Już około 1000 osób z polski i UE podpisało się pod petycją przeciw regulacji i niszczeniu Odry do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen.

Petycja, którą przygotowała Koalicja Ratujmy Rzeki (KRR) sprzeciwia się zaangażowaniu pieniędzy polskich i unijnych podatników w realizację programu rządu RP i banku światowego, dotyczącego regulacji Odry na potrzeby rozwoju żeglugi śródlądowej pod pretekstem ochrony przeciwpowodziowej.

Jacek Engel, lider Fundacji Greenmind, członka KRR, stwierdza: – „Nie ma żadnego sensu ekonomicznego i ekologicznego przekształcenie Odry w drogę wodna dla wielkich barek. To co się sprawdzało kilkadziesiąt lat temu, dziś, w dobie katastrofy klimatycznej i braku wody, nie zadziała. Oczywiście ma sens żegluga rekreacyjna i towarowa statkami i barkami dostosowanymi do głębokości rzeki, ale to nie wymaga tak głębokiej i kosztownej dewastacji doliny Odry”.

W 2015 roku, aby zdobyć pożyczkę w wysokości 1,3 mld USD z Banku Światowego na program, którego celem jest zapewnienie III klasy żeglowności Odry, polscy urzędnicy „ubrali umowę” w rzekome działania przeciwpowodziowe, do czego przyznali się w rozmowie z dziennikarzami*.

– „Nie mogę zaakceptować, że w budżecie tego projektu zapisane jest dofinansowanie UE w wysokości ok. 220 mln USD oraz pożyczka z Banku Rozwoju Rady Europy (CEB) w wysokości ok. 330 mln USD. Środki UE wspierają nieekonomiczny projekt, który zagraża i niszczy wszystkie nadodrzańskie obszary Natura 2000. Stąd liczymy na interwencję Przewodniczącej KE, która deklaruje wsparcie dla Europejskiego Zielonego Ładu. Ten program Banku Światowego i rządu RP jest daleki od Zielonego Ładu” – zauważa Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia EKO-UNIA, członek KRR.

Petycja STOP NISZCZENIU ODRY po polsku, angielsku i niemiecku:

https://eko-unia.org.pl/petycje/p_4

Petycję wspierają:

/W imieniu Koalicji Ratujmy Rzeki:/
Fundacja Greenmind – Jacek Engel, Prezes Zarządu
Fundacja WWF Polska – Piotr Nieznański, Dyrektor ds. Polityki Środowiskowej
Sekcja Przyjaciół Raby Koła Raba Polskiego Związku Wędkarskiego – Paweł Augustynek Halny, Przewodniczący
Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA – Radosław Gawlik, Prezes
Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne Klub Gaja – Jacek Bożek, Prezes
Towarzystwo na rzecz Ziemi – Karol Ciężak, Członek Zarządu
Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć – Izabela Zygmunt, Specjalistka ds. transformacji energetycznej

Źródło: Koalicja Ratujmy Rzeki i Stowarzyszenie EKO-UNIA

Fot. Grzegorz Kilian


 

Opieka zdrowotna dla każdego, zielona gospodarka, przystępne cenowo i zrównoważone ekologicznie budownictwo mieszkaniowe oraz wiele innych korzystnych rozwiązań: w czasach, gdy zaufanie do polityków zostało poważnie osłabione przez nadmiar pustych obietnic, Zielony Nowy Ład wydaje się zbyt piękny, aby był prawdziwy. Aaron Vansintjan argumentuje, iż sukces Zielonego Nowego Ładu na szczeblu krajowym zależy od uzyskania szerokiego poparcia poprzez realizację projektów i działania organizacyjne na szczeblu lokalnym, które dobitnie pokazują, że prawdziwa zmiana jest możliwa.

Można by pomyśleć, że równoległe rozwiązanie problemu nierówności społecznych i zmiany klimatu zyskałoby niemal powszechną aprobatę. Jednak w 2019 roku wyniki wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii ujawniły inne realia. Partia Konserwatywna – najbardziej popularne ugrupowanie, które zebrało 43,6 procenta głosów – poświęciła minione 10 lat na systematyczne znoszenie obowiązujących przepisów ochrony środowiska, co uczyniło Wielką Brytanię jednym z najbardziej nierównych pod względem ekonomicznym państw OECD. Wyborcy odwrócili się od Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna, chociaż w swoim manifeście oferowała radykalną wizję eliminacji ekstremalnego bogactwa, tworzenia zielonych miejsc pracy, upaństwowienia transportu publicznego, odbudowy publicznej opieki zdrowotnej i darmowego dostępu do Internetu szerokopasmowego. To samo można powiedzieć o Partii Zielonych Anglii i Walii, której manifest koncentrował się na społecznie sprawiedliwym Zielonym Nowym Ładzie.

Należy wziąć pod uwagę inne czynniki, takie jak rola mediów, zmyślna kampania informacyjna konserwatystów pt. „Get Brexit Done” (pol. „Załatw Brexit”) oraz sam system głosowania. Mimo to kwestia, dlaczego ludzie zdecydowali się poprzeć oponentów, wymaga wnikliwej analizy.

Zielony Nowy Ład to zestaw strategicznych rozwiązań proponowanych przez postępowe partie w świecie zachodnim; w znakomitej większości pokrywają się one z założeniami manifestu Partii Pracy. Zielony Nowy Ład może przybierać różne formy, ale w skrócie sprowadza się do przekazania znacznych funduszy publicznych na odnawialne, ekologiczne projekty i infrastrukturę, aby generować miejsca pracy i przeciwdziałać zmianie klimatu. W Stanach Zjednoczonych Alexandria Ocasio-Cortez i Bernie Sanders wykorzystali Zielony Nowy Ład do sformułowania wizji klasy robotniczej oddanej ochronie środowiska: obietnicy, że możemy żyć dostatnio, nie narażając na szwank przyszłości naszych dzieci.

„Zielony Nowy Ład dla Europy”, międzynarodowa kampania zainicjowana w 2019 roku przez ruch „Demokracja w Europie” (DiEM25), obejmuje niektóre z tych samych zasad sprawiedliwej transformacji, ale w kontekście europejskim. U podstaw tych wizji leży ryzykowne założenie, iż ci, których wykluczono i uczyniono niewidzialnymi w sferze polityki, skorzystają z nadarzającej się okazji, by odmienić swoją egzystencję. Jednakże przykład porażki brytyjskiej Partii Pracy dowodzi, iż inspirująca, pożądana wizja nie wystarczy do zmobilizowania ludzi, aby zagłosowali na politykę w stylu Zielonego Nowego Ładu.

Polityka pustych obietnic

Ze względu na chaos globalnej pandemii, który co godzinę relacjonują kanały informacyjne, łatwo jest zapomnieć, że rok 2019 upłynął pod znakiem ogromnych niepokojów społecznych. Wiele z tych protestów zostało sprowokowanych przez cięcia budżetowe; niektóre były odpowiedzią na politykę klimatyczną. We Francji „żółte kamizelki” wyszły na ulice każdego miasta w związku z podatkiem paliwowym wprowadzonym przez rząd Macrona; należał on do pakietu mającego zapewnić zmniejszenie zużycia paliw kopalnych. W Ekwadorze protestowano przeciwko kolejnemu podatkowi paliwowemu forsowanemu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który podobnie jak we Francji uderzyłby w najbiedniejszych. To tylko dwa z długiej listy powstań, które były skierowane przeciwko czemuś: ubóstwu, wykluczeniu z systemu politycznego, endemicznej korupcji czy elitom.

Poza globalnym ruchem ekologicznym i klimatycznym nie istnieje żadna inna znacząca globalna inicjatywa obywatelska, która nawołuje do wprowadzenia Zielonego Nowego Ładu. Na chwilę obecną zasięg tej idei ogranicza się głównie do kręgów politycznych. Jest całkiem możliwe, iż wzorem wyborców brytyjskich przedstawiciele klasy robotniczej odrzuciliby w głosowaniu tę propozycję. Bo niby dlaczego mieliby ją poprzeć? Znakomita większość ludzi doświadcza polityki wyłącznie w kategoriach pustych obietnic. Obiecując tak dużo, Zielony Nowy Ład może sprawiać wrażenie najbardziej pustej ze wszystkich obietnic.

Gwoli jasności: gros strategicznych założeń Zielonego Nowego Ładu jest godne pochwały. Polityka środowiskowa powinna przynosić korzyści wszystkim bez wyjątku. Nie powinna wykluczać imigrantów ani zwiększać cięć budżetowych. To jednak nie wystarczy, by stała się czymś realnym dla wyborców. Zielony Nowy Ład postrzegają oni jako utopię, ponieważ nikt nie miał dotychczas do czynienia z porządkiem opartym na ogólnodostępnej opiece zdrowotnej, zielonej gospodarce, przystępnym cenowo i zrównoważonym ekologicznie budownictwie mieszkaniowym, pełnej opiece nad dziećmi i demokratycznej kontroli nad miejscem pracy.

W jaki sposób ci z nas, którzy chcą urzeczywistnić Zielony Nowy Ład, mogą sprawić, by zainteresował on ludzi? Faktem jest, że przychylność ogółu uda się zapewnić dopiero wtedy, gdy idea przeobrazi się w coś przyziemnego i namacalnego. Innymi słowy, Zielony Nowy Ład musi być wydarzeniem codziennym, w którym udział wziąć może każdy – nie tylko entuzjaści formułujący ambitne manifesty.

Co więcej, nawet gdy kandydaci popierający Zielony Nowy Ład zostaną wybrani, mogą nie wdrożyć swoich postulatów. Potrzebujemy ruchów społecznych – niezależnych od partii politycznych – wywierających na polityków nieustanny nacisk i gotowych walczyć o Zielony Nowy Ład, a nie tylko przeciwko polityce konwencjonalnej.

Pandemia COVID-19 trwa zaledwie kilka miesięcy, ale już zdążyła spowodować liczne kryzysy: finansów, zatrudnienia, produkcji przemysłowej, opieki zdrowotnej i stosunków globalnych. Zdarzenie to zaczyna przybierać postać przełomu, którego skala jest porównywalna z Wielkim Kryzysem lat 30. Właśnie w takiej chwili ludzie naprawdę potrzebują Zielonego Nowego Ładu – dawny Nowy Ład był odpowiedzią na Wielki Kryzys. A Zielony Nowy Ład szczególnie teraz potrzebuje ludzi. Jak możemy zaaranżować ich spotkanie?

Ziarno zmiany zasiane w mieście

Od początku XXI wieku mieszkańcy miasteczka Jackson w stanie Missisipi regularnie biorą udział w swoich zgromadzeniach ludowych. Pod sztandarem organizacji „Cooperation Jackson” (pol. „Współpraca w Jackson”) społeczność – głównie osoby ciemnoskóre i najbiedniejsze – decyduje, w jaki sposób chce uczynić swoją miejscowość bardziej sprawiedliwą, demokratyczną i zrównoważoną ekologicznie. Zainspirowany sojuszem „Black Power” (pol. „Czarna siła”) z lat 60. i 70. minionego stulecia, ruch ten zmierza do ustanowienia czegoś, co określa się mianem „gospodarki spółdzielczej”, w ramach której wszyscy członkowie społeczności mają udział w jej bogactwie, a nie tylko garstka jednostek najzamożniejszych. Na przestrzeni lat „Współpraca w Jackson” rozwinęła sieć niedrogich mieszkań spółdzielczych, gospodarstw miejskich i firm zajmujących się kompostowaniem; teraz inwestuje w drukarnię 3D produkującą maseczki medyczne. „Współpraca w Jackson” jest tak popularna, że dwóch kandydatów, których poparła w wyborach na burmistrza miasta, wygrało przy trzech różnych okazjach.

Walcząc z prawem do posiadania ziemi na wyłączność, rasizmem i nierównością, a także budując biznesy należące do pracowników, ruch powołał do życia mikrokosmos tego, do czego dążą zwolennicy Zielonego Nowego Ładu. Ażeby odnieść zwycięstwo w wyborach, nie ograniczyli się do deklaracji – musieli zademonstrować swoim sąsiadom, jak prezentuje się prawdziwa zmiana. O historii i filozofii tej organizacji można dowiedzieć się więcej z lektury książki pt. „Jackson Rising” (pol. „Jackson powstaje”) napisanej przez jej liderów.

W każdym z tych ruchów to sami obywatele urzeczywistniają swoje wyobrażenia – rządy muszą ulec presji i podporządkować się, bo w przeciwnym razie spotka je przegrana w następnych wyborach.

W Barcelonie ruch na rzecz prawa do mieszkania zyskał taką popularność, że zwyciężył w wyborach miejskich w 2015 i 2019 roku. Organizacja, która od niedawna nosi nową nazwę „Barcelona En Comú” (pol. „Wspólna Barcelona”), przestroiła system polityczny miasta w taki sposób, by w każdej dzielnicy odbywały się regularnie zgromadzenia obywatelskie wpływające bezpośrednio na politykę ratusza. To jej członkowie okupują domy osób eksmitowanych, witają uchodźców porzuconych przez włoski rząd, ustanawiają zamknięte dla samochodów zielone przestrzenie dla pieszych.

Zakazując nielegalnego wynajmu AirBnB, organizacja zapobiegła niepohamowanemu wzrostowi stawek czynszowych. Być może najbardziej stymulującym jej przedsięwzięciem jest przejmowanie kontroli nad prywatnymi przedsiębiorstwami wodociągowymi i energetycznymi, które zmierza do demokratyzacji i municypalizacji podstawowych usług miejskich. Lekcje wyciągnięte z przekuwania tego ruchu społecznego w samorząd zawarte są w książce pt. „Fearless Cities” (pol. „Nieustraszone miasta”), napisanej wspólnie przez radykalne ruchy społeczne z całego świata.

W Berlinie energiczny i bojowy ruch najemców, reagujący na gwałtowną gentryfikację i przesadne podwyżki czynszów, walczy o utrzymanie niewygórowanych cen zakwaterowania. W 2019 roku odniósł wielkie zwycięstwo nad koalicją deweloperów, gospodarzy i spekulantów, zmuszając rząd do zamrożenia czynszów i wykupienia całych budynków z przeznaczeniem na mieszkania socjalne.

W Jackson, Barcelonie i Berlinie ludzie zmagają się o bardziej demokratyczną gospodarkę spółdzielczą, o prawo do podstawowych usług, wreszcie o miasto, w którym nie są ignorowani ubodzy i uciskani. Co ważne, to obywatele realizują każdy cel, z kolei rządzący poddają się naciskowi społecznemu, bo zależy im na utrzymaniu władzy. Razem ruchy te stoją na czele tzw. radykalnego municypalizmu – zbioru działań oddolnych, które sprawiają, że nasze miasta stają się bardziej demokratyczne, zrównoważone ekologicznie i sprawiedliwe.

Urzeczywistnianie Zielonego Nowego Ładu

Wszystkie te imponujące osiągnięcia mogą wydawać się trudne do powtórzenia. Od czego mieliby zacząć ci, którzy chcą zapoczątkować taki ruch w swoim mieście? Jak znajdą sojuszników o podobnych poglądach i zdołają rozrosnąć się do tak dużych rozmiarów? Zważywszy na ograniczenia społeczne narzucone przez pandemię, wyzwanie wygląda na jeszcze trudniejsze.

Jednakże jesteśmy dzisiaj świadkami czegoś niesamowitego. W każdym mieście i miasteczku pojawiają się zupełnie organicznie sieci wzajemnej pomocy podobne do tych, które przez dziesięciolecia powstawały w Jackson, Berlinie i Barcelonie. W czasach kryzysu ludzie spotykają się i pomagają sobie nawzajem – robią zakupy, prowadzą zbiórki pieniędzy z myślą o swoich chorych sąsiadach, opiekują się cudzymi dziećmi.

Mniej znany jest fakt, iż tego rodzaju inicjatywy nie biorą się znikąd. Ludzie podejmowali je przed kryzysem, spotykając się codziennie na klatce schodowej, na ulicy i w supermarkecie; odgarniając śnieg sąsiadom lub przygotowując poczęstunek na imprezę społeczności lokalnej. Kiedy uderza kryzys taki jak obecna pandemia, relacje te uaktywniają się, by posłużyć za podłoże obywatelskiej pomocy wzajemnej.

Wszystko zaczyna się od spraw codziennych. Przykładowo pomoc, jaką związki najemców niosą mieszkańcom w organizowaniu się i wywieraniu presji na gospodarzy, by wypełniali zobowiązania i dbali o swoje nieruchomości, można ostatecznie zmienić podczas kryzysu w strajk czynszowy, czy też w ambitniejsze żądania kierowane bezpośrednio do zarządu miasta. Ogrody społeczne zapewniają ludziom miejsce do spotkań oraz poczucie dostatku i kontroli nad otoczeniem nawet pośród miejskiej zabudowy. Rozmowa ze współpracownikami stanowi pierwszy krok, by na forum zakładowym domagać się lepszych płac i praktyk środowiskowych. Każde z tych przedsięwzięć ma swój początek w nawiązywaniu i umacnianiu bliskich relacji w domu i pracy, i późniejszym zwiększaniu wymagań. W dobie kryzysu właśnie te relacje mogą zdecydować o przetrwaniu.

Od podstaw

Jak to się ma do Zielonego Nowego Ładu? Można odnieść wrażenie, iż przedstawione poczynania są dalekie od obiecywanego stworzenia infrastruktury energii odnawialnej potrzebnej do przeciwdziałania załamaniu klimatu lub zapewnienia transportu publicznego i bezpłatnej opieki zdrowotnej. Jednak ruchy miejskiego municypalnizmu to zalążek znacznie większej transformacji.

Po pierwsze, im więcej demokracji, tym lepiej dla środowiska i najuboższych. Demokracja to nie tylko udział w głosowaniu raz na kilka lat. Oddanie kontroli zakładów użyteczności publicznej w ręce społeczeństwa pomaga wyeliminować korupcję i biurokrację. Zdrowie publiczne i dostęp do podstawowych zasobów staje się priorytetem, a nie źródłem zysku. Mówiąc konkretniej, rozszerzenie procesu decyzyjnego poza krąg technokratów połączone z zaangażowaniem ludzi w politykę poza lokalem wyborczym pokazuje, że autentyczna zmiana jest możliwa.

„Współpraca w Jackson” i „Wspólna Barcelona” są tego dobrymi przykładami. Kiedy uczestnicy tych ruchów zaczęli rozumieć, jaką faktycznie mają władzę, poczuli się na tyle pewnie, by wystawić w wyborach własnych kandydatów. Starali się też zadbać o to, aby osoby te kierowały się i podlegały decyzjom zgromadzeń sąsiedzkich, które nie zaprzestały swoich obrad po wyborach. Głosowanie na polityków, którzy reprezentowaliby cię w korytarzach władzy, jest z pewnością wygodne, ale nie równa się ze świadomością, iż twoje własne decyzje i działania mogą przynieść realne zmiany.

Ponadto ruchy, o których mowa, są ważne, ponieważ stanowią integralną część najważniejszych aspektów egzystencji: miejsca naszego zamieszkania i pracy. Gdy ludzie mogą doświadczyć korzyści płynących ze zbiorowego działania – chociażby zamrożenia czynszu dzięki kampanii społecznej – są wówczas nieporównanie bardziej skłonni włączać się samodzielnie.

Weźmy na przykład wydarzenia, do jakich doszło latem 2017 roku w dzielnicy Parkdale w Toronto. Wielu rezydentów nieruchomości należących do tej samej firmy zmuszano do zaakceptowania wysokiej podwyżki czynszu. Kiedy na znak protestu nieliczna grupa lokatorów przeprowadziła strajk czynszowy, reszta społeczności wątpiła w jego powodzenie. Seria imponujących zwycięstw sprawiła, że szeregi buntowników zasiliło więcej osób. Wspólnie udało im się nakłonić właścicieli do przyjęcia niższego czynszu.

Historię tego sukcesu opowiada 30-minutowy film dokumentalny pt. „This is Parkdale!” (pol. „To jest Parkdale!”). Czerpiąc z kilkuletnich doświadczeń, mieszkańcy dzielnicy organizują w czasie pandemii COVID-19 kampanię na rzecz utrzymania tej samej stawki czynszu w całym Toronto.

Lokalne ruchy demokratyczne są kluczowe nie tylko dlatego, że wzbudzają zainteresowanie Zielonym Nowym Ładem. Ich wyjątkowa rola polega również na tym, by rozliczać urzędników i wybranych reprezentantów, gdy ci ociągają się lub mówią wymijająco o „kompromisach” i „podejściu pragmatycznym”.

Nie oznacza to, że inicjatywy lokalne nie potrzebują pomocy ze strony rządu. Wręcz przeciwnie, wiele z nich zależy w dużym zakresie od rządu krajowego lub instytucji szczebla niższego. Wystarczy wymienić skrócenie procedur związanych z zakładaniem kooperatyw energetycznych, zdobywanie środków finansowych na transport publiczny, prowadzenie zbiorowych negocjacji z największymi koncernami farmaceutycznymi w celu obniżenia cen leków. Z kolei rządy krajowe nie są w stanie prowadzić radykalnej polityki Zielonego Nowego Ładu bez zdecydowanego wsparcia obywateli dążących do wprowadzenia zmian na poziomie lokalnym.

Wprowadzenie Zielonego Nowego Ładu na poziomie krajowym jest konieczne, aby zyskać dodatkowe lata na walkę ze zmianą klimatu. Sukces ogólnokrajowy uda się osiągnąć tylko w sytuacji, gdy na każdej dzielnicy zaistnieje „mini-Zielony Nowy Ład”. Urzeczywistnienie Zielonego Nowego Ładu wymaga namacalnych, alternatywnych sposobów na wspólne życie i pracę. Każdy może brać czynny udział w ich opracowywaniu. To więcej niż wrzucenie głosu do urny wyborczej, które bywa niczym więcej, jak protestem. Chodzi o to, by lepiej poznać swoich sąsiadów i kolegów z pracy oraz wspólne nadawać kształt małym fragmentom utopii.

Zwracam się do tych z was, którzy wierzą już w Zielony Nowy Ład: waszej pomocy potrzebuje każda dzielnica, każde miasto. Bez lokalnych alternatyw wizja radykalnie odmiennej gospodarki pozostanie pustą obietnicą; kuszącą ideą, której nie zaufa większość ludzi. Naszym zadaniem jest zaskarbienie sobie tego zaufania. Poprzez naszą codzienną postawę musimy pokazywać innym, że razem możemy naprawić ten świat.

Tekst opublikowany w Green European Journal (kwiecień, 2020)

Tłumacznie: Marcin Rzepnicki

Aaron Vansintjan jest doktorantem na Wydziale Filmu, Mediów i Kulturoznawstwa na Birkbeck, University of London. Studiuje gentryfikację w Montrealu i Hanoi. Jest także redaktorem Uneven Earth, strony poświęconej polityce środowiskowej.

 

Ponad 2 tysiące osób podpisało się już pod petycją przeciwko polanom budowy linii kolejowej z łodzi do Sieradza. Spółka CPK (Centralny Port Komunikacyjny) zaplanowała przebieg trasy przez osiedle mieszkaniowe w Prusinowicach pod Łodzią (przy Konstantynowie) oraz przez pomnikowe 300-letnie dęby rosnące w sąsiedztwie.

(więcej…)

Wyciągając wnioski z obecnego kryzysu pandemicznego, który ujawnił wyraźne luki w gotowości i sposobie reagowania na tak ogromne wyzwania sanitarne, Komisja zaproponowała 11 listopada 2020 r. pakiet dotyczący Europejskiej Unii Zdrowia.

Nowe propozycje kładą nacisk na zmianę istniejących tekstów prawnych dotyczących poważnych transgranicznych zagrożeń zdrowotnych oraz wzmocnienie gotowości i reagowania na sytuacje kryzysowe ze strony Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) oraz Europejskiej Agencji Leków (EMA).

Komisja określiła również główne cechy przyszłego organu reagowania na sytuacje kryzysowe w zakresie zdrowia, tzw. HERA, którego projekt zostanie złożony do końca przyszłego roku. Byłoby to ważne nowe narzędzie w walce z transgranicznymi zagrożeniami dla zdrowia. Nowy organ zajmie się opracowywaniem nowych leków i będzie śledził pojawiające się problemy i trendy biomedyczne w ich różnych aspektach. W zakresie jego zadań znajdzie się dostęp do leków i sprzętu ratunkowego oraz zapewnienie natychmiastowych dodatkowych usług medycznych w odpowiedzi na zwiększone zapotrzebowanie. Celem HERA będzie również zwiększanie zdolności produkcyjnych w UE i uruchamianie zamówień w sytuacjach nadzwyczajnych oraz awaryjne wdrażanie medycznych środków zaradczych, w tym szczepionek.

Podkreślając, że będzie to znacząca zmiana w zakresie zdolności do zbiorowego reagowania, Stella Kyriakides, komisarz UE do spraw zdrowia i bezpieczeństwa żywności, skomentowała prezentując pakiet, że w Europejskiej Unii Zdrowia chodzi o wspólne przygotowanie się do wspólnych zagrożeń dla zdrowia i stawienie im czoła.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo zdrowotne, proponowane nowe rozporządzenie w sprawie poważnych zagrożeń zdrowia w wymiarze transgranicznym ma na celu stworzenie solidniejszego mandatu do koordynacji przez Komisję i agencje UE. Organ wykonawczy wraz z ECDC będzie mógł formalnie przyjąć zalecenia dotyczące środków reagowania, jakie należy podjąć, korzystając z tej samej podstawy naukowej. Komisarzyni Kyriakides wyjaśniła, że w ten sposób uniknięto by zamieszania, jakie odczuwają obywatele, gdy mają do czynienia z zasadniczo różnymi środkami.Będziemy teraz mogli wspólnie ogłosić sytuację nadzwyczajną na szczeblu UE i uruchomić nasze mechanizmy reagowania kryzysowego, aby na przykład zgromadzić lub zakupić niezbędny sprzęt – podkreśliła.

W ramach ECDC zostanie utworzona grupa zadaniowa UE ds. Zdrowia, która w przypadku wystąpienia ognisk chorób zakaźnych będzie mogła zostać zmobilizowana i szybko rozmieszczona w państwach członkowskich i państwach trzecich. Należy przygotować unijne i krajowe plany gotowości na wypadek kryzysu, które będą podlegać regularnym testom i audytom. Komisarzyni Kyriakides podkreśliła również, że należy mieć pewność, że zapasy i sprzęt znajdują się nie tylko na papierze, ale także w rzeczywistości.

Będziemy współpracować z państwami członkowskimi nad wspólnymi wskaźnikami i danymi, które dają nam dokładny obraz stanu gotowości i zdolności systemów opieki zdrowotnej, tak aby można było wcześnie złagodzić niedobory i zapewnić pacjentom dostęp do leczenia– zaznaczyła Komisarzyni.

Propozycje zapewnią również, że UE będzie mogła lepiej przewidywać zagrożenia dla zdrowia. ECDC będzie w stanie opracować najnowocześniejsze systemy monitorowania pojawiających się chorób i innych zagrożeń dla zdrowia oraz dostarczać dowodów umożliwiających lepszą ocenę ryzyka, szybkie działania w czasie rzeczywistym i świadome decyzje. Europejska Agencja Leków będzie uprawniona do dokładnego śledzenia potencjalnych niedoborów leków i wyrobów medycznych, zarówno w celu uniknięcia przyszłego kryzysu, jak i po jego ogłoszeniu. EMA będzie również odgrywać większą rolę w koordynowaniu badań w celu monitorowania skuteczności i bezpieczeństwa szczepionek oraz ich przebiegu klinicznego.

Od Autora:

„Europa zostanie wykuta w kryzysach” – powiedział Jean Monnet, jeden z ojców założycieli Unii Europejskiej – „i będzie sumą rozwiązań przyjętych w obliczu tych kryzysów”. Sposób działania Unii Europejskiej, szczególnie sposób pogłębiania kompetencji europejskiego szczebla, przyznaje dużo racji twierdzeniu Schumana.

Unia Bankowa nie powstałaby bez kryzysu finansowego. Europejska Straż Przybrzeżna bez kryzysu uchodźczego. Europejskie standardy żywności bez choroby wściekłych krów. Nic więc dziwnego, że aby doczekać się efektywnych systemów współpracy w przypadku pandemii, musieliśmy mieć najpierw pandemie bez tych systemów.

Europejska Unia Zdrowia to bardzo mocne hasło, za którym kryje się mniej, niż mogłoby z niego wynikać. Przekazanie nowych kompetencji dwóm nowym agencjom może przyczynić się do lepszego systemu reagowania na poziomie europejskim w przypadku nowych pandemii. Pozwoli to też wypracować lepsze plany działania, które mają szansę na bardziej skoordynowaną akcję państw członkowskich w obliczu kryzysów epidemiologicznych.

Czego jednak Unia Europejska nie stara się podjąć, to próba wypracowania lepszych mechanizmów współpracy w służbie zdrowia poza stanem pandemii. Ten sam lek na nowotwór może kosztować służbę zdrowia 100 euro we Francji i 50 000 euro w Danii. Człowiek z chorobą układu nerwowego żyjący w Szwecji ma szanse biegać na olimpiadzie, gdyby zaś mieszkał w Rumunii, spędziłby życie na wózku inwalidzkim.

Równość jest jedną z traktatowych wartości europejskich, jednak w zakresie dostępu do służby zdrowia ta wartość nie funkcjonuje. Trudno jednak obwiniać za ten stan rzeczy Unię, skoro to państwa członkowskie posiadają kompetencje w zakresie ochrony zdrowia i skoro kraje takie jak Polska przeznaczają na ochronę zdrowia 6,2% PKB (trzeci najgorszy wynik w UE), podczas gdy Niemcy i Francja płacą w okolicach 12% ich PKB.

Pandemia Covid pokazała, że inwestycje w ochronę zdrowia trudno przecenić. Warto jednak, żebyśmy z taką samo gorliwością podchodzili do wszystkich problemów zdrowotnych, które rujnują ludzkie życie: nowotwory, stwardnienie rozsiane, demencja czy choroba sieroca. Może gdybyśmy i w tych przypadkach codziennie informowali o liczbie przypadków i zgonów, to zrozumielibyśmy, że warto te 2 miliardy jednak przeznaczyć na medyków zamiast TVP?


Jarek Świerczyna, współprzewodniczący Koła Zielonych w Brukseli oraz członek Rady Programowej ds. Polityki Zagranicznej i Europejskiej

W czwartek 26. 11. 2020 r. Komisja Europejska odsłoniła karty i ogłosiła nową strategię dla odnawialnej energii offshorowej, jednego z kluczowych elementów, który ma pomóc Europie w osiągnięciu neutralności klimatycznej do 2050.

Strategia zakłada 25-krotny wzrost mocy z wiatraków na morzu – z obecnych 12 GW do 60 GW do 2030 r. i do – uwaga – 300 GW do 2050 roku. Do tego należy doliczyć 40 GW z energii oceanów oraz innych nowych technologii takich jak pływające farmy wiatrowe czy fotowoltaiczne. Strategia zakłada również pozyskiwanie biopaliw z alg. Dla porównania, zainstalowana całkowita moc w Polsce wynosi ok 45 GW, ale do polskiego wątku jeszcze wrócimy. Komisja zachęca państwa do transgranicznej współpracy przy planowaniu i rozwijaniu projektów.

Według obliczeń, aby osiągnąć założony cel, potrzebne są inwestycje, których koszt do r. 2050 to prawie 800 mld euro. Skąd wziąć pieniądze na tego typu inwestycje? Na przykład z Funduszu Odbudowy, który Polska w tym tygodniu postanowiła zawetować. Zważywszy, że inwestycje w energie odnawialne w Polsce są bardzo opóźnione, to przewidziana dla Polski pula 57 mld euro (23 mld w dotacjach, 34 mld w tanich pożyczkach i 37% wykorzystane obligatoryjnie na zielone projekty) mogłaby być impulsem do rozwoju farm wiatrowych na morzu w Polsce. Zapowiadana od dawna przez rząd ustawa o wsparciu offshoru miała być przyjęta jesienią tego roku, ale utknęła w konsultacjach z bliżej nieznanych powodów.

I na koniec jeszcze zielony wątek – Zieloni w Parlamencie Europejskim zwracają uwagę, że farmy na morzu nie powinny rozwijać się kosztem ekosystemów i różnorodności biologicznej. Zieloni zwracają uwagę, że konieczne są konsultacje społeczne i uważne planowanie przestrzeni morskiej, aby zapewnić dostateczna ochronę morskim zwierzętom. Co ciekawe, właśnie z tego względu Francuzi są bardzo sceptyczni względem offshoru i do dzisiaj ze względu na silny opór społeczeństwa nie zbudowali żadnej farmy na morzu. Kwestia otarła się nawet o Trybunał w Luksemburgu, gdy mieszkańcy małej miejscowości w Bretanii na północy Francji stanęli w obronie skorupiaków, ryb, czy słynnych małży świętego Jakuba.


Aleksandra Barańska, członkini Koła Zielonych w Brukseli oraz Rady Programowej ds. Transformacji Energetycznej

Parlament Europejski odrzucił na poprzednim posiedzeniu projekt reformy Wspólnej Polityki Rolnej mający na celu transformację tej polityki w duchu rolnictwa ekologicznego i Europejskiego Zielonego Ładu. Nie jest to na szczęście koniec tego jak bardzo potrzebnego planu na pozytywne zmiany w unijnym rolnictwie.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen w swoim liście z 30 X do parlamentarnej grupy The Greens/EFA wyraziła swoje zrozumienie dla postulatów frakcji, podtrzymując jednocześnie swoją wolę pozostawienia obecnego kształtu Wspólnej Polityki Rolnej na stole negocjacyjnym i dając do zrozumienia, że osiągnięcie ambitnych celów nadal jest możliwe w ramach negocjacji pomiędzy Radą UE, Komisją Europejską i Parlamentem Europejskim w najbliższych tygodniach. List ten był odpowiedzią na apel zielonych eurodeputowanych o wycofanie obecnego projektu Wspólnej Polityki Rolnej dla kolejnej perspektywy budżetowej (2021-2027), ponieważ jego zapisy stoją w rażącej sprzeczności z ambitnymi planami nowej Komisji takimi, jak strategia Od pola do stołu czy European Green Deal. Wspólna Polityka Rolna pochłania ogromną część unijnego budżetu, a współczesne rolnictwo w dużym stopniu przyczynia się do zmian klimatycznych i utraty bioróżnorodności. Eurodeputowani zwrócili uwagę na fakt, że ogromny budżet tej polityki nie powinien w dalszym ciągu wspierać finansowo dużych i nieekologicznych producentów żywności (np. obecnie 80% dopłat trafia do 20% największych ich beneficjentów).

W dniu 16 XI grupa zielonych eurodeputowanych wystosowała odpowiedź na list Przewodniczącej von der Leyen. Europarlamentarzyści nie zmienili zdania i nadal domagają się wpisania Europejskiego Zielonego Ładu i strategii Od pola do stołu do Wspólnej Polityki Rolnej jako niezbędnych do przeciwdziałania kryzysowi klimatycznemu i ekologicznemu. Zwracają oni uwagę na fakt, że tylko i wyłącznie ambitne podejście Komisji pomoże przeciwdziałać dalszej degradacji środowiska, a sprzęgnięcie Wspólnej Polityki Rolnej i Europejskiego Zielonego Ładu jest do tego wręcz niezbędne.

W tym momencie warto wspomnieć o, przyjętej jeszcze za poprzedniej Komisji Jeana-Claude’a Junckera, strategii Od pola do stołu. Zakłada ona stopniową transformację europejskiego rolnictwa w duchu rolnictwa zrównoważonego. Strategia ta składa się z 2 ramowych planów działania, jakimi są zrównoważona produkcja żywności i wsparcie dobrych praktyk w zakresie przetwarzania i dystrybucji żywności. W planie tym zawarto między innymi redukcję użycia pestycydów o 50% do 2030 roku, zwiększenie nacisku na dobrostan zwierząt, przegląd obecnie używanych dodatków do żywności czy ograniczenie zjawiska marnowania żywności o połowę.

KOMENTARZ KOŁA BRUKSELKIEGO: Partia Zieloni popiera w całości ambitne propozycje zielonych europarlamentarzystów. Zdajemy sobie sprawę, że w dobie kryzysu klimatycznego i powszechnego antropogenicznego wymierania gatunków, radykalne działania są nie tylko wskazane, ale wręcz niezbędne do zatrzymania tych wywołanych przez człowieka zjawisk. Ogromny budżet Wspólnej Polityki Rolnej musi być wykorzystywany w duchu zielonej transformacji europejskiego rolnictwa, a przyjęcie jej w starym kształcie wraz z jakże potrzebnym Europejskim Zielonym Ładem to jak łączenie ognia z wodą. Liczymy na to, że w toku żmudnych negocjacji między instytucjami unijnymi uda się wypracować kompromis zawierający najważniejsze postulaty Zielonych eurodeputowanych.

 

Źródła: https://www.europarl.europa.eu/RegData/etudes/BRIE/2020/658206/IPOL_BRI(2020)658206_EN.pdf

https://www.greens-efa.eu/dossier/update-von-der-leyen-promises-to-fix-the-cap-despite-her-refusal-to-withdraw-it/

Dominik Kulczyński, członek Koła Zielonych w Brukseli

W tym wydaniu newslettera wybraliśmy się trochę dalej na zachód, aby lepiej zorientować się w nastrojach nad Sekwaną i czego możemy spodziewać się po najważniejszym lokatorze Pałacu Elizejskiego – Emmanuelu Macronie. Po Brexicie, rola Francji w Unii ulegnie dalszemu wzmocnieniu, a sam Macron bardzo poważnie traktuje unijną politykę, dlatego też warto uważnie przyjrzeć się jego politycznej ideologią i planom.  Zadanie mieliśmy w tym względzie ułatwione ponieważ prezydent Francji udzielił niedawno obszernego wywiadu czasopisma Le Grand Continent. Poniżej przedstawiamy główne założenia “doktryny Macrona”, ze szczególnym uwzględnieniem zielonych tematów.

Rola Francji w Europie

Macron jasno wyraża swoje stanowisko jeśli chodzi o rolę swojego kraju w Europie: Europa nie zagłusza według niego głosu Francji. Francja ma własną koncepcję, własną historię, własną wizję spraw międzynarodowych, ale mimo wszystko działania, które podejmuje, są skuteczniejsze, jeśli robi to poprzez Europę. Szczególnie w ostatnich latach, w obliczu wzrostu potęgi Chin, coraz bardziej oczywiste staje się, że nawet tak wpływowe państwa jak Francja, nie będą mogły odgrywać samodzielnie tak dużej roli jak dawniej.

Neokonserwatywna rewolucja

Macron słusznie zauważa również, że w całej Europie narastają postawy neokonserwatywne, które kwestionują postępowe zdobycze ostatnich dekad w zakresie obyczajowości, kultury i wartości. Według niego oznacza to, że kwestionują też zdobycze demokracji, takie jak uznanie mniejszości, ruch na rzecz wyzwolenia narodów i społeczeństw.

“Konsensus paryski”

W obszarze gospodarki i klimatu, chce przeciwstawić odchodzącemu już do przeszłości tzw. konsensusowi waszyngtońskiemu, opartemu o dogmatyczne zmniejszenie ingerencji państwa, prywatyzacje, reformy strukturalne, otwarcie gospodarek na handel, finansjalizację, coś, co nazywa “konsensusem paryskim”. I tutaj słusznie zwraca uwagę, że konsensus waszyngtoński całkowicie ignorował zmiany klimatyczne. Macron zgadza podkreśla, że sprawa jest tak pilna, że niemożliwe jest zwrócenie się do rządów z prośbą o zajęcie się jedną z tych priorytetowych kwestii, kwestią, która bez wątpienia jest priorytetem dla przyszłego pokolenia, z oczekiwaniem, że traktowana będzie w oderwaniu od rzeczywistości ekonomicznej. Trzeba kwestie środowiskowe wprowadzić z powrotem na rynek.

Niepokoi Macrona również wzrost nierówności. Od chwili, gdy klasy średnie nie mają już dla siebie żadnych możliwości postępu i z roku na rok doświadczają pogorszenia jakości życia, zaczynają one wątpić w sens demokracji, co pokazało zwycięstwo Trumpa w 2016 r. oraz Brexit. Dostrzega również tym zakresie sygnały ostrzegawcze we Francji i w Europie.

Quo vadis Europa?

Te przemyślenia prowadzą Macrona do wniosku, że znajdujemy się w punkcie krytycznym, gdzie konieczne jest zerwanie ze współczesną formą kapitalizmu. Ponieważ jest to kapitalizm, który stał się finansowo scentralizowany, nadmiernie skoncentrowany, nie pozwala nam już zarządzać nierównościami w naszych społeczeństwach oraz na szczeblu międzynarodowym. Konieczna jest więc jego przebudowa, również poprzez uwzględnienie celów klimatycznych.

W kontekście polityki europejskiej, Macron podkreśla, żę Europa to nie tylko rynek i konieczne jest aby określić wspólne cele, które nie są tylko oddelegowaniem naszej przyszłości na rzecz rynku. Europa musi budować własne rozwiązania aby uzyskać strategiczną autonomię, aby nie uzależniać się od technologii amerykańsko-chińskiej, aby nie być zależnym od państw trzecich w zakresie np. technologii telekomunikacyjnej albo przechowywania danych w chmurze.

Podsumowując, wywiad jest bardzo długi i pokrywa również wiele innych interesujących aspektów; tutaj przytoczyliśmy tylko kilka najważniejszych (dostępny jest również w języku polskim! – zachęcamy do lektury w linku poniżej). Dla przyzwyczajonych do poziomu debaty w polskiej polityce, wywiad ten może doprowadzić do niemałego szoku poznawczego. Spróbujcie wyobrazić sobie prezydenta Dudę (albo Komorowskiego albo Kaczyńskiego), który udziela podobnie pogłębionego wywiadu. Z prezydentem Macronem można się oczywiście w wielu (albo nawet wszystkich) kwestiach nie zgadzać, ale nie sposób odmówić mu wiedzy, wizji i pomysłów na jej realizację. To co w Polsce wciąż znajduje się na rubieżach mainstreamu politycznego, czyli katastrofa klimatyczna, potrzeba wymyślenia kapitalizmu na nowo, wzmocnienie państwa poprzez politykę europejską a nie wbrew niej, we Francji w wielu kręgach uchodzi za niewystarczająco ambitny program minimum. W obliczu coraz większych sukcesów francuskich Zielonych (o tym też napiszemy w jednym z kolejnych wydań) i rosnącej roli Francji w unijnej polityce, izolacja obecnego rządu na arenie europejskiej ale i szerszej, międzynarodowej, może się tylko pogłębiać.

Źródło: https://legrandcontinent.eu/pl/2020/11/16/macron/

Mateusz Krauze, Członek Koła Zielonych w Brukseli oraz Rady Programowej ds. Ekonomii

W miniony poniedziałek, 16 listopada, Polska i Węgry podjęły heroiczną akcję dywersyjną na froncie europejskim i zablokowały historyczny pakiet budżetowo-naprawczy UE o wartości 1,82 biliona euro. Piękno tego rejtanowskie gestu polega na tym, że nie tylko oba kraje zablokowały żywotnie potrzebny im własnym ekonomią zastrzyk gotówkowy, ale i wpędziły przy okazji instytucje, i tak już balansujące na granicy politycznej równowagi, wprost w ramiona instytucjonalnego klinczu, co gorsza, bez jakiejkolwiek potencjalnej drogi jego zakończenia. Zmusiły tym samym instytucje unijne do gaszenia kolejnego już z tym roku pożaru i to dosłownie za trzy dwunasta. I zasadniczo ciężko pojąć, jakie korzyści oba państwa mają zamiar osiągnąć poprzez swój gambit. Ale wszystko po kolei..

Money, money, money

Tegoroczne budżetowe negocjacje w Unii Europejskiej poddane były presji jeszcze większej niż zazwyczaj (co naprawdę wiele znaczy, bo podobne negocjacje zawsze odbywają się w podwyższonej temperaturze sporu i namnożeniu aktorów: 27, a do niedawna 28 krajów członkowskich, 751 europarlamentarzystów, cała masa interesariuszy..). Ścierały się bowiem wielorakie, sprzeczne oczywiście (inaczej byłoby to zbyt proste i jakże nie-europejskie) interesy. Z jednej strony nadwyrężona pandemia gospodarka, w której najbardziej ucierpiały, tradycyjnie, kraje południa (Włochy, Hiszpania), a z drugiej tradycyjna linia sporu między krajami zaciskającymi pasa i tymi, które wolą więcej pieniędzy w unijnym budżecie. To wszystko skropione oczywiście, wisienka na torcie, wizja Brexitu (przy czym nie wiadomo, w jakiej postaci), a co za tym idzie, zmniejszeniem wpływów finansowych do unijnego budżetu. Voilà! Ale Komisja Europejska, kraje członkowskie i europarlamentarzyści  stanęli na wysokości zadania i uzgodnili co należało: wieloletnie ramy budżetowe (długoterminowy budżet UE 2021-2027) w połączeniu z inicjatywą Next Generation, czyli tymczasowym instrumentem pobudzającym ożywienie gospodarki. Chodzi o największy pakiet środków, jaki został dotychczas finansowany z unijnego budżetu o łącznej kwocie, bagatela, 1,8 bln euro. Pakiet ten ma nie tylko pomóc odbudować gospodarkę Europy po kryzysie wywołanym COVID-19, ale w dodatku zrobić to z głową i pomysłem na przyszłość. Tak, tak.. „Nowa Europa” ma być (uwaga!) bardziej przyjazna dla środowiska, bardziej cyfrowa i odporniejsza na kryzysy. Dodajmy, zupełnie nie na marginesie, że Komisja Europejska, chcąc wesprzeć zieloną transformację, zaproponowała, by co najmniej 30% środków na odbudowę przeznaczyć na cele klimatyczne.

No i teraz co?

Belgia jest krajem absurdów, szczycącym się René Magrittem. Brukselska administracja absurdami stoi, ale polsko-węgierska kawalkada ma szanse na absolutna palmę pierwszeństwa. Nie tylko ze względu na swój bezsens, ale także na (uwaga, cytat) ‘imposybilizm’, w który wpędza wszystkich członków tej wątpliwej zabawy. Nie ma żadnej potencjalnie dobrej drogi wyjścia.

Po pierwsze, zły timing. Weto opóźnia uchwalenie budżetu w sytuacji, w której każde euro jest na miarę złota, a każda chwila zwłoki może grozić upadkiem kolejnych firm (głównie małych i średnich przedsiębiorstw). Jeszcze nigdy powiedzenie „czas to pieniądz” nie było chyba aż tak aktualne. Co więcej, oba kraje blokujące miały być również beneficjentami programów (Polska, w dodatku, całkiem sporym!). Na wecie stracą więc również obywatele Polski i Węgier.

Po drugie, weto rykoszetem. Węgry i Polska zablokowały pakiet naprawczy, odwołując się do swojego sprzeciwu wobec nowego mechanizmu, który pozwoliłby UE na obcięcie funduszy krajowi uznanemu za naruszającego praworządność w pewnych okolicznościach związanych z budżetem. Jednak warto zaznaczyć, że pomimo zgłoszonych zastrzeżeń, sam mechanizm praworządności został w poniedziałek zatwierdzony, ponieważ uchwalenie go wymagało jedynie większości kwalifikowanej (czyli zgoda 55% państw członkowskich, reprezentujących 65% populacji UE). Polska i Węgry wykorzystały swoje prawo weta, blokując niejako rykoszetem uchwalenie tak zwanych zasobów własnych, będących warunkiem wstępnym pożyczenia pieniędzy na nowy fundusz naprawczy o wartości 750 miliardów euro. Ta akurat decyzja bowiem wymaga zgody wszystkich krajów, bez wyjątku. Dodajmy, że uchwalenie nowych zasobów własnych UE miało również wyjść całkiem korzystnie dla Polski, która tym samym zapłaciłaby mniej (tak: mniej!) pieniędzy do wspólnego budżetu UE. O ironio! Oba kraje zasygnalizowały również, że wstrzymują polityczne poparcie dla siedmioletniego budżetu bloku w wysokości 1,074 bln euro, którego realizacja powinna się rozpocząć 1 stycznia. Nie blokujemy więc wcale tego, co zablokować chcemy, a jedynie trzymamy 25 pozostałych krajów jako zakładników swoich niejasnych celów politycznych.

Po trzecie, niewiele jest do ogrania. Nawet, gdyby zasiadający w Radzie przedstawiciele państw członkowskich poddali się presji czasu i stwierdzili, że niech sobie Polska i Węgry robią, co im się żywnie podoba, to i tak niewiele to da. Parlament Europejski raczej na pewno nie zaakceptuje poluzowania zasad w zakresie praworządności. Najprawdopodobniej sprzeciwiły się temu również niektóre parlamenty w krajach takich jak Finlandia, nie ratyfikując decyzji w sprawie zasobów własnych.

Po czwarte, risky game, bo Unia Europejska może dać sobie radę i bez nas. Premier Holandii Mark Rutte zapowiedział już, że Holandia nie zaakceptuje żadnej próby złagodzenia warunków, a kompromis jest już „dolną granicą” dla Holendrów. Rutte zagroził wręcz rozwiązaniem nuklearnym, czyli uchwaleniem funduszu naprawczego z pominięciem instytucji i procedur unijnych, przez 25 innych państw członkowskich (czyli bez Polski i Węgier). Byłoby to możliwe, opierając się na zasadach unijnych mechanizmów tzw. wzmocnionej współpracy (która nie wymaga udziału ani zgody wszystkich państw członkowskich) lub na zasadzie umów międzyrządowych, zamiast wewnątrzunijnych (natomiast z całą pewnością nieco spowolniły cały proces i utrudniło go z prawnego punktu widzenia).

Stawiając weto, Polska i Węgry zagrały wbrew ogólnie obowiązującym zasadom i dobrym europejskim praktykom: spory załatwia się przy stole negocjacyjnym, idąc na niezbędne kompromisy (ze wszystkich stron), a nie wbijając klin w postaci weta. Nie w takich okolicznościach i nie w takiej formie, to na pewno! To z całą pewnością nie przysporzy nam przyjaciół (których, bądźmy szczerzy, i tak mamy coraz mniej, przesuwając się z pozycji wschodnioeuropejskiego lidera i dobrego ucznia na pozycja pariasa i ‘”troublemaker”), a na pewno utrudni negocjacje w wielu przyszłych kwestiach, być może ważnych (tak na poważnie) dla Polski. Po raz któryś za rządów PISu pokazujemy, jak wiele nas łączy z wschodnim sposobem robienia polityki (metoda siłową, podstępu i zaparcia) i jak daleko bywa nam czasem na dyplomatyczne salony Europy. Że już nie wspomnę o tym, że pieniądze z funduszu naprawdę by się Polsce przydały. Przy wątpliwych zasadach działania Tarczy Antykryzysowej, zamkniętych sklepach i spowalniającej gospodarce, zastrzyk finansowy dla małych firm czy nawet dla służby zdrowia, byłby na wagę złota. Poza tym, z zupełnie zielonej perspektywy, nowy budżet jest naprawdę eco-friendly. Tendencje widać namacalnie, choć może nie odpowiada ona apetytu najbardziej gorliwych z nas, to z całą pewnością pokazuje pewien trend. Już i tak przecież zaprzepaściliśmy możliwość uchwycenia odpowiednich środków z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (Just Transition Found), gdyż Polska nadal odrzuca Europejski cel odchodzenia od węgla. Warto się zastanowić, dlaczego zostajemy w tyle i dlaczego pozwalamy odjechać bez nas pociągowi, w którym mamy przecież należne nam miejsce (na, bilet na koszt płatników netto!). To są z całą pewnością tematy, które opozycja powinna wykorzystać w debatach i mediach, punktując partię rządzącą za nierozsądną politykę europejską i pozbawienie Polski szans na transformacje energetyczna zanim będzie na to za późno!

Marta Pabian, członkini Koła Zielonych w Brukseli i Rady Programowej do Spraw Kobiet 

Skutki zmiany klimatu będą dla produkcji rolnej w Polsce bardzo dotkliwe. Sektor stoi przed dwoma ważnymi wyzwaniami – potrzebą redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz koniecznością prowadzenia działań adaptacyjnych do zachodzących zmian klimatycznych. Wymagać to będzie przedefiniowania podejścia do produkcji rolnej opartego niemal wyłącznie o kryterium zysku ekonomicznego.

Nowy model rolnictwa w znacznie większym stopniu musi promować i nagradzać różnorodne usługi ekosystemowe związane z obszarami wiejskimi i produkcją rolną. Przede wszystkim powinien opierać się na produkcji żywności wysokiej jakości, która nie zawiera pozostałości substancji chemicznych stosowanych dziś powszechnie w uprawie i hodowli, a także na ochronie i wspieraniu różnorodności biologicznej, ochronie klimatu i zasobów wodnych, czyli przeciwdziałaniu suszy.

Woda jest zasobem niezbędnym do prowadzenia produkcji rolnej, a rolnictwo, które gospodaruje na 60% powierzchni obszarów zlewni, jest głównym użytkownikiem zasobów wodnych kraju. Odnawialne zasoby wodne pochodzą z opadów, na których ilość i rozkład nie mamy wpływu. Choć ilość opadów nie zmienia się znacząco od 150 lat, ich rozkład stał się w ostatnich dekadach niekorzystny z punktu widzenia odnawiania się zasobów wody. Mniej wody pada latem (w sezonie wegetacyjnym), opady mają charakter nawalny, powodujący szybki odpływ wody z terenu zlewni, zimą zaś częstsze są opady deszczu niż śniegu.

W takiej sytuacji kluczowe znaczenie dla dbałości o odnawianie zasobów wodnych, ich jakość i dostępność (nie tylko dla sektora rolniczego) ma zatrzymywanie, retencjonowanie i spowalnianie odpływu wody z terenu zlewni. Ogromnie ważny jest także wybór modelu produkcji rolnej bowiem od tego, jak przyczyni się on do retencjonowania wody na swoje potrzeby przy pomocy ochrony gleby, zwiększania jej pojemności wodnej, oraz zatrzymywania wody w krajobrazie, zależy dostępność wody dla rolnictwa i innych użytkowników.

Zlewnia

Zlewnia to obszar lądu, z którego woda spływa do jednego zbiornika, rzeki, jeziora, a czasami terenu podmokłego. Poszczególne zlewnie są oddzielone od siebie działami wodnymi czyli umowną linią rozgraniczającą sąsiednie zlewnie lub dorzecza. Zróżnicowanie terenu, jego budowa geologiczna oraz pokrycie mają kluczowe znaczenie dla możliwości retencji zlewni. Zlewnie o dużej lesistości oraz niskim stopniu przekształcenia przez człowieka charakteryzują się wysoką retencją naturalną i stabilnym zasilaniem systemu rzecznego. W takich zlewniach bardzo rzadko występują susze albo powodzie. Natomiast im wyższy stopień przekształcenia zlewni, tym poziom retencji jest niższy, a system rzeczny bardziej rozregulowany. W zlewniach zmienionych działalnością ludzką i tym samym pozbawionych równowagi hydrologicznej brak opadów szybko prowadzi do suszy, a ich nawet niewielki nadmiar powoduje podtopienia lub powódź. Rolnicze użytkowanie zlewni ma ogromny wpływ na bilans wodny i stan retencji zlewni rzek. Efektem zmian w zlewniach są w znacznym stopniu narastające problemy z suszami i powodziami, zarówno w Polsce, jak i na całym świecie.

Zasoby wód i ich wykorzystanie

Zasoby wód słodkich stanowią zaledwie ok. 3% wszystkich zasobów wód na Ziemi. Ich objętość jest szacowana na ok. 35 mln km3, z czego ponad 67 % stanowią lodowce i pokrywa śnieżna. Druga z istotnych części zasobów wód słodkich zgromadzona jest pod ziemią – w jej głębszych warstwach – i stanowi 29,6% całej objętości wód słodkich. Wody z których korzysta człowiek – rzeki, jeziora oraz płytkie wody podziemne – to zaledwie 0,4% zasobów wód słodkich. Od 1960 do 2010 roku Europa straciła 24% odnawialnych zasobów wody per capita.

Polska jest w Europie jednym z najuboższych w wodę krajów. W latach 1946-2016, średnia roczna zasobów wodnych przypadająca w Europie na głowę mieszkańca wynosiła 5000 m3 wody, natomiast w Polsce tylko 1800 m3. W latach o niższych opadach mamy do dyspozycji tylko nieco ponad 1100 m3 na osobę, w latach mokrych zaś 2600 m3 na osobę. Eksperci zaniepokojeni są tendencją spadkową ilości zasobów wodnych w Polsce. Próg 1700 m3/os jest granicą „stresu wodnego” czyli zagrożenia deficytem wody.

W Polsce średnia wartość całkowitych opadów rocznych wynosi ok 196 km3. Z tej objętości około 28% odpływa systemami rzecznymi w następujących proporcjach: dorzecze Wisły (55% rocznego odpływu), dorzecze Odry (25%), rzeki Przymorza (9,5%) i pozostałe zlewnie (11,5%). Dopływ spoza granic kraju stanowi 12,6 % całkowitych zasobów wód płynących. Pozostała część wody z opadów ulega wyparowaniu. Obecnie przez mniej więcej 3/4 roku w ilości około 60%. Reszta wody opadowej (około 20%) infiltruje zasilając zasoby wód podziemnych. Odnowienie się pierwszej warstwy wód podziemnych, tej z której korzysta człowiek, trwa średnio 3 lata.

Susza i powódź

W związku z zauważalnymi skutkami zmiany klimatu w naszym kraju, konieczna jest rewizja podejścia do gospodarowania wodami. Sytuację pogarsza fakt, że roczny cykl opadowy w naszej szerokości geograficznej jest niekorzystny – rośnie przewaga parowania nad opadem w okresie wegetacyjnym. Ponad 60% opadów przypada na okres o większym parowaniu wody (60%), zaś w okresie o niższej wartości parowania (wynoszącej 50%) mamy około 40% opadów rocznych. Taki układ powoduje, że wraz ze zmianą klimatu bardziej wzrasta w naszym kraju zagrożenie suszą niż powodziami.

Retencjonowanie wody w danej zlewni zależy od czynników naturalnych, takich jak ukształtowanie terenu, rodzaj gleby, a także od czynników antropogenicznych, czyli form zagospodarowania terenu oraz zabudowy hydrotechnicznej zlewni przez człowieka. Kluczowe dla ochrony zasobów wodnych i stabilnego funkcjonowania zlewni jest zachowanie właściwej proporcji pomiędzy terenem przekształconym a obszarami podmokłymi, leśnymi i naturalnymi dolinami rzecznymi, które poprawiają naturalną retencję i tym samym zwiększają odporność zlewni na brak opadów. Niestety w planowaniu zagospodarowania przestrzennego w Polsce najczęściej nie uwzględnia się pozostawienia terenów zalewowych i tworzy na nich np. infrastrukturę mieszkaniową, często nawet wiedząc, że są to miejsca, w których regularnie i od dawna dochodziło do podtopień czy powodzi. Mimo że powodzie budzą duży niepokój społeczny, w Polsce znacznie większym problemem jest brak wody, nie jej nadmiar.

Melioracje i prace utrzymaniowe na ciekach

W drugiej połowie XX wieku realizowano w Polsce melioracje zgodnie z koncepcją tzw. rolnictwa odwodnieniowego. Osuszenie terenów podmokłych i odprowadzenie nadmiaru wody z pól było szybkim sposobem zwiększenia areału upraw. Melioracje powinny prowadzić do poprawy stosunków wodnych na danym terenie, a dzięki temu ułatwiać działalność rolniczą. System rowów i kanałów powinien być zbudowany tak by odprowadzać wodę w okresie jej nadmiaru lub zatrzymywać ją w czasie niedoboru za pomocą zamykania zastawek i jazów. W praktyce jednak melioracje działają wyłącznie przyspieszając odpływ wód z terenu zlewni, co przyczynia się do wystąpienia suszy w okresach, w których opadów jest mniej, natomiast w sytuacji nawet krótkotrwałych, ale nawalnych deszczy prowadzi do zalań, wezbrań i podtopień.

Problem pogłębił się po akcesji Polski do UE z uwagi na presję na szybkie wydatkowanie unijnych środków na inwestycje hydrotechniczne. Najczęściej były to melioracje, regulacje cieków i prowadzenie na nich prac utrzymaniowych, przy czym nie analizowano rzetelnie ani potrzeby ich wykonania, ani ich konsekwencji środowiskowych. Brak prawnego obowiązku prowadzenia rejestru tych inwestycji powoduje, że nie wiemy, ile dokładnie zostało przeprowadzonych inwestycji hydrotechnicznych. Nie znamy też ich całkowitego, negatywnego oddziaływania na zasoby wody w Polsce. Należy natychmiast podjąć działania, które umożliwią zahamowanie i naprawę szkód wyrządzanych w zasobach wodnych kraju. Powinny one polegać na likwidacji systemów melioracyjnych lub właściwym zarządzaniu nimi, a także renaturyzacji koryt cieków i rzek. To daje szansę na podniesienie zwierciadła wody i odzyskanie części pojemności retencyjnej skuteczniej i szybciej niż budowa nawet kilku dużych zbiorników retencyjnych.

Retencja krajobrazowa i glebowa

Największy potencjał retencjonowania wody (jej odzyskiwania i zatrzymywania) mają sam obszar zlewni oraz znajdujące się na nim gleby. Nie są to zatem cieki – naturalne czy sztuczne – z których wodę trudno wrócić na pola. Woda może być zatrzymywana w krajobrazie na wiele sposobów. Stałe pokrycie gruntów roślinnością (zadrzewienia, trwałe użytki zielone, międzyplony, poplony, mulczowanie), zachowywanie terenów podmokłych czy pasów zadrzewień sprzyją spowolnianiu jej odpływu. Ogromy potencjał retencyjny ma także sama gleba. Od jej napowietrzenia i zawartości materii organicznej zależy, ile wody zdoła zatrzymać. Gleba bogata w materię organiczną ma także strukturę, która pozwala na infiltrowanie wody w głąb profilu glebowego i odnawianie zasobów wód podziemnych. Dbanie o żyzność gleby i jej stosunki wodno-powietrzne za pomocą zróżnicowanego płodozmianu, ograniczonej orki i gospodarki w oparciu o nawozy naturalne (a nie mineralne) jest podstawą zwiększania możliwości retencjonowania wody.

W sytuacji silnego przekształcenia zlewni przyspieszającego odpływ wody, cennym zasobem staje się woda zretencjonowana przez bobry. Budowanie przez nie tam, dzięki którym spowolniony zostaje spływ wody i tworzą się rozlewiska, poprawia lokalne stosunki wodne i uwilgotnienie gleb wokół. Instrumenty finansowe rekompensujące rolnikom straty wynikające z odstąpienia od użytkowania terenów zalewowych – czy to na skutek prac inżynieryjnych bobrów (tzw. pakiety bobrowe) czy też w związku z okresowym nadmiarem wody na ich terenie – pozwoliłyby retencjonować wodę w efektywny, naturalny sposób, w dodatku lokalnie i bez kosztownych inwestycji.

Zasoby wody dla rolnictwa

Rolnictwo wykorzystuje około 70% odnawialnych zasobów wodnych. Na drugim miejscu jest przemysł (20%), a dopiero na trzecim wykorzystanie wody na cele komunalne (10%). Podział ten jest często mylony z wykorzystaniem wód z poboru. W przypadku wód pobieranych 70% z nich wykorzystuje przemysł, 20% gospodarka komunalna, a jedynie około 10% wykorzystywane jest w rolnictwie i leśnictwie. Pobór wód powierzchniowych i podziemnych w Polsce wynosi ok. 12 km³/rok, co stanowi 20% zasobów wód płynących, w stosunku do wartości całkowitego odpływu na poziomie około 61 km³/rok.

Wiedza na temat skali wykorzystania wody, w tym jej poboru oraz analizowanie tych danych, jest szczególnie ważne z uwagi na prognozowany wzrost wykorzystania nawodnień w produkcji rolnej. Jeżeli mają być one wspierane dofinansowaniem ze środków krajowych lub unijnych, to konieczna jest ich racjonalizacja w oparciu o dokładną ocenę potrzeb wodnych roślin i uwilgotnienia gleby. Niezbędny jest również precyzyjny i skuteczny monitoring poboru wód do nawodnień oraz solidarne podejście do użycia wody w tym celu.

Ryzykowne jest również rozważanie możliwości wykorzystania do nawodnień wód głębinowych. Ich zasoby oraz tempo odnawiania się nie są w pełni rozpoznane, a ponadto stanowią one główne źródło wody pitnej, stąd ich użytkowanie do nawodnień wydaje się lekkomyślne i nieracjonalne.

Niestety, w Polsce do tej pory nie została utworzona straż środowiskowa czyli instytucja wyspecjalizowana w wykrywaniu i ściganiu wykroczeń oraz przestępstw przeciwko środowisku, w tym zasobów wodnych. Jej działanie powinno dotyczyć czynów zabronionych związanych zarówno z nielegalnym poborem wody, jak również z jej zanieczyszczeniem. Problemem jest również nadmierny pobór wody przez niektórych użytkowników, który przy braku monitorowania przepływów może doprowadzić do całkowitego wysuszenia cieku.

Ochrona zasobów wodnych w kontekście rolnictwa wymaga także uwzględnienia kwestii dbałości o jakość wód. Im większe wykorzystanie nawozów sztucznych, środków ochrony roślin i antybiotyków w produkcji rolnej, tym większe zanieczyszczenie wody. Nadmierne w stosunku do zapotrzebowania roślin nawożenie pól nawozami mineralnymi powoduje przedostawanie się niewykorzystanych biogenów (głównie związków fosforu i azotu) do wód śródlądowych, a następnie do Bałtyku. Biogeny powodują eutrofizację (przeżyźnienie) wód skutkującą gwałtownym wzrostem roślinności wodnej. Następnie obumiera ona i zaczyna się rozkładać wyczerpując cały dostępny w wodzie tlen, co jest śmiertelnie niebezpieczne dla organizmów wodnych. Zagrożeniem dla jakości wód jest również źle działający system oczyszczania ścieków komunalnych oraz brak wydajnego monitoringu odprowadzania ścieków do wód. To samo dotyczy akwakultury, w której dochodzi często do braku dostosowania wielkości produkcji do pojemności ekosystemów wodnych, do których hodowcy odprowadzają pełne zanieczyszczeń wody poprodukcyjne.

Finansowanie ochrony zasobów wodnych w rolnictwie i wspierany model rolnictwa

Aby skutecznie chronić obszary cenne przyrodniczo na terenach wiejskich, należy bezwzględnie zmienić zasady przyznawania płatności rolnośrodowiskowo-klimatycznych. Zmiana ta powinna polegać na odejściu od finansowania działań podejmowanych przez rolnika bez monitorowania ich rezultatu. Zamiast tego, wsparcie finansowe powinno być uzależnione od uzyskania i utrzymania rezultatów środowiskowych. Takie rozwiązania obowiązują w innych państwach UE. Koalicja „Rolnictwo dla Przyrody” zaleca między innymi wprowadzenie do Krajowego Planu Strategicznego WPR 2021-2027 nowych działań na rzecz retencjonowania wody, np. paludikultury oraz pakietu „wysoka woda”. Rolnicy powinni otrzymywać rekompensatę za pozostawienie 10% powierzchni gospodarstwa „dla natury” czyli np. właśnie pod obszary podmokłe, pasy zadrzewień lub strefy buforowe przy ciekach, jako miejsca przyczyniające się do ochrony ilości i jakości wody.

Dla dbałości o dostępność zasobów wodnych istotne jest również, jaki model rolnictwa (a także produkowanej przez nie żywności) uzyskuje wsparcie finansowe. Przemysłowa uprawa wysokobiałkowych roślin do produkcji paszy przeznaczonych do karmienia zwierząt na eksport – Polska jest istotnym producentem drobiu i wieprzowiny w Europie – pochłania wielkie ilości wody i wyjaławia glebę. Monokulturowe uprawy, w których stosuje się znaczne ilości nawozów mineralnych i chemicznych środków ochrony roślin generują gigantyczne zanieczyszczenia. Podobnie przemysłowa produkcja zwierzęca. Wobec zmiany klimatu, która powoduje zmniejszenie się dostępności wody dla wszystkich użytkowników (a przede wszystkim dla społeczeństwa), należy rozważyć czy stać nas – w wymiarze ekologicznym, społecznym i ekonomicznym – na wspieranie tego modelu produkcji.

Usługi ekosystemowe i dobra publiczne

Usługi ekosystemowe to zjawiska i procesy niezbędne dla podtrzymania życia na Ziemi. Są świadczone przez zdrowe ekosystemy. Regulacja procesów glebowych, procesy oczyszczania, stabilizacja warunków pogodowych i klimatu czy dynamika współoddziaływania organizmów w układach biologicznych to tylko kilka zjawisk, które warunkują nasze biologiczne przetrwanie. Cała przyroda, w tym także dostępność i jakość wody, ma podstawowe znaczenie dla możliwości świadczenia usług ekosystemowych przez rolnictwo i obszary wiejskie. Grono beneficjentów usług związanych z wodą jest szerokie i zróżnicowane, a koncepcja usług ekosystemowych pozwala oszacować zysk z ochrony wody w krajobrazie z punktu widzenia innych sektorów gospodarki, a także społeczeństwa. To zróżnicowanie potencjalnych zysków i strat z punktu widzenia różnych użytkowników zasobów wodnych należy brać pod uwagę przy podejmowaniu decyzji dotyczących gospodarowania wodą w Polsce. Obszary wiejskie mogą dostarczać dóbr publicznych różnego typu i być za to wynagradzane. Ochrona krajowych zasobów wodnych jest takim dobrem, między innymi dlatego, że od ilości i jakości wód zależna jest trwałość produkcji rolnej, a w konsekwencji bezpieczeństwo żywnościowe kraju.

Woda nie jest niezbędna jedynie dla bezpieczeństwa żywnościowego. Brak wody jest zagrożeniem dla zdrowia, życia i trwałości porządku publicznego. Jesteśmy europejskim krajem z niskimi zasobami wody w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Nakłada się na to strategia gospodarowania wodą, którą prowadzimy od 100 lat: umożliwić opadom jak najszybszy spływ do morza. Lęk przed powtórką powodzi, jaka zdarzyła się w 1934 czy powojenna potrzeba zwiększania upraw są drobnymi problemami wobec zagrożenia, przed którym stoimy dziś. Mamy zanieczyszczone rzeki odprowadzające wodę do Bałtyku, w którym martwe strefy stanowią już 17% powierzchni, utratę bioróżnorodności na niespotykaną skalę i trwającą od wielu lat suszę rolniczą, praktycznie na obszarze całego kraju. Na to wszystko nakłada się katastrofa klimatyczna – zimy już nie takie jak dawniej, a wiosna szybko przechodzi w lato, jak w jednym z artykułów opisuje swoje rolnicze obserwacje Robert Kuryluk. Zamiast myśleć o systemowych i mądrych zmianach, sięgamy po rozwiązania krótkowzroczne i niezwykle ryzykowne – wody głębinowe są naszą rezerwą wody pitnej. Właśnie dlatego, jeżeli nie zmienimy sposobu gospodarowania w rolnictwie, nie będziemy retencjonować wody w glebie, renaturyzować przekształconych systemów rzecznych i osuszonych dolin, a także nie zaczniemy stosować praktyk rolnych, które zatrzymują wodę w glebie, nie będzie wody dla rolnictwa i nie będzie wody ani dla gospodarki, ani dla społeczeństwa. Ta ekspertyza powstała, aby nam to uświadomić i umożliwić podjęcie właściwych decyzji.

*

Jak czytać ekspertyzę?

Ekspertyza podzielona jest na sześć głównych działów, na które składają się artykuły różnych autorów. Każdy artykuł zaczyna się od krótkiego streszczenia, które jest wydzielone z reszty tekstu artykułu niebieskim kolorem czcionki. Działy kończą się podsumowaniem rekomendacji, które znalazły się w artykułach. Najważniejsze rekomendacje wynikające z ekspertyzy zebrane są na końcu publikacji.

Całą ekspertyzę „Woda w rolnictwie” można pobrać tutaj

Ekspertyza jest sygnowana przez Koalicję Żywa Ziemia

Koalicja Żywa Ziemia jest niesformalizowaną grupą, utworzoną przez organizacje i ruchy działające w obszarze rolnictwa i żywności. Celem działalności Koalicji jest kształtowanie krajowej polityki rolnej i żywnościowej w kierunku sprawiedliwej społecznie i odpowiedzialnej wobec środowiska naturalnego produkcji, dystrybucji i konsumpcji. Koalicja jest członkiem europejskiej platformy Good Food Good Farming skupiającej krajowe koalicje działające na rzecz zmiany polityki rolno-żywnościowej w Unii Europejskiej.

Dziś ukazał się raport Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) pt. „Jakość powietrza w Europie – 2020”, który prezentuje alarmujące dane dotyczące wzrostu ilości zgonów w Polsce wywołanych zanieczyszczeniem powietrza. Dane w raporcie dotyczą 2018 roku.

Raport potwierdza, że w Polsce w ciągu dwóch lat (2018 vs. 2016) mamy do czynienia ze wzrostem liczby zgonów z powodu zanieczyszczenia powietrza.

Zgony w Polsce w 2018 r.:

· z powodu PM2.5 – 46 300 (o 3200 osób więcej niż w 2016 r.)

· z powodu NO2 – 1900 (o 400 osób więcej niż w 2016 r.)

· z powodu O3 – 1500 (o 400 osób więcej niż w 2016 r.)

Tymczasem w Europie statystyki dotyczące przedwczesnych zgonów poprawiają się:

· zgony spowodowane PM2.5 – spadek o 13 proc. w latach 2009-2018 w Europie

· zgony spowodowane NO2 – spadek o 54 proc. w latach 2009-2018 w Europie.

Autorzy raportu szacują, że w 2018 r. w całej Europie (nie tylko UE) w wyniku zanieczyszczenia powietrza pyłem zawieszonym PM2.5 zmarło przedwcześnie 417 tys. osób.

Pomimo zauważalnej poprawy jakości powietrza w ostatnich latach w skali całej Europy, według opublikowanego dziś raportu Europejskiej Agencji Środowiska (EEA), zatytułowanego „Jakość powietrza w Europie – 2020”, Polska wciąż znajduje się w gronie krajów z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Unii Europejskiej – mówi Agnieszka Warso-Buchanan, radca prawna, kierująca programem Czyste powietrze w Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Europejskie normy stężeń dla pyłu PM2.5, który ma szczególnie negatywny wpływ na najsłabszych, w tym dzieci, osoby starsze, kobiety w ciąży i osoby ze schorzeniami układu krążenia, zostały przekroczone w sześciu krajach, w tym niestety w Polsce. Oprócz naszego kraju są to: Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Włochy i Rumunia – dodaje.

Dane są alarmujące. Autorzy raportu szacują, że w 2018 r. w całej Europie (nie tylko UE) w wyniku zanieczyszczenia powietrza pyłem zawieszonym PM2.5 zmarło przedwcześnie 417 tys. osób, w Polsce jest to nadal ponad 46 tys.! A przecież normy stężeń obowiązujące w Unii Europejskiej są dwukrotnie wyższe, niż te rekomendowane prze Światową Organizację Zdrowia (WHO) – zauważa Agnieszka Warso-Buchanan z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Wiemy, że skutecznym środkiem znacząco zmniejszającym emisje pyłów PM2.5 są ograniczenia związane ze spalaniem paliw stałych, w tym przede wszystkim węgla w indywidualnych instalacjach. Niestety, działania władz krajowych oraz wojewódzkich odpowiedzialnych za prowadzenie polityki w tym zakresie są znacząco spóźnione, nieefektywnie i nieskoordynowane – dodaje prawniczka.

Link do raportu: https://www.eea.europa.eu/publications/air-quality-in-europe-2020-report

Link do zakładki na temat zanieczyszczenia powietrza w Polsce w 2018:
https://www.eea.europa.eu/themes/air/country-fact-sheets/2020-country-fact-sheets/poland

Fot. MAVERICK PHOTO AGENCY


 

Nie ma takiej siły, boskiej i ludzkiej, która by mnie jako faceta powstrzymała przed wsparciem bliskiej kobiety w przerwaniu przez nią ciąży, gdyby go potrzebowała – żony, narzeczonej, matki, córki, siostry, wnuczki czy kochanki. To jest dość oczywista intuicja moralna i emocjonalna: facet wspiera kobietę wtedy, kiedy ona tego potrzebuje, poniekąd po to on jest.

Jasne, że bieg zdarzeń ma się inaczej w przypadku, kiedy facet sam jest ciąży sprawcą – niż wtedy, kiedy nim nie jest. Nie mam też wątpliwości, że podobną postawę mają ci wszyscy natchnieni, złotouści moraliści konserwatywno-przykościelni, w garniakach czy sutannach, którzy słyszą krzyk „mordowanej” zygoty. Kiedy ich córka, żona (pierwsza albo kolejna – każda kościelna) albo kochanka zachodzi w niechcianą ciążę, starają się jej pozbyć, byle się nie wydało.

Demokratyczny bunt suwerena

To wyżej napisałem w imię uczciwości – takie mam zapatrywania w kwestii, która wyprowadziła demokrację na ulice naszych miast na wielką skalę. Jestem głuchy na „krzyk” zarodków, mało mnie obchodzą, zwłaszcza w zestawieniu z dobrostanem żywej, realnej kobiety. Krótko: „lewacka hołota” to ja, „drugi sort”, „zdradziecka morda”, która popiera te „zbydlęcone, wulgarne kurewki”, tę „zwyrodniałą swołocz opętaną przez diabła” [cytaty z drugiej, zgorszonej strony]. Jestem zwolennikiem umiarkowanego postępu w granicach prawa. W sytuacji agresywnego zwrotu w kierunku porządków reakcyjnych, mam jednak prawo do obrony.

Piszę tu o rewolcie kobiet w związku z namysłem, czy różnorodne światopoglądowo ruchy miejskie mają, powinny, mogą, zabierać głos w związku z protestami na ulicach naszych miast? Myślę że tak, bo kwestia aborcji, która sama wykracza poza nasz wspólny Miastopogląd, stała się punktem wyjścia do sprzeciwu wobec deformacji polskiej demokracji i gwałcenia praw człowieka. Liczni aktywiści miejscy, a zwłaszcza  aktywistki, są zaangażowane w te protesty jako obywatelki, kobiety, Polki, itd. Ta sytuacja wpływa na różne demokratyczne inicjatywy, coś istotnego też o polskiej demokracji mówi, pokazuje, co ją dławi i osłabia, także demokracji miejskiej. A teraz TO COŚ uderza w kobiety.

Kiedy suweren masowo wychodzi na ulice to nie jest gwałt na demokracji tylko jej dobitne zaistnienie, spowodowane „zatkaniem się” systemu politycznego, zablokowaniem przepływu woli suwerena do władzy – kiedy system, procedury, instytucje politycy nie udźwignęli zadania. Bunt wybucha kiedy suweren, demos, uznaje, że władza ma władzę dla władzy a głos demosa ma w dupie i już inaczej się nie da. Prawo do ulicznego protestu to jedno z podstawowych praw politycznych, uznanych międzynarodowo i w konstytucji RP.

Bunt to żywioł, wbrew manipulacyjnym przekazom demokracja nie jest lirycznie grzeczna, układnie spolegliwa – jest pokojową grą sił, ucywilizowanym konfliktem interesów, potrzeb i wartości, bo ludzie mają je różne, jako że są różni. Bunt bywa gwałtowny – wtedy płoną samochody i opony, demolowane są sklepy i ulice, atakowana jest policja i wybuchają uliczne walki. Ale przynosi efekt, np. zmianę władzy (Słowacja, Ukraina), zmianę prawa (Francja i „żółte kamizelki”) czy zapowiedź referendum i wyborów (Chile) albo reformę policji (USA).

W Polsce tylko uliczny bunt górników bywał regularnie skuteczny, bo politycy górników się boją. Trochę stracha napędzają władzy rolnicy. A awanturujący się naziole wzbudzają uznanie po prawej stronie. Ponura jest konkluzja, że tylko lęk otwiera oczy i uszy polityków, głuchych i ślepych na protesty pokojowe. Obecne masowe protesty są zdecydowanie pokojowe, według wzorów działań non violence. Wkurw protestujących wyraża się w publicznym słowie mocnym, także agresywnym i wulgarnym – nie w atakowaniu policji, siedzib PiS czy pałaców biskupich, paleniu urzędów i obijaniu polityków, biskupów albo członków neo-TK. Bluzg oburza hipokrytów i świętoszki bardziej niż fizyczna przemoc nazioli, kiboli, policji i okrucieństwo wobec kobiet samej decyzji organu mgr Wolfgangowej-Przyłębskiej, nie mówiąc już o molestowaniu i gwałceniu dzieci przez księży, chronionych przez biskupów. W Polsce słowa i symbole znaczą więcej niż realne cierpienie, to tradycyjne sado-maso narodowe.

Jak biją „NASI” to rozumiemy (a naprawdę popieramy), jak „ONI” bluzgają to jest to zbrodnia i świętokradztwo. Protestujące kobiety, poniewierane LGBT, marsze równości, lewicowe zgromadzenia itd. nikogo nie biją, mimo wielkich emocji. Awantury górników czy rolników, palenie opon i wywalanie gnojówki, nie podlegają tak surowym ocenom „moralistów” jak protesty kobiet. Jakby ci pierwsi mieli więcej praw, jakby ich rozróby były „normalne” a krzyk (tylko krzyk!) kobiet był aberracją. Bo w domach na tyłkach przy kuchni i dzieciach siedzieć mają, ministr-ancie Czarnek?

OSK PLAKATY 1 scaledOrzeczenie o istnieniu Boga

Ponieważ to Bóg stoi za zakazem aborcji, więc „orzeczenie” neo-TK ma charakter rozstrzygnięcia o podstawach światopoglądowo-religijnych – zakłada Boga i podległość jego objawionym nakazom. Bajki o tym, że treść „orzeczenia” inne być nie mogło bo wynika wprost z konstytucji albo z ustaleń nauki, służą zachowaniu pozorów obiektywizmu i neutralności ideologicznej. Są jednak wyrazem fundamentalizmu światopoglądowego narzucanego całemu społeczeństwu, niemal nieobecnego już w państwach Zachodu. Konstytucyjny zapis (Art. 38: „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia”) nic w tej sprawie jednoznacznie i definitywnie nie przesądza, o czym świadczą choćby zdania odrębne członków TK, teraz i w przeszłości (sędzia Lech Garlicki 1997r.). Enuncjacja neo-TK jest wynikiem układu sił we władzy. Tzw. „ustalenia nauki” są jak widać inne w całej UE, bo polska ustawa antyaborcyjna jest najbardziej drakońska w całej Unii.

Rządy władzy publicznej w oparciu o jej priorytety światopoglądowo-religijne wykoślawiają demokrację. W działalności TK i innych organów widoczne to jest od początku tzw. wolnej RP.

W 1991 r. TK klepnął religię w szkołach wprowadzoną instrukcją w stylu PiSu (bez żadnego trybu… — T.Mazowiecki). W 1993 uchwalono restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, a po dodaniu przez Lewicę w 1996 r. klauzuli społecznej po roku skasował ją TK Zolla. Wpisano też do ustaw medialnej i o edukacji wartości chrześcijańskie, utrudniono rozwody. TK Rzeplińskiego ustanowił klauzulę sumienia dla lekarzy, obronił ubój rytualny i prawo do odmowy wykonania usługi na tle światopoglądowym. Plus cenzorski paragraf o obrazie uczuć religijnych. Nic tu nie było przypadkowe, a pomijamy aferalne finansowanie kościoła i duchownych z publicznej kasy, o sprawie konkordatu nie wspominając.

Ustanawianie niedemokratycznego państwa wyznaniowego, polega na tym, że religijny punkt widzenia, religijne potrzeby i wartości uzyskują priorytet nad innymi, np. godnością, wolnościami indywidualnymi w tym słowa i zgromadzeń, dobrobytem i dobrostanem, prawdą naukową, rozwojem gospodarczym itd. Na przykład tzw. prawo rodziców do wychowania dzieci wg własnych przekonań  praktycznie stosuje się do wiary katolickiej, ateiści i innowiercy mają siedzieć cicho w kącie. Biskupi dominację religii bezwzględnie egzekwują, sprawując zinstytucjonalizowany rząd dusz w państwie, także poprzez narzucone prawo świeckie. Praktycznie mają też immunitet – żaden nie odpowiedział karnie za chronienie zwyroli w sutannach gwałcących i molestujących dzieci.

Kościelna wszechwładza i bezkarność się kończy, tak jak wyczerpuje polska tożsamość oparta na konserwatywnym katolicyzmie rytualnym, na kolanach przed klerem. Tzw. „tradycyjna” Polska zanika, rozpływa się, protesty oznaczają przyspieszenie tego procesu, rewolucja mentalna już się dokonała. Dla młodych tożsamość europejska jest ważniejsza niż tradycja, zresztą zafałszowana, a społeczeństwo jest bardziej liberalne niż wydaje się elitom. Kościół traci resztki autorytetu, a idąc w zaparte „zyskuje” większe lekceważenie i wrogość zbuntowanych młodych, zlaicyzowanych na religii w szkołach – tabu nietykalności kościoła zostało już naruszone. Młodzi ostro widzą grzechy hierarchii i patologie polskiej demokracji. Widzą, że kościelna hierarchia i przykościelni politycy nie mają żadnego kontaktu z rzeczywistością początku 3ciej dekady XXI w. I że poza klepaniem starych pacierzy nie mają nic do zaproponowania wobec najważniejszych aktualnych wyzwań i potrzeb. Dinozaury z Ordo Iuris, i z podobnych zabytków, jakieś Czarnki tych zmian już nie zatrzymają. Nie chodzi o odrzucanie religii i wiary w Boga, tylko o to, że demokratyczne państwo nie jest ramieniem kościoła nadzorującym wiernych, który nie radzi sobie z nimi po dobroci. Państwo ma na równych zasadach umożliwić wszystkim obywatelom praktykowanie ich wiary/niewiary, a nie wiarę tę egzekwować.

„Demokracja” paternalistyczna

Istotną deformacją polskiej demokracji jest to, że tak jak kościół swoich wiernych, władza świecka traktuje obywateli jak poddanych – od prawa do lewa (z wyjątkami). Realna demokratyczna praktyka wyczerpuje się w akcie wyborczym, poza którym proceduralny wpływ obywateli na władzę i jej decyzje jest żaden. Często jest to fasadowy folklor polityczny, bez znaczenia dla decyzji. Akty demokracji bezpośredniej, całkowicie konstytucyjnej (Art. 4. Konstytucji: „1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.) jak referenda, inicjatywy uchwało/ustawodawcze to rzadkość. Skuteczny bywa bunt (wyżej). Wybory też nie gwarantują wpływu na politykę, tylko na dobór garnituru polityków.

Nieogłoszone credo paternalistycznej władzy „nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” oznacza, że władza ma dostęp do wiedzy wyższej, niedostępnej ogółowi (władza od Boga pochodzi..), ale ten ogół obowiązującej. Czyli – władza z natury wie lepiej, a my mamy jej słuchać, dla dobra naszego i pomyślności powszechnej (miasta, kraju i wszechświata). Wybraliście nas, złożyliście los w nasze ręce, więc zaufajcie nam i nie przeszkadzajcie, a my zrobimy Wam dobrze. A jak będziecie fikać to pożałujecie.

Najważniejsi bogowie do których odwoływała się władza wolnej RP są, upraszczając, dwaj: Bóg według ojca dyrektora Rydzyka oraz neoliberalny bóg docenta Balcerowicza & Co. Każdego z nich, w swoim czasie, poparł suweren. Poniższa zgodność retoryczna przedstawicieli plemion wyznawców obu tych bogów, zajadle się zwalczających, wskazuje jednak na głębsze powinowactwo duchowe obu stron. Oto prezes Polski w związku z protestami kobiet apeluje „do milczącej większości polskich rodzin…”. Oto senator opozycji (PO) Frankiewicz, b. prezydent Gliwic i szef ZMP na debacie ze społecznikami w gdańskim ECS (4.06.2019) publicznie oświadcza, że jego „zadaniem jest bronić przed społecznikami milczącej większości mieszkańców miasta”.

Odwołanie się do „milczącej większości” pozwala bezkarnie podłączyć się pod jej reprezentowanie, dyskredytując tych, którzy nie milczą, bo czegoś się domagają. PO przegrywa wybory m.in. dlatego że „dla naszego dobra” zmieliła ponad 4 mln podpisów pod wnioskami o referenda w kilku sprawach dotykających miliony Polaków (6-latki do szkół, wiek emerytalny…). Nie podjęła dialogu bo według neoliberalnych dekalogów było to „niesłuszne”? Podobnie tych, którzy nie milczą zaczęło traktować zwycięskie PiS wyrzucając do kosza kolejne setki tysięcy podpisów pod „niesłusznymi” wnioskami o referenda i ustawy. Na gruncie miejskim często głos mieszkańców, opinie ekspertów i sondaże opinii społecznej są zgodne (np. ws uspokajania ruchu w centrach, zachowania drzewostanów wysokich a nie betonozy). Decyzje władz jednak idą w odwrotnym kierunku. Ostatnio badania opinii publicznej np. ws prawa do aborcji, polityki wobec UE czy sądów, zmian klimatycznych miały wyniki przeciwne niż ignorujące je posunięcia władzy. Itd., itp.

Ignorowanie latami przez neoliberalną politykę istotnych problemów i potrzeb społecznych, widocznych w statystykach, ekspertyzach i sondażach, wykrzyczanych na demonstracjach i wypisanych w petycjach, apelach, wnioskach itd. wykreowało sukces wyborczy przykościelnej, nacjonalistyczno-konserwatywnej prawicy. Ta z kolei zaspokoiła część potrzeb socjalnych (i dobrze, choć innych już nie: mieszkania dostępne, praca śmieciowa i służba zdrowia). Ceną za to jest prokościelny autorytaryzm, który wywołał w końcu bunt.

Władza nie może z automatu podporządkowywać się każdemu przejawowi opinii „suwerena”, to oczywiste. Są doniosłe problemy znaczące, dla których nie ma popularnych rozwiązań, za to jest masa przeciwników. „Suweren” nie jest też jednorodny, składa się ze środowisk i społeczności o różnych potrzebach, wartościach, interesach, także sprzecznych, skonfliktowanych, walczących ze sobą z różną siłą. Jest jednak zasadnicza różnica między postawą: „mamy władzę czyli mamy najmojszą rację, i nie oglądamy się na boki” a postawą: „są przed nami różne racje, wspólnie je przeanalizujemy i znajdziemy najtrafniejsze rozwiązania”. Paternalizm to manipulacja („dla waszego dobra”) z pozycji siły władzy. Alternatywą jest demokracja partycypacyjna i deliberatywna, oparta na zaangażowaniu obywateli we wzajemnym dialogu i dążeniu do consensusu przez perswazję, wyjaśnianie, negocjacje racji. Warunki to transparentność, równe i podmiotowe traktowania obywateli jak dorosłych, sprawnych na umyśle ludzi, a nie nieodpowiedzialne dzieciaki specjalnej troski.

Co dalej, czyli wypierdalać…
Zmiana naprawdę dobra zaczyna się w miastach

Wypierdalać z przedmiotowym, paternalistycznym i nieuczciwym traktowaniem obywateli jak niepełnosprawnych półgłówków o niecnych intencjach – przez wszystkie siły dysponujące władzą ziemską lub „boską”!
Niekatastrofalna perspektywa na przyszłość nie będzie emocjonalnie komfortowa.

Jak bowiem ułożyć bez poczucia straty i niedosytu współistnienie tych, którzy – traktując modelowo –słyszą krzyki mordowanych zarodków, oczywiście nie własnych – z tymi, którzy są nań kompletnie głusi, a liczą się dla nich inne wartości i konteksty: wolność i godność kobiety, prawo wyboru, uwarunkowania społeczne, itd.? Nie jestem w stanie zrozumieć „słuchaczy” zarodków, to dla mnie dziwactwo, ale nie da się unieważnić ich obecności, zorganizowanej siły z wielkimi wpływami. To fakt obiektywny, niezależny od racji: „oni” są i nie znikną. I na odwrót – „my” także jesteśmy! Uogólniając – jak być ze sobą w jednym kraju mimo głębokich różnic religijno-światopoglądowych?

Rewolucja, i kontrrewolucja, dążą do zwycięstwa wg tej samej logiki – złamania przeciwnika, a nawet jego unicestwienia. To nie jest do przyjęcia w demokratycznym społeczeństwie równych ludzi o równych prawach, gdzie granicą mojej wolności jest wolność innych. Rozwiązania konfliktów na gruncie demokratycznych zasad są frustrujące: zwykle nikt nie dostaje wszystkiego, czego żąda, ale każdy musi dostać takie minimum, żeby nie opłacało mu się eskalować konfliktu. Samoograniczanie się to warunek wspólnego przetrwania: dotyczy wszystkich, nie słabych wobec silnych czy obywateli wobec władzy, ale przeciwnie: silni i władczy muszą posunąć się bardziej. Fundamentalizm, fanatyzm nie mieści się w standardzie demokratycznym. Nie ma wolności dla wrogów wolności!

Polska ma znane dokonania w pokojowym, deliberacyjnym rozwiązaniu nabrzmiałych historycznych konfliktów – to Porozumienia Gdańskie z sierpnia 1980 i Okrągły Stół z wiosny 1989 r. W Europie i poza nią cały szereg krajów wieloetnicznych i wielokulturowych, pluralistycznych religijnie, od dekad i stuleci wypracowuje sposoby pokojowego współistnienia – zinstytucjonalizowane i zapisane w prawie, utrwalone w obyczaju i kulturze, przez edukację i przekaz medialny. Polska jednorodność czyni trudniejszym radzenie sobie z konfliktem, bo rośnie układ bilateralny, „my” i „oni”: wschodząca rewolucja i broniąca się kontrrewolucja. Antagonizm jest ostrzejszy bo skupiony na tylko jednym obiekcie wrogości. Druga trudność: czy po stronie władzy znajdzie się jeszcze ktoś godny zaufania, wiarygodny? Nazwiska!

Miasta są kolebką demokracji. Jako autonomiczna przestrzeń spotkania i wymiany, napędzającej ich rozwój, są bardziej otwarte na różnorodność, tolerancyjne i pluralistyczne. Widać to w wynikach ostatnich wyborów miejskich i zaangażowaniu kobiet w miastach w protesty – odbyły się w ponad połowie z nich, a w Polsce dominują miasta małe i miasteczka. W miastach, z różną intensywnością, w tym z inicjatywy ruchów miejskich poszukiwane są i wdrażane sposoby uczynienia demokracji miejskiej bardziej otwartą na partycypację mieszkańców i dialog. Wiarygodność władz jest tu różna, ale w porównaniu z polityką krajową miasta mogą być wzorem i inspiracją radzenia sobie z konfliktami i różnicami opinii. Są one awangardą kreowania demokratycznych praktyk, mimo zahamowań. Jedną z najgłośniejszych wdrażanych procedur deliberacyjnych jest PANEL OBYWATELSKI.

Uczciwy i wiążący jeśli chodzi o wyniki krajowy panel obywatelski w sprawie prawa do aborcji byłby optymalną technologią rozwiązania obecnego konfliktu na gruncie demokratycznych zasad i wartości. Wzorem może być tu Irlandia, gdzie zastrachani politycy odnaleźli się między fundamentalistami-arcypasterzami a zbuntowanym przeciw nim ludem przenosząc odpowiedzialność za rozwiązanie sporu o aborcję na obywateli, w procedurze właśnie panelu obywatelskiego. Szerszy opis całej historii jest tutaj.

Problem nie leży oczywiście w wyborze deliberacyjnej technologii, ale w politycznej woli dialogu i gotowości do samoograniczenia się, cofnięcia się i posunięcia, ze strony władzy przede wszystkim. Miasta dają inspirujący przykład i wzory pokazując dobre praktyki: demokracja miejska rules!

PS. Ten komentarz ma charakter autorski i nie wyraża innych stanowisk niż autora.

Uzupełnienie

Trafna i zwięzła synteza dotycząca paternalistycznego wykoślawienia demokracji złożyła mi się już po uwieszeniu tego materiału na stronie, ale teraz uzupełniam. U podstaw takiej odchyły jest paternalistyczny charakter społeczeństwa. W Polsce rodzice nie słuchają dzieci, nauczyciele nie słuchają uczniów, księża wiernych, pracodawcy pracowników a politycy — obywateli. W zasadzie nikt nie słucha nikogo, a na pewno nie tego, kto znajduje się jakoś niżej w hierarchii społecznej, jest słabszy, zależny, mniej „znaczący”. Dzieciom, uczniom, wiernym, pracownikom czy obywatelom nakazuje się, poleca, albo i rozkazuje, a także na nich się wrzeszczy (morda w kubeł, gnoju!). Zaś w skrajnych przypadkach, choć wcale nie rzadkich, się ich obija (rodziciele albo policja). Mamy wdrukowaną w głowach hierarchiczną, pionową zasadę organizacji społeczeństwa, od rodziny do państwa. Uporządkowanie relacji społecznych i stosunków międzyludzkich według kryterium  wyższe-niższe wydaje się oczywiste i podstawowe. Ten „wyżej” mówi, ten „niżej” słucha, nigdy odwrotnie. Ta oś nie pokrywa się z osiami kompetencji (mądrzejszy-głupszy) czy walorów moralnych, jest to oś społecznej przewagi, czyli władzy człowieka nad człowiekiem. Ludzie w tej optyce domyślnie nie są równi, co potwierdza naocznie empiria, bo skoro ogół tak uważa, to wg tego postępuje i społeczny dowód słuszności funkcjonuje. A podmiotowa równość wolnych obywateli to jest przecież podstawa demokracji.
Powyższe zawdzięczam zmarłemu kilka dni temu Robertowi Gamble, polskiemu wydawcy Harry Pottera, człowiekowi dla którego słuchanie innych było wielkim wyzwaniem i pasją.


Lech Mergler – jest aktywistą miejskim z Poznania, z zawodu inżynier, potem wydawca i publicysta. Współtwórca stowarzyszeń My-Poznaniacy i Prawo do Miasta. Współorganizator Kongresu Ruchów Miejskich w 2011 r. w Poznaniu, prezes zarządu KRM 2016-2019.

Teks ukazał się na stronie: kongresruchowmiejskich.pl

Eurodeputowani, posłowie z Polski, Czech i Niemiec oraz samorządowcy i artyści podpisali się pod wspólnym apelem ws. powstrzymania kopalni Turów. Apel: „Europa i Polska muszą powstrzymać negatywne skutki działalności Turowa oraz zapewnić sprawiedliwość klimatyczną i sprawiedliwy dostęp do wody” opublikowany 19 listopada 2020 apel skierowany został do Międzynarodowej Komisji ds. Ochrony Odry przed Zanieczyszczeniem, rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Komisji Europejskiej.

(więcej…)