Tomasz Piątek odpowiada na nasze pytania o Ordo Iuris, jedną z najbardziej wpływowych i tajemniczych organizacji w Polsce.

Zielone Wiadomości: Jesteś autorem tekstów będących owocem śledztwa dziennikarskiego na temat głośnej w ostatnich czasach działalności Fundacji Instytut na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Jakie są korzenie tej organizacji?

Tomasz Piątek: Organizacja Ordo Iuris została założona przez tzw. Instytut Edukacji Społecznej i Religijnej im. Ks. Piotra Skargi. Do niedawna Instytut im. Ks. Piotra Skargi miał wpływ na obsadzanie najważniejszych stanowisk w Ordo Iuris. Teraz zależność Ordo Iuris od Instytutu ma charakter mniej formalny. Oprócz Ordo Iuris i Instytutu im. Ks. Piotra Skargi istnieje jeszcze Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi, które stanowi podstawę i zaplecze dla dwóch pierwszych organizacji. We wszystkich trzech organizacjach powtarzają się te same osoby. Ordo Iuris składa się z prawników dość szczególnego rodzaju. Ich zachowanie wskazuje na to, że przeszli trening interpersonalny i medialny w celu skuteczniejszego szerzenia ideologii sekty. Ideologia ta polega na odrzuceniu nowoczesnej demokracji, praw kobiet i osób LGBT, a przede wszystkim – prawa człowieka do indywidualnego rozstrzygania kwestii moralnych. Członkowie Ordo Iuris chcą zawrócić nas do czasów, w których moralność katolicka obowiązywała wszystkich i była egzekwowana przez prawo.

ZW: Czy Ordo Iuris jest powiązane z innymi organizacjami na świecie?

TP: Wszystkie trzy organizacje – Stowarzyszenie im. Ks. Piotra Skargi, Instytut im. Ks. Piotra Skargi i Ordo Iuris – są odnogami globalnej sekty TFP (Tradicao, Familia e Propriedade). Instytut nadzorowany jest przez Caio Xaviera da Silveirę, szefa i współzałożyciela TFP. Sekta TFP narodziła się w Brazylii, z inicjatywy nieżyjącego już prawnika Plinia Correa de Oliveira, który głosił konieczność zwalczania demokracji i powrócenia do czasów feudalnych. Członkowie sekty czczą pana Oliveirę jak bóstwo i… kontaktują się z jego duchem (w każdym razie tak uważają). Już w latach 80. sekta została potępiona przez katolickich biskupów Brazylii. Mimo to w Polsce jest traktowana jak organizacja katolicka. Wszystkie polskie odnogi sekty wspierają się nawzajem – i wspólnie czczą pana Plinia Correa de Oliveirę. Łatwo się o tym przekonać, wchodząc na portal PCh24 założony przez Stowarzyszenie.

ZW. Skąd OI czerpie fundusze na swoją działalność?

TP: Stowarzyszenie im. Ks. Skargi spotykało się z zarzutem, że wyłudza pieniądze od naiwnych katolickich wiernych (np. wysyłając im tzw. święte obrazki i sugerując, że wypada za to zapłacić). Tę krytykę formułowały czasopisma tak różne, jak „Newsweek” i „Gość Niedzielny”. Instytut im. Ks. Skargi przez lata był partnerem tzw. Światowego Kongresu Rodzin. To globalna międzynarodówka organizacji antykobiecych i anty-LGBT wspomagana przez Władimira Jakunina – rosyjskiego miliardera, byłego funkcjonariusza sowieckich służb specjalnych, osobistego przyjaciela Putina. Z organizacyjnego punktu widzenia, kluczową rolę w działaniach Światowego Kongresu Rodzin odgrywa jeszcze jeden putinowski Rosjanin, Aleksiej Komow, wspierany również przez innych rosyjskich oligarchów.

ZW: Czy działalność takich organizacji jest groźna dla społeczeństwa?

TP: Jak widać na przykładzie Polski, ta działalność jest skrajnie groźna. Między innymi to osoby związane z Ordo Iuris lub wspierane przez tę organizację wysyłają na ulice furgonetki z kłamliwą propagandą na temat aborcji i osób LGBT. Skutkiem takiego szczucia mogą być nawet pogromy feministek i homoseksualistów. Historia uczy, że masowe mordowanie nieraz zaczynało się od pseudonaukowych, nienawistnych kłamstw.

ZW: Czy OI ma wpływ na polską politykę i rząd?

TP: Ordo Iuris ze zdumiewającą skutecznością infiltruje uczelnie, prokuraturę, sądy i ministerstwa. Organizacja cieszy się wsparciem PiS, a przede wszystkim – ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i jego partii Solidarna Polska. PiS nigdy nie zdobyłby się na zaostrzenie zakazu aborcji, gdyby nie presja Ordo Iuris.

ZW: Czy wygłaszane i rozpowszechniane treści podlegają weryfikacji? Jak przebiega proces rekrutacji?

TP: Nie mówimy o poszukiwaczach prawdy, którzy weryfikują swoje tezy. Mówimy o ludziach zaślepionych nienawiścią do feministek, osób LGBT, nowoczesnego Zachodu i nowoczesnej demokracji. Mówimy też o ludziach, którzy na tej nienawiści robią świetny interes – zarówno w sensie biznesowym, jak i w sensie politycznym. Zdobywają pieniądze, władzę i wpływy. Co do procesu rekrutacji, to niewiele o nim wiadomo. Z informacji, które mam od niektórych źródeł, wynika, że nowych członków rekrutuje się bardzo ostrożnie. Niektóre z odnóg tej sekty poddają rekrutów ostremu treningowi paramilitarnemu, każe im się ćwiczyć sztuki walki. Domyślam się, że przedstawione przeze mnie informacje brzmią tak groźnie, że aż nie chce się w nie wierzyć. Zapewne 5 lat temu, gdyby ktoś opowiedział mi o podobnej sekcie, uznałbym, że streszcza mi film sensacyjny. Niestety, dokładne badania – nie tylko moje, również Klementyny Suchanow i unijnego eksperta Neila Datty – udowodniły ponad wszelką wątpliwość, że mamy do czynienia z czymś bardzo niebezpiecznym.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Nie słabną kontrowersje wokół słynnej poprawki 171 do rozporządzenia 1308/2013, w myśl której nazwy roślinnych zamienników nabiału nie mogą odwoływać się do nazw oryginalnych. Zgodnie z nowym prawem nie będzie można mówić już o mleku owsianym czy maśle roślinnym. Dotychczasowa praktyka ma zdaniem zwolenników tych rozwiązań wprowadzać konsumentów w błąd. 21 kwietnia rozpoczęły się negocjacje między KE a rządami poszczególnych krajów członkowskich dotyczące jej rozszerzenia. Nowe propozycje prowadzą do wprowadzenia zakazu wszelkich odniesień do produktów nabiałowych. Green REV Institute apeluje do Komisarza Janusza Wojciechowskiego o odrzucenie w całości poprawki 171.

#STOPAM171 – Green REV Institute Komisarz J. Wojciechowski

Na tą swoistą cenzurę produktów roślinnych naciska lobby nabiałowe, które pragnie w ten sposób ograniczyć stosowanie roślinnych zamienników. Komisja Europejska zdaniem Green REV Institute nie powinna im ulegać, ale w dobie nadchodzącej katastrofy klimatycznej wręcz powinna zachęcać do szerszego spożycia produktów roślinnych. Producenci żywności nie mogliby również informować na opakowaniach o badaniach naukowych, które udowadniają, że produkty wegańskie pozostawiają znacznie mniejszy ślad węglowy niż ich zwierzęce odpowiedniki. Poprawka 171 stoi w sprzeczności z unijną strategią „Od pola do stołu”, której celem jest stworzenie zdrowszego i bardziej zrównoważonego systemu żywnościowego.

Pod sprzeciwem wobec poprawki 171 podpisało się wiele organizacji społecznych. Petycję skierowaną do KE i państw członkowskich „Zatrzymajmy cenzurę roślinnych zamienników nabiału” podpisało już niemal pół miliona obywateli UE.

Fot. Jacqueline


 

Na jednym ze spotkań zaproszony rolnik opowiadał o tym, co uważa za największe zagrożenie dla swojej głównej działalności – w jego przypadku – uprawy zbóż. Odpowiedź nie była zaskakująca dla nikogo, kto ma do czynienia z rolnictwem: problemem są zmiany wzorców pogodowych i ciągłe zmiany prawa. Do zmiany klimatu można próbować się adaptować. Można się dostosować do unijnych przepisów i polityk dotyczących chociażby ograniczania stosowania pestycydów. Jest jednak coś, co powoduje, że przyszłość może rysować się ponuro: konkurencja ze strony światowych producentów. Zalew taniej żywności i pasz wytworzonych w USA czy Ameryce Południowej z zachowaniem niskich standardów ochrony środowiska powoduje, że polscy (czy szerzej – unijni), rolnicy nie są w stanie konkurować pod względem cen.

Stoją więc przed dylematem: z jednej strony produkcja musi im się opłacać, a z drugiej przepisy i strategie unijne nakładają coraz więcej wymagań dotyczących np.: ochrony bioróżnorodności czy zdrowia ludzi. Można więc powiedzieć, że działania Unii Europejskiej cechuje pewien rozdźwięk. Przedstawiane są plany oraz strategie, dzięki którym europejskie rolnictwo ma być bardziej zrównoważone, „jakościowe” i jednocześnie podpisywane są umowy o wolnym handlu jak np.: ta z krajami Mercosur*. W tym kontekście na wspomnianym spotkaniu z rolnikami, pojawił się temat importowanego ziarna paszowego GMO oraz zdecydowane „nie” dla GMO.

„Rzetelna” nauka versus „śmieciowa”

Dyskusje o GMO prowadzone w sferze publicznej są często sprowadzane do dzielenia ludzi na „antynaukowych” przeciwników i „pronaukowych” zwolenników. Ci ostatni argumentują np. jakoby bez GMO nie dało się wyżywić świata – slogan podobny do tego, który pojawił się w wartej 1,6 mln dolarów kampanii reklamowej Monsanto na terenie Wielkiej Brytanii i Francji w 1998 r. Problem w tym, że spór toczony w tym temacie ma niewiele wspólnego z nauką w znaczeniu angielskiego słowa „science”. Dyskusja naukowa toczy się na łamach recenzowanych periodyków w gronie specjalistów. Nie wszystkie aspekty analizowanych problemów są jednak w równym stopniu znane – chociażby to, w jaki sposób ustalenia badaczy są używane w grach politycznych czy handlowych.

Wykorzystywanie nauki (a może przede wszystkim środowiska naukowego) w celach PR-owych albo do zwiększania sprzedaży określonych produktów, zawdzięczamy przemysłowi sfabrykowanych wątpliwości. Peter Huber, analityk think tanku Manhattan Institute pracującego na rzecz m.in. przemysłu tytoniowego spopularyzował w latach 90. pojęcia „sound science” i „junk science”. Ta pierwsza miała być rzetelną nauką, bez kontrowersji, a druga – byle jaką, „śmieciową” (1, 2, 3). Pojęcie „sound science” było później wykorzystywane w różnych kontekstach: zarówno przez naukowców, którzy chcieli wyraźnie odróżniać solidne badania naukowe od pseudonauki jak i przemysł wydobywczy czy chemiczny do opisu własnych analiz. Powodowało to duże zamieszanie w postrzeganiu wyników badań naukowych przez opinię publiczną. Co miało pewne korzyści – głównie dla przemysłu**. Gdy ludziom trudno było określić, którzy naukowcy są tymi „właściwymi”, łatwiej było podważać naukę i wprowadzać wątpliwości tam, gdzie ich nie było. Pozycjonowanie różnych osób jako korzystających z „właściwych” albo „śmieciowych” badań jest stosowane także w dyskusjach o GMO, łącznie z próbami bezpardonowego dyskredytowania naukowców. Problem w tym, że spór o GMO w dużej mierze dotyczy tak naprawdę czegoś innego niż faktów naukowych.

Soja zamiast lasów

Uprawa roślin GMO (soja, kukurydza) to domena USA oraz państw Ameryki Pd.: Brazylii i Argentyny. W USA i Brazylii stanowią one ok. 95% upraw soi i 90% kukurydzy. Wprowadzenie odmian GMO zwiększyło znacznie produkcję soi w USA: z ok. 75 mln ton w 2000 do prawie 110 w 2020. W 2020 roku na czoło wysunęła się Brazylia z ponad 125 mln ton soi. Amerykański rząd wydaje co roku miliardy dolarów na subsydia rolnicze. W ostatnich latach miały one także pokryć straty w związku z restrykcjami w handlu z Chinami, będących obecnie głównym importerem soi. Najwięcej pieniędzy idzie na wsparcie upraw kukurydzy i soi, a ze względu na sposób liczenia najbardziej korzystają z programów ogromne gospodarstwa. Pod uprawy soi na paszę w państwach Ameryki Południowej niszczone są tysiące hektarów lasów deszczowych czy ekosystemów trawiastych. Inne, niż w Unii Europejskiej prawo dotyczące ochrony środowiska wpływa także min. na użycie środków ochrony roślin – Chiny, USA, Brazylia i Argentyna są największymi konsumentami pestycydów***. Regulacje dotyczące ich stosowania są zróżnicowane między państwami. W USA**** nadal można używać np.: chlorpyrifosu – najwięcej stosuje się go w uprawie kukurydzy – podczas gdy w Europie został wycofany ze względu na prawdopodobieństwo wywoływania zaburzeń rozwojowych u płodów. Ponad 1/4 pestycydów stosowanych w USA stanowią środki zakazane w Unii Europejskiej. Do tego stosowanie odmian GMO niekoniecznie wpłynęło na zmniejszenie zużycia w USA np.: preparatów chwastobójczych – w przypadku soi stało się wręcz odwrotnie.

Dzięki wsparciu finansowemu, czy wręcz dumpingowi, efektowi skali (w USA średnia wielkość gospodarstwa to ok. 180 ha, w Brazylii ok. 60, w EU ok. 17), słabszym obostrzeniom dotyczących ochrony środowiska USA i część państw Ameryki Południowej stały się czołowymi producentami ziarna paszowego, na które popyt – wraz z rosnącym zapotrzebowaniem na tanie mięso – ciągle rośnie. USA przez wiele lat były głównym eksporterem soi i dopiero niedawno zostały zdetronizowane przez Brazylię, nadal jednak są na 1 miejscu jeśli chodzi o kukurydzę. Niskie ceny pozwalają konkurować amerykańskim rolnikom z europejskimi nawet na rynku unijnym.

„Zła” zasada przezorności

Jest to jeden z powodów dlaczego USA przez kilkanaście lat walczyły z Unią Europejską o GMO. Nie, nie chodzi o naukę, ale o ogromne pieniądze. Unia jest drugim na świecie importerem soi i kukurydzy. Wartość wwiezionej na teren UE w 2018 roku soi wynosiła ponad 5 miliardów euro, z tego ponad 70% pochodziło z USA, a ponad 20% z Brazylii. Unia jest dla USA głównym partnerem handlowym nie tylko jeśli chodzi o ziarno paszowe, ale i biopaliwa. W latach 1985-2003 wartość importu produktów rolnych do UE miała jednak znaczący trend spadkowy, chociaż ochrona interesów rolników była trudna ze względu na regulacje Światowej Organizacji Handlu (ang. World Trade Organization, WTO). Unia Europejska wykorzystywała furtki w przepisach, aby powstrzymywać ekspansję zagranicznych podmiotów na swój rynek czy zwiększać też przewagę konkurencyjną europejskich producentów w eksporcie.

W 1998 roku, niedługo po zatwierdzeniu kukurydzy MON810 do uprawy w Europie (obecnie jest uprawiana na ponad 120 000 ha) Unia Europejska przestała de facto dopuszczać na rynek kolejne odmiany GMO. Wnioski***** nie były zatwierdzane bądź na poziomie europejskim, bądź poszczególne państwa wprowadzały własne obostrzenia. USA postrzegało działania unijne odnośnie GMO jako poza finansowe bariery w wolnym handlu i zagroziło EU złożeniem skargi do WTO. W związku z tymi pogróżkami, Unia Europejska zaczęła lobbować w 2000 roku za przyjęciem protokołu z Kartageny do Konwencji o Ochronie Bioróżnorodności. W protokole znalazły się zapisy mówiące o stosowaniu zasady przezorności (precautionary principle) do produktów biotechnologicznych czy o specjalnych wymaganiach odnośnie handlu GMO. Dokument miał potencjał, by służyć interesom Unii upowszechniając standardy europejskie na kolejne obszary prawodawstwa i dawał szansę obrony europejskich regulacji w zakresie GMO przed atakami na podstawie regulacji handlowych. Jego sygnatariusze mogli w momencie, gdy nie było pewnych podstaw naukowych, zakazać importu GMO na podstawie zasady przezorności.

GMO dla Afryki

Ze względu na to, że w USA nie było żadnych obostrzeń dotyczących upraw GMO i ich areał rósł dynamicznie, amerykańscy farmerzy i firmy biotechnologiczne stali się głównymi eksporterami żywności i ziarna modyfikowanego genetycznie. Dostrzegali więc zagrożenie związane z protokołem z Kartageny mogącym zamknąć im dostęp do zagranicznych rynków. USA wraz z państwami, które miały podobne obawy, stworzyły tzw. grupę z Miami, która miała doprowadzić do tego, aby protokół z Kartageny nie pozwalał na restrykcje w handlu GMO. Ostatecznie przegrali, a protokół, którego USA nie podpisały, zawierał zapisy, których domagała się EU. Sytuację zaogniło w 2002 roku zwrócenie USA przez Zambię otrzymanej jako pomoc humanitarna kukurydzy GMO. Minister rolnictwa Zambii tłumaczył to tym, że ziarno GMO mogłoby zanieczyścić krajowe zapasy, co zagrażało by eksportowi produktów rolnych do Europy. Nie było to twierdzenie bez podstaw. Dwa lata wcześniej europejscy kupcy przestali importować wołowinę z Namibii, ponieważ krowy były karmione kukurydzą GMO pochodzącą z RPA. Robert Paarlberg, specjalista od międzynarodowej polityki rolnej m.in. afrykańskiej, wskazywał, że “Unia Europejska importuje więcej towarów rolnych z państw rozwijających się niż USA, Kanada, Argentyna, Japonia i Australia razem wzięte. […] Więc cokolwiek robi Europa, Afryka lubi naśladować, bo afrykański eksport jest w największym stopniu nacelowany na rynki europejskie”. Z precedensu skwapliwie skorzystały też Chiny, dodatkowo zakazując firmom takim jak Monsanto i Syngenta inwestycji u siebie w rozwój odmian GMO, co przemysł biotechnologiczny postrzegał jako protekcjonizm.

„Dziś argument [o potrzebie ustalenia] jasnych, wspólnych standardów opartych o solidną naukę (org. sound science) brzmi jeszcze bardziej przekonująco niż kiedykolwiek. […]. Niestety w Europie pojawiła się teraz alternatywna koncepcja zwaną zasadą przezorności, która wydaje się być oparta na przesłance dotyczącej samego istnienia teoretycznego ryzyka. […] Ta koncepcja, która nie jest oparta na żadnych obiektywnych standardach, może z łatwością zablokować niektóre z najbardziej obiecujących produktów rolniczych […] szczególnie te bazujące na biotechnologii.” – komentowała w 2002 roku Ann Veneman, amerykańska sekretarzyni ds. rolnictwa. Wraz z sekretarzem ds. handlu Robertem Zoellickiem lobbowała za podjęciem kroków przeciw EU.

Przede wszystkim – swobodny handel

Wnioski o zatwierdzenie kolejnych odmian GMO do uprawy czy importu na długo utknęły w machinie unijnej i z tego powodu USA w 2003 roku skierowały skargę na EU do WTO. Uważały, że UE wprowadziła de facto moratorium na GMO, co było pogwałceniem zasad wolnego handlu. Szacowano, że „moratorium” przyniosło amerykańskim rolnikom uprawiającym kukurydzę łączne straty w eksporcie w wysokości 300 mln dolarów rocznie. Podczas gdy w 1997 roku 4% amerykańskiego eksportu kukurydzy trafiało do EU, to w roku 2004 było to już jedynie 0,1%.

Wnioski o zatwierdzenie kolejnych odmian GMO do uprawy czy importu na długo utknęły w machinie unijnej i z tego powodu USA w 2003 roku skierowały skargę na EU do WTO. Uważały, że UE wprowadziła de facto moratorium na GMO, co było pogwałceniem zasad wolnego handlu. Szacowano, że „moratorium” przyniosło amerykańskim rolnikom uprawiającym kukurydzę łączne straty w eksporcie w wysokości 300 mln dolarów rocznie. Podczas gdy w 1997 roku 4% amerykańskiego eksportu kukurydzy trafiało do EU, to w roku 2004 było to już jedynie 0,1%.

źródło: USDA

Do skargi przyłączyło się więcej państw m.in. Kanada, Argentyna, Brazylia i Chiny. Rozstrzygał ją Panel (Dispute Settlement Body) złożony z ekonomistów i prawników od spraw handlowych. Argentyna i Kanada przekonywały, że rośliny genetycznie modyfikowane właściwie niczym się nie różnią od tych, które wyhodowano innymi metodami (np.: wykorzystując mutacje), stąd nie ma żadnych podstaw do regulacji handlu nimi. Prawnicy Komisji Europejskiej usprawiedliwiali opóźniania w zatwierdzaniu GMO naukowymi niepewnościami dotyczącymi wpływu na środowisko i zdrowie ludzi. Aby uniknąć rozstrzygania na podstawie samych przepisów tzw. SPS (Agreement on the Application of Sanitary and Phytosanitary Measures), w których nie ma nic o zasadzie przezorności, rekomendowano TBT (ang. Agreement on Technical Barriers to Trade) i protokół z Kartageny jako podstawy do oceny unijnych procedur regulacyjnych. Jednak Panel odrzucił ten wniosek i oparł się tylko na SPS i dodatkowo w 2004 roku zdecydował o zasięgnięciu opinii ekspertów. Strony sporu nie zgadzały się często bez przedstawiania uzasadnienia, na udział danego naukowca. W ten sposób np.: światowej sławy specjalista od przepływu genów z University of California Riverside, który wypowiadał się na temat GMO mniej krytycznie niż inni dwaj kandydaci został odrzucony na wniosek Argentyny. Prawnicy argumentowali, że „jest on autorem serii publikacji, gdzie w naszej opinii, zajął stanowisko, które może wspomóc interesy UE w tym sporze”. Inny naukowiec, piszący na temat transgenów w odmianach kukurydzy w Meksyku, został odrzucony na wniosek USA, gdyż ich zdaniem, był „aktywistą sprzeciwiającym się biotechnologii”. Unia Europejska przedstawiła za to bardzo obszerną listę ekspertów – co wymagało od prawników USA tracenia czasu na wyszukiwanie informacji na ich temat – licząc na to, że chociaż kilku nie zostanie odrzuconych.

Strony sporu często dzieliły ekspertów na „naukowych i „nienaukowych”. Do tego Panel uznawał wiele naukowych niepewności dotyczących tematu za „nieistotne”. Prawnicy Komisji Europejskiej wskazywali za to, że ”skarżące strony zdają się unikać albo ignorować całą społeczno-polityczną, prawną, faktograficzną i naukową złożoność sprawy” a także „ignorują międzynarodowe debaty naukowe i regulacyjne […] w tym tą, która doprowadziła do wniosków zawartych w protokole z Kartageny”. Wskazywali także potencjalny, negatywny wpływ GMO na zdrowie ludzi (np.: wywoływanie alergii) i środowisko (np.: rozwój odporności niepożądanych owadów, zwanych szkodnikami) oraz to, że zasada przezorności ma na celu zapewnienie przez państwo ochrony obywateli i środowiska.

Prawnicy Argentyny oskarżali Komisję Europejską o to, że próbuje odrzucić solidne dowody z powodu jakiś „niepewności”, a Kanady wskazywali, że „warto odnotować, że najbardziej uderzające przykłady niezamierzonego wpływu żywności na zdrowie ludzi, to wynik tradycyjnych metod hodowli (np.: wysoka zawartość solaniny w ziemniakach)”. Zaproszeni naukowcy oprócz odpowiadania na pytania musieli też m.in. odpierać zarzuty o rzetelność swoich badań, tłumaczyć się z wyciągniętych w nich wniosków czy wniosków z analizy dostępnych artykułów. Dr Squire pytany o swoje badania dotyczące negatywnego wpływu roślin GMO (oraz stosowanych w ich uprawach pestycydów) na rośliny ekosystemu rolniczego, odparł, że „brytyjski ekosystemem rolniczy ma 2-3 tysiące lat i chcemy by trwał kolejne kilka tysięcy lat”. Oraz że pytanie brytyjskiego rządu do naukowców odnośnie do tego, czy odporne na herbicydy uprawy mogą zagrozić ostatnim „resztkom sieci troficznych” związanym z dzikimi roślinami towarzyszącym polom jest jak najbardziej zasadne, a odpowiedź na nie potrzebna przed podjęciem działań związanych z wprowadzeniem upraw GMO.

Tanie pasze – wysokie koszty środowiskowe

W rezultacie postępowania WTO uznało, że UE rzeczywiście wprowadziła de facto moratorium na GMO. W 2006 roku rozpoczęły się rozmowy stron mające na celu wprowadzenie w życie uzgodnień z raportu Panelu w przeciągu 2 lat. Po upłynięciu tego okresu USA zawiadomiły UE o zamiarze wprowadzenia sankcji odwetowych, co doprowadziło do skierowania przez Europę sprawy pod arbitraż WTO. W 2009 doszło do ugody z Kanadą, w 2010 z Argentyną, jednak rozmowy „techniczne” z USA toczą się nadal. W 2019 prezydent Donald Trump podpisał rozporządzenie, które wymagało od agend rządowych stworzenia „międzynarodowej strategii by usunąć nieuzasadnione bariery handlowe i zwiększyć rynek dla rolniczych produktów biotechnologicznych.” Być może miało to też pewien związek z pojawiającymi się w Europie inicjatywami mającymi promować uprawę soi na kontynencie, czy jej pozyskiwanie ze „zrównoważonych” źródeł. Można się spodziewać więc, że USA będą nadal walczyć o zyski swoich firm i rolników. Odmian GMO, które pojawiły się w sprzedaży w UE, w wyniku zmian wymuszonych rozstrzygnięciami na forum WTO, w żywności dla ludzi praktycznie nie ma, ale zaczęły dominować w importowanym ziarnie paszowym.

Jaki wpływ ma ta sytuacja na rynek rolny na naszym kontynencie? Rolnicy mogą mieć poczucie, że trudno im konkurować z tanimi produktami z zagranicy, podczas gdy oni sami muszą spełniać coraz bardziej wyśrubowane standardy unijne. Są także inne aspekty sprawy, nie tylko dochody rolników, ale chociażby dotyczące polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Wliczenie importu pasz pochodzących z terenów po wyciętych lasach deszczowych do śladu węglowego diety przeciętnego Europejczyka, powoduje, że osiąga on 1070 kg CO2e rocznie (równowartość przejechania ok. 6 tys. km samochodem osobowym), czyli 1/3 więcej niż w przypadku szacunków uwzględniających tylko produkty rolnictwa europejskiego. A jeśli doliczymy do tego jeszcze utratę możliwości magazynowania węgla organicznego przez zniszczone naturalne ekosystemy, to wartość ta rośnie do prawie 9000 kgCO2e – czyli emisje z diety wynoszą wtedy tyle, ile zazwyczaj się zakłada, że wynoszą roczne emisje przeciętnego Europejczyka z całej konsumpcji, łączenie ze zużyciem energii.

W epoce „wolnego handlu” ochrona rynku przed zalewem taniej paszy o wysokim śladzie węglowym jest jednak bardzo trudna. Pojawiają się próby „obchodzenia przepisów”, co tylko pokazuje, jak wypaczony stał się „wolny rynek”. Kapitulować muszą przed nim nie tylko potrzeby rodzimych producentów żywności, ale nawet zasady dotyczące zdrowia ludzi, czy też ochrony bioróżnorodności i klimatu. Jednocześnie jakość dyskusji o GMO często bardzo słaba. Spojrzenie na sprawę w szerszym kontekście pokazuje, że sednem niekoniecznie jest spór naukowy, ale np.: aspekty ekonomiczne. Czy rozwiązaniem jest wprowadzenie większej ilości odmian GMO do uprawy w Europie? Z pewnych punktów widzenia – być może. Pytanie tylko, czy tym, czego potrzebujemy w dobie kryzysu klimatyczno-przyrodniczego jest produkcja coraz większej ilości pasz dla zwierząt? Czy raczej wysokiej jakości żywność dla ludzi, żyzne gleby i różnorodność gatunkowa owadów? Czy przesuwanie kosztów środowiskowych nie kłóci się z działaniami Europy w kierunku bardziej zrównoważonej gospodarki? Choć polityka rolna EU pozostawia wiele do życzenia, wyraźnie rysuje się trend dążenia ku bardziej zrównoważonemu rolnictwu i wdrażania praktyk wskazywanych chociażby przez raport IPPC (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) „Climate Change&Land” (Zmiana Klimatu i Powierzchnia Ziemi) jako wspomagających mitygację (łagodzenie) i adaptację do zmiany klimatu. To – jak wskazał inny rolnik na spotkaniu – może być naszym atutem. Specjalnością Europy może stać się wysokiej jakości żywność, produkowana z poszanowaniem środowiska przyrodniczego. Póki co, jesteśmy liderem tego trendu. I być może nie ma żadnego sensu próbować konkurować z państwami, które stawiają przede wszystkim na „dużo i tanio”.

* petycja odnośnie do odrzucenia tej umowy: https://naukadlaprzyrody.pl/2019/08/23/srodowisko-naukowe-apeluje-do-ue-o-odrzucenie-umowy-z-mercosur/
** o tym jak przemysł tytoniowy wpływał na postrzeganie problemów związanych z paleniem i prawodawstwo więcej można przeczytać tutaj. Skargi rozpatrywane przez WTO: więcej informacji – tutaj.
*** zużycie na ha ziemi rolnej może jednak być w nich niższe niż w niektórych państwach europejskich
**** stan Kalifornia jest na drodze wprowadzenia zakazu jego sprzedaży
***** W Europie wprowadzenie do uprawy czy do sprzedaży roślin i produktów z roślin GMO wymaga oddzielnej zgody dla każdej odmiany, licencja jest przyznawana na 10 lat i wymaga odnowienia: dokument.

Dokumenty z całej sprawy przed WTO dostępne są tutaj, wypowiedzi naukowców tutaj. Informacje w tekście podane bez źródeł pochodzą z wymienionej dokumentacji.

Fot. Jen Wilton


 

Łagodzenie zmian klimatu to jedno z największych wyzwań współczesnego świata. Jednak dostępne dane i analizy jednoznacznie wskazują, że ​​nawet gdyby teraz całkowicie zaprzestać produkcji CO2 nie pozwoli to na zatrzymanie postępujących skutków zmian klimatu. Dlatego właśnie konieczne jest równoległe dostosowywanie się do tych zmian i dlatego Fundacja Partnerstwa na rzecz Środowiska z Czech tworzy bazę inspirujących projektów, które motywują miasta i ludzi do przygotowania się na przejawy zmian klimatycznych. Baza ta gromadzi i ocenia przykłady dobrych praktyk, głównie z krajów Europy Środkowej. Najlepsze projekty są nagradzane w konkursie Adapterra Awards. Zainspiruj się z nami i dowiedz się jak najlepiej radzić sobie ze zmianami klimatu.

Więcej na www.lifetreecheck.eu/Database.

Chcemy rozmawiać o działaniach przystosowawczych do zmian klimatycznych oraz motywować miasta i ludzi do przygotowania się na skutki zmian klimatu z wykorzystaniem tych działań. Jednak przybliżanie społeczeństwu aktualnych trendów w działaniach adaptacyjnych nie jest łatwym zadaniem. Prowadzimy bazę danych dobrych praktyk, aby ludzie mogli przyjrzeć się konkretnym przykładom i czerpać z nich inspirację. Tylko w zeszłym roku otrzymaliśmy 30 nowych przykładów dobrych praktyk z Europy” – opisuje Andrea Křivánková z organizacji Nadace Partnerstvi.

Jednym z przykładów takich projektów nagrodzonych w ostatniej edycji konkursu są parki kieszonkowe w Krakowie (Ogrody Krakowian). Reprezentują one niewielkie przestrzenie publiczne, które pozwalają okolicznym mieszkańcom spędzać wolny czas wśród zieleni, niezależnie od wieku, zainteresowań czy potrzeb. Opuszczone miejskie przestrzenie i tereny poprzemysłowe zamieniają się w ciche zielone oazy i tętniące życiem centra lokalnych społeczności. Służą nie tylko ludziom, ale także roślinom i zwierzętom, poprawiając lokalny mikroklimat, jakość życia i bioróżnorodność miasta.

Z kieszonkowych parków, tym razem retencyjnych, korzystają także mieszkańcy osiedla IDEA w Gdańsku. Jednym z głównych celów projektu jest złagodzenie skutków suszy za pomocą wody deszczowej, którą park naturalnie zatrzymuje. Przegrzewający się beton został zastąpiony 56 drzewami oraz 52 gatunkami kwiatów i krzewów, które pomagają złagodzić skutki miejskiej wyspy ciepła. Park może zgromadzić do 53 m3 wody, zapobiegając w ten sposób lokalnym podtopieniom i suszom.

Zostańmy w Polsce – kolejny nagrodzony projekt wyróżnia się wertykalnym ogrodem pokrywającym ściany frontowe i boczne odnowionego budynku Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w Warszawie. Przebudowa miała na celu zachowanie cennych elementów historycznych obiektu przy jednoczesnym uwzględnieniu rozwiązań energooszczędnych i zieleni wertykalnej. Siedziba Fundacji, dzięki swojemu nowemu zielonemu obliczu, zaciera granice między architekturą a naturą.

Przykładem spoza granic Polski jest odbudowa szkoły i utworzenie nowoczesnego ​​ośrodka edukacyjnego (Ekocentrum ArTUR) w małej wiosce Hrubý Šúr niedaleko Bratysławy na Słowacji. Przekształcenie starego tradycyjnego budynku w energooszczędny i komfortowy pozwolił również zachować jego kulturowo-historyczną wartość i funkcje. Kompleks wykorzystuje alternatywne źródła energii, takie jak piece akumulacyjne, ogrzewanie słoneczne wody, odzysk ciepła, a także gruntowo-korzeniową oczyszczalnię ścieków.

Wśród najlepszych projektów z Czech można znaleźć inspirujące działania zarówno firm jak i gmin. Przykładem projektu, który zdobył w ubiegłym roku nagrodę Adapterra Awards, jest rozbudowa centrali bankowej w Pradze (kampus ČSOB). Wyjątkowość czeskiego rozwiązania polega głównie na ogrzewaniu i chłodzeniu za pomocą rozbudowanego systemu pomp ciepła, dzięki czemu budynek nie wykorzystuje tradycyjnej kotłowni. Kampus oszczędza wodę pitną, głównie dzięki zagospodarowaniu wód deszczowych. Umożliwia także odpoczynek na zielonych dachach budynku w cieniu drzew.

Twórcy Parku Rakováček w małym czeskim miasteczku Rokycany w swoim projekcie skupili się na ochronie rzadkiego gatunku raka strumieniowego i zapobieganiu powodziom. Na nowo meandrującym strumieniu pośrodku parku znajdują się małe zbiorniki przepływowe lub obniżone części szerokiego złożonego koryta rzeki. Wokół potoku znajdują się łąki trawiaste i kwietne ze starannie dobraną roślinnością. W parku posadzono również rodzime gatunki drzew, krzewów i ziół. Zagospodarowane i zrewitalizowane otoczenie potoku w centrum zabudowanego obszaru oferuje przyjazne miejsce rekreacji I odpoczynku w upalne dni, także dzięki urządzonym placom zabaw dla dzieci.

Inne przykłady z Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Danii zawierają jeszcze więcej pomysłów do wdrażania własnych działań adaptacyjnych. Baza danych uzupełniana jest co roku o nowe zakończone sukcesem projekty. Zainspiruj się na stronie www.lifetreecheck.eu/Database

Fot. Ogrody Krakowian


 

Posłanki i Poseł Partii Zieloni: Przewodnicząca Małgorzata Tracz, Urszula Zielińska i dr Tomasz Aniśko wystosowali list otwarty do Premiera Morawieckiego apelując o zapewnienie skutecznej i długofalowej ochrony lasów w Polsce.

List otwarty w sprawie ochrony lasów w Polsce

Europa i Świat stoją przed największym wyzwaniem, z jakim kiedykolwiek musiała poradzić sobie ludzkość. Kryzys klimatyczno-ekologiczny, objawiający się szybko postępującymi zmianami klimatu i utratą bioróżnorodności na bezprecedensową w historii skalę, zagraża przetrwaniu świata, który znamy” – piszą Posłanki i Poseł Partii Zieloni w liście do Premiera.

Zaniepokojeni sytuacją polskich lasów i bezprecedensowymi wycinkami starodrzewów na terenie całego kraju, Parlamentarzystki i Parlamentarzyści wzywają Premiera do podjęcia pilnych i zdecydowanych działań mających na celu zapewnienie skutecznej ochrony lasów i wprowadzenie regulacji w gospodarce leśnej zapewniających obywatelkom i obywatelom kontrolę, której dziś są pozbawieni.

Społeczne uwagi składane w konsultacjach dotyczących dokumentów, w oparciu o które prowadzona jest gospodarka leśna (Planów Urządzenia Lasu – PUL), są ignorowane a same PULe nie mogą być zaskarżane w sądzie co jest równoznaczne z brakiem społecznej i sądowej kontroli nad gospodarką leśną. Te poważne naruszenia dostrzegła Komisja Europejska kierując przeciwko Polsce skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej” – zauważają Posłanki i Poseł w swym liście.

Według Parlamentarzystów Partii Zieloni jedną z szans rozwiązania problemu kryzysu klimatyczno-ekologicznego jest poparcie celów zapisanych w Strategii Bioróżnorodności UE do 2030 roku, czyli objęcie ochroną ścisłą 10% obszarów lądowych UE, w tym w Polsce, uwzględniając lasy naturalne i starodrzewy.

W obliczu postępującego kryzysu klimatyczno-ekologicznego model zarządzania lasami zarówno w Polsce, jak i w całej Europie, wymaga gruntownej zmiany. Odpowiedzią na tę potrzebę, jest opracowana w ramach Europejskiego Zielonego Ładu Strategia na rzecz Bioróżnorodności UE po 2030 r. […] Te ambitne plany to szansa na powstrzymanie utraty bioróżnorodności w Europie i w Polsce. To również szansa na to, że za przykładem Europy pójdą inne państwa, a wspólnym wysiłkiem uda się zapobiec kryzysowi utraty bioróżnorodności” – wskazują Parlamentarzyści Partii Zieloni w liście otwartym do Premiera.

List otwarty Posłanek i Posła Partii Zieloni jest reakcją na masowe wycinki w polskich lasach oraz wsparciem apeli organizacji działających na rzecz ochrony przyrody w Polsce, a także licznych spontanicznych protestów Obywatelek i Obywateli, sprzeciwiających się rabunkowej gospodarce leśnej.

Fot. Dominik Werner (Puszcza Karpacka).


 

Nieżyjący już brytyjski ekonomista, David Fleming poczynił wiele wnikliwych spostrzeżeń – jedno z nich przyciągnęło ostatnio moją uwagę, a dotyczy ono kapitału.

Fleming wyróżnił sześć rodzajów kapitału (naturalny, ludzki, społeczny, naukowy/kulturalny, materialny oraz finansowy) i zauważył, że każdy z nich może zostać użyty na jeden z dwóch sposobów: jako kapitał podstawowy (na bieżące utrzymanie społeczeństwa) lub jako kapitał wzrostu (na zwiększenie populacji i konsumpcji). Oto sedno jego spostrzeżenia: zdrowe społeczeństwo zachowuje swój kapitał podstawowy, lecz co pewien czas niszczy lub uszczupla kapitał, który mógłby posłużyć do wzrostu.

Dla nowoczesnych umysłów wydaje się to szaleństwem – tak samo jak palenie stosów papierowych pieniędzy. Dlaczego społeczeństwo miałoby to robić? Po prostu dlatego, że zdrowe społeczeństwo rozumie, że niepohamowany wzrost jest samobójczy. Kiedy wielkość populacji i poziomy konsumpcji przekraczają zdolności regeneracyjne ekosystemów, pojawi się głód (lub epidemia czy wojna), aby je zredukować. Jeżeli przekroczenie pojemności naszego ekosystemu jest znaczne, ta redukcja będzie na tyle głęboka, że można ją nazwać „upadkiem”. I jest to coś, czego należy uniknąć.

W jaki sposób zdrowe społeczności niszczą swój kapitał wzrostu? Czasami po prostu organizując wielką imprezę. Małe, półosiadłe społeczności, które utrzymywały się z ogrodnictwa, zazwyczaj urządzały doroczną fetę, podczas której zjadano nadwyżkę pożywienia i rozdawano lub palono ubrania i inny dobytek. „Wielki Człowiek” – cieszący się największym poważaniem członek wspólnoty- potwierdzał swoją pozycję rozdając lub niszcząc praktycznie wszystko, co do niego należało. Przykładem tego rodzaju tradycji kulturowej było święto wymiany darów u Indian północnoamerykańskich – potlacz. Bardziej złożone społeczeństwa preindustrialne przeznaczały ogromne sumy pieniędzy na budowę piramid lub katedr, wykonywanie bezużytecznych ornamentów, jak również na intensywne przygotowania do długotrwałych karnawałów. Wszystkie te aktywności miały również na celu wypalenie nadmiaru energii wśród młodych mężczyzn, którzy najczęściej są największymi wichrzycielami w każdym społeczeństwie.

W małych społecznościach, o prostej strukturze społecznej, dysponujących jedynie podstawową technologią, wzrost szybciej ulega samoograniczeniu, a zatem tego rodzaju wspólnoty zazwyczaj sprawniej niszczą swój kapitał wzrostu. W większych społeczeństwach, które odznaczają się złożoną strukturą społeczną i są bardziej zaawansowane technologicznie, autodestrukcyjne skutki wzrostu ujawniają się dopiero w dłuższym okresie czasu, ponieważ zasoby można importować z bardziej odległych regionów, a więc ludziom łatwiej jest ignorować nieuniknione zagrożenia i wciskać pedał gazu do dechy, upajając się intensywnymi emocjami, jakich dostarcza wzrost.

Witajcie w Machinie

Współczesne społeczeństwo przemysłowe postępuje w sposób, który jest dokładną odwrotnością tego, co robi zdrowe społeczeństwo: zużywa swój najważniejszy kapitał podstawowy (szczególnie zasoby naturalne – lasy, łowiska i minerały) i wykorzystuje wszystkie sześć rodzajów kapitału w celu podtrzymania wzrostu.

Kapitalizm można zdefiniować jako planową i systematyczną społeczną promocję akumulacji kapitału wzrostu poprzez użycie pieniędzy i długu, wprowadzanie prywatnych praw własności (szczególnie ziemi i zasobów naturalnych) oraz proliferację zachęt i zabezpieczeń dla inwestorów. Kiedy już zostanie wprawiony w ruch, z powodów, które za chwilę wyjaśnię, ten dynamiczny zestaw rozwiązań ma tendencję do stawania się samonapędzającym się mechanizmem. Pierwotna machina wzrostu została wynaleziona około 5 000 lat temu wraz z pojawieniem się społeczności państwowych oraz pieniędzy, pisma i niewolnictwa. Wersja turbo-kapitalizmu została w dziejach ludzkości uruchomiona co najmniej dwa razy – w Chinach w XI wieku (chociaż została szybko zatrzymana przez tradycyjne władze, które postrzegały ją jako zagrożenie dla swojego panowania) i w Europie począwszy od XV wieku (gdy rosnąca w siłę klasa kupiecka ostatecznie zatryumfowała nad swoimi kościelnymi i arystokratycznymi przeciwnikami).

Jeżeli społeczność jest geograficznie ograniczona, planowe pobudzanie akumulacji kapitału wzrostu skutkuje jedynie lokalnym przekroczeniem możliwości ekosystemu lub jego załamaniem. Kiedy tylko nabierze rozpędu, końcowy rezultat jest pewny. Lecz w przypadku dzisiejszych społeczeństw, mechanizmy  wzrostu stały się pod wieloma ważnymi względami globalne, a jego konsekwencje również mają zasięg światowy (pomyślcie o zmianach klimatu). Połączona globalna gospodarka stała się czymś w rodzaju super-organizmu z kolektywnym metabolizmem i inherentnym imperatywem ekspansji za wszelką cenę. Oznacza to, że załamanie również będzie globalne – w rzeczy samej będzie rodzajem zagłady, po której kontynuacja ludzkiego eksperymentu może się okazać bardzo trudna. Prawdopodobnie część istot żywych – ludzkich i nieludzkich – przeżyje, ale może być ich mało, a ich sytuacja może być żałosna, więc możliwe, że nie będą w stanie przeprowadzić istotnej ekologicznej lub społecznej odnowy przez wiele następnych stuleci, jeśli w ogóle.

Machina zagłady była popularnym motywem science fiction i futurystycznych wizji planowania wojen w latach pięćdziesiątych (na przykład pojawia się w fabule klasycznego filmu Stanleya Kubricka „Dr. Strangelove” z 1964 roku). Machina zagłady jest zasadniczo teoretycznym urządzeniem (rodzajem bomby z detonatorem), które jest wystarczająco potężne, by zniszczyć całe życie na Ziemi. W wielu fikcyjnych scenariuszach, gdy urządzenie zegarowe jest nastawione i rozpoczęło się odliczanie, jakiekolwiek próby rozbrojenia takiej bomby mogą się tylko zakończyć jej natychmiastową detonacją.

Przemysłowy kapitalizm przypomina tego rodzaju machinę zagłady. Jeśli pozwolimy jej na kontynuację „odliczania” aż do tragicznego końca, zużyje niemal wszystkie zasoby Ziemi i jej naturalne siedliska, zalewając ją jednocześnie miliardami ton śmieci. Nikt nie chciałby takiego końca. Ale wszyscy jesteśmy zależni od machiny, która zapewnia nam utrzymanie, i zatrzymanie jej spowoduje gospodarcze załamanie, wtrącając miliardy ludzi w stan nędzy i głodu. Zatem każdy chce, żeby gospodarka rosła – a tym samym, żeby machina kontynuowała pracę w kierunku swojej nieuchronnej zagłady. Ale im dłużej  trwał będzie wzrost, tym głębszy okaże się końcowy upadek. Całe nasze społeczeństwo jest taką machiną, a my jesteśmy trybikami w jej kołach zębatych.

To nie przypadek. Machina zagłady globalnego kapitalizmu przemysłowego została zbudowana w znacznym stopniu nie tylko kosztem zdolności natury do dalszego podtrzymywania życia na naszej planecie, ale również pracy uboższych segmentów ludzkości, które będą najszybciej dotknięte zniszczeniem maszyny. Jak zauważa Jason Hickel w zwięzłym i ciętym wywiadzie: „Globalne Południe jest źródłem około 80 procent zasobów i pracy koniecznych dla funkcjonowania światowej gospodarki, a mimo to ludzie, którzy dostarczają tę pracę i te zasoby, otrzymują około 5% generowanych przez nią każdego roku dochodów”.

Jak na ironię machina zagłady została stworzona z intencjami, które chwilami wydają się być najlepszymi z możliwych. Konsumpcjonizm – system, w którym reklama i kredyt konsumencki podsycają wciąż zwiększające się zapotrzebowanie na wytwarzane produkty – został wynaleziony w latach trzydziestych XX wieku przez biznes i elity rządowe jako rozwiązanie bardzo realnego problemu nadprodukcji i bezrobocia, które były skutkami ubocznymi wcześniejszego wzrostu (jak powiedział kiedyś dziennikarz Eric Sevareid: „Głównymi przyczynami problemów są rozwiązania”). Dzisiaj „zielony” wzrost jest przedstawiany jako rozwiązanie problemów wynikających z używania paliw kopalnych, które same miały być antidotum na różnego rodzaju kłopoty, w tym stagnację produkcji rolniczej na skutek zapotrzebowania na więcej źródeł azotu.

Prawie każdy chce więcej wzrostu gospodarczego, aby załatać nasze problemy w perspektywie krótkoterminowej, nawet jeśli w dłuższym okresie doprowadzi to do znacznego pogorszenia sytuacji.

Czy jest jakieś wyjście z tej matni?

Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że znajdują się w machinie zagłady. Ale ci, którzy to rozumieją, w sposób naturalny czują się odpowiedzialni za uwolnienie siebie i innych w sposób, który zminimalizuje ogólne szkody i zniszczenia. Pamiętajmy: im szybciej machina się zatrzyma, tym mniejsza ogólna liczba ofiar; jednak nagłe zatrzymanie machiny w tej chwili, spowodowałoby straty już teraz. Jaka strategia ma największy sens?

  1. Przeprojektować i zreformować machinę. Teoretycznie  możliwe jest stopniowe rozebranie maszyny na części od środka, a następnie przeprojektowanie i zastąpienie każdej z nich taką, która przynajmniej symulowałaby sposób, w jaki funkcjonuje zdrowa kultura –wszystko to musiałoby się stać w czasie, gdy ta machina wciąż jeszcze działa. Po pewnym czasie wszystko by się zmieniło, a nikt nie odczułby poważniejszych niedogodności. Jak można to zrobić? W każdej gałęzi przemysłu po kolei, dzisiejszy linearny model gospodarczy (od wydobycia surowców poprzez produkcję, po usuwanie odpadów) mógłby zostać zmieniony na bardziej cyrkularny (ponowne wykorzystanie i recykling, powtarzane bez końca). Moglibyśmy zastąpić paliwa kopalne niskoemisyjnymi źródłami energii. Moglibyśmy zmienić zasady i uzgodnienia globalnej gospodarki, które systematycznie i rozmyślnie przekazują bogactwo do niektórych krajów, powiększając jednocześnie ubóstwo innych. W międzyczasie można byłoby zastąpić obecne wskaźniki gospodarcze (zwłaszcza PKB), które promują wzrost konsumpcji zasobów, na wskaźniki alternatywne (takie jak np. Szczęście Narodowe Brutto), które promują jakość życia. Tę strategię najbardziej otwarcie popierają ekonomiści ekologiczni, ale także zwolennicy praw reprodukcyjnych kobiet i aktywiści na rzecz szerokiego wachlarza regulacji środowiskowych.
  2. Tworzyć alternatywy. Niektórzy ludzie wybrali strategię budowania społeczności, które stosują się bardziej do zasad zdrowej kultury. Mają nadzieję, że gdy nieuchronna klęska machiny będzie się stawała coraz bardziej oczywista, ludzie porzucą ją i wybiorą alternatywy. Maszyna tak czy inaczej ulegnie samozniszczeniu, ale więcej ludzi ocaleje, ponieważ wcześniej nauczą się niektórych umiejętności niezbędnych w sytuacji, jaka nastąpi po całkowitym załamaniu. Do zwolenników takiego podejścia należą między innymi liderzy ekowiosek, permakultury, ruchu Transition, czy ruchów na rzecz gospodarek lokalnych.
  3. Chronić kulturalny i naturalny kapitał podstawowy. Społeczności rdzenne mogą przetrwać i zaadoptować się do nowych warunków, pod warunkiem że nie zostaną pochłonięte przez globalny kapitalizm lub zniszczone na skutek załamania ekosystemów, od których zależy ich egzystencja. Dlatego zasadne jest bronienie ich przed kapitalistycznym najazdem, nie tylko, aby chronić ich prawa człowieka, lecz również, aby zwiększyć szansę na przetrwanie ludzkości. Jednocześnie niektóre ekosystemy są wciąż dzikie – potrzebują ochrony przed kapitalistyczną eksploatacją, aby nadal mogły pełnić rolę siedlisk gatunków pozaludzkich i ludności autochtonicznej. Strategie te od dziesiątek lat stosują działacze ruchów na rzecz ochrony przyrody i praw ludów tubylczych.
  4. Sabotować. Rozumowanie jest proste: ponieważ im później nastąpi upadek, tym większa całkowita liczba ofiar i skala zniszczenia, należy go przyspieszyć – im szybciej, tym lepiej Idea rozmyślnego inicjowania załamania społecznego rozpowszechnia się po cichu od pewnego czasu, ale z oczywistych względów do niedawna nikt nie mówił o niej otwarcie (manifest Unabombera był godnym uwagi wyjątkiem). Teraz to się zmienia. „Akceleracjoniści” po lewej i prawej stronie sceny politycznej (głównie ci drudzy) przyznają, że przemysłowy kapitalizm jest niezrównoważony i szukają sposobów na doprowadzenie go do  końca. Z punktu widzenia tych, którzy nie są przekonani do tego podejścia, te pomysły mają jedną poważną wadę – „akceleracjoniści” o różnej orientacji politycznej wnoszą swoje własne agendy społeczne – zależnie od tego, kto planuje załamanie, przetrwanie może być możliwe na warunkach, które są przerażające dla większości ludzi  (pomyślcie o watażkach i chłopach pańszczyźnianych oraz o ludobójstwie). Ponadto, jeśli załamanie jest wciąż w początkowych stadiach, przyspieszanie go nikomu nie wyjdzie na dobre, ani teraz, ani w przyszłości. Ktokolwiek doprowadziłby do całkowitego upadku, miałby prawdopodobnie krew na rękach. Większość sposobów na przeprowadzenie tego byłaby całkowicie niezgodne z prawem i łączy się z ryzykiem ogromnej liczby niezamierzonych ofiar.

Przygotowywanie się na to, co nastąpi

Ogólnie rzecz biorąc, te cztery strategie odniosły jak do tej pory niewielki skutek. Nie mówię tego, po to, by umniejszyć znaczenie wspaniałej pracy wielu ludzi na rzecz reformy systemu i ochrony ekosystemów, lecz po prostu stwierdzam fakt: nie było ich wystarczająco dużo, a siły, którym się przeciwstawiają, są niezwykle potężne.

To, że machina jest wciąż na swojej ścieżce do zniszczenia świata, sugeruje, że możemy potrzebować piątej strategii. Do głowy przychodzi mi fraza: „przygotowujcie się na uderzenie”.

Od kilku lat moja organizacja, Post Carbon Institute, propaguje budowanie odporności społeczności jako drogę do przetrwania i zwiększenia możliwości uzdrowienia. Inne organizacje – w tym największy na świecie think tank, Rand Corporation – również uznały kształtowanie odporności za priorytet, jakkolwiek często tylko z częściowym zrozumieniem globalnych zagrożeń, które sprawiają, że odporność ma  ogromne znaczenie.

Odporność – zdolność do znoszenia wstrząsów i odnowy bądź adaptacji – może być kultywowana jako indywidualna cecha psychologiczna, cel gospodarstwa domowego lub projekt społeczności. W czasach gdy pożary lasów, susze i ekstremalne wydarzenia pogodowe stają się coraz bardziej powszechne i dotkliwe, miasta na całym świecie zaczynają się do nich przygotowywać. My, w Post Carbon Institute, zalecamy postawienie sobie za cel uzyskanie „głębokiej odporności” – polega to na dokonaniu przez społeczności oceny, które praktyczne usługi i cechy kulturowe są dla nich najważniejsze, a następnie na dążeniu do ich zabezpieczenia poprzez zmiany strukturalne. Należy również przeprojektować gospodarki i instytucje tak, by mogły nadal funkcjonować w post-węglowej i post-wzrostowej przyszłości. W procesach oceny i planowania odporności powinni idealnie uczestniczyć przedstawiciele wszystkich najważniejszych segmentów społeczności i uczestnikom należy zapewnić odpowiednie środki, aby mogli inicjować projekty na skalę, jaka jest rzeczywiście potrzebna.

Budowanie odporności rozpoczyna się od identyfikacji słabych punktów i możliwości. Więcej uwagi poświęca się zwykle zagrożeniom i wrażliwości – na przykład prawdopodobnym wpływom powodzi, pożarów i ekstremalnych zjawisk pogodowych na systemy żywnościowe i wodne. Jest wiele rzeczy, na które trzeba się przygotować, i większość społeczności jest żałośnie bezbronna (jak niedawno mogliśmy zobaczyć w Teksasie). Trwająca pandemia koronawirusa stała się dla wielu społeczności ciężką lekcją na temat ich podatności na „znane nieznane” zagrożenia i prawdopodobieństwa, że kryzys w jednym systemie lub miejscu na świecie (np. pandemia rozpoczęła się w Wuhan w Chinach) może uruchomić kaskadę problemów w innych systemach w innych miejscach. Krajowe oceny ryzyka w państwach UE służą rozpoznaniu i ocenie potencjalnych zagrożeń i mają stanowić podstawę do podjęcia działań na rzecz zmniejszenia podatności na nie. Społeczności na całym świecie mogłyby podjąć podobne środki, tak jak zalecaliśmy w naszej serii video „Think Resilience”, używając narzędzi oceny, takich jak te stworzone przez Stockholm Resilience Centre. Niektóre miasta, w tym Amsterdam, wykorzystują w procesach planowania odporności „ekonomię pączka” Kate Raworth.

Jeżeli jednak weźmiemy sobie do serca spostrzeżenie Fleminga, powinniśmy również pomyśleć o sposobach na zwiększenie naszych szans na przetrwanie, gdy machina zagłady szybko zmierza w kierunku swojej nieuchronnej ruiny. Przypomnijcie sobie: kapitalizm nadaje priorytet akumulacji kapitału wzrostu. W tym momencie, po dziesiątkach lat akumulacji, kapitał wzrostu jest ukryty w ogromnych ilościach w przedsięwzięciach i miejscach, które sprawiają, że stanowi śmiertelne zagrożenie dla zwykłych ludzi i ekosystemów, a jednocześnie jest niedostępny i bezużyteczny dla jakichkolwiek sensownych ludzkich zamierzeń. Oczywistym tego przykładem są biliony dolarów posiadane przez zaledwie kilku ekstremalnie bogatych ludzi – o wiele więcej niż ludzie ci byliby w stanie wydać w ciągu całych wieków. Dla tego rodzaju ludzi zwiększenie ich majątku liczonego w dolarach o jeszcze jeden rząd wielkości, stało się celem samym w sobie; nie ma to żadnego praktycznego uzasadnienia oprócz powiększenia ich inwestycji, aby mogli dodać jeszcze jedno zero do swojego salda na koncie. Jak wiele dobra można by było dokonać za pomocą tych pieniędzy, gdyby je przeznaczyć na regenerację ekosystemów lub zbudowanie naprawdę pięknej i trwałej infrastruktury, czy też zmniejszenie biedy wśród powiększającej się liczby ubogiej ludności świata?

Kiedy machina padnie, ogromne ilości kapitału finansowego prawdopodobnie po prostu znikną. W pewnym sensie będzie to dobre: ostatecznie większość tego kapitału była używana na intensyfikację wydobycia zasobów i wytwarzanie większej ilości zanieczyszczeń. Ale upadek można również postrzegać jako miliardy niewykorzystanych możliwości – ponieważ wszystkie przeznaczane na wzrost pieniądze, mogłyby posłużyć za kapitał podstawowy dla skromnej, zrównoważonej kultury.

Pomyślcie tylko o tych wszystkich komercyjnych nieruchomościach czekających na zasiedlenie przez dzisiejszych bezdomnych lub na przekształcenie w warsztaty rzemieślnicze; lub o pasach startowych na lotniskach, które nie mogą doczekać się przeistoczenia w ogródki społecznościowe. Co zrobić z tonami nieregularnych kawałków betonu z rozebranych ulic, pasów startowych i ohydnych biurowców? Nazwijcie je „urbanite” (mieszkańcy miasta – przyp. tłum.) i użyjcie do budowy ścieżek i ścian.

David Holmgren napisał dużo o tym, w jaki sposób słabo zaludnione przedmieścia mogłyby zostać przekształcone w wioski permakulturowe. Rob Hopkins zachęca nas do użycia naszej wyobraźni, aby znaleźć konkretne sposoby, na jakie gospodarcza re-lokalizacja mogłaby uczynić życie każdego i każdej z nas bardziej interesującym i twórczym; wyobraźnia jest również konieczna, abyśmy nauczyli się myśleć poza kapitalistycznym „pudełkiem”.

Po co czekać na załamanie? Zmiana przeznaczenia kapitału wzrostu teraz, może pomóc rozbroić machinę zagłady raczej wcześniej niż później. Jest to działanie wywrotowe (strategia nr 4, opisana powyżej), a jednocześnie regeneracyjne. Rozejrzyjcie się wokół i zacznijcie spisywać formy i lokalizacje kapitału wzrostu, który aż się prosi, żeby użyć go na stworzenie podwalin zrównoważonej kultury – lub urządzenie hucznej imprezy. Gdy w końcu wyjdziemy z pandemii, pojawią się niezliczone możliwości – nie tylko na to, by „odbudować lepiej”, lecz również przemyśleć na nowo systemy, aby zmniejszyć naszą podatność na zagrożenia, zamiast jeszcze bardziej ją zwiększać.

Gdy złowieszcza detonacja machiny zagłady zbliża się wielkimi krokami, łatwiej jest dostrzec, jak w synergiczny sposób można stosować wszystkie te strategie razem. Wprowadzajcie reformy, chrońcie, twórzcie alternatywy, uprawiajcie sabotaż, i przygotowujcie się na uderzenie: takie powinny być nasze hasła przewodnie na resztę obecnego stulecia.

Przełożył: Jan Skoczylas

źródło: Post Carbon Institute

Zdjęcie: Gemma Evans, Unsplash

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.

Czytając niektóre komentarze w internecie można dojść do wniosku, że świadomość ekologiczna wśród wielu Polaków jest na bardzo niskim poziomie.

Sceptycyzm w tym zakresie szczególnie widoczny jest w starszych wiekowo grupach. Dla wielu ludzi segregacja śmieci, oraz odnawialne źródła energii to fanaberia polityków UE, której celem jest zniewolenie zwykłych obywateli. Konsekwencje takiego myślenia przekłada się chociażby na czarne dymy kopciuchów, tony śmieci wyrzucane do lasów, jak również na powolne tempo reform związanych z transformacją energetyczną w kraju. Poszukiwanie entuzjastów OZE wśród osób, które przez kilkadziesiąt lat nie potrafiły zmienić swoich nawyków społecznych jest niezwykle trudne i pomóc w tym może najmłodsze pokolenie.

Nie ma dolnej granicy wieku, aby wdrażać edukację ekologiczną. Przekonały się o tym spółki PGG oraz Enrex Energy, które wspólnie z firmą YOPE, oraz pod patronatem Zielonych Wiadomości zorganizowały konkurs plastyczny dla dzieci z Domu dziecka Tęcza w Katowicach, pt „OZE OCZAMI DZIECI”. Okazało się bowiem, że nawet kilkulatkowie potrafią narysować obrazki przedstawiające odnawialne źródła energii i co najważniejsze widzą w tym wartość dodaną zarówno dla ludzi, jak i środowiska. Z jednej strony kształtują się bardzo obiecujące perspektywy na przyszłość, zaś z drugiej strony mamy wciąż dużo do zrobienia po stronie zagorzałych oportunistów, których z racji wieku edukować będzie ciężko.

Z punktu widzenia biznesowego inwestowanie w ekologiczną edukacje wśród młodzieży wydaje się być zdecydowanie bardziej efektywne, niż zmiana percepcji osób, dla których jakakolwiek inwestycja musi być uzasadniona nakazem, lub wyższą koniecznością. Należy mieć również na uwadze pewną przypadłość, iż do podjęcia decyzji o zakupie danej rzeczy decyduje często dokonanie zakupu przez sąsiada. Dla wielu więc ludzi wpływ na decyzję ma najbliższe otoczenie, a przede wszystkim rodzina. Wobec powyższego paradoksalnie najlepszymi ambasadorami zielonej transformacji może być właśnie najmłodsze pokolenie.

Organizacje obywatelskie domagają się od decydentów wyrażenia sprzeciwu wobec osłabienia unijnych przepisów dotyczących GMO oraz poparcia światowego moratorium na uwalnianie do środowiska organizmów z mechanizmem nadpisywania genu.

Instytut Spraw Obywatelskich wraz z organizacjami obywatelskimi z całej Polski wystosował apel do ministra klimatu i środowiska Michała Kurtyki oraz ministra rolnictwa i rozwoju wsi Grzegorza Pudy, tym samym: zwracając uwagę krajowych decydentów na wyjątkowo ważną w Europie zasadę przezorności i potrzebę zainicjowania debaty publicznej w tym temacie.

Mobilizacja decydentów

To kolejna odsłona kampanii obywatelskiej, tym razem o wymiarze krajowym. Pod koniec marca br. 162 organizacje obywatelskie z Europy (w tym kilkanaście z Polski), wystosowały apel do Fransa Timmermansa, Wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej.

Poza ministerstwem klimatu i środowiska oraz ministerstwem rolnictwa podobne apele zostały wysłane także do najważniejszych osób w Polsce mających największy wpływ decyzyjny na omawiane zagadnienia: Prezydenta RP, przewodniczącego Rady ds. Rolnictwa i Obszarów Wiejskich przy Prezydencie RP, Komisarza UE ds. rolnictwa, Przewodniczącego Komisji do spraw GMM i GMO, przewodniczących komisji sejmowych (komisja Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, komisja ds. Rolnictwa i Rozwoju Wsi i senackich (komisja Środowiska, komisja ds. Rolnictwa i Rozwoju Wsi).

W piśmie zostało wyrażone zaniepokojenie próbami liberalizacji przepisów dotyczących nowej generacji organizmów zmodyfikowanych genetycznie (nowe GMO). Korporacje biotechnologiczne, których zyski ze sprzedaży pestycydów są dzisiaj zagrożone poprzez wdrażane strategie Europejskiego Zielonego Ładu, planują produkować nowe GMO (rośliny i zwierzęta), wykorzystując nowe techniki modyfikacji genetycznych: technologię CRISPR oraz technologię napędów genowych (nazywanych „bombami genowymi”).

Dlaczego nowe GMO są niebezpieczne?

Nowe GMO (rośliny i zwierzęta) otrzymane technikami modyfikacji genetycznych nie są wystarczające przebadane, a proces ich powstawania zasadniczo różni się od tradycyjnych technik hodowlanych, dlatego produkty technologii inżynierii genetycznej objęte są patentami. Ponadto nowe techniki modyfikacji genetycznych mogą powodować szereg niepożądanych zmian genetycznych skutkujących produkcją nowych toksyn lub alergenów, albo przenoszeniem genów oporności na antybiotyki. Zamierzone modyfikacje również mogą skutkować cechami, co do których istnieją obawy o bezpieczeństwo żywności, środowiska lub dobrostanu zwierząt. Najnowsze prace badawcze sugerują również zupełnie nieprzewidywalne zmiany w genomie po użyciu technologii CRISPR wskutek mechanizmów naprawczych DNA istniejących naturalnie w komórkach.

Co ważne, nowe techniki modyfikacji genetycznych wzbudzają wątpliwości również wśród naukowców pracujących nad ich rozwojem. Laureatka Nagrody Nobla z dziedziny chemii w 2020 r., Jennifer Doudna, zwraca uwagę m.in. na zagrożenia związane z technologią CRISPR i apeluje o debatę publiczną w tym temacie.

Polacy o nowych GMO

Pod koniec 2020 r. z inicjatywy europejskich organizacji obywatelskich, w tym Instytutu Spraw Obywatelskich, zostało przeprowadzone przez międzynarodową firmę YouGov badanie opinii publicznej w 8 krajach Unii Europejskiej: Polsce, Niemczech, Francji, Hiszpanii, Włoszech, Danii, Szwecji i Bułgarii na reprezentatywnej próbie blisko 9 tysięcy osób.

Na pytanie: „Czy ludzie powinni uwolnić do środowiska naturalnego organizmy zmodyfikowane genetycznie w technice napędu genetycznego (napędu genowego, nadpisywania genu)?” blisko 60% ankietowanych Polaków odpowiedziało przecząco. Prawie 80% respondentów z naszego kraju uważa, że wypuszczenie do środowiska naturalnego organizmów zmodyfikowanych genetycznie napędem genowym powinno zostać przesunięte w czasie do momentu, gdy zostanie naukowo potwierdzone, że ich użycie nie wpłynie negatywnie na bioróżnorodność, ludzkie zdrowie, rolnictwo, czy pokój na świecie. Podobne wyniki uzyskano w pozostałych krajach, co świadczy o tym, że społeczeństwa europejskie mają poważne obawy co do konsekwencji masowego stosowania nowych technik modyfikacji genetycznych w rolnictwie i produkcji żywności i domagają się ich kontroli.

Wyniki innego sondażu przeprowadzonego przez Greens/EFA na reprezentatywnej grupie respondentów z 28 krajów europejskich (w tym z Polski) zostały opublikowane 30 marca 2021 r. Badanie w dużej mierze poświęcone było kwestiom świadomości konsumenckiej i znakowaniu produktów GMO. Zadano również pytanie dotyczące świadomości istnienia nowych technik modyfikacji genetycznych. Większość badanych przyznała, że do tej pory nie słyszała o nowych GMO, natomiast ci, którzy słyszeli o nich, opowiadali się za przeprowadzeniem dalszych badań nad bezpieczeństwem tej technologii, a także za pełną informacją dla obywateli i konsumentów. W Polsce jedynie 2% respondentów nie chce, aby obywatele i konsumenci byli informowani o nowych badaniach i pochodzeniu produktów, natomiast 39% chce oceny produktów otrzymanych przy użyciu nowych technik modyfikacji genetycznych pod kątem ich bezpieczeństwa, 27% chce oznakowania takich produktów, a 28% opowiedziało się za jednym i drugim rozwiązaniem.

Zasada przezorności, czyli nim będzie za późno

Wobec tak wielkiego zagrożenia poszczególne kraje i Wspólnota Europejska powinny zastosować zasadę przezorności, obowiązującą w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, do czasu dokładnego przebadania wszystkich skutków nowych technik modyfikacji genetycznych. Zasada przezorności w dziedzinie ochrony środowiska wymieniona jest w art. 191 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Poprzez możliwość podejmowania decyzji dotyczących działań zapobiegawczych w obliczu zagrożenia, można dzięki niej zapewnić wysoki poziom ochrony środowiska. W praktyce zakres stosowania tej zasady jest dużo szerszy i obejmuje też politykę ochrony konsumentów, przepisy Unii Europejskiej dotyczące żywności oraz zdrowia ludzi, zwierząt i roślin.

Jak można być tak ślepym, żeby uznawać dziś, że ludzie są w stanie sprawować w sposób odpowiedzialny zarząd nad atomową bombą genetyczną? Czy współcześni „uczeni w piśmie” nie dostrzegają, jak wygląda nasz świat? Nie widzą np. masowej eksterminacji gatunków dokonywanej przez człowieka, nie widzą chciwości rozpasanej do granic możliwości, nie potrafią wyobrazić sobie niemożliwych do zatrzymania konsekwencji pospiesznego uwolnienia nowych GMO do środowiska naturalnego? – mówi Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich

Decyzje potrzebne od zaraz!

Europejski Trybunał Sprawiedliwości (ETS) orzekł, że nowa generacja organizmów zmodyfikowanych genetycznie musi podlegać regulacji w ramach istniejących przepisów UE dotyczących GMO. Zdaniem Trybunału (pkt 53 orzeczenia z dnia 25 lipca 2018 r.) ich wyłączenie z unijnej dyrektywy dotyczącej GMO „zagrażałoby celowi ochrony, do którego zmierza dyrektywa, i naruszałoby zasadę przezorności, którą ma ona wdrożyć”.

W najbliższym czasie Komisja Europejska będzie podejmować kluczowe decyzje w tej sprawie, jednakże poszczególne kraje członkowskie UE, podobnie jak w przypadku „starych GMO”, mają prawo do wewnętrznego regulowania pewnych kwestii, np. uwalniania organizmów genetycznie zmodyfikowanych do środowiska. Z takiej możliwości zamierzają skorzystać Niemcy, o czym świadczy wczorajszy (27.04.br.) komunikat tamtejszego Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorów Atomowych.

Nowa inżynieria genetyczna to także GMO. Każdy bez wyjątku genetycznie zmodyfikowany produkt w UE powinien być nadal sprawdzany pod kątem ryzyka i oznakowany. W obecnych przepisach dotyczących inżynierii genetycznej istnieją odpowiednie regulacje takich procesów i produktów. Rząd federalny będzie musiał zająć właściwe stanowisko na poziomie krajowym i europejskim. Obywatele powinni swobodnie wybierać, czy chcą produktów inżynierii genetycznej na swoim stole, czy nie. Umożliwia to również ocenę ryzyka, jakie stwarzają rośliny zmodyfikowane genetycznie, zanim zostaną uwolnione do środowiska – powiedziała Svenja Schulze, Federalny minister środowiska Niemiec (tłumaczenie własne z języka niemieckiego na podstawie komunikatu Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorów Atomowych.

Dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że rośliny modyfikowane genetycznie nie przyczyniają się np. do redukcji pestycydów. Skupienie się na nowych GMO blokuje pilną potrzebę zmiany w kierunku rolnictwa przyjaznego dla środowiska. Nowe GMO to właśnie rozszerzenie systemu rolniczego, który sam w sobie spowodował wiele problemów, istniejących obecnie na polach i w gospodarstwach rolnych – dodaje Svenja Schulze.

Inicjatorzy apelu podkreślają, że dialog i współpraca między krajami członkowskimi a Komisją Europejską są na tym etapie niezbędne i pilne. Decyzje podejmowane w najbliższych tygodniach będą miały wpływ na bezpieczeństwo naszej żywności oraz na przyszły stan środowiska naturalnego i klimatu, dlatego apelują o zdecydowane stanowisko Polski w tej sprawie, co leży w interesie Polek i Polaków oraz przyszłych pokoleń.

Sygnatariusze apelu:

Fundacja EkoRozwoju, Fundacja Mała Wielka Zmiana, Fundacja Rolniczej Różnorodności Biologicznej AgriNatura, Fundacja Rozwoju Myśli Ekologicznej, Fundacja Strefa Zieleni, Fundacja Zielone Światło, Instytut Globalnej Odpowiedzialności, Instytut Spraw Obywatelskich, Koalicja Żywa Ziemia, Kujawsko Pomorskie Stowarzyszenie Producentów Ekologicznych EKOŁAN, Lubelski Oddział Stowarzyszenia Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND, Społeczny Instytut Ekologiczny, Stowarzyszenie Forum Rolnictwa Ekologicznego im. M Górnego, Stowarzyszenie Polska Wolna od GMO, Stowarzyszenie Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND, Stowarzyszenie Slow Food Warszawa, Stowarzyszenie we&waste, Zielone Wiadomości.

Źródło: Instytut Spraw Obywatelskich

Europejski Zielony Ład (EZŁ) zakłada osiągnięcie neutralności klimatycznej przez UE do 2050 roku. Tym samym stawia ogromne wyzwanie przed europejskim rolnictwem, które powinno zostać poddane reformom w celu stworzenia sprawiedliwego, zdrowego i przyjaznego dla środowiska systemu żywności. Jest to główny cel strategii “Od pola do stołu” (ang. From Farm to Fork Strategy – F2F), stanowiącej jeden z głównych elementów EZŁ.

W obecnej chwili rolnictwo odpowiada za 10,3% emisji gazów cieplarnianych w UE, a prawie 70% pochodzi z sektora zwierzęcego, w tym emisje szczególnie niebezpiecznego metanu oraz podtlenku azotu. Oprócz śladu węglowego, przemysłową produkcję zwierząt charakteryzuje duże zużycie wody oraz wysokie zanieczyszczenie punktowe środowiska w miejscu produkcji. Oba te zjawiska negatywnie wpływają na różnorodność biologiczną.

Strategia „Od pola do stołu” proponuje zrównoważony system żywnościowy, za którego kształt mają być odpowiedzialni wszyscy jego uczestnicy – od producentów surowców przez przetwórców i dystrybutorów aż do konsumentów kupujących i spożywających żywność. Wybór modelu rolnictwa ma tu decydujące znaczenie. Jedną z najważniejszych kwestii jest kierunek rozwoju produkcji zwierzęcej, z uwagi na jej ogromne oddziaływanie na zdrowie publiczne, jakość życia na terenach wiejskich, pozycję ekonomiczną i społeczną osób zatrudnionych w rolnictwie, dobrostan zwierząt hodowlanych oraz znaczący udział tego sektora w degradacji środowiska i postępującym kryzysie klimatycznym.

Wybór odpowiedniego, zrównoważonego modelu produkcji zwierzęcej zależy od wielu czynników. Dla strategii „Od pola do stołu” najistotniejsze są wola polityczna władz państw członkowskich wobec proponowanej przez UE reformy oraz zaangażowanie się konsumentów, wyrażane przede wszystkim przez zmiany nawyków żywieniowych oraz świadome decyzje zakupowe.

Nie można zapominać, że na decyzje polityczne ogromny wpływ ma lobby przemysłowej produkcji zwierzęcej, którego nadrzędnym interesem jest maksymalizacja zysku w jak najkrótszym czasie bez zwracania uwagi na społeczne i środowiskowe koszty intensyfikacji tej produkcji oraz globalizacji handlu produktami pochodzenia zwierzęcego. Przemysłową produkcję zwierząt charakteryzuje intensywny tucz zwierząt w oparciu o wysokobiałkowe pasze, powstające najczęściej z importowanych, genetycznie modyfikowanych zbóż, w szczególności soi. W związku z tym lobby wspierające przemysłową hodowlę tworzą także importerzy śruty sojowej, krajowi producenci roślin na pasze, a także producenci pasz i dodatków paszowych. Kolejną grupą lobbingową są producenci i dystrybutorzy leków (zwłaszcza antybiotyków) dla zwierząt, gdyż brak dobrostanu (m.in. pozbawienie dostępu do słońca, świeżego powietrza, wolnego wybiegu, stłoczenie) i życie w ciągłym stresie powodują u zwierząt spadek odporności i znaczne zwiększenie ich podatności na choroby. Leki i antybiotyki podaje się nie tylko chorym zwierzętom, ale także prewencyjnie zwierzętom zdrowym w obawie przed wystąpieniem epizootii, np. ptasiej grypy. Do wiodących graczy w lobby broniącym przemysłowej produkcji zwierzęcej należą również ubojnie, zakłady przetwórcze, a przede wszystkim globalne sieci sprzedażowe, oferujące produkty pochodzenia zwierzęcego po niskich cenach możliwych dzięki masowej produkcji takiej żywności. Resztki poubojowe są używane do produkcji tanich karm dla zwierząt towarzyszących, jako pokarm w hodowlach zwierząt futerkowych, a także, wraz z odchodami zwierząt, stanowią surowiec dla biogazowni. Na intensywnej, przemysłowej produkcji zwierzęcej zarabia także transport, obsługujący długodystansowe przewożenie żywych zwierząt, dowóz surowców pochodzenia zwierzęcego do dużych zakładów przetwórczych, a potem przewóz gotowych produktów do sieci sprzedażowych.

Strategia „Od pola do stołu” postrzegana jest przez całe to lobby jako zagrożenie uderzające w dobrze prosperujący łańcuch powiązanych ze sobą interesów. Przewiduje ona bowiem radykalne zmniejszenie zużycia środków produkcji, od których obecnie uzależniona jest przemysłowa produkcja rolna, w tym zwierzęca. Dotyczy to zmniejszenia użycia nawozów sztucznych o co najmniej 20% do 2030 roku, a także zmniejszenia do 2030 roku ogólnego stosowania i ryzyka dotyczącego pestycydów chemicznych o 50% oraz stosowania bardziej niebezpiecznych pestycydów o 50%. Jest to dylemat dla krajów UE przodujących w produkcji zwierzęcej – a zatem także dla Polski będącej potentatem przede wszystkim w produkcji mięsa drobiowego i jaj – gdyż z uwagi na nacisk kładziony w Europejskim Zielonym Ładzie na unikanie dalekiego transportu, powstaje problem uniezależnienia się od importu śruty sojowej spoza UE, przy jednoczesnym rozwoju i utrzymaniu krajowej produkcji pasz w stopniu zapewniającym możliwość wyżywienia zwierząt hodowlanych. Ma to na dodatek nastąpić bez zwyczajowego i powszechnego stosowania chemii rolniczej (nawozy, pestycydy).

Nie jest to problem, którego nie da się rozwiązać. Potrzebna jest tylko wola polityczna, by systemowo wdrażać odpowiednie, już istniejące i sprawdzone praktyki rolnicze, które zapewniają potrzebną wydajność plonowania, bez konieczności stosowania na polach środków chemicznych. Przy dobrze zaplanowanych działaniach krajowych odchodzenie od chemizacji rolnictwa ma ogromną szansę powodzenia. W grę wchodzi przede wszystkim przywracanie żyzności i zdrowia zniszczonym przez stosowanie środków chemicznych glebom, co jest podstawą do budowania naturalnej odporności roślin na szkodniki i choroby.

Odpowiedź na konieczność zmiany metod produkcji rolnej leży także w samej strategii „Od pola do stołu”. Jest nią w pierwszym rzędzie przechodzenie na produkcję ekologiczną. Zaplanowano, że do 2030 roku co najmniej 25% gruntów rolnych UE powinno być przeznaczone na rolnictwo ekologiczne oraz powinien nastąpić znaczący wzrost ekologicznej akwakultury. Niektóre państwa członkowskie, np. Niemcy, Dania, Francja lub Czechy już podejmują działania stymulujące rozwój rolnictwa ekologicznego oraz lokalnej produkcji żywności. W Polsce obecnie rolnictwo ekologiczne zajmuje 3% powierzchni gruntów rolnych i na razie nie widać, by władze publiczne w rzeczywisty sposób podejmowały działania na rzecz jego rozwoju. Szkoda, gdyż wysoki dobrostan zwierząt hodowlanych jest w rolnictwie ekologicznym zagwarantowany unijnym rozporządzeniem 848/2018, zgodnie z którym zabronione jest między innymi utrzymywanie zwierząt w zamknięciu, karmienie paszami GMO oraz prewencyjne podawanie antybiotyków.

A właśnie strategia „Od pola do stołu” najmocniej odnosi się do tej ostatniej kwestii, zapowiadając zmniejszenie do 2030 roku o 50% ogólnej sprzedaży środków przeciwdrobnoustrojowych dla zwierząt (leki, antybiotyki), bez których nie potrafi funkcjonować przemysłowy chów zwierząt. To ograniczenie oznacza w praktyce, że konieczne będzie szukanie naturalnych, alternatywnych metod ochrony zdrowia zwierząt, ale przede wszystkim zmianę przemysłowych metod hodowli i chowu.

Strategia unijna mówi wyraźnie, że UE powinna dążyć do zrównoważonej produkcji zwierzęcej, w której jedną z najważniejszych wartości jest stałe podnoszenie dobrostanu zwierząt hodowlanych. Tym samym nie tylko dąży do ograniczenia szkodliwego wpływu przemysłowej produkcji zwierzęcej na klimat i środowisko (szczególnie na zasoby wodne i różnorodność biologiczną), ale bierze też pod uwagę oczekiwania obywateli UE oraz ochronę zdrowia publicznego. Aż 94% Europejczyków w badaniu Eurobarometru w 2016 r. zadeklarowało, że dobrostan zwierząt hodowlanych jest dla nich ważną sprawą. Konsumenci w UE obawiają się także antybiotykooporności u ludzi w związku z nadmiernym podawaniem antybiotyków zwierzętom w chowie przemysłowym. Już dziś anybiotykooporność jest powodem 33 tysięcy zgonów rocznie w UE. Ponadto 400 tysięcy osób umiera z powodu emisji do atmosfery amoniaku, pochodzącego z odchodów zwierzęcych z ferm przemysłowych.

Jednym z działań, na które stawia strategia „Od pola do stołu”, jest znakowanie żywności pochodzącej od zwierząt utrzymywanych w warunkach wysokiego dobrostanu. Konsumenci powinni nie tylko mieć prawo do zrównoważonej żywności, ale także przyczyniać się swoimi wyborami i prowadzeniem odpowiedniej diety do redukcji negatywnego wpływu produkcji żywności na środowisko i klimat. Chodzi o to, aby robić zakupy z myślą o ograniczeniu marnotrawstwa żywności, zwracając uwagę na rodzaj opakowania i wspierając swoim wyborem producentów szanujących przyrodę i dobrostan zwierząt. Strategia „Od pola do stołu” nie dopuszcza dalszego promowania na rynku taniego mięsa z masowej produkcji i zaleca przekazanie tych środków na upowszechnianie zrównoważonej konsumpcji produktów pochodzenia zwierzęcego. W praktyce powinno to oznaczać wzmacnianie podaży produktów ekologicznych na rynkach krajowych przez państwa UE oraz szukanie zamienników roślinnych lub akwakulturowych dla produkcji zwierzęcej. Siła świadomego konsumenta została już dobrze poznana w UE, a w Polsce cały czas rośnie, o czym może świadczyć odnotowany przez GUS („Rolnictwo w 2019”) spadek spożycia mięsa przez Polaków o 2,24%. Jest to stała tendencja – w ostatniej dekadzie spożycie mięsa spadło z 76,9 kg na osobę do 62, 4 kg. Jednocześnie rośnie w naszym kraju opór społeczny wobec budowy ferm przemysłowych, z uwagi na ich niszczący wpływ na jakość życia mieszkańców wsi.

Mimo to silne w Polsce lobby produkcji paszowej i zwierzęcej przedstawia strategię „Od pola do stołu” jako najczarniejszy scenariusz dla polskiego rolnictwa. Odbywa się to przy milczącym przyzwoleniu instytucji publicznych i pomimo zapewnień ze strony komisarza ds. rolnictwa Janusza Wojciechowskiego, że strategia „Od pola do stołu” jest szansą na rozwój gospodarczy polskich gospodarstw rodzinnych w oparciu o połączenie ekonomii z ekologią. Rolnictwo może rozwijać się w Polsce, dostarczając nie tylko żywności wysokiej jakości od zwierząt utrzymywanych w dobrostanie, ale także wszelkich usług powiązanych z rolnictwem, takich jak poprawa stanu gruntów rolnych i walorów krajobrazowych, agroturystyka, turystyka wiejska oraz ochrona dziedzictwa kulturowego wsi, w tym jej wspaniałej różnorodności przyrodniczej.

Fot. Andrew Skowron


 

W lutym Czechy wniosły skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE przeciwko Polsce, która dotyczy kopalni węgla brunatnego w Turowie. Mimo to rząd Polski i spółka PGE nie planują zmiany swojej polityki ani przedstawienia racjonalnego planu odchodzenia od węgla. Mieszkańcy i samorząd regionu zgorzeleckiego mogą zostać pozbawieni szansy i środków na sprawiedliwą transformację.

Jakie zarzuty przedstawił rząd Republiki Czeskiej? – W skardze Republika Czeska podniosła szereg zarzutów, które dotyczyły zarówno sposobu postępowania Polski w trakcie procedury wydania decyzji środowiskowej, ale przede wszystkim w trakcie postępowania o wydanie decyzji przedłużającej koncesję na działalność górniczą w kopalni Turów do 2026 roku. Zarzuty te obrazują wiele problemów obecnych w polskim prawie, w stosunku do których istnieje uzasadniona wątpliwość ich zgodności z prawem unijnym – komentuje Dominika Bobek, radca prawny z Fundacji Frank Bold.

Przede wszystkim chodzi o naruszenie prawa unijnego poprzez:

– brak możliwości udziału zainteresowanego społeczeństwa, w tym obywateli Republiki Czeskiej w postępowaniu o przedłużenie koncesji na wydobycie węgla z kopalni w Turowie do 2026 roku;

– brak udostępnienia przedłużonej koncesji na wydobycie węgla do 2026 roku;

– brak przekazania należytych informacji o postępowaniu zmierzającym do przedłużenia koncesji do 2026 roku;

– brak możliwości odwołania się do Sądu od decyzji o przedłużeniu koncesji do 2026 roku przez zainteresowaną społeczność.

W swojej skardze Czechy wniosły również o zastosowanie środka tymczasowego w postaci wstrzymania pracy kopalni. TSUE w pierwszej kolejności wypowie się w przedmiocie środka tymczasowego – czy wniosek Republiki Czeskiej jest zasadny. Inaczej zaś wygląda kwestia rozstrzygnięcia sprawy głównej skargi. Na jej rozpatrzenie trzeba będzie poczekać zdecydowanie dłużej, ok. 2-3 lat.

Kuba Gogolewski, koordynator projektów Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”: – Jedenaście lat temu podjęto błędną decyzję o budowie nowego bloku w elektrowni Turów. Blok ten nigdy na siebie nie zarobi. Miliardy złotych wydane na jego budowę utrudniają rozmowę o nieuniknionym zakończeniu wydobycia węgla w odkrywce oraz produkcji energii elektrycznej w elektrowni Turów.

Zarówno historia relacji międzynarodowych, konieczność odejścia od najbrudniejszego paliwa, jakim jest węgiel brunatny, jak i poważne argumenty prawne zgłoszone przez rząd czeski do TSUE nakazują zachować się rozsądnie. Od dawna apelują o to organizacje ekologiczne. Również część samorządowców zaczyna zauważać ten problem.

Świat i technologie w reakcji na katastrofę klimatyczną zmieniają się bardzo szybko. Kto na to zamyka oczy zachowuje się jak “w bajce, w której król był nagi, a nikt tego nie chciał widzieć”. Dziś polityka patriotycznego narcyzmu, obrony węgla do końca, obrażania i hejtu wobec inaczej myślących, powtarzania zaklęć, że będziemy wydobywać i spalać węgiel do 2044 roku są nierozsądne – przekonuje Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.

Organizacje pozarządowe tłumaczą, że przez ostatnie 3 lata podjęto bardzo dużo działań, by bronić dalszego trwania kompleksu turowskiego. I bardzo mało działań, które umożliwiłyby powiatowi zgorzeleckiemu oraz gminie Bogatynia zmniejszenie zależności od największego pracodawcy w regionie. – Najgorsze jest to, że nawet dziś na stole nie ma analizy wariantowej rozwoju powiatu zgorzeleckiego, zakładającej różne daty zamknięcia kompleksu turowskiego. Daty zakończenia wydobycia węgla brunatnego w 2044 używa się zaś jak magicznej inkantacji czy modlitwy, która przez sam fakt powtarzania ma uczynić z Turowa wyjątek i uchronić go przed losem energetyki węglowej w całej Europie – podkreśla Gogolewski.

Ekolodzy wskazują również na manipulowanie opinią publiczną i danymi przez PGE, posłów partii rządzącej i związkowców. Przypominają prawdziwe dane (przekazane zresztą przez PGE w zakresie miejsc pracy). Kompleks Turów z firmami kooperującymi zatrudnia dziś 5,3 tys. osób. To daje utrzymanie 15-20 tys. osób, licząc rodziny zatrudnionych. Udział elektrowni Turów w zaopatrzeniu kraju w energię elektryczną spada z 4% w 2017 r. do 3,17% w 2020 r.

„Patriotyczna propaganda węgla oddala od realnej pomocy z Unii”

Pomoc Unii Europejskiej z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji dla powiatu zgorzeleckiego ma wynosić ok. 1 mld zł dotacji. Fundusz uruchomi także wielomilionowe środki pożyczkowe dla biznesu i samorządów z II i III filaru mechanizmu sprawiedliwej transformacji. Na horyzoncie pojawiają się też inne, większe środki, które mogą wesprzeć pracowników i mieszkańców regionu turoszowskiego w transformacji, np. fundusze odbudowy, spójności czy krajowe środki z takich programów jak „Czyste Powietrze”. Ważną rolę mogą odegrać środki własne obywateli, samorządu czy biznesu – niezbędne w projektach prosumenckich, czyli budujących samozaopatrzenie i lokalne bezpieczeństwo energetyczne.

Gawlik dodaje: – Patriotyczne wzmożenie węglowe jest też nieodpowiedzialne. Związki zawodowe i politycy stwarzają realne zagrożenie, że przegrana w TSUE albo wielce prawdopodobne pogorszenie warunków ekonomicznych węgla brunatnego w najbliższych latach doprowadzi do upadku „Twierdzy Turów” bez poduszek bezpieczeństwa w postaci alternatywnego planu rozwoju regionu i dostępu do funduszy UE.

Jaki los czeka Turów, jeśli Trybunał przychyli się do stanowiska Republiki Czeskiej?

Wówczas zobowiąże Polskę do naprawy sytuacji. Trudno w tej chwili ocenić, w jaki sposób miałoby to wyglądać. Wszystko zależeć będzie od tego, które z zarzutów Republiki Czeskiej zostaną podzielone przez TSUE. W takiej sytuacji Trybunał wyznaczy Polsce odpowiedni termin. I dopiero wówczas, jeżeli Polska nie wywiąże się z tego zobowiązania, Republika Czeska będzie mogła wnieść ponowną sprawę związaną z niewykonaniem wyroku, w wyniku której TSUE będzie mógł nałożyć na Polskę ewentualne kary finansowe – podsumowuje r. pr. Dominika Bobek.

Źródło: Stowarzyszenia EKO-UNIA, Greenpeace

Fot. Greenpeace


 

Małopolska policja poinformowała wczoraj o postawieniu zarzutów pięciorgu aktywistów, którzy zostali zatrzymani w zeszłym tygodniu w Krakowie w pobliżu Wawelu. Postawiono im zarzut usiłowania zniszczenia zabytku.

Aktywiści uważają, że zarzut jest absurdalny. Mural z napisem „Zatrzymajmy katastrofę klimatyczną” miał bowiem powstać z użyciem kredy w sprayu. Napis wykonany taką metodą można usunąć w ciągu minuty wilgotną szmatką, nie zostawiając żadnego śladu. Trudno więc mówić o możliwości zniszczenia zabytku w ten sposób.

Nie jesteśmy wandalami. Nie planowaliśmy zniszczenia czegokolwiek – powiedział Piotr z Extinction Rebellion – Każde dziecko wie jak łatwo bez śladu usunąć kredę. Inaczej jest ze skutkami naszych klimatycznych zaniechań – dodał aktywista.

To miał być krótki happening, którego efekty miały zniknąć tego samego dnia. Tymczasem zatrzymanie aktywistów trwało 36 godzin, a zarzut, który im postawiono jest zagrożony karą do 8 lat więzienia. O ironio w tym samym czasie prezydent Andrzej Duda deklarował w wywiadzie po konferencji klimatycznej, że wspiera młodych ludzi, którzy twardo twardo żądają zmian.

Extinction Rebellion domaga się od rządów na całym świecie szybkich działań, by powstrzymać katastrofę klimatyczną.

Czujemy, że doszliśmy do muru i właśnie na murze postanowiliśmy nawoływać do walki z katastrofą klimatyczną. To najważniejsze wyzwanie, jakie stoi przed ludzkością, dlatego wybraliśmy najważniejszy polski zabytek – Wawel – powiedziała Marika z Extinction Rebellion.

W geście solidarności kredowy napis „Zatrzymajmy katastrofę klimatyczną” pojawił się w Lublinie. W Szczecinie na wiaduktach pojawiły się banery o tej samej treści. W Poznaniu aktywistki XR napisały (również kredą) na budynku prokuratury napis „Walczcie z katastrofa klimatyczną, nie z aktywistami”.

Smutne bardzo, że na zdjęciach ilustrujących komunikat Policji zarekwirowane puszki są zamazane, żeby nie było widać, że to kreda (konkretnie MTN Montana Chalk Spray 400ml).

Źródło: Extinction Rebellion


 

Obecność wyznawców różnych religii w miastach jest widoczna w kilku obszarach życia społecznego. Świątynie, kościoły, zbory i cmentarze, to miejsca sfery sacrum w miejskim krajobrazie. Jednak są również przestrzenie wspólne, co do zasady neutralne wyznaniowo. Relacje między wyznawcami różnych religii często są trudne, stąd wyzwaniem jest otwarta polityka władz samorządowych wobec wszystkich legalnie działających i zarejestrowanych związków wyznaniowych na terenie gminy/miasta.
Noc Świątyń

Na pewno dobrym przykładem poszerzania wiedzy o religiach i ich wyznawcach żyjących w tym samym mieście jest „Noc Świątyń”. Inicjatywa, która zrodziła się w Warszawie, a później znalazła licznych naśladowców w innych miastach: Łodzi, Poznaniu, Krakowie i Gdańsku. U jej zarania stała idea, aby na wzór Nocy Muzeów w ramach jednej nocy można było odwiedzić miejsca, które są zazwyczaj niedostępne dla szerokiej publiczności, ale również porozmawiać, zadać nurtujące pytania i uzyskać odpowiedzi. W ramach kilku edycji uczestniczące wspólnoty religijne przygotowywały niezwykle ciekawe i różnorodne programy kulturalne: koncerty organowe, występy chórów, pokazy filmów, degustacje tradycyjnych potraw, ale również dyskusje, prezentacje i niemal zawsze sesje pytań i odpowiedzi. W NŚ brali udział przedstawiciele religii z dużą liczbą wyznawców, np. prawosławni, czy grekokatolicy, ale również niezbyt liczne wspólnoty takie jak bahaici, mariawici, czy mormoni, a także rodzimowiercy.

Grafika: Bartek Bajer

Jednym z elementów Nocy Świątyń, realizowanym przez kolejne miesiące po wydarzeniu, były warsztaty prowadzone w kilku warszawskich liceach o tematyce przybliżającej uczniom i uczennicom założenia religii i wyznań w mieście, w którym mieszkają. Były to jedynie zajęcia punktowe, które z pewnością nie wypełniły luki w podstawie programowej dot. różnych religii, wyznań, czy też bezwyznaniowości. Zajęcia o tematyce dotyczącej religii świata, ale również filozofii znacznie szerzej opisują świat w którym młodzi ludzie żyją, zwłaszcza w dużych miastach, w których stale przybywa imigrantów. NŚ jako forma integracji wydaje się być odpowiedzią na to zapotrzebowanie.

Nie można pominąć w tym namyśle jeszcze jednego aspektu: nauczania religii w szkole. Obecnie jest to możliwe jedynie w ramach katechezy prowadzonej przez przedstawicieli kościoła rzymsko-katolickiego.

Wynagrodzenia prowadzących lekcje religii są współfinansowane z budżetu samorządów i nie są to wcale małe sumy. Sosnowiec na lekcje religii w szkołach przeznaczy w tym roku ponad 6,9 mln zł, Rybnik koło 6 mln zł[1]. To niebagatelne kwoty rokrocznie dopłacane przez wszystkich mieszkańców na rzecz nauczania religii rzymsko-katolickiej.

Na jej podstawę programową nie ma wpływu nawet Ministerstwo Edukacji Narodowej. „Program nauczania religii nie leży w kompetencji władz oświatowych, tylko kościelnych, czyli ma pod tym względem odmienny status”[2]. Nadal kontrowersyjny temat, jednak w obliczu uszczuplonego portfela samorządów z pewnością powróci do głównego dyskursu.

Pomnikomania i symboliczne zawłaszczenie przestrzeni

Przestrzeń miejska od zawsze służyła do manifestowania różnych wierzeń, ale również do oddawania hołdu, najpierw, przez wieki, głównie świętym. Pierwszym świeckim pomnikiem w Warszawie była kolumna Zygmunta III Wazy, który wystawił mu syn Władysław IV. Król Zygmunt stoi na kolumnie, niczym święty, dzierży w jednej ręce krzyż, a w drugiej miecz witając przyjezdnych – w czasie powstania postumentu w tym miejscu znajdowała się brama wjazdowa do Starej Warszawy.

Stawiając pomniki w pewien sposób zawłaszczano przestrzeń, czy też zatwierdzano własność terenu w sposób symboliczny. W podobny sposób wykorzystywano nazewnictwo miejskie, które niejednokrotnie było manifestacją siły nowego gospodarza i pogardy wobec tego, który poniósł porażkę.

W setną rocznicę Bitwy Warszawskiej miało nastąpić odsłonięcie monumentu przy placu na Rozdrożu w Warszawie. W sierpniu 2020 r. minister kultury Piotr Gliński ogłosił, że najwcześniej nastąpi to za rok – tyle będzie trwała budowa pomnika, którego koszty mają wynieść kilkanaście milionów złotych. Sam projekt pomnika wybrany w konkursie nie jest najszczęśliwszy. Ale co ważniejsze – jest to kolejny pomnik w stolicy, w której w samym Śródmieściu przypada 7 pomników na 1 km kw. Pomnikomania po warszawsku. W innych miastach zapewne jest podobnie.

Czy już nie pora odejść od tradycyjnego myślenia o upamiętnianiu ważnych wydarzeń historycznych i społecznych? Drzewa, prawdziwe pomniki będące świadkami tych wydarzeń, stoją i są wciąż żywe. Dlatego warto się zastanowić, czy to właśnie ich nie uznać za element upamiętniający doniosłe wydarzenie. Wystarczy złożyć do urzędu wniosek o nadanie statusu pomnika przyrody, który następnie uchwala rada miasta/rada gminy.

Dąb Mieszko na warszawskim[3] Ursynowie, fot. Szymon Starnawski

Zjawisko dominacji jednej osoby bądź grupy nad drugą to forma przemocy symbolicznej, która może polegać na wzajemnym oddziaływaniu, na poziomie duchowym, symbolicznym. Przybiera także formy namacalne, materialne i dobrze widoczne w przestrzeni, szerzej obejmując duży teren osiedla i budynku, np. grodzenie osiedli, co warto rozpatrywać w kontekście gentryfikacji[4]. Procesu, który można opisać jako napływ zamożniejszych mieszkańców do dzielnicy uznawanej za „gorszą”, co ma wpłynąć na uszlachetnienie danego obszaru i poprawić byt dotychczasowych mieszkańców, zmniejszyć bezrobocie, poprawić status materialny i zminimalizować ubóstwo. Niestety, w rezultacie często przynosi to skutek zupełnie odmienny. Po pierwsze, członkowie grup „starych” i „nowych” mieszkańców nie nawiązują więzi sąsiedzkich, co więcej ubodzy mieszkańcy widząc wyższy status nowych mieszkańców postrzegają swoją sytuacja jako nieporównanie gorszą niż przed rozpoczęciem procesu „uszlachetnienia”[5]. Prowadzi to do powstawania konfliktów, w których ubożsi mieszkańcy przegrywają i są wypierani ze zgentryfikowanego obszaru.

Ulice dla kobiet

„…w każdym społeczeństwie toczy się […] spór o kształt pamięci przeszłości. O to, co ma być pamiętane, czyim imieniem nazywane ulice i place oraz komu stawiać pomniki, a także jak ma być pamiętane”[6].

W tym sporze dotychczas kobiety były sadzane na tylnym siedzeniu, najczęściej pozbawiane szans do tworzenia herstorii na równie obok nauczanej historii. W Warszawie w 2018 roku jedynie 3% wszystkich nazw ulic, skwerów i parków nosi imię żeńskiej patronki. Między innymi dzięki inicjatywie Ulice dla kobiet[7] jest szansa na zmianę tych statystyk i poszerzenie świadomości i wiedzy o kobiecych postaciach mających zasługi na różnych polach: edukacji, pracy społecznej, czy pedagogiki. Jednak opór przed upamiętnieniem kobiet zasłużonych dla miast nawet wśród samorządowców nie ustępuje. Dla przykładu Rada Warszawy odrzuciła wniosek o nadanie tytułu honorowego obywatela Warszawy Jolancie Brzeskiej, zamordowanej członkini Komitetu Obrony Praw Lokatorów, która walczyła z dziką reprywatyzacją. Punkt w tej sprawie nie został przyjęty do porządku obrad podczas sesji Rady Warszawy w marcu 2021 r. Wniosek złożył przewodniczący klubu radnych Koalicji Obywatelskiej Jarosław Szostakowski argumentując: „Honorowe obywatelstwo jest wyróżnieniem przyznawanym osobom żyjącym”. Po czym wymienił osoby, które… otrzymały je pośmiertnie. Okazuje się, że nawet symboliczne upamiętnienie Jolanty Brzeskiej to za dużo dla warszawskich radnych.

Nie tyle symbolicznym, a wręcz pożądanym byłoby nadanie imienia Praw Kobiet jednemu z głównych rond w Warszawie, które obecnie nosi nazwę Romana Dmowskiego. W niedawnych protestach z powodu wydania wyroku przez sędzię Julię Przyłębską w sprawie prawa do aborcji właśnie tam warszawianki i warszawiacy spotykali się i rozpoczynali marsze w kierunku Żoliborza, czy siedziby Trybunału Konstytucyjnego, aby zamanifestować prawo do stanowienia o sobie i bronić prawa do decydowania o własnym ciele.

Kobiety, mieszkanki Warszawy, maszerując przez miasto przejęły ulice dla siebie, jednak jedynie na chwilę.

Rondo praw kobiet Foto: Przemysław Stefaniak

Nazywanie, oznaczanie przestrzeni miejskiej zawsze było swoistym znakiem czasów. Nowe, świeże podejście do tematu, w którym obecnie uczestniczymy, jest tego zjawiska kolejną odsłoną. Historia dzieje się na naszych oczach.

PRZYPISY

[1] Miasta wydają co roku miliony na lekcje religii w szkołach. „To nie powinien być nasz obowiązek” (wyborcza.pl) (dostęp 29.03.2021)

[2] https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1649200,1,wszystko-czego-nie-wiemy-o-lekcjach-religii-kto-i-za-co-wlasciwie-placi.read

[3] https://warszawa.naszemiasto.pl/dab-mieszko-warszawa-600-letni-pomnik-przyrody-bedzie/ar/c1-7373535

[4] Jachowska J._3-2-2015.pdf (umcs.lublin.pl) str. 22

[5] Ibid

[6] Szacka B. [2006], Przebudowa ustrojowa i pamięć przeszłości, [w:] J. Wasilewski (red.), Współczesne społeczeństwo polskie. Dynamika zmian, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar, str. 413.

[7] Ulice dla Kobiet http://www.ulicedlakobiet.pl

Źródło: Kongres Ruchów Miejskich

Fot. Lukas Plewnia