Niemiecka organizacja antykorupcyjna Transparency International Deutschland wzywa do niezależnego przeglądu projektu rozwoju Odry jako drogi wodnej. Zdaniem Transparency International Deutschland istnieją powody, by sądzić, że projekt, który oficjalnie opiera się na ochronie przeciwpowodziowej, służy przede wszystkim interesom poszczególnych przedsiębiorstw – a ryzyko powodzi może nawet wzrosnąć, wbrew oficjalnym celom projektu.

(więcej…)

Wraz z zespołem Fundacji Agro-Perma-Lab zapraszamy na szkolenie „Agro-Perma-Lab: Nasiona”. Początkowo miało ono się odbyć w siedlisku Ptasia Dolina, jednak z uwagi na restrykcje (zakaz organizowania wydarzeń powyżej 5 osób), zostało ono przeniesione do przestrzeni on-line.
Zgłoszenia będą przyjmowane do 23.11.2020. Zajęcia zaplanowane są na styczeń i luty. Nowy harmonogram szkolenia znajdziecie na stronie – tutaj.

Szkolenie skierowane jest do edukatorów i liderów społecznych w sieci agroekologii i permakultury. Jego celem jest podnoszenie kompetencji z zakresu: strategii tworzenia Społecznościowych Domów i Sieci Nasion, ich technicznych, wspólnotowych oraz politycznych aspektów. Podczas szkolenia zostaną też poruszone różnorakie kwestie związane z zachowywaniem nasion – od praktyk zachowywania i przetwarzania po organizację wymian nasion oraz żywych kolekcji oraz kwestie utrzymywania wysokiej jakości materiału siewnego i edukacji innych.

Trening będzie miał dwutorową formułę – mniejsza grupa wybranych uczestników i uczestniczek weźmie udział w pełnym treningu (dyskusje, ćwiczenia, networking). Natomiast cała część wykładowa będzie otwarta dla wszystkich pozostałych zainteresowanych, niezależnie od procesu rekrutacji. O możliwości wzięcia udziału w części wykładowej będziemy informować na początku stycznia.

Szkolenie jest częścią trzyetapowego projektu ,,Agro-Perma-Lab: NASIONA”, współfinansowanego przez Community Seed Banks Academy.

Zielone Wiadomości są patronem medialnym projektu. Zachęcamy do zapoznanie się z artykułem opublikowanym na naszych łamach, który przybliża jego założenia i stojące za nim idee.


 

Mijają kolejne tygodnie, a Parlament nie potrafi wybrać nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Na początku września zakończyła się pięcioletnia kadencja Adama Bodnara, obecnego Rzecznika. Pogrążona w kryzysie Zjednoczona Prawica nie potrafi zgłosić jednego, wspólnego dla partii prawicowych kandydata. Jedyną kandydatką jest więc, popierana przez ponad tysiąc organizacji społecznych, Zuzanna Rudzińska-Bluszcz. Tymczasem do spraw 2 grudnia może się włączyć Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej.

(więcej…)

Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska (GDOŚ) uchyliła w całości wydaną w niższej instancji decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach dla kopalni węgla kamiennego Imielin-Północ. To dobra wiadomość dla klimatu i środowiska, a także dla mieszkańców, którzy wspierani przez Greenpeace oraz prawników z Fundacji Frank Bold, od lat sprzeciwiają się kontrowersyjnej inwestycji.

W czwartek 12 listopada GDOŚ opublikował informację o uchyleniu w całości decyzji Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska (RDOŚ) w Katowicach z 2018 roku o środowiskowych uwarunkowaniach dla kopalni węgla kamiennego Imielin-Północ i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia organowi I instancji. Oznacza to, że GDOŚ uwzględnił przynajmniej część odwołań złożonych od tej decyzji przez stronę społeczną i organizacje ekologiczne i uznał, że uchybienia proceduralne, jakich dopuścił się RDOŚ wydając tę decyzję były na tyle poważne, że konieczne jest powtórzenie postępowania przed tym organem.

Brak zgody na wydobycie węgla z kopalni Imielin – Północ jak w soczewce pokazuje, że era węgla dobiega końca. Kryzys klimatyczny wymaga jak najszybszej sprawiedliwej transformacji regionów górniczych i odejścia Polski od węgla najpóźniej do 2030 roku. Liczymy na to, że sukces mieszkańców Imielina, doda skrzydeł tym społecznościom, które starają się zatrzymać dalszą ekspansję projektów węglowych – powiedziała Anna Meres z Greenpeace.

Uchylenie decyzji środowiskowej przez GDOŚ oznacza, że wydana przez organ I instancji decyzja, której nadano rygor natychmiastowej wykonalności traci ważność. Spółka PGG, która planuje wydobycie węgla z kopalni Imielin-Północ, na jej podstawie zwróciła się już do Ministra Klimatu i Środowiska o wydanie koncesji. W związku z tym, że decyzja została uchylona postępowanie koncesyjne powinno zostać natychmiast umorzone.

Już wcześniej podkreślaliśmy, że nieostateczna decyzja środowiskowa, a więc taka, co do której wciąż toczy się postępowanie odwoławcze, nie może stanowić podstawy do wniosku o udzielenie koncesji. W tym momencie sprawa jest już całkiem oczywista, wobec uchylenia decyzji środowiskowej postępowanie koncesyjne nie ma racji bytu – komentuje Miłosz Jakubowski, radca prawny z Fundacji Frank Bold, która reprezentuje mieszkańców w postępowaniu.

Przeciwko planom budowy kopalni Imielin-Północ od lat protestują mieszkańcy Imielina, 9-tysięcznego miasta, którego połowa powierzchni znajduje się na obszarze górniczym. Metoda “na zawał”, którą spółka PGG chce wydobywać węgiel zniszczy ok. 2,5 tysiąca domów, a także zagraża dwóm zbiornikom wody pitnej, które zaopatrują 1/3 aglomeracji górnośląskiej w wodę.

Cieszy nas to, że GDOŚ stanęła po stronie środowiska w sporze mieszkańców Imielina ze spółką PGG. Największym skarbem Imielina nie jest zasiarczony węgiel, a dwa zbiorniki wody pitnej, zagrożone dewastacją, jeśli kopalnia zacznie eksploatację. W dobie kryzysu klimatycznego i ekonomicznego potrzebujemy zwrotu w stronę zielonej energii i sprawiedliwej transformacji zamiast pompowania pieniędzy w inwestycje, których koszt środowiskowy, ekonomiczny i społeczny jest zbyt wysoki w stosunku do bardzo wątpliwych zysków – komentuje Alicja Zdziechiewicz ze Stowarzyszenia Zielony Imielin

Spółka PGG zakończyła ubiegły rok ze stratą w wysokości 400 mln złotych w wyniku odpisu. Niska wydajność polskiego górnictwa oraz rosnące koszty wydobycia są głównymi czynnikami, które powodują, że sektor górnictwa jest nierentowny, a spółka PGG jest na skraju bankructwa.

Źródło: Greenpeace

Fot. Konrad Konstantynowicz


 

8 listopada przypada Dzień Zdrowego Jedzenia i Gotowania. Przy tej okazji Stowarzyszenie Poranek radzi, jakie zachowania i zmiany w codziennej rutynie pozwalają zdrowo oraz niedrogo się odżywiać, nie zaśmiecając przy tym planety. Jakie są walory zdrowotne poszczególnych rodzajów żywności, jak ją przechowywać, aby nie utraciła prozdrowotnych właściwości? Czy warto sięgać po popularne diety, detoksy i suplementy diety?  Jakie mogą nieść one ze sobą zagrożenia? Na te i inne pytania odpowiada akcja „Miesiąc zdrowego żywienia”.

(więcej…)

Uśmiech dziecka jest ich celem, czasami jednak droga do tego jest bardzo długa. Dr Andrzej Cwetsch przedstawia możliwości jakie wykorzystuje nauka przy współczesnej diagnostyce i leczeniu.
Juliusz Adel: Dlaczego genetyka?

Andrzej W. Cwetsch: Z wykształcenia jestem biologiem, a genetyka jest nieodzowną jej częścią. To geny i ich odpowiednio uregulowana ekspresja gwarantuje poprawne funkcjonowanie żywych organizmów. Dlatego jeśli chcemy badać podłoże jakiejkolwiek choroby to nie da się od genetyki uciec. A co zawęziło moje zainteresowania? W czasie studiów doktoranckich zafascynowały mnie badania schorzeń układu nerwowego, których powodem są pojedyncze mutacje. Bardzo chciałem nauczyć się identyfikować takie zmiany u pacjentów cierpiących na choroby neurologiczne, a następnie wdrażać technologie, które pozwoliłyby zrozumieć jak zmutowany gen wpływa na poprawny rozwój mózgu.

Gdzie pracujesz i czym się zajmujesz?

Obecnie pracuję w Paryżu w dwóch instytutach. Jeden zajmuje się rzadkimi mutacjami i jest częścią szpitala dziecięcego (Institut des maladies génétiques Imagine). Drugi instytut koncentruje się na problemach neurologicznych i psychiatrii (Institut de Psychiatrie et Neurosciences de Paris). Chyba po miejscach pracy łatwo wydedukować, że badam mutacje genetyczne, które dotykają układ nerwowy. Bez wnikania w szczegóły, by nie uśpić czytających, skupiam moją uwagę na epilepsji i autyzmie. Staram się zrozumieć, jak konkretna mutacja, prowadząca do wspomnianych przez mnie chorób, wpływa na organizacje kory mózgowej w najwcześniejszych etapach jej formowania.

Trzeba zdać sobie sprawę, że czasem minimalne zmiany w funkcjonowaniu niewielkiej grupy neuronów potrafią mieć tragiczne skutki.

Jakie znaczenie ma genetyka we współczesnej medycynie?

Bardzo dobre pytanie. Mało osób zdaje sobie sprawę jak bardzo medycyna jest zależna od nas, naukowców prowadzących badania, w naszym żargonie określane jako „badanie podstawowe”. W tym terminie zawiera się wiele różnych dziedzin. Zaczynając od pracy nad ekspresją genów, strukturami protein po interakcje wszelakich ścieżek sygnalizacyjnych w komórkach. Weźmy na przykład mutację u osoby z epilepsją. Trafia do nas próbka DNA lub pobrane od pacjenta komórki, my je namnażamy by pozyskać odpowiednią ilość materiału do dalszych badań. Możemy też „wszczepić” taką mutację w zdrowe komórki, by przeanalizować mechanizm prowadzący do patologii.

Nie boję się powiedzieć, że we współczesnej medycynie, genetyka staje się podstawą całej piramidy, gdzie pierwszy poziom stanowią badania podstawowe, a na samym szczycie znajduje się konkretna strategia leczenia. Pamiętajmy też o relatywnie nowej, ale bardzo dynamicznej gałęzi genetyki – farmakogenetyce, czyli dostosowywaniu leczenia do specyficznego podłoża genetycznego pacjenta. Jak bardzo takie terapie są potrzebne widzimy obecnie w czasie pandemii Covid 19. Pacjenci różnie reagują na samego wirusa, jak i na stosowane leczenie. Pomagamy zrozumieć dlaczego tak jest.

Jak oceniasz swój udział w tym procesie?

Jak wspomniałem, badania podstawowe budują podstawę do ustalenia, jak w następnych krokach pomagać pacjentom. Ja naprawdę lubię to co robię, a każdy dzień daje mi poczucie, że robię coś ważnego i dobrego dla wszystkich.

Już mówię o co mi konkretnie chodzi. W jednym z instytutów, gdzie pracuję, laboratorium znajduje się na piętrze, nad hallem poczekalni dla naszych małych pacjentów, dotkniętych nieraz bardzo rzadkimi chorobami genetycznymi. Patrząc z mojego piętra, widzę chore dzieci i ich strapionych rodziców. Czasem przez ten gwar przedrze się śmiech. Wtedy myślę sobie, że jeżeli dzięki mojej pracy, któregoś dnia będzie zanosić się śmiechem dziecko, któremu udało się pomóc, to warto było przyjść do laboratorium i wziąć się do roboty.

Jak można do tego dojść?

Przez zrozumienie. Nauka to eksperymenty potwierdzające lub odrzucające hipotezy. Nie ma tu miejsca na domysły, półprawdy czy ideologie. Albo coś działa, albo nie. Musimy się opierać na faktach. Często otwierając jedne drzwi, napotykasz kolejne i nie możesz zostawić ich zamkniętych. To dlatego badania trwają bardzo długo i niejednokrotnie kończą się fiaskiem. Niemniej, bez zadawania pytań, nigdy nie poznamy odpowiedzi.

Czy to jest bezpieczne? Czy nie jest to taka zabawa genami?

Poszerzanie wiedzy jest zawsze bezpieczne, ale tylko wówczas, gdy używasz jej w sposób odpowiedzialny. Nie lubię słowa zabawa, bo sugeruje coś beztroskiego i nie opartego na wcześniejszych przemyśleniach. Jeśli chodzi o manipulacje genami to musimy pamiętać, że robią to ludzie, którzy studiowali wiele lat i kształcić się będą do końca życia zawodowego. W naszej dziedzinie codziennie pojawiają się nowe publikacje i techniki za którymi trzeba nadążać. Nikt z ulicy nie może ot tak sobie wpaść na jakiś pomysł, wejść do laboratorium i dokonać modyfikacji genetycznej żywego organizmu, a tym bardziej nikt nie dokona takiej modyfikacji w złych zamiarach. Wszelkie projekty badawcze przechodzą przez liczne komisje państwowe, a potem dodatkowo wewnętrzne (uniwersyteckie lub instytutowe). Co ciekawe we Francji, projekty muszą zawierać część jawną, która dostępna jest dla wszystkich zainteresowanych, a do ich zatwierdzenia powoływana jest komisja, w skład której wchodzą poza naukowcami, ekolodzy, obrońcy praw zwierząt etc. Z mojego punktu widzenia jest to bardzo dobre rozwiązanie, zapewniające pełną przejrzystość i bezpieczeństwo.

Czy jeżeli wymiana pewnej sekwencji może dać efekty w leczeniu epilepsji u dzieci, to czy jest możliwość w ten sposób zapobiec także innym chorobom?

To dopiero początek, żadna z takich zmian wg. mojej wiedzy jeszcze się nie dokonała. Niemniej niektóre badania w fazie klinicznej przynoszą bardzo obiecujące wyniki. Proces projektowania takich terapii jest bardzo skomplikowany. Już tłumaczę dlaczego. Kiedy mówimy o terapiach genowych zazwyczaj mówimy o chorobach monogenicznych. To takie, gdzie choroba spowodowana jest mutacją jednego genu. Istnieje kilka rodzajów epilepsji monogenicznych, niemniej w większości przypadków przyczyny choroby nie są znane, lub składa się na nią kilka mutacji. Nawet jeśli mamy do czynienia z mutacją monogeniczną, to projektowane leczenie skoncentrowane będzie na jednej konkretnej zmianie w genie u jednego konkretnego pacjenta. Dlatego każda z tych terapii jest inna i w zasadzie trudno będzie znaleźć dwie identyczne.

W Twojej pracy interwencja w DNA ma na celu poprawę zdrowia Twoich pacjentów, można zatem pogratulować, życzyć dalszej wytrwałości i kolejnych sukcesów. Teraz chciałbym usłyszeć kilka słów na temat genetyki, ale innego jej działu – produkcja żywności. Czy jest jakaś wspólna cecha, wspólny mianownik, poza nazwą genetyka, łączący twoją pracę z pracami np. w firmie BAYER, Monsanto?

Duże koncerny zajmujące się modyfikacją żywności w mojej opinii muszą stawiać w pierwszej kolejności na bezpieczeństwo. Jak mówiłem wcześniej, modyfikacje genetyczne, jeśli wykonywane pod odpowiednim nadzorem, zawsze mają na celu polepszanie, a nie pogarszanie stanu obecnego. Faktycznie, niektóre odmiany modyfikowanych roślin (te silniejsze od naturalnych odmian) w przypadku rozplenienia poza wydzieloną strefą rozpoczynają proces wypierania słabszych, naturalnie rosnących odmian. Dlatego, tak ważne jest odizolowanie takich upraw. Pamiętajmy jednak, że w naturze procesy związane z ekspansją silniejszych gatunków zawsze miały miejsce, a niektóre modyfikacje u roślin są tylko przyspieszeniem pewnych procesów. Czy należy to robić? O tym można dyskutować godzinami.

Jak bardzo bezpieczne lub niebezpieczne mogą być zmiany genetyczne na organizmach, które potem spożywamy? Czy możemy całkiem bezrefleksyjnie wprowadzać do swojego menu zmodyfikowane produkty? Czy ich spożywanie jest bezpieczne dla naszego zdrowia?

Zmiany genetyczne w żywych organizmach zachodzą nieustannie. Rośliny i zwierzęta mutują w sposób naturalny. Jeden krzak pomidora może być inny od drugiego rosnącego obok przez spontaniczną mutację, która zaszła przypadkowo przy podziałach komórkowych. Pomidor wygląda tak samo, ale ma np. punktową mutację. Czy ten zmutowany będzie niebezpieczny? Nie sadzę. W czasie trawienia rozkładamy wszystkie białka na proste aminokwasy, które są później wchłaniane. Budowa tych białek (powstała z sekwencji genetycznej) nie ma większego znaczenia.

Bardzo wiele zmian ma na celu uodpornienie roślin na Roundup. Jednocześnie ta „odporna” roślina pobiera tenże pestycyd z ziemi, a my potem to spożywamy. Gdzie jest nasze bezpieczeństwo? Przecież to środek niebezpieczny, którego nie możemy się napić, a możemy zjeść go w soi? Możemy zjeść mięso zwierzęcia karmionego taką soją?

To rzeczywiście błędne koło. Dlatego też, środek ten jest powoli wycofywany z użytku (np. we Francji). Mam nadzieję, że inne państwa dokonają podobnych zmian w prawie. Tu można zauważyć, że problem nie leży w samej modyfikacji rośliny, ale w zatruwaniu gleby i środowiska. Takim działaniom należy się przeciwstawiać. Czy możemy zjeść takie mięso? Możemy, ale skutki działania pestycydów mogą mieć wpływ na życie karmionych nimi zwierząt, a w konsekwencji nasze. Chce wierzyć, że mięso pochodzące z hodowli karmionych taka paszą jest badane i zdrowe. To jest jednak bardziej pytanie o szkodliwość pestycydów, albo ich wpływ na żywność i powinno być skierowane do toksykologa. Myślę, że to świetny pomysł na kolejny wywiad!

Pomyślę o tym. Modyfikacje genetyczne mają różne cele. Mamy pomidory z genem flądry, które można przechowywać tygodniami, ziemniak z genem meduzy, który ma więcej skrobi, karp z genem człowieka, żeby rósł szybciej, soja i kukurydza z genami bakterii, które zabijają owady i uodparniają je na środki chwastobójcze… Nigdy w przyrodzie takie organizmy nie powstają w sposób naturalny podczas gdy natura dostarcza nam tyle dobrych warzyw. Czy jest sens to poprawiać?

To prawda, powstanie takiej mieszanki w naturze jest bardzo mało prawdopodobne (choć jak to w naturze bywa, nic nie jest niemożliwe!). Wszystkie modyfikacje mają na celu doprowadzić do tego by żywność, na którą jest ogromne zapotrzebowanie rosła szybciej lub istniała możliwość dłuższego jej przechowywania. Coraz więcej ludzi docenia jedzenie warzyw i owoców. Nasza dieta (szczególnie w Polsce) bardzo się zmienia i to na lepsze, odstawiając coraz częściej tłuste mięsne posiłki na rzecz sałat, warzyw i owoców. Należy sobie zadać pytanie, jak sprostać wymaganiom rynku. Niestety, to są naczynia połączone. Weźmy na przykład awokado, które ostatnio święci największe sukcesy, także na rynku w Polsce. Wymagania rynku są tak duże, ze znikają nam lasy Amazońskie bo potrzebne jest miejsce od uprawę awokado. Zdecydowanie należy promować zdrowe, wolne od genetycznych modyfikacji i pestycydów jedzenie, ale czy możemy sobie na to pozwolić w obecnych warunkach? Następuje powolna zamiana. Wierzę, że świadomość w społeczeństwie rośnie o wiele szybciej, niż się spodziewaliśmy. Przede wszystkim dzięki organizacjom promującym jedzenie BIO. Na wszystko jednak trzeba czasu.

Jak to wszystko ma się do bezpieczeństwa żywności?

Z mojego punktu widzenia nie ma czego się bać jeśli chodzi o GMO. Weźmy wcześniejszy przykład np. pomidory z genem flądry. Taki pomidor zawiera wszystkie geny, które występują naturalnie w przyrodzie. Jeden z nich został jedynie wstawiony do innego organizmu. To tak jakbyśmy zjedli fladrę i pomidora osobno. Zjesz jedno i drugie DNA. Organizm w czasie trawienia rozbije je jak każde inne. Nie ma też możliwości wpuszczenia do obrotu niebezpiecznej dla zdrowia modyfikowanej żywności. Sprawy mają się inaczej jeśli chodzi o pestycydy. Tu należy bardzo uważać co się je.

Czy jeżeli mamy międzygatunkową hybrydę genetyczną, to czy pomidor jest dalej wegański? Czy jedzenie karpia nie jest kanibalizmem?

Pamiętajmy, że dla z pomidorem dzielimy około 60% genów, a z karpiem, aż do 90%. Wbrew pozorom z punktu widzenia genetyki jesteśmy bardzo blisko siebie. Czy ten jeden gen wstawiony do karpia zrobi różnicę na tle 90% które dzielimy? Wolę zostawić to każdemu do indywidualnego osądu. Czy pomidor będzie wciąż wegański? W mojej opinii tak, jeden dodatkowy gen nie „uzwierzęca” w żaden sposób rośliny. Nasz modyfikowany pomidor będzie wytwarzać tylko jedno białko/enzym więcej, niż niezmodyfikowany.

Hmm… to tak jakbyśmy wszczepili sobie gen odpowiedzialny za wytwarzanie karotenu – czerwono pomarańczowego barwnika produkowanego przez rośliny takie jak pomidor czy marchew. Dałoby nam to efekt całorocznej opalenizny (absolutnie bez skojarzeń z pewnym byłym amerykańskim prezydentem), czy to spowodowałoby, że myślelibyśmy o sobie jak o pól roślinie?

Czy jest tutaj miejsce na etykę?

Zawsze jest, bez etyki nie ma nauki. Chciałbym przede wszystkim by żadne z modyfikacji nie powodowały cierpienia zwierząt.

Czy żeby nie marnować tak dużej ilości jedzenia warto mieć pomidory, które dłużej pozostaną świeże? Myślę, że warto.

Czy warto hodować krowy z przerostem mięśni i obniżać ich jakość życia? Absolutnie nie.

Czy należy kupować bezpośrednio od zaprzyjaźnionych rolników, w sklepach BIO, czy ulubionych warzywniakach? Ponad wszystko!

W naszych rękach, spoczywa decyzja, gdzie i jakie kupujemy jedzenie na nasze stoły. Myślę, że już widać pozytywne zmiany w nawykach żywieniowych, musimy jednak edukować i przekonywać .

Czy zatem unikać żywności GMO, czy kompletnie nie zwracać na to uwagi, a może po prostu bardzo dokładnie czytać skład produktu przed wrzuceniem do koszyka? Niestety nie wszędzie napisano, że to modyfikowane, a jak nawet napisano, to jak rozumiem nie każda modyfikacja jest zła i nie każda jest dobra – myślę tu głównie o te odporne na pestycydy. Mamy zatem na etykietach pełno ogólników, ale jak w tym ma się znaleźć klient w markecie?

Używajmy zdrowego rozsądku. Co mam przez to na myśli? Nie należy się bać żywności GMO, bo żaden nieprzebadany wcześniej produkt nie wyląduje na sklepowej półce. Tak czy inaczej myślę, że w europejskich warunkach nie mamy z nią tak dużej styczności, a jeśli mamy to jest oznakowana. Wraca tu poprzedni watek, tzn oznakowanie produktów np mięsa pochodzącego z hodowli, gdzie zwierzęta karmione były paszami GMO. Taka informacja w moim przekonaniu powinna znajdować się na etykiecie (i to nie małym druczkiem) by dawać możliwość świadomego wyboru. A stosowanie szkodliwych dla zdrowia pestycydów wydaje się tematem, który powinien był zniknąć już wiele lat temu.

Pytasz jeszcze jak się odnaleźć w markecie? W cywilizowanych krajach mamy możliwość dokonywania świadomych decyzji. Zastanówmy się czy zakup bardziej czerwonych jabłek, pomidora bez pestek czy ogromnego karpia na święta zmieni coś w naszym życiu? Chyba nie. Czy walka z głodem w Afryce, poprzez zwiększenie produkcji wzbogaconej w witaminy i minerały żywności GMO jest słuszna? Mam wrażenie, że w obecnej sytuacji tak.

To było do przewidzenia. Projekt Prawa i Sprawiedliwości nazwany z jakiegoś powodu „piątką dla zwierząt” oficjalnie trafia do kosza. Pomijam już fakt, że żadna z „piątki” piątka, ponieważ z przedstawionych przez projektodawcę postulatów nie zostało wiele. Przede wszystkim projekt pokazał, jak słaba, niewiarygodna i nieprofesjonalna jest obecna władza.

Podsumujmy krótko, co zawierał projekt zmiany ustawy o ochronie zwierząt, po poprawkach Senatu. Przede wszystkim utrzymano zakaz hodowli na futra, wydłużono jednak vacatio legis do 2,5 roku. Zakaz uboju rytualnego również miał wejść później, ponadto przestał dotyczyć „drobiu” (nie lubię tego określenia – odejmuje zwierzętom ich podmiotowość i sprowadza do kawałka mięsa). Odpuszczono zupełnie kwestię uwięzi, zostawiając ją na pierwotnie zaproponowanej długości 6-ciu metrów. Udało się zmienić na obiektywne przesłanki wpisania na listę NGOsów prowadzoną przez ministra spraw wewnętrznych. Jednocześnie namieszano do granic możliwości w obszarze schronisk, które ponownie mogłyby być prowadzone przez przedsiębiorców, tyle że przepisy byłyby jeszcze bardziej zagmatwane.

Etyczne rozdwojenie jaźni

Jednak pomimo wydłużenia vacatio legis, mimo zagwarantowanych odszkodowań (choć zaproponowanych w sposób urągający jakimkolwiek standardom legislacji), pozostawienia możliwości trzymania psów na łańcuchach – projekt wycofano.

Nie znalazłem żadnej sensownej argumentacji, która wyjaśniałaby krok poczyniony przez rządzących. Prawdopodobnie Strajk Kobiet, COVID-19, a także tony łajna wyrzucone pod biurami poselskimi i domami polityków PiS-u mają coś z tym wspólnego.

Nie jestem tym jednak zaskoczony. Od samego początku konsekwentnie powtarzałem dwie rzeczy: po pierwsze Prawo i Sprawiedliwość ma w głębokim poważaniu zwierzęta i prezes może kochać kotki, ale nawet jeśli, to raczej jest to miłość warunkowa – zależna od korzyści politycznych.

Po drugie, że ten projekt nie przejdzie, ponieważ nie był dostatecznie zły dla zwierząt, a co za tym idzie, nie był satysfakcjonujący dla rolników i przedsiębiorców.

To nie jest zarzut do rolników. To prosta kalkulacja. Jeżeli bowiem na poważnie chcemy podnieść poziom dobrostanu zwierząt, to siłą rzeczy musimy obniżyć komfort osób, które za ten dobrostan odpowiadają. Rolnicy i przedsiębiorcy zarabiają na zabijaniu zwierząt. Jeśli ograniczamy możliwość ich zabijania, to zabieramy pieniądze z kieszeni hodowców – proste. Podobnie w przypadku wszystkich innych zmian – każdy krok w kierunku wolności zwierząt powoduje ograniczenie wolności ludzi.

A Zjednoczona Prawica to ugrupowanie ultra-katolickie, konserwatywne. Kiedy poseł Suski z mównicy sejmowej argumentował, że projekt ustawy świadczy o „miłości do naszych braci mniejszych” oraz cytował św. Franciszka, byłem już przekonany, że z tego projektu nic nie będzie.

Dlatego zapowiedziany przez ministra rolnictwa nowy projekt ustawy budzi dużo większe wątpliwości. Szczególnie, że nie znamy absolutnie żadnych szczegółów go dotyczących.

Jeśli bowiem wycofano marny jakościowo, ale jednak przełomowy projekt zakazujący najgorszych z możliwych metod zabijania zwierząt, nie zdecydowano się na krok w kierunku polepszenia losu zwierząt w Polsce, to czego można spodziewać się po wersji 2.0?

Odpowiem – niczego. Z bardzo prostego powodu. Nie da się napisać sensownej, kompleksowej ustawy o ochronie zwierząt w miesiąc. To po prostu nie możliwe. A biorąc pod uwagę umiejętności legislacyjne rządzących oraz powyżej wykazane podejście do zwierząt – będzie to kolejny bubel.

Twierdzę tak, ponieważ w mojej ocenie wszystko sprowadza się do podstawowej idei, do pytania – jaki jest nasz stosunek do zwierząt?

Najważniejsza jest idea

Żeby zabrać się za pisanie ustawy (może ktoś z PiS-u przeczyta i się nad tym zastanowi), trzeba przede wszystkim ustalić, jakie wartości chce się w przepisach zawrzeć. To właśnie podstawowy kłopot z „piątką dla zwierząt” – była to nieudana próba zrobienia etycznego szpagatu. W mojej skromnej opinii to główna przyczyna, dla której w tej kadencji Sejmu nie zostanie przyjęty żaden akt poprawiający los zwierząt i to dlatego tak bardzo drażni mnie stosowanie przy okazji „piątki” epatowanie hasłem „prawa zwierząt”. Nie można mówić o ochronie praw zwierząt, jednocześnie negocjując, czy kurom można, czy nie można podrzynać gardeł bez ogłuszania albo czy 6 metrów łańcucha można uznać za komfortowe dla psa. Tak się nie da.

Z drugiej strony nie sposób zapomnieć o rolnikach, którzy faktycznie żyją z hodowli zwierząt. Większość z nich prawdopodobnie naprawdę dba o zwierzęta, nie prowadzi swojego gospodarstwa w sposób przemysłowy, nastawiony wyłącznie na zysk, bez poszanowania komfortu zwierząt. Trzeba wskazywać alternatywy, rozwiązania, propozycje, a także oferować pomoc w realizacji zmiany w przedsiębiorstwie.

Czy zatem stworzenie takiego projektu ustawy jest w ogóle możliwe?

Oczywiście, że tak. Tylko że potrzeba na to miesięcy, lat. Już tłumaczę, dlaczego.

Najpierw idea. Nie idźmy aż tak daleko, by wprowadzać prawa zwierząt rozumiane jako podmiotowe prawa podobne do ludzkich. Załóżmy zatem na potrzebny tego artykułu, że zwierzę traktujemy tak, jak dzisiaj – jako istotę czującą, myślącą, jako jednostkę – pod względem cech psychicznych i fizycznych zindywidualizowaną. Stosujemy także zasadę dereifikacji, czyli prawnego wyłączenia z kategorii rzeczy – a zatem podkreślamy, że zwierzę nie jest rzeczą i za każdym razem, gdy rozważamy możliwość zastosowania jakiegoś przepisu prawa, to musimy pamiętać o szczególnym statusie zwierzęcia.

Istotne, by powyższe traktować serio.

Obszarów, które wymagają zmiany lub uregulowania, jest mnóstwo. To m.in:

– zakaz hodowli na futra,

– zakaz hodowli klatkowej,

– ograniczenie hodowli przemysłowych,

– zakaz uboju rytualnego,

– zakaz transportu żywych zwierząt na rzeź,

– zakaz organizowania cyrków ze zwierzętami,

– powołanie Rzecznika Ochrony Zwierząt,

– uregulowanie kwestii współpracy pomiędzy organizacjami społecznymi, a państwem,

– usprawnienie/dofinansowanie lub zamknięcie niewydolnej dzisiaj Inspekcji Weterynaryjnej,

– zakaz myślistwa rekreacyjnego,

– uregulowanie sytuacji schronisk dla zwierząt,

– uregulowanie statusu zwierząt egzotycznych,

– uregulowanie ratownictwa weterynaryjnego,

– wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i systemowego chipowania zwierząt domowych,

– uregulowanie obowiązku leczenia zwierząt,

– uregulowanie kwestii spadkowych, rodzinnych, sytuacji zwierzęcia po jego śmierci,

i wiele, wiele innych.

Dużo, prawda?

Każde z wymienionych obszarów wymaga refleksji na kilku poziomach. Sam pomysł to za mało. Należy przedyskutować go z zainteresowanymi stronami. Na przykład, jeśli zdecydujemy się zająć schroniskami, to wypada zapytać najpierw specjalistów (biologów, weterynarzy, behawiorystów), jakie warunki dla zwierząt w schronisku byłyby chociaż minimalne, a jakie optymalne. Następnie trzeba przeanalizować sytuację finansową państwa, samorządów, instytucji państwowych. Zaprosić w końcu do dyskusji ludzi schroniska prowadzących,  a także organizacje społeczne. Wnioski z tych dyskusji trzeba przemyśleć i zdecydować się na konkretny wariant, a ten przeobrazić dopiero w przepisy, które muszą być spójne z całym systemem. Może się bowiem zdarzyć tak, że wprowadzenie jednego pomysłu w życie będzie wykluczać lub dezorganizować zmiany w innym obszarze.

Dokładnie taki problem ze schroniskami powstał w przypadku „piątki dla zwierząt”. Ktoś uznał, że prywatni przedsiębiorcy są źli, więc zmieniając jeden przepis zrzucono obowiązek prowadzenia schronisk bezpośrednio na gminy. Nikt jednak nie zająknął się o jakimkolwiek dofinansowaniu tejże zmiany, dodatkowo skonstruowano przepis tak, że w przyszłym roku powstałoby 3500 schronisk w całej Polsce przy jednoczesnej likwidacji wszystkich prywatnych podmiotów, często małych azylów cieszących się dobrą opinią. Senat to zauważył, więc… przywrócił możliwość prowadzenia schronisk przez przedsiębiorców, ale wprowadzając zupełnie nowe przepisy, co spowodowało zupełny bałagan w tekście ustawy, a bez żadnego efektu.

To tylko jeden, krótki przykład. A, jak wskazałem powyżej, obszarów do zmiany jest cała lista. Dlatego zbudowanie systemu ochrony zwierząt, nawet bez nadawania im praw, to praca wymagająca czasu, profesjonalizmu i cierpliwości.

Oczywiście są takie kwestie, które można wprowadzić szybko – moratorium na polowania na ptaki to doskonały przykład. Ale jeśli na poważnie chcemy chronić zwierzęta, to nie ma innego wyjścia, jak konsekwentnie pracować.

Kluczem jest profesjonalizm

Rada Programowa ds. ochrony zwierząt Partii Zieloni, której mam zaszczyt przewodniczyć, tak właśnie postępuje. Naszą ambicją jest napisanie nowego prawa dla zwierząt – prawa, które bierze pod uwagę postęp nauki o zwierzętach, ich naturę, potrzeby. Jednocześnie takiego, które nie traktuje rolników i opiekunów zwierząt w sposób lekceważący, a bierze pod uwagę ich interesy i proponuje alternatywy, progresywne rozwiązania. Spotykamy się z organizacjami społecznymi, by porozmawiać o ich doświadczeniach. Analizujemy stosy statystyk, raportów. I kiedy przedstawimy nasz projekt, to będziemy mieć pewność, że to profesjonalny akt, który wprowadza realne zmiany.

 

Kluczem do skutecznej ochrony zwierząt w Polsce są stosunek do zwierząt oraz profesjonalizm w działaniu. Dlatego Prawo i Sprawiedliwość przegrało na „piątce dla zwierząt” podwójnie. Próbując zrobić szpagat, połamało sobie nogi.

 

Topnieją szanse na ambitną reformę europejskiego rolnictwa po tym, jak Rada Europejska, a następnie Parlament znacząco osłabiły pro-środowiskowe zapisy w nowej WPR po roku 2022. Zdaniem organizacji ekologicznych uniemożliwi to osiągnięcie celów związanych z ochroną klimatu i bioróżnorodności, przyjętych przez Unię. Niektóre z organizacji mówią wręcz o „wyroku śmierci na małe gospodarstwa i naturę”. Wzywają Komisję Europejską, by odrzuciła w całości okrojony projekt reformy WPR i zaczęła prace od nowa.

Blisko połowa powierzchni Europy to tereny rolne, z których większość to rolnictwo uprzemysłowione, oparte o monokultury z ogromną ilością chemii w postaci nawozów sztucznych i pestycydów. W ostatnim czasie Europejska Agencja Środowiska, Europejski Trybunał Obrachunkowy i tysiące naukowców alarmowało, że spadek różnorodności biologicznej na terenach rolnych w Europie jest katastrofalny, zagraża samej produkcji rolnej, a winny temu jest właśnie przede wszystkim intensywny model rolnictwa, wspierany przez WPR. Sama UE zobowiązała się, że zatrzyma ten spadek w ciągu najbliższych 10 lat.

Przez chwilę była nawet na to nadzieja. Komisja Europejska przyjęła najpierw Europejski Zielony Ład, w którym zobowiązała się że Unia stanie się gospodarką zeroemisyjną do połowy wieku, a następnie 2 strategie: „od Pola do stołu” i „na rzecz bioróżnorodności”. Są to jednak dokumenty przedstawiające jedynie pewne aspiracje i deklaracje. Choć wyznaczają propozycje konkretnych celów (np. znaczące ograniczenie użycia pestycydów, antybiotyków i nawozów sztucznych, zwiększenie powierzchni rolnictwa ekologicznego, itd.), to nie mają charakteru wiążącego i nie nakładają żadnych zobowiązań na państwa, poszczególne branże czy gospodarstwa. Przełożenie tych deklaracji na konkrety może mieć miejsce tylko we Wspólnej Polityce Rolnej.

„Śmierdzący” kompromis

Wspólna Polityka Rolna kształtuje europejskie rolnictwo za pomocą gigantycznych pieniędzy: w latach 2021-27 będzie to ponad 350 miliardów euro. Sposób wykorzystania tych pieniędzy miał być narzędziem zmiany. Reforma WPR miała uczynić europejskie rolnictwo bardziej zrównoważonym poprzez finansowe zachęty dla rolników, by odchodzili od praktyk szkodliwych dla środowiska. Chodziło o to, by skierować znacząco większy strumień pieniędzy do tych rolników, którzy realizować będą konkretne i istotne działania wspierające i regenerujące naturę, a zmniejszyć wartość świadczeń trafiających do tych, których praktyki rolne są szkodliwe.

Tymczasem Parlament Europejski właściwie rozmontował tę koncepcję. Trzy główne frakcje w PE: Europejska Partia Ludowa, Socjaliści i Demokraci oraz Odnówmy Europę przyjęły znacznie osłabiony kształt reformy, a następnie przegłosowały go jako jeden pakiet, bez możliwości omawiania i głosowania poszczególnych zagadnień. Choć trwała kampania #votethisCAPdown (odrzućcie ten WPR), w którą zaangażowała się m.in. Greta Thunberg i setki organizacji, propozycja przeszła. Spośród Polaków w PE przeciw byli tylko: Sylwia Spurek (niezależna), Róża Thun (PO), Robert Biedroń i Łukasz Kohut (obaj z Wiosny) oraz Anna Zalewska i Krzysztof Jurgiel (oboje z PiS). Krytycy podkreślają, że znów politycy ugięli się pod naporem lobbingu agrokorporacji. Do krytyków dołączył również, wywodzący się z PiS, Komisarz ds. Rolnictwa, Janusz Wojciechowski. Ostrzegł, że przyjęta wersja reformy kłóci się z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu i wezwał Parlament do ponownego przemyślenie stanowiska.

Pieniądze bez warunków

Na poziomie symbolicznym przyjęta wersja WPR nie zawiera nawet formalnego odniesienia do Europejskiego Zielonego Ładu ani do strategii „Od pola do stołu” i ich długofalowych celów. Na poziomie konkretów rozwadnia większość progresywnych propozycji Komisji Europejskiej.

Przede wszystkim PE utrzymał i „zabetonował” zdecydowaną dominację prostych dopłat bezpośrednich. W projekcie Komisji pieniądze z 1 filara (w całości przeznaczonego na dopłaty dla rolników) podzielone zostały na 2 części: dopłaty do hektara (czyli tym większe, im większe gospodarstwo) oraz „ekoschematy” czyli dopłaty za podejmowanie przez rolników konkretnych działań na rzecz środowiska. To właśnie te drugie dawały największą nadzieję na zmiany. Zieloni chcieli, aby ekoschematy z czasem zyskiwały na znaczeniu. Początkowo miało iść na nie minimum 30% (choć wiele organizacji proponowało, by od początku było to 50%), a w kolejnych latach ich udział miałby rosnąć (w najśmielszych propozycjach nawet do 100% pierwszego filara). Jednak w przyjętej wersji aż 60% z 1 filara zagwarantowane zostało na dopłaty do hektara, które faworyzują gospodarstwa największe i najbardziej uprzemysłowione. Oznacza to brak szans na znaczące poszerzanie ekoschematów.

Znów ekonomia zamiast ekologii

Co więcej, same ekoschematy zostały na różne sposoby poważnie osłabione. W propozycji Komisji miały to być działania, które wprost wzmacniają bioróżnorodność i odbudowują naturę, a więc np. tworzenie obszarów z roślinami miododajnymi, zimowych pożytków dla ptaków, luk skowronkowych, stref buforowych wzdłuż wód powierzchniowych czy stosowanie międzyplonów ozimych. Każde państwo ma samo decydować, które z tych działań chce promować, oferując za nie wypłaty dla rolników. Tymczasem PE jako nadrzędny cel ekoschematów dopisał „wzmacnianie konkurencyjności”. Czyli jeśli dane działanie nie wzmacnia konkurencyjności, to państwa członkowskie mogą go nie oferować. Do ekoschematów można natomiast będzie włączać np. rolnictwo precyzyjne. Ekologów oburza fakt, że ekoschematy będą więc tworzone i oceniane z perspektywy ekonomicznej, a nie czysto ekologicznej, co było ich podstawowym celem. Ponadto, przynajmniej przez pierwsze 2 lata (2023-24), niewykorzystane środki na ekoschematy będą mogły być przeniesione na zwykłe dopłaty bezpośrednie, jeśli nie będzie wystarczająco wielu chętnych do ich wdrożenia (ekoschematy mają być dobrowolne dla rolników).

Osłabiona wzmocniona warunkowość

Jak wspomniano, dopłaty bezpośrednie zajmują największą część budżetu WPR i dostają je wszyscy rolnicy. Dlatego Komisja Europejska chce ich wypłacanie uzależnić od spełniania przez gospodarstwa mocniejszych i bardziej skutecznych warunków dotyczących ochrony środowiska, aby zapobiegać najbardziej szkodliwym praktykom. To tak zwany system wzmocnionej warunkowości. Otrzymanie płatności bezpośrednich miałoby być uzależnione od przestrzegania norm dobrej kultury rolnej zgodnej z ochroną środowiska (ang. skrót GAEC), których miało być 10. Problem w tym, że podczas prac w PE kilka z tych warunków zostało rozluźnionych, a jeden został usunięty.

Rozczarowanie dotyczy przede wszystkim zasady (GAEC 9), polegającej na tym, że rolnik ma wyodrębni ze swojego gospodarstwa obszar, który nie będzie przeznaczony pod żadną produkcję rolną, ale „zostanie oddany dzikiej przyrodzie”. Poważne osłabienie tej zasady polega na tym, że do tych obszarów będzie można wliczyć również przestrzeń przeznaczoną na międzyplony lub uprawy wiążące azot. Tymczasem naukowcy ostrzegali już wyraźnie, że obszary z tymi uprawami nie poprawiają stanu bioróżnorodności równie dobrze, jak pozostawienie przestrzeni dla dzikiej przyrody i nie sprawdziły się w poprzedniej WPR. Co więcej, w propozycji Komisji Europejskiej, zgodnej ze „strategią na rzecz bioróżnorodności”, te obszary miały stanowić 10% użytków rolnych, ale Parlament zmniejszył tę liczbę do 5% gruntów ornych (czyli mniejszej przestrzeni niż całość użytków rolnych). W zapisach zmniejszono również ochronę bagien i mokradeł, czyli ekosystemów najlepiej pochłaniających dwutlenek węgla, a także zniesiono zakaz orania trwałych użytków zielonych na obszarach chronionych Natura 2000. Również obowiązkowe wykorzystanie narzędzia w zakresie zrównoważonego gospodarowania składnikami odżywczymi z nawozów (GAEC 5), które miałoby chroni wody przed zanieczyszczeniem, zostało całkowicie usunięte z wymogów.

Kolejnej szansy może nie być

Tak więc wygląda na to, że 3 ostatnie lata, które liczne instytucje i organizacje poświęciły na przygotowanie reformy, zostały w dużej mierze zaprzepaszczone. Niby jeszcze nie wszystko stracone, bo przed nową WPR wciąż pozostaje etap tzw. trialogu (czyli ustaleń miedzy wszystkimi trzema ciałami: Radą, Parlamentem i Komisją Europejską), ale szanse na przywrócenie dobrych zapisów lub wypracowanie jeszcze lepszych wydają się niewielkie. Może się okazać, że reforma nie tylko nie poprawi, ale wręcz pogorszy Wspólną Politykę Rolną.

Organizacje ekologiczne, które śledzą na bieżąco doniesienia nauki o zapaści środowiska są przerażone. Po zakończeniu negocjacji nowa WPR obowiązywać będzie do 2027 roku. Ten okres może okazać się decydujący. Utrata różnorodności biologicznej może do tego czasu przekroczyć punkt krytyczny, poza którym może nas czekać równia pochyła. Biorąc pod uwagę fakt, że ¾ naszych najważniejszych upraw zależy od zapylaczy, nie jest to perspektywa optymistyczna.

żródło: Koalicja Żywa Ziemia

Prosimy o podpisywanie wezwania do odrzucenia obecnego projektu WPR:  https://withdrawthecap.org/ – mamy już ponad  58 tysięcy podpisów obywateli UE.

Na ulicach całej Polski rewolucja jakiej jeszcze nie było. Tym razem do walki z PiS-em stanęło zupełnie inne pokolenie, które zmianą ustawy aborcyjnej poczuło się osobiście dotknięte.

To co zadziało się w 22.10 w Trybunale Konstytucyjnym stało się przysłowiową kroplą goryczy, która przepełniła czarę frustracji i rozczarowania. Młodzi ludzie, bo jest ich na protestach zdecydowana większość, nie walczą już tylko o prawa do aborcji i o prawa człowieka do samostanowienia. To walka, a właściwie wojna o demokrację, o godność, o godziwą płacę i pracę, o edukację, o poprawę służby zdrowia, o bycie obywatelem świata. Młodzi ludzie walczą o przyszłość swoją i swoich dzieci. Zmienił się zasadniczo język protestów. Nie ma w nim miejsca na kompromis. To pokazują hasła tego spontanicznego ruchu młodych. Są one krótkie i mało polemiczne; Wypier…c, i jeb..ć PIS. To jasny sygnał czego protestujący oczekują; PIS musi odejść i zakończyć swoją destrukcyjną krucjatę mocno opartą na kościele katolickim, który z tylnej ławki podsuwa coraz to nowsze pomysły jak cofnąć Polskę do średniowiecza. Do wściekłych kobiet dołączyli ich mężowie, partnerzy ale też LGBTQ+ i wszystkie upodlone przez PIS grupy polskiego społeczeństwa. Protest trwa już tydzień i nie widać jego końca.

Przypomnę co było jego początkiem; dokładnie przed tygodniem, w cieniu pandemii – 22.10. marionetkowy Trybunał Konstytucyjny zaostrzył już bardzo restrykcyjne prawo aborcyjne wykluczając z katalogu przepis pozwalający na przerwanie ciąży, w przypadku gdy badania prenatalne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Pomysł nie jest nowy, bo już w 2017 roku podobny wniosek złożony przez 107 posłów, w tym Krystynę Pawłowicz, został przez TK odrzucony w lipcu tego roku z powodu dyskontynuacji. Zmiana składu TK na „swoich”, pozwoliła PiS-owi i stającym za tym ugrupowaniem fundamentalistom, na jego przegłosowanie.

Kobiety polskie dokładnie zdają sobie sprawę z konsekwencji takiego zakazu. Będą zmuszone rodzić dzieci z poważnymi wadami lub oglądać śmierć urodzonego z nieodwracalną wadą dziecka. Trudno wyobrazić sobie ból i dramat takich rodzin. Powszechnie wiadomo, że system opieki nad osobami niepełnosprawnymi w Polsce praktycznie nie istnieje i rodzina skazana jest na radzenie sobie we własnym zakresie. Często kobiety zostają w takich sytuacjach same, zostawione przez męża, partnera, który nie umie sobie poradzić z sytuacją. System edukacyjny, który propaguje PiS nie uczy tolerancji dla różnorodności i integracji, co powoduje, że osoby nawet z niewielkim wadami są wykluczone społecznie. Ostatnio słyszałam o przypadku, kiedy w prywatnej szkole rodzice wypisali swoje dzieci z klasy, do której został zapisany chory na Aspergera chłopiec.

Protest w Zielonej Górze/Fot. Łukasz Dudzic

Przypomnijmy sobie czasy nie tak odległe, kiedy to w Polsce obowiązywało prawo zezwalające na aborcję z wyboru kobiety. Prawo zostało wprowadzone w 1956 roku, czyli w trzy lata po śmierci Stalina, głównego propagatora wytycznych w obszarze prawa do przerywania ciąży, którego polityka wynikała z chęci przejęcia kontroli nad liczbą urodzeń i wprowadzenia takiego sposobu postrzegania kobiety, zgodnie z którym jej celem jest jedynie produkcja i reprodukcja*. Trudno uwierzyć, że zmiany tego represyjnego, stalinowskiego prawa dla kobiet zmieniła właśnie kobieta Maria Jaszczukowa.

Maria Jaszczukowa, z wykształcenia filozofka, należała do Ligii Kobiet i była działaczką ruchu kobiecego w powojennej Polsce. Członkini Stronnictwa Demokratycznego, z ramienia którego była parlamentarzystką w Sejmie PRL. W 1956 roku była posłanką sprawozdawczynią ustawy o warunkach dopuszczalności ciąży.

Podczas swojego wystąpienia popierającego liberalizację przepisów w zakresie prawa do aborcji Maria Jaszczukowa pokazała dane Ministerstwa Zdrowia o liczbie nielegalnych aborcji szacowanych na 300 tysięcy rocznie (z czego 80 tys. kobiet z poważnymi uszkodzeniami narządów rodnych przyjmowały szpitale) i udowodniła, że prawo narażające życie i zdrowie kobiet jest martwe”, „nienormalne” i „niemoralne”. Ta argumentacja była wystarczająca aby prawie jednomyślnie zliberalizować prawo do aborcji.

Czy obecna sytuacja w Polsce, gdzie wykonuje się tysiące aborcji płatnych za granicą a może i kraju, nie jest analogiczna do tej z 1956 roku?

Zatem istniejące prawo jest MARTWE, NIEMORALNE i NIENORMALNE, a hipokryzja PIS-u, który nie dostrzega tzw. turystyki aborcyjnej, jest niewyobrażalna.

Są w Europie przykłady krajów, które w swojej mądrości zdecydowały się na zmianę: Irlandia zmieniła swoje konserwatywne podejście do aborcji właśnie z tych przesłanek stwierdzając, że nie będą eksportować swoich problemów za granicę.

Ograniczenie prawa do aborcji to policzek wymierzony polskim kobietom, którym odebrano konstytucyjne prawo do samostanowienia, które podważa ich mądrość i odpowiedzialność i które prowadzi w dużej ilości przypadków do rozpadu rodzin. Wolność wyboru jest najlepszym wyjściem dla wszystkich; kobiety, które są aborcji przeciwne mogą jej nie wykonywać, ale dlaczego ograniczamy prawa tych, które z przyczyn zdrowotnych, społecznych i innych ważnych, chcą jej dokonać?

PiS nie spodziewał się, że uderzając w kobiety po raz kolejny, otworzy Puszkę Pandory i że wywoła protesty za całość swoich nieudolnych rządów.

Nie zapominajmy, że na dnie puszki jest nadzieja.

Ta nadzieja daje szansę na przyszłość bez PiSu, w demokratycznym kraju, w którym szanuje się prawo, ludzi, różnorodność i otaczający nas świat.

Wychodząc na ulicę właśnie o taką przyszłość dla siebie, naszych dla dzieci i wnuków walczymy.

P.S. Prezydent RP zapowiada nową ustawę antyaborcyjną

————-

• http://soviethistory.msu.edu/1936-2/abolition-of-legal-abortion/

Krystyna Boczkowska. Autorka jest członkinią Zarządu Stowarzyszenia Kongres Kobiet, członkinią Partii Zieloni, doradczynią Fundacji Liderek Biznesu. Do 07. 2019 r. piastowała funkcję prezeski zarządu i reprezentantki grupy Bosch w Polsce. Obecnie jest członkinią Rady Programowej ds. Kobiet oraz Rady Krajowej Partii Zieloni.

Polski rynek suplementów oceniany jest jako obszar wysokiego zagrożenia, a wręcz nazywa się go „patologią w pigułce”.

Każdy z nas wcześniej czy później ulega chwytom marketingowym, które często sugerują, że działanie nic nie wartego suplementu jest równoznaczne z działaniem leku. Na początek wyjaśnijmy sobie jednak czym suplement diety jest, a czym nie jest.

Suplementy diety nie są wyrobami medycznymi, a jedynie uzupełniającymi produktami spożywczymi, będącymi skoncentrowanym źródłem składników odżywczych. Jak wskazują lekarze, te same składniki można znaleźć w każdej zrównoważonej i dobrze skomponowanej diecie.”

Obecnie właściwie każdy producent może wprowadzić suplement na rynek, deklarując jedynie jego skład organom sanitarnym w drodze tzw. notyfikacji. Najwyższa Izba Kontroli informuje, że w latach 2014-2016 połowa z takich notyfikacji nie została poddana weryfikacji, a kontrole ujawniły, że niezweryfikowane produkty często miały w swoim składzie niedozwolone, szkodliwe dla zdrowia składniki. W tzw. „spalaczach tłuszczu” wskazano na fałszowanie produktów stymulantami, podobnymi strukturalnie do amfetaminy. Z 45 losowo wybranych suplementów z zawartością niedozwolonych składników, aż 38 znajdowało się w sprzedaży, także internetowej. Na pierwszy rzut oka nie ma się do czego przyczepić. Skoro klient chce być nabijany w butelkę, to jego osobisty problem, w końcu mamy wolny rynek i każdy może wydawać swoje pieniądze na swój sposób! Świat wegan i wegetarian rośnie w imponującym tempie, a to stwarza fantastyczne warunki pod marketingowy greenwashing farmaceutyczny, na którym wizerunkowo odbija się poważnym i szczerym producentom. Wszyscy wiedzą, że bez mięsa i zagospodarowanego czasu na komponowanie diety należy starannie uzupełniać niedobory suplementami. Z pomocą nadciągają wtedy kolorowe pigułki.

Ministrze Zdrowia, co z naszym zdrowiem

Przyjrzyjmy się raportowi Najwyższej Izby Kontroli o suplementach sporządzonym dawno, bo aż trzy lata temu. Polacy wydają na suplementy ponad 3 mld zł. rocznie, zatem przydałoby się taki raport sporządzać częściej, tym bardziej, że wykazuje on ogromną ilość nieprawidłowości na rynku. W wyniku kontroli wyszło na jaw, że aż 89% próbek z grupy probiotyków nie posiadało stabilności w zakresie liczby żywych bakterii w okresie przydatności do spożycia. Oznacza to, że w pigułkach leżących na półce i czekających na spożycie, następował dynamiczny spadek liczby żywych bakterii. Takie pigułki wraz z opakowaniami stają się bezużytecznym odpadami. Raport wskazuje wyraźnie, że „Minister Zdrowia nierzetelnie wypełniał obowiązki związane z nadzorem nad przestrzeganiem przepisów prawa żywnościowego w odniesieniu do suplementów diety. Organ ten nie dokonywał oceny ryzyka, nie analizował prawdopodobieństwa wystąpienia zdarzeń niepożądanych, niebezpiecznych lub wyrządzających szkodę.” W skrócie, wydajemy piniądze, wciskamy w siebie leki, których skuteczność jest co najmniej wątpliwa, a odpady się gromadzą na tony.

Ministrze Klimatu, czas na monitoring

Nieprawidłowości ujawniono także w zakresie nadzoru i kontroli reklam suplementów diety. W raporcie z tego tytułu oberwało się wspomnianemu Ministerstwu Zdrowia, Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz organom Inspekcji Sanitarnej, a nawet po części Radzie Ministrów. Do tej listy można śmiało dodać Ministerstwo Klimatu, które dogląda gospodarkę odpadami. Polacy kupują rocznie około 240 milionów opakowań, które z reguły składają się z części tekturowej trafiającej do niebieskiego pojemnika oraz listków i blistrów, które trafiają do odpadów zmieszanych. Abstrahując od kompletnego marnotrawstwa drewnianego surowca, zarówno recykling jak i składowanie odpadów nie są tanimi rozwiązaniami, a w gospodarce odpadami wiecznie brakuje pieniędzy. Oprócz tego marnuje się energię, bowiem odpady bez prądu się same nie przetworzą. Odgazowywanie składowisk i wiele powiązanych z utylizacją gazów narzędzi również niemało kosztuje. Koszty są w dużej mierze przerzucane na obywatela.

Pobudka Panowie Ministrowie

Po przeczytaniu raportu nasuwa się jeden wniosek – przez niedopracowane regulacje trwonimy mnóstwo energii i surowców, a zdrowsi nie jesteśmy. Gotowych rozwiązań jest całe mnóstwo, począwszy od edukacji w zakresie racjonalnego stosowania suplementów diety, wprowadzenia systemu opłat za notyfikację suplementów diety czy systemu ostrzegania konsumentów przed niezbadanymi suplementami diety znajdującymi się w obrocie, podwyższenie kar pieniężnych dla podmiotów wprowadzających do obrotu niebezpieczne lub nielegalne suplementy diety, monitorowanie reklam oraz wprowadzenie ich zakazu dla suplementów diety z wykorzystaniem wizerunku osób ze środowiska medycznego lub farmaceutycznego.

Oprócz system kaucyjnego, którego domagają się Polacy, a który znacznie ograniczyłby generowane przez nas odpady, niezwykle ważne jest uregulowanie rynku suplementów. Może się bowiem okazać, że dzięki ograniczeniu odpadów nie będą w przyszłości nakładane na obywatela większe opłaty za ich wywóz. Społeczeństwo i państwo muszą zrozumieć prostą zasadę – mniej odpadów to mniejsze koszty. W dobie nieubłaganie pilnej potrzeby zmian w obliczu ocieplenia klimatycznego, trzeba sięgnąć do pracy u podstaw w polskim ustawodawstwie. Czas na porządek przez duże P.

Beata Borowiec

Autorka jest współprowadzącą portalu o charakterze środowiskowym i prozwierzęcym Ekowyborca. Związana z łódzkim oddziałem Extinction Rebellion.

W kontekście orzeczenia TK pojawiły się głosy, że poprzedni kompromis był w porządku i dlaczego go zmieniać. Spójrzmy zatem na ten problem z nieco szerszej perspektywy.

W chwili obecnej aborcja na życzenie jest dozwolona w 25 krajach. Irlandia dopuściła tę możliwość w drodze referendum w 2018 r. Na niechlubnej liście wyjątków pozostaje Malta z całkowitym zakazem aborcji oraz Polska, gdzie i tak bardzo restrykcyjne prawo do aborcji zostało jeszcze bardziej ograniczone. W 25 państwach członkowskich aborcja jest możliwa bez powodów. Moment, do którego można ja przeprowadzić, jest zróżnicowany (od 10 ty.g w Portugalii do 24 tyg. w Holandii), jednak w większości państw aborcja jest możliwa do 12 tyg. Co ciekawe, od 2017 r. Francja penalizuje zniechęcanie lub dezinformowanie kobiet, które decydują się na dokonanie aborcji.

Do niedawna prawo aborcyjne w Irlandii należało do najbardziej restrykcyjnych w Europie. Prawo do życia płodu było konstytucyjnie postawione na równi z prawem do życia matki, a aborcja była zagrożona karą 14 lat więzienia. Do zmiany prawa potrzebny był skandal – na skutek poronienia zmarła młoda kobieta, której odmówiono aborcji. Początkowo, dopuszczono możliwość aborcji w przypadku zagrożenia życia matki, w tym w przypadku zagrożenia próbą samobójczą.  W przeprowadzonym referendum 66,4% Irlandczyków i Irlandek opowiedziało się za zmianą przepisów. Obecnie aborcja jest dopuszczalna do 12 tyg, a do 24 tyg w przypadku zagrożenia życia, bądź poważnego zagrożenia zdrowia kobiety. Nowe prawo dopuszcza również aborcję w przypadku uszkodzeń płodu mogących doprowadzić do jego śmierci w macicy.

W Finlandii, aborcja jest dozwolona przed 17 rokiem życia oraz po 40 roku życia, gdy kobieta ma już czwórkę dzieci, a także ze względów ekonomicznych, społecznych lub zdrowotnych.

Na Malcie aborcja jest całkowicie zakazana, a kobieta lub lekarz jej dokonujący podlegają karze do 3 lat więzienia.

Dokonanie aborcji często jest ograniczone klauzula sumienia, która zasłaniają się lekarze. Średnia lekarzy, którzy sięgają po te klauzule wynosi w Europie 10%, z czego najwyższy odsetek przypada na Włochy (aż 71% przypadków). W związku z tym, liczba nielegalnie dokonywanych aborcji jest szacowana przez włoski rząd na 12 tys – 15 tys., a według organizacji pozarządowych na 50 tys.

Prawo do aborcji jest bardzo kruche. W Hiszpanii poprzedni prawicowy rząd próbował je ograniczyć, jednak pod wpływem protestów, wycofał się z tych planów i zdołał jedynie ograniczyć prawo do aborcji dla nieletnich (jest dopuszczalna jedynie za zgodą rodziców). W Portugalii natomiast zmieniono prawo w ten sposób, że kobieta decydująca się na przerwanie ciąży zostaje obciążona wszelkimi kosztami z tym związanymi oraz musi poddać się badaniom psychologicznym.

https://www.touteleurope.eu/actualite/le-droit-a-l-avortement-dans-l-union-europeenne.html 

Jak prawnicy przygotowują się do pozywania państw w związku ze środkami podjętymi w reakcji na COVID-19

Gdy rządy państw podejmują działania, by zwalczyć pandemię COVID-19 i zapobiec załamaniu gospodarczemu, wielkie korporacje prawnicze również pilnie przyglądają się wirusowi. Ich zmartwieniem nie jest jednak ratowanie życia czy gospodarki. Prawnicy nawołują raczej wielki biznes do zakwestionowania podjętych środków bezpieczeństwa, tak aby ochronić ich zyski. W równoległym korporacyjnym systemie wymiaru sprawiedliwości, zwanym ISDS, państwa mogą stanąć w obliczu pozwów z roszczeniami o wiele milionów dolarów.

26 marca 2020 roku liczba ofiar śmiertelnych we Włoszech przekroczyła 8 000 – to ponad dwukrotnie więcej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Prosektoria były przepełnione trumnami, a szpitale od dawna przestały przyjmować pacjentów, którzy nie wymagali natychmiastowej opieki, jako że lekarze byli zbyt zajęci ratowaniem życia innym chorym. „Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego” – powiedział jeden z nich reporterowi. „ Człowiek myśli, że wszystko jest w porządku, gdy nagle wirus przedostaje się do płuc i wywołuje w organizmie  tak silny mechanizm obronny, że w efekcie zabijamy samych siebie.”

Tego samego dnia prawnicy włoskiej kancelarii „ArbLit” opublikowali artykuł zatytułowany „Czy środki nadzwyczajne podjęte wobec pandemii mogą stanowić podstawę roszczeń inwestycyjnych? Pierwsze spostrzeżenia z Włoch”. Zamiast martwić się rekordową liczbą ofiar śmiertelnych koronawirusa we Włoszech, prawnicy zastanawiali się, czy „pospiesznie opracowane i źle skoordynowane” środki rządu włoskiego mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa oraz jego wpływu na gospodarkę „ mogą mieścić się w zakresie kontraktów biznesowych… między Włochami a innymi państwami, tym samym umożliwiając wnoszenie przez zagranicznych inwestorów pozwów przeciwko państwu włoskiemu.”

„Kiedy sytuacja nadzwyczajna minie, państwa będą… musiały stawić czoła roszczeniom arbitrażowym wnoszonym przez inwestorów zagranicznych na mocy wszelkich obowiązujących umów dwustronnych” – prawnicy kancelarii ArbLit

RÓWNOLEGŁY WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI DLA BOGATYCH

Tysiące porozumień handlowych czy  inwestycyjnych na całym świecie dają ogromną władzę zagranicznym inwestorom, wliczając w to osobliwą możliwość pozywania państw przed sądy arbitrażowe, znane pod akronimem ISDS (investor-state dispute settlement, porozumienie ugodowe między państwem a inwestorem). Firmy mogą pozywać państwa na oszałamiające kwoty za „działania, które rzekomo osłabiły ich interesy”, albo bezpośrednio poprzez wywłaszczenie, lub pośrednio poprzez praktycznie wszelkiego rodzaju regulacje. Liczba procesów przed sądami arbitrażowymi dosłownie wystrzeliła w ciągu ostatnich dziesięciu lat, podobnie jak ilość pieniędzy, o jakie w nich chodzi.

W ciągu ostatnich lat procedura ISDS spotkała się z ostrą krytyką ze strony prawników, związków zawodowych, ekologów, konsumentów i innych grup społeczeństwa obywatelskiego. Opisują ją jako „równoległy wymiar sprawiedliwości dla bogatych”, który zapewnia najbogatszym w społeczeństwie traktowanie łagodniejsze niż komukolwiek innemu. ISDS pozwala zagranicznym inwestorom – i tylko im – obejść drogę sądową i uzyskać publiczne pieniądze w formie rekompensat, które nie byłyby dla nich dostępne w krajowych porządkach prawnych. Jednym z powodów jest fakt, że trybunały mogą przyznawać odszkodowania za utracone oczekiwane przyszłe zyski przedsiębiorstw, które nie podlegają rekompensacie na mocy większości innych systemów prawnych; inny powód to brak równowagi między prawami inwestorów a innymi interesami społecznymi; jeszcze inny – brak przepisów, które ograniczałyby uprawnienia trybunałów, tak aby nie ingerowały one nadmiernie w demokratyczne podejmowanie decyzji (dla przykładu, przejrzyj to oświadczenie 202 profesorów prawa i ekonomii z USA oraz to  101 europejskich profesorów). Krajowe firmy, obywatele i społeczności nie mają dostępu do ISDS.

NADCHODZI PANDEMIJNA FALA PROCESÓW 

W środku niespotykanego nigdy wcześniej kryzysu branża prawnicza przygotowuje grunt pod kosztowne procesy ISDS przeciwko działaniom rządu, ukierunkowanym na złagodzenie zdrowotnychi gospodarczych skutków pandemii koronawirusa. W pisemnych ostrzeżeniach i webinariach kancelarie prawne wskazują swoim międzynarodowym klientom szeroką ochronę umów inwestycyjnych dla inwestorów zagranicznych jako narzędzie do „szukania ulgi i/lub odszkodowania za wszelkie straty wynikające z działań państwowych” (post na blogu prawników Quinn Emanuel).

Korporacja prawnicza Ropes & Gray ostrzega: „ Rządy zareagowały na pandemię COVID-19 wachlarzem różnych środków, w tym ograniczeniami w podróżowaniu, restrykcjami w prowadzeniu działalności gospodarczej i ulgami podatkowymi. Niezależnie od ich zasadności, środki te mogą negatywnie wpłynąć na przedsiębiorstwa poprzez zmniejszenie rentowności, opóźnienie działalności lub wykluczenie ze świadczeń rządowych. Dla firm prowadzących inwestycje zagraniczne umowy inwestycyjne mogą być potężnym narzędziem do odzyskiwania lub zapobiegania stratom związanym z działaniami rządów przeciwko COVID-19.”

Jako że spory ISDS „często następują po kryzysie gospodarczym, finansowym lub innym” (prawnicy z Debevoise & Plimpton podczas webinaru), niektórzy prawnicy przewidują znaczącą „falę sporów, które pojawią się w odpowiedzi na pandemię COVID-19” (komunikat podczas webinarium prowadzonego przez Alston & Bird). Ponieważ koszty prawne związane ze sporami ISDS wynoszą średnio około 5 milionów dolarów na stronę, a w niektórych przypadkach przekraczają 30 milionów, boom w roszczeniach oznaczałby duży biznes dla kancelarii prawnych.

W niedługim czasie kancelarie prawne mogą wytoczyć sprawy sądowe przeciwko państwom, które w związku z pandemią koronawirusa:

  1.       Dopilnowały, by ludzie mieli dostęp do czystej wody w celu mycia rąk
  2.       Przejęły kontrolę nad sektorem prywatnym szpitali i hoteli w celu opieki nad pacjentami zakażonymi koronawirusem
  3.       Powzięły działania mające na celu nadzór nad zakupem leków, szczepionek oraz testów dla wszystkich
  4.       Zawiesiły działalności gospodarcze, które przyczyniały się do rozprzestrzenienia się wirusa
  5.       Zapobiegły odcięciom wody, gazu czy prądu w związku z niepłaceniem rachunków

i o wiele więcej…..

CO WYDARZYŁO SIĘ WCZEŚNIEJ, WYDARZY SIĘ PONOWNIE

Entuzjazm prawników nie jest ich wymysłem. W ciągu ostatnich 25 lat wniesiono ponad tysiąc znanych spraw sądowych typu inwestor-państwo. Jak zauważa prawnik Reed Smith, „wiele z tych sporów wynikło z trudnych okoliczności społecznych, takich jak argentyński kryzys finansowy na początku XXI wieku czy arabska wiosna na początku 2010 roku”. Inwestorzy wygrali znaczną liczbę roszczeń ISDS, ponieważ trybunały arbitrażowe orzekły, że nielegalne jest ingerowanie w ceny podstawowych towarów, ograniczanie lub opodatkowanie eksportu podstawowych produktów, wycofywanie zachęt do inwestycji – lista jest długa. Teraz ponownie „te i inne rodzaje środków podjętych w odpowiedzi na pandemię COVID-19 mogą pociągać za sobą roszczenia arbitrażowe dotyczące odpowiedzialności państwa na mocy umów inwestycyjnych”, argumentuje pracownik kancelarii Reed Smith.

Państwa zmagają się z pandemią i odbudową swoich gospodarek, sprawy ISDS mogą więc oznaczać ogromne dodatkowe obciążenie finansowe. „Odzyskane szkody (i odpowiadające im narażenie rządów) mogą być ogromne” –  piszą prawnicy z kancelarii Sidley w artykule na temat „roszczeń wynikających z umów inwestycyjnych dotyczących strat związanych z COVID-19”. Wyjaśniają: „Tam, gdzie firma wygrywa w swoich roszczeniach wynikających z traktatu inwestycyjnego, może być w stanie odzyskać wszystkie straty wynikłe z działań rządowych, które zaszkodziły firmie. Może to wykraczać poza początkowo zainwestowane kwoty (rzeczywisty koszt) i obejmować wartość prosperującego przedsiębiorstwa, włącznie z utraconymi przyszłymi dochodami.” Odszkodowanie za utracone hipotetyczne przyszłe zyski jest jednym z powodów, dla których arbitraże ISDS mogą sięgać dziesiątek miliardów i być znacznie bardziej lukratywne niż orzeczenia sądów krajowych.

„O ironio, te potencjalne procesy sądowe  i rekompensata finansowa, którą mają na celu, tylko zwiększą i tak już ogromne obciążenie finansowe wielu państw”. Naukowcy z Transnational Institute, kwiecień 2020

NIEOBLICZALNE RYZYKO DLA PAŃSTW

Ponieważ prawnicy zachęcają wszelkiego rodzaju akcjonariuszy do rozważenia związanych z COVID roszczeń ISDS przeciwko państwom, tym ostatnim grozi nieobliczalne ryzyko i potencjalnie duża liczba roszczeń. Cytując prawników z kancelarii Volterra Fietta zajmującej się arbitrażem: „Dyrektorzy spółek powinni również poinformować swoich akcjonariuszy, że akcjonariusze mogą mieć roszczenia typu inwestor-państwo na własną rękę, niezależnie od spółki. Jak wspomniano powyżej, każdy podmiot w korporacyjnym łańcuchu własności może mieć prawo do roszczeń arbitrażowych na poziomie inwestor-państwo”.

W świetle tego ryzyka eksperci wezwali do stałego ograniczania roszczeń ISDS wobec środków rządowych ukierunkowanych na ograniczenie zdrowotnych, gospodarczych i społecznych skutków pandemii COVID-19. Również Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD) bije na alarm: „Państwowe środki mające na celu ograniczenie niekorzystnego … wpływu pandemii są wielorakie i różnią się w zależności od kraju” –  napisała UNCTAD 4 maja 2020 r. i jednocześnie ostrzegła: „Chociaż środki te są podejmowane w celu ochrony interesu publicznego i złagodzenia negatywnych skutków pandemii… niektóre z nich mogą… narazić rządy na postępowanie arbitrażowe zainicjowane przez zagranicznych inwestorów”.

Chociaż nie są jeszcze znane żadne rzeczywiste przypadki spraw typu ISDS związanych z koronawirusem, wyspecjalizowani prawnicy inwestycyjni rozważają wiele scenariuszy, jak takie sprawy sądowe mogłyby wyglądać. Analiza ostatnich briefingów prawnych i seminariów internetowych ujawnia szeroki zakres działań rządowych podjętych w odpowiedzi na koronawirusa, które mogą zostać odpowiednio zakwestionowane w przyszłych arbitrażach. Oto dziesięć szczególnie haniebnych scenariuszy sporów sądowych opracowanych przez jedne z najbardziej obeznanych w dziedzinie międzynarodowego arbitrażu inwestycyjnego kancelarii prawnych.

Scenariusz nr 1: Roszczenia ISDS przeciwko działaniom rządu ukierunkowanym nazapewnienie czystej wody do mycia rąk

Mycie rąk jest jednym z podstawowych środków ochrony przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Wymaga jednak dostępu do czystej wody, co może być wyzwaniem dla ubogich gospodarstw domowych. Dlatego kraje takie jak Salwador, Boliwia, Kolumbia, Honduras, Paragwaj i Argentyna  przedsięwzięły środki, które zapewniają bezpośrednie wsparcie odbiorcom usług wodnych. Na przykład Salwador zdecydował, że rodziny dotknięte COVID-19 nie będą musiały płacić rachunków za wodę przez kilka miesięcy. Argentyna i Boliwia wstrzymały odłączenia usług wodnych z powodu braku płatności w czasie kryzysu.

Przedstawiciele Banku Światowego pochwalili te działania, które zapewniają obywatelom bezpieczną wodę, jednak korporacjom prawniczym nie jest do śmiechu. „Przedsiębiorstwa użyteczności publicznej, z których wiele jest własnością inwestorów zagranicznych i posiadają prawa inwestorów, (…) ucierpiały na skutek wyeliminowania ich strumieni przychodów”, ocenił krytycznie Hogan Lovells w ostrzeżeniu dla klientów. Firma argumentowała, że w prywatnym sektorze wodnym takie reakcje na kryzys zdrowotny ze strony rządu „mogą zachęcać prywatnych przedsiębiorców do dochodzenia w drodze regresu ochrony gwarantowanej im przez zawarte traktaty inwestycyjne”.

„Zagraniczni przedsiębiorcy muszą mieć świadomość, że państwa nie mają wolnej ręki, by lekceważyć zobowiązania wynikające z traktatu inwestycyjnego, bez względu na powagę kryzysu.” –  Kancelaria Linklaters

W dobie kryzysu prawnicy inwestycyjni doradzają również klientom korporacyjnym, aby groźba roszczeń ISDS była potężnym narzędziem lobbingu w celu utrzymania wysokich cen ich produktów. Jak wyjaśniają prawnicy z Volterra Fietta w ostrzeżeniu skierowanym do swoich klientów korporacyjnych: „Firmy powinny być świadome wartości swoich roszczeń arbitrażowych w systemie ISDS,  gdy prowadzą negocjacje z państwami lub podmiotami państwowymi. Roszczenia arbitrażowe między inwestorem a państwem (lub ich groźba) mogą być skutecznym środkiem nacisku w takich negocjacjach. Tak jest na przykład w przypadku, gdy dotyczą one renegocjacji stawek celnych lub innych ekonomicznych aspektów umowy z podmiotem państwowym”.

Scenariusz nr 2: Stawiające wysokie wymagania/Trudne wsparcie dla przeciążonych publicznych systemów opieki zdrowotnej

Aby odciążyć przepełnione szpitale publiczne i zapobiec coraz większemu oburzeniu opinii publiczne na placówki prywatne, świecące pustkami, a mimo to odmawiające przyjmowania pacjentów z Covid, w marcu Ministerstwo Zdrowia Hiszpanii przejęło tymczasową kontrolę nad prywatnymi szpitalami. Również Irlandia wykorzystuje prywatne szpitale jako część sektora publicznego w czasie kryzysu. Minister zdrowia oświadczył : „Musimy zachować zasadę równego traktowania, pacjenci chorzy na koronawirusa będą leczeni bezpłatnie,  w ramach jednej i tej samej ogólnokrajowej usługi szpitalnej”.

Jednak groźba arbitrażu inwestycyjnego przeciwko publicznemu zarządzaniu prywatnymi szpitalami jest duża. Według prawników z Quinn Emanuel, „inwestorzy z branży medycznej mogliby (…) wysunąć roszczenia o wywłaszczenie pośrednie, gdyby przejęcie kontroli było mimowolne”. Firma dodaje: „Jeśli państwo nie zwróci kontroli po zakończeniu wybuchu epidemii lub jeśli kontrola państwa wyrządzi trwałą szkodę inwestycji, inwestorzy mogą mieć również roszczenie o wywłaszczenie pośrednie”. Umowy inwestycyjne zazwyczaj chronią nie tylko przed wywłaszczeniami bezpośrednimi (np. przejęcie gruntu), ale także przed wywłaszczeniami pośrednimi (np. gdy państwo przejmuje faktyczną kontrolę, ale nie ma prawa własności).

Prawnicy zwrócili także uwagę na inne próby wsparcia przeciążonych systemów zdrowia publicznego. Rekwirowanie hoteli (w celu przekształcenia ich w szpitale) i masek ochronnych, a także zmuszanie firm do produkcji materiałów medycznych (np. zlecenie produkcji wentylatorów przez General Motors) jest krytykowane przez wiele firm prawniczych. „Jeżeli zajęcie prywatnych linii produkcyjnych [sic] do produkcji sprzętu medycznego… trwałoby przez wystarczająco długi okres bez odpowiedniego odszkodowania, inwestorzy mogliby wysunąć roszczenia o bezprawne wywłaszczenie pośrednie.” (prawnicy kancelarii Quinn Emanuel)

Nawet jeśli rządy zapewniły rekompensatę lub odszkodowanie pokrywające koszty, może to nie wystarczyć na mocy międzynarodowego prawa inwestycyjnego, które wymaga od państw wypłacenia „natychmiastowej, adekwatnej i skutecznej” rekompensaty, niezależnie od publicznego celu wywłaszczenia. Ponieważ „przepisy krajowe niekoniecznie przewidują taką samą rekompensatę, jaka byłaby należna na mocy prawa dotyczącego inwestycji zagranicznych” (prawnik firmy Alston & Bird w 8:55 min. w nagraniu webinarium), korporacje mogą odejść z większą ilością pieniędzy, niż kiedykolwiek otrzymałyby w krajowych lub europejskich postępowaniach sądowych. 

„Przepisy krajowe niekoniecznie przewidują taką samą rekompensatę, jaka byłaby należna na mocy prawa dotyczącego inwestycji zagranicznych”. Alex Yanos z firmy prawniczej Alston & Bird

Scenariusz nr 3: Sprawy sądowe przeciwko działaniom na rzecz niedrogich leków, testów i szczepionek

Los milionów ludzi zależy od odkrycia i masowej produkcji niedrogich leków, szczepionek i testów na COVID-19. Aby ułatwić ich rozwój, produkcję i dostawy, państwa starają się ułatwić omijanie patentów farmaceutycznych i dotyczących sprzętu, które mogą w tym ć przeszkadzać. Jednym z kluczowych narzędzi są przymusowe licencje, umożliwiające wytwarzanie i dostarczanie produktu osobom i firmom innym niż właściciel patentu. Izrael już wydał taką licencję (na import leku na HIV, który mógłby pomóc pacjentom z koronawirusem), Kanada i Niemcy ułatwiły licencjonowanie przymusowe, a uchwały o tym samym celu zostały przyjęte w Chile i Ekwadorze (przegląd patrz: tutaj). Organizacja Lekarzy Bez Granic także wezwała państwa, aby „ nie patentować i nie czerpać zysków z leków, testów czy szczepionek przeciwko COVID-19”, natomiast rządy do „zawieszania i uchylania patentów, a także do podjęcia innych działań, takich jak kontrola cen, w celu zapewnienia dostępności, obniżenia cen i ratowania większej liczby istnień”.

Prawnicy zajmujący się arbitrażem inwestycyjnym uważają, że „rządy… zmuszając producentów do sprzedaży leków po znacznie obniżonej cenie oraz/lub przejmując własność intelektualną dla siebie i/lub rozpowszechniając tę własność intelektualną bez zezwolenia stronom trzecim” jest wywłaszczeniem przez rządy, które może prowadzić do roszczeń wynikających z umów inwestycyjnych (prawnik Alston & Bird w min. 27 i 48 w tym nagraniu z seminarium internetowego). „Nakładanie ograniczeń cenowych” na zaopatrzenie medyczne również jest traktowane jako cel związanych z koronawirusem roszczeń inwestorów zagranicznych, ponieważ „mogą one radykalnie zmniejszyć przychody ze sprzedaży nawet produktów na żądanie” (kancelaria prawna Hogan Lovells).

Scenariusz nr 4: Ataki inwestorów na ograniczenia rządowe dotyczące rozprzestrzeniania wirusa

W kwietniu 2020 roku Kongres Peru tymczasowo zawiesił pobieranie opłat autostradowych. Celem ustawy było powstrzymanie rozprzestrzeniania się koronawirusa, ochrona pracowników pobierających opłaty przed zakażeniem oraz ułatwienie transportu żywności i innych niezbędnych towarów. Podobny krok został podjęty przez Indie w marcu, a później zakończony w ramach luzowania obostrzeń.

Kilka firm prawniczych odniosło się do sprawy peruwiańskiej, argumentując, że „inwestycja zagraniczna, która ponosi straty z powodu ograniczeń w prowadzeniu działalności gospodarczej, może mieć roszczenie przeciwko rządowi kraju przyjmującego z tytułu strat” (Ropes & Gray). „Czy ograniczenia zrujnowały wartość inwestycji lub uniemożliwiły firmie kontrolowanie inwestycji zagranicznych? … Czy ograniczenia są proporcjonalne do ryzyka?” – zapytali prawnicy Ropes & Gray w ostrzeżeniu do klientów zatytułowanym „Środki dotyczące COVID-19: Wykorzystywanie umów inwestycyjnych do ochrony zagranicznych inwestycji” i dodali, że odpowiedzi na takie pytania „mogą wskazywać naruszenie umowy inwestycyjnej”.

29 kwietnia 2020 r. podczas seminarium internetowego prawnik Alston & Bird również zakwestionował proporcjonalność i konieczność działania Peru. Zapewnił, że rząd mógł podjąć inne, mniej szkodliwe środki w celu ochrony zdrowia publicznego, takie jak wprowadzenie technologicznych alternatyw dla osobistego poboru opłat lub zapłacenie poborcom opłat za ich straty (minuta 49’20 w nagraniu webinarium).

Zapytany o to, jak kraje powinny radzić sobie ze sprzecznymi zobowiązaniami wobec zdrowia swoich obywateli i zagranicznych inwestorów, ten sam prawnik odpowiedział: „Państwom będzie bardzo trudno… Państwa będą musiały starać się przestrzegać obu i zdawać sobie sprawę z tego, że niektóre trybunały będą później bezlitosne, jeśli ich postępowanie będzie sprzeczne z ich zobowiązaniami wynikającymi z traktatu [inwestycyjnego] … Zdecydowanie uważam, że niektóre państwa przegrają sprawy z inwestorami – niezależnie od tego, jak dalece mogłoby się to wydać niesprawiedliwe”(minuta 59’20 w nagraniu webinarium).

„Niektóre państwa ostatecznie przegrają sprawy na rzecz inwestorów – niezależnie od tego, jak dalece może się to wydać niesprawiedliwe”. Alex Yanos z firmy prawniczej Alston & Bird

Scenariusz nr 5: ISDS przeciwstawia się obniżkom czynszów i zawieszeniu rachunków za energię potrzebującym

Ponieważ całe gospodarstwa domowe cierpią przez COVID-19 i/lub tracą dochody z powodu utraty pracy, politycy rozważają ulgę w opłacaniu czynszu i rachunków. „Dostaję wiele wiadomości od ludzi, którzy są bliscy desperacji i mówią, że nie dotrwają do następnego tygodnia” –  powiedział dziennikarzom w marcu zaniepokojony poseł z brytyjskiej Partii Pracy, wzywając rząd do zawieszenia rachunków za media, by „powstrzymać niektóre z obciążeń”. W Hiszpanii dostawcom wody, gazu i elektryczności zakazano odcinania dostaw, jeśli gospodarstwa domowe nie są w stanie opłacić rachunków. We Francji i innych krajach, gdzie niektórzy najemcy nie są w stanie opłacić czynszu w wysokości sprzed kryzysu, coraz głośniej słychać apele o obowiązkowe obniżki czynszu.

Prawnicy zajmujący się inwestycjami obserwują te debaty z myślą o potencjalnych roszczeniach odszkodowawczych ze strony firm z branży nieruchomości i mediów. Odnosząc się do możliwego scenariusza odpuszczenia czynszu we Francji i zawieszenia opłat za prąd w Wielkiej Brytanii, kancelaria  Shearman and Sterling zaznacza, że: „Pomagając dłużnikom, środki te nieuchronnie dotknęłyby wierzycieli, powodując utratę ich dochodów”. Dalej : „Środki rzekomo podjęte w celu rozwiązania poważnego problemu, ale poza tym nieproporcjonalnie wpływające na niektóre przedsiębiorstwa … mogą być niezgodne z prawem międzynarodowym … Jeśli zawieszenie płatności na rzecz przedsiębiorstw użyteczności publicznej prowadzi do ich upadłości, powstanie pytanie, czy państwo rozważyło odpowiednią pomoc finansową, aby zaradzić zawieszeniu”. Innymi słowy: państwa mogą przegrać sprawy ISDS z powodu ulg w czynszu i zawieszonych rachunków za media, jeśli trybunały uznają, że koszty tych uchwał zostały „nieproporcjonalnie” poniesione przez właścicieli i przedsiębiorstwa użyteczności publicznej zarejestrowane za granicą, a rząd nie zrobił wystarczająco dużo, aby je wesprzeć.

„Nasz zespół ds. Międzynarodowego arbitrażu ma ogromne doświadczenie w zakresie międzynarodowego prawa inwestycyjnego oraz arbitrażu i jest gotowy doradzać państwom i inwestorom w odniesieniu do środków rządowych, które zostały lub zostaną przyjęte w kontekście pandemii COVID-19”. Prawnicy Shearman & Sterling

Scenariusz nr 6: Spory dotyczące umorzenia długów gospodarstw domowych i przedsiębiorstw

Kilka rządów przyjęło środki regulacyjne, które mają na celu złagodzenie ekonomicznego ciosu, jakim był kryzys koronawirusa dla osób fizycznych, gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, tak aby mogły one zachować swoje domy i sklepy oraz uniknąć bankructwa. Przykłady obejmują zawieszenie spłat kredytu hipotecznego (na przykład we Włoszech i Hiszpanii ) i ochronę wierzycieli (na przykład w Niemczech), a także moratoria w postępowaniu upadłościowym (na przykład w Belgii).

Takie środki mogłyby „spowodować pośrednie faktyczne roszczenia wywłaszczeniowe” ze strony wierzycieli, którzy podczas ich stosowania będą mieli niewiele uprawnień do wyegzekwowania swoich długów i płatności od poszkodowanych dłużników, twierdzą prawnicy z włoskiej firmy prawniczej ArbLit . Dodają: „Przedsiębiorcy mogą również zarzucić, że ich prawo do wymiaru sprawiedliwości zostało naruszone przez moratorium na postępowania upadłościowe”. Opierając się na „przeszłych doświadczeniach z międzynarodowymi sporami wynikającymi z kryzysów gospodarczych i finansowych”, również firma prawnicza Dechert uważa takie regulacje jak zawieszona ochrona wierzycieli za „wystarczająco szkodliwe dla inwestorów z sektora finansowego, aby wywołać spory inwestycyjne”.

Scenariusz nr 7: Działania prawne przeciwko środkom na wypadek kryzysu finansowego

Ponieważ rządy w celu spowolnienia rozprzestrzeniania się wirusa zawiesiły znaczną część działalności gospodarczej światowa gospodarka doświadczyła poważnych strat i stoi w obliczu nadchodzącego nowego kryzysu zadłużenia, szczególnie na południu świata. W reakcji na krach finansowy ekonomiści i instytucje międzynarodowe opowiadają się między innymi za kontrolą kapitału (w celu ograniczenia masowego, destabilizującego odpływu pieniędzy), a także za masową zapomogą i restrukturyzacją długu publicznego.

Takie nadzwyczajne środki można by jednak zakwestionować w trybunałach ISDS, twierdzi kancelaria prawna Dechert w briefingu zatytułowanym „Kryzys gospodarczy COVID-19: ochrona międzynarodowych inwestorów bankowych i finansowych”. Firma sporządziła długą listę aktów prawnych, które kraje takie jak Argentyna i Grecja przyjęły w odpowiedzi na przeszłe kryzysy i które zostały później zakwestionowane w postępowaniu ISDS: restrukturyzacja lub niewypłacalność długu państwowego, zakazy przekazywania środków i innego kapitału, kontrole mające na celu ustabilizowanie sektora finansowego, ratowanie banków i bail-in itp. „Jak wynika z poprzednich sporów inwestycyjnych”, stwierdza Dechert, „kryzysy gospodarcze i finansowe są najczęstszą przyczyną działań rządowych niekorzystnych dla inwestorów w sektorze bankowym i finansowym. ” 

„Kiedy działania rządu – nawet jeśli są podejmowane w dobrych intencjach – wyrządzają szkodę inwestorowi zagranicznemu lub jego inwestycji, międzynarodowe prawo inwestycyjne zapewnia ochronę oraz skuteczne środki odwoławcze przeciwko państwu”. Kancelaria Dechert o ochronie banków i inwestorów finansowych w kryzysie gospodarczym COVID-19

Firma zdaje sobie sprawę, że „krajowe środki odwoławcze przeciwko [takim] środkom nadzwyczajnym (…) będą mocno ograniczone, a sądy nie będą chciały krytykować politycznych departamentów rządu i decyzji regulacyjnych banków centralnych i organów nadzoru finansowego”. Jednym z powodów jest to, że prawo krajowe równoważy prawa inwestorów zagranicznych z innymi interesami społecznymi. Innym wyjaśnieniem jest fakt, że sądy krajowe pozostawiają rządom i parlamentom dużą swobodę w rozwiązywaniu złożonych i pilnych kwestii politycznych. W systemie ISDS natomiast nie ma ogólnych doktryn uległości i balansowania, dlatego właśnie jest on tak atrakcyjny dla korporacji i ich prawników.

Scenariusz nr 8: Sądowa sprawiedliwość podatkowa

Wiele krajów przyjęło ulgi podatkowe, aby wesprzeć obywateli i przedsiębiorstwa w wyzwaniach spowodowanych pandemią. Jednak w pewnym momencie rządy mogą podnieść podatki, aby poradzić sobie z dramatycznymi deficytami budżetowymi, będącymi skutkiem zwiększonych wydatków publicznych i ekonomicznych skutków pandemii. W tej sytuacji zyskują na popularności apele o większą sprawiedliwość podatkową. Na przykład w Wielkiej Brytanii , Stanach Zjednoczonych i Indiach eksperci zaproponowali podatki od bogactwa i superbogaczy, argumentując, że „ osoby o najwyższych dochodach oraz bogacze są jedynymi, które są w stanie wziąć rachunek za kryzys spowodowany koronawirusem na siebie.”. Dania oraz Polska już zakazały firmom zarejestrowanym w rajach podatkowych korzystania z finansowego wsparcia wskutek pandemii koronawirusa, co spotkało się z aprobatą niektórych działaczy na rzecz sprawiedliwości podatkowej.

Dodatkowe podatki i bardziej sprawiedliwe umowy podatkowe mogą jednak znaleźć się pod ostrzałem w arbitrażu inwestycyjnym. „W przyszłości rządy będą prawdopodobnie bardziej agresywnie egzekwować przepisy podatkowe, by finansować pakiety bodźców gospodarczych związane z COVID-19”, ostrzega Ropes & Gray. Kancelaria stawia szereg pytań, które „mogą wskazywać na naruszenie umowy inwestycyjnej”, np.: „Czy nakładane są dodatkowe podatki, które znacząco obniżają wartość inwestycji zagranicznej?” oraz „Czy rząd zagwarantował inwestorowi określoną stawkę podatkową lub sposób opodatkowania, które zostały unieważnione?”. Kolejne pytanie firmy („Czy zagraniczni inwestorzy lub inwestycje są wyłączone z ulg podatkowych lub innych ulg ekonomicznych?”) rodzi widmo potencjalnych sporów ISDS dotyczących „dyskryminujących” francuskich, duńskich i polskich zakazów przyznawania wsparcia w związku z  COVID-19 firmom z rajów podatkowych.

„Suwerenne środki w odpowiedzi na COVID-19 mogą naruszać zasady ochrony inwestycji zagranicznych zawarte w międzynarodowych umowach inwestycyjnych („ IIA ”), jeśli są dyskryminujące lub nieproporcjonalne”. Kancelaria Jones Day

Pomimo częstych „wyłączeń podatkowych” w umowach inwestycyjnych, rosnąca liczba spraw ISDS już kwestionowała rządowe decyzje podatkowe – od cofnięcia wcześniej przyznanych ulg podatkowych dla korporacji międzynarodowych po podwyższenie podatków od osób prawnych, dochodowych i innych.

Scenariusz nr 9: pozywanie rządów za to, że nie zapobiegają niepokojom społecznym

Jako że ograniczenia dotyczące koronawirusa są tragiczne w skutkach dla biednych dzielnic i krajów, komentatorzy przewidują wzrost niepokojów społecznych. Felietonista Bloomberga napisał w kwietniu 2020 roku: „Ta pandemia doprowadzi do rewolucji społecznych… Za drzwiami poddanych kwarantannie gospodarstw domowych, w wydłużających się kolejkach jadłodajni, w więzieniach, slumsach i obozach dla uchodźców – wszędzie tam, gdzie ludzie byli głodni, chorzy i zmartwieni jeszcze przed wybuchem – narastają tragedie i trauma. Tak czy inaczej, te naciski wybuchną ”.

Prawnicy zajmujący się arbitrażami już teraz doradzają swoim międzynarodowym klientom, jak bronić zysków w potencjalnej sytuacji zawirowań społecznych związanych z koronawirusem. „Jeśli niepokoje społeczne doprowadzą do grabieży przedsiębiorstw, zagraniczni inwestorzy mogą stwierdzić, że państwo naruszyło obowiązek zapewnienia pełnej ochrony i bezpieczeństwa” – przekonuje Voltera Fietta. W podobnym  duchu kancelaria CMS sugeruje, że obowiązek państw do zapewnienia pełnej ochrony i bezpieczeństwa inwestorom zagranicznym „może nabrać większego znaczenia podczas kryzysu związanego z COVID-19, ponieważ bezczynność lub ograniczona czujność państw … może spowodować znaczne szkody dla inwestycji zagranicznych”, zwłaszcza że„ kryzys COVID-19 zwiększa ryzyko grabieży, zwłaszcza w obszarach ograniczonego patrolowania przez policję lub wojsko”.

Wyrok ISDS przeciwko Egiptowi w 2017 roku ilustruje  rodzaje scenariuszy, które snują prawnicy inwestycyjni. W tej sprawie trybunał stanął po stronie amerykańskiego inwestora Ampal-American, który pozwał Egipt za serię rzekomych interwencji w gazociąg. Wśród innych naruszeń arbitrzy stwierdzili, że Egipt naruszył pełne standardy ochrony i bezpieczeństwa zawarte w umowie inwestycyjnej między USA a Egiptem, nie zapewniając wystarczającej ochrony policyjnej rurociągowi, który ucierpiał w wyniku ataków sabotażowych grup bojowych w następstwie arabskiej wiosny. Uznając „trudne” okoliczności w tamtym czasie – kiedy „uzbrojone grupy bojowników wykorzystywały niestabilność polityczną, pogorszenie bezpieczeństwa i powszechne bezprawie” – trybunał stwierdził mimo to, że władze egipskie nie „podjęły żadnych kroków, aby powstrzymać sabotażystów przed zniszczeniem rurociągu”.

Prawnicy skrytykowali to orzeczenie jako „szalone” i całkowicie ignorujące „złożone warunki bezpieczeństwa” podczas arabskiej wiosny. Sprawa mogłaby jednak posłużyć jako precedens dla podobnie niedorzecznych orzeczeń w przyszłych sprawach ISDS związanych z pandemią.

Scenariusz nr 10: Dynamicznie rozwijający się biznes dla podmiotów finansujących spory sądowe

Kancelarie arbitrażowe nie są jedynymi, które przewidują zalew sporów w następstwie COVID-19. Na nadchodzący boom liczą również podmioty finansujące spory komercyjne. Darczyńcy ci kupują roszczenia ISDS, pokrywając (częściowo) koszty prawne inwestora w nadziei na udział w łupach w przypadku przyznania wypłaty. Zwykle darczyńca otrzyma od 20 do 50 procent ostatecznego zasądzenia.

„Dla podmiotów finansujących arbitraż i spory ostatnie kilka tygodni może oznaczać początek nowego ożywienia”. Serwis informacyjny Law360 w kwietniu 2020 r

Ponieważ nowi świadczeniodawcy weszli na rynek finansowania sporów w ostatniej dekadzie, a obecni darczyńcy mają więcej dostępnych środków, finansowanie roszczeń ISDS przez osoby trzecie prawdopodobnie zwiększy liczbę pozwów. Jak przewiduje Freshfields , najbardziej obeznana kancelaria prawna na świecie zajmująca się sporami ISDS: „Zwiększona dostępność finansowania zapewni bardzo potrzebną amunicję stronom, którym brakuje gotówki, napędzając w ten sposób fale sporów sądowych lub arbitrażu po pandemii… Może to przyczynić się do większej liczby powodów procesowych i generalnie bardziej ożywionych sporów niż w następstwie katastrofy z 2008 roku”.

Prawnik z firmy prawniczej Holman Fenwick Willan (HFW) dodaje : „Dostęp do finansowania od osób trzecich pozwala powodom nie tylko wyeliminować ryzyko sporów sądowych, ale także całkowicie usunąć opłaty prawne z ich bilansów. W tej chwili okaże się to niezwykle atrakcyjne dla wielu firm i może oznaczać, że roszczenia związane z COVID-19 zaczną napływać wcześniej, niż mogłoby się to wydawać”. Mówiąc inaczej: roszczenia ISDS mogą uderzyć w państwa szybciej, niż sobie wyobrażano – i mogą wiązać się z zerowym ryzykiem finansowym dla inwestorów będących wnioskodawcami.

Argumenty za obejściem możliwych strategii obronnych państw

Państwa nie będą całkowicie bezbronne, gdy zostaną dotknięte procesami sądowymi ISDS w związku ze środkami, które podjęły w odpowiedzi na pandemię COVID-19. Mogąuzasadniać swoje działania, opierając się albo na wyjątkach dotyczących interesu publicznego w obowiązującym traktacie inwestycyjnym, albo na utrwalonych nadzwyczajnych praktykach w prawie międzynarodowym. Obie opcje mają jednak swoje ograniczenia.

Pierwsza opcja jest bardziej teoretyczna niż praktyczna. 90 procent obecnie obowiązujących umów inwestycyjnych to tak zwane umowy starej generacji, z nielicznymi wyjątkami dotyczącymi interesu publicznego, dostarczają więc niewielkich możliwości wywierania nacisku na państwa. To dlatego, jak podsumowuje DLA Piper , „państwa zazwyczaj mają niewiele sposobów obrony lub wyjątków, które są zapisane w traktatach”. 

Jeśli chodzi o opcję strategii obronnych państw zgodnych ze zwyczajowym prawem międzynarodowym, prawnicy inwestycyjni opierają się na wielu orzeczeniach ISDS przeciwko Argentynie, aby przedstawić kontrargumenty dla inwestorów w kontekście COVID-19. Na przykład, aby obrona mogła się utrzymać, państwa będą musiały wykazać, że środki, które podjęły, były jedynym sposobem poradzenia sobie ze szkodami spowodowanymi przez pandemię. Ale jak zauważyli prawnicy Aceris Law : „Zawsze można dyskutować, czy konkretne działania podejmowane przez państwa są jedynym sposobem zabezpieczenia ważnego interesu, ponieważ w rzeczywistości reakcje państw w walce z COVID-19 były bardzo różne.”

Ponadto, państwa będą musiały wykazać, że nie przyczyniły się do sytuacji nadzwyczajnej,  jaką jest pandemia. Inwestorzy mogliby jednak argumentować, że „niektóre stany przyczyniły się do kryzysu poprzez brak przygotowania na dającą się przewidzieć przyszłość” (Reed Smith) lub że „ brak finansowego wsparcia lub niewystarczające zaopatrywanie systemu opieki zdrowotnej jest znaczącym czynnikiem przyczyniającym się do tego, w jak mocnym stopniu uderzyła w nich pandemia” (20 prawników z Essex). Chociaż może tak być, czy należy wtedy używać argumentu ISDS, by dolewać oliwy do ognia systemowi ochrony zdrowia, który już kuleje?

„Pomimo faktu, że COVID-19 stanowi bezprecedensowe i szybko rozwijające się wyzwanie, gwarancje udzielone inwestorom zagranicznym na mocy międzynarodowych umów inwestycyjnych [IIA] pozostają istotne dla oceny działań państwa w odpowiedzi na pandemię”. Kancelaria prawna Herbert Smith Freehills

Wypowiedz układy, zanim będzie za późno

Podczas gdy światowa opinia publiczna śledzi kryzys koronawirusa w obawie przed zdziesiątkowaniem całych kontynentów, prawnicy inwestycyjni zdają się mówić: „Wiemy, że to okropne, jednak powinniśmy tak czy inaczej kontynuować plądrowanie publicznych pieniędzy poprzez mechanizm ISDS”. W czasie gdy światowy kryzys zdrowotny jest spotęgowany przez poważny kryzys gospodarczy, potrzeba uniknięcia roszczeń ISDS nigdy nie była większa. Dlatego eksperci wezwali do trwałego ograniczenia takich wyzwań dla rządowych środków ukierunkowanych na zdrowotne, gospodarcze i społeczne skutki pandemii COVID-19 – a także do natychmiastowego moratorium a propos pozwów ISDS.  Jest już projekt propozycji umowy o zawieszenie roszczeń ISDS w sprawach związanych z COVID-19.

Inną opcją jest wycofanie się krajów z istniejących umów ISDS. Republika Południowej Afryki, Indonezja, Indie i wiele innych krajów wypowiedziało niektóre ze swoich dwustronnych umów inwestycyjnych. Niedawno 23 państwa członkowskie UE podpisały traktat , który zniesie około 130 umów dwustronnych. Włochy opuściły Traktat Karty Energetycznej, który jest zasadniczo dużym porozumieniem ISDS dla sektora energetycznego. Istnieją również propozycje dotyczące globalnego zakończenia ISDS w mniej fragmentaryczny sposób. I oczywiście, państwa nie powinny zawierać żadnych nowych umów ISDS, nie mówiąc już o rodzaju światowego sądu dla korporacji, który zaproponowała Komisja Europejska, a właściwie systemu ISDS dla całego świata.

„Potrzeba unikania roszczeń inwestorów wobec państwa nigdy nie była większa”. Międzynarodowy Instytut na rzecz Ekorozwoju (IISD)

Na niedawnym blogu o COVID-19 i międzynarodowym prawie inwestycyjnym, prawnicy postawili dwa kluczowe pytania: „Jakie jest uzasadnienie dla utrzymania azylu prawnego, w którym najbogatsze podmioty gospodarcze mają prawo do korzystniejszego traktowania niż inne części społeczeństwa, które cierpią nieproporcjonalnie w wyniku pandemii i reakcji na nią? Dlaczego pretensje inwestorów do państw i ich oczekiwania co do stałego poziomu zysków zasługują na solidniejszą ochronę niż obowiązek zapewnienia odpowiedniego poziomu życia szerszej populacji?”

Te pytania dotykają sedna sprawy. Nie ma miejsca na równoległy wymiar sprawiedliwości dla korporacji. ISDS musi odejść.

Tłumaczenie: Nicolas Vidler

Korekta: Irena Kołodziej

Link do artykułu: https://longreads.tni.org/cashing-in-on-the-pandemic