W chwili obecnej ok. 20% mieszkańców Warszawy ma więcej niż 60 lat. Liczba ta będzie stale rosła. Najczęściej są to ludzie aktywni, którzy po przejściu na emeryturę szukają przestrzeni na swoje działania. Posiadają dużą wiedzę i doświadczenie, które mogą i chcą przekazać młodszemu pokoleniu. Są to ludzie, którym poświęca się zbyt mało czasu. Po zakończeniu kariery zawodowej chcą, na miarę swoich sił, coś jeszcze zobaczyć czy nauczyć się czegoś nowego, np. obsługi komputera czy poruszania się po internecie.

Działania Fundacji Zaczyn, stworzonej przez grupę aktywistów i społeczników, skierowaliśmy właśnie do nich. Przy współudziale Strefy Zieleni latem r. 2013 przeprowadziliśmy cykl debat, podczas których szukaliśmy odpowiedzi na ważne pytania. Czego oczekują seniorzy? Jakiej chcą Warszawy? Dlaczego i po co się angażują? Czy w ogóle się angażują w sprawy społeczne? Co chcieliby zmienić w swoim otoczeniu? Czy żyją ekologicznie i co przez to rozumieją?

Podczas tych debat spotykaliśmy się nie z narzekaniem, a raczej z sygnalizowaniem tematów ważnych tak dla seniorów, jak i dla wszystkich mieszkańców miasta. Uczestnicy programu to mieszkańcy różnych dzielnic Warszawy, ludzie o różnym wykształceniu i statusie materialnym. Dzielą się z nami swoimi uwagami, biorą aktywny udział w spotkaniach i warsztatach.

Wynikiem tych dyskusji jest projekt Zdaniem Seniora, który animuję wraz z artystką, aktywistą i seniorką, Elżbietą Hołoweńko. Odbywa się on równolegle w dwóch dzielnicach – Śródmieściu i Pradze Północ. W jego obrębie organizujemy debaty, których gośćmi byli działacze społeczni, politycy, naukowcy, dziennikarze, aktywiści. Gościliśmy m.in. Joannę Erbel, Mirosława Pawłowskiego czy warszawskich radnych – Ireneusza Tondera, Grzegorza Walkiewicza.

Hanna Samson przeprowadziła warsztat na temat przełamywania stereotypów dotyczących starości. Marek Sołtys, znany jako „Szalony Wózkowicz”, opowiadał, jak powstawał jego miniserial internetowy i jakie przyniósł efekty dla poprawy dostępności przestrzeni publicznej dla osób z różnego typu niepełnosprawnościami.

Dużym wydarzeniem była zorganizowana wspólnie z Urzędem Miasta i prowadzona przez szefa Zaczynu, Przemysława Wiśniewskiego, debata „Warszawa przyjazna seniorom”. Wzięło w niej udział ok. 150 osób, wśród których znaczną część stanowiły seniorki i seniorzy. Temat mocno poruszył zgromadzonych, dlatego w najbliższym czasie, wspólnie z Urzędem Miasta, organizujemy konsultacje społeczne dotyczące metody powołania do życia stołecznej Rady Seniorów. Każda z osób, która się pojawi na spotkaniu, będzie mogła wyrazić swoją opinię.

Od lutego prowadzimy warsztaty dziennikarskie oraz zajęcia z zakresu fotografii i realizacji materiałów filmowych. Osoby w nich uczestniczące uczą się pisać i redagować teksty. Pierwsze efekty w postaci artykułów, listów otwartych i relacji, pojawiły się już na stronie fundacji – zaczyn.org. Więcej materiałów pojawi się już wkrótce na stronie ZdaniemSeniora.pl. Naszym celem jest prowadzenie własnego portalu senioralnego i wydanie gazety. Znajdą się tam informacje poruszające sprawy ważne zarówno dla seniorek i seniorów, jak i dla wszystkich mieszkańców Warszawy.

Kolejnym krokiem będzie produkcja własnego serialu internetowego. Ma on pokazywać problemy, często niezauważane przez urzędników miejskich, ale też pokazywanie postaci i inicjatyw wartych nagłośnienia.

Dużym powodzeniem cieszyły się spotkania i warsztaty poświęcone budżetowi partycypacyjnemu. Korzystając z warsztatów i indywidualnych konsultacji, jakie prowadzimy w tej sprawie, z zapałem składają wnioski do Komisji Budżetu Partycypacyjnego. Jesteśmy szczególnie dumni z uczestnika letniej edycji programu, który zgłosił swój akces do komisji ds. budżetu rady swojej dzielnicy, po czym został jej wiceprzewodniczącym.

To dopiero początek włączania seniorów do działań obywatelskich. Uczestnicy programu mają wiele energii, przejawiają ogromną inicjatywę. Naszym zadaniem jest tylko pokazać im narzędzia, umożliwiające skuteczne działanie. Mamy przy tym sporo frajdy.

Czym jest więc Zaczyn? Projektem, który prowadzi do większej aktywności seniorek i seniorów – grupy ludzi z dużym zapałem oraz energią, skierowaną na zmiany na lepsze w otaczającej nas rzeczywistości.

Rozmowa z Michałem (imię zmienione), polskim emigrantem pracującym w Londynie. (więcej…)

Niemożliwe stało się możliwe. Premier ogłosił oskładkowanie umów cywilnoprawnych. Na początek umowy zlecenie, przy których zakres oskładkowania pozostanie poszerzony, potem umowy o dzieło. Jest o czym mówić – GUS ostatnio oszacował, że w 2012 r. 1,35 mln osób pracowało wyłącznie na podstawie umowy cywilnoprawnej.

Strona społeczna – centrale związkowe: OPZZ i NSZZ Solidarność proponowały takie rozwiązanie od dobrych kilku lat, poprzez odezwy, interpelacje poselskie, projekty ustaw i kampanie społeczne. „Śmieciowością” umów cywilnoprawnych, które stosuje się zamiast umów o pracę, zajmowało się też Porozumienie Kobiet 8 Marca podczas Manify w 2011 r. „Dość wyzysku – wymawiamy służbę”.

Jednym z podnoszonych przez wszystkie organizacje argumentów były straty dla budżetu państwa, powodowane nieoskładkowaniem. Wydaje się, że właśnie ten argument trafił w końcu premierowi do przekonania.

I w związku z tym decyzja rządu traktowana jest jako skok na pracowniczą kasę. „Oskładkują – mniej zarobisz, a pieniądze przepadną w bałaganie zwanym państwem” – mówią krytycy, powtarzając za organizacjami pracodawców, że przedsiębiorców nie stać na płacenie składek. Brzmi to jak znajomy refren, powtarzany od 200 lat. Przedsiębiorców wcześniej nie było stać na rezygnację z pracy dzieci, na 8-godzinny dzień pracy, na płatne zwolnienia chorobowe i na płacę minimalną też. Można zatem przypuszczać, że tak jak we wszystkich poprzednich przypadkach, system wzdrygnie się – i ruszy dalej.

Tyle że ponad sto lat temu powoli lecz nieustępliwie dążono w kierunku uprawnień pracowniczych i systemu państwa opiekuńczego. Teraz odnotowujemy stopniowe odchodzenie, widoczne w dyskursie przesunięcie z „uprawnień” na rzecz „przywilejów”. Jak dla mnie to przede wszystkim wyraz bezsilności wobec potęgi kapitału – przeświadczenia, że jeśli nie zgodzimy się na wszystko, kapitał przeniesie się gdzieś dalej, gdzie koszty są niższe, a zyski szybsze. Bezsilności wynikającej z doświadczania umiejętności kapitału do obchodzenia każdej propracowniczej regulacji, wyszukiwania prawnych nisz. Tak jak woda przesączająca się przez skałę – niby trwałą a jak się okazuje, pełną niewielkich dziur.

Nie bez kozery przywołuję tu wodne skojarzenia, w końcu zgodnie z neoliberalną maksymą, „przypływ podniesie wszystkie łodzie” – dajmy się innym bogacić i zatrzymywać jak najwięcej w kieszeni własnej, jak najmniej w budżecie państwa, to ostatecznie skapnie nam wszystkim, gdy kapitał przepływa jak woda. Od prawie 30 lat wiadomo, że to kompletnie nie działa i powoduje rosnące nierówności, ale teoria dobrodziejstw kapiącej wody nadal trzyma się mocno i tak będzie, dopóki rynek pracy będzie rynkiem pracodawcy.

Decyzja premiera o oskładkowaniu umów, bez innych działań wspierających pracowników, przyniesie tylko połowiczną poprawę. Priorytetowe powinno być jak największe ograniczenie zakresu stosowania umów cywilnoprawnych zamiast umów o pracę. Bez takiego działania oskładkowanie umów cywilnoprawnych będzie jedynie legitymizacją istniejącego, niekorzystnego systemu. Problemy osób na „śmieciówkach” nie kończą się bowiem na oskładkowaniu. Nie mają prawa do urlopu, nie interesuje się nimi Państwowa Inspekcja Pracy, nie mają reprezentacji związkowej. Na Facebooku furorę robi hasło #czekamnaprzelew i taka jest często rzeczywistość osób na zleceniach, które z problemem wiecznie opóźniających się płatności muszą sobie radzić indywidualnie, bo żadna organizacja nie ma umocowania prawnego, by występować w ich imieniu. Umów cywilnoprawnych nie obowiązują regulacje dotyczące minimalnego wynagrodzenia – co w przypadku utraty pracy może się przełożyć na brak zasiłku dla bezrobotnych. Odpowiednie oskładkowanie natomiast może uporządkować kwestię korzystania z urlopów macierzyńskich i ojcowskich w przypadku umów zlecenia.

Kluczową kwestią jest jednak to, by pracodawcy płacili składki oraz ponosili konsekwencje ich niepłacenia. Na razie zbyt często pracownicy dowiadują się o nieopłacaniu składek dopiero po fakcie. W ten sposób oszczędność wynikająca z niepłacenia składek ujawnia całą swą pozorność – bo generuje koszty społeczne przerzucane na system ochrony zdrowia i pomocy społecznej. Urlop wypoczynkowy, oczywistość ubezpieczenia chorobowego i minimalne wynagrodzenie zostały wymyślone, by te koszty społeczne ograniczać. Jakże łatwo się o tym zapomina.

Być może nie ma już powrotu do stabilizacji znanej z okresu kilkudziesięciu lat drugiej połowy XX w. – zresztą, nigdy nie była ona udziałem wszystkich. Nie znaczy to jednak, że lwią część ryzyka związanego z sytuacją na rynku ma się przerzucać na pracowników. Rosnąca elastyczność rodzi niepewność – a ta musi być równoważona bezpieczeństwem socjalnym.

Decyzja o oskładkowaniu umów cywilnoprawnych to ważna informacja dla związków zawodowych i ruchów społecznych – przecież to właśnie nasze postulaty zostały spełnione. My też możemy być wodą, która w końcu skruszy skałę.

Projekt rozporządzenia w sprawie materiału roślinnego przeznaczonego do reprodukcji (nazywany potocznie „rozporządzeniem o nasionach”) przedstawiony 6 maja 2013 r. przez Komisję Europejską od początku wzbudzał wiele zastrzeżeń wśród organizacji rolniczych i ekologicznych. (więcej…)

W Polsce ponad połowa osób w przedziale wiekowym 25-34 ciągle mieszka z rodzicami. Zyskały one sobie żartobliwy przydomek „gniazdowników” – od ptaków, których pisklęta po wykluciu nie są zdolne do samodzielnego życia i długo pozostają w gnieździe. Ile w tym jednak wygody i rodzinnych sentymentów, ile zaś braku wyboru? (więcej…)

Gospodarka oparta na wzroście dociera właśnie do swych granic. Ale czy istnieje dla niej alternatywa? (więcej…)

W stolicy Polski nie ma szczególnie licznego elektoratu PSL – znajdziemy tu za to muzeum, które dokumentuje historię ruchu ludowego. (więcej…)

Węgry stały się interesującym poligonem doświadczalnym polityki w dziedzinie integracji i migracji, zwłaszcza ze względu na tzw. „imigrację koetniczną” (osób pochodzenia węgierskiego urodzonych w innych krajach) oraz, naturalnie, migracje ludności z innych państw Unii Europejskej. Ten skomplikowany proces daje swoistą lekcję na temat wykluczenia i integracji. (więcej…)

Niewiele jest problemów, które budzą tak duże emocje jak polityka narkotykowa. Po jednej stronie sporu stoi większość polityków oraz część rodziców i nauczycieli, dążących do opóźnienia pierwszego kontaktu z marihuaną przez młodych, po drugiej – 3 miliony użytkowników rocznie, w tym osoby stosujące używkę z pobudek religijnych lub medycznych. Dziś przyłapanie na posiadaniu niewielkiej ilości używki może grozić złamaniem kariery zawodowej, blokadą szans na pracę w sferze publicznej, w przypadku recydywy – nawet więzieniem.

Obecne przepisy są uznaniowe i pozostawiają pole do interpretacji dla policji, prokuratury i sądów. Złapanie ze śladową ilością narkotyków np. w kieszeni nie jest przestępstwem, złapanie podczas palenia skręta – już tak. Czym jest śladowa ilość, tego nikt nie wie – w praktyce decyduje prokurator. Czasem można się wywinąć, mając kilka gram używki, innym razem jeden papieros może stanowić podstawę do wszczęcia śledztwa.

Dla policji łapanie dilerów, którzy po odpowiednich naciskach ujawnią źródło pochodzenia używki, jest łatwą okazją do podreperowania statystyk. Rozliczani z wykrywalności policjanci organizują patrole wokół popularnych klubów, w uczęszczanych przez uczniów i studentów parkach, w okolicach szkół wyższych i liceów. Na komisariatach dochodzi do szeregu nadużyć, nad którymi ciężko zapanować.

Fora internetowe pełne są przypadków, w których młode osoby skarżą się, że policja podrzucała (lub groziła im podrzuceniem) narkotyków przy okazji zatrzymań.

Paweł, 24 lata, wykształcenie wyższe. Luźny styl ubierania, raczej nieśmiały opowiada mi swoją historię. „Policjanci złapali mnie ze skrętem. Jednym. Duże miasto, sypialniana dzielnica. Na komisariacie rozebrano mnie do naga, kazano robić przysiady, na koniec proszono o ujawnienie skąd to mam. Na hurra wymyśliłem postać dilera, po serii ciosów w twarz zadanych przez funkcjonariusza. Spisali protokół i wypuścili. I tak miałem szczęście”.

Nie zawsze jest tak źle. 18-letni Marcin został złapany z niewielką ilością (waga wykazała 0,5 gram w torebce). Policjant, po uzyskaniu informacji, o zamówieniu narkotyków przez internet, odpuścił szukanie dilera. Za to zaproponował napisanie wniosku do prokuratora o umorzenie sprawy. Zadziałało. Marcin opuścił komisariat bez postawienia zarzutów.

Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Kancelaria w której pracuje znajoma prawniczka reprezentowała 23-letniego Piotra, złapanego na gorącym uczynku podczas palenia skręta z marihuaną. Proces ciągnie się od dwóch lat. Piotr zdążył w międzyczasie skończyć studia, a sąd po kolei uniewinnia go i skazuje, wyznaczając kolejne terminy rozpraw.

Zmiana obecnej polityki narkotykowej jest koniecznością. Potrzebne jest precyzyjne prawo, które nie oddaje losu tysięcy osób w ręce policjantów, sędziów i prokuratorów. Wojna z narkotykami to czysty populizm – nie uchronimy młodych ludzi od narkotyków, wsadzając ich do więzienia i odbierając im szanse na podjęcie pracy. „Skazywanie na odwyk” też nie jest rozwiązaniem. Wielu użytkowników nie ma problemu z uzależnieniem i nie potrzebuje pomocy medycznej, to strata czasu i to bardzo szkodliwa. Leczenie osób zdrowych jest pozbawione sensu.

Dlatego trzeba zbudować polityczną większość która zmieni obecne prawo antynarkotykoe. Wzorem mogą być przepisy czeskie. Opłaca się to wszystkim i co ważne, pozbawia dochodów świat przestępczy. Dziś często pierwszego skręta kupuje się od osób, które przy okazji zajmują się kradzieżami czy rozbojami. Prawo do własnej hodowli kilku krzaków byłoby dla nich dotkliwym ciosem.

Ważne też, aby ta debata była prowadzona z odpowiednią powagą i była wolna od demagogii. Oddajmy głos osobom, które są ofiarami restrykcyjnych przepisów, zaprośmy do dyskusji prawników, terapeutów, odsiewajmy głosy oparte na czystych emocjach, piętnujmy ignorancję, edukujmy (również rodziców, którzy często dowiadując się o paleniu marihuany czy haszyszu przez ich dzieci, myślą że zawalił się ich świat). To wszystkim nam się opłaci.

Imiona osób, na które powołuję się w tekście, zostały zmienione.

Krzykliwa amerykańska reklama szczelinowania hydraulicznego doprowadziła do poszukiwań gazu łupkowego nie tylko w Polsce, ale również w wielu innych częściach świata. Bardzo często, podobnie jak w Polsce, jest to oparte na pustych obietnicach, pozorach naukowości i mglistej wiedzy o zasobach.

W półpustynnym regionie Karru w RPA wydano tzw. technical cooperation permits – zezwolenia na wstępne prace badawcze na około 350 tys. km2, co stanowi obszar większy od całego terytorium Polski, zaledwie czterem przedsiębiorstwom, w tym połowę holendersko-brytyjskiej firmie Royal Dutch Shell Inc. Jednym z udziałowców jest również korporacja Chevron, będąca partnerem kanadyjskiej firmy FALCON Oil & Gas Ltd.

Aktywiści ekologiczni zdołali doprowadzić do wprowadzenia moratorium na poszukiwania. Ten zakaz nadal obowiązuje, do czasu uchwalenia nowych przepisów, regulujących kwestie związane z poszukiwaniem gazu łupkowego. Projekt takich uregulowań prawnych rząd RPA przedstawił 10 października 2013 r., sygnalizując jednocześnie poparcie dla projektów wydobycia gazu łupkowego. Nie wydano na razie żadnych koncesji, nie odbywa się szczelinowanie. Naukowcy obawiają się skażenia skąpych zasobów wody gruntowej, a także pytają, skąd ma pochodzić woda do szczelinowania, skoro w tej części Afryki już występują poważne jej niedobory. Powstała i coraz bardziej rośnie w siłę nowa, trudna przedtem do wyobrażenia, koalicja białych właścicieli ziemskich i nowych, czarnych farmerów. Łączy ich obawa o to, że szczelinowanie hydrauliczne zagrozi rolnictwu, od którego zależy ich byt. Przygotowują alternatywne plany rozwoju dla swojego regionu.
Karru4
Gdyby wierzyć retoryce globalnego przemysłu naftowego i gazowego, południowoafrykańskie Karru powinna już ogarnąć gorączka złota. Setki tysięcy nowych miejsc pracy, powstające jak grzyby po deszczu nowe, bogate miasta. Ten biedny, zaściankowy, najbardziej wysunięty na południe skrawek afrykańskiego kontynentu, w końcu by rozkwitł i zapewnił całemu narodowi tanią, występującą w ogromnych ilościach i czystą energię…

Ale nic z tych rzeczy. Geolodzy wiedzieli od zawsze, że bezkresna, zbudowana ze skał osadowych kotlina Karru kryje ogromne ilości ropy i gazu. Ambitny plan wierceń, który powstał w celu przełamania światowego bojkotu okrutnego systemu apartheidu, zakończył się całkowitym niepowodzeniem. Kilka szybów wyrzucało z siebie gaz przez kilka godzin – a następnie zamarło. Karru położone jest na szczelnych skałach łupkowych, które nie uwalniają łatwo swojej zawartości. Otwory wiertnicze zostały zatkane, a potem zapomniane.

Zapomniane aż do dzisiejszej amerykańskiej rewolucji łupkowej. Wraz z nowymi technologiami wierceń poziomych i szczelinowania hydraulicznego, tego rodzaju niekonwencjonalne zasoby gazu stały się nagle bardziej dostępne. Amerykańscy geolodzy obliczyli, że na terenie Republiki Południowej Afryki znajduje się gigantyczna ilość 17 bilionów metrów sześciennych gazu naturalnego, piąte pod względem wielkości zasoby na świecie. Według grupy badawczej Econometrix, której siedziba znajduje się w Johannesburgu, rozwinięcie wydobycia takiej ilości gazu mogłoby oznaczać powstanie aż 700.000 nowych miejsc pracy. Wkrótce wiele międzynarodowych przedsiębiorstw, takich jak Shell, Chevron i Chespeake, zaczęło ubiegać się o prawo do poszukiwania gazu łupkowego w Karru, na obszarze o wielkości prawie takiej jak Polska.

Jak zwykle, nie było prawie konsultacji z właścicielami ziemi i władzami lokalnymi. Gdy zobaczyli oni przemierzające Karru samochody firm wydobywczych, wielu z nich pierwszy raz w życiu usłyszało o szczelinowaniu.

Karru2Szczelinowane? Takiego słowa nie było wówczas w słownictwie używanym w Karru. Teraz, przedsiębiorstwa naftowe i gazowe musiały zaprosić ich na konsultacje. To co usłyszeli, nie przekonało ich w najmniejszym stopniu. Farmerzy byli zaniepokojeni. Skąd będzie pobierana woda, skoro ich zwierzęta cierpiały na skutek jej niedoborów na tym półpustynnym obszarze? I czy ich skąpe zasoby wody gruntowej nie zostaną zanieczyszczone? Tak jak w „Gaslandzie”, pouczającym filmie Josha Foxa – uświadomili sobie, że ich woda pitna może również stać się płynem łatwopalnym. Z wcześniejszych szybów do dzisiejszego dnia wycieka metan.

Farmerzy zrobili bardzo mądrą rzecz: wysłali małą delegację do USA, aby zobaczyć na własne oczy, jak wygląda wydobycie gazu łupkowego w tym kraju i porozmawiać mieszkańcami rejonów, gdzie to się odbywa. Dwaj rośli właściciele ziemi rolniczej z Karru wrócili z tej wyprawy zszokowani. Opowiedzieli o chorych zwierzętach, zniszczonych społecznościach i wyschniętej ziemi. Potężne lobby rolnicze poprosiło ekspertów o wyjaśnienie szczegółów. Ich prawnicy odkryli poważne błędy w procedurze prawnej. W sprawę włączyły się lokalne i krajowe grupy społeczeństwa obywatelskiego i zaczęły informować ludzi o niebezpieczeństwach związanych ze szczelinowaniem. Nowi czarni farmerzy uświadomili sobie, że zagrozi ono rolnictwu stanowiącemu podstawę ich utrzymania. Po stuleciach apartheidu, ich farmy mogą nie produkować tyle, ile zaplanowali.

Lęk przed zniszczeniem środowiska, skażeniem wód gruntowych, kurzem i hałasem powodowanym przez ciężarówki, zjednoczył czarnych i białych właścicieli ziemskich w koalicji, która wydawała się niemożliwa. W kwietniu 2011 r. rząd RPA wprowadził moratorium na wydawanie koncesji na poszukiwanie i wydobycie ropy i gazu łupkowego na półpustynnych obszarach. Obowiązuje ono do dzisiejszego dnia. W międzyczasie rząd zorientował się, że nie ma odpowiednich uregulowań prawnych i wytycznych technicznych regulujących poszukiwania gazu łupkowego. Z tego powodu 23 sierpnia 2013 r. minister gospodarki wodnej zasugerowała, że wszystkie kwestie związane z użyciem wody w celu szczelinowania powinny znajdować się pod kontrolą jej ministerstwa. 15 października minister zasobów mineralnych przedstawił projekt przepisów technicznych dla poszukiwań i wydobycia ropy naftowej. Dopóki nie zostaną one uchwalone i nie zaczną obowiązywać, poszukiwanie gazu łupkowego jest niezgodne z prawem.

Karru1Organizacje obywatelskie komentują obecnie te rządowe propozycje wytycznych. Niektóre z nich zapowiadają nawet podanie rządu do sądu. Lecz być może jeszcze większym zagrożeniem dla perspektyw poszukiwań i wydobycia gazu łupkowego w RPA jest wydane niedawno oświadczenie rządu, że zamierza zapewnić sobie 20% udziałów w firmach wydobywających gaz łupkowy w Karru i prawo do kupna następnych 30% udziałów po cenach rynkowych. Te warunki sprawiają, że wydaje się mało prawdopodobne, aby przemysł gazowy, który już ponosi straty z powodu szczelinowania w USA, rzeczywiście zdecydował się na nowe przedsięwzięcie w oddalonym Karru. Tutaj produkcja jest o wiele bardziej kosztowna, ponieważ cała infrastruktura , taka jak drogi, rurociągi itd., musiałyby zostać zbudowana od zera, podczas gdy pozostają poważne wątpliwości co do tego, czy istnieją w ogóle wystarczające zasoby gazu, którego wydobycie byłoby ekonomicznie opłacalne.

Każde złoże gazu łupkowego jest inne. Lecz Karru jest jeszcze bardziej unikalne w porównaniu z innymi miejscami, gdzie prowadzi się poszukiwania gazu łupkowego. W okresie wczesnej jury, około 183 milionów lat temu, ogromne ilości magmy wdarły się do kotliny Karru i utworzyły szeroką siatkę skał wulkanicznych, które podgrzały łupki w Karru. Dzisiaj nadal powierzchnia Karru usiana jest tymi skałami. Duża część gazu łupkowego istniejącego w tamtym czasie została następnie wyemitowana do atmosfery, powodując potężne globalne ocieplenie o około 6 st. Celsjusza, które doprowadziło do masowego wymierania życia na Ziemi w okresie wczesnojurajskim. Nie wolno nam dopuścić do tego, aby Karru znowu stało się przyczyną następnej globalnej katastrofy.

Mam znajomego, który pochodzi z dość opresyjnego, homofobicznego państwa. Po kilku latach mieszkania w Wielkiej Brytanii w końcu postanowił wyjść z szafy i ujawnić swój homoseksualizm. Większość znajomych przyjęła to z życzliwością i wsparciem, wyjątkiem był jeden kolega, który oświadczył, że on w to nie wierzy i że mój znajomy „na pewno” gejem nie jest. Pikanterii dodaje temu fakt, że ów kolega sam jest homoseksualistą.

Ta historia przypomniała mi się, gdy polski Sąd Najwyższy odmówił uznania narodowości śląskiej. Kraj, w którym tożsamość narodowa przenika politykę, kulturę i praktykę życia społecznego do samego rdzenia, odmówił innemu narodowi prawa do własnej tożsamości. Polska tożsamość narodowa jest uprawniona, śląska nie. Zachowując wszelkie proporcje, również w przypadku rejestracji w Polsce pastafarianizmu uznano, że nie spełnia on warunków, by zostać uznany jako religia. Kościół katolicki oczywiście spełnia i na dodatek – co się będziemy czarować – gdy obserwuje się praktykę polityki w Polsce, można by uznać, że według władzy jest jedynym kościołem, który powinien w Polsce istnieć.

Uznanie przez polski sąd, że Ślązaków nie ma, jest nie tylko głupie i złe, ale w dłuższym horyzoncie czasowym może mieć bardzo nieprzyjemne skutki. Wzburzony decyzją sądu, Szczepan Twardoch napisał na portalu społecznościowym trzy słowa, które z kolei zdenerwowały polskich patriotów/nacjonalistów. W artykule dla „Dziennika Zachodniego” Twardoch tłumaczy, dlaczego napisał, co napisał. Pod tezami tego artykułu w zasadzie mógłbym się podpisać. Szczególnie ważny moim zdaniem fragment brzmi tak:

„Tożsamość śląska dopiero buduje się w nowoczesnej formie. Im więcej wrogiego nastawienia Polski, tym silniejszym elementem tej tożsamości będzie antypolski resentyment. Jestem związany z polską kulturą, z polskim językiem i wolałbym, aby Polska była raczej opiekunką śląskości, niż jej wrogiem. Zamiast tego spotykamy się z połączeniem ignorancji i arogancji, w którym zwykle dominuje ignorancja. To całkowita nieznajomość Śląska, centralno-polskie niezrozumienie kwestii narodowościowych. Polakom wychowanym w świecie homogenicznym etnicznie wydaje się, że narodowość jest przyrodzona jak kolor oczu”.

Twardoch pisze wprost, że narodowość NIE jest przyrodzona, jest kulturowym wyborem. Niestety, wśród komentarzy widać, że jego przewidywania o narastającym antypolskim nastawieniu wśród Ślązaków już się ujawniają, co gorsza, tożsamość śląska zaczyna się budować jako odbicie polskiego nacjonalizmu. Odwołania do „prawdziwej, etnicznej śląskości” stają się coraz mocniejsze, pojawiają się nawet homofobiczne komentarze, w zupełnie absurdalny sposób sugerujący, jakoby ta „zepsuta moralnie Polska” miała za chwilę zalegalizować związki partnerskie, a nie chce zalegalizować narodu śląskiego… Nie jestem specjalnym wielbicielem polskiego nacjonalizmu/patriotyzmu, nie bardzo więc rozumiem, dlaczego miałbym polubić nacjonalizm śląski, jeśli będzie on różnił się od polskiego jedynie kolorem flagi.

Jak już jesteśmy przy „wychodzeniu z szafy”, to ujawnię moje własne etniczne pochodzenie. Jestem pół-Ślązakiem (mama była Polką). Z tego, co wiem, część mojej śląskiej rodziny przybyła w XVIII w. z Czech, reszta mieszkała w okolicach Tarnowskich Gór w tym czasie. Znaczy – jestem kundel. Mój tata był Ślązakiem i za takiego się uważał. Gdy na początku lat 80. znajomi wyjeżdżali do RFN, ojciec zdecydowanie odmówił: „Ani Niemcy, ani Polacy mnie z mojej ziemi nie wyrzucą”. Jego śląskość była apolityczna. Nigdy nie należał do PZPR, ale też nie zapisał się do Solidarności, była też inkluzywna (w końcu ożenił się z Polką). Mój ojciec myślał o Śląsku w kategorii ziemi, nigdy krwi. Ziemi, na której mieszkają wspólnie różni ludzie. Śląskość, jaką przeżywał mój ojciec, była oparta o terytorium i rodzinę – moją ulubioną opowieścią (pewnie trochę podkolorowaną), jest historia wujka Huberta, który zaczął wojnę w mundurze Wehrmachtu (jak wszyscy mężczyźni ze śląskiej strony mojej rodziny), skończył w mundurze armii Andersa, ale po drodze przechodził kilka razy z jednej strony na drugą. Powód? Jak sam mówił – „Miałem w domu młodą żonę, przyłączałem się do tych, którzy szli w tamtym kierunku”.

Fakt, że wychowałem się na Śląsku, ma dla mnie znaczenie, jest częścią tego, kim jestem. Wychowałem się w polskim języku, a polsko-śląskiej kulturze, w mocnym śląskim systemie wartości. Nie mam ze swoją tożsamością problemu, gdybym uważał kwestię narodową za istotną, pewnie bym się jako Ślązak określał (zrobiłem to zresztą w ostatnim spisie powszechnym).

Oczywistym jest jednak fakt, że na to, kim jestem, wpływa mnóstwo innych czynników. To, że od ponad 11 lat mieszkam za granicą, też ma tu oczywiście znaczenie.

Od dłuższego czasu jestem sceptyczny wobec polityki budowanej na narracjach tożsamościowych. Bardziej przekonuje mnie myślenie i polityka oparta na praktyce wspólnego życia, w tym przypadku – wspólnego życia na Śląsku, w określonych uwarunkowaniach przestrzennych, społecznych, ekonomicznych oraz kulturowych. Nie znaczy to oczywiście, że tożsamość i oparta na niej polityka jest zawsze błędna. Wręcz przeciwnie, może być ważnym i skutecznym narzędziem budowania podmiotu politycznego, umiarkowanie (nigdy do końca) bezpiecznym, gdy dotyczy grup zmarginalizowanych i słabych. Pozwala „pomyśleć” wspólnotę, nie zamykać się w swoim jednostkowym doświadczeniu. Nawet jednak w takim przypadku musi zakładać otwartość i uniwersalistyczny horyzont, w przeciwnym razie łatwo degeneruje się w ekskluzywny klub „prawdziwków” („prawdziwych” Polaków/Ślązaków/Katolików itp.).

Z mojego, umiarkowanie zainteresowanego tą akurat kwestią, punktu widzenia, decyzja Sądu Najwyższego w sprawie narodowości śląskiej jest kolejnym elementem układanki pod tytułem „państwo polskie boi się i nie lubi własnych obywateli”. Ja wiem, że o groźbie faszyzmu mówi się zbyt wiele, że to ostrzeganie już w zasadzie nie działa. Polska polityka jest jednak oparta o tożsamości i emocje (katolickie, narodowe, smoleńskie, anty-pisowskie itp.) i przez te filtry mówi i dotyka praktyki codziennego życia. Co staje się coraz bardziej nie do wytrzymania. Dlatego potrzebny jest lewicowy Front Ludowy, zdolny do odwrócenia tej perspektywy i oparcia polityki o doświadczenie i praktykę życia codziennego mieszkających w Polsce ludzi. Dla rządu Frontu Ludowego uznanie istnienia narodu śląskiego nie powinno stanowić żadnego problemu. To prawica ma obsesję na punkcie tożsamości, dla lewicy to fragment znacznie większej struktury. Nie ma potrzeby, by państwo się w te kwestie szczególnie angażowało.

Pierwotna wersja artykułu ukazała się na blogu autora.

Seriale zza oceanu obwieszczają koniec „amerykańskiego snu” – czy może wręcz przeciwnie, po prostu pokazują go nam bez idealistycznych złudzeń? Bartłomiej Kozek o serialach „Newsroom” i „House of Cards”. (więcej…)