Nowoczesna demokracja przedstawicielska nie sprzyja zajmowaniu się wyzwaniami środowiskowymi. Potrzebujemy nowych instytucji politycznych, zdolnych do zajmowania się długoterminowymi zagadnieniami – przekonuje prof. Dominique Bourg w rozmowie z Julienem Bonnetem z francuskiego magazynu „Sciences Humaines”.
Julien Bonnet: Ekologia polityczna pojawiła się w latach 70., ale jak dotąd nie odcisnęła wyraźnego śladu w wielkich demokracjach, gdzie zdają się przeważać interesy krótkoterminowe i indywidualna gratyfikacja. Czy ekologia i demokracja są sobie zasadniczo przeciwstawne?
Dominique Bourg: To prawda, że istnieje pewna niekompatybilność między ekologią i naszymi demokracjami w ich obecnej formie. Widzę dwa powody. Po pierwsze, mechanizm reprezentacji wyborczej: nasze wybrane władze są regularnie odpowiedzialne przed wyborcami, dając wyborcom władzę osądzania i kontrolowania ich działań. Wybrani, zatem, zwracają się do bezpośredniej świadomości obywatelskiej: każdy z nas jest uważany za najlepszego sędziego swojej własnej sytuacji w kwestii zobowiązań wobec społeczeństwa, poczucia dobrobytu i satysfakcji ekonomicznej.
Jednak kwestie środowiskowe nie są zauważane przez „bezpośrednią świadomość” obywateli. Postrzegamy codzienne zmiany w pogodzie, ale nie zauważamy średnich długoterminowych zmian temperatury czy zwiększającego się niedoboru zasobów globalnych. Trudno zatem, aby proces wyborczy brał pod uwagę kwestie środowiskowe: są zbyt abstrakcyjne i odległe.
Po drugie, istnieje problem w kwestii celu końcowego. Rząd reprezentacyjny, jak wskazywali pod koniec XVIII w. pisarze tacy jak Benjamin Constant, powinien interweniować, chroniąc indywidualne prawa. Dla współczesnych filozofów funkcją rządu jest raczej wkład w maksymalizację indywidualnych interesów i ułatwianie handlu między państwami. To bardzo indywidualistyczne i ekonomiczne podejście było odpowiednie w świecie, w którym wzrost produkcji i konsumpcji nie miał wyraźnych limitów. Dziś, jednakże, w świecie ograniczonych zasobów, gdzie aktywność ludzka zagraża globalnej równowadze, takie myślenie jest przestarzałe.
JB: Czy to oznacza, że ekologia może potrzebować minimalistycznych autorytarnych ram, „dobrowolnej dyktatury”? Na przykład Hans Jonas sugeruje utworzenie niezależnej od wyborów Rady Mędrców, aby zapewnić, że nasze wybory polityczne nie zagrożą przyszłym pokoleniom…
DB: To prawda, Hans Jonas popierał „dobrowolną i oświeconą tyranię”, wariację na temat platońskiej „Nocnej Rady”. Miałaby ona działać w sposób tajny, niezależnie od kontroli i ograniczeń cyklu wyborczego. Jego ideą było stworzenie Rady Mędrców, odpowiedzialnych za uratowanie świata. W mojej opinii, ta idea nie będzie działać, bo po prostu taka izolowana, obradująca za zamkniętymi drzwiami rada dramatycznie odcięłaby się od ludzi i spowodowała przemoc, wewnętrznie (między mędrcami) i zewnętrznie, w społeczeństwie, gdzie szybko stałaby się niepopularna. Zatem, problemy ekologiczne można autentycznie i skutecznie rozwiązywać jedynie w demokratycznych ramach. Uważam, że autorytaryzm jest zagrożeniem naszych demokracji, jeżeli problemy ekologiczne pogłębią się i jeżeli szybko się nimi nie zajmiemy.
JB: Idea Rady Mędrców zapewniająca dobrobyt przyszłych pokoleń mogłaby także znaleźć miejsce w demokratycznych ramach, czyż nie? Np. według modelu Francuskiej Rady Konstytucyjnej czy amerykańskiego Sądu Najwyższego. Czy wówczas popierałby pan tę ideę?
DB: Francuski filozof Pierre Rosanvallon zasugerował „Akademię Przyszłości”, składającą się z naukowców, filozofów i przedstawicieli społeczeństwa. Wadą tego rodzaju instytucji jest brak wyborczego mandatu, co w mojej opinii, ogranicza ich władzę.
Natomiast musimy liczyć się z tym, że wyborcze uprawomocnienie nieuchronnie prowadzi do polityki opartej na grze między partiami, której logika jest niekompatybilna z ochroną środowiska. Poza tym rodzajem instytucji, zarekomendowałbym utworzenie wyższej izby zawierającej kreatywną metodę mianowania. W systemie przedstawicielskim izba wyższa tradycyjnie miała chronić interesy przeszłości, być obsadzana przez ludzi skłonnych do myślenia w dłuższym horyzoncie: oparta na dziedziczeniu czy dłuższej kadencji niż w izbie niższej. Izby wyższe skłaniają się ku status quo i tradycji.
Tymczasem teraźniejszość jest odpowiednio reprezentowana przez niższą izbę współczesnych parlamentów. Krótkie kadencje powodują, że wybrani reprezentanci niechętnie przeprowadzają ryzykowne politycznie zmiany, które byłby z korzyścią dla przyszłych wyborców, których jeszcze nie ma. Przeszłość i teraźniejszość mają swój głos, ale przyszłość jest we współczesnych demokracjach niedoreprezentowana.
Dlatego proponuję, aby izbie wyższej powierzyć strzeżenie przyszłości zamiast przeszłości. Wyższa izba skorzystałaby na pewnej formie reprezentacji i miałaby prawo weta wobec praw wprowadzanych przez niższą izbę.
JB: Ogólnie mówiąc, problem ekologiczny wymaga według pana gruntownej zmiany struktury naszych instytucji…
DB: Obok tego, że działają w krótkoterminowym cyklu wyborczym, współczesne instytucje demokratyczne zostały stworzone do tego, by chronić lokalne i narodowe terytorium. A kwestie środowiskowe z zasady przekraczają granice i nie mają granic. Współczesne instytucje muszą zatem być poszerzone, aby sprostać nowym wyzwaniom. Podobnie jak Rosanvallon zakładam że potrzebujemy odnowić i przemyśleć ponownie rolę państwa w ochronie dziedzictwa. W ostatnich dekadach, ta podstawowa funkcja państwa – zapewnienia istnienia narodowej społeczności w obliczu potencjalnych wrogów – doświadczyła pojedynczego poszerzenia: obecnemu i przyszłemu dobrobytowi państwa zagraża ludzka kontrola nad biosferą wraz z jej mechanizmami. W efekcie odpowiedzialność państwa ma nowe wyzwanie: przewidywanie i zapobieganie przyszłym nieodwracalnym degradacjom, nawet jeżeli nakłada to poważne ograniczenia na teraźniejszość.
JB: Poza wymyśloną na nowo izbą wyższą na jakich innych mechanizmach powinna polegać ekologiczna demokracja?
DB: Potrzebowalibyśmy mieszanego systemu, włączającego nowe instytucje w zrównoważony rozwój. Mechanizmy demokracji partycypacyjnej i opiniodawczej są dobrymi środkami poprawy systemu przedstawicielskiego. Pierwsze podejście pozwala na skuteczne uczestnictwo obywateli w konkretnych decyzjach. Jednak w przeciwieństwie do wybranych władz w systemie „przedstawicielskim” obywatele mogą kształtować publiczne decyzje w sposób niezależny, ponieważ przed nikim nie odpowiadają. Nieobecność mandatu sprzyja oddzieleniu od nabytych praw. Demokracja deliberatywna, która aktywnie włącza reprezentantów organizacji pozarządowych i ekspertów ds. polityki publicznej, promuje odpowiedzialność środowiskową w obliczu naciskających wyzwań ekonomicznych i społecznych. Organizacje pozarządowe mają tym większą legitymizację, im bardziej działają międzynarodowo i w ramach terytoriów zdefiniowanych przez kwestie środowiskowe. Oferują bezpośredni kontakt z szeroko rozproszonymi populacjami oraz ważną wiedzę ekspercką na polu ekologii.
JB: Demokracja partycypacyjna tradycyjnie działa na poziomie lokalnym: sądy obywatelskie, głosowania nad budżetem sąsiedztwa… Jak można użyć demokracji partycypacyjnej do odniesienia się do kwestii globalnych, jak ochrona środowiska?
DB: Miała już miejsce międzynarodowa Konferencja Obywatelska. 26 września 2009 r. odbyły się Globalne Konsultacje w sprawie zmian klimatu. Wzięło w nich udział 4.000 obywateli z 38 krajów. Wezwanie do działania było spójne pomiędzy krajami: rozwiniętymi, rozwijającymi się i pojawiającymi się. Uzyskano konsensus w kwestii konieczności obniżenia emisji gazów cieplarnianych we wszystkich krajach (w różnym stopniu, zależnie od poziomu rozwoju danego kraju) i sankcji za niezastosowanie się. Jest zatem możliwe stworzenie paneli ludzi z różnych krajów zogniskowanych wokół wspólnego tematu. Społeczeństwo obywatelskie cieszy się wysoką prawomocnością w oczach opinii publicznej, rekomendacje wypracowane w takich procedurach partycypacyjnych mogą być użyteczną przeciwwagą dla decyzji pochodzących od tradycyjnych instytucji.
JB: Mimo wszystko rozważania nad kwestiami środowiskowymi wymagają ze strony uczestników minimum wiedzy. Ponieważ kwestie środowiskowe są bardzo techniczne, widzimy jak eksperci i naukowcy niszczą debatę publiczną. Jak można tego uniknąć?
DB: Moje stanowisko jest jasne: obywatele nie mają działać jako eksperci w zbieraniu i tworzeniu danych. W kwestii kreacjonizmu czy sceptycyzmu klimatycznego niedopuszczalne byłoby, gdyby poszczególne osoby, które nie są zaangażowane w rozwój wiedzy naukowej przez światową społeczność tysięcy badaczy, pozwalały sobie na używanie mediów do ich dezawuowania. Zbieranie danych należy pozostawić specjalistom i systemowi wzajemnej weryfikacji (peer-review). Gdy dane naukowe są już znane, rolą IPPCC jest dokładne przekazanie ich do debaty publicznej. Kluczowe jest, aby wyborcy byli konsultowani w sprawach decyzji politycznych w oparciu o porządne dane dostarczane przez naukowców.
JB: Rozumiem, jak jednak można prosić wyborców o podejmowanie decyzji w kwestiach, w których nie mają wiedzy naukowej?
DB: Demokracja wymaga edukacji. Z jednej strony, prasa ma do odegrania ważną rolę w demokratyzacji wiedzy naukowej na arenie publicznej. Z drugiej strony, gdy mechanizmy partycypacyjne wymagają odniesienia się do konkretnych debat, należy dostarczyć uczestnikom i uczestniczkom technicznej wiedzy, aby deliberacja była autentyczna.
JB: Wróćmy na koniec do poziomu międzynarodowego. Wydaje się pan mieć sporo zaufania do państw, mimo faktu, iż w Kopenhadze nie udało im się osiągnąć kolektywnej decyzji w kwestiach globalnych.
DB: Kryzys finansowy i gospodarczy jasno pokazał, że państwo jest jedynym ciałem, które może zachować i promować ogólne interesy. Państwo strzeże hierarchii i zapobiega temu, aby część społeczeństwa wykorzystywała inną dla własnych korzyści. Jako gwarant wspólnego interesu i jako instytucja bliska wyborcom państwo pozostaje istotne. Jednak ponieważ większość problemów środowiskowych nie jest zamknięta w granicach państw – zanieczyszczenie rzeki w jednym państwie może uderzać w inne, a atmosfera jest globalna – należy utworzyć ponadnarodowe instytucje i je wzmocnić.
Przykład Unii Europejskiej jest interesujący i, w mojej opinii, Komisja była efektywna w wielu kwestiach środowiskowych. Gdy wkraczamy w XXI wiek, UE reguluje liczne substancje zanieczyszczające powietrze i groźne chemikalia, które zanieczyszczają nasze środowisko. Tworzy dyrektywy, które chronią migrujące gatunki, zarządza jakością wód wewnętrznych i przybrzeżnych… Ten rodzaj ponadnarodowej organizacji pokazuje, że możliwe jest ograniczanie suwerenności narodowej na niektórych obszarach.
Artykuł For an Ecological Democracy ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Tomasz Szustek.
Wystawa „Mit Galicji” w krakowskim Międzynarodowym Centrum Kultury próbuje zmierzyć się z wizją po trosze historycznej, po trosze wyobrażonej krainy. Na ile jej się to udaje? (więcej…)
Ubóstwo oraz kryzys ekologiczny są różnymi symptomami tego samego problemu, z jakim zmaga się Europa i świat. Jedynie odpowiedzialne zobowiązania, opierające się na sprawiedliwości społecznej, ekorozwoju oraz trwałości mogą zapewnić nam bezpieczną przyszłość. Na przykładzie Portugalii widać, przed jakimi wyzwaniami stoi cały świat.
Mało czasu na wielkie zmiany
Szczyt klimatyczny ONZ COP20, który odbył się w grudniu 2014 r. w Limie i miał na celu przygotowanie nowego, globalnego porozumienia klimatycznego, mającego zastąpić protokół z Kioto, na konferencję klimatyczną w Paryżu w listopadzie 2015 r., była prawdopodobnie ostatnią okazją do osiągnięcia porozumienia w tej palącej sprawie.
Znamy rozliczne obietnice, ślepe uliczki i porażki, jakich byliśmy świadkami w trakcie procesu negocjacyjnego – pora przestać je tolerować. Tak uznali uczestnicy i uczestniczki demonstracji, które odbyły się 21 września na całym świecie. Miliony ludzi wyszły na ulice, domagając się działań na rzecz ocalenia planety oraz jej lepszej przyszłości.
Nie ma wymówek
Konferencja w Limie odbywała się w szczególnym kontekście.
Niepewność nie jest już żadnym alibi. Dowody naukowe wskazują jasno, że zmiany klimatu są realnie dziejącym się zjawiskiem, spowodowanym przede wszystkim wywoływanymi przez człowieka emisjami gazów cieplarnianych. Najnowszy raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC) z kwietnia 2014 r. stanowi solidną, naukową podbudowę, o której powinniśmy zawsze pamiętać.
Dotychczasowe podejście do tematu przyniosło nam znaczące koszty ekonomiczne, społeczne i ludzkie. Potrzeba nam inwestycji w zmniejszanie emisji oraz dostosowanie się do już zachodzących zmian. (Nicholas Stern, „A Blueprint For a Safer Planet: How to Manage Climate Change and Create a New Era of Progress and Prosperity”).
Zanieczyszczenie środowiska oraz utrata bioróżnorodności już dziś przyjmują olbrzymie, trudne do oszacowania rozmiary. („The Living Planet Report”, wrzesień 2014).
Wzrost liczby uchodźców klimatycznych oraz poziomu zagrożenia terrorystycznego powinny być wystarczającymi powodami do tego, by przejść na myślenie o wolnej od paliw kopalnych, zrównoważonej energetyce.
Mówiąc wprost – jedyną drogą ucieczki z niebezpiecznej sytuacji, sprowokowanej przez kryzys finansowy oraz ekologiczny, charakteryzującej się biedą, rosnącymi nierównościami oraz zniszczeniem środowiska, jest dla ludzkości obranie radykalnie odmiennego kierunku politycznego, opartego na ideałach sprawiedliwości społecznej, ekorozwoju oraz trwałości.
Różne sygnały, ten sam problem
Portugalska rzeczywistość w kwestiach związanych ze zmianami klimatu jest niezwykle złożona, dokładając do ich ogólnego obrazu kwestie związane z zasobami wodnymi, stanem obszarów przybrzeżnych, zdrowiem publicznym, glebą, lasami, rolnictwem, bioróżnorodnością, oceanami oraz rybołówstwem.
Scenariusze oraz już zaobserwowane zmiany, wpisane do modeli prognostycznych dla Półwyspu Iberyjskiego, są bardzo niepokojące (F.D.Santos, K. Forbes, R. Moita (red.), „Climate Change in Portugal Scenarios, Impacts and Adaptations Measures”, SIAM PROJECT I, 2002. W przygotowaniu raport SIAM II). Sytuację w Portugalii pogarsza dodatkowo fatalna polityka, warunki geograficzne w kraju oraz wpływ atlantyckiego frontu oceanicznego. Zmiany klimatu stają się ogólnonarodowym problemem, z którym musimy się zmierzyć.
Poniższe zjawiska nie tylko są prognozowane, ale też zauważane już dzisiaj:
Wzrost temperatur, w tym tych skrajnych, wraz z powiązanym z tym wzrostem zachorowań oraz zgonów. Ekstremalne zjawiska pogodowe przybierają na natężeniu. Spodziewać się będzie można silniejszych opadów w określonych okresach i obszarach, prowadzących do częstszego występowania powodzi oraz zniszczeń materialnych, przeplatanych zdarzającymi się częściej niż do tej pory okresami susz. Efektem tego stanu rzeczy będzie pogorszenie jakości wody pitnej, kurczenie się jej zasobów w niektórych rejonach kraju, jak również nowe choroby.
Degradacja gleb, w tym ich erozja. Wraz z globalnym ociepleniem zanotujemy wzrost ryzyka pożarów w lasach, jak również rozprzestrzenianie się egzotycznych gatunków inwazyjnych (np. eukaliptusa).
Znaczące pogorszenie się jakości powietrza w wyniku zanieczyszczeń generowanych przez ruch drogowy oraz emisje przemysłowe, czemu towarzyszyć będą olbrzymie koszty ludzkie (pogarszanie się stanu zdrowia publicznego) oraz gospodarcze.
Ekstremalne zjawiska pogodowe wzdłuż brzegu Atlantyku, nad którym koncentruje się 80% ludności oraz aktywności ekonomicznej w kraju. Oznacza to ocieplanie się oraz podnoszenie poziomu wód oceanicznych, kurczenie się obszarów przybrzeżnych, coraz bardziej widoczne skutki coraz silniejszych fal, jak również zmiany w przybrzeżnych systemach przyrodniczych. Skutkiem będą straty gospodarcze (zarówno w obszarach miejskich, sektorze turystycznym jak i związane z kosztami ubezpieczeń), ale także ekologiczne – najbardziej znaczące obszary podmokłe, laguny czy siedliska roślin i zwierząt (część z nich chroniona międzynarodowymi konwencjami) zlokalizowana jest właśnie tam.
Debata bez debaty
Mimo skali zmian klimatu oraz związanych z nimi kosztów ekonomicznych oraz społecznych, Portugalia zdaje się pozostawać na uboczu debaty na ten temat. Rząd, media, parlament, instytucje publiczne, partie polityczne z prawa i z lewa, organizacje pozarządowe, związki zawodowe, przedsiębiorcy oraz uniwersytety pozostają skupione na krajowych dyskusjach, ignorując ten temat i toczącą się wokół niego międzynarodową dyskusję.
Raport Eurobarometru z 2014 r. dostarcza nam szeregu ciekawych i niejednoznacznych danych. Większość Europejek i Europejczyków uważa zmiany klimatu za istotny problem. Od roku 2011 odsetek ten uległ zmniejszeniu, wzrosła za to ilość respondentów, dla których bieda, głód czy brak dostępu do wody pitnej stały się głównymi powodami do zmartwień. Zaraz za tymi kwestiami pojawiają się nie zmiany klimatu, lecz sytuacja gospodarcza.
Trend ten widoczny jest szczególnie mocno w Portugalii, gdzie jedynie 6% ankietowanych uznaje kwestie klimatyczne za istotny problem. To najniższy wskaźnik w całej Unii Europejskiej.
Polityka cięć i zaciskania pasa oraz jej koszmarne skutki dla życia ludzi przesłoniły wszelkie inne tematy również w krajowej debacie. Retoryka poszczególnych partii politycznych – niezależnie od ich barw – skupia się na bezrobociu oraz wzroście gospodarczym. Dominuje spojrzenie krótkoterminowe. Coraz częściej powtarzane są przestarzałe slogany dotyczące ochrony środowiska, wedle których stanowi ona przeszkodę na drodze do dobrobytu (w tym wzrostu gospodarczego).
Pojawiają się jednak powody do nadziei, kiełkujące z przekonania, że działania na rzecz odmiennego niż do tej pory używania energii oraz walki ze zmianami klimatu mogą dla państw Unii Europejskiej skutkować wzrostem gospodarki i zatrudnienia. Choć zatem bieda oraz gospodarka zdają się pochłaniać wyobraźnię Europejek i Europejczyków, większość z nich skłonna jest zgodzić się z tezą, że polityka klimatyczna, zmniejszanie poziomów importu surowców energetycznych oraz poprawa efektywności energetycznej mogą przynieść istotne korzyści gospodarce. Opinia ta szczególnie mocna jest w Hiszpanii, Szwecji, Portugalii, na Malcie, w Irlandii, na Cyprze i w Grecji. Część z tych krajów została przez kryzys dotknięta szczególnie mocno.
Zmarnowana szansa
Wysiłki, podejmowane przed laty w Portugalii na rzecz rozwoju sektora energetyki odnawialnej, pomimo braku spójnej strategii politycznej, udowodniły swoją przydatność, przyczyniając się do zmniejszenia poziomu uzależnienia od zewnętrznych źródeł energii, zwiększając jednocześnie PKB oraz zatrudnienie w kraju. Wniosek ten wyłania się z opublikowanego niedawno raportu [6] promowanego przez ARPEN – Portugalskie Stowarzyszenie Energetyki Odnawialnej.
Odnawialne źródła energii (OZE) dziś zapewniają 27% używanej w Portugalii energii dzięki wykorzystaniu wiatru, wody, słońca czy biomasy. W samym roku 2013 przyczyniły się do powstania 40 tys. nowych miejsc pracy – to więcej niż w roku poprzednim. Aż 38 tys. z nich powstało w wyniku pośredniego wpływu OZE na inne sektory gospodarki. Wedle raportu można tu również mówić o innych znaczących korzyściach, takich jak wzrost gospodarczy, zmniejszenie uzależnienia energetycznego, poziomów emisji gazów cieplarnianych czy importu surowców energetycznych.
Można jednak zrobić w tej kwestii znacznie więcej. Wspomniany raport mówi o szansie na stworzenie do roku 2030 kolejnych 26 tys. miejsc pracy w sektorze, który może przyczynić się do poprawy warunków życia w kraju.
Z tego też powodu trudno zaakceptować fakt, że działania publiczne nakierowane na rozwój tego sektora zostały wstrzymane, a nawet wyrzucone do kosza. Część strategicznych segmentów gospodarki, takich jak energetyka, została sprywatyzowana w wyniku programu dostosowawczego narzuconego przez Trojkę i przejęta przez chińską korporację. Nie ma niczego mądrego w tym, że rząd naszego kraju, jak również władze unijne, narzucają mu program cięć i zaciskania pasa, stojący w sprzeczności z potrzebą dokonania niezbędnych inwestycji na rzecz wdrożenia programów publicznych umożliwiających poradzenie sobie z największymi stojącymi przed Portugalią i Europą wyzwaniami. Zmiany klimatu są jednym z takich wyzwań.
Sporo ambitnych, podejmowanych do tej pory działań zostało wstrzymanych – istnieje pilna potrzeba ich wznowienia oraz wzmocnienia, zarówno z perspektywy globalnych wyzwań, jak i dla poprawy jakości życia w kraju. Np. potrzeba nam dziś wsparcia dla stworzenia ekologicznego transportu publicznego, co zaciskanie pasa uniemożliwia. Niezbędne są narodowe projekty na rzecz oszczędzania energii oraz efektywności energetycznej w budownictwie, usługach, transporcie, sektorze publicznym, małym biznesie oraz przemyśle, co mogłoby przyczynić się do wzrostu PKB o dalszy 1 punkt procentowy oraz zmniejszyć zużycie i import energii o 30%. Musimy również zadbać o sektor OZE i o eksport w jego obrębie (jak również o to, by zyski nie trafiały w ręce wąskiej grupy) – wspierać jego olbrzymi potencjał, jeśli chodzi o warunki płacowe czy poprawę wykorzystania źródeł takich jak słońce czy geotermia, niedocenionych przez sektor prywatny. Nie możemy również zapomnieć o zrównoważonym użytkowaniu ziemi oraz lasów, skupiającym się nie na dochodach przemysłu papierniczego, lecz przede wszystkim na ochronie klimatu i bioróżnorodności.
Oto główne – ambitne i spójne – kierunki zmian, które powinniśmy wspierać na poziomie europejskiej, globalnym szczeblu oraz we własnym kraju, jeśli chcemy podjąć klimatyczne wyzwanie, utrzymać przywództwo w procesie przemian oraz spełnić swoje etyczne zobowiązania wobec przyszłych pokoleń. To również sposób na wyjście z głębokiego kryzysu społecznego, ekonomicznego i politycznego, w jakim przyszło nam dziś żyć.
By osiągnąć w tym procesie dobre wyniki, musimy zatroszczyć się o istnienie silnych przedsiębiorstw, wzmocnienie instytucji publicznych, udział społeczeństwa obywatelskiego oraz wymianę wiedzy i umiejętności. Potrzeba nam również stabilnego systemu badań, zaangażowania uczelni, jak również inwestycji w badania i rozwój. Niestety, dziś wszystkiego tego nam brakuje.
Ludzie robią różnicę
Nowe globalne porozumienie na rzecz ekorozwoju oraz powstrzymania zmian klimatu oznacza że nasze wzorce życia, produkcji oraz konsumpcji będą wymagać zmian politycznych, prawnych, edukacyjnych i fiskalnych. Wymagać również będzie (dzięki jego ładunkowi etycznemu oraz kulturowemu) dostępu do informacji, przejrzystości oraz partycypacji, nakierowanych na zmiany ludzkich postaw.
Rzeczą kluczową jest zmobilizowanie na rzecz tej sprawy każdej i każdego z nas. Nadszedł czas na mówienie otwartym tekstem na temat zmian klimatu, tłumaczenie ludziom – w zrozumiałym języku – wartości, przyczyn, wpływów oraz głębokich powiązań między różnymi problemami, które na pierwszy rzut oka wydają się niepowiązane i zdają się zachodzić w odległych zakątkach globu.
Skomplikowane zobowiązania, jakie społeczność międzynarodowa musi osiągnąć przed konferencją w Paryżu, jeśli chce zapewnić sukces globalnego projektu o wysokiej skuteczności, jasnym planie oraz czasie jego wdrażania, umożliwiającego nam wszystkim cieszenie się godnymi warunkami życia, w dużej mierze zależy dziś od naszej zdolności do wpływania na decydentów.
Niewielka grupa wielkich korporacji oraz niektórych krajów, które są największymi trucicielami, niewątpliwie będzie tu jedną z większych przeszkód, którą pokonać może jedynie presja globalnej opinii publicznej.
Nasza planeta jest zagrożona. Instytucje europejskie niestety wolą igrać z naszą przyszłością, marzeniami o niej oraz szansami na przetrwanie. Budzik już dzwoni. Czasu mamy coraz mniej.
Przejmijmy mikrofon i powiedzmy o naszych żądaniach i propozycjach. Nasza siła jest spora – stanowimy 99%. Walczymy o przetrwanie ludzkości niezależnie od tego, jak bardzo trudna jest to walka. Oto nasze zobowiązanie – zobowiązanie które trwać będzie tak długo, jak pozostaniemy aktywni i kreatywni. Wspólnymi siłami może się nam udać. Razem pokonamy tak kryzys społeczny, jak i klimatyczny. Jestem o tym przekonana.
Artykuł Poverty and the Climate Crisis are Two Sides of the Same Challenge ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.
Prawa cyfrowe to prawa człowieka w świecie nowoczesnych technologii – takich jak Internet. Znajdziemy wśród nich prawo do prywatności, wolność wypowiedzi oraz ochronę danych osobowych. Dotyczą one również kwestii własności intelektualnej oraz naszych możliwości dostępu, użytkowania i tworzenia mediów cyfrowych. Będziemy musieli bardzo uważnie patrzeć na szczegóły porozumienia, by zagwarantować, że TTIP nie przyczyni się do ograniczenia sporej części z tych praw.
Istotnym problemem związanym z tym porozumieniem handlowym był brak przejrzystości. Publikowane są ogólne podsumowania dotyczące poszczególnych rund negocjacyjnych, ale już nie stanowiska negocjacyjne. Ponieważ rozmowy odbywają się za zamkniętymi drzwiami, trudno o odpowiednią kontrolę ze strony opinii publicznej, mediów, parlamentarzystów czy społeczeństwa obywatelskiego.
Te materiały muszą zostać upublicznione. Nie możemy iść naprzód w procesie negocjacyjnym zakładającym, że pierwszym momentem, gdy szczegóły TTIP staną się jawne, będzie chwila opublikowania ostatecznej treści porozumienia, kiedy przepadnie już szansa na konstruktywny wkład w jego zawartość. Taka byłaby demokratyczna, akceptowalna forma negocjowania traktatów handlowych.
Biorąc pod uwagę aktualny poziom przejrzystości, w dużej mierze nie wiemy dokładnie, jakie są szczegóły tego, o czym mówi się i dyskutuje przy stole negocjacyjnym, jeśli chodzi o nasze prawa. Mimo to są obszary, w których zagrożenie dla nich wydaje się jasne.
Arbitraż inwestycyjny (ISDS) stanowi źródło niepokoju dla grup działających na rzecz praw cyfrowych. Pozwoliłby on zagranicznym koncernom skarżyć Unię Europejską lub poszczególne państwa członkowskie w wypadku przyjęcia przez nie praw, które uznałyby za zagrażające ich przyszłym zyskom. Aktywiści na rzecz praw cyfrowych działają na rzecz reformy praw autorskich oraz ochrony danych, które pozwoliłyby nam obronić naszą cyfrową kulturę oraz dane osobowe. Gdyby sztuka ta nam się udała, ISDS mógłby doprowadzić do tego, że nowe przepisy zostałyby zaskarżone przez międzynarodowe korporacje do działających niejawnie trybunałów arbitrażowych. Ustawodawcy mogliby zniechęcić się w ten sposób do przyjmowania zmian na lepsze w dziedzinie praw cyfrowych z lęku przed możliwością ich zaskarżenia za pomocą tego mechanizmu. ISDS powinien być wykluczony tak w TTIP, jak i innych porozumieniach handlowych.
TTIP może zagrażać naszemu prawu do prywatności oraz ochrony danych. W tym momencie europejska dyrektywa dotycząca ochrony danych stara się chronić naszą prywatność, zabraniając firmom przekazywania ich do krajów o niższym poziomie ich ochrony. Zewnętrzni odbiorcy danych osobowych europejskich obywatelek i obywateli – w tym Facebook i Google – podpisali jednak porozumienie Safe Harbour, wedle którego zadeklarowali, że ich standardy ochrony danych są równie wysokie, jak europejskie. Po tym jak Edward Snowden ujawnił, że amerykańskie służby wywiadowcze szpiegują obywatelki i obywateli UE, używając danych przechowywanych na terenie USA, Parlament Europejski przegłosował raport, wzywający państwa członkowskie do wstrzymania przesyłu danych do organizacji, z którymi zawarte zostało porozumienie Safe Harbour.
Stany Zjednoczone przedstawiły propozycję w rozdziale dotyczącym handlu elektronicznego, która zabraniałaby Unii Europejskiej wymagania przechowywania oraz przetwarzania danych osobowych na obszarze UE. Podczas gdy USA mogą widzieć ochronę danych osobowych jako barierę handlową, w Unii Europejskiej należy ona do katalogu praw podstawowych. Jeśli Europa zgodzi się na rezygnację z lokalizowania danych, pozbędziemy się jednego z narzędzi, umożliwiających nam decydowanie i kontrolowanie naszych danych i prywatności w świecie po Edwardzie Snowdenie.
USA i UE mają doświadczenia negocjowania międzynarodowych porozumień handlowych które zwiększały przywileje międzynarodowych korporacji kosztem reszty społeczeństwa w kwestiach związanych z prawami autorskimi. Musimy zawalczyć o to, by TTIP nie stanowił dalszego zagrożenia dla naszych praw związanych z wolnością wypowiedzi oraz dostępem do dóbr kultury. Nie brak doniesień o przedstawicielach przemysłu praw autorskich, składającym Komisji Europejskiej swoją „listę życzeń”, nad wdrożeniem której negocjujący w jej imieniu mają ponoć pracować.
Jak dotąd kwestie związane z prawami cyfrowymi nie stanowiły trzonu kampanii informującej o TTIP. Aktywistki i aktywiści na rzecz tych praw mają jednak obawy co do tego, jaki może być wpływ tego porozumienia handlowego na ważne dla nas wszystkich kwestie.
Tekst pochodzi z publikacji przygotowanej za zlecenie europosłanki Jean Lambert What’s wrong with TTIP.

Populizm odwołuje się do ludzkich uczuć, do serca, nie tylko umysłu. Zieloni mają tendencję do celowania w umysł, ale wszyscy wiemy, że największe ruchy wyszły od serca. Bas Eickhout w rozmowie z „Zielonym Magazynem Europejskim”. (więcej…)
„Agora Voting” to innowacyjny projekt, który za pośrednictwem wolnego oprogramowania umożliwia tworzenie sieci obywatelskich, umożliwiających bezpieczne głosowanie elektroniczne. Hiszpańscy Zieloni z partii EQUO współpracowali przy tym projekcie, przeprowadzając w tym kraju prawdziwy eksperyment z demokracją bezpośrednią. (więcej…)
Peter Knitsch opowiada „Zielonym Wiadomościom” o tym, jak ambitna polityka klimatyczna Nadrenii Północnej-Westfalii wpływa na powstawanie nowych miejsc pracy i innowacyjność przemysłu. (więcej…)
Głosowanie w wyborach jest w Belgii obowiązkowe. Mimo to coraz więcej ludzi z niego rezygnuje. Oznacza to, że głosy osób gorzej sytuowanych zaczynają być słabiej słyszane. Organizacje społeczne mogą jednak podejmować świadome kroki, by tematy społeczne nie znikały z debaty politycznej. Taką próbę podjęto niedawno we Flandrii.
Słabe głosy w kampanii wyborczej
Gdy rusza kampania, często warunki dyktują najsilniejsi. Czołowi politycy otrzymują dużo czasu antenowego, zaś organizacje dbające o interesy ekonomiczne najsilniejszych graczy mają uprzywilejowany dostęp do siedzib partyjnych. Oznacza to również, że potrzeby gorzej sytuowanych grup zaczynają znikać w medialnym szumie – chyba że ich tubą staną się organizacje pozarządowe.
Podczas niedawnych wyborów we Flandrii organizacje społeczeństwa obywatelskiego zorganizowały kampanię pod hasłem „Liczy się każdy głos”. Jej celem było wpłynięcie na debatę publiczną poprzez pracę z osobami zagrożonymi wykluczeniem społecznym. Wykorzystywano takie narzędzia jak wysuwanie postulatów politycznych, lobbing, konferencje prasowe, a także specjalna strona internetowa przypominająca, że „głosowanie to nie zabawa”.
Oddajmy głos samym organizatorom: „LICZY SIĘ KAŻDY GŁOS to projekt partycypacyjny, oferujący grupom gorzej sytuowanym przedwyborczą tubę. Pomagają one w tworzeniu propozycji programowych, które są ich zdaniem kluczowe w walce z biedą i wykluczeniem”. Kampania ta ma zatem na celu stworzenie w debacie publicznej przestrzeni, w której głos zabrać będą mogły również osoby w gorszej sytuacji społeczno-ekonomicznej. To im najbardziej grozi zniechęcenie polityką, niegłosowanie i poczucie opuszczenia przez polityków.
Z punktu widzenia społeczności
Tezę tę potwierdza Ilse Hackethal, dyrektorka Samenlevingsopbouw, organizacji społecznej, będącej jednym z najważniejszych filarów wspomnianej kampanii:
Pracownicy socjalni, organizacje młodzieżowe czy animatorzy społeczności lokalnych ciągle stykają się z ludźmi uważającymi, że politycy nie mają im nic do zaoferowania. Badania pokazują, że w roku 2012 aż 25% elektoratu nie głosowało. Tam gdzie mieszkam – w Borgerhout – wskaźnik ten wyniósł 35%. Boli mnie to. Oznacza to bowiem, że część osób, stojących ze mną w porannej kolejce po świeże pieczywo, matki i ojcowie odprowadzający swoje dzieci do bram szkoły, młodzi ludzie na przystanku tramwajowym czy część mych sąsiadów nie posiada swojej reprezentacji politycznej.
Każdego dnia w mieście, w którym żyję i pracuję, zauważam nierówności społeczne. Nie każdy żyje w mieszkaniu, które jest przystępne cenowo i w dobrym stanie, z odpowiednią liczbą pokojów dla swoich dzieci. Nie wszyscy młodzi mogą liczyć na zdobycie umiejętności w dziedzinach, którymi się interesują. Nie każdy radzi sobie z otaczającą go biurokracją. Jeśli chcemy zmierzyć się z tymi wyzwaniami, jest niezwykle istotne, by „zwykli ludzie” przekazywali swój punkt widzenia politykom. Niezależnie, czy chodzi o bezpieczeństwo osób poruszających się na rowerach, tanie budownictwo mieszkaniowe czy szkołę dla ich dzieci, ich głos się liczy. I robi różnicę.
Opierając się na dotychczasowych doświadczeniach naszej organizacji i naszych partnerów uważamy, że to bardzo ważne, by ludzie prezentowali swoje racje, zakasali rękawy i wspólnymi siłami szukali rozwiązania swoich problemów. By stali się aktywni i brali odpowiedzialność również za politykę. Za pośrednictwem projektu „Liczy się każdy głos” kilkanaście różnych organizacji postanowiło zasypać przepaść między życiem politycznym a codziennym, ludzkim doświadczeniem. Udało się.
Działanie dla zmiany
Brzmi nazbyt teoretycznie? Projekt miał z pewnością jeden widoczny rezultat – debaty polityczne z czołowymi graczami politycznymi, które odbyły się w 13 miastach. Sale wypełnione były ludźmi z różnych grup społecznych, którzy normalnie raczej nie wzięliby udziału w tego typu wydarzeniach. Osoby zagrożone wykluczeniem uważnie się do nich przygotowały, zabierały w ich trakcie głos oraz prezentowały swoje postulaty.
Samenlevingsopbouw stawia sobie za cel „wspieranie i wzmacnianie słabszych grup – tak, by wykorzystując własne zasoby mogły znaleźć rozwiązania lokalnych problemów, z jakimi się mierzą”. Na rzecz tego celu organizacja współpracuje z przeszło 200 innymi partnerami lokalnymi we Flandrii. Przeprowadzili oni wywiady z przeszło 8 tysiącami ludzi, rozmawiając z osobami, które najczęściej ignorują tradycyjną politykę i uważają polityków za osoby niedostępne. Na podstawie wspomnianych wywiadów przygotowali memorandum na temat istotnych tematów społecznych, którego kluczowymi hasłami była „solidarność” oraz „redystrybucja”.
Z dokumentem w ręku wybrali się do partyjnych siedzib oraz lokalnych kandydatek i kandydatów, lobbując m.in. za przejrzystym, sprawiedliwym systemem podatkowym, w którym najsilniejsze ramiona dźwigają największe ciężary. Uczestnicy projektu argumentowali, że środki publiczne powinny być wykorzystywane do inwestycji w powszechnie dostępne usługi publiczne wysokiej jakości, nowe, godne miejsca pracy, edukację zapobiegającą wykluczeniu społecznemu, tanie mieszkania oraz ochronę zdrowia.
Zmienianie perspektywy polityków
Aktywne kontakty z politykami oznaczają, że zarówno eksperci, jak i zwykli ludzie mogą z nimi porozmawiać na temat problemów, z którymi prawdopodobnie stykali się rzadko lub zgoła nigdy. W jaki sposób przeżyć z zasiłków? Ile paczek pieluch zużywa co miesiąc dwuletnie dziecko? Skąd wziąć pieniądze na drobne podarki do wręczenia w szkole? Jak, żyjąc w przeludnionym mieszkaniu, przypilnować odrobienia przez dzieci zadania domowego? Dla biorących udział w projekcie było to nie lada przeżycie. Okazało się, że politycy, decydujący o ważnych aspektach polityki społecznej byli wobec tych pytań równie bezbronni, co ludzie, którzy zadają je sobie każdego dnia.
Innym ważnym narzędziem była strona internetowa „Głosowanie to nie zabawa”. Zaprosiliśmy elektorat do poszerzenia wiedzy na temat wyzwań, którymi politycy powinni zająć się po wyborach. Za pomocą fotografii zaczepialiśmy osoby odwiedzające, sprawdzając ich wiedzę na temat problemów społecznych w kraju. Informowaliśmy również o pomysłach na ich przezwyciężenie, które zawarliśmy w memorandum i które zaproponowały poszczególne partie polityczne. Za pomocą umieszczania własnych fotografii odwiedzający mogli zagłosować na poszczególne propozycje.
Innym elementem projektu były rzucające się w oczy działania w przestrzeni publicznej (np. postawienie namiotu), mające zwracać uwagę na kwestie takie jak wysokie czynsze. Wiązały się one z jasnym przekazem – w tym wypadku z informowaniem, że przystępny dla przeciętnego portfela czynsz nie powinien pochłaniać więcej niż 1/3 dochodów gospodarstwa domowego.
Projekt „Liczy się każdy głos” pokazał, że ludzie z grup zagrożonych wykluczeniem społecznym mogą zostać zaangażowani w wybory, jeśli czują, że są traktowani poważnie, a ich głos jest zauważany i doceniany. Dla polityków stanowi to z kolei wyjątkową okazję do nawiązania konstruktywnego dialogu z grupami, do których ciężko byłoby im normalnie dotrzeć.
Artykuł Every vote counts: social themes on the political agenda ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.
Dzięki „zamkniętym czytelniom” europosłowie uzyskali lepszy dostęp do wybranych unijnych dokumentów w sprawie TTIP. Ale brak dokumentów strony amerykańskiej sprawia, że nasz obraz negocjacji jest połowiczny. (więcej…)
W ostatnich latach stale przybywa artykułów i książek poświęconych kryzysowi demokracji. Podobnie jeśli chodzi o publikacje na temat kryzysu ekologicznego. Nie towarzyszyła temu jednak dotąd świeża refleksja na temat wzajemnych powiązań między tymi dwoma kryzysami. Specjalne wydanie „Green European Journal” (Zielonego Magazynu Europejskiego) stawia sobie za cel, by to zmienić.
Chcemy przedyskutować kwestię podwójnego znaczenia „trwałego rozwoju demokracji” – zdolności systemów demokratycznych do tego, by mieć trwały charakter i by móc je przekazywać kolejnym pokoleniom, a także zdolności demokratycznych systemów reprezentacyjnych do zmierzenia się z wyzwaniami ekologicznymi oraz poszanowania praw przyszłych pokoleń.
Wybory do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. ukazały szereg niepokojących trendów: niska frekwencja, szczególnie w nowszych państwach członkowskich, sukcesy populistycznych, eurosceptycznych, a czasem wręcz antydemokratycznych ugrupowań, rozpowszechnianie się tendencji autorytarnych, coraz mniejszy pluralizm debat publicznych, zmiany w aktywizmie partii politycznych, zachodzące w czasie, gdy ich kontrola nad życiem politycznym staje się coraz silniejsza…
Problemy te możemy obserwować zarówno na szczeblu krajowym, jak i europejskim. Najprawdopodobniej do ich zaostrzenia przyczynia się kryzys gospodarczy i finansowy. „Green European Journal” stawia sobie za cel zbadanie przyczyn obecnego kryzysu demokracji. Szkicujemy w nim również pomysły środków zaradczych, jak choćby zwiększenie uczestnictwa w demokratycznym życiu publicznym w Europie.
Dla Zielonych, ale też wszystkich zaniepokojonych doświadczanymi przez nas problemami ekologicznymi, gra toczy się nie tylko o przyszłość demokracji, lecz także o los przyszłych pokoleń. To właśnie z tego powodu od czasu swojego powstania w latach 70. XX wieku Zieloni argumentowali, że ekologicznej transformacji naszego życia nie tylko może, ale musi towarzyszyć wzmocnienie uczestnictwa w procedurach demokratycznych.
Połączenie aktywnego obywatelstwa z ekologią stanowi rdzeń programów niemal wszystkich partii ekopolitycznych na świecie. To ono stoi za podjętą przez ten ruch decyzją o „długim marszu przez instytucje”, który zaprowadził Zielonych nie tylko do parlamentów, ale także gabinetów rządowych w wielu krajach Europy.
Ponad 30 lat później nadszedł już chyba czas, by na nowo przemyśleć powiązania między demokracją i ekologią. Nie oznacza to rzecz jasna, że koniecznie musimy wracać do korzeni i wdrażać znaną z naszych początków radykalną wersję demokracji oddolnej. Nie oznacza to również konieczności rezygnowania z tego fundamentu zielonej tożsamości – wręcz przeciwnie! Potrzeba nam jednak tchnięcia nowego ducha w nasze żądanie szerszej, demokratycznej partycypacji i przemyślenia tego, w jaki sposób może ona odpowiedzieć na wyzwania, przed którymi stoi dziś Europa.
Z drugiej strony – jeśli chcemy, by debata ta miała wpływ na rzeczywistość, musimy brać pod uwagę głębokie zmiany, jakie zaszły w ostatnich latach. W ciągu ostatnich 40 lat zmieniła się baza społeczna – zarówno partycypacji społecznej, jak i świadomości ekologicznej. To zatem niezwykle ważne, by wsłuchać się w głosy socjologów i politolożek, mogących pomóc nam w zrozumieniu zmian wpływających na „zielone obywatelstwo”.
Pomiędzy rokiem 1980 a 2014 nie tylko znacząco zwiększyła się skala problemów ekologicznych, ale także ogromnym przemianom uległy społeczne i antropologiczne uwarunkowania uczestnictwa w życiu politycznym – to efekt ewolucji kulturowej naszych postindustrialnych społeczeństw. Jakiekolwiek propozycje reform istniejących obecnie instytucji demokratycznych, mające na celu zwiększenie ich trwałości oraz inkluzywności, skazane będą na porażkę, jeśli nie wezmą pod uwagę tych przemian.
W specjalnym wydaniu „Green European Journal” przyglądamy się roli, jaką we wspomnianych debatach mogą odegrać zielone fundacje polityczne, niezależnie od ich wielkości i zaplecza finansowego. O to, w jaki sposób odnoszą się w swych działaniach do kwestii demokratycznych i ekologicznych, spytaliśmy sześć różnych organizacji z różnych krajów. Poprosiliśmy je również o krótkie omówienie roli, jaką pełnią we wzmacnianiu partycypacji społecznej w sprawach publicznych.
Uważamy, że zielone fundacje polityczne mają ogromną rolę do odegrania w procesie demokratycznego restartu – wynalezienia na nowo demokracji i oparcia jej o nową bazę społeczną i polityczną. Ich autonomiczna pozycja wobec partii politycznych daje im więcej możliwości do wchodzenia w dialog ze wszystkimi ruchami społecznymi i demokratycznymi, które nie są usatysfakcjonowane obecnym stanem naszych systemów demokratycznych. Mogą również wpływać na „demokratyczny restart Zielonych” i, tym samym, brać udział w wykuwaniu nowej fazy w rozwoju partii ekopolitycznych.
Scenariusz wydarzeń nie został jeszcze napisany. Inspirować go mogą niektóre eksperymenty demokratyczne i społeczne, które możemy obserwować na własne oczy. Postanowiliśmy im poświęcić część naszego pisma. Choć przechodzą one przez proces uczenia się metodą prób i błędów, stanowią konkretne przykłady tego, w jaki sposób zrealizować można zieloną obietnicę lepszej demokracji i jej większej trwałości.
Artykuł From a Green Reboot of Democracy to a Democratic Reboot of the Greens ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.
Nowy rząd Grecji, utworzony przez sprzeciwiającą się polityce zaciskania pasa partię Syriza, szuka europejskiego porozumienia w sprawie greckiego długu. Odbywa się to nie bez turbulencji. (więcej…)
W środę 4 lutego w siedzibie Fundacji im. Stefana Batorego odbyła się konferencja zorganizowana przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Czy deklaracje o większej solidarności to zapowiedź bardziej asertywnej postawy środowisk naukowych wobec rządu? (więcej…)