenie, że do ferm zaliczamy już obiekty o wielkości poniżej (nawet zdecydowanie) 210 DJP. Z naszych ustaleń wynika, że za fermę przemysłową badani biorą zwykle wszystko, co przekracza chów przyzagrodowy, niekiedy rozumiejąc przez to hodowlę nie większą niż 100 krów, 100 świń lub 200 kurczaków.
Jak najdalej od nas
Największym problemem, zwłaszcza dla mieszkańców wsi, jest odór towarzyszący hodowli zwierzęcej. Niektóre substancje zapachowe (przede wszystkim te o właściwościach drażniących) mogą powodować dolegliwości chorobowe wśród osób narażonych na ich oddziaływanie. „Dochodzi do stymulacji nerwu trójdzielnego, czego wynikiem jest podrażnienie błon śluzowych nosa (katar), gardła (ból lub drapanie w gardle), oczu (łzawienie) oraz inicjacja reakcji obronnych organizmu ze strony dróg oddechowych człowieka (kaszel, duszności, płytkie oddechy)”. Dotyczy to często zapachów pochodzących „z rozkładu martwej materii organicznej oraz odchodów zwierzęcych”. Niektóre badania wskazują, że uciążliwości odorowe oddziałują na ludzi nawet w promieniu 5 km od źródła.
W tej kwestii zdecydowana większość badanych (58,6%) wyrażała przekonanie, że fermy przemysłowe, jeżeli już powstają, powinny być lokalizowane w odległości nie mniejszej niż 1000 metrów od zabudowań mieszkalnych, w tym znaczna część badanych (aż 39% ogółu) chciałaby je „odsunąć” nawet na odległość powyżej 2000 m. Tylko bardzo niewielki odsetek mieszkańców Polski uważa w takim przypadku odległość 500 m od zabudowań mieszkalnych za wystarczającą. Takie rozwiązanie akceptuje jedynie 6,9% badanych ogółem i 9,1% badanych na wsi. Przypomnijmy, że obecnie możemy mówić jedynie o 100 m, a w przygotowanej propozycji zmian ustawowych zakłada się odległość nie większą niż 500 m (dla ferm 500 DJP i więcej).
Często podkreśla się, że zdecydowana większość Polaków jest zwolennikami odejścia od energetyki opartej o węgiel. Na podstawie reprezentatywnych badań, których wyniki tu przedstawiono, sądzimy, że podobnie wielu mieszkańców naszego kraju odrzuca fermy przemysłowe. Istnieją także wyniki badań wskazujące, że odejście od konsumpcji mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego, mogłoby się przyczynić walnie do powstrzymania wzrostu średniej temperatury na ziemi.
Jarosław Urbański
Nota na temat badań
Badanie ilościowe, na które się powołujemy w artykule, zostało zrealizowane na zlecenie Stowarzyszenia Otwarte Klatki przez Biostat Omnibus z Rybnika na reprezentatywnej próbie dorosłych mieszkańców wszystkich województw metodą CATI (N=1000) w dwóch odrębnych turach: w dn. 2–7.04.2019 i 7–12.05.2019. Przeprowadzono także badania jakościowe (przez Zachodni Ośrodek Badań Społecznych i Ekonomicznych z Gorzowa Wlkp.) metodą kwestionariuszowego wywiadu bezpośredniego (face-to-face) w dniach 23.02.2019–4.03.2019 na próbie: dla Poznania N=110 i dla gminy Krzykosy N=110.
Zmiany rynkowe i technologiczne, geopolityka, erozja standardów demokratycznych – dziennikarstwo znalazło się w trudnej sytuacji. Maryia Sadouskaya-Komlach analizuje siły, które przekształcają krajobraz medialny w Europie i często zmuszają dziennikarzy do poświęcenia jakości i właściwych proporcji, by móc utrzymać się na powierzchni. Przekroczyło to już punkt, w którym wystarczyłyby doraźne poprawki. Wyjście z tej matni będzie wymagało ponownego odkrycia przez Europejczyków znaczenia rzetelnej informacji i ochrony dostępu do niej jako prawa.
Polaryzacja, dezinformacja i brak wiarygodności mediów są tak stare jak samo dziennikarstwo. Bardzo długo dziennikarze byli postrzegani jako nieodpowiedzialni pismacy szukający okazji do zarobienia pieniędzy na sprzedaży sensacji.
Josephowi Pulitzerowi, który dzisiaj kojarzy się z najbardziej prestiżową nagrodą dziennikarską, 10 lat zajęło przekonanie Uniwersytetu Columbia do otwarcia Szkoły Dziennikarstwa w 1912 roku. Uniwersytet wielokrotnie odmawiał przyjęcia dotacji w wysokości 10 milionów dolarów, bojąc się, że pogardzana profesja zaszkodzi jego reputacji. Próbując uzasadnić zapotrzebowanie na profesjonalną prasę, Pulitzer napisał w 1904 roku: „Nasza Republika i jej prasa powstaną razem albo razem upadną. Inteligentna, bezstronna i nastawiona na dobro publiczne prasa, z profesjonalnymi dziennikarzami wyszkolonymi w sposób umożliwiający im rozpoznanie, co jest właściwe i mającymi odwagę, aby to czynić, może ochronić tę cnotę publiczną, bez której rządy ludowe stają się fikcją i parodią. Cyniczna, merkantylna i demagogiczna prasa wytworzy z czasem naród tak samo podły jak ona sama. Moc kształtowania przyszłości Republiki spoczywać będzie w rękach dziennikarzy przyszłych pokoleń”. Oferta Pulitzera została zaakceptowana dopiero po jego śmierci.
Długa historia braku zaufania
W dwudziestym wieku dziennikarze i redakcje informacyjne dużo zrobiły, aby poprawić swoją reputację. Sektor medialny stworzył rygorystyczne kodeksy postępowania, rozbudowane instytuty i komisje etyczne. Jednak, mimo to, pod koniec drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku został oskarżony o karmienie „spolaryzowanych baniek” „fałszywymi wiadomościami” (fake news). To prawie tak, jakby historia zatoczyła pełne koło.
Niepoślednią rolę w tej historii odegrała globalizacja sfery wiadomości. Wpływ mediów wykracza dzisiaj poza politykę ich własnego kraju lub regionu. Ich oddziaływanie może być globalne. Wiadomości z ostatniej chwili, o których w przeciwnym razie nigdy byśmy się nie dowiedzieli, bombardują ludzkie umysły w każdej minucie. Ten ciągły strumień informacji zamiast współczucia generuje obojętność, lęk i polaryzację. Media społecznościowe ułatwiły docieranie do nas wiadomości, które pasują do naszych ugruntowanych opinii, ponieważ algorytmy dostarczają informacje, które ludzie albo lubią i z którymi prawdopodobnie się zgodzą, albo takie, które doprowadzają ich do szału i budzą złość. Podmioty trzecie, w tym rządy, dysponują obecnie świetnymi narzędziami do wywierania bezpośredniego wpływu na wyborców, zarówno w ich kraju, jak i poza jego granicami, pozwalającymi na ominięcie tradycyjnych platform medialnych. Dochodzenie francuskiego rządu w 2018 roku w sprawie możliwego zaangażowania Rosji w kampanię na Twitterze wspierającą ruch „żółtych kamizelek” jest tylko jednym z wielu przykładów.
Również inne zmiany grożą powrotem mediów do dziewiętnastowiecznych standardów. Zmniejszające się wpływy z reklam i problemy ze znalezieniem alternatywnych źródeł dochodów on-line skłaniają często zarządy do oszczędzania na jakości. Pośród pierwszych ofiar trwającego od pierwszych lat dwudziestego wieku kryzysu mediów znalazło się dziennikarstwo, które wymaga rygorystycznego sprawdzania faktów i analiz, w tym dziennikarstwo śledcze i relacje z zagranicy. W ciągu ostatnich dwudziestu lat zostały one zastąpione przez telewizję i formaty video typu „X powiedział/Y powiedziała”, które łączą opinie celebrytów z opiniami naukowców i ekspertów. Jak zauważył badacz z Princeton, Markus Prior w 2007 roku, „wśród widzów i słuchaczy tradycyjnych sieci informacyjnych znajdowało się wielu ludzi niespecjalnie interesujących się polityką, natomiast sieci kablowe mają tendencję do przyciągania ludzi najbardziej rozpolitykowanych i najmocniej identyfikujących się z określoną opcją polityczną. Dopasowując się do tej rzeczywistości, informacyjne kanały kablowe, które cieszą się największą oglądalnością, są jednocześnie najbardziej tendencyjne”. Najpierw telewizja kablowa, a następnie internet odciągnęły widzów od stonowanego i zrównoważonego sposobu relacjonowania wydarzeń, w kierunku poglądów, które sprzyjają politycznym podziałom i je wzmacniają.
Przez cały ten okres redakcje informacyjne wielokrotnie próbowały znaleźć techniczne rozwiązania problemów przemysłu medialnego. Dziennikarstwo iPadowe i masowe zakupy starzejących się szybko kamer kieszonkowych miały na celu redukcję kosztów przy jednoczesnym uniknięciu potrzeby inwestycji w to, o co tak naprawdę w tym interesie chodzi: dziennikarstwo. Podczas gdy wszystkie te rozwiązania okazują się zawodne, przemysł medialny nadal poszukuje następnego uniwersalnego magicznego rozwiązania. Pomyślcie o The Daily Roberta Murdocha lub inwestycjach redakcji w „wielozadaniowych” reporterów, którzy – jak miano nadzieję – będą sprawnie posługiwać się różnymi rodzajami mediów, pomimo że różne formy produkcji treści wymagają odrębnych, unikalnych umiejętności.
Koncentracja własności, brak obiektywizmu
Brak przejrzystości i koncentracja własności mediów są poważnym problemem w większości krajów europejskich. Kwestie własności w Europie są zazwyczaj nieprzejrzyste lub powiązane z wpływami politycznymi. W marcu 2018 roku Rada Europy, międzynarodowa organizacja, której zadaniem jest ochrona praw człowieka i demokracji w całej Europie, opublikowała nowe zalecenia, „zachęcające” 47 należących do niej państw do wypełnienia zobowiązań w zakresie pluralizmu mediów i różnorodności treści oraz do zapewnienia ochrony prawnej powszechnego dostępu do informacji na temat własności mediów.
Jednak w rzeczywistości nie wszystkie z państw członkowskich Rady Europy podają te informacje do wiadomości publicznej, a dostępne dane nie są zbyt optymistyczne. Według ufundowanego przez Komisję Europejską Monitora Pluralizmu Mediów (Media Pluralism Monitor), w dwóch trzecich z krajów europejskich mniej niż czterech właścicieli posiada 80% mediów. Te wyniki nie dotyczącą wszystkich państw należących do Rady Europy, lecz jedynie państw będących członkami UE i do niej kandydujących. Koncentracja własności jest szczególnie duża w sektorze telewizyjnym. W 15 krajach europejskich – z 17, które opublikowały swoje dane – 80% rynku telewizyjnego znajduje się w rękach czterech lub mniej operatorów. W sektorze wydawniczym jest to 57%.
Na Węgrzech, w Polsce i w Hiszpanii polityczna ingerencja w kwestie własności mediów jest powszechnym zjawiskiem. Zarówno w Hiszpanii, jak i na Węgrzech media, których właścicielami są zwolennicy rządu mają o wiele większe szanse na otrzymywanie reklam od przedsiębiorstw państwowych lub w jakiś inny sposób powiązanych z rządem. Na Węgrzech, powstała niedawno Fundacja Środkowoeuropejskiej Prasy i Mediów, zarządzana przez bliskiego współpracownika premiera Viktora Orbana Gabora Liszkay’a i członków partii Fidesz, otrzymała 480 mediów – gazet, czasopism, stacji radiowych i telewizyjnych i stron internetowych – w ramach „darowizny”. Premier wydał dekret, który wyłączył ten konglomerat z obowiązku przestrzegania narodowych przepisów dotyczących konkurencji, jako uzasadnienie podając, że ta grupa medialna służy „interesowi publicznemu”. W Hiszpanii, przeprowadzona w 2009 roku deregulacja i zamknięcie dziewięciu prywatnych kanałów w roku 2014, umożliwiły duopol w sektorze telewizyjnym, który doprowadził do jeszcze większej polaryzacji mediów i ich odbiorców.
Byłoby naiwnością oczekiwanie, że sytuację w Europie można naprawić poprzez wzmocnienie mediów publicznych i powielenie tego modelu w sferze on-line. Za wyjątkiem kilku krajów europejskich, takich jak Wielka Brytania, media wspierane przez państwo nie spełniają standardów równowagi, bezstronności i różnorodności. Tylko w ostatniej dekadzie, media publiczne, które próbowały utrzymać niezależność redakcyjną, były zamykane, zastraszane lub niezadowolone rządy znacznie ograniczały ich budżety. Sprawia to, że obywatele krajów europejskich są gorzej poinformowani i zmniejsza ich zdolność do podejmowania prawdziwie demokratycznych wyborów.
Rzetelna informacja dla niewielu
Media, które wybrały inną drogę i oferują płatną, wolną od reklam treść, często są podawane jako przykłady sukcesu. Aby sfinansować rzetelne dziennikarstwo, zbierają one fundusze albo poprzez systemy płatnego dostępu do dalszych materiałów, tak jak New York Times, Süddeutsche Zeitung lub Helsingin Sanomat, modele współwłasności, jak De Correspondent w Holandii, bądź też za pomocą systemów subskrypcji, tak jak Mediapart we Francji. Niektóre serwisy, na przykład holenderski Blendle, przyjmują mikropłatności za poszczególne artykuły. Inni, jak The Guardian, udostępniają całą swoją treść za darmo, ale proszą o darowizny.
Jednak pomimo tych sukcesów tego rodzaju media nie rozwiążą problemów z dostępem do informacji. Ich zależność od czytelników dokonujących płatności on-line w nieunikniony sposób sprawia, że stają się elitarne. Produkty tych środków przekazu docierają do niewielkiej grupy zazwyczaj dość zamożnych czytelników, którzy już utożsamiają się z danym podstawowym przesłaniem. Ponadto wybierając subskrypcję on-line jednego lub dwóch źródeł, które popierają, ludzie mają coraz większą tendencję do zamykania się w swoich własnych bańkach i stają się nieświadomi innych opinii, lub traktują je z lekceważeniem. W przeciwieństwie do dziewiętnastego lub nawet dwudziestego wieku rynki medialne nie mają już dłużej charakteru narodowego. A gdy rzetelne media stają się trudniej dostępne, środki masowego przekazu, które są finansowane przez podmioty trzecie, szybko zapełniają tę lukę informacyjną fałszywą treścią.
Kim są główni gracze na rynku wolności dostępu do informacji w Europie? Poza nadawcami publicznymi, ci, których nie stać na płacenie za wiadomości on-line, lub którzy decydują się tego nie robić, wystawieni są na wpływ trzech rodzajów aktorów: a) gigantycznych grup medialnych hojnie finansowanych przez struktury politycznych lub biznesowych grup interesów; b) coraz bardziej spolaryzowanych mediów, których dochody z reklam zależą od ilości kliknięć, przejawiających tendencję do dostarczania nierzetelnych, sensacyjnych lub powierzchownych treści; c) mediów aktywistycznych, które otrzymują pieniądze od organizacji politycznych, państwa lub przedsiębiorstw na realizację określonej agendy, np. dotyczącej klimatu, równości płci lub (od niedawna) NATO, USA czy Unii Europejskiej.
Podczas gdy mniejsze, niezależne i godne zaufania media walczą o przetrwanie, media finansowane przez państwa i korporacje nie muszą ograniczać dostępu masowego odbiorcy do swoich treści. Mogą bez żadnych ograniczeń agresywnie lansować swoje alternatywne prawdy. Ponieważ nie są zależne od reklamodawców, mogą tworzyć programy telewizyjne, artykuły i inne produkty, które wydają się wiarygodne. Rozwój sztucznej inteligencji pozwala nawet na używanie „głębokich fałszywek” – cyfrowo spreparowanych obrazów, które w sposób wzbudzający zaufanie wkładają nieprawdziwe słowa w usta znanych osób, lub mogą nawet symulować inwazję militarną. Dzisiaj, nie tylko z powodu napięć na Ukrainie, skupiamy się na RT (dawnej Russia Today), ale jutro może to być chińska CCTV, lub być może projekt medialny stworzony przez korporacje w celu zablokowania uregulowań prawnych dotyczących zmiany klimatu.
Sposób, w jaki rządy narodowe w rozwiniętych europejskich demokracjach reagują na handlarzy dezinformacją, jak do tej pory nie sprzyja ani merytorycznej debacie, ani niezależnemu dziennikarstwu. W obliczu presji społecznej, żeby „coś z tym zrobić”, rządy mają skłonność do używania narzędzi, które znają aż nazbyt dobrze – strategii komunikacyjnych – i angażują się w retorykę „wojny informacyjnej”. Media i blogerzy, w zamian za wsparcie ich działalności, włączyły się do gry w „wojny informacyjne”, promując „narracje” i „anty-narracje”. Wynajmuje się agencje public relations, aby uczyły profesjonalistów w dziedzinie mediów, jak dostarczyć „komunikat” poprzez „wywieranie wpływu”. Stało się to już rzeczywistością m.in. w krajach bałtyckich. Redakcje, które nie popierają tych trendów, muszą każdego dnia podejmować decyzje, czy przeprowadzić następne śledztwo dziennikarskie, czy zapłacić czynsz.
Opublikowany przez Komisję Europejską 5 grudnia 2018 roku plan ws. dezinformacji został skrytykowany przez wielu polityków za nieprzykładanie należytej uwagi do znaczenia zdrowych mediów dla informacji publicznej. Zamiast tego dokument faworyzuje cały wachlarz działań o charakterze technologicznym, edukacyjnym i prawnym.
W „wojnie narracji” jest mało przestrzeni dla dobrze poinformowanych obywateli i angażowanie się w nią jest nawet bardziej niebezpieczne niż nie robienie niczego. Odwrócenie tego trendu oznacza wzięcie odpowiedzialności za rzeczywisty stan rzeczy i uznanie, że dziennikarstwo i dostęp do informacji są zagrożone. Nieprzypadkowo dostęp do informacji jest jednym ze wskaźników Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ. Możliwość realizacji tego prawa ma kluczowe znaczenie dla pomyślnej i demokratycznej przyszłości.
Media jako służba publiczna i publiczne dobro
Sytuacja może się zmienić na lepsze tylko dzięki wsparciu – zarówno moralnemu, jak finansowemu – nastawionych krytycznie, uczciwych i zrównoważonych środków przekazu. W przeciwnym razie możemy stać się bohaterami popularnego mema z Twittera, który przedstawia młodego protestującego trzymającego baner z hasłem „Najpierw przyszli po dziennikarzy, nie wiemy, co się zdarzyło potem”.
Poprawa obecnej sytuacji wymaga współpracy pomiędzy rządami, instytucjami międzynarodowymi, społecznościami mediów i specjalistów od reklamy, oraz obywatelami. My – włączając w to Unię Europejską i Radę Europy – musimy docenić i wesprzeć pracę tych dziennikarzy – zarówno freelancerów jak i redakcji informacyjnych – którzy pozostają wierni normom i standardom zawodowym, pomimo pokusy ześlizgnięcia się do dziennikarstwa typu „wabik na kliknięcia” lub „X powiedział/Y powiedziała”. To uznanie musi być publiczne i powinno przyjąć formę nagród zawodowych i konkursów, zamiast oświadczeń z okazji Dnia Wolności Prasy lub w sprawie śmierci dziennikarstwa śledczego. Ponadto dla dobra odpowiedniego publicznego dostępu do informacji i odpowiedzialności rządów, redakcje nie powinny być traktowane jak instytucje całkowicie komercyjne, które działają na wolnym i niczym nie ograniczonym rynku. Wsparcie – w formie grantów i dotacji lub zwolnień podatkowych – dla etycznego, opartego na faktach i krytycznego dziennikarstwa ma zasadnicze znaczenie. Politycy skarżą się często na stronniczość mediów, ale trudno ukryć fakt, że to oni odnoszą największe korzyści z narastajacej polaryzacji. Zagrożenia są ogromne i najwyższy czas, by uświadomić sobie, że ograniczanie wolności mediów wiedzie nas na bardzo niebezpieczną ścieżkę.
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
źródło: Green European Journal
O zielonych miejscach pracy z Peterem Simsem i Wojciechem Szymalskim rozmawia Ewa Sufin-Jacquemart
Ewa Sufin-Jacquemart: Czy moglibyście krótko przedstawić wasze organizacje?
Peter Sims: Green House Think Tank to organizacja non-profit zajmująca się badaniem polityki, z siedzibą w Wielkiej Brytanii. Idee mogą zmienić świat, a zadaniem Green House jest kwestionowanie idei, które stworzyły świat, w jakim żyjemy, i oferowanie alternatywnych sposobów zrozumienia wyborów, jakie mamy przed sobą.
Wojciech Szymalski: Fundacja Instytut na rzecz Ekorozwoju jest jednym z liderów w Polsce w zakresie tworzenia i promocji ekologicznych idei oraz skutecznego ich wdrażania. Interesuje nas wprowadzenie zrównoważonego rozwoju do każdej dziedziny życia, i tym też się zajmujemy. Obecnie najbardziej interesującą nas dziedziną jest energetyka, ze względu na katastrofę klimatyczną, ale zajmujemy się także transportem, rolnictwem, budownictwem, turystyką.
ESJ: Rada Europejska przyjęła jako cel osiągnięcie przez Unię Europejską gospodarki zeroemisyjnej do r. 2050. Wszystkie kraje, z wyjątkiem Polski, przyjęły to wyzwanie. Polski premier Morawiecki odmówił podpisania zobowiązania, uważając je za szkodliwe dla polskiej gospodarki i polskiego społeczeństwa. Czy waszym zdaniem to stwierdzenie jest uzasadnione?
PS: To, czy odmowa premiera Morawieckiego jest uzasadniona, zależy od czasu, w którym zobowiązanie jest rozpatrywane. Gdybyśmy przyjęli bardzo krótkie ramy czasowe, np. 3,4 lub 5 lat, może tak by było, w zależności od tego, jak wycenimy efekty zewnętrzne polskiej gospodarki, a także źródła utrzymania ludzi i poziom życia.
Jeśli jednak weźmiemy średni przedział czasowy, taki jak pokolenie lub 50 lat, zaczyna to wyglądać zupełnie inaczej. W tych ramach czasowych skutki zmian klimatu wyglądają na bardzo znaczące, a koszty łagodzenia skutków i adaptacji są łatwe do oszacowania. Również wiele dodatkowych korzyści płynących z transformacji staje się wyraźnie widocznych, na przykład zmniejszenie zanieczyszczenia powietrza, dające korzyści zdrowotne.
Jeśli spojrzymy na jeszcze dłuższe ramy czasowe, na przykład czas życia człowieka lub 100 lat, wówczas jest to już całkowicie nieuzasadnione. W perspektywie r. 2100 istnieje bowiem bardzo realne zagrożenie dla systemu podtrzymywania życia na naszej planecie, zarówno ze względu na zmianę klimatu, jak utratę różnorodności biologicznej. Niezależnie od tego, czy spojrzymy na podniesienie poziomu morza o kilka metrów, zakłócenia w dostawach żywności, bardziej ekstremalne zjawiska pogodowe czy masowe migracje, jasne jest, że wpływ ten będzie większy niż perturbacje i wysiłek konieczny do przejścia do gospodarki zeroemisyjnej.
Ważne jest również, aby zarówno kraje jak i jednostki widziały szerzej niż wyłącznie siebie. W zglobalizowanym świecie, w którym potrafimy uwolnić w ciągu jednego dnia rezerwy energii z paliw kopalnych, które powstawały w ciągu milionów lat, wpływ naszych działań rozciąga się na cały świat. Emisja dwutlenku węgla uwolniona w Europie może wpłynąć, a nawet zmusić do migracji miliony, być może miliardy ludzi w innej części świata, których nigdy nie spotkaliśmy. Wielka moc wiąże się z wielką odpowiedzialnością, dlatego musimy okazywać empatię i brać pod uwagę nie tylko wpływ naszego wyboru na nas samych i przyszłe pokolenia w naszym kraju, ale także na ludzi w innych częściach świata. Są ludźmi podobnymi do nas i mają takie samo prawo do istnienia, jak my. To właśnie osoby mieszkające poza Europą, które w niewielkim stopniu – jeśli w ogóle – przyczyniły się do zmian klimatu, najbardziej odczują na sobie ich skutki.
WSz: Z naszego punktu widzenia stanowisko premiera Morawieckiego jest czysto polityczną zagrywką, związaną z grą pod głosy wyborców popierającej go formacji politycznej w najbliższych wyborach, czyli wyborach prezydenckich w 2020 r. Chodzi o wyborców z branży górniczej i energetycznej. W Polsce branża ta jest związana głównie z węglem – wydobywamy go wciąż 60-70 mln ton rocznie, a około 80% energii elektrycznej jest produkowanej z węgla. Nie dając wyraźnego sygnału, że ta branża będzie musiała się kurczyć, rząd uspokaja swoich wyborców, ale także gra do własnej bramki, bo większość tego sektora jest w rękach państwowych. Logiczne jest, że chce się jak najdłużej utrzymać dochody branży, która jest wciąż dojną krową dla skarbu państwa. Jednak coraz więcej analiz społecznych i ekonomicznych, w tym analiza Green House na temat miejsc pracy, pokazuje, że nie jest to korzystna strategia zarówno dla rządu, jak i naszego kraju. W okresie transformacji energetycznej miejsc pracy w Polsce w sektorze energetycznym będzie na pewno więcej, niż jest obecnie. Nawet po transformacji podwyższona ogólna liczba miejsc pracy może się utrzymać. Społeczne korzyści z transformacji mogą być zatem większe niż koszty.
ESJ: Jaki był cel i metodologia przeprowadzonego badania? Jakie sektory były wzięte pod uwagę?
PS:W 2018 roku Green European Foundation GEF i Green House Think Tank modelowały potencjał zatrudnienia na okres 10 lat przejścia do gospodarki zeroemisyjnej netto. Jest to tempo przejścia wymagane przez historyczny poziom emisji w Wielkiej Brytanii i globalny limit wzrostu temperatury o 1,5°C (patrz praca University of Surrey). W tym badaniu wykorzystano studium przypadku dla Isle of Wight i Sheffield City Region, opracowane podczas poprzednich projektów Green House, i zastosowano tę samą metodologię we wszystkich regionach Wielkiej Brytanii. W tym celu wykorzystano między innymi zbiory danych Eurostatu i ankiety dotyczące użytkowania gruntów CORINE. Prace dotyczyły: sektorów: odpadów i ich ponownego użycia, naprawy i recyklingu, żywności i rolnictwa, energii, transportu oraz modernizacji budynków. Oprócz modelowania ponad stu podregionów Zjednoczonego Królestwa, aby sprawdzić, czy transformacja ma efekt decentralizacyjny, pomogliśmy również Green Foundation w Irlandii i fundacji Ecopolis na Węgrzech w modelowaniu miejsc pracy związanych z klimatyczną transformacją w ich krajach.
WSz: IPCC w raporcie z października 2019 roku pokazuje, jak ważne jest nieprzekroczenie wzrostu średniej temperatury na Ziemi o 1,5 C w stosunku do ery przedprzemysłowej. Aby to osiągnąć, zdaniem IPCC, musimy przejść na całkowitą neutralność klimatyczną w 2050 r., a do r. 2030 obniżyć emisje gazów cieplarnianych co najmniej o połowę. My założyliśmy jeszcze ambitniejszy cel – zero emisji netto w 2035 r., aby uzyskać dane porównywalne do pozostałych krajów. Taki ambitny cel przyjęła zresztą niedawno Finlandia, a w Wielkiej Brytanii wiele samorządów lokalnych
ESJ: Poza danymi Eurostatu, z jakich źródeł dane zostały użyte w studium dla Polski ?
WSz: Co do Polski, to jeśli chodzi o stan obecny sektora energetycznego, transportowego czy rolnego, korzystaliśmy z danych Głównego Urzędu Statystycznego, W zakresie charakterystyki budynków w Polsce musieliśmy jednak posłużyć się częściowo danymi Europejskiego Instytutu Efektywności Energetycznej Budynków (ang. Buildings Performance Institute Europe – BPIE). Natomiast przewidywania co do przyszłości jeśli chodzi o zeroemisyjną gospodarkę w Polsce w 2035 r. trzeba było wypracować na własną rękę, ale z uwzględnieniem takich analiz i prognoz, jak te Fundacji Efektywnego Wykorzystania Energii FEWE w zakresie termomodernizacji budynków, Rewolucji Energetycznej Greenpeace i Instytutu Energii Odnawialnej (IEO) w zakresie potencjału produkcji energii z OZE, czy wreszcie naszym własnym raportem nt. alternatywnej polityki transportowej według zasad ekorozwoju.
ESJ: Wojtku, Instytut na rzecz Ekorozwoju opracował kilka lat temu raport ws. niskoemisyjnej gospodarki w Polsce w r. 2050. Czy wizja transformacji, jaką wówczas stworzyliście, jest zbliżona do tej, która posłużyła tym razem do symulacji wpływu transformacji na miejsca pracy?
WSz: Częściowo wykorzystane zostały do wykonania tej symulacji dane z tamtej analizy, więc w jakimś stopniu tak. Jednak tamta analiza była nieco mniej ambitna w zakresie celu redukcji emisji – udało się udowodnić, że ograniczenie emisji w Polsce w 2050 r. o 60% względem r. 1990 będzie stosunkowo proste i korzystne gospodarczo, natomiast o 80% będzie wymagało dodatkowego wysiłku, ale także nieszkodliwego dla gospodarki. Poza tym obydwie analizy uwzględniały podobne sektory, obydwie nie uwzględniały rolnictwa.
ESJ: Peter, jakie wyniki uzyskaliście dla Polski w zakresie tworzenia miejsc pracy dla badanych sektorów?
PS: Modelowanie, które przeprowadziliśmy na podstawie danych dla Polski, pozyskanych z pomocą Instytutu na rzecz Ekorozwoju i z danych Eurostatu, wykazało w okresie transformacji 750 000 nowych miejsc pracy netto oraz 360 000 nowych miejsc pracy w długim okresie. Uwzględniono w nim utratę miejsc pracy, na przykład z powodu zamknięcia kopalń węgla i elektrowni. W okresie przejściowym miejsca pracy są relatywnie równomiernie rozdzielone między sektory transportu, modernizacji budynków i energetyki, jednak w dłuższej perspektywie większość nadwyżki miejsc pracy znajduje się w sektorze transportu. Jest to częściowo spowodowane tym, że nie został uwzględniony sektor rolnictwa i żywności, ponieważ nie mogliśmy znaleźć niezbędnych danych. Warto również zauważyć, że modelowano tylko miejsca pracy wynikające bezpośrednio z działań transformacyjnych w każdym sektorze. Te działania będą wymagały dodatkowo wspierających miejsc pracy w produkcji przemysłowej (np. do budowy turbin wiatrowych), co może (ale nie musi) oznaczać dodatkowe miejsca pracy w lokalnych gospodarkach. Nie modelowaliśmy miejsc pracy związanych z produkcją przemysłową i miejsc towarzyszących tej produkcji, gdyż ich tworzenie zależy od wyboru gospodarczego, na przykład od tego, czy ta produkcja znajdzie się w Polsce, czy też całkowicie lub w części będzie się importować potrzebne produkty i urządzenia z innych krajów. Jest również prawdopodobne, że niektóre procesy przestaną być wysokowęglowe, a nie będą zastąpione nowymi technologiami.
Więcej informacji w języku polskim w tym zakresie można znaleźć tu: http://www.chronmyklimat.pl/wiadomosci/polityka-klimatyczna/miejsca-pracy-w-polsce-po-transformacie-energetycznej.
ESJ: Jeśli chodzi o transformację w sektorze energetycznym, jaka była wasza wizja przyszłego systemu?
WSz: Wizja przyszłego systemu energetycznego była bardzo skrajna, ponieważ chodziło o pokazanie pożądanego stanu docelowego, a nie o jakąś cząstkową analizę, która by nie dała pełnej odpowiedzi, jak będziemy pracować bez węgla. Dlatego system energetyczny jest w pełni zasilany odnawialnymi źródłami energii, a wszystkie elementy gospodarki korzystają z prądu, nawet pojazdy i ogrzewanie domów. Taki model oceniamy jako najbardziej ekologiczny, a jak się okazuje, jest on potencjalnie także najbardziej prospołeczny, bo tworzy dużo nowych miejsc pracy.
ESJ: Peter, w Polsce toczy się debata na temat energetyki jądrowej i od wielu polityków, ale także w ruchach klimatycznych, możemy usłyszeć, że nie da się osiągnąć ambitnej gospodarki zeroemisyjnej bez silnego rozwoju energetyki jądrowej. Wasza wizja nie uwzględnia rozwoju energetyki jądrowej, dlaczego?
PS: Nie, nasze modelowanie nie obejmuje energii jądrowej. Polska jest w znacznie lepszej sytuacji niż kraje takie jak Wielka Brytania, Niderlandy czy Niemcy, jeśli chodzi o możliwość osiągnięcia zerowej emisyjności netto bez energii jądrowej, ze względu na znacznie niższą gęstość zaludnienia. Zasadniczo zapotrzebowanie na energię jest związane z populacją, a wytwarzanie energii odnawialnej jest proporcjonalne do powierzchni ziemi. Oznacza to, że kraje takie jak Wielka Brytania mogą mieć nadzieję na osiągnięcie zerowej emisyjności netto bez energii jądrowej tylko dzięki intensywnemu rozwojowi morskiej energii odnawialnej.
Istnieją realne propozycje systemu energetycznego bez energii jądrowej zgodnego z celem zerowej emisyjności netto, nawet dla krajów, w których duża część ich bieżącej produkcji energii pochodzi z energii jądrowej, takich jak Francja (NegaWattSenario).
ESJ: Co z sektorem transportu, jak wyobrażaliście sobie jego ewolucję w stronę ograniczenia emisji gazów cieplarnianych?
WSz: Wiele aktualnych przejazdów samochodami prywatnymi zostanie zastąpionych przemieszczaniem się pieszo, rowerem lub transportem publicznym. Prywatni kierowcy samochodów częściowo staną się płatnymi szoferami elektrycznych autobusów komunikacji miejskiej. Opracowane zostaną programy współużywania samochodów, tzw. systemy car sharing. Auta na silnik spalinowy (ICE) zastępuje się pojazdami elektrycznymi (EV) lub, jeżeli nie jest to możliwe, pojazdami wykorzystującymi wodór lub biopaliwo. Koleje będą prawie całkowicie zelektryfikowane, zmodernizowane i przede wszystkim rozbudowane. Ulepszone zostanie utrzymanie dróg.
ESJ: A co z innymi sektorami?
PS: Sektor energii jest prawdopodobnie najklarowniejszy, gdyż dobrze zbadano związki między odchodzeniem od paliw kopalnych, inwestowaniem w odnawialne źródła energii i zarządzaniem popytem. W branży budowlanej mamy zarówno ogromne wyzwanie, jak i ogromną szansę, ponieważ Polska nie zainwestowała w gaz jako źródło energii do gotowania i ogrzewania w takim stopniu jak wiele innych krajów UE. Umożliwia to przejście bezpośrednio do pomp ciepła i wodoru, przy jednoczesnym oparciu się na rozległych lasach gospodarczych w celu zapewnienia bezpieczeństwa na obszarach wiejskich, np. poprzez produkcję biogazu z odpadów drzewnych i rolniczych. Zwiększenie odporności na wstrząsy zewnętrzne jest ważną częścią koniecznej transformacji, ponieważ nawet jeśli ograniczymy wzrost temperatury do 2*C, nadal będziemy musieli dostosować się do zmian klimatu.
Sektor odpadów, tzn. ponownego użycia, naprawy i recyklingu jest chyba najmniej klarowny. Na jednym poziomie jest to, co mówimy bezpośrednio, więcej napraw i recyklingu, ale tak naprawdę chodzi o wiele więcej. Musimy odejść od liniowego modelu ekonomicznego take, make, break (pobrać, wyprodukować, wyrzucić) w kierunku modelu cyrkularnego, a im wolniej będziemy się kręcić w tym kole, tym lepiej. Oznacza to nie rozbiórkę budynku, a następnie budowę nowego, ale renowację, dostosowanie i konserwację istniejącego budynku oraz raczej rozbiórkę i ponowne wykorzystanie materiałów niż burzenie, tam, gdzie potrzebny jest nowy budynek. Musimy skupić się na dużych oszczędnościach energii i dużych kręgach, a nie małych. Musimy myśleć w kategoriach modułowych budynków i produktów, które modernizujemy i modyfikujemy, a nie zastępujemy. Musimy odejść od idei rzeczy jednorazowego użytku i od idei „wyrzucania”.
ESJ: Peter,w swoim modelu uwzględniłeś również miejsca pracy związane ze szkoleniami i zadaniami wsparcia. Co miałeś na myśli?
PS: Ważne jest, abyśmy zdali sobie sprawę z tego, że zmiany w zatrudnieniu, których będzie wymagać transformacja, mogą potencjalnie zakłócać życie ludzi. Umiejętności wymagane w nowych miejscach pracy niekoniecznie będą takie same jak w przypadku tych likwidowanych, a osoby, które pracowały w tej samej branży, a może nawet przez dziesięciolecia w tej samej pracy, mogą wymagać wsparcia w zmieniającym się sektorze. Ważne jest, aby dostępne było bezpłatne szkolenie i wsparcie w celu zminimalizowania perturbacji w życiu ludzi.
Ponadto, ze względu na wzrost zatrudnienia netto, transformacja będzie wymagała dodatkowych osób, które obecnie nie są nigdzie formalnie zatrudnione. Niektóre z tych osób, aby podjąć pracę, mogą wymagać szkolenia, opieki nad dziećmi, opieki nad starszymi bliskimi osobami, pracy w niepełnym wymiarze godzin, mentoringu, dostosowania dostępu z powodu niepełnosprawności lub wsparcia w radzeniu sobie z problemami zdrowia psychicznego lub fizycznego. Nasze modelowanie stosuje zachowawcze mnożniki dla miejsc pracy związanych ze szkoleniami i zadaniami wspierającymi, aby jak najtrafniej przedstawić dodatkowy wysiłek potrzebny do udanej transformacji. Oszacowaliśmy na 90 000 ilość miejsc pracy potrzebnych na stanowiskach szkoleniowych i wspierających zatrudnienie.
ESJ: Czy uważacie, że te optymistyczne wyniki, uzupełnione brakującymi danymi, przekonałyby decydentów do zwiększenia ambicji i przyspieszenia transformacji, aby osiągnąć neutralność węglową najpóźniej do 2050 r.?
PS: Sądzę, że te wyniki powinny uspokoić decydentów, że istnieją możliwości gospodarcze, środowiskowe i społeczne do szybkiego przejścia do gospodarki zeroemisyjnej netto. Myślę, że dowody przedstawione przez IPCC i Breakthrough Centre, dotyczące potencjalnych konsekwencji nieograniczania wzrostu globalnej temperatury do 1,5°C, są więcej niż wystarczające, aby przekonać kogokolwiek o potrzebie działań zapobiegawczych. Pod warunkiem, że z całą otwartością spojrzą na dowody, jakich dostarcza nauka.
Wszystko to oznacza dla krajów uprzemysłowionych przejście do gospodarki zeroemisyjnej netto w ciągu następnej dekady, ponieważ mamy wyższe niż średnie historyczne emisje na mieszkańca. Jeśli kraje chcą skorzystać z możliwości gospodarczych, takich jak rynki eksportowe dla technologii zeroemisyjnych, i zminimalizować perturbacje powodowane przez transformację, czyniąc ją sprawiedliwą, muszą przyjąć ambitne, wiodące podejście. Wszystkie kraje będą musiały zmienić się w taki czy inny sposób. W pewnym momencie w nadchodzących dziesięcioleciach powstanie dla nich pytanie, czy będą samodzielnie zarządzać transformacją w swoich krajach, czy też będzie to wymuszone przez łączne oddziaływanie presji międzynarodowej, zakłóceń w handlu i wpływu na środowisko.
WSz: Jest wiele analiz które pokazują koszty i korzyści ekonomiczne czy ekologiczne transformacji. Ta analiza pokazuje prawie wyłącznie koszty społeczne, więc pod tym względem jest unikalna. Dlatego sądzę, że w czasach, w których mówi się, że coraz ważniejszy jest głos obywateli, pozytywny efekt transformacji dla liczby miejsc pracy, jaki ta analiza pokazuje, odbije się szerokim echem.
ESJ: Oto liczby dodatkowych miejsc pracy netto oszacowanych w badaniu dla Polski w okresie transformacji (2035) i długoterminowym (2035-2050). Czy moglibyście je skomentować? Dlaczego, na przykład, w sektorze transportu jest dwa razy więcej miejsc pracy w długim okresie niż w okresie przejściowym, podczas gdy w sektorze energetycznym miejsca pracy spadną w perspektywie długoterminowej, po znacznym wzroście w okresie transformacji?

Peter Sims – Climate Jobs Modelling for Poland
PS: Przyczyna różnic w ilości miejsc pracy długoterminowo i w okresie transformacji wynika z tego, że transformacja składa się z dwóch elementów. Najpierw trzeba wymienić infrastrukturę na zgodną z zerową emisyjnością netto. Obecnie wiele budynków jest ogrzewanych węglem, olejem lub gazem, używanymi też do gotowania, i będą one wymagały modernizacji, a wiele turbin wiatrowych i infrastruktury elektrycznej opartej na panelach słonecznych będzie musiało dopiero powstać. Będzie to wymagało dużego zatrudnienia w okresie inwestycji, ale dużo mniejszej ilości miejsc pracy w dłuższej perspektywie dla utrzymania nowej infrastruktury. Z drugiej strony – nastąpi zmiana zachowań i zmiana systemowa w społeczeństwie, umożliwiająca zeroemisyjny netto styl życia. Dzięki temu wraz z postępem transformacji powstanie coraz więcej miejsc pracy, zwiększając zatrudnienie, które będzie utrzymane również po transformacji. Sektory takie jak ponowne użycie, naprawa i recykling, tak jak i transport, to przede wszystkim miejsca pracy właśnie tego rodzaju, długoterminowe, ponieważ zatrudnienie w tych sektorach to przede wszystkim kierowcy i personel zajmujący się konserwacją i naprawami.
Zmieniając sposób życia społeczeństwa, podróżowania, zużycia energii, zmieniają się potrzeby zatrudnienia w różnych sektorach. Zamiast zatrudniać wielu ludzi do wydobywania paliw kopalnych i spalania ich, często w marnotrawny sposób, społeczeństwo zeroemisyjne zatrudniałoby wiele osób, aby zapewnić efektywne zużycie energii, w szczególności aby zachować energię zawartą w produktach, maszynach i infrastrukturze. Oznaczałoby to większe zatrudnienie w transporcie oraz związane z ponownym wykorzystaniem, naprawą i recyklingiem, aby dać społeczeństwu możliwość życia wysokiej jakości przy zużyciu mniejszej ilości energii, aby jednocześnie, gdy nowa infrastruktura energii odnawialnej będzie już gotowa, potrzeba było mniej ludzi do produkcji energii niż obecnie.
Warto również zauważyć, że sektor rolnictwa i żywności to kolejny sektor, w którym transformacja dotyczy głównie procesów zmian, a nie budowy nowej infrastruktury. Więc chociaż miejsca pracy w tym sektorze nie były modelowane dla Polski, to gdyby były, prawdopodobnie wyszłoby więcej miejsc pracy długoterminowych niż tych w okresie przejściowym.
WSz: Dla mnie najważniejsze jest, że liczba miejsc pracy ogółem wzrośnie. Pokazuje to bowiem, że nie mamy się czego bać, a nawet że transformacja może być ratunkiem wobec wizji przedstawianych jeszcze kilka lat temu przez takich wizjonerów jak Jeremy Rifkin, że nastąpi całkowity “koniec pracy”. Szczególnie ciekawe dla mnie jest zjawisko znacznego wzrostu liczby miejsc pracy w transporcie. Okazuje się, że korzystanie z transportu publicznego zamiast z prywatnych pojazdów może generować więcej miejsc pracy, co tylko dodaje mi argumentów za rozwojem systemów komunikacji zbiorowej. Dodatkowo jest to korzystniejsze ekologicznie.
ESJ: Wojtku,we wrześniu zorganizowaliście debatę online na ten temat. To nie pierwsza konferencja on-line (webinar) waszego instytutu. Dlaczego wybraliście właśnie taką formę promocji waszych prac i idei?
WSz: Debaty on-line to przede wszystkim okazja do obejrzenia dyskusji ekspertów na żywo, a także zadawania im pytań w trakcie debaty. Tak to było pomyślane od samego początku, choć dziś więcej osób ogląda debatę już po jej zakończeniu. Niemniej jednak ważna jest konfrontacja ekspertów w studio, w tym samym czasie. Gwarantuje ona żywą dyskusję, a czasem i kontrowersyjne wystąpienia lub nowe pomysły. Zapraszamy do oglądania kolejnych debat w 2020 r.
Debatę w całości można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=njU3ODCql2s&feature=youtu.be
Wywiad opublikowany w ramach polskiej części międzynarodowego projektu „Klimatyczne miejsca pracy: Plan na zieloną transformację” zrealizowanego przez Green European Foundation, z udziałem Green House Think Tank, Fundacji Strefa Zieleni i Instytutu na rzecz Ekorozwoju, przy finansowym wsparciu Parlamentu Europejskiego dla Green European Foundation
Dr Wojciech Szymalski jest specjalistą ochrony środowiska i działaczem ekologicznym, w latach 2011-2013 był prezesem stowarzyszenia Zielone Mazowsze, a od 2015 roku jest prezesem Fundacji Instytut na rzecz Ekorozwoju. Zajmuje się głównie problematyką transportową, klimatyczną i świadomością ekologiczną.
Peter Sims jest magistrem inżynierem w zakresie elektroniki, niezależnym autorem i badaczem brytyjskim, m.in. współautorem raportu Green House Think Tank „Unlocking the Potential of Zero Carbon” (Uwalniając zero-emisyjny potencjał). Od 2018 r. pracuje nad projektem „Climate Jobs”, w którym modeluje miejsca pracy związane z głęboką zieloną transformacją.
Ewa Sufin-Jacquemart jest prezeską zarządu Fundacji Strefa Zieleni i aktywistką Partii Zieloni. Z wykształcenia socjolożka, była też informatyczką, doradczynią ds. organizacji i metod, dyplomatką, doradczynią ds. zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw. Twitter:@esufin
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Dyskusje na temat rolnictwa ekologicznego, debaty z aktywistami ruchów klimatycznych, targ inicjatyw i wydarzenia kulturalne – 30.01.2020 r. rusza II edycja Forum Suwerenności Żywnościowej. Zachęcamy do zapoznania się z programem i dołączenia do nas podczas wydarzenia.
Z raportu ONZ z 2011 roku wynika, że ekologiczna uprawa ziemi może podwoić produkcję żywności w ciągu 10 lat, łagodząc jednocześnie skutki globalnego ocieplenia.* Niestety, jak podaje NIK, w Polsce rolnictwo ekologiczne stanowi niecałe 3% rynku, a powierzchnia takich upraw dramatycznie się kurczy.**
Nad poprawą sytuacji rolnictwa w naszym kraju, pracowaliśmy podczas I Forum Suwerenności Żywnościowej. W tym roku spotykamy się po raz drugi między 30.01. a 2.02.2020 r. w Służewskim Domu Kultury w Warszawie, by kontynuować nasze działania.
II Forum Suwerenności Żywnościowej to okazja do dyskusji na temat koniecznych zmian w podejściu do żywności oraz wypracowania rozwiązań wspierających rolnictwo ekologiczne.
Będziemy także szukać sposobów na walkę z marnowaniem jedzenia oraz gospodarką zakładającą nieograniczony wzrost. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in. aktywiści z Extinction Rebellion i Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, eksperci z Koalicji Żywa Ziemia, rolnicy i rolniczki zrzeszeni w organizacji Ekoland, ogrodnicy miejscy oraz członkowie i członkinie kooperatyw spożywczych.
Panele i dyskusje
W dobie katastrofy klimatycznej rolnictwo zmaga się z licznymi wyzwaniami, dlatego podczas Forum poświęcimy sporo miejsca na rozmowę o metodach adaptacji do obecnych warunków, w tym o rolnictwie regeneracyjnym i agroleśnictwie.
W ramach Forum spotkamy się także z ogrodnikami miejskimi. W panelu Ogrody społeczne: katalog dobrych praktyk, na podstawie doświadczeń wiodących ogrodów miejskich dowiemy się, jak zadbać zarówno o uprawę roślin, jak i społeczność ogrodników.
Natomiast aktywiści ruchów klimatycznych wezmą udział w panelu: Postwzrost, podczas którego przedstawią alternatywy dla gospodarki zakładającej nieograniczony wzrost.
Jedną z dyskusji poświęcimy tematowi przeszłości i przyszłości Wspólnej Polityki Rolnej. Podsumujemy na nim politykę rolno-żywnościową UE, jej wpływ na sytuację w Polsce oraz perspektywy rozwoju.
W dzień targowy…
Ważną część programu stanowi Targ Inicjatyw, w której oddajemy głos rolnikom i rolniczkom oraz członkom ruchów na rzecz suwerenności żywnościowej. Targ to także okazja do spotkania osób tworzących kooperatywy czy RWS-y. O swojej pracy opowiedzą m.in. członkowie zespołu Too Good To Go oraz Kooperatywy Dobrze.
Z Targu Inicjatyw skorzystają jednak nie tylko dorośli. Dla dzieci przygotowaliśmy serię zabaw oraz specjalny kącik edukacyjny.
Kultura i natura
Wśród zaproszonych gości znalazła się między innymi Katarzyna Jagiełło, która podczas Forum poprowadzi Warsztat z nadziei, inspirowany książką “Nadzieja w mroku” Rebeki Solnit.
W programie mamy też dwa spotkania autorskie – porozmawiamy z Martą Sapałą („Na marne”) oraz Agatą Michalak („O dobrym jedzeniu”).
A dodatkowo czekają nas etniczne tańce, tworzenie muralu oraz koncert zespołu Kompost!
Część wydarzeń podczas Forum nie wymaga wcześniejszej rejestracji. Wszystkich zainteresowanych tematyką ekologicznego rolnictwa i suwerenności żywnościowej zapraszamy m.in. na otwarty panel pt. Jakiego rolnictwa potrzebuje klimat?
To dyskusja dla tych, którzy rozumieją, jakie znaczenie ma dla nas klimat, a chcieliby się dowiedzieć, jakie znaczenie dla klimatu ma rolnictwo.
II Forum Suwerenności Żywnościowej to święto dobrej, etycznie wytwarzanej żywności. Wierzymy, że tylko wspólne działanie ma sens, dlatego zachęcamy Państwa do udziału.
Kim jesteśmy?
Nyeleni Polska to organizacja społeczna, która walczy o dostęp do zdrowej, etycznie wytwarzanej żywności. Tworzenie sieci kontaktów i edukacja to zadania, które realizujemy od początku działalności. Do naszych największych sukcesów możemy zaliczyć utworzenie programu Agro-Perma-Lab, organizację Międzypokoleniowego Spotkania Rolników i akcji Dlaczego nie kupuję w supermarkecie.
Więcej informacji o Nyeleni znajdą Państwo na naszej stronie internetowej.
Przypisy:
*Raport ONZ Agroekologia i prawo do żywności
**Dane pochodzą z panelu ekspertów zorganizowanego przez NIK https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/rolnictwo-ekologiczne-niewykorzystywana-szansa-polski-panel-ekspertow.html
Początki rolnictwa datują się na neolit – 10 000 do 3000 lat p.n.e. Przejście od łowiectwa i zbieractwa do uprawy roli stanowiło wielką rewolucję w historii ludzkości. Człowiek zaczął zmieniać środowisko na coraz większą skalę, dostosowywał je do swoich potrzeb, jego stosunek do przyrody uległ zmianie. Jednak szczególnie niebezpieczna przemiana dokonała się w XX wieku, kiedy to produkcja żywności stała się wielkim przemysłem, którego głównym celem stał się zysk. Duża część tego sektora gospodarki przybrała postać wielkoobszarowych gospodarstw, stosujących przemysłowe techniki uprawy i hodowli. Rolnictwo zajmuje dzisiaj blisko 40% powierzchni Ziemi wolnej od lodu, co oznacza, że ma ogromny wpływ na świat, w którym żyjemy, na krajobraz, glebę, zasoby wodne i różnorodność biologiczną (Agriculture Overwiew). W 2016 r., w artykule w „Nature”, zaprezentowano wyniki badań naukowców z Uniwersytetu Queensland w Australii oraz z Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody, w których autorzy poszukiwali głównych przyczyn wymierania gatunków (Maxwell et al. 2016). Na drugim miejscu wśród kluczowych czynników, tzw. big killer, usytuowano rolnictwo.
Współczesny model rolnictwa przemysłowego w ogromnej mierze przyczynia się do ocieplania klimatu. Rolnictwo jest źródłem emisji znacznych ilości metanu (CH4) i podtlenku azotu (N2O) – dwóch silnych gazów cieplarnianych. Emisje CH4 są głównie wynikiem procesów trawiennych zwierząt przeżuwających (przede wszystkim krów i owiec). Z kolei N2O jest emitowany do atmosfery z użytków rolnych, głównie w efekcie mikrobiologicznego przetwarzania nawozów azotowych w glebie. Emisje N2O stanowią połowę wszystkich emisji rolnych. Oba gazy uwalniają się także w trakcie składowania i rozwożenia odchodów zwierzęcych.
Produkcja żywności to także konieczność jej przechowywania, przetwarzania, pakowania, transportowania, przygotowania i sprzedaży. Na wszystkich tych etapach dochodzi do uwalniania się sporych ilości gazów cieplarnianych. Ocenia się, że od 44 do 57% wszystkich emisji gazów cieplarnianych pochodzi z globalnego systemu żywnościowego. Sama uprawa roli jest źródłem 11-15% wszystkich emisji. Przetwarzanie i pakowanie produktów żywnościowych generuje od 8 do 10% globalnych emisji, a transport żywności odpowiada za 5-6% całości światowych emisji gazów cieplarnianych. Do tego trzeba jeszcze doliczyć chłodzenie żywności i kolejne 1-2% globalnych emisji. Źródłem następnych 1-2% jest sprzedaż detaliczna produktów żywnościowych. Naszej konsumpcji towarzyszy też ogromne marnotrawstwo. Wyrzucamy średnio około 30% wyprodukowanej żywności. Dochodzi do tego w trakcie długiej drogi z gospodarstw do pośredników, przetwórni, w sklepach, restauracjach i wreszcie naszych domach. Te odpadki trafiają na wysypiska, gdzie rozkładając się wytwarzają znaczne ilości gazów cieplarnianych. Odpady z produkcji i dystrybucji żywności odpowiadają za 3 do 4% globalnych emisji gazów cieplarnianych (Skoczylas 2015).
Światowy system produkcji, dystrybucji i konsumpcji żywności jest obecnie jednym z najistotniejszych czynników destabilizujących klimat i powodujących degradację środowiska naturalnego. Jeżeli chcemy osiągnąć cel Porozumienia Paryskiego i nie dopuścić do wzrostu globalnej średniej temperatury powyżej 1,5 stopnia Celsjusza do końca wieku, niezbędne jest dokonanie gruntownej transformacji tej części gospodarki. Musi to być system, który respektuje naturalne ograniczenia planety i wykorzystuje jej zdolności regeneracyjne. W styczniu 2019 r. ukazał się raport interdyscyplinarnej komisji EAT-Lancet, której celem było opracowanie strategii zapewnienia żywności dla rosnącej populacji ludzkiej (prognozowane 10 miliardów w 2050 r.), z jednoczesnym zachowaniem globalnej równowagi klimatycznej i ekologicznej. Nie pozostawia on złudzeń. Jeżeli nie dokonamy radykalnej transformacji rolnictwa i będziemy trwać w scenariuszu business-as-usual, nie będzie możliwe dostarczenie wystarczającej ilości pożywienia dla populacji ludzkiej i czeka nas katastrofalny scenariusz zmian klimatycznych (The EAT-Lancet Commission).
Niestety pomimo coraz większej liczby raportów świadczących o kluczowym znaczeniu drobnego rolnictwa, tradycyjnych metod ekologicznych oraz demokratyzacji systemu żywnościowego dla przeciwdziałania zmianom klimatycznym i nakarmienia zwiększającej się populacji, nie ma woli politycznej do zakwestionowania przeważającego modelu przemysłowego.
Prof. Piotr Skubała
Literatura:
– Agriculture Overwiew; https://earth.esa.int/web/guest/earth-topics/agriculture; dostęp 02.11.2019.
– Maxwell S. L., Fuller L. A., Brooks T. M., Watson J. E. M. 2016. The ravages of guns, nets and bulldozers. Nature 536: 143-145.
– Skoczylas J. 2015. Rolnictwo i żywność a zmiany klimatu. „Zielone Wiadomości”, http://zielonewiadomosci.pl/tematy/energetyka/rolnictwo-i-zywnosc-a-zmiana-klimatu/; dostęp 02.11.2019.
– The EAT-Lancet Commission Summary Report: https://eatforum.org/eat-lancet-commission/eat-lancet-commission-summary-report/; dostęp 02.11.2019.
Artykuł pierwotnie ukazał się w Miesięczniku Dzikie Życie nr 12-1/2019-2020.