Z powodu zmian klimatu, w ostatnich tygodniach Arktyka zmaga się z nieznaną wcześniej falą upałów i pożarami. Jak ogłosiła Światowa Organizacja Meteorologiczna (WMO) średnia temperatura na Syberii w czerwcu była wyższa o 10 stopni niż normalnie. Z obserwowanych danych wynika, że Arktyka ociepla się dwa razy szybciej niż reszta świata. Mimo tego, koncerny energetyczne nie zamierzają wycofywać się z poszukiwań i eksploatacji znajdujących się tam bogatych złóż ropy i gazu. Decyzja Deutsche Banku zapadła pod presją aktywistów klimatycznych i organizacji zajmujących się ochroną środowiska.
W oficjalnym oświadczeniu Deutsche Bank zapowiedział, że nie będzie oferować wsparcia finansowego dla żadnych nowych projektów związanych z odwiertami ropy lub gazu w Arktyce. Dodatkowo zobowiązał się do zaprzestania finansowania inwestycji paliw kopalnych z piasku bitumicznego i szczelinowania hydraulicznego na obszarach ubogich w wodę.
Do końca 2020 roku Deutsche Bank dokona oceny wszystkich bieżących przedsięwzięć biznesowych związanych z ropą i gazem oraz zakończy do 2050 roku wszystkie projekty związane z wydobyciem węgla. Jednak nadal będzie finansował dotychczasowe projekty wiertnicze w Arktyce.
Niemiecka organizacja pozarządowa Urgewald, która zajmuje się ochroną środowiska i prawami człowieka, a ostatnio koncentruje się na wzmożonej aktywnością koncernów energetycznych w Arktyce przyjęła decyzję Banku z zadowoleniem. Jej zdaniem zapadła ona za późno i w sposób niewystarczający uwzględnia potrzeby środowiska.
Decyzja Deutsche Banku wpisuje się w politykę innych podmiotów, które zaczynają prowadzić politykę w większym stopniu klimatycznie odpowiedzialną. Goldman Sachs, Wells Fargo, Citi, JPMorgan Chase i Morgan Stanley, czyli pięć największych amerykańskich banków chce wprowadzenia zakazu prowadzenia odwiertów w Arktyce. Na całym świecie ponad dwadzieścia banków przyjęło podobne rozwiązania. Bank of America pozostaje jedynym z dużych amerykańskich banków, który wspiera plany ekspansji w Arktyce realizowane przez administrację prezydenta Donalda Trumpa.
Źródło: Common Dreams
Fot. Cheryl Strahl
Nowy Meksyk w USA to tylko jeden ze stanów, gdzie – jak się wydaje – kwitnący dotąd przemysł szczelinowania na skutek pandemii runie w przepaść.
Od zawsze wiadomo było, że przemysł naftowy i gazowy jest w stanie przetrwać tylko dzięki finansowaniu dłużnemu. Szczelinowanie jest kapitałochłonne i bardzo niewiele firm, które się w to angażują, w rzeczywistości osiąga zyski przekraczające chociażby koszt zainwestowanego kapitału.
Zawsze były one uzależnione od taniego pieniądza pozyskanego z banków Wall Street na sfinansowanie wierceń i innych operacji.
Fred Nathan jest dyrektorem wykonawczym Think New Mexico, niezależnego, bezstronnego think tanku, który działa na obszarze całego stanu. Jego misją jest „poprawa jakości życia wszystkich mieszkańców Nowego Meksyku, zwłaszcza tych, którym brakuje silnej reprezentacji w procesie politycznym”. Według Nathana, zapaść przemysłu naftowego i gazowego w Nowym Meksyku stanowi „powód do głębokiej troski” dla budżetu stanowego, ponieważ za każdym razem, gdy cena baryłki ropy spada o 1 dolar, ogólny fundusz stanu traci 22 miliony dolarów.
Jak poinformował on Truthout: „Ponad 40 procent łącznego budżetu operacyjnego Nowego Meksyku pochodzi z przychodów z ropy i gazu. Podczas ostatniej sesji [kongresu stanowego] wielu legislatorów z obu stron sceny politycznej przyznało, że jest to branża niepewna i nie można polegać na tym, że ceny ropy i gazu pozostaną stabilne”.
Dotyczy to również wielu innych stanów, takich jak Teksas, Kalifornia i Kolorado, które także znaczną część budżetu uzyskują z przychodów z tytułu zezwoleń na szczelinowanie w obrębie swoich granic stanowych.
Adwokat, pisarz i biegły księgowy Greg Rogers, będący także wykładowcą i doradcą na wydziale rachunkowości Uniwersytetu Cambridge w Wielkiej Brytanii, napisał ważną książkę „Financial Reporting of Environmental Liabilities and Risks” [Raportowanie finansowe zobowiązań i ryzyk środowiskowych]. „Jeśli kura znosząca złote jaja jest bliska śmierci, kluczowe jest, żeby o tym wiedzieć i działać z wyprzedzeniem” – ostrzega Rogers. „W którym momencie najlepiej opuścić tę grę? Lepiej trzymać się blisko drzwi wyjściowych”.
Koncerny naftowe są winne państwu miliardy dolarów z tytułu rezerw na obowiązkową likwidację aktywów (ARO). Są to finansowe zobowiązania koncernów naftowych i gazowych do sprzątania po odwiertach i ich zamykania. Coraz bardziej prawdopodobne jest jednak, że koncerny naftowe, zamiast płacić za ARO, zrzucą te koszty na państwo poprzez ogłoszenie upadłości.
Stąd też stany takie jak Nowy Meksyk, których budżet jest tak bardzo uzależniony od boomu szczelinowego, będą się raczej musiały obyć bez tych pieniędzy, a do tego będą potrzebowały setek milionów dolarów, a może nawet miliardów, aby zamknąć odwierty, jeśli nie uda się pozyskać tych środków od firm naftowych, zanim zbankrutują.
„Jeśli jednak stan tak zrobi, może to przyspieszyć zgon lokalnego przemysłu naftowego”, wyjaśnia Rogers. „I będzie to miało konsekwencje polityczne, a koniec końców stan i tak będzie musiał wystawić podatnikom potężny rachunek za posprzątanie po szczelinowaniu.”
Rodzi to ważne pytania. Czy aby sfinansować zamykanie i sprzątanie po odwiertach, trzeba będzie obciąć programy społeczne ? I czy stany w ogóle będzie na to stać bez wpływów budżetowych pochodzących ze szczelinowania?
Rogers, który pracował również jako doradca giganta naftowego BP i jego audytorów w zakresie szacowania odpowiedzialności i ujawniania informacji dotyczących katastrofy Deepwater Horizon, opisuje szczelinowanie jako „przypominające piramidę finansową typu Ponzi, która będzie działać tak długo, dopóki znajdą się nowi frajerzy gotowi podtrzymać jej wzrost”.
Rozprzestrzenianie się wirusa COVID-19 na całym świecie spowodowało znaczny spadek zarówno podaży, jak i popytu na globalne towary, ponieważ w całym USA fabryki zostały zamknięte, pracowników odesłano do domu, a firmom nakazano zaprzestanie działalności lub drastyczne skrócenie czasu pracy. Samoloty nie latają, bo ludzie przestali podróżować, i powszechnie mówi się o globalnej recesji, a nawet depresji.
Ceny ropy spadły do prawie 20 dolarów za baryłkę, co jest najniższą cena od ponad 18 lat. Tu globalna pandemia sprzęgła się z wojną cenową na rynku r ropy pomiędzy Rosją a Arabią Saudyjską. Spowodowało to nadmierne dostawy i jak na ironię, ten kryzys zaostrzony jest właśnie przez szczelinowanie. (Większość firm naftowych w Nowym Meksyku, które zajmują się szczelinowaniem, potrzebuje ceny ropy w wysokości 50 dolarów za baryłkę, żeby wyjść na zero).
Czasopismo The Financial Times opublikowało niedawno artykuł, w którym napisano: „Katastrofa naftowa to tylko przedsmak tego, co czeka przemysł energetyczny. Koniec węglowodorów jako lukratywnego biznesu jest w pełni realny. Dramatyczną tego oznaką jest obecny krach cen ropy”. W odpowiedzi na gwałtowną dewaluację cen akcji koncerny naftowe zapowiadają już poważne cięcia wydatków. Amerykańskie koncerny naftowe ścigają się teraz, żeby zrestrukturyzować swoje ogromne zadłużenie, a wojna cenowa wydaje się być przyczynkiem do licznych bankructw w całym sektorze łupkowym. W związku z załamaniem cen ropy siedem najbardziej aktywnych firm frackingowych (zajmujących się szczelinowaniem) w Teksasie obniżyło już swój budżet o 7,6 miliarda dolarów.
Wydaje się pewne, że kwitnący dotąd przemysł łupkowy w Nowym Meksyku z przyczyn ekonomicznych wkrótce runie w przepaść.
„Spłacasz starych frajerów pieniędzmi, które dostajesz od nowych frajerów, i na tym zarabiasz”, mówi Rogers. „Jest więc fundamentalny problem po stronie produkcyjnej szczelinowania. To po prostu nie jest ekonomicznie wydajne, jeśli weźmie się pod uwagę koszt kapitału. Koniec końców, wszyscy zrozumieją zasady tej gry i cały system się załamie. Chyba właśnie jesteśmy w tym punkcie.”
I to właśnie z tej branży (w przeważającej części ze szczelinowania w Nowym Meksyku) gubernatorka Nowego Meksyku Michelle Lujan Grisham pozyskuje ponad 25 procent dochodów budżetu stanowego.
Szczelinowanie zawsze było skazane na porażkę
Rob Schuwerk, były asystent prokuratora generalnego stanu Nowy Jork, jest dyrektorem wykonawczym Carbon Tracker North America. Carbon Tracker z siedzibą w Londynie to think tank badający wpływ kryzysu klimatycznego na rynki finansowe. Absolwent prawa na Yale, Schuwerk zajmował się również jako prawnik obrotem papierów wartościowych, a jedną z jego specjalizacji jest analiza, które projekty związane z wydobyciem ropy naftowej i gazu pozostaną w przyszłości ekonomicznie opłacalne.
Jeszcze przed koronawirusem czy wojną cenową w sektorze ropy naftowej kryzys klimatyczny powodował, że wiele firm związanych z wydobyciem gazu łupkowego i ropy łupkowej było na krawędzi bankructwa.
Według Schuwerka, to koniec gry pozorów. Inwestorzy wiedzą już, że o ile inwestowanie w ropę i gaz jest złe, to inwestycje w szczelinowanie są jeszcze gorsze.
Jak powiedział on Truthout: „Kiedy w 2014 roku doszło do 1-2-procentowego spadku popytu, ceny ropy spadły o połowę. Jeśli taki popyt będzie czymś trwałym, może to skutkować dość niską ceną ropy, przez co wiele z tych firm frackingowych pozostałoby bez wolnych środków pieniężnych”.
Wydaje się, że taka sytuacja ma właśnie miejsce. Budżet stanu Nowy Meksyk został już tym mocno dotknięty, a będzie prawdopodobnie jeszcze gorzej, gdy firmy zaczną składać wnioski o ogłoszenie upadłości. Schulwerk wyjaśnia, że będzie wiele tzw. „osieroconych odwiertów”, które powstają, gdy firma bankrutuje i nie jest w stanie zapłacić za ich likwidację i posprzątanie terenu..
„Jeśli więc firmy nie chcą tego robić albo nie są w stanie, to rachunek spada na państwo i podatników” – twierdzi Schuwerk. „I to jest ogromny problem, o którym mało kto myśli.”
Jak dotąd, koncerny naftowe, będąc właścicielami wszystkich aktywów, które rosły wraz z ciągłym wzrostem cen i popytu na ropę, mogły wykorzystać wpływy z kontraktów terminowych na sprzedaż przyszłej ropy na pokrycie kosztów likwidacji odwiertów po zakończeniu ich użytkowania. Ale to już nie działa, jako że w większości krajów świata zaczęła się transformacja energetyczna, wiążąca się z odejściem od ropy i gazu.
„Podczas transformacji energetycznej pojawi się fala finansowych obciążeń, które staną się wymagalne w najgorszym możliwym czasie, czyli w momencie kurczenia się rynku tych firm” – mówi Schuwerk.
I w ten sposób, ostrzega zarówno Schuwerk, jak i Rogers, państwo i podatnicy utkną w potrzasku: na nich spadną koszty sprzątania środowiska po odwiertach, a pandemia koronawirusa i równoległa globalna wojna cenowa spowodują, że dochody podatkowe drastycznie się zmniejszą.
Rogers nie jest jedyną osobą, która postrzega szczelinowanie jako formę piramidy finansowej. Podobnie widzi ten problem dziennikarka Bethany McLean, znana ze śledztwa w sprawie skandalu Enrona i kryzysu finansowego z 2008 roku, a także była felietonistka magazynu Fortune.
W wywiadzie dla „The New Yorker Radio Hour” z 2018 roku z McLean zapytała, ile energii są w stanie wyprodukować firmy naftowo-gazowe za pomocą szczelinowania bez konieczności finansowania tego tanim kapitałem z Wall Street.
„Z finansowego punktu widzenia nie wiem, czy musi się to zakończyć s katastrofą, ale z pewnością doprowadzi to do załamania, jeśli uzależnimy się od ropy i gazu w przekonaniu, że ta branża będzie rosnąć wiecznie”, powiedziałaa gospodarzowi programu. „Ludzie zapominają, że ktoś musiał zwrócić te pożyczone środki. Myślę, że podobnie jest dziś, kiedy ktoś mnie pyta: ’Dlaczego u licha Wall Street miałby finansować tych facetów, skoro to jest tak niepłacalne? Musi pani być w błędzie.’ Nie nie, nie, odpowiadam, wystarczy spojrzeć na dzieje Wall Street: sfinansowali już mnóstwo rzeczy, które na końcu okazały się całkowicie nieopłacalne”
Rogers twierdzi, że kiedy zatrzyma się wzrost i spadną ceny ropy, tak jak dzieje się to obecnie, zobaczymy, jakim złem są istniejące odwierty, bo firmy nie będą w stanie ukryć rzeczywistości za fasadą nowej produkcji.
„Stany bazujące – tak jak Nowy Meksyk – na dochodach, które one przynoszą, i miejscach pracy, które zapewniają, czeka przykra niespodzianka, kiedy wszystko padnie”.
Dlatego też część firm naftowych i gazowych zajmujących się szczelinowaniem działa tylko wtedy, gdy długoterminowe perspektywy cen ropy są optymistyczne. Rogers uważa, że to już koniec tej gry. „Myślę, że z powodu kryzysu klimatycznego i innych kryzysów wchodzimy w etap postępującego upadku amerykańskiego przemysłu naftowego”.
Podobnie jak Schuwerk, Rogers dostrzega zbiorowy efekt kilku różnych przypadków załamania na rynku, występujących równocześnie. „Zobowiązania likwidacyjne stają się wymagalne, gdy odwiert naftowy staje się nieekonomiczny i wyprodukowanie baryłki kosztuje więcej niż cena, za którą można ją sprzedać” – mówi. Konieczność opłacenia kosztów likwidacji odwiertów pojawi się dokładnie w momencie, kiedy wiele firm wejdzie w zapaść finansową. A innej opcji nie będzie”.
Kres kury znoszącej złote jaja
Według Nathana, ustawodawcy stanu Nowy Meksyk zwiększyli w ciągu ostatnich dwóch lat ogólne wydatki budżetowe o około 20 procent. Nathan powiedział też Truthout, że przychody Nowego Meksyku ze wszystkich źródeł rosną o około 3% rocznie, a wydatki także wzrastają o 3%, ponieważ konstytucja Nowego Meksyku wymaga zrównoważonego budżetu.
Ale nachodzące na siebie kryzysy doprowadziły teraz do gigantycznego problemu.
Rogers przewiduje to, co nazywa „tsunami bankructw” w Nowym Meksyku, Kolorado i Kalifornii, które wydają się nieuchronne. Trzęsieniem ziemi w tym przypadku jest szczytowy popyt na ropę i gaz. „A tsunami to rezerwa na obowiązek likwidacji aktywów, która pojawi się po trzęsieniu ziemi, którego wielu ludzi nie będzie się spodziewało” – mówi.
Ale Rogers ostrzega przed kolejną rzeczą: „Ciekawym zwrotem akcji będzie reakcja rynków finansowych, które zawsze patrzą w przyszłość i wyceniają kontrakty terminowe. Jeśli rynki zdadzą sobie sprawę ze zbliżającego się tsunami, wliczą to w bieżące koszty, a to spowoduje, że tsunami przyspieszy trzęsienie ziemi”.
„Powiedzmy, że jesteś JP Morganem i pożyczyłeś branży ropy i gazu dużo pieniędzy” – kontynuuje Rogers. “Uświadamiasz sobie, że w branży ma miejsce stały spadek, a na horyzoncie czeka 400 miliardów dolarów długu ARO, przy czym ty jesteś drugi w kolejce, bo pierwszeństwo do środków będą miały stany. Czy będziesz chciał nadal pożyczać pieniądze? Raczej nie. W ten sposób to tsunami wywoła trzęsienie ziemi. Myślę, że tak będzie w tej sytuacji”.
Co powinien zrobić Nowy Meksyk?
Na początku 2020 roku gubernatorka Lujan Grisham i ustawodawcy, zamiast pozostawić środki w budżecie i wydać je na inne cele. włożyli 320 milionów dolarów w nowy fundusz na wczesną edukację.
„To było naprawdę mądre posunięcie” – mówi Nathan. „Krytycy grzmieli, że to za dużo pieniędzy na nowy fundusz i chcieli część z nich przeznaczyć na większe wydatki z budżetu ogólnego. Z perspektywy czasu ci sami krytycy woleliby dziś zapewne, aby więcej środków zostało przekazanych na ten fundusz, a mniej na wydatki z budżetu ogólnego” – dodaje.
Jest zdania, że gubernatorka i władza ustawodawcza będą musieli do 1 lipca odbyć specjalną sesję, aby zrównoważyć budżet stanowy, jako że w chwili obecnej zakłada oncenę ropy na poziomie 50 dolarów za baryłkę, a w momencie pisania tego artykułu stanowiła ona mniej niż połowę tej kwoty.
19 marca Republikanie w Nowym Meksyku zwołali specjalną sesję kongresu stanowego, ponieważ zaczęto już odczuwać skutki ekonomiczne pandemii koronawirusa.
Nathan zauważa, że budżet Nowego Meksyku na lata 2021-2022 jest o wiele bardziej konserwatywny niż tegoroczny, a przy tym doszło do dramatycznej zmiany priorytetów wydatków. Nie jest wykluczone, że jeśli utrzyma się obecna trajektoria spowolnienia gospodarczego spowodowanego pandemią COVID-19, obecny budżet państwa w wysokości 7,6 mld dolarów może spaść o około 1,5 mld do 6 mld dolarów.
„Będzie to miało wpływ na każdego mieszkańca Nowego Meksyku, a zdecydowanie odczują to szkoły publiczne, w tym uczelnie wyższe, ponieważ wydatki na szkolnictwo stanowią obecnie około trzech piątych budżetu” – mówi Nathan.
Nowy Meksyk już się szykuje do łatania dziur, Schuwerk uważa jednak, że stan nie był wystarczająco odważny. „Wszyscy ustawodawcy spóźnili się z przeciwdziałaniem temu problemowi i powinni byli mieć odpowiednie przepisy od samego początku”.
Rogers uważa, że aby być odpowiedzialnym finansowo i ekologicznie, Nowy Meksyk musi wycenić rzeczywiste ryzyko finansowe z tytułu niewypłacalności ARO, bo w tej chwili stan nie wie, ile pieniędzy będą mu winne firmy szczelinujące po zamknięciu ich odwiertów.
Rogers twierdzi również, że Nowy Meksyk musi także określić prawdopodobieństwo tego, na ile firmy będą w stanie spłacić swój dług środowiskowy. „To zależy od tego, jak długo jeszcze ci faceci [firmy z branży naftowej i gazowniczej] będą oczarowani kurą znoszącą złote jaja” – mówi. „Jeśli zdołasz przewidzieć, że ów czas się zbliża, to będziesz miał tę przewagę, że będziesz mógł jako pierwszy wyciągnąć od tych kolesi kasę, zanim zrobią to inni. Oni prowadzą działalność nie tylko w Nowym Meksyku, ale też w innych stanach i mają innych wierzycieli. Bycie pierwszym daje pewną przewagę, pozwala wyjść przed szereg z próbą odzyskania lwiej części należności, zanim zrobią to wszyscy inni.”
Długoterminowe perspektywy dla światowego przemysłu naftowego i gazowego, przy uwzględnieniu kryzysu klimatycznego i obecnej globalnej pandemii, rzeczywiście wyglądają ponuro. Ponadto, biorąc pod uwagę, że Arabia Saudyjska i Rosja mają duże rezerwy ropy naftowej i najniższe koszty produkcji na świecie, obecny zastój na rynku ropy według Rogersa nie wróży dobrze.
„Oni rozumują w następujący sposób: Jeśli zmiany klimatyczne i transformacja energetyczna oznaczają, że ropa ma pozostać w ziemi, to na pewno nie będzie to nasza ropa – mówi. „USA nie wytrzymają przeciągającej się wojny cenowej, i oni o tym wiedzą.”
Z punktu widzenia Rogersa Nowy Meksyk powinien już teraz wycofać się z upadającego przemysłu, z którym związał tak dużą część swojego budżetu.
„Koronawirus jest idealną szansą dla Rosji i Arabii Saudyjskiej na zrobienie tego, co leży w ich interesie gospodarczym i w zakresie ich mocy, czyli na pogrzebanie amerykańskiego przemysłu naftowego i łupkowego raz na zawsze.”
źródło: Truthout
Tłumaczenie: Przemysław Stępień, redakcja Irena Kołodziej, Jan Skoczylas
Copyright © Truthout. Tekst opublikowany za zgodą redakcji.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
W czwartek 30 lipca br. w Senacie procedowany będzie rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii (druk nr 455 i 480), który wprowadza definicję „drewna energetycznego”. Projekt został przyjęty przez Sejm w dniu 16.07.2020. Ponad 60 przedstawicieli nauki, eksperci od biologii i ekosystemów leśnych, wystosowało list do Senatorek i Senatorów, oceniając „plan szerszego wykorzystania drewna z polskich lasów jako paliwa w elektrowniach oceniamy jako wybitnie szkodliwy z perspektywy aktualnej wiedzy o ochronie przyrody i biologii lasów”.
Pełna treść listu
Lasy Państwowe argumentują projekt nowelizacji ustawy o OZE potrzebą sprzedaży ściętego już drewna, na które popyt z powodu pandemii bardzo zmalał. Niemniej poszerzenie definicji drewna energetycznego będzie skutkowało paleniem w elektrowniach drzewami zamierającymi lub martwymi, których wartość rynkowa jest niewielka, ale które są bezcenne z punktu ochrony różnorodności biologicznej i adaptacji lasów do zmian klimatu. W liście naukowców czytamy:
Badania naukowe jednoznacznie pokazują, że właśnie te drzewa są kluczowe dla zachowania różnorodności biologicznej, ponieważ dostarczają setkom leśnych gatunków niezbędnych do żerowania, rozwoju i schronienia mikrosiedlisk. W drzewach zamierających częściej niż w tych zdrowych tworzą się dziuple (np. po ułamanych konarach lub w ich rozwidleniach, ale też dziuple wykute przez dzięcioły), wyłomy, deformacje pni, nisze za odstającą korą, puste przestrzenie wewnątrz pnia i inne. Te mikrosiedliska są zasiedlane przez tysiące gatunków bezkręgowców (w tym rzadkie i „pożyteczne”, np. polujące na korniki), które wyłącznie w takich miejscach znajdują odpowiednie warunki do życia (wilgotność, temperaturę, substrat w postaci próchna, itp.). Bezkręgowce te z kolei są ważnym elementem łańcuchów troficznych w lasach, będąc pokarmem innych drapieżnych bezkręgowców, płazów, gadów, ptaków i ssaków. Dziuple w zamierających i zamarłych drzewach są miejscem schronienia i rozrodu rzadkich ssaków (np. kilkunastu gatunków nietoperzy), a także kilkudziesięciu gatunków ptaków, w tym rzadkich i ginących w Polsce.
W czasie szybko postępujących i dramatycznych w skutkach zmian klimatu, nie możemy sobie pozwolić na niszczenie bioróżnorodności polskich lasów, bo to one stanowią jeden z najważniejszych buforów powstrzymujących katastrofę. Mam nadzieję, że Senat odrzuci fatalny rządowy projekt w całości. Czas by politycy zaczęli konsultować swoje projekty z ekspertami i specjalistami. Zbyt często polski parlament pozostaje głuchy na głos nauki – komentuje Radosław Ślusarczyk ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot.
Źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
Zapraszamy na spotkanie na żywo ze znakomitym amerykańskim dziennikarzem śledczym, Dahrem Jamailem, autorem książki „Koniec lodu” – prowadzenie Adam Ostolski. Symultaniczne tłumaczenie (EN/PL, PL/EN). Spotkanie odbędzie się w czwartek 30 lipca o godz. 18 na platformie Zoom.
••• Link do spotkania: https://us02web.zoom.us/j/88611561180
Dahr Jamail – ur. 1968 r., amerykański dziennikarz, wieloletni współpracownik portalu Truthout i telewizji Aljazeera, autor książek: „Beyond the Green Zone: Dispatches from an Unembedded Journalist in Occupied Iraq” (2007), „The Will to Resist: Soldiers Who Refuse to Fight in Iraq and Afghanistan” ( 2009), „Mass Destruction of Iraq: The Disintegration of a Nation: Why It Is Happening, and Who Is Responsible” (2014) oraz „The End of Ice” (2019). Był jednym z niewielu niezależnych dziennikarzy piszących reportaże z Iraku podczas amerykańskiej inwazji w 2003 roku. Jest laureatem wielu prestiżowych nagród, w tym Martha Gellhorn Award for Investigative Journalism (2008). W 2018 roku otrzymał Izzy Award za wybitne osiągnięcia dziennikarskie w kategorii mediów niezależnych (2018). Jurorzy docenili jego przełomową i wnikliwą działalność sprawozdawczą w 2017 r., która obnażyła konsekwencje militaryzmu i zagrożeń dla przyrody. Legendarny historyk amerykański Howard Zinn napisał o nim: „To znakomity dziennikarz, który kultywuje najszlachetniejszą tradycję tej profesji”.
[W książce „Koniec lodu”] „Dahr Jamail zabiera nas do miejsc, w których negowanie skutków zmiany klimatu jest niemożliwe – lodowców i społeczności rybackich, nadmorskich miast i raf koralowych, lasów na całym świecie – i informuje nie tylko o tym, co się tam dzieje, lecz także o uczuciach, jakie budzi konfrontacja z tą rzeczywistością. Każda podróż przynosi to samo odkrycie: ażeby skuteczne zakwestionować nasze niszczące Ziemię systemy społeczne, musimy być gotowi wzbudzić w sobie żal za tym, co zostało i zostanie utracone. “Koniec lodu” zmaga się ze stanem żałoby, który towarzyszy uczciwemu zaangażowaniu w sprawy świata” – Robert Jensen.
••• Link do spotkania: https://us02web.zoom.us/j/88611561180
Na stronie „Zielonych Wiadomości” można przeczytać następujące teksty autorstwa naszego gościa:
Zapraszamy serdecznie!
Rada Miejska w Norwich przyjęła na wniosek radnych Partii Zielonych uchwałę, w której domaga się wprowadzenia przez brytyjski rząd pilotażowego programu bezwarunkowego dochodu podstawowego (UBI) w ich mieście. Została ona podjęta jednogłośnie. Jamie Osborn, jeden z pomysłodawców uchwały chciałby, aby stały dochód był wypłacany wszystkim obywatelom, którzy tego potrzebują.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią koronawirusa jeszcze bardziej pogorszył sytuację, która już wcześniej nie była łatwa. Liczba ubiegających się o zasiłek zwiększyła się z 3000 osób w marcu 2019 do ponad 7200 osób w marcu 2020 roku. Wprowadzenie UBI zdaniem inicjatorów uchwały zapewni podstawy godnego życia wszystkim mieszkańcom. Uchwała nie zawiera konkretnej kwoty, jaka ma być wypłacana w ramach pilotażowego programu, powinna być jednak dostosowana do lokalnych kosztów życia.
Zwolennicy UBI wskazują, że istniejący system pomocy społecznej jest pełen luk i wiele osób, które wymagają pomocy nie otrzymuje jej. Kryzys gospodarczy wywołany pandemią koronawirusa będzie w najbliższym czasie się pogłębiał i coraz więcej osób znajdzie się w trudnej sytuacji. Ludzie mając zapewnione bezpieczeństwo ekonomiczne będą mogli więcej czasu poświęcać na kształcenie się i szkolenia oraz zakładanie własnej działalności gospodarczej. Zdaniem Jamiego Osborna UBI małby też bardzo dobry wpływ na lokalną kulturę. W Norwich istnieje wyjątkowa scena artystyczna, która może z powodu kryzysu mocno ucierpieć.
Radni chcieliby przetestować w Norwich bezwarunkowy dochód podstawowy, tak aby w przyszłości mógł być on wprowadzony w innych częściach Wielkiej Brytanii. Radny Jamie Osborn zapowiedział również, że uchwała jest tylko pierwszym krokiem na drodze do wprowadzenia UBI. Zapewnił, że będzie współpracował z innymi lokalnymi i krajowymi organizacjami, aby skłonić rząd do wdrożenia postulowanego w uchwale programu pilotażowego.
Fot. John Fielding
Skutki zmian klimatycznych są w Polsce coraz mocniej odczuwalne. Po wydłużających się co roku okresach suszy, ulewne deszcze skutkują licznymi powodziami. Działania rządu nie uwzględniają tych zmian w wystarczającym stopniu a podejmowane działania są niewystarczające. Dlatego Koalicja Ratujmy Rzeki wystosowała 22 lipca 2020 roku list do Pana Marka Gróbarczyka, ministra Gospodarki Morskiej oraz Pana Przemysława Deca, Prezesa Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie, w którym przedstawiła swoje postulaty i zaproponowała spotkanie, na którym strona społeczna mogłaby zaprezentować swoje propozycje skutecznej walki ze skutkami powodzi w Polsce.
List Koalicji Ratujmy Rzeki:
Szanowny Panie Ministrze,
Szanowny Panie Prezesie,
W związku ze szkodami spowodowanymi przez tegoroczne powodzie zwracamy się do Panów z apelem o zmianę podejścia do usuwania szkód powodziowych i wdrożenie zasady przeprowadzania analiz wariantowych przed każdą decyzją o odbudowie zniszczonej infrastruktury. Doświadczenia kolejnych powodzi pokazują wyraźnie, że w wyniku wylewów rzek i potoków zniszczeniu ulegają najczęściej te same obiekty w tych samych miejscach. Po odbudowie są one narażone na kolejne straty i zniszczenia w czasie kolejnych powodzi. Uważamy, że w takich przypadkach – wszędzie gdzie jest to możliwe – należy zrezygnować z dotychczasowej praktyki “odbudowy za wszelką cenę” i wdrożyć program wykupu i odszkodowań umożliwiający odsuwanie infrastruktury w miejsca o mniejszym ryzyku powodziowym (np. odsunięcie drogi, zamiast zasypywania wyrw i odbudowy drogi w tym samym przebiegu, wykup nieruchomości i wsparcie dla budowy domu w nowej lokalizacji zamiast praktykowanych dotąd dotacji na odbudowę domu w dotychczasowej lokalizacji).
Dlatego apelujemy o systemową zmianę podejścia do odbudowy infrastruktury w miejscach o najwyższym ryzyku wystąpienia powodzi, zaczynając od przygotowania interdyscyplinarnego, angażującego wszystkich interesariuszy, kompleksowego programu zmniejszania strat powodziowych. Program powinien obejmować m.in. analizę możliwości wykupu gruntów i infrastruktury na terenach o najwyższej częstotliwości powodzi i najwyższych stratach w wyniku powodzi, system odszkodowań za grunty zabrane przez wodę zamiast odtwarzania koryta i ustawicznego umacniania brzegów, wykupy gruntów przylegających do rzeki i narażonych na erozję podczas następnych wezbrań.
W zakresie odzyskiwania terenów zalewowych i poprawy bezpieczeństwa powodziowego w dolinach rzek w opinii Koalicji Ratujmy Rzeki program powinien obejmować:
1. Przeprowadzenie pełnej inwentaryzacji obszarów w dolinach rzek pod kątem możliwości wykorzystania powierzchni należących jeszcze do Skarbu Państwa, w tym pozostających w administracji Lasów Państwowych i Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (również gruntów wydzierżawionych obecnie innym podmiotom) do budowy polderów przeciwpowodziowych i rozszerzania rozstawu obwałowań – najpóźniej do końca 2021 roku;
2. Przygotowanie analiz ekonomicznych i społecznych dla rozszerzenia obwałowań i budowy polderów przeciwpowodziowych na terenach administrowanych przez LP i KOWR, a chronionych obecnie wałami przed wylewami rzek wraz z porównaniem kosztów zalania terenów użytkowanych rolniczo i lasów oraz niżej położonych terenów zurbanizowanych/miejskich – najpóźniej do końca 2022 roku;
3. Realizacja inwestycji zwiększających retencję powodziową i zmniejszających ryzyko zalania terenów zurbanizowanych poprzez likwidację obwałowań lub rozszerzenie ich rozstawu lub budowy polderów na terenach leśnych i otwartych pozostających własnością Skarbu Państwa, z wykorzystaniem środków krajowych i funduszy UE w okresie 2020 – 2027;
4. Wprowadzenie zmian prawnych i administracyjnych oraz uruchomienie państwowego funduszu wykupu gruntów prywatnych na terenach najbardziej zagrożonych powodzią, szczególnie gospodarstw i domów częstokrotnie zalewanych, których właściciele przy pomocy Państwa mogą odbudować swoje gospodarstwa lub zbudować nowe domy na terenach bezpiecznych;
6. Wykup terenów najczęściej dotkniętych powodziami z przeznaczeniem na zwiększenie retencji dolinowej i włączenie ich w system poprawy bezpieczeństwa powodziowego (np. poprzez odkupywanie przez PGW WP gruntów “zabranych właścicielom” przez rzekę, likwidację obwałowań, rozszerzenie ich rozstawu lub budowę polderów przeciwpowodziowych).W imieniu Koalicji Ratujmy Rzeki, skupiającej organizacje od lat realizujące działania na rzecz ochrony przyrody i wykorzystania naturalnej retencji w ograniczaniu skutków powodzi i suszy, deklarujemy chęć spotkania i współpracy przy przygotowaniu i wdrażaniu takiego Programu.
Prosimy o możliwość spotkani z Panem Ministrem i Panem Prezesem, aby szczegółowo omówić ten temat i przedstawić nasze propozycje.
Z poważaniem
/Organizacje sternicze w imieniu Koalicji Ratujmy Rzeki/
Fundacja Greenmind – Jacek Engel, Prezes Zarządu
Fundacja WWF Polska – Piotr Nieznański, Dyrektor ds. Polityki Środowiskowej
Sekcja Przyjaciół Raby Koła Raba Polskiego Związku Wędkarskiego – Paweł Augustynek Halny, Przewodniczący
Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA – Radosław Gawlik, Prezes
Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne Klub Gaja – Jacek Bożek, Prezes
Towarzystwo na rzecz Ziemi – Karol Ciężak, Członek Zarządu
Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć – Izabela Zygmunt, Specjalistka ds. transformacji energetycznej
Foto. Adam Guz
Przesłanie z okazji Światowego Dnia Ochrony Środowiska, 5 czerwca 2020 r.
31 maja, kiedy ludzie umierali podczas pandemii coronawirusa, kiedy miliony ludzi straciło źródło utrzymania i głodowało na skutek „lockdownu”, kiedy miliony demonstrowały w kolejnych miastach w USA, aby zaprotestować przeciwko przemocy i brutalności policji, po zamordowaniu George’a Floyda przez policję w Minneapolis, miliarder Elon Musk wystrzelił Space X.
Był to dla mnie brutalny pokaz siły, nieposkromionej pychy i bezduszności jednego procenta najbogatszych ludzi, którzy doprowadzili ekosystemy, społeczności, wspólnoty narodowe i całą ludzkość na skraj katastrofy.
Musk chce w ciągu najbliższego wieku zbudować na Marsie „samowystarczalne” miasto Space X dla uprzywilejowanego ułamka ludzkości. Ignoruje fakt, że nie ma Planety B, że Ziemia jest naszą jedyną żyjącą planetą, że ona jest Gają, że jest żywa.
Musk mówił o swoim wzruszeniu podczas startu Space X. Potężni ludzie żywią „uczucia” do swoich maszyn, a nie do ludzi i innych istot. Mówią o ludzkości stającej się „cywilizacją wyruszającą w przestrzeń kosmiczną i gatunkiem multiplanetarnym”. Wciąż zaprzeczają temu, że jesteśmy Ziemianami i Ziemiankami, dzielącymi życie z innymi istotami na tej ziemi, która jest naszym wspólnym domem.
Wygląda na to, że miliarderzy, którzy naruszyli naturalne ograniczenia naszej planety i przyczynili się do zniszczenia ziemi oraz do niesprawiedliwości i nierówności społecznych, chcą teraz „uciec” od swojego człowieczeństwa i zagrożenia wymarciem, za które są współodpowiedzialni.
Ich obowiązkiem, jako członków ziemskiej społeczności, jest dbanie o ziemię, nie zaś eksploatowanie jej, a następnie, gdy jest już zniszczona, decyzja o pozostawieniu jej i kolonizacja innych planet.
Za pieniądze, które Musk pakuje w Space X można by było nakarmić miliony ludzi i zaangażować ich w twórczą pracę na rzecz regeneracji Ziemi – naszego wspólnego domu – sprawiając, że nadawałaby się do życia dla obecnego i przyszłych pokoleń, wszędzie.
Szóste wielkie wymieranie jest zjawiskiem spowodowanym przez człowieka: jego przyczyną jest bezgraniczna chciwość nielicznych.
Weźmy tylko jeden przykład, pomimo że przedstawia się go jako wzór „zielonej” gospodarki – nieograniczony apetyt na lit należącego do Muska przemysłu elektrycznych samochodów, doprowadził do ekspansji kopalni litu w Północnym Tybecie, Południowej Ameryce, Chile i Boliwii. Szacuje się, że w związku ze wzrastającym popytem na elektryczne auta, do roku 2025 zapotrzebowanie na lit wzrośnie ponad dwukrotnie, co spowoduje ogromne szkody dla środowiska i lokalnych społeczności.
Według byłego prezydenta Boliwii, Evo Moralesa, motywem zamachu stanu, który odsunął go od władzy, było wydobycie litu. Zamach nastąpił tydzień po nacjonalizacji przez Moralesa kopalni litu 4 listopada 2019 roku – były prezydent ogłosił, że lit jest własnością narodu boliwijskiego, a nie międzynarodowych przedsiębiorstw, i anulował umowę z niemiecką firmą ACI Systems Alemania (ACISA) . Decyzja ta poprzedzona była tygodniami protestów mieszkańców rejonu Potosi, gdzie w solnisku Salar de Uyuni znajduje się od 50 do 70% światowych zasobów litu. ACISA zaopatruje w baterie należącą do Muska Teslę i w konsekwencji zamachu stanu ogromnie wzrosła wartość akcji tego przedsiębiorstwa.
Kiedy bogaci i posiadający władzę udaremnili wiążący traktat w sprawie zmian klimatu w Kopenhadze w 2009 roku, Evo Morales zwrócił się do Konferencji Stron, przypominając wszystkim, że przedmiotem negocjacji rządów miały być sposoby na ochronę Matki Ziemi, a nie prawa trucicieli. Ogłosił, że aby przeciwstawić się zaistniałej sytuacji zwoła ludowy Szczyt ws. Zmian Klimatu i Praw Matki Ziemi. Miałam zaszczyt pracować z grupą powołaną przez rząd Boliwii w celu przygotowania projektu Powszechnej Deklaracji Praw Matki Ziemi.
Jako obywatele i obywatelki Ziemi mamy wybór – albo kierować się rynkowymi prawami chciwości i nieograniczonych zysków, albo prawami Ziemi.
Kiedy planujemy gospodarkę po pandemii COVID-19, powinniśmy wziąć po uwagę pełne ekologiczne, społeczne i polityczne koszty dostępnych możliwości i dokonywanych przez nas wyborów. To właśnie poprzez ukrywanie rzeczywistych kosztów dla ziemi i ludzi, świat mega korporacji gromadzi swoje bogactwo, coraz bardziej polaryzując społeczeństwo, odmawiając milionom ich podstawowych praw, podkopując demokrację, zwiększając swój ślad ekologiczny i obarczając tymi kosztami ziemię i społeczności, które znajdują się w najtrudniejszej sytuacji.
Jak zwykle kolonizatorzy opuszczają miejsca i tereny, które zniszczyli i zanieczyścili, i odkrywają nowe kolonie, aby je zająć i eksploatować, chełpiąc się tym jako kolejnym krokiem w rozwoju, rozwiązaniem ekologicznych i społecznych kryzysów, do których sami się przyczynili – znajdują inne miejsca i innych ludzi, aby ich zdominować, a następnie ograbić.
Cecil Rhodes, który doprowadził do kolonizacji Zimbabwe (przedtem Rodezja), wyraził to wprost: „Musimy znajdować nowe ziemie, z których będziemy mogli z łatwością uzyskać surowce i jednocześnie tanią, niewolniczą siłę roboczą, dostępną wśród mieszkańców kolonii. Kolonie będą również stanowiły wysypisko, pozwalające nam pozbyć się nadwyżek towarów wyprodukowanych w naszych fabrykach”.
Jest to nadal model gospodarki jednego procenta. Instrumenty generowania zysków i kolonie mogą się zmieniać, lecz wzorzec kolonizacji pozostaje ten sam – rabuj i kradnij to, co należy do innych, spraw, żeby stało się twoją własnością, pobieraj czynsz od pierwotnych właścicieli, przekształć wysiedlonych w tanią, niewolniczą siłę roboczą dostarczającą tanich surowców i zrób z nich konsumentów twoich produktów przemysłowych.
Dla Elona Muska koloniami są zarówno Mars, jak i kraje bogate w lit. Dla Billa Gatesa i Big Tech (giganci technologiczni – przyp. tłum.) nowymi koloniami są nasze ciała i umysły, tak jak to zostało zapisane w patencie nr WO2020/06060, przyznanym miliarderom przez Światową Organizację Własności Intelektualnej (WIPO) w trakcie „lockdownu” podczas szczytu zachorowań na korona wirusa pod koniec marca. Jest to następny krok w realizacji planu gigantów technologicznych zmierzającego do cyfryzacji świata, w którym ludzi i ich pracę uznaje się za „bezużytecznych” i redukuje się ich do „użytkowników” maszyn.
Cyfrowa dyktatura opiera się na założeniu, że 90% procent ludzkości to tania siła robocza, którą zawsze można wymienić, i nie poczuwa się do obowiązku dbania o sprawiedliwość społeczną czy prawa człowieka. Cyfrowa dyktatura nie jest gospodarką podtrzymującą życie i zapewniającą środki do życia. Może ona funkcjonować przez kilka lat dzięki ekstrakcji danych z naszych umysłów i ciał, jako tzw. „kapitalizm inwigilacyjny”, ale ponieważ nie tworzy warunków, które umożliwiają podtrzymywanie życia w gospodarce natury i zapewniają spełnienie podstawowych potrzeb w gospodarce ludzi, ponieważ nie wzmacnia naszego zdrowia, nie karmi naszych ciał i umysłów czy naszej kreatywności, wolności, ani nie przyczynia się dobrostanu naszej planety – zniszczy ona gospodarczą i społeczną podstawę gospodarki i naszej przyszłości jako rodzaju ludzkiego.
Zaprzeczanie ekologicznym procesom, które podtrzymują gospodarkę i eksternalizacja kosztów społecznych i środowiskowych, prowadzą do ekologicznego załamania.
Terminy „economy” (gospodarka) i „ecology” (ekologia) pochodzą od tego samego greckiego słowa „oikos”, które oznacza nasz dom, zarówno nasz planetarny dom, jak i konkretne miejsca, które nazywamy domem. Ale to, co dzisiaj nazywamy gospodarką niszczy nasz wspólny dom.
Arystoteles zdefiniował „oikonomię” jako „sztukę życia”. Odróżnił ją od „sztuki zarabiania pieniędzy” , którą nazywał „chrematistics”.
Gra, w którą grają miliarderzy, nie zasługuje na to, by ją nazywać gospodarką, zarówno w znaczeniu troski o dom, jak i sztuki życia. Jest to ekstrakcyjne zarabianie pieniędzy – brutalna i pozbawiona jakichkolwiek skrupułów pogoń za zyskiem – w konflikcie z życiem i kreatywnością.
Cyfrowi giganci celowo wprowadzają nas w błąd, mówiąc o „dematerializacji”, tak jakby cyfrowa gospodarka miała być napędzana rozrzedzonym powietrzem, bez zużywania zasobów i energii. W rzeczywistości jest ona niezwykle energochłonna i prowadzi do ogromnych strat społecznych i ekologicznych. Technologie cyfrowe są dzisiaj źródłem 4% procent emisji gazów cieplarnianych (GHG) i ilość zużywanej przez nie energii wzrasta każdego roku o 10%. Transfer danych jest odpowiedzialny za ponad połowę negatywnego wpływu cyfrowej technologii w skali globalnej, stanowiąc 55% jej rocznego zużycia energii. Każdy przetransmitowany lub zmagazynowany bajt wymaga wielkoskalowych i pochłaniających mnóstwo energii terminali i infrastruktury (bazy danych, sieci). Ten ruch zwiększa się obecnie o 25% rocznie. Jak dużo czasu upłynie zanim ekologiczne koszty cyfryzacji każdego aspektu naszego życia doprowadzą do załamania pozostałych ekosystemów i wymarcia żyjących gatunków?
Wszystkie demokratyczne społeczeństwa i ich obywatele muszą ocenić te koszty i doprowadzić do tego, by zasady „ostrożności” i „zanieczyszczający płaci” były stosowane w odniesieniu do cyfrowej gospodarki. Aby zanieczyszczający nie uciekali od swojej ekologicznej i demokratycznej odpowiedzialności, a dyktatorzy nie narzucili nam ich „kapitalizmu inwigilacyjnego”.
Jest możliwe wyjście poza kolonizację i poza wymieranie, które najpierw doprowadziły do unicestwienia innych gatunków i kultur – a teraz zagrażają wymarciem całego ludzkiego gatunku.
Zamiast podążać za bogaczami, którzy ignorują Ziemię i chcą z niej uciec, powinniśmy jako ludzkość wybrać ścieżkę powrotu do Ziemi – w naszych umysłach, naszych sercach i w naszych życiach – jako jedna Ziemska Społeczność z potencjałem współtworzenia, współwytwarzania i regeneracji, i pozwolić Ziemi na podtrzymywanie życia nas wszystkich. Jest to ścieżka prowadząca do odzyskania naszych twórczych mocy, abyśmy mogli ukształtować nasze gospodarki i demokracje od podstaw. Jest to praktyka Demokracji Ziemi.
Musimy odejść od antropocentryzmu i uznać, że wszyscy ludzie i wszystkie istoty są członkami jednej Ziemskiej Rodziny. Przekonanie o wyższości ludzi nad innymi gatunkami i niektórych ludzi nad innymi, o odmiennym kolorze skóry, innej płci czy religii, jest przyczyną przemocy wobec kobiet, osób czarnoskórych i ludów tubylczych. Służy jako usprawiedliwienie eksterminacji gatunków i kultur. To ono doprowadziło do zabójstwa George’a Floyda i wielu przed nim. I to właśnie antropocentryzm jest podstawową przyczyną kryzysu wymierania.
Musimy odrzucić założenie, że gwałcenie ograniczeń planety, ekosystemów i gatunków oraz praw człowieka jest miarą postępu i wyższości – i przejść do budowania gospodarek opartych na respektowaniu ekologicznych praw i ograniczeń, a także praw najuboższych ludzi i najsłabszych dzieci.
Musimy przejść od postrzegania kapitału i technologii jako mistrzów nowej religii zarabiania pieniędzy – „chrematistics” – do świadomości, że są one jedynie środkami, którymi trzeba w sposób demokratyczny zarządzać i które należy poddać regulacjom prawnym, aby służyły wyższym ekologicznym i ludzkim celom.
Musimy przejść od ekstraktywizmu jako podstawy gospodarki, do solidarności i dzielenia się jako podstaw stabilnych społecznych gospodarek obiegu zamkniętego.
Musimy sprzeciwić się przejmowaniu naszych dóbr wspólnych przez 1% najbogatszych ludzi i odzyskać je dla dobra ogółu i pomyślności wszystkich.
Ludzkość musi wybrać życie i zadbać o nasz wspólny dom, Ziemię i siebie nawzajem – i odnowić Planetę, zasiewając w ten sposób ziarna naszej wspólnej przyszłości.
„Jedynie jako jedna ziemska społeczność i jeden gatunek ludzki, zjednoczeni w naszej różnorodności, zdołamy przetrwać i oddalić się od krawędzi przepaści – uwolnić się od destrukcyjnych, prowadzących do ekologicznej zagłady i ludobójstwa, rządów jednego procenta i halucynacji mechanicznych umysłów. Jeden procent doprowadził nas do tego miejsca jak owce na rzeź. Ale możemy obrócić się i odejść – ku wolności. Aby żyć jak wolni ludzi. Aby myśleć jak wolni ludzie. Aby jeść jak wolni ludzie. Wysiew naszej przyszłości jest w naszych umysłach, naszych sercach i w naszych rękach”.*
*Oneness vs 1%—Shattering Illusions, Seeding Freedom, Women Unlimited, New Internationalist
Przełożył: Jan Skoczylas
źródło: Common Dreams
Artykuł opublikowany na podstawie licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 License.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Relacja ludzkości z naturą była tematem, dostarczającym ekopolityce szeroką, materialną bazę do analizy przeszłości. Problemy z funkcjonowaniem tej relacji sprawiają, że analiza ta staje się coraz bardziej potrzebna. Filozof Pierre Charbonnier pokazuje trzy siły, kształtujące oblicze ekologii politycznej – zielony socjalizm, radykalną krytykę nowoczesności oraz elitarną technokrację. Choć ich diagnozy fundamentalnie się od siebie różnią, to od ich współpracy zależy dziś naprawdę wiele.
Zakończoną w roku 2020 dekadę można określić jako czas globalnego lenistwa w zakresie ochrony klimatu. Nasza niezdolność do transformacji systemów ekonomicznych w stronę ich funkcjonowania w obrębie ograniczeń ekosystemowych niewątpliwie definiować będzie opis początku XXI wieku.
Porażkę tę można wytłumaczyć rozziewem między istniejącymi strukturami politycznymi, nakierowanymi na konkurencyjność i produktywność (co służyć ma polityce zatrudnienia), a imperatywami środowiskowymi i klimatycznymi, wyznaczonymi przez nauki o ziemi. Lekceważenie negatywnych kosztów zewnętrznych taniej energii, umożliwiającej funkcjonowanie aktualnie funkcjonujących łańcuchów dostaw, staje się dziś niemożliwe. Co więcej – wysiłek ekonomiczny, podejmowany w celu odpowiedzi na naszą potrzebę sprawiedliwości społecznej czy materialnego dobrobytu zagraża realizacji tychże potrzeb. Naszą epokę charakteryzuje rozziew między strukturami, które odziedziczyliśmy, a tym, co rysuje się już na horyzoncie.
Staliśmy się dziś więźniami systemów technologicznych i ideologicznych, stworzonych w dużej mierze w nieistniejącym już dziś świecie obfitości i stabilnego klimatu
Świat, w którym przyjdzie nam żyć będzie fizycznie różnił się od tego, który doświadczały poprzednie pokolenia – ale mimo tego faktu spora część myślenia, kształtującego podejmowane dziś decyzje polityczne, wciąż wywodzi się z tego utraconego przez nas świata. Szczególnie tyczy się to kwestii praw własności oraz dążenia do ciągłego podnoszenia produktywności. Współczesne subiektywności, objawiające się w sferze prywatnej i napędzane technologiami indywidualnej mobilności wydają się odległe od potrzeb i możliwości dnia dzisiejszego. Świat, który rodzi się na bazie tego projektu czyni sporą jego część nieaktualną.
Część problemu tkwi w tym, iż przeszacowujemy skalę naszego uzależnienia od dotychczasowych wzorców myślenia i działania. Historia uczy nas, że opierające się na wzroście społeczeństwa nie omijają konflikty – są one bowiem produktem kruchej równowagi między nauką, technologią i polityką, w obrębie której istnieje potencjał do zaistnienia ruchu oporu wobec niej. Bezwład dużych systemów technologicznych oraz ideał postępu nie powinny być mylone z nieuchronną koleją rzeczy. Nasza relacja z przyszłością oraz narzędziami, które mogą służyć zmianom, powinna zostać na nowo przemyślana.
Jednym z problemów – zarówno politycznym, jak i intelektualnym – jest ustalenie, co dokładnie odziedziczyliśmy, co z tego warto zachować, a co odrzucić. Odpowiedź zależy od naszego punktu wyjścia. Z tego też względu ekologii politycznej ściśle towarzyszy myślenie o czasie, którego horyzont stawia na głowie kryzys klimatyczny.
Kreślenie rozwiązań
Przydatne w myśleniu o stojących przed nami wyzwaniach politycznych są co najmniej trzy perspektywy czasowe. Na poziomie długoterminowym zazielenianie społeczeństw powinno być traktowane jako przejęcie struktur, które kształtują nasze relacje z naturą. Zgodnie z tym spojrzeniem celem staje się powrót do korzeni projektu nowoczesności oraz renegocjacja naszych relacji z istotami żywymi i ze światem. W perspektywie średniookresowej, ważnej z punktu widzenia przemysłowego kapitalizmu i jego krytyków, ekologia polityczna może być postrzegana jako nowy głos na rzecz okiełznania kapitału i sprawiedliwości społecznej. Patrząc się z kolei krótkoterminowo, biorąc pod uwagę powojenne Wielkie Przyspieszenie oraz zmianę pozycji gospodarczej Azji, wizja technokratyczna kładzie nacisk na zakończenie wzrostu zużycia paliw kopalnych przez globalne supermocarstwa poprzez finansowanie dekarbonizacji sektora produkcji.
W zależności od przyjętej przez nas skali czasowej przed oczami pojawiają się nam różne polityczne imaginaria, narzędzia na rzecz zmian oraz apelujące o ich użycie ruchy. Powodzenie zielonej transformacji zależy od współpracy tych trzech projektów i ich zdolności do tego, by nie traktować siebie nawzajem z pogardą.
Najwięcej przestrzeni zajmuje dziś ta pośrednia perspektywa. Główny napęd dla politycznego podejścia do ekologii dostarczają dziś środowiska tradycyjnej lewicy, mające swoje korzenie w ruchu pracowniczym i poszukujące nowej, wielkiej opowieści po klęsce projektu lewicowo-populistycznego. Różne wersje Zielonego Nowego Ładu łączy wizja spójnej odpowiedzi sektora publicznego na wyzwania ekologiczne. ZNŁ odzwierciedla przekonanie, że moc kapitału może być ograniczona jedynie poprzez interwencje rządów, wsłuchujących się w równościowe żądania – i że żądań tych nie da się oddzielić od okiełznania opartego na paliwach kopalnych systemu ekonomicznego. Podobnie jak prawo pracy czy sieć zabezpieczeń społecznych stanowiły odpowiedź na wady przemysłowego modelu rozwojowego, tak dziś projekt socjalistyczny odpowiadać musi na szkody, jakie czynione są w środowisku.
W opublikowanym niedawno manifeście „Planeta do wygrania” (A Planet to Win) widać, że związek aktywizmu ekologicznego i socjalizmu opierać się ma na odświeżeniu tradycyjnego języka walki klasowej. Jego głównym założeniem jest to, że rosnącej niepewności ekonomicznej towarzyszy również rosnąca niestabilność ekologiczna, a konflikty związane z nierównościami ostatecznie staną się również konfliktami środowiskowymi. W czasie, gdy osoby z klasy pracującej zostały w dużej mierze przekonane przez konserwatywny neoliberalizm Trumpa czy brexitowców, którym skutecznie udało się zhakować opowieść o ochronie i społeczności (zrównywanej dziś z tożsamością), wyzwaniem staje się odzyskanie rządu dusz w tej grupie. Jasno widać, że strategia ta opiera się na dziedzictwie dziewiętnastowiecznej rewolucji przemysłowej – i że ogranicza ją dawna wiara we wzrost i rozwój przemysłowy.
Sprawiedliwość społeczna z kolei zależy dziś od resetu systemu i, za pomocą gwarancji zatrudnienia, na uniemożliwieniu szantażu ekonomicznego ze strony elit ekonomicznych
Zielony socjalizm wydaje się dziś najbardziej wiarygodną strategią polityczną w Stanach Zjednoczonych, zdobywa również przyczółki w Europie. Wiąże się ona jednak z dwoma ograniczeniami. Po pierwsze stawia ona na pewną formę etatyzmu. Wraz z przyjęciem tej wizji w wyniku zwycięstwa wyborczego żądania sprawiedliwości ekologicznej mają być realizowane poprzez regulacje oraz zmiany priorytetów inwestycyjnych. Nie należy jednak lekceważyć ryzyka oporu wobec tego typu transformacji wewnątrz aparatu państwowego, podobnie jak obaw przez reakcjami prywatnego kapitału. Wizja ta stawia nam przed oczami obraz totalnej mobilizacji, podobnej do tej, doświadczanej w okresie działań zbrojnych. Oznacza ona wypowiedzenie wojny wrogu, o którym nie wiemy nawet, czy jest wewnętrzny (przemysł paliw kopalnych) czy zewnętrzny (np. naftowe monarchie w rodzaju Arabii Saudyjskiej) – w tym drugim wypadku wymagać to może zresztą opracowania odpowiedniej polityki zagranicznej. Drugim istotnym ograniczeniem jest fakt, że podobnie jak w wypadku powojennego państwa dobrobytu opierałby się on na uprzywilejowanej pozycji Globalnej Północy wobec Południa, któremu brakuje środków na przeprowadzenie tego typu transformacji i które będzie najmocniej dotknięte przez kryzys klimatyczny.
Etatyzm i (względny) brak globalnego myślenia to dwa aspekty zielonego socjalizmu, które generują niemało nieufności i krytyki ze strony kolejnego projektu ekologicznego. Wywodzi się on z bardziej radykalnego myślenia o relacjach między społeczeństwem a naturą i stawia sobie za cel obalenie struktur, stojących za sprowadzaniem środowiska do roli czynnika produkcji. Punktem odniesienia jest tu nie kryzys społeczeństwa przemysłowego, ale początek nowoczesnego myślenia naukowego i związanego z nim odczarowania świata. W poszukiwaniu źródeł tego procesu cofamy się co najmniej do XVI wieku, a więc okresu rewolucyjnych odkryć z zakresu astronomii czy fizyki, które w centrum świata postawiły ludzki rozum. Okres ten stał się zarazem bazą dla zachodniej dominacji nad resztą świata. Krytykę tę podziela szereg pozostających na peryferiach geograficznych czy kulturowych szkół myślenia, takich jak te ze rdzennych społeczności Amazonii, Arktyki czy obu Ameryk, których relacje ze światem przyrody nie dają się wpisać w ramy przywłaszczania i eksploatacji. Podzielają ją również ruchy zrodzone z nowoczesności, chcące jednak zerwać z jej dominującymi paradygmatami. Lokalny opór przed państwową suwerennością, realizującą najczęściej cel wzrostu dobrze wpisuje się w ten model. W wypadku Francji symbolem więzi z ziemią, opierającej się na wizji radykalnej autonomii jej użytkowników i obrońców, stał się przykład Notre-Dame-des-Landes, długotrwałego obozowiska osób protestujących przeciwko budowie lotniska.
Tego typu ruchy opowiadają się dziś przeciwko suwerenności, własności oraz wyzyskowi – elementom, tworzącym fundament nowoczesności
Siła tych ruchów, wywożąca się z ich radykalizmu, jest równocześnie ich słabością. Starają się odzyskać – jedną po drugiej – wyspy autonomii, stawiając na powolne zmiany w paradygmatach kulturowych i prawnych. Wymagają sporych inwestycji na poziomie jednostkowego zaangażowania i tym samym pozostają niedostępne dla osób, które z konieczności życiowej muszą podejmować pracę na dzisiejszym, konkurencyjnym rynku pracy i nie mogą sobie pozwolić na rezygnację z korzystania z sieci zabezpieczeń społecznych. Umieszczanie walki na poziomie metafizycznym oznacza stawianie na szeroko zakrojonym horyzoncie czasowym współistnienia struktur ludzkich i naturalnych. Każda krytyka ma swoje własne tempo i rytm – w tym wypadku wydaje się ono niezwykle powolne w świetle wymogów, stawianych przez naukę o klimacie.
Trzeci poziom mobilizacji wydaje się mniej radykalną praktyką, ale za to operuje w znacznie bardziej namacalnej perspektywie czasowej. Na pat klimatyczny można patrzeć nie tylko jako efekt długotrwałych procesów, których przeszłość sięga początków współczesnej kosmologii, ani nawet jako na konsekwencję uprzemysłowienia, ale jako efekt Wielkiego Przyspieszenia. Mowa tu o zjawisku, łączącym w sobie łatwość w dostępie do energii z ropy, stworzenie technosfery, opartej na indywidualnej mobilności i masowej konsumpcji, a także instytucji państwa opiekuńczego funkcjonujących dzięki mierzeniu i wzrostowi PKB. Jego cechy charakterystyczne – ropociągi, lotniska czy nieruchomości – wskazują na to, że jest on kontrolowany przez ekonomiczną i technologiczną elitę, skupiającą się w niewielkim zestawie wielkich firm (szczególnie w sektorze energetycznym oraz agroprzemysłowym), a także w kluczowych pozycjach władzy i wiedzy, w tym w ponadnarodowych ciałach regulacyjnych, kształtujących oblicze wolnego rynku, ale też rzecz jasna również w obrębie głównych graczy geopolitycznych.
Póki żelazo jest gorące
Ruch klimatyczny wydobył na światło dzienne fakt, iż te struktury decyzyjne są zarazem bardzo potężne, ale też znacznie bardziej kruche, niż nam się wydaje. Efektywne kampanie na rzecz dezinwestycji w najbardziej destrukcyjne sektory gospodarki – szczególnie, jeśli za ich głosem decydują się iść banki centralne – są w stanie sparaliżować struktury kapitalizmu kopalnego, a tym samym nieefektywne, generujące nierówności łańcuchy dostaw, które dziś kształtują nasze życia. Wzmocnienie pozycji urzędników czy inżynierów, uwolnionych od arbitralnych ograniczeń budżetowych, może pozwolić kreować im spójną, realną transformację ekologiczną miast, systemów transportowych czy budynków. Ukształtowanie nowej praktyki władzy, która nie będzie kierować się żądaniami dalszego wzrostu, za to słuchać będzie eksperckich porad, brzmi na sensowne pragnienie. Równocześnie jest mniej romantyczne niż idealistyczne nawoływania do cywilizacyjnych zmian czy bezwarunkowej hojności wobec świata przyrody.
Test władzy będzie kolejnym, niezbędnym krokiem – prawdopodobnie mniej ekscytującym niż stworzenie nowego paradygmatu kulturowego, ale za to prostszym do szybkiego wdrożenia
Ta nowa, zielona elita nie wywodzi się z tego samego rodzaju ludzi, którzy tworzą dwa poprzednie ruchy. Zauważalne są dziś (realne bądź wyobrażone) animozje między postkolonialnymi, autonomistycznymi utopistami, eko-jakobinami spod znaku Zielonego Nowego Ładu oraz liderami technokratycznej rewolucji. Z perspektywy teoretycznej możemy przekonywać, że każdy ze wskazanych przez nich problemów należy rozwiązywać w dostosowanym do tego celu horyzoncie czasowym – niezależnie od tego, czy mówimy o kosmologicznych strukturach nowoczesności, kosztach uprzemysłowienia czy Wielkiego Przyspieszenia. Podobnie jak te trzy, wspomniane perspektywy nie stoją ze sobą koniecznie w sprzeczności, tak również stojące za nimi trzy (kontr)ruchy nie są skazane na pozostawanie w konflikcie. Muszą za to uczyć się przekonywać siebie nawzajem i tworzyć wspólną podstawę do dalszego działania.
W rzeczywistości bowiem – pomimo różnych politycznych tożsamości, taktyk czy praktyk władzy – ich obiektywne interesy są ze sobą powiązane, stanowiąc coś, co we Francji określamy mianem „schodzenia się walk”. Połączenie sił bez wątpienia będzie mieć czasowy charakter – jak jednak zauważał Machiavelli polityka jest sztuką wykorzystania odpowiedniego momentu do działania.
Artykuł „The Three Tribes of Political Ecology” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Zdj. Ekaterina Novitskaya / Unsplash
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Dzisiaj, tj. 16 lipca 2020 r., Sejm głosami przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości przegłosował ostatecznie rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE), który zmienia definicję drewna energetycznego stając się poważnym zagrożeniem dla ekosystemów leśnych. W rzeczywistości chodzi o uruchomienie na szeroką skalę cięć sanitarnych związanych z pozyskaniem drzew martwych i zamierających i spalaniem ich w elektrowniach. Tak poważna ingerencja w przyrodę i ochronę klimatu była procedowana ekspresowo, bez udziału strony społecznej i konsultacji z ekspertami. Przeciwko nowelizacji – poza przyrodnikami i ekologami – była także branża drzewna. Teraz projekt ten trafi pod obrady Senatu, najprawdopodobniej na posiedzeniu zaplanowanym na początek sierpnia. Organizacje pozarządowe apelują do Senatorek i Senatorów o odrzucenie projektu ustawy.
Zmiana prawa doprowadzi do dewastacji przyrody – wycinane pod pretekstem cięć sanitarnych i spalane będą drzewa martwe i zamierające, dziuplaste i biocenotyczne, czyli takie które nie są wartościowe z punktu widzenia produkcji surowcowej, ale są kluczowe dla ochrony różnorodności biologicznej kraju. Jest to szczególnie szkodliwe w sytuacji postępującego kryzysu klimatycznego, którego skutki coraz mocniej dotykają polskie lasy. Prowadzony w naszym kraju model gospodarki leśnej nie wspiera odporności ekosystemów na coraz częstsze gradacje szkodników, susze, wysokie temperatury. Zamiast wycinać i usuwać z lasów martwe drewno, powinno ono pozostać w lesie, by wspierać procesy renaturalizacji i zwiększać bioróżnorodność.
Inicjatorem projektu nowelizacji ustawy o OZE są Lasy Państwowe, czyli główny beneficjent zmienianego prawa. Pod pretekstem zmniejszonego popytu na drewno z powodu pandemii i dla utrzymania płynności finansowej, forsowane są niebezpieczne przyrodniczo regulacje. Głos opozycji zarówno na poziomie prac Komisji, jak i na posiedzeniu plenarnym Sejmu był jednomyślny: kwestie klimatyczne, przyrodnicze i społeczne są znacznie ważniejsze niż płynność finansowa spółki Lasy Państwowe, która tylko w 2019 r. z wycinek 41 milionów m3 drzew uzyskała 9 mld zł, więc nie powinna mieć obecnie najmniejszych problemów finansowych. Niemniej wnioski o odrzucenie projektu w całości w pierwszym i drugim czytaniu nie zostały przyjęte, podobnie jak inne proponowane przez opozycję poprawki.
Zmiana ustawy o OZE to kolejna odsłona prac legislacyjnych, których celem jest zwiększenie wycinek w lasach – tym razem pod pretekstem spalania biomasy w elektrowniach. Już w 2016 r. leśnicy planowali pozyskiwać taką biomasę z terenu Puszczy Białowieskiej. Nie ma wątpliwości, że zmiana definicji drewna energetycznego umożliwiająca wycinkę i palenie drzew zasiedlonych przez kornika jest jednym z wielu (zagrożenie pożarowe, bezpieczeństwo publiczne) „uzasadnień” dla zwiększenia eksploatacji również lasów pochodzenia naturalnego, takich jak Puszcza Białowieska – mówi Radosław Ślusarczyk ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot.
Martwe i rozkładające się drewno, nie tylko magazynuje duże ilości węgla, ale wzbogaca również glebę w substancje mineralne i próchnicę oraz dostarcza wielu innych „usług ekosystemowych”, mających olbrzymie znaczenie dla funkcjonowania lasów. Drzewa w takim stanie stanowią siedliska życia wielu prawnie chronionych gatunków roślin, zwierząt i grzybów. Wszystko to jest bezpowrotnie tracone, gdy drzewa wywiezie się z lasu i je spali. Ta ustawa to skandaliczne lekceważenie przyrody, od której zależą nasze losy w dobie pogłębiającego się kryzysu klimatycznego i ekologicznego. Nie ma naszej zgody na podejmowanie w zaciszu politycznych gabinetów decyzji, podyktowanych partykularnymi interesami jedynych interesariuszy projektu – szefostwa Lasów Państwowych – mówi Marta Grundland z Greenpeace Polska.
Brak dyskusji nt. środowiskowych skutków nowelizacji ustawy OZE jest symptomatyczny. Organizacje zwracają uwagę, że już obecnie Lasy Państwowe borykają się z problemem niedostosowania Ustawy o lasach do prawa UE (Dyrektywa Siedliskowa, Dyrektywa Ocenowa, Konwencja z Aarhus). W 2016 r. gospodarka leśna – na wyraźną prośbę dyrekcji Lasów Państwowych – została zwolniona z zakazów obowiązujących w stosunku do chronionych gatunków zwierząt, czego wynikiem są m.in. masowe wycinki w sezonie lęgowym ptaków. Sprawa jest o krok od Trybunału Sprawiedliwości UE. Usuwanie i spalanie siedlisk gatunków chronionych prawem UE, cennych i rzadkich w skali Europy, tylko ten problem pogłębi.
Ekologiczne i przyrodnicze organizacje pozarządowe apelują do Senatorek i Senatorów o wysłuchanie strony społecznej i odrzucenie nieracjonalnej w obliczu kryzysu klimatycznego i przyrodniczego ustawy, która może doprowadzić do niepowetowanych strat w polskiej przyrodzie i klimacie.
Źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
O sytuacji na Białorusi przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi i represjach, jakim poddawane jest białoruskie społeczeństwo, w rozmowie z Marcinem Wrzosem opowiada przewodniczący Fundacji Dom Białoruski w Warszawie Aleś Zarembiuk.
Marcin Wrzos: Wybory prezydenckie odbędą się na Białorusi 9 sierpnia 2020 roku. Siarhiej Cihanouski i Wiktar Babaryka, którzy mogli zagrozić Aleksandrowi Łukaszence w wyborze na następną kadencję, zostali aresztowani. Trwają protesty, które są brutalnie tłumione. Można by odnieść wrażenie, że taki scenariusz powtarza się cyklicznie. Eksperci mówią jednak co innego. Dlaczego to, co się teraz dzieje na Białorusi, ma wyjątkowy charakter?
Aleś Zarembiuk: Społeczeństwo białoruskie jeszcze nigdy nie było tak zmęczone Aleksandrem Łukaszenką, który rządzi nieprzerwanie od 1994 roku. Przez ten czas warunki życia na Białorusi nie zmieniły się wcale. Jest czysto i mamy dobrze utrzymane drogi, ale to nie przesłania ogromu zaniedbań i gospodarki w fatalnym stanie.
W 2006 i 2010 roku aresztowania miały miejsce tylko w trakcie pokojowych akcji protestu przeciwko sfałszowaniu wyników wyborów, bo zawsze były one fałszowane na dużą skalę. Teraz represje zaczęły się dużo wcześniej, już na etapie zbiórki podpisów przez kandydatów, i mają charakter prewencyjny. Od maja, kiedy ruszyła machina wyborcza, codziennie mają miejsce aresztowania i zatrzymania. Ważną datą jest 14 lipca, kiedy mija termin rejestracji kandydatów. Oczywiście nikt nie wierzy, że poprzez wybory można zmienić władzę, bo wolnych wyborów nie było na Białorusi od ponad 20 lat i teraz również nie będzie. Jeśli ktoś wiąże jakieś nadzieje na zmiany, to tylko z pokojowym protestem i – nie bójmy się tego słowa – z rewolucją. Niestety nie ma innej drogi na zmianę władzy na Białorusi. Władze tego się obawiają najbardziej. Represje zaczęły się tak wcześnie, żeby zbić tę rosnącą falę protestów na samym początku.
MW: Czy ta strategia przynosi efekty?
AZ: Można powiedzieć, że reżim osiągnął już swoje cele i protesty słabną. Na przełomie maja i czerwca miały miejsce większe akcje i protesty, nie tylko w Mińsku czy miastach obwodowych, ale również w miastach 20-30-tysięcznych. Wszędzie tam ustawiały się długie kolejki, żeby złożyć podpisy pod listami kandydatów opozycyjnych. Powtarza się trochę sytuacja z 1994 roku. Wtedy mówiło się, że ktokolwiek, byle nie Wiaczasłau Kiebicz, teraz mówi się: ktokolwiek, byle nie Aleksander Łukaszenka. Wtedy jednak mieliśmy jeszcze prawdziwe demokratyczne wybory, teraz jest inaczej.
Reżim boi się płoszczy (płoszcza – w j. białoruskim plac, określenie masowych protestów przeciwko fałszowaniu wyborów – przyp. red.), dlatego stosuje politykę represji, która dotąd zawsze się sprawdzała. Chce zastraszyć ludzi na wczesnym etapie, by nie dopuścić do masowych zgromadzeń. Gdyby na Plac Niepodległości w Mińsku wyszło kilkaset tysięcy ludzi, sytuacja mogłaby być nie do opanowania.
MW: Jak zareaguje Aleksander Łukaszenka, jeśli protesty będą narastać?
AZ: Obawiam się najgorszego scenariusza. Aleksander Łukaszenka już zapowiedział, że nie cofnie się przed użyciem wojska. Nie chcemy w naszym kraju przelewu krwi, ale nie chcemy też fałszywych rządów, które trwają dzięki aparatowi przemocy, a nie poparciu obywateli.
Represje będą się nasilać zależnie od rozwoju sytuacji. Mówi się, że organy ścigania zaczęły obserwację i gromadzenie materiałów na kolejnego pretendenta do kandydatury na prezydenta – podpisy poparcia, które nie zostały uznane przez centralną komisję wyborczą. Walery Capkała, który w latach 1997 – 2002 był ambasadorem Białorusi w Stanach Zjednoczonych, uznawany jest też za twórcę Białoruskiego Parku Wysokich Technologii. W przeszłości kojarzony był z obozem władzy.
MW: Czy wiemy, jaka jest skala represji na Białorusi?
AZ: Skala zatrzymań jest bardzo duża, możemy już mówić o setkach osób. Według danych Centrum Obrony Praw Człowieka „Viasna” oficjalnie na dziś* na Białorusi jest 25 więźniów politycznych. Ich „wyjątkowość” wynika z tego, że wszczęto przeciwko nim sprawy karne. Od początku kampanii prezydenckiej zatrzymano ponad 700 osób, z których 129 odbywa areszty administracyjne, a 252 otrzymało karę grzywny. W zależności od sytuacji może być to 15, 30, 45, 60, a czasem nawet ponad 100 dni aresztu.
Wśród więźniów politycznych są vlogerzy: Zmicier Kazlou, Ihar Losik, Uladzimir Cyhanovicz, Aleksander Kabanau, Siargiej Piatruhin, Uladzimir Niaronski, Siarhiej Cihanouski. Jako ostatni za więźniów politycznych zostali uznani Pavel Sieviaryniec, Siarhiej Sparysz, wcześniej Mikałaj Statkiewicz, kontrkandydat Aleksandra Łukaszenki w wyborach z 2010 roku. Wtedy jako jedyny po wyborach nie podpisał „lojalki” i z tego powodu spędził w więzieniu prawie 5 lat. Został uwolniony na kilka miesięcy przed końcem wyroku, ponieważ w 2015 roku Białoruś chciała zbliżenia z UE, a wypuszczenie więźniów politycznych było warunkiem rozpoczęcia rozmów. Teraz ponownie został aresztowany, kiedy jechał z żoną na akcję zbierania podpisów.
Kilku vlogerów i polityków opuściło swoje miejsca zamieszkania i ukrywa się, ponieważ dostali kary aresztów administracyjnych. Zwykle trafia się do aresztu na 15 dni, ale potem przedłuża się go o następne 15 dni itd. Jeśli ktoś teraz trafi do aresztu, to jestem pewny na 99%, że nie wyjdzie przed 10 sierpnia, o ile po wyborach nie dojdzie do jakiś większych protestów. W praktyce będzie siedział tak długo, aż sytuacja się uspokoi.
MW: Chciałbym nawiązać do haseł pojawiających się na Marszu Solidarności z Białorusią, który odbył się w Warszawie 27 czerwca. Wskazywały one, że według sondaży Aleksander Łukaszenka cieszy się poparciem tylko 3% społeczeństwa.
AZ: Na Białorusi sondaże zakazane są od lat. Niezależnych ośrodków badania opinii społecznej od kilku lat po prostu nie ma. Niezależny Ośrodek Badań Społeczno-Ekonomicznych i Politycznych założony przez prof. Aleha Manajeua z Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego działał na Białorusi do 2015 roku, ale przez ostatnie około 10 lat zarejestrowany był w Wilnie. Dysponował siecią ankieterów i pracowników w całym kraju. W 2015 roku jeden z pracowników został zatrzymany przez KGB i zmuszony do współpracy, a cały zespół został ujawniony. Prof. Manajeu dowiedział się o tym, kiedy był na konferencji w Stanach Zjednoczonych, i postanowił nie wracać na Białoruś. Niedawno udzielił wywiadu, w którym zapowiada, że pozostanie na emigracji tak długo, aż zmieni się władza.
Mówiąc o 3% procent poparcia, ludzie odwołują się do ankiet, które pojawiały się na stronach internetowych. Moim zdaniem nie ma żadnych twardych danych i nie wiadomo, jakie poparcie Aleksander Łukaszenka ma w tej chwili. Oczywiste jest jednak, że nie może liczyć na 50% plus jeden głos. Władze mają tego świadomość i dlatego ostatnio zakazały publikowania na stronie ankiet, które dotyczyłyby wyborów. Dlatego, podobnie jak w Polsce, w czasie ciszy wyborczej pojawiły się pytania o ceny na politycznym bazarku, w których nazwy produktów nawiązywały do poszczególnych kandydatów. Władze nieoficjalnie zakazały i tego, ponieważ boją się jakichkolwiek danych. Media, które się nie podporządkują, stracą rejestrację, a odpowiedzialni za umieszczenie takich ankiet w Internecie trafią do więzienia.
MW: Nie sposób tego zweryfikować, ale często pojawiały się opinie, że dotąd Aleksander Łukaszenka i bez fałszowania wyborów miałby szansę na wygrywanie wyborów. Teraz wydaje się to całkowicie niemożliwe. Dlaczego pozycja Aleksandra Łukaszenki tak bardzo osłabła?
AZ: Pierwszym powodem, o czym już wspominałem, jest zmęczenie społeczeństwa jego rządami. Drugi powód to trwający od kilku lat kryzys gospodarczy. Wcześniej kryzysy trwały 1-1,5 roku, po czym sytuacja ulegała poprawie. Ludzie wierzyli, że wystarczy zacisnąć zęby i wkrótce będzie lepiej. Teraz już takiej wiary nie ma. Przez ostatnie cztery lata poziom życia przeciętnego Białorusina się nie poprawił. Emigracja zarobkowa oraz czterokrotne zwiększenie w ciągu ostatnich 8 lat liczby białoruskich studentów w Polsce wskazuje na to, że niewielu wierzy w zmiany, które mogłyby zapoczątkować wybory. Jeśli nie można niczego zmienić, pozostaje to zaakceptować albo wyjechać. Sytuacja zmieniła się tak drastycznie w ciągu ostatnich trzech lat. Na emigrację decydują się nawet ludzie, którzy już dawno ukończyli 50 lat. W samej Warszawie w tej chwili pracuje kilkadziesiąt tysięcy Białorusinów. Duża diaspora białoruska jest również w Białymstoku, Gdańsku, Krakowie i Wrocławiu.
Drugą grupą emigrantów są młodzi Białorusini, którzy widzą, jak żyją ich rodzice w wieku 40 lat, i zdają sobie sprawę, że nie ma perspektyw na to, by żyło się im lepiej. Studia w Polsce stają się coraz atrakcyjniejszą opcją. Zajęcia z języka polskiego oraz z kultury i historii Polski stały się bardzo intratnym interesem na Białorusi. Rodzice chcą, aby ich dzieci studiowały za zachodnią granicą. Można z pewnej perspektywy uznać to za coś pozytywnego. Od zawsze było takie przeświadczenie, że jeśli ktoś chciał lepszego losu, to jechał na studia do Moskwy lub Sankt Petersburga. Nadal liczba białoruskich studentów w Rosji jest większa niż w Polsce, ale trend już uległ zmianie. Liczba Białorusinów studiujących w Polsce się zwiększa, a w Rosji – maleje. To też wskazuje na przyczyny, dlaczego ludzie chcą zmian. Przecież większość nie może wyjechać.
MW: Czy przyjazd do Polski przełamuje blokadę informacyjną? Coraz większa grupa obywateli może skonfrontować informacje o świecie przekazywane przez media państwowe z rzeczywistością.
AZ: Tak, oczywiście. Chociaż generalnie to młodzi ludzie nie oglądają mediów państwowych. Białoruska młodzież niczym się nie różni od polskiej. Komunikuje się w mediach społecznościowych, ma smartfony, jeździ po świecie. Mamy oczywiście swoje problemy, np. na Białorusi nie ma tanich linii lotniczych i dlatego Białorusini latają z Litwy i Polski. W Mińsku są dwa lotniska Mińsk-1 i Mińsk-2. Potocznie o lotniskach w Wilnie i Warszawie mówi się Mińsk-3 i Mińsk-4. Liczba wiz wydawanych przez Polskę Białorusinom jest bardzo duża. Bardzo dobrą wiadomością dla nas jest wchodząca od 1 lipca umowa między Białorusią a Unią Europejską o ułatwieniach wizowych. Cena wizy do strefy Schengen została obniżona z 80 do 35 euro.
Niektórzy politycy europejscy uważają, że wprowadzenie ułatwień wizowych w momencie, kiedy narasta fala represji, jest złym pomysłem. Nie zgadzam się z nimi. Im więcej będzie kontaktów między Białorusinami a obywatelami UE, tym lepiej dla nas, ponieważ tym szybciej uda się nam oderwać od postradzieckiej przeszłości.
MW: Aleksander Łukaszenka bardzo długo bagatelizował znaczenie pandemii Covid-19. Czy mogło to mieć wpływ na spadek poparcia dla jego rządów?
AZ: W ostatnim czasie prezydent Łukaszenka zmienia swoją retorykę. Mówi, że rozumie powagę zagrożenia, ale jego zdaniem dobrze się stało, że nie został ogłoszony lockdown. W warunkach głębokiego kryzysu zamrożenie gospodarki mogłoby doprowadzić do jej upadku. Jego zdaniem wszystko było „zasiane na czas”, gdyby został wprowadzony lockdown, jak to miało chociażby miejsce w Polsce, to według Łukaszenki Białorusinom groziłby głód. Symbolem zmiany opinii władz mogą być maseczki, których potrzebę noszenia zaczyna prezydent Łukaszenka doceniać.
MW: Jak wygląda sytuacja epidemiologiczna na Białorusi?
AZ: Oficjalne statystyki nie oddają prawdziwej skali zachorowań. Według oficjalnych danych z Ministerstwa Zdrowia na Białorusi zachorowało ponad 65 tys. osób. W szczycie pandemii codziennie odnotowywano 1000 zachorowań. W tej chwili liczba ta spadła do 200. Są to oficjalne dane, do których nie mam zaufania. Jest bardzo dużo sygnałów, że ofiary Covid-19 jako przyczynę zgonu mają wpisywane inne choroby i nie są uwzględniane w statystykach. Ciężko jest z testami, nawet za pieniądze nie można ich zrobić. Ludzie nie mogą sprawdzić, czy już chorowali. To wszystko oczywiście powoduje spadek zaufania do rządu i Aleksandra Łukaszenki.
Sytuacja na Białorusi jest dramatyczna, nawet w mniejszych miejscowościach. Ponad miesiąc temu na przejściu granicznym w Kuźnicy Białostockiej doszło do zarażenia 35 strażników i celników z Polski. To niemal pewne, że wirus dotarł tam ze strony białoruskiej. Z kilkoma wyjątkami przekroczenie granicy pomiędzy Polską a Białorusią wiąże się z 14-dniową kwarantanną. Niestety jest to całkowicie zrozumiałe, ponieważ sytuacja epidemiologiczna jest u nas najgorsza w porównaniu ze wszystkimi naszymi sąsiadami, z wyłączeniem Rosji oczywiście. Jesteśmy w pierwszej dziesiątce państw według kryterium liczby zakażeń na Covid-19 na milion mieszkańców. Sytuacja jest dramatyczna.
MW: W państwie autorytarnym nie ma miejsca na konkurentów politycznych. Jak w takiej sytuacji wygląda białoruskie społeczeństwo obywatelskie? Czy tutaj ingerencja władz jest mniejsza?
AZ: W ostatnich pięciu latach mamy wysyp tzw. państwowych NGO-sów. Udają one prawdziwe organizacje pozarządowe, ale są kierowane przez ludzi związanych z reżimem i blisko z nim współpracują. Ich celem jest uzyskanie funduszy z UE na swoje działania i wsparcie polityki rządu. Jest to nowe zjawisko, wcześniej nieobecne.
Niezależne organizacje pozarządowe istnieją na Białorusi od lat 90-tych. Pracują tam bardzo odważni ludzie, bo prowadzić działalność społeczną jest bardzo trudno. Mimo że w ostatnich latach władze pozwalały na trochę więcej, to teraz pokazały, że każdą organizację mogą natychmiast zamknąć. Doskonale ilustruje to przykład sklepu symbal.by, który sprzedaje koszulki i różne gadżety z narodową białoruską (ale nie państwową) symboliką. Można tam było kupić kubki, biało-czerwono-białe flagi, koszulki i inne gadżety nawiązujące do naszej tożsamości i kultury. Sklep został zamknięty i zaczęły się kontrole sanitarne, skarbowe, przeciwpożarowe itp. Peweł Belavus, założyciel i właściciel sklepu, wiedział, że nie da się go już otworzyć i postanowił zrobić wyprzedaż. Ustawiła się długa kolejka chętnych, ale natychmiast zjawiła się milicja i zaczęły się zatrzymania. Odpowiedzią była akcja obywatelska dzwonienia na milicję z pytaniem, jak dojechać na uczelnię, którędy pójść na zakupy itp., tak by nie narazić się na zatrzymanie.
Społeczeństwo obywatelskie istnieje, mimo 26 lat represji. Niektórzy, tak jak my, zostali zmuszeni do opuszczenia Białorusi, ale kontynuujemy naszą działalność na rzecz wzmacniania społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi z Polski. Mimo niesprzyjających warunków, mimo że w ostatnich latach pomoc finansowa Zachodu bardzo się zmniejszyła, nie spowodowało to zmniejszenia się aktywności białoruskiego społeczeństwa. Coraz chętniej Białorusini przekazują darowizny na rzecz organizacji pozarządowych. Społeczeństwo obywatelskie się rozwija i wciąż stanowi realną siłę na Białorusi.
MW: Działalność polityczna może się zakończyć prześladowaniami ze strony władz. Czy w takiej sytuacji obywatele nie szukają innej formy aktywności, która przybliżałaby ich do urzeczywistnienia wizji demokratycznej Białorusi?
AZ: Istnieją niezależne wydawnictwa, które starają się odpowiadać na pytania, których istnienia rządzący nie są nawet świadomi. Ciekawym przykładem jest magazyn „Arche”, który stawia sobie za zadanie wypełnianie białych plam w białoruskiej historii.
Ludzie zaczynają się zajmować ważnymi dla społeczeństwa, dla narodu sprawami: wzmacnianiem tożsamości i niepodległości. Odkrywają przed społeczeństwem białoruskim prawdę o naszej historii, o istnieniu Księstwa Połockiego, o naszej roli w Wielkim Księstwie Litewskim, o współtworzeniu przez nas Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Coraz więcej Białorusinów ma tego świadomość.
W czasach Związku Radzieckiego skrupulatnie czyszczono ślady naszej historii. Nawet architektura przypominała władzy radzieckiej o naszej przynależności i była niszczona. Dużo miast na Białorusi było lokowanych na prawie magdeburskim, z charakterystycznym ratuszem pośrodku rynku i europejskim układem ulic. Nie tak, jak to było w Imperium Rosyjskim. W mojej szkole w latach 90. już o tym mówiono. W poprzednich pokoleniach uczono, że Białoruś miała swój początek w 1919 roku. Wciąż dużo ludzi myśli o swoim kraju w sposób, jaki przedstawiała go radziecka propaganda. Dlatego trzeba nad tym pracować. Musimy głośno mówić o tym, że zawsze należeliśmy do Europy i byliśmy częścią Zachodu, a nie Wschodu.
MW: Jak działa prasa na Białorusi? Czy istnieje drugi obieg?
AZ: Władza nie pozwala na wydawanie niezależnych czasopism. Wolne słowo jest raczej w Internecie. Takie prawdziwe wolne media są na youtube’ie, a nie na oficjalnych białoruskich domenach (.by). Redakcje zarejestrowane w Ministerstwie Informacji Białorusi mają jednak autocenzurę. Wielu osobom się nie spodoba taka cena, ale niestety taka jest rzeczywistość. Dziennikarze zdają sobie sprawę, że jeśli nie będzie tej autocenzury, to będą konsekwencje ze strony reżimu.
Sciapan Putsila (NEXTA), jeden z najbardziej znanych społecznych vlogerów na Białorusi, który ma ponad 420 tys. subskrybentów na youtube’ie oraz około 300 tys. odbiorców na kanale w Telegramie, mieszka w Warszawie. Polski naród jest narodem solidarności, a Polska krajem solidarności. Odczuwamy to, polskie władze pozwalają nam działać bez cenzury.
MW: Podczas Marszu Solidarności z Białorusią powiedział Pan, że celem Białorusi powinno być przystąpienie do Unii Europejskiej. W wywiadzie dla Rzeczpospolitej Wiktar Babaryka, zapytany o Związek Białorusi i Rosji, wskazał na potrzebę przyjrzenia się na nowo tej umowie. Nie odrzucił jej i nie poparł, tylko enigmatycznie oznajmił, że społeczeństwo białoruskie powinno zdecydować. Czy w kraju, w którym istnieje bardzo dużo różnych ugrupowań politycznych, istnieje jakieś minimum programowe, które by było popierane przez wszystkich? Czy istnieje pomiędzy nimi współpraca?
AZ: Środowiska opozycyjne są również infiltrowane przez służby i jest to jeden z powodów, dla których takiej współpracy praktycznie nie ma. Poparcie dla demokratycznych ugrupowań opozycyjnych w społeczeństwie białoruskim na dzień dzisiejszy jest na poziomie ponad 30%. Są to szacunki bardzo optymistyczne i nie sposób ich zweryfikować. Prozachodnia opozycja jest obecnie w bardzo trudnej sytuacji. Nie zdołała zorganizować kongresu i wybrać własnego kandydata w wyborach prezydenckich. Część polityków, którzy starali się o nominację, siedzi już w więzieniach.
Na Białorusi zawsze będą ludzie popierający integrację z Rosją. Nawet na Ukrainie, w demokratycznym państwie po dwóch rewolucjach i po de facto aneksji dużej części terytorium, prorosyjskie ugrupowanie jest znaczącą siłą w parlamencie. Nie należy się jednak zniechęcać. Ja, podobnie jak młode pokolenie Białorusinów, uważam, że nasze miejsce jest w Europie. Należy głośno o tym mówić, że dla dzisiejszych dwudziestolatków i trzydziestolatków celem jest wejście do Unii Europejskiej. Czekają tam na nas Litwini, Polacy, czyli narody, z którymi dzieliliśmy naszą historię przez wieki. Zdaję sobie sprawę, że nie da się tego osiągnąć z dnia na dzień. Dlatego tym mocniej musimy zabiegać o jak najbliższe kontakty z Unią Europejską.
MW: Białoruś czeka wkrótce kolejna runda trudnych negocjacji dotyczących dalszej integracji w ramach Związku Białorusi i Rosji. Czy Pana zdaniem dojdzie do jej pogłębienia?
AZ: Wszystkie decyzje, które zapadły po 1996 roku, czyli po referendum, które nie zostało uznane przez OBWE za legalne, nie mogą być uznawane przez społeczność międzynarodową. Umowy dotyczące integracji, które dotąd zostały podpisane między Białorusią a Rosją, będą w przyszłości anulowane przez demokratycznie wybrany rząd. Decyzja o powołaniu państwa związkowego nie była suwerenną decyzją narodu białoruskiego, ponieważ wszystkie rządy po 1996 roku nie mają legitymizacji. De iure integracja nie ma miejsca.
MW: Rosja jest państwem, które odnosi duże sukcesy w wojnie informacyjnej. Czy znajduje to również potwierdzenie w przypadku Białorusi?
AZ: Ostatnio nawet prezydent Łukaszenka powiedział, że protesty są inspirowane z Warszawy. Oczywiście jest to nieprawda. Rosja zawsze obawia się polepszenia stosunków nawet reżimowej Białorusi z Unią Europejską. Ostatnio bardzo jej się nie spodobało wprowadzenie dywersyfikacji dostaw ropy. Wygodnie dla Rosji byłoby, gdyby nasze relacje z Zachodem uległy zamrożeniu, tak jak po roku 2010. Pracują ciężko, żeby do tego doprowadzić, nie tylko farmy trolli. Od 2015 roku wzmocnieniu na Białorusi uległa również pozycja rosyjskich mediów. Poprzez Fundację Gorczakowa, która jest bezpośrednio powiązana z rządem rosyjskim, finansowane są różne spotkania i wydarzenia. Mają strategię 2050, która jest skierowana do młodzieży, szczególnie tej mieszkającej we wschodnich obwodach Białorusi. Przewiduje ona nawiązywanie jak najlepszych relacji poprzez wspólne obozy integracyjne białorusko-rosyjskie, finansowanie projektów białorusko-rosyjskich na terenie Białorusi, wspólne obozy kozacko-prawosławne, wymiany młodzieżowe. Programy skierowane są szczególnie do młodych ludzi, którzy zaczynają dopiero karierę w urzędach i organach państwowych oraz należą do organizacji prorządowych. Zamysł jest taki, żeby nawiązać już teraz przyjacielskie relacje z dwudziestolatkami, którzy za 30 lat będą podejmować decyzje na różnym szczeblu władzy na Białorusi. Rosja wkłada dużo wysiłku w to, aby elity białoruskie były jej przychylne, również w przyszłości.
Ze strony UE brak jest podobnych inicjatyw. Wyjątkiem jest program Erasmus+, którym została objęta również białoruska młodzież. Uważam, że powinny powstawać w Polsce odrębne programy dotyczące edukacji obywatelskiej, wymiany między uniwersytetami i szkołami, integracji między młodzieżą białoruską i polską. Nawiązywanie wspólnych relacji teraz będzie miało pozytywny wpływ na rozwój kontaktów między naszymi krajami w przyszłości.
MW: Wspomniał Pan o dywersyfikacji źródeł energii. Jak ma się do tego wybudowana w Ostrowcu elektrownia jądrowa? Czy wzmacnia ona niezależność energetyczną Białorusi, czy wręcz przeciwnie?
AZ: Przyszłość należy do odnawialnych źródeł energii. Widzimy to już w Polsce i w całej Unii Europejskiej. Elektrownia jądrowa w Ostrowcu, wybudowana za rosyjskie pieniądze, stanowi dla nas duży problem, ponieważ uzależnia nas od Rosji jeszcze bardziej. Generalnie jestem przeciwko energetyce jądrowej, ponieważ jesteśmy krajem najbardziej poszkodowanym w wyniku katastrofy w Czarnobylu. Skutki tego obserwujemy do dziś. We wschodnich obwodach panuje podwyższona zachorowalność i umieralność na nowotwory, choć stanowi to problem również w reszcie kraju.
Elektrownia w Ostrowcu pogłębia nasze uzależnienie od surowców z Rosji. Decyzja o budowie elektrowni jądrowej była bardzo zła również z innego powodu. Została podjęta w czasie, kiedy Niemcy ogłosiły rezygnację z energetyki jądrowej, a cała Unia Europejska zaczęła pracować nad wdrażanym obecnie Europejskim Zielonym Ładem. Za decyzją białoruskich władz stoi myślenie z XX wieku. Mogliśmy rozwijać współpracę w zakresie źródeł odnawialnych z Unią Europejską. Uzyskalibyśmy pewnie wsparcie w tym zakresie, ponieważ globalne ocieplenie stanowi wyzwanie dla nas wszystkich. Zamiast tego pozwoliliśmy Rosji wybudować u siebie elektrownię jądrową…
MW: Rozmawiamy w Białoruskim Domu w Warszawie. Jakie cele sobie stawiacie w swojej działalności?
AZ: Białoruski Dom powstał po wydarzeniach z 2010 roku, kiedy do Polski wyemigrowała z powodów politycznych duża grupa Białorusinów. Podczas tamtych wydarzeń do aresztów trafiło ponad 2 tys. osób. Zaczęliśmy budować tutaj środowisko białoruskie, które ma na celu wsparcie społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju oraz rozwój relacji białorusko-polskich. Zajmujemy się edukacją obywatelską, walczymy z rosyjską dezinformacją na Białorusi, organizujemy wymianę młodzieżową, staramy się przekazać doświadczenia polskiej transformacji. Organizujemy warsztaty, by pokazać polskie reformy po 1989 roku, te, które się udały, i te zakończone fiaskiem. Staramy się wyciągać z nich wnioski, tak by wykorzystać zdobyte doświadczenie w naszym kraju.
W ostatnich latach rozszerzamy naszą działalność. Do Polski przyjechała duża grupa studentów i emigrantów zarobkowych. Wspieramy prawnie Białorusinów, pomagamy w legalizacji pobytu. Oprócz tego organizujemy imprezy kulturalne, wystawy, prezentacje. Zrobiliśmy wystawę zewnętrzną „Obywatelska Białoruś” w warszawskim metrze, a potem w Sejmie RP. Odbywają się u nas debaty eksperckie, historyczne i kulturalne. Organizujemy wydarzenia integracyjne dla diaspory białoruskiej w Warszawie i Białymstoku. Nawiązujemy też współpracę z mniejszością białoruską, która żyje w Polsce.
MW: Czy działacie również na terytorium Białorusi?
AZ: W tym roku postanowiliśmy zorganizować akademię liderów regionalnych. Na Białorusi widać brak struktur, szczególnie w miastach powiatowych brakuje społeczników, którzy potrafiliby zmieniać rzeczywistość wokół siebie. Chcielibyśmy ich przeszkolić, a potem przywieźć do Polski i pokazać, jak się Polska zmieniała w ciągu ostatnich 30 lat, również na szczeblu gminy czy powiatu.
Jednym z priorytetów jest udzielanie wsparcia blogerom i vlogerom, prowadzimy dla nich warsztaty i szkolimy ich. To bardzo ważny aspekt naszej działalności, ponieważ chcemy przełamywać potężną rosyjską dezinformację na Białorusi. Staramy się również być przedstawicielem białoruskich organizacji pozarządowych w Polsce.
MW: Jak wybory prezydenckie na Białorusi wpłynęły na waszą codzienną pracę?
AZ: Obecnie najwięcej naszej energii idzie na pomoc osobom represjonowanym. Bardzo ważne jest zwrócenie uwagi świata na to, co się aktualnie dzieje na Białorusi. Politycy, aktywiści, pracownicy organizacji pozarządowych rzucili wyzwanie reżimowi i nie możemy pozwolić, aby zostali sami. Ich sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. Cierpią nie tylko represjonowani, ale również ich rodziny. Trwa zbiórka pieniędzy na pomoc dla nich.
https://www.facebook.com/BelaruskiDom/
Aby przekazać darowiznę, wystarczy wejść pod ten link. Naszą pomoc kierujemy do zwykłych działaczy w regionach. Rodziny kandydatów na prezydenta mają za co żyć, zapłacenie grzywny również nie jest dla nich dużym problemem.
Organizujemy również maraton pisania pocztówek. Można przyjść do nas i wziąć pocztówkę albo wydrukować ją sobie i nam przesłać, a my dostarczymy ją na Białoruś. Takie wsparcie psychologiczne też jest szalenie ważne. Polacy wykazują się wielką solidarnością. Polska to jest kraj solidarności. To nie jest slogan, tylko rzeczywistość. Naprawdę czujemy wasze wsparcie. Marsze i wiece solidarnościowe z Białorusią będą się odbywały w wielu miejscach w Polsce. Zapraszamy do udziału.
*Wszystkie dane statystyczne odnoszą się do daty 13.07.2020.
—–
Red. Irena Kołodziej
Fot. Marcin Wrzos
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Extinction Rebellion, Greenpeace, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i inne organizacje oraz grupy nieformalne protestowały dzisiaj po południu pod Sejmem przeciwko zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii, którą minister środowiska Michał Woś próbuje wprowadzić pod dyktando kierownictwa Lasów Państwowych. Nowelizacja utoruje drogę do dalszej intensywnej eksploatacji lasów, wycinania cennych przyrodniczo drzew i spalania ich w piecach elektrowni.
We wtorek wieczorem sejmowa Komisja do Spraw Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych debatowała nad projektem nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii. Nowelizacja wprowadza szeroką i dającą pole do nadinterpretacji definicję drewna energetycznego, czyli takiego, które może być spalane jako paliwo, m.in. w piecach elektrowni. Dzięki nowej definicji koncern Lasy Państwowe uzyska dostęp do szerokiego rynku zbytu. Leśnicy będą mogli sprzedawać na paliwo drzewa, które są nieistotne z punktu widzenia surowcowej gospodarki leśnej, ale niezbędne dla ochrony różnorodności biologicznej i adaptacji lasów do zmian klimatu. Zmiana w ustawie utoruje też drogę do kolejnych wycinek.
Co więcej ta istotna z punktu widzenia polskiej przyrody nowelizacja ma być wprowadzona
z pominięciem konsultacji społecznych. Przedstawiciele organizacji przyrodniczych i grup nieformalnych protestowali dzisiaj pod sejmem przeciwko złym rozwiązaniom. Demonstranci trzymali transparent z hasłem „Nie palcie naszych lasów!” i postawili urnę z napisem „Polskie Lasy” symbolizującą efekt działania ustawy.
Minister Woś, dla dobra leśnych baronów z kierownictwa Lasów Państwowych, zamieni miliony polskich drzew w popiół. Nie liczy się dla niego środowisko, tylko interes tych grup biznesowych, które żyją z eksploatacji tego środowiska. Teraz chce palić nasze lasy, by pieniądze, które przechodzą przez ręce kierownictwa Lasów Państwowych się zgadzały. Panie ministrze, powinien pan chronić przyrodę, nie przychody! Nowe ustawy muszą ograniczać liczbę wycinek – szczególnie w starych polskich lasach – a nie torować drogę nowym – mówi Marta Grundland z Greenpeace Polska.
Przerabianie polskich lasów na cele energetyczne oznacza biomasakrę. W ten sposób Słowacy określają dewastację ich lasów, która rozpoczęła się w wyniku rozwiązań prawnych podobnych do tych, które dzisiaj forsuje minister Woś. Nie chcemy biomasakry polskich lasów. Chcemy lasów które służą ludziom i środowisku. Lasów, które pomagają nam walczyć z kryzysem klimatycznym i łagodzą jego skutki, a nie takich, które są wycinane i spalane, by ten kryzys pogłębiać! – mówi Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
Ministerstwo i kierownictwo Lasów Państwowych zapewniają, że ustawa nie zwiększy skali wycinek. Ale one już teraz są absurdalnie wielkie, a nowelizacja doprowadzi do dalszej dewastacji przyrody! Ustawa stwarza możliwość wycinania i spalania w elektrowniach drzew, które są niezbędne dla ochrony różnorodności biologicznej – drzewa martwe, zamierające, dziuplaste i biocenotyczne. Te drzewa muszą zostać w lesie, a nie być przerabiane na popiół w elektrowniach. Ponadto ta ustawa dokłada kolejną cegiełkę do klimatycznej masakry. Właśnie takie uchwały zbliżają nas z każdym dniem do katastrofy. Samolubnie, powoli i konsekwentnie niszczymy środowisko, zapominając, że takie akty prawne mają wpływ nie tylko na nasz kraj, ale w dłuższej skali, także na warunki klimatyczne wielu innych – mówi Zuzanna Tymczenko z Extinction Rebellion.
W uzasadnieniu projektu czytamy dosłownie, że służyć ma on poprawie sytuacji finansowej koncernu Lasy Państwowe, która rzekomo ucierpiała na skutek pandemii. Pandemia to świetny pretekst, by mówiąc dużo o trosce i ochronie, wprowadzać rozwiązania szkodliwe dla ludzi i przyrody. Najlepiej – jak w tym przypadku – bez konsultacji społecznych, bo jeszcze się ktoś zorientuje. Panie ministrze, społeczeństwo się zorientowało! Ta ścieżka popiołu wskazuje nam złą drogę, którą pan kroczy. My będziemy patrzeć panu na ręce i nie pozostaniemy bierni – mówi Maria Bołdok z Extinction Rebellion.
Uczestnicy i uczestniczki protestu przekazali posłom i posłankom stanowisko organizacji przyrodniczych i ekologicznych, w którym zaapelowano o natychmiastowe zaprzestanie prac nad szkodliwym dla polskich lasów, przyrody i klimatu projektem nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii.
Link do stanowiska organizacji pozarządowych: https://www.greenpeace.org/poland/aktualnosci/28814/nie-palcie-naszych-lasow/
Fot. Greenpeace
O konkursie Permakultury
Pomysł na konkurs na najtroskliwszy Ogród Permakultury, powstał podczas trwającej debaty publicznej o przekroczeniu pojemności ekosystemu. I co za tym idzie o konieczności zmiany produkcji rolnej na taką, która chroniłaby zasoby ziemi. Odpowiedzią na tę potrzebę okazały się, powstające wokół coraz liczniej Ogrody Permakultury. Uprawa zdrowej żywności, realizowana w oparciu o zasady Permakultury, może być pierwszym krokiem na drodze do naszej samowystarczalności żywieniowej. I równocześnie posłużyć odbudowie struktury ziemi, odbudowie naszej więzi z ziemią i odbudowie więzi społecznych. I tej odnowie w poszanowaniu natury ma służyć nasz konkurs w wymiarze lokalnym a nawet miejskim.
Zapraszamy do uczestnictwa w konkursie zarówno osoby, prywatne z przydomowymi ogrodami permakultury, grupy uprawiające permakulturowy ogródek działkowy, jak i członków ogrodów społecznościowych. Szczególnie dla tych ostatnich sytuacja pandemii, może wiązać się z wyzwaniami rozwoju w którym wsparcia merytorycznego w trakcie trwania konkursu mogą udzielić nasi wspaniali jurorzy:
Joanna Bojczewska, Monika Podsiadła, Wojciech Górny, Dariusz Śmiałowski.
ZGŁOŚ swój OGRÓD do KONKURSU w terminie do 21 września przez formularz http://gdziejestwoda.pl/konkurs/, a w przypadku pytań pisz na pemakultura@gdziejestwoda.pl
Nagrody w konkursie:
- książka nt. permakultury
- roczna prenumerata Eko-ogród
- roczna prenumerata Przepis na ogród
- książki wydawnictwa Burda Media o tematyce ogrodowej
- kurs permakultury
- talony na nasiona
- 10% (rabatu) na 10 kW instalację PV
Powodzenia i do zobaczenia!
Z wyrazami poważania:
Gabriela Morawska; organizatorka Konkursu Permakultury: permakultura@gdziejestwoda.pl
Patroni merytoryczni:


Sponsor konkursu:
Patroni medialni:



