W zeszłym miesiącu uczestniczyłam w zgromadzeniu rodzinnym. Była to jedna z tych imprez dla ludzi po czterdziestce, gdzie toczy się jednocześnie 15 różnych rozmów. Zamiast włączyć się w jedną z nich, postanowiłam słuchać i obserwować. Można się w ten sposób dużo nauczyć.

Konwersacja, której się przysłuchiwałam, zaczęła się od pytania zadanego lokalnemu mieszkańcowi: „A co myślisz o tym całym szczelinowaniu w Pensylwanii?”.

„Świetna sprawa”, odpowiedział właściciel domu w Pensylwanii na pytanie przybysza z Nowej Anglii. „Mamy zero bezrobocia, nowe restauracje powstają jak grzyby po deszczu, i wszyscy farmerzy stają się milionerami. Zwiększył się ruch ciężarówek na obwodnicach, ale to dla mnie nie problem. Te informacje o ludziach podpalających wodę w swoich kranach są przesadzone, nie ma żadnych dowodów, że to jest naprawdę szkodliwe”.

Gdyby prezesi firm wydobywczych i przekupieni przez nich politycy podsłuchiwali razem ze mną, wznieśliby radosny okrzyk, a może nawet zatańczyliby z radości. Cztery podstawowe slogany przemysłu: szansa na rozwój gospodarczy i patetyczny patriotyzm wraz z zapewnieniami o społecznej odpowiedzialności biznesu i bezpieczeństwie dla środowiska – trucizna dodana do medialnej papki, którą oglądający telewizję i czytający lokalne gazety obywatele nieświadomie pochłaniają każdego dnia.

To przesłanie przemysłu wydobywczego jest również tak gorliwie propagowane przez władze hrabstwa Lycoming (i innych rejonów), że próby zwrócenia uwagi na ciemniejszą stronę szczelinowania są określane jako co najmniej „kontrowersyjne”, a najmocniej jako „ekologiczny ekstremizm”. Świadczą o tym artykuły wstępne w gazetach, decyzje faworyzujące przemysł wydobywczy podejmowane przez urzędników wybranych w wyborach powszechnych, czy chociażby odmowa wynajęcia sali dla RDA (Citizens Concerned about Natural Gas Drilling) przez Community Arts Center (CAC) na projekcje czterech filmów, które chcieliśmy pokazać w Williamsport w 2014 r.

Krótkie tło tej ostatniej historii: po sukcesie pokazów filmów „Gasland” I i II, które obejrzało w sumie 2400 osób, zarząd RDA zatwierdził projekt „film miesiąca”, w ramach którego miały się odbyć pokazy innych filmów o szczelinowaniu: „Unearthed”, „Backyard”, „Groundswell Rising” i „Triple Divide”. Wstęp na projekcje miał być wolny i każda z nich miała się zakończyć dyskusją z udziałem producenta i reżysera.

Niestety plan RDA okazał się nie do zaakceptowania dla niektórych sponsorów Community Arts Center. Groźba wycofania wsparcia finansowego skłoniła CAC do odpowiedzi odmownej na naszą prośbę o wynajęcia tego miejsca za wymagane w takich przypadkach 500 dolarów. Odmowa wstępu; chęć zrównoważenia dyskusji o gazie łupkowym przez RDA przesłaniem o zasadzie przezorności, odnoszącym się do kwestii dotyczących równowagi ekologicznej, zdrowia i bezpieczeństwa, nie jest w Williamsport mile widziana.

Powstrzymałam swój język i nie włączyłam się do tej usłyszanej przypadkiem rozmowy na spotkaniu rodzinnym. Lecz zaczęłam fantazjować o teleportacji uczestników dyskusji do Yeagle Road w powiecie Eldred. Yeagle Road biegnie wzdłuż południowo-wschodniej granicy parku Rider i łączy Drogę 973 z Wallis Run Road. W tej wiejskiej okolicy znajduje się wiele pięknych domów, z których każdy stanowił dla swoich właścicieli poważną inwestycję finansową, domów, gdzie wychowują się dzieci i powstają wspomnienia, domów o wartości wykraczającej poza to, co można wycenić w dolarach i centach.

Co jest wyjątkowe, jeśli chodzi o odwiert „TLC” na Yeagle Road, to jego widoczność. Namawiam na wycieczkę do przejechania się wzdłuż odwiertu, wyłączenia silnika, słuchania i obserwacji. Pora dnia, jaka wybierzecie na swoją przejażdżkę nie ma znaczenia, odwiert działa 24 godziny na dobę. Wyobraźcie sobie życie tutaj, na skraju lasu, przed powstaniem odwiertu i obecnie.

Właściciele domów położonych najbliżej szybu nie piją już dłużej wody ze swoich studni, które zaopatrywały ich w czystą wodę przez 21 lat. Po kilku dniach wierceń woda w ich kranach nabrała dziwnego koloru i powstały wątpliwości czy była bezpieczna. Firma Inflection Energy zainstalowała im zbiornik na wodę, niewidoczny z drogi i podłączony do instalacji wodnej wewnątrz ich domu.

W zeszłym miesiącu miałam zaszczyt służyć jako przewodnik dwóm profesorom Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii. Spotkaliśmy się na Yeagle Road, gdzie mogli przyjrzeć się odwiertowi z okien pobliskich domów. Następnie zawiozłam ich do Rider Park, gdzie powędrowaliśmy ścieżką im. Katy Jane, zatrzymując się na punkcie widokowym wznoszącym się nad odwiertem Yeagle Road. Mimo prawie kilometrowej odległości hałas z otworu wiertniczego, buldożerów oraz silników diesla zagłuszał śpiew ptaków i szelest poruszanych przez wiatr liści. Jeden z profesorów zapytał: „Jak ktokolwiek, kto to widzi może myśleć, że to w porządku?”. Nie potrafiłam odpowiedzieć.

Gdyby teleportacja moich dalekich kuzynów stała się rzeczywistością, mogłabym im zadać to samo pytanie.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

przeczytaj także: Niebezpieczeństwo tuż za moim progiem

Czy powstanie nowych mediów pomogło wzmocnić demokrację w Turcji, gdzie wolność prasy od dawna jest krucha? A może nowe trendy, technologie i kanały zostały zaadaptowane przez władze do własnych celów, jako nowy instrument partii? Mimo potencjału nowych mediów wydarzenia, które nastąpiły po protestach w Turcji w 2013 r., nie dają powodów do optymizmu.

Zawsze, gdy mowa o nowych ruchach społecznych i aktywizmie w mediach społecznościowych, nieuchronnie znajdą się tacy, którzy zechcą poprzeć swoje opinie odniesieniami do przeszłości, jak gdyby teraźniejszość można było rozumieć jedynie w historycznych ramach. Ta potrzeba wynika zarówno z braku zrozumienia obecnego klimatu, jak i z lenistwa w interpretacji nowych zjawisk. To samo lenistwo pojawia się w badaniu punktów ogniskowych, które zagrażają nowym mediom, a zarazem z nich korzystają. Faktycznie, zarówno aktywizm w mediach społecznościowych, jak i optymizm dotyczący tworzonych przez nie możliwości, wypływają z tego samego źródła: z punktu widzenia, który jest w dużej mierze pozbawiony krytycyzmu wobec nowości i ignoruje aktualne doświadczenia.

Pesymistyczne wizje przyszłości i efektu nowych mediów prezentowane przez Malcolma Gladwella czy Evegeny Morozova, a także losy twórców najbardziej wolnościowych projektów internetowych, takich jak Julian Assange, pokazują, że nowe media tyleż stanowią dla państw zagrożenie, co są narzędziem, które może dość wygodnie służyć ich celom. Wieczny optymizm i punkty widzenia, które zwyczajnie przeniesiono z przeszłości w dzień dzisiejszy, nie mogą odpowiednio rozwikłać roli nowych mediów opartej na „wolności”.

W mojej opinii, którą dzielę ze wszystkimi tymi, którzy pesymistycznie patrzą na nowe media, ograniczanie dyskusji do problemu monopolu państwowego bądź komercyjnego jest zabiegiem wątpliwym. We współczesnym życiu jesteśmy bowiem na co dzień poddani także władzy mechanizmów spoza państwa i rynku: społeczności, rodzina, grupy znajomych, organizacje polityczne, grupy społeczeństwa obywatelskiego itd.

W 2013 r. w ramach moich badań przeprowadzałem na ten temat wywiady, zarówno przed, jak i po wydarzeniach w Parku Gezi. Ich wspólną cechą było to, że niezależnie od nakładanych przez państwo w tym czasie na nowe media restrykcji, wśród powodów anonimowego, prawie anonimowego bądź pół-anonimowego korzystania z mediów społecznościowych częściej wskazywano wpływ rodziny i innych instytucji. W swoim opisie władzy Michel Foucault wskazywał na jej transformacyjny efekt, twierdząc, że bardziej odpowiednie jest pojmowanie jej jako siły transformującej i regulującej, a nie jako mechanizmu rządzenia lub „represji”. Uwzględniając sprzeczne czynniki wpływające na aktywizm w serwisach społecznościowych, musimy zatem koniecznie wyliczyć niektóre kategorie sił regulacyjnych: rodzinę i przyjaciół, organizacje i społeczności, państwowe aparaty ideologiczne i represyjne. Wszystkie z nich stanowią część obrazu. Pod tym względem nie tylko państwo czy rynek wyznaczają kontekst tego, co nazywamy aktywizmem w serwisach społecznościowych.

Idąc dalej: są inne czynniki, które powodują, że jednostka czuje się zagrożona. Jeden z aktywistów, z którymi rozmawiałem, wyjaśnił, że zaczął używać pseudonimu dawno temu z powodu problemów z rodziną, źle przyjmującej wiadomości umieszczane przez niego w serwisach społecznościowych. Później ten sam aktywista dowiedział się, że jest pod obserwacją policji i zdał sobie sprawę, jak roztropna to była decyzja. Inny użytkownik był wielokrotnie napominany przez reprezentantów ruchu politycznego, do którego należał, w związku z tym, co pisał w internecie. Ostatecznie zaczął używać pseudonimu, tworząc treści i budując relacje bez ujawniania danych osobowych.

Oba przypadki pokazują jak relacje społeczne (rodzina, partner, znajomi itd.) i organizacje (NGO, partie polityczne, związki zawodowe itd.), które niechętnie postrzegamy jako represyjne, działają jako kolejny czynnik ograniczający w naszym życiu codziennym.

Nowe media i polityczna organizacja

W tym świetle warto spojrzeć na mikrorelacje władzy w kontekście nowych mediów, patrząc na nie przez pryzmat relacji społecznych i organizacji, raczej niż państwowego czy komercyjnego monopolu. Przyjrzymy się również wpływowi tych zjawisk na procesy politycznej samoorganizacji, szczególnie w Turcji.

Czy „Prawda” wciąż jest obowiązującym modelem? Gdy rozmawiałem z autorem książki „Tweets and Streets”, Paolo Gerbaudo, wyjaśnił on: „Uważam, że leninizm osiągnął swój kres już dawno temu. Mamy rok 2014, niemal sto lat po rosyjskiej rewolucji. Nie możemy dalej działać z użyciem wyobrażeniowych i organizacyjnych technik z początku XX wieku. Polityka Lenina nie tylko nie pasuje do obecnych warunków politycznych i struktury społecznej; jest także z wielu względów etycznie nie do przyjęcia”.

W istocie, gdy rozważamy te słowa pod kątem zasłony anonimowości stwarzanej przez serwisy społecznościowe i ich potencjału przejrzystości, równości i horyzontalizmu, są one szczególnie znaczące wobec upadku leninizmu. Istnieją tu poważne problemy, nie tylko z punktu widzenia politycznej organizacji, ale ze względu na historyczną funkcję leninowskiego podejścia w kształtowaniu modelu agitacji i propagandy prasowej w Turcji.

Patrząc głębiej, na polu tworzenia propagandy i modeli komunikacji nie ma w Turcji wielu alternatyw dla modelu „Prawdy”, poza pewnymi frakcjami islamistycznymi czy Partią Sprawiedliwości i Rozwoju w jej początkowym okresie. Dlatego warto przyjrzeć się modelowi „Prawdy” jako strategii komunikacyjnej w epoce nowych mediów.

„Prawdę” można uważać za jedną z realnych podwalin rewolucji 1917 roku. Początkowo wychodziła w Wiedniu w 1908 r. pod kierownictwem Lwa Trockiego i była szmuglowana do Rosji. Od 1912 r. wychodziła jako gazeta frakcji bolszewików. Później, po rewolucji październikowej stała się oficjalnym organem partii. Technicznie rzecz biorąc, taki opis mógłby wskazywać na głównie „rewolucyjną” i „progresywną” tubę; jednak status „Prawdy” w historii z czasem się zmieniał. Jako narzędzie ideologiczne państwa, jak każde inne medium partii, zmieniła się w publikację, która sztywno trzymała się ogólnej agendy partii, nawet w sposobie przedstawiania szczegółów świata zewnętrznego. Tragedią jest, że podobna choroba dotknęła obecnie Turcję. Gdy tylko którakolwiek partia polityczna lub ugrupowanie o określonej ideologii chce stworzyć dla siebie mechanizm informacji, prędzej czy później zmienia się on w nic innego jak „nadawanie partyjne” lub pada łupem partii aktualnie rządzącej.

Mimo stale rozwijających się systemów zarządzania treścią i rosnącej liczby treści generowanych przez nowe strony informacyjnie i portale opinii, w istocie nie stanowią one realnego postępu, ani ilościowo, ani jakościowo. Faktycznie nie pełnią żadnej demokratycznej funkcji, poza powtarzaniem stanowisk swoich twórców i podsuwaniem narzędzi do rozpleniania gotowych treści.

Co więcej, mimo prezentowania się jako alternatywne media, te nowe projekty medialne i gazety internetowe czerpią z tego samego źródła wiadomości i w większości mają podobną agendę do prasy mieszczańskiej. Nie dają żadnej realistycznej formuły pod względem używanego języka, zarządzania procesem generowania wiadomości czy adekwatnej rekompensaty za pracę umysłową.

Powstanie dyskursywnego klona

Oczywiście problemem nie jest tylko pojawienie się tych stron informacyjnych, działających pod etykietą „aktywizmu nowych mediów” i wyglądających jak własne klony. Jak pisałem, tradycyjny punkt widzenia, szczególnie dotyczący aktywizmu i politycznej propagandy uwikłany jest w odniesienia do czasów, które dawno minęły. Obserwując polityczne funkcje nowych mediów oraz ich użytkowników, odkryłem pewną wspólną płaszczyznę w procesach produkcji treści – gdzie używany język, źródła i współdzielone obrazy szeregowane były pod względem poziomu lojalności związanej z nimi frakcji i dostosowywane do grupy wiekowej i poziomu kompetencji członków ugrupowania. Jednak między frakcjami i partiami dostrzegłem też ważne różnice.

Poza codziennym powielaniem dyskursów, biegnących od środka zgniłego koła ku jego brzegom, niemal niemożliwe jest znalezienie jakiejkolwiek potencjalnej oryginalności w treściach produkowanych przez tych ludzi na serwisach społecznościowych. Podczas gdy internauci opłacani przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), popularnie zwani AK-trollami, są przedmiotem kpin, wielu użytkowników Twittera rozpleniających socjalistyczne newsy i opinie tak bardzo się od nich nie różni. Tweety są powielane w tysiącach różnych wersji przez różnych ludzi za pomocą techniki, którą niektórzy określają jako „salta” (termin zapożyczony z dziennikarstwa, mimo że model pracy i metoda nie są tu profesjonalne w prawdziwym tego słowa znaczeniu).

Jednak poważne analizy sieci pokazują jasno, że znaczna część treści na Twitterze, w tym ogólny temat Gezi, wpada w pewnego rodzaju pułapkę. Czasami powstają nowe interakcje spowodowane aktualnymi wydarzeniami. A jednak, gdy porównać Justina Biebera czy Lady Gagę z „naszymi męczennikami” czy „naszymi bohaterami”, widać wyraźnie, że mają oni znacznie szerszy odbiór w docelowej publiczności. Problem polega na tym, że ci, którzy wypełniają odcienie szarości między Lady Gagą i Alim Ismailem Korkmazem (19-latkiem pobitym na śmierć podczas antyrządowych protestów w 2013 r.) i są w orbicie obu obszarów, nie są zainteresowani śledzeniem tych, którzy na co dzień angażują się politycznie. To ogólny wynik głodu kreatywności spowodowanego sterylnym podejściem organizacji politycznych do nowych mediów, a także znużenia ciągłymi sporami frakcyjnymi, które po prostu przeniosły się na Twittera.

W dużej mierze nieskuteczne wysiłki grup socjalistów, aby zorganizować się po Ruchu Oporu Gezi, można wyjaśniać podobnie. Efekt podejmowanych przez organizację wysiłków na rzecz ograniczania, transformacji i utrzymania swych członków „w szeregu” paraliżuje potencjał użycia nowych mediów do stworzenia radykalnie demokratycznej platformy. I tu pojawia się pytanie: czy dla osób niezwiązanych z istniejącymi ugrupowaniami nowe media stanowią radykalną arenę wolności? I czy jest w ogóle możliwe stworzenie takiej przestrzeni? Chociaż postawienie tego pytania jest łatwe, to już stworzenie horyzontalnej i egalitarnej przestrzeni debaty i utrzymanie jej w bezpiecznej odległości od fanatyzmu frakcyjnych walk wydaje się o wiele, wiele trudniejsze.

Artykuł The New Media in Turkey: a Cloned Pravda or Democratic Medium? ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Tomasz Szustek. Tekst był pierwotnie opublikowany po turecku jako część zbioru esejów dla portalu Interaktivist przygotowanych przez turecką fundację Towarzystwo Zielonej Myśli.

Czy kampania wyborcza jest dla Zielonych w Wielkiej Brytanii sukcesem? Choć szanse choćby na drugi mandat w Izbie Gmin nie są duże, to jednak parę osiągnięć ostatnich miesięcy zostanie z Zielonymi na długo. (więcej…)

W tym miesiącu aktywistki i aktywiści na całym świecie wyszli na ulice, aby zaprotestować przeciwko władzy korporacji. W piątek 17 kwietnia producenci żywności zgromadzili się z okazji Międzynarodowego Dnia Walki Chłopskiej ogłoszonego przez organizację Via Campesina w rocznicę masakry 19 brazylijskich chłopów, walczących o sprawiedliwość i protestujących przeciwko wysiedleniom w 1996 r. W czasie odbywających się w wielu krajach manifestacji, rolnicy wyrażali swój sprzeciw wobec zawłaszczania ziemi, nasion i źródeł utrzymania społeczności wiejskich, przez wielkie przedsiębiorstwa. Następnie w sobotę 18 kwietnia tysiące obywateli domagało się powstrzymania umów o wolnym handlu, w tym przerwania negocjacji ws. Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowo-Inwestycyjnego (TTIP), przygotowywanego właśnie przez Unią Europejską i Stany Zjednoczone.

Co łączy te dwa wydarzenia? Rolnicy są jedną z grup społecznych najbardziej dotkniętych przez porozumienia o wolnym handlu, które przekazują kontrolę nad naszymi systemami żywnościowymi w ręce międzynarodowych korporacji. Poniżej przedstawiamy 5 powodów, dla których TTIP i podobne umowy handlowe mogą zagrażać rolnikom.

1. Demokracja w stylu Coca-Coli

Rząd USA i Komisja Europejska negocjują TTIP za zamkniętymi drzwiami. Lecz jest jedna grupa, która ma nieograniczony dostęp do decydentów – korporacyjni lobbyści. W fazie przygotowawczej TTIP żaden z sektorów nie wywierał większych nacisków na Komisję Europejską niż przemysł rolno-spożywczy. Jego lobbyści, reprezentujący m.in. takie firmy jak Unilever, Nestle czy Coca Cola, odbyli więcej spotkań z Komisją aniżeli przedstawiciele przemysłu farmaceutycznego, chemicznego, samochodowego i sektora finansowego razem wzięci.

Tymczasem drobni rolnicy zostali całkowicie zignorowani. Organizacja UK’s Land Worker’s Alliance oświadczyła: „Uważamy, że ten proces jest całkowicie niedemokratyczny i podważa wiarygodność rządów, które chcą, aby ich państwa stanowiły wzór demokracji”.

2. TTIP grozi zwiększeniem taniego importu i większą podatnością na wahania na rynku globalnym

Obecnie USA i UE wspomagają swoje rolnictwo poprzez szereg taryf na najważniejsze produkty, aby ich sektory rolnicze nie uległy osłabieniu na skutek taniego importu i wahań na rynku globalnym. Jednakże po podpisaniu TTIP wiele z tych taryf może zostać usuniętych. Amerykańscy i europejscy drobni rolnicy, już obecnie narażeni są na nierówną konkurencję ze strony wielkiego biznesu, obawiają się, że nie będą w stanie funkcjonować po ratyfikowaniu nowej umowy. Niektórzy z nich uważają, że mogą być zmuszeni do zastosowania intensywnych metod rolniczych i rezygnacji z bardziej ekologicznych i tradycyjnych praktyk.

3. Wysiewanie nasion dla Monsanto

Dzięki surowym unijnym regulacjom dotyczącym roślin modyfikowanych genetycznie (GMO) większość europejskich rolników jest wolna od kontroli przedsiębiorstw biotechnologicznych. Natomiast w USA, gdzie uprawa roślin GMO jest szeroko rozpowszechniona, rolnicy popadają w coraz większe długi na skutek kontraktów na nasiona modyfikowane genetycznie z firmami takimi jak Monsanto czy Syngenta. Inni są przez te firmy pozywani po tym, gdy ich uprawy zostały skażone przez chronione patentami produkty. Podczas gdy urzędnicy UE próbują zaprzeczać, że przepisy dotyczące upraw GMO zmienią się po podpisaniu TTIP, amerykańscy negocjatorzy mówią jasno , że będą nadal naciskać na Unię, aby zmieniła swoją politykę w tej kwestii, gdy nowa umowa handlowa wejdzie w życie.

4. Ta ziemia jest… twoją ziemią?

Jedną z największych przeszkód w stworzeniu lepszego, bardziej sprawiedliwego systemu żywnościowego jest cena ziemi. Ponieważ korporacje skupują ziemię na wielkoobszarowe gospodarstwa rolne, lub po prostu po to, by spekulować jej ceną, ceny znacznie rosną, i drobni oraz młodzi rolnicy zostają wyeliminowani z rynku. Nic więc dziwnego, że zarówno w UE, jak i w USA tylko 6% rolników to ludzie poniżej 35. roku życia.

Po dalszym uwolnieniu rynku na skutek TTIP ceny ziemi wzrosną jeszcze bardziej. Jakakolwiek reforma rolna (np. dyskutowana obecnie w Szkocji), może być podważona za pomocą zawartego w TTIP mechanizmu arbitrażu inwestycyjnego (ISDS), który umożliwi korporacjom pozywanie państw przed specjalnym trybunałem, jeśli nowe przepisy zagrażać będą zmniejszeniem ich potencjalnych zysków.

5. Lokalna żywność? To nie przejdzie

W Stanach Zjednoczonych i Europie władze samorządowe często wspierają lokalne, zrównoważone gospodarki żywnościowe. Coraz częściej lokalne władze wprowadzają programy i strategie mające zagwarantować, że instytucje państwowe, takie jak szkoły, wydają publiczne pieniądze na zakup dobrej żywności od lokalnych rolników. Jednak zarówno amerykańscy, jaki europejscy negocjatorzy TTIP postrzegają to jako zagrożenie dla doktryny wolnego handlu i domagają się zablokowania tego rodzaju polityki zakupów publicznych.

Artykuł ukazał się na stronie Common Dreams na licencji CC BY-SA. Przeł. Jan Skoczylas.

Lawendowe Muzeum Żywe im. Jacka Olędzkiego – etnograficzny przystanek edukacyjny i warsztatowy, w którym można zasmakować powrotu do wiejskich czasów minionych – zrodziło się z wizji. Obraz Muzeum miałam dokładnie wyobrażony, z najdrobniejszymi detalami. Nawet wielki, biały pies leżał przy wejściu.

Dwa lata temu – jakiś miesiąc po doświadczeniu owej wizji – pojawił się biały pies, który z nami zamieszkał. Wtedy pomyślałam, że ten pies jest forpocztą Muzeum.

W braku innych możliwości, po odrzuceniu moich wniosków europejskich, postanowiłam ogłosić projekt na polakpotrafi.pl. Uznałam w desperacji, że to jedyny sposób, by zebrać środki na budowę Muzeum. Obmyśliłam tekst projektu, nagrody, korzystając z opisu w regulaminie portalu. Jakiś tydzień przed końcem projektu mieliśmy dopiero połowę sumy. Wtedy została wyemitowana radiowa audycja w „Trójce”, w której opowiedziałam o Lawendowym Polu i pomyśle na Lawendowe Muzeum. W ciągu kolejnych czterech dni z wypiekami śledziliśmy, jak rośnie zebrana kwota, a w dniu finału projektu na polakpotrafi.pl płakaliśmy ze szczęścia.

Był styczeń 2014. Na początku lutego portal przekazał nam środki, w połowie lutego znaleźliśmy chatę do przeniesienia i umówiliśmy się z cieślami, a na początku marca cieśle zaczęli rozbiórkę chaty, co trwało jakieś 7 dni łącznie z transportem. Potem zaczęła się budowa u nas – z tygodniową przerwą, którą wykorzystaliśmy na porządne umycie karcherem wszystkich ścian domu. Akurat, gdy podeschły, wrócili cieśle, aby zbudować dach.

lawendowe-muzeumPrzez całą wiosnę powoli, lecz nieustannie pracowaliśmy na chatą. Pod koniec kwietnia przyjechała grupa wolontariuszy, która przez całą majówkę pomagała nam uszczelnić sianem i gliną przestrzenie między balami. Wtedy też zrobiliśmy podłogi w salach wystawowych i całą masę drobnych czynności remontowych, jednocześnie malując wszystkie zewnętrzne ściany olejem skalnym, by je zabezpieczyć przed wilgocią.

Muzeum zostało otwarte dla zwiedzających zgodnie z planem, przewidzianym w projekcie, czyli 15 czerwca 2014 r. To było niezwykle wzruszające Otwarcie, przyjechał zespół wokalny i zespoły instrumentalne, słuchaliśmy starych utworów łemkowskich, ukraińskich, polskich. Wszyscy występujący dali nam swój talent w darze na tę specjalną okazję, no a my nie mieliśmy grosza na honoraria.

Przyjechało wiele osób – specjalnie na Otwarcie – z dalekich stron kraju, wielu naszych Sprzymierzeńców, którzy pomogli nam na polakpotrafi.pl, wielu przyjaciół, znajomych i członków rodziny. Było pyszne jedzenie, które wolontaryjnie ugotował i przyrządził nasz przyjaciel.

Zaczynałam projekt sama, ale już w trakcie jego trwania pojawili się sprzymierzeńcy, serdeczni ludzie, przyjaciele. Dlatego widzicie, jak nagle pojawiło się „my” zamiast „ja” w tym tekście. I tak już zostało: jestem otoczona serdecznymi sprzymierzeńcami, bez których Muzeum nie zaistniałoby.

Muzeum, zrodzone z wizji, zaczęło działać, ale dalej wyglądało to jak wizja, tym razem zmaterializowana.

Od dnia otwarcia mieliśmy gości, którzy przyjeżdżali specjalnie po to, aby zwiedzić nasze Muzeum! Okazało się, że jest wiele osób, średnio kilkadziesiąt dziennie, które pragną zwiedzić Muzeum, doświadczyć jego szczególnej atmosfery, posłuchać kustoszki, dotykać starych przedmiotów, przechadzać się, albo też po prostu posiedzieć w cieniu starej chaty.

Przy okazji oprowadzania gości muzealnych okazywało się raptownie, że zwiedzający mają tu też swoją historię do opowiedzenia. Niewielki przedmiot, zabytek kultury materialnej stawał się pretekstem, który uruchamiał wspomnienia, obrazy dawno doświadczanych przeżyć u babci, cioci, prababci, gdzieś w dalekich stronach. W efekcie to my, zespół opiekunów Muzeum, siedzieliśmy, zasłuchani w historie ludzi, którzy wpadli do nas na moment, a zostali na dwie godziny. Byliśmy zasłuchani i oczarowani opowieścią naszych gości, ktoś podawał nam lawendową herbatę, a opowieść toczyła się dalej.

lawendowe-muzeum2Miałam silne wrażenie, że muzealna chata znajduje się na styku światów. Przychodzili jacyś ludzie z daleka, mieli jakieś wyobrażenia i oczekiwania, wchodzili do środka… i nagle wszystko się zmieniało, z „obcych” stawali się „swoi”, długo rozmawialiśmy, nie mogliśmy się rozstać, jakby samo jedynie wejście do wewnątrz zmieniało świat, zmieniało czas, rzeczywistość. Na pożegnanie obejmowaliśmy się jak starzy przyjaciele.

Dla mnie to jest jak cud, zjawisko tak już rzadkie we współczesności. Chodziłam po takich spotkaniach jak we śnie, próbując ogarnąć umysłem, co właściwie się tu zdarzyło. Trochę to wszystko nie mieściło mi się w głowie. Wiele spotkań jednego dnia, wszystkie tak intensywne, mocne, niezwykłe. No i ten nagły przypływ czasu, który – tak bardzo przecież deficytowy – nagle spuchł, rozszedł się po wszystkich zakamarkach Muzeum i umościł na dobre.

Muzeum otrzymało dary od ludzi, znanych i nieznanych nam wcześniej, obrazy, tkaniny, przedmioty codziennego użytku sprzed lat. To było bardzo wzruszające! Lniane prześcieradło, ręcznie utkane z ręcznie uprawianego lnu na kresach dawnej Rzeczypospolitej. Krzesło Marszałka Piłsudskiego. Żelazko z duszą. Magiel. I wiele, wiele innych, małych i dużych przedmiotów, które pięknie wkomponowały się z Muzeum. Bo jaka ekspozycja, taka też jest zasadnicza materia muzealna, czyli chata. Łemkowska chyża na Warmii, 25 kilometrów na północny zachód od Olsztyna, we wsi Nowe Kawkowo na terenie Lawendowego Pola, pierwszej warmińskiej plantacji lawendy i manufaktury zielarskiej. Symbol współczesnej Warmii, gdzie mieszkają obok siebie ludzie spod Krosna, Przemyśla, Lublina, Wilna.

Warmiacy, tutejsi ludzie, mieszkają teraz w Niemczech. A współcześni tutejsi ludzie na początku stycznia każdego roku jadą do cerkwi w Olsztynie, uczestniczyć w świątecznej mszy i wysłuchać koncertu chóru prawosławnego. Muzeum jest też takie właśnie: prawosławne na poniemieckiej ziemi, przyszło tu śladem przesiedlonych Łemków.

Autorem pomysłu na Muzeum Żywe był Jacek Olędzki, etnolog z Uniwersytetu Warszawskiego, mój profesor. Zrealizował takie muzeum kiedyś pod Płockiem, we wsi Murzynowo, na terenie stacji geologicznej. Pamiętam, jak my, studenci, staliśmy oczarowani w cieniutkich snopach światła, przeświecających przez dziurawe ściany starej, drewnianej chaty. Jacek Olędzki opowiadał wówczas, że w dawnych czasach łóżeczka dla dzieci były z gałązek wierzbowych, a nie z plastiku… Że maleńkie dziecko patrzyło na smugi światła z zachwytem, tak, jak my teraz. Że z pewnością kształtowało to świat wrażliwości małego człowieka, może też miało głębszy sens.

Pomyślałam, że warto pociągnąć tę myśl, spróbować kontynuacji. Że szkoda byłoby, gdyby taki pomysł pozostał jedynie w pamięci etnologów i czytelników książek Jacka Olędzkiego. Może – tak jak dla mnie – także dla szerszego odbiorcy Muzeum Żywe stanie się szczególnym, cennym doświadczeniem.

Ilustracje pochodzą ze strony muzeum.

Niemieccy Zieloni wraz z SPD i Die Linke proponują głęboką zmianę w niemieckiej ochronie zdrowia – wprowadzenie obywatelskiego ubezpieczenia zdrowotnego. Skąd ten pomysł? (więcej…)

Od pół roku docierają do nas przez media różnego rodzaju sygnały o buntach młodych naukowców, studentów, pracowników naukowych. W prasie grożą strajkiem młodych humanistów, straszą powolnym staczaniem się polskiej nauki oraz doktoratem Goliszewskiego. Sam byłem przekonany o złej sytuacji edukacji wyższej w Polsce, dopóki nie dowiedziałem się, że Uniwersytet Warszawski tworzy nowy regulamin. Byłem głupi i ślepy, lecz przejrzałem na oczy i mam radosną nowinę! Uniwersytet Warszawski odkrył sposób, by znaleźć pracę młodym naukowcom, naprawić swoją sytuację finansową oraz najbardziej efektywnie dostosować Uniwersytet do rynku pracy!

Rozwiązanie bolączek UW jest dość skomplikowanym tematem, dlatego też muszę wytłumaczyć niezorientowanemu Czytelnikowi historię ostatnich kilku dni. Otóż w poniedziałek wieczorem poszedłem protestować na obrady parlamentu studenckiego. Sala parlamentu wypełniona była po brzegi, były transparenty i statystyczni studenci podobni do mnie. Typowy protest studencki, jakiego nawiasem mówiąc nikt nie widział od kilkunastu lat. A przynajmniej ja nie widziałem. Są setki miejsc w Warszawie, gdzie można siedzieć w ciepły wieczór i sączyć różne napoje, więc co skłoniło mnie oraz innych studentów do przyjścia na zebranie parlamentu studenckiego? Wyobraźcie sobie, że typowa solidarność studencka. Której też od kilkunastu lat nikt nie widział.

Parlament miał głosować nad przyjęciem nowego regulaminu, jednak głosowanie ze względów proceduralnych przełożono. Nowy regulamin miał wprowadzić opłatę za spóźnienie się z oddaniem pracy dyplomowej. Innymi słowy: jak nie napiszesz do końca września swojej pracy licencjackiej bądź magisterskiej, to płacisz, o ile chcesz się bronić i pozostać studentem przez kolejny rok. Wysokość opłaty zależy od wydziału; na „bogatym” prawie płaciłoby się około 1500 zł, a na „biednej” socjologii 400 zł, tak więc traktuje się studentów niemalże równo. Student, który nie napisał pracy na czas, powtarzałby rok i zachowywał legitymację. Regulamin ma zmusić studentów do pisania prac dyplomowych w terminie, zgodnie ze starym PRL-owskim hasłem pojawiającym się przy każdym proteście przeciwko władzy: „studenci do nauki”. Ta, „studenci do pracy, a pasta do zębów”, myślałem, idąc w buntowniczym nastroju na protest.

Myślałem, że jeśli student nie napisze pracy i zabierze mu się legitymację, to będzie miał więcej motywacji, niż jak mu się każe zapłacić i nie zabierze legitymacji. Przecież studencka legitymacja daje zniżki na komunikację, usługi gastronomiczne i wiele innych przywilejów, więc zysk z jej posiadania to więcej niż 1500 złotych rocznie – dopiero ten przepis byłby demotywujący dla tych, którzy nie chcieliby kończyć studiów na czas. Nowy regulamin miałby zupełnie odwrotny od zamierzonego skutek. Protestujący mówią, że opłaty są na razie niskie na zachętę, że za rok UW na pewno je podwyższy, bo tak wskazują dotychczasowe doświadczenia. Znam wydziały, na których opłaty za warunki oraz powtarzanie roku skoczyły w ciągu ostatnich lat dwukrotnie i wciąż rosną. Dodatkowo wiele badań potrzebnych do napisania pracy dyplomowej trwa dłużej niż rok, więc student tak naprawdę musiałby często fałszować wyniki swoich badań, aby dostosować się do terminów. Duża część profesury mojego wydziału (socjologii na Karowej) skończyła pracę dyplomową po terminie. Nie dlatego, że się leniła i żłopała piwo, ale po to, aby ta praca była dobrze napisana.

Koszty studiowania i życia na studiach należą w Polsce do najwyższych na świecie, więc przepis uderzałby tak naprawdę w najbiedniejszych studentów, którzy są zmuszeni sytuacją finansową do jednoczesnego studiowania i pracowania. Pracujący na pełen etat student raczej nie wyrobi się z pracą w terminie, jeśli chce ją dobrze napisać. Dodatkowym argumentem jest to, że student zachowałby swój status o rok dłużej i Uniwersytet dłużej by mógł za niego doić państwo (za każdego studenta UW dostaje od państwa dotacje), a w praktyce nie pałętałby się profesorom, ponieważ nie miałby już zajęć. Podsumowując, chodzi tak naprawdę nie o „wiecznych studentów”, tylko o wydojenie studentów i państwa na przez Uniwersytet.

Słyszałem o ludziach piszących za pieniądze prace dyplomowe innym studentom. By stworzyć pracę dyplomową, potrzeba też współpracy ze studentem, na którego zlecenie ma się pisać, ponieważ osoba pisząca zazwyczaj nie zna się na dziedzinie, w której ma stworzyć pracę. Student musi więc chodzić do promotora i dokładnie zapamiętywać jego uwagi do kolejnych rozdziałów, a następnie przekazywać uwagi promotora osobie piszącej pracę. Później ma spokój, a osoba pisząca nanosi uwagi i tworzy kolejne rozdziały wedle wskazówek promotora. Prace takie zazwyczaj kończą się oceną bardzo dobrą, ponieważ w pracy jest wszystko, czego chciał promotor, a student doskonale „współpracował przy pisaniu pracy z promotorem”, choć własnej inwencji naukowej nie wykazał. Koszt pracy waha się, o ile dobrze pamiętam, pomiędzy 1000 a 5000 tys. złotych, więc jeśli opłaty jeszcze wzrosną i przestanie się opłacać zatrzymywać legitymacje, to zacznie się jeszcze bardziej opłacać kupowanie prac.

Ludzie piszący prace dyplomowe studentom wcale nie uważają, że robią coś złego. Jeśli szkolnictwo wyższe jest nastawione na rynek pracy, a wiedza jest towarem, to z jakiego powodu mają nie sprzedawać swojej wiedzy i umiejętności pisania? Jeśli dyplomy robi się po to, by mieć lepsze miejsce pracy, a nie po to, by mieć jakieś umiejętności, to dlaczego nie kupić takiego dyplomu? Czas, który trzeba poświęcić na pisanie pracy magisterskiej, można przecież poświęcić na pracę w korporacji i zarabianie pieniędzy, a pisanie zostawić zawodowcowi z doświadczeniem. I student, i piszący prace są w ten sposób bardziej efektywni w tym co robią, a promotor jest szczęśliwy, bo ma w pracy dokładnie to, co chciał i nie musi dyskutować ze studentem, który być może miałby inny pomysł na rozprawę.

Studentom prace piszą zazwyczaj doktoranci i inni młodzi naukowcy. Niektórzy nie mają innego wyboru ze względu na ubóstwo polskich doktorantów, inni zwyczajnie lubią pisać prace naukowe, a nie ma dla nich pieniędzy w instytucjach zajmujących się nauką. Skoro nie ma dla nich pracy w nauce, bo system grantowy słabo funkcjonuje, a uczelnia nie ma pieniędzy, to będą robili naukę na czarno. Nie mają poczucia, że robią coś, co niszczy naukę – nauka została zniszczona w momencie, w którym uniwersytety poszły w ilość studentów (oraz zdzieranie z nich kasy) i dyplomów, a nie w jakość kształcenia i prac. Skoro przykład idzie z góry, to nie mają poczucia, że robią coś złego. Po prostu na szaro zarabiają pieniądze.

W poniedziałek parlament wydał zarządowi – pod wpływem protestu – pełnomocnictwo do prowadzenia negocjacji z władzami UW. Po dwóch dniach zapytałem senatora Mateusza Mrozka na Facebooku, jak idą negocjacje. Sprawa była dla mnie prosta: albo z regulaminu zostanie usunięty zapis o opłatach, albo negocjacje biorą w łeb. Tymczasem Mateusz odpowiedział mi, że niestety raczej inaczej widzimy zmiany w regulaminie i wynegocjowali uzupełnienie regulaminu ustawami. Poczułem się zrobiony w konia, w końcu poszedłem na protest, który zmusił parlament do wydania oświadczenia wspierającego zarząd, a zarząd wykorzystuje protest do kręcenia własnych lodów.

Idąc dziś rano do autobusu, zobaczyłem ulotkę z Panią Samantą reklamującą swoje wdzięki. I mnie olśniło! Już rozumiem, jak można inaczej patrzeć na sprawę… przecież tu jest potrzebna taka sama regulacja, jak w przypadku prostytucji! Prostytucja jest w Niemczech legalna, odprowadzane są od niej podatki, klienci są szczęśliwi, osoby postronne też – bo z podatków można wybudować jakieś drogi i inne pożyteczne rzeczy. Co to ma do Uniwersytetu? Uniwersytet ma przecież przygotowywać do wykonywania zawodu. Czy do pracy w korporacji umiejętność napisania pracy magisterskiej jest potrzebna? Nie jest! A czy dyplom magisterski jest potrzebny? Jest! Trzeba więc zrobić to, co Niemcy zrobili ze swoimi pracownikami seksualnymi: zalegalizujmy pisanie cudzych prac za pieniądze! Prace dyplomowe pisaliby fachowcy – czyli młodzi naukowcy – więc byłyby lepszej jakości. Młodzi naukowcy mieliby pracę, na której brak teraz narzekają i to w zawodzie! Uniwersytet pobierałby część zysków od każdej pracy dyplomowej, więc Uniwersytet też miałby pieniądze! Studenci zamiast się lenić, protestować czy pisać prace, pracowaliby w korporacji. A wprowadzenie nowego regulaminu przybliża nas do tej idealnej sytuacji!

Drodzy studenci, jeśli pragniecie dobra Uniwersytetu nie chodźcie na protesty, nie podpisujcie poniższej petycji, pracujcie dla korpo i niczym się nie przejmujcie.

Opublikowany przez Komisję Europejską dokument na temat „mitów o TTIP” prześlizguje się nad rzeczywistymi problemami – przekonuje szwedzki europoseł Max Andersson. (więcej…)

W jaki sposób Unia Europejska chce przekonywać, że dysponuje społeczną wrażliwością i wspiera postęp społeczny? (więcej…)

Wizytę w Stanach Zjednoczonych, w której mogliśmy uczestniczyć dzięki uprzejmości Fundacji im. Heinricha Bölla, zaczęliśmy w Waszyngtonie.

Ana Unruh-Cohen, dyrektorka ds. energii i klimatu w biurze senatora Eda Markeya, wprowadziła nas w kwestie prawne i polityczne w kontekście gazu. W Kongresie nie toczy się żadna debata nt. zagrożeń dla środowiska i możliwości skażenia wody. Z powodu silnego oporu społeczeństwa i ciągłych nacisków ze strony branży wydobywczej sytuacja jest bardzo napięta. Nie ma żadnej spójnej polityki – jedynie pewne rekomendacje. Rząd federalny może w sprawie regulacji zrobić niewiele, ponieważ w większości przypadków wydobycie odbywa się na terenach prywatnych.

Poszczególne stany naciskają na Kongres, by nie wprowadzał w tym zakresie żadnych regulacji. Każdy stan ma swoje przepisy dotyczące szczelinowania – dla przykładu w Wyoming istnieje obowiązek podawania składu płynu szczelinującego, w Teksasie zaś taki przepis nie funkcjonuje.

Lobby wydobywcze jest potężne

Przedsiębiorstwa twierdzą, że środowisku nic nie grozi. W wielu miejscach doszło już jednak do przypadków skażenia wody i gleby oraz braku wody pitnej dla społeczności lokalnych. Pojawił się również problem zapadlisk i trzęsień ziemi oraz dużej ilości odpadów powydobywczych i ich utylizacji.

Zwycięża ekonomia – ceny gazu w USA spadają, przygotowuje się też eksport skroplonego gazu do Europy lub Chin – pierwszy terminal LNG będzie gotowy do końca 2017 r. Senator Markey walczy w Kongresie o zakaz eksportu, którego koszty poniosą w USA społeczności lokalne – skażenie wody, powietrza, środowiska, zagrożenie dla zdrowia ludzi będzie ceną za tańszy gaz dla Europy. Lobbing firm produkujących gaz z łupków jest jednak bardzo silny.

Nadzieja w tym, że inne kraje wyciągną wnioski z lekcji, którą odebrały Stany Zjednoczone – woda pitna musi być absolutnym priorytetem.

Kate De Angelis, aktywistka zajmująca się kwestiami energetyczno-klimatycznymi w organizacji Friends of the Earth, wyjaśniła, że senator Markey walczy o zakaz eksportu gazu skroplonego ze względów ekonomicznych, a nie ekologicznych – chciałby bowiem zatrzymać tani gaz dla USA. Argument o wpływie na zmiany klimatu nie ma w dyskusji siły przebicia, tymczasem to ten właśnie aspekt jest dla jej organizacji niezwykle istotny. Emisje metanu w procesie wydobycia i skraplania gazu są ogromne, co potwierdza np. raport Roberta Howartha z Uniwersytetu Cornella. Gaz z łupków jest tańszy niż inne źródła energii, ale wyłącznie wtedy, gdy nie bierze się pod uwagę wszystkich kosztów jego wydobycia – oczyszczania wody, niwelowania innych skażeń czy leczenia ludzi.

Dyrektor Inicjatywy Bezpieczeństwa Energetycznego – Charles Ebinger z Brookings Institution, jednego z najbardziej wpływowych think tanków na świecie, zaczął swoją wypowiedź od stwierdzenia, że sytuacja energetyczna Polski jest katastrofalna. Gaz łupkowy zrewolucjonizował sytuację USA. Pochodzi z niego 28% energii, a dąży się do tego, by jego udział zwiększyć do 39%. Dzięki gazowi rozwija się amerykańska kolej oraz małe, niezależne firmy wydobywcze.

Ma on być również najlepszą alternatywą dla węgla – czystą i bezpieczną. 85% wody użytej do szczelinowania podlega recyklingowi, a zużycie piasku nie stanowi problemu – USA ma pustynie, a jego transport na odległości tysięcy kilometrów korzystnie wpływa na rozwój różnych sektorów przemysłu. Wiele stanów (np. Pensylwania) ma jego zdaniem cudownie rozwijać się w oparciu o eksploatację gazu. Biedni rolnicy zmienili się w milionerów. Standardy w ochronie środowiska są najwyższe z możliwych. Odejście od tego źródła energii i atomu to mrzonka. W Polsce powinniśmy wiercić jak najwięcej i inwestować w poszukiwania, żeby jak najszybciej skorzystać z tego źródła energii.

Inną wizję tego przemysłu pokazali nam przedstawiciele NGOsów, w tym FracTracker Alliance – organizacji zrzeszającej naukowców i zwykłych obywateli z terenu całych Stanów Zjednoczonych, których analizy faktycznego wpływu szczelinowania na środowisko, zdrowie ludzi i analizy łamania przepisów budzą podziw.

Paul Zeph, Brook Lenker, Gwen Lehman i John Nerbook opowiedzieli o ogromnej skali wydobycia, zatrważającej ilości odwiertów oraz przypadków ich przeciekania, zatruciu wód gruntowych w wyniku wierceń, łamaniu przepisów, emisjach metanu i innych, szkodliwych substancji – nie tylko z samych odwiertów, ale również ze stacji kompresorów, basenów na płyn szczelinujący i gazociągów. Na 1082 odwierty, które powstały od początku 2014 r., w 30% stwierdzono różnego rodzaju naruszenia. Ważnym problemem jest również ogromne zużycie wody oraz powstające w procesie odpady powydobywcze ciekłe i stałe, w tym również te radioaktywne. Zdarzają się wypadki – nieszczelności, wycieki, pożary czy eksplozje. Wszystko to odbywa się nie tylko na ziemiach prywatnych, lecz także na obszarach chronionych Lasów Stanowych (State Forest Land).

W stanowym Departamencie Ochrony Przyrody i Zasobów Naturalnych odbyliśmy kolejne spotkania. Kurt Klapkowski (dyrektor Bureau of Oil & Gas Planning and Program Management, Departament of Environmental Protection) oraz Dan Devlin (stanowy leśnik w Bureau of Forestry, Pennsylvania Department of Conservation & Natural Resources) zapewniali nas, że problem szkodliwego wpływu na środowisko praktycznie nie istnieje – Pensylwania ma bowiem najdoskonalsze przepisy, mnóstwo regulacji i najwyższe standardy. Sprawnie prowadzone są tu kontrole, przypadki jakichkolwiek naruszeń udało się praktycznie wykluczyć, odpady trafiają na specjalne składowiska, zaś woda, której zużycie stale się zmniejsza, jest w 90% poddawana recyklingowi.

Na tak ogromną ilość odwiertów przypada 87 inspektorów…

To samo usłyszeliśmy od lokalnych parlamentarzystów stanowych. Gaz jest tani i lepszy dla środowiska niż ropa i węgiel, właściciele ziemi zarabiają na dzierżawach, powstają nowe miejsca pracy. Sama Pensylwania niewiele co prawda na tym korzysta, podatki są tu bowiem śmiesznie niskie. Do stanowej kasy wpływa zaledwie 5% dochodów z produkcji, gdyż rządzącym Republikanom nie zależy na podniesieniu obciążeń podatkowych, bo bardzo często są oni właścicielami ziemi oraz firm wydobywczych.

O tym, jak w praktyce wygląda sytuacja, mieliśmy okazję przekonać się na własne oczy podczas dwóch dni, które spędziliśmy w lasach Pensylwanii i na spotkaniach z lokalnymi aktywistami. Była to zdecydowanie najciekawsza część wizyty w USA.

Ralph Kisberg i Barbara Jarmoska, działający w organizacji Responsible Drilling Alliance, pokazali nam z bliska, jak wygląda eksploatacja tego „czystego” i „bezpiecznego” źródła energii. Wydobycie trwa tu wszędzie, nawet na obszarach chronionych, w parkach i rezerwatach. Pady pod wiertnie i służącą do wydobycia infrastrukturę napotyka się dosłownie co krok. Wycina się tysiące drzew, niweluje zbocza gór, a z kamieniołomów w innych stanach przywozi się tłuczony kamień do utwardzenia powierzchni.

Taka budowa trwa miesiącami. Oznacza całodobowy ruch tysięcy gigantycznych ciężarówek, sunących jedna za drugą, ciągłe oświetlenie terenu bardzo silnymi halogenami, jak również potworny hałas. Kiedy zaczyna się eksploatacja, niewiele ulega poprawie. Znikają ciężarówki, buduje się za to gazociągi, wycinając setki tysięcy drzew, co powoduje nieodwracalne skutki dla całego ekosystemu, niekontrolowaną erozję gleby i coraz bardziej groźne w skutkach powodzie. Koszty – poza przyrodą – ponoszą lokalne społeczności i cały stan. Z publicznych pieniędzy odbudowywane są drogi, zerwane mosty i zniszczone budynki.

Biolodzy uważają, że w górskich strumieniach i rzekach już za trzy, cztery lata może całkowicie zniknąć życie, wytrute przez toksyczne związki chemiczne trafiające z odwiertów. Filtry sedymentacyjne, które maja zapobiegać spływającym z gór zanieczyszczeniom, wyglądają jak wypełnione bliżej nieokreśloną substancją pończochy, przytwierdzone do ziemi patykami. Zanieczyszczenie oznaczać może również koniec Chesapeake Bay – zatoki, do której wpływają wspomniane strumienie.

Zmianom uległ tu nie tylko krajobraz i stan środowiska. Pensylwania była stanem, w którym ludzie żyli z turystyki i rolnictwa. W ciągu zaledwie czterech lat nastąpiła całkowita rewolucja – turyści zniknęli, a rolnictwo upadło. Dziś są to głównie tereny górnicze i przemysłowe. Eksploatacja gazu łupkowego to nie tylko odwierty – powstają firmy produkujące rury oraz chemię do płynu szczelinującego, a także ogromne dyspozytornie ciężarówek i ciężkiego sprzętu.

Całkowitej degradacji uległa też lokalna kultura i styl życia. Pracownicy przemysłu wydobywczego to głównie robotnicy napływowi, ok. 2.000 dobrze zarabiających mężczyzn oderwanych od swoich rodzin. Ich przyjazd do spokojnej dotąd okolicy spowodował rozwój seksbiznesu, nocnych klubów oraz napływ prostytutek z całego kraju, jak również poważny wzrost przestępczości i handlu narkotykami. Prawdziwa epidemia heroiny zbiera swoje żniwo – w ubiegłym roku w niewielkim Williamsport z powodu przedawkowania zmarło 14 osób.

„To jest jak tsunami” powiedziała nam Barbara

To chyba najdoskonalsze określenie łupkowej rewolucji. Koszmarna codzienność mieszkańców, którzy często zainwestowali dorobek całego życia lub nawet kilku pokoleń w kupno domów w tej do niedawna rajskiej okolicy, obca jest właścicielom ziem dzierżawionych pod odwierty, mieszkających w miastach czy wręcz innych stanach. Dla nich to czysty zysk – ceny ziemi po udokumentowaniu potencjału złoża Marcellus Shale gwałtownie wzrosły, w przeciwieństwie do domów, których wartość spadła praktycznie do zera. Gdyby nawet ktoś zdecydował się na ich kupno, banki nie chcą udzielać kredytów na nieruchomości w tej okolicy.

Mieszkańcy się nie poddają. Jenny z Responsible Drilling Alliance udało się wywalczyć zakaz prowadzenia odwiertów w parku, na terenie którego mieszka. 7 dni przed wydaniem zgody na rozpoczęcie prac odbył się wielki protest, zebrano ponad 4 tysiące podpisów. Zgody nie wydano. W przyszłym roku odwierty zaczną się tuż za ścianą lasu, już poza granicami parku. Szczelinowanie w odwiercie horyzontalnym poprowadzone jednak będzie dokładnie w ich stronę…

Przeszkodą jest postawa lokalnych polityków – większość z nich dzięki eksploatacji złoża Marcellus Shale stała się milionerami. Kwitnie korupcja.

13 lutego 2012 r. uchwalony został w Pensylwanii tzw. ACT 13 – przepis wprowadzający regulacje wydobycia gazu łupkowego na terenie stanu. 7 miast zakwestionowało przepisy mówiące, że „szczelinowanie hydrauliczne, zbiorniki na odpady i rurociągi muszą być dozwolone w każdej strefie obowiązującego planu zagospodarowania przestrzennego, w tym na terenach mieszkaniowych, pod warunkiem, że zachowane zostaną pewne strefy buforowe”. Obywatele oraz społeczności lokalne zaskarżyły przepisy, które zabraniały też lekarzom informowania pacjentów o wpływie chemikaliów używanych do szczelinowania na ich zdrowie.

Sąd Najwyższy Stanu Pensylwania orzekł, że niektóre kluczowe części tego prawa w sposób fundamentalny kłócą się z oczekiwaniami mieszkańców, są niezgodne ze stanową konstytucją oraz poprawką o prawie do czystego środowiska (Environmental Rights Amendment), które gwarantują obywatelom „prawo do czystego powietrza, czystej wody i zachowania naturalnych, krajobrazowych, historycznych i estetycznych wartości środowiska naturalnego”.

Otwiera to szansę na skuteczną walkę ze szczelinowaniem hydraulicznym za pomocą lokalnego ustawodawstwa.

Być może efektem ostatecznym będzie wprowadzenie zakazu

Na razie udało się doprowadzić najpierw do moratorium, a ostatecznie do zakazu w stanie Nowy Jork. To ogromny sukces aktywistów i aktywistek – mieliśmy zaszczyt poznać ich relacje z pierwszej ręki. W Ithace spotkaliśmy się m.in. z Karen Edelstein i Josephem Wetmorem, Sarą Hess i jej mężem Jeffem Furmanem, Irene Weiser, Stefanem Sendersem, w Seneca Lake z Josephem Campbellem, Lou Damianim i lokalnym dziennikarzem Peterem Mantiusem, na Uniwersytecie Cornella z kolei z dzielnymi kobietami Ellen Herrison, Joanne Cipolla-Dennis i Marie McRae, które przyczyniły się do zakazu wydobycia w mieście Dryden. Wszyscy oni opowiadali nam o swojej nierównej, ale skutecznej walce o ochronę środowiska, zdrowia i jakości życia.

Nowojorscy aktywiści i aktywistki mają wsparcie naukowców ze stanowych instytucji naukowych. Na Uniwersytecie Cornella wykłada profesor Anthony Ingraffea, współautor opublikowanej w 2011 r. pracy naukowej o skutkach wydobycia gazu łupkowego. To pierwsze studium które wykazało, że gaz łupkowy w czasie całego cyklu jego produkcji jest paliwem bardziej brudnym od węgla. Profesor Ingraffea wyjaśniał nam, dlaczego eksploatacja gazu łupkowego powinna być zakazana na poziomie globalnym. Węglowodory niekonwencjonalne to ostatnia generacja paliw kopalnych dostępnych na ziemi – jeśli je zużyjemy, następne pokolenia zostaną bezpowrotnie pozbawione tego źródła energii. Metoda wydobycia, którą pomógł stworzyć, jest technologią tak dalece ingerującą w środowisko, że może spowodować całkowite zniszczenie Ziemi i wody. Wiąże się również z produkcją ogromnej, niemożliwej do utylizacji ilości odpadów. Jej wpływ na zmiany klimatyczne jest tak ogromny, że doprowadzić może do końca cywilizacji.

„To się po prostu nie opłaca. Wpływ na klimat, środowisko i zdrowie ludzi jest tak olbrzymi, że nie mamy czasu na dalsze zastanawianie się. Każdy dolar wydany na tę technologię to dolar mniej na odnawialne źródła energii – naszą jedyną szansę”– powiedział nam profesor.

„Szczelinowanie hydrauliczne dla ropy i gazu łupkowego to samobójstwo!”

Możliwość zobaczenia na własne oczy, jak naprawdę wyglądają pady z odwiertami, jakie zmiany – choćby w krajobrazie, wprowadza proces szczelinowania, jak zmieniają się warunki życia ludzi na terenach objętych wydobyciem, to wiedza i doświadczenie bezcenne, a niedostępne w żadnej innej formie. To dla nas również mocny argument w relacjach z decydentami i firmami wydobywczymi w Polsce, które często powołują się na przykład USA jako argumentu na rzecz poszukiwania i eksploatacji gazu łupkowego w naszym kraju. Odwołują się oni często do naszego braku doświadczenia i nieznajomości tematu w praktyce. „Byliście w Ameryce? Nie? No właśnie! «Gasland» kłamie, trzeba to zobaczyć na własne oczy, żeby zrozumieć”.

Zobaczyliśmy. I zrozumieliśmy.

Tekst jest skróconą wersją artykułu opublikowanego na stronie internetowej kampanii „Obywatele kontrolują” Instytutu Spraw Obywatelskich.

O związkach TTIP z integracją europejską, wzrostem, ponadnarodowymi korporacjami, stosunkiem do Chin, krajami rozwijającymi się i wielostronnymi negocjacjami handlowymi – rozmowa z Reinhardem Bütikoferem. (więcej…)