Kilka miesięcy temu media obiegła informacja o szwedzkiej firmie wszczepiającej pracownikom podskórne chipy. (więcej…)

Czy możemy wyobrazić sobie firmę, w której różnice płac są niskie, uwzględnianie zdania pracowników nie jest frazesem, a szef nie zarządza zespołem w stylu pruskiego generała? (więcej…)

Minister Pracy, Elżbieta Rafalska, zapowiedziała na antenie RMF FM wprowadzenie od 1 lipca 2016 r. minimalnej stawki godzinowej w wysokości 12 złotych za godzinę brutto. Stawka ma jednak obejmować tylko pracowników zatrudnionych na umowy cywilnoprawne, czyli umowy-zlecenie i o dzieło. Jest to radykalna zmiana w stosunku do dotychczasowych zmian dokonywanych przez rządy Donalda Tuska i Ewy Kopacz, które polegały na podwyższaniu pensji minimalnej tylko dla pracujących na etacie.

Rafalska tłumaczy posunięcie chęcią ograniczenia plagi umów śmieciowych, na podstawie których zatrudniona jest według niektórych szacunków jedna czwarta Polaków, przy czym wielu pracodawców, korzystając z braku regulacji pensji na umowach śmieciowych oferowało wynagrodzenie często nie przekraczające pułapu 5-6 zł za godzinę.

Pensja minimalna dla etatowców wzrośnie od 1 stycznia 2016 r. z 1750 zł brutto do 1850 zł brutto. Dodatkowo zostaną ozusowane umowy cywilnoprawne, czyli odprowadzane będą od nich składki zdrowotne, emerytalne oraz składka wypadkowa, odprowadzana przez pracodawcę. Jest to decyzja rządu Ewy Kopacz z czerwca tego roku. Rząd PO jednocześnie nie zdecydował się na proponowaną przez związkowców z OPZZ minimalną stawkę godzinową na poziomie 11 zł.

Dodał: Łukasz Markuszewski

Słupski ratusz chce częściowo umorzyć długi lokatorom mieszkań komunalnych. Jednorazowa abolicja ma objąć najemców zadłużonych co najmniej od roku, nie dewastujących mieszkania i nie zakłócających porządku domowego co najmniej 12 miesięcy wstecz.

Abolicja będzie dotyczyć ok. 4500 najemców, czyli nawet kilkunastu tysięcy mieszkańców miasta liczącego niecałe sto tysięcy osób. Długi, które mają zostać umorzone nie były ściągalne od wielu lat. Abolicja ma więc spełniać dwie funkcje – z jednej strony ma pomóc mieszkańcom, którzy wpadli w spiralę zadłużenia, z drugiej ma uruchomić pewne wpływy finansowe dla miasta, które są z powodu zadłużenia zablokowane.

Głosowanie uchwały w tej sprawie 30 grudnia.

Dodał: Łukasz Markuszewski

Zrównoważona gospodarka wymaga zarządzania energią i wodą – do której przygotowania, ogrzania i oczyszczania także potrzebujemy zresztą energii. (więcej…)

Po spotkaniu z premierem Hiszpanii, Mariano Rajoyem, lider lewicowego Podemos ogłosił, że nie jest możliwe stworzenie koalicji wspierającej centroprawicowy rząd Partii Ludowej. Pablo Iglesias stwierdził, że priorytetem jego ugrupowania będzie teraz przepchnięcie przez parlament „ustaw pogotowia społecznego”, które m.in. zabezpieczą obywateli przed eksmisją w razie niespłacania kredytu hipotecznego i zapewnią emerytom dostęp do tanich leków. „Są Hiszpanie, którzy nie mogą czekać”- skonkludował swoje wystąpienie Iglesias podczas konferencji prasowej w Pałacu Moncloa, tradycyjnej siedzibie premierów Hiszpanii.

Nieco lepsze perspektywy stoją przed potencjalną lewicową koalicją, której trzonem miała by być centrolewicowa Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) oraz Podemos. Kością niezgody jest tutaj jednak kwestia referendum niepodległościowego w Katalonii, które popierają politycy związani z obozem Iglesiasa. Podemos nie popiera niepodległości tego regionu, jednak silnie obstaje za pozwoleniem Katalończykom o decydowaniu o własnej przyszłości. Jak stwierdził lider tej partii – „Jedyna droga do utrzymania jedności Hiszpanii wiedzie przez proces demokratyczny”.

Jednocześnie Iglesias nie chce by premierem nowego rządu był lider socjalistów, Pedro Sanchez, którego pozycja kwestionowana jest nawet wewnątrz jego własnej PSOE. Woli on, by na czele ewentualnego rządu stanął niezależny premier spoza obydwu ugrupowań.

Jeśli w ciągu dwóch miesięcy od wyborów nie zostanie utworzony większościowy rząd zostaną rozpisane przedterminowe wybory.

Dodał: Łukasz Markuszewski

 

19 lutego rozpoczął się ogólnopolski protest rolników, przed Kancelarią Rady Ministrów stanęło Zielone Miasteczko.

Z jedną z inicjatorek protestu – Edytą Jaroszewską-Nowak, rolniczką z województwa zachodniopomorskiego rozmawiają Beata Nowak i Juliusz Adel.

Fot: z archiwum Edyty Jaroszewskiej-Nowak

Beata Nowak: Powiedz nam, jak to się zaczęło?

Edyta Jaroszewska-Nowak: To, że jestem tutaj w Warszawie to skutek przedłużającego się protestu rolników, w którym brałam udział już trzy lata temu w Szczecinie. Tam staliśmy „na barykadach” 77 dni, także podczas świąt Bożego Narodzenia. Dopiero wtedy zostaliśmy zauważeni i dostaliśmy zaproszenie na negocjacje. Przyjechali przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa, wraz z panią wiceminister Zofią Szalczyk. Po dwóch dniach bardzo intensywnych rozmów dostaliśmy zapewnienie, że nasze postulaty zostaną zrealizowane w ciągu najbliższych kilku, czy kilkunastu miesięcy, w postaci odpowiednich ustaw i rozporządzeń.

BN: Jakie są wasze postulaty?

EJ: Dokładnie te same, które mieliśmy podczas protestu w Szczecinie, Z tym, że wówczas one były bardziej szczegółowe, bardziej rozbudowane. Teraz je skróciliśmy, żeby wyłonić z nich sedno, żeby były bardziej zrozumiałe dla normalnego odbiorcy, który nie jest związany z rolnictwem.

Wśród najważniejszych spraw można wymienić: sprzedaż bezpośrednia produktów od rolnika, wyprzedaż ziemi, zakaz upraw GMO, ograniczenie GMO w paszach, zmiany regulacji ustawowych w obszarze szkód łowieckich oraz powołanie komisji dialogu społecznego, w której będą brali udział także rolnicy. Ważna kwestia dotyczy również odzyskania rynków wewnętrznych. Rolnicy powinni mieć do nich dostęp, bo w tej chwili zostaliśmy całkowicie oddzieleni od handlu i przetwórstwa.

Te postulaty przez trzy lata nie doczekały się realizacji w ogóle.

BN: I od tego czasu nic się nie zmieniło?

EJ: Nie zmieniło się absolutnie nic. Nie wprowadzono żadnej z obiecanych ustaw czy rozporządzeń. Tylko w zakresie obrotu ziemią wprowadzono zarządzenie Prezesa Agencji Nieruchomości Rolnych, które teoretycznie wymuszało kontrolę ze strony rolników wszystkich przetargów dotyczących sprzedaży ziemi. Czyli rolnicy musieli być obecni na wszystkich przetargach, i oczywiście robili to za darmo, społecznie. Odbywały się one wielokrotnie w ciągu tygodnia, to było zupełne szaleństwo.

Musimy to wyjaśnić, bo to jest bardzo ważne i mylnie odbierane – jest różnica, czy ziemia jest przejmowana przez rolnika indywidualnego, czy międzynarodowe korporacje. Co prawda uchwalono ustawę o kształtowaniu ustroju rolnego, ale jest ona wadliwa i właściwie może pogorszyć stan obecny. Ja osobiście uważam, że ziemia powinna być własnością państwa. Rolnik mógłby tę ziemię dzierżawić dożywotnio, ale właścicielem powinno być państwo.

Oczywiście dzierżawę można by było przekazywać następnym pokoleniom. Jeżeli syn, córka rolnika chciałby się zająć uprawą, to oczywiście powinien mieć taką możliwość. Taka forma dzierżawy jest bardzo popularna w województwie zachodniopomorskim. Bardzo duże obszary ziemi po PGR‑ach były wydzierżawiane, nikt ich nie kupował na własność. W tej chwili jest bardzo silny trend, by to sprzedać jak najszybciej, po jak najlepszej cenie, czasami nawet razem z rolnikiem, bo rolnika nie stać na wykup, więc po prostu się sprzedaje z tą jego dzierżawą.

 

 BN: O co chodzi ze sprzedażą bezpośrednią?

EJ: Co do sprzedaży bezpośredniej własnych wyrobów: jeździmy na różnego typu wyjazdy studyjne w innych krajach, odwiedzamy tamtych rolników i widzimy, że nie dość, że przy każdym gospodarstwie funkcjonuje mała przetwórnia, to jeszcze mały sklepik i to wszystko jakoś się kręci. Nikt nie mówi, że tego nie wolno. Po prostu uwarunkowania są inne, mieli je już dawno i im po prostu tego nie odebrano.

Ponieważ u nas uregulowań właściwie nie było, to, gdy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej, okazało się, że działalność rolnicza dotyczy tylko produkcji pierwotnych surowców, natomiast nie obejmuje już działalności przetwórczej. W którymś momencie dowiedzieliśmy się, że to, że robimy sok z jabłek jest po prostu nielegalne i sprzedawać go absolutnie nie wolno.

BN: Jeżeli w innych krajach Unii wolno to robić, więc nie jest to wymóg unijny, tylko wymóg Polski?

EJ: Oczywiście, że to nie jest wymóg unijny. W sumie wszystko się opiera na przepisach sanitarnych. W rozporządzeniu unijnym o bezpieczeństwie żywności i żywienia jest wyraźnie napisane, że wszystkie przepisy mówiące o tym, jak produkować żywność, aby była bezpieczna, dotyczą pewnej ciągłości i organizacji zakładów.

A jeżeli chodzi o działalność ograniczoną i na małą, lokalną skalę, to państwa członkowskie mogą sobie same te przepisy stworzyć i we własnym zakresie regulować. Nasz kraj nie skorzystał z tej możliwości i takich odrębnych przepisów dla rolników w ogóle nie mamy. Rozmawialiśmy z posłami wszystkich opcji, jest wola wprowadzenia takich przepisów, natomiast jest dziwny opór ze strony rządu. Nie rozumiemy tego.

Pierwszy z brzegu przykład: są przepisy dotyczące produkcji śmietany i mleka przez rolnika, to dlaczego nie można sprzedawać np. zsiadłego mleka?

Kolejny: są przepisy dotyczące działalności małej, lokalnej, ograniczonej w produkcji z pochodzenia zwierzęcego, ale już w produkcji towarów pochodzenia roślinnego przetwórstwo jest nielegalne, bo tych przepisów w ogóle nie ma.

Kolejny absurd: gospodarze prowadzący agroturystykę mogą karmić swoich gości własnymi produktami, ale nie mogą ich sprzedać na wynos. Nie wolno sprzedać jaj w gospodarstwie, ale można je sprzedać na targu. W postulatach dotyczących sprzedaży bezpośredniej ludziom z ministerstwa ciężko było zrozumieć o co nam chodzi…

Juliusz Adel: Rolnicy protestują w całej Europie. Nie raz słyszymy o rolnikach protestujących we Francji czy Hiszpanii. Spotkaliśmy się podczas demonstracji „Wir haben es Satt” (Mamy tego dość) w Berlinie. Czy postulaty polskich rolników są podobne do postulatów rolników w innych krajach EU?

EJ: W zasadzie tak. Wszyscy zdają sobie sprawę, że kontrolę nad łańcuchem żywnościowym przejmują ponadnarodowe korporacje. Kto kontroluje żywność, kontroluje świat. Rolnicy zorientowali się, że nie tylko stracili prawa do nasion, zasobów genetycznych, przetwórstwa i handlu, ale tracą też prawo do ziemi, która coraz częściej odbierana jest lokalnym rolnikom w celu tworzenia gigantycznych farm przemysłowych. Produkuje się tam żywność bez troski o środowisko, szkodząc zdrowiu zwierząt i ludzi.

JA: „Wir haben es Satt” to już impreza cykliczna. W styczniu tego roku w demonstracji w Berlinie uczestniczyło ponad 50 000 rolników i konsumentów z wielu krajów Europy. Domagali się ekologicznego rolnictwa i zdrowej żywności. Czy możliwe jest zorganizowanie takiej manifestacji w Warszawie?

EJ: Myślę, że powoli do tego dojrzewamy. Wzrasta świadomość polskiego społeczeństwa. Wielu ludzi zaczyna zwracać uwagę na to, w jaki sposób jest produkowana żywność, którą kupują. To tylko kwestia czasu i zjednoczenia konsumentów i rolników w dążeniu do prawa do dobrej żywności.

BN: Czyli ogólnie chodzi wam o…

EJ: …stworzenie odrębnych przepisów dla małych gospodarstw. Chodzi o przepisy, które dotyczyłyby nie przedsiębiorców, tylko rolników, którzy chcą sprzedawać produkty wyprodukowane przez siebie, bez zatrudniania dodatkowych osób, na bazie przetworzonych surowców z własnych gospodarstw. Żeby mogli te produkty sprzedawać. Nawet, jeśli zrobią je we własnej kuchni.

JA: W sklepie czytam skład wszelkich produktów i czasami mam wrażenie, że tablica Mendelejewa jest krótsza. Czy Polacy są już całkiem skazani na kupno modyfikowanej żywności z pełną gamą barwników, wypełniaczy, konserwantów?

EJ: To konsumenci decydują, jaką żywność chcą kupować. W Polsce mamy alternatywę i nie jesteśmy skazani na żywność korporacyjną, czy pochodzenia GMO. Na przykład w Warszawie, oprócz supermarketów są też sklepy z pełnowartościową żywnością od polskich rolników i przetwórców. Jednym z takich sklepów jest „Chleb z Masłem” na Mokotowie. Właściciel bardzo dba o to, żeby oferowane produkty nie zawierały wypełniaczy, ulepszaczy, barwników i dodatków typu syrop glukozowo‑fruktozowy czy izolaty białka sojowego.

BN: Jaka jest świadomość zagrożenia ze strony stosowania GMO wśród rolników?

EJ: Jak zaczynaliśmy protest w Szczecinie trzy lata temu, ta świadomość była bardzo niska. W tej chwili rolnicy są dobrze wyedukowani – szczególnie ci z województwa zachodniopomorskiego. Działam również w izbach rolniczych w naszym województwie i przez całą moją kadencję starałam się rozpowszechniać wiedzę o zagrożeniach ze strony stosowania GMO.

Myślę, że udało mi się to zrobić dosyć skutecznie – zachodniopomorska izba rolnicza podjęła uchwałę popierającą stanowisko sejmiku wojewódzkiego, aby zachodniopomorskie było strefą wolną od GMO. Rolnicy przekonali się też na przykładzie ustawy o nasiennictwie – wprowadzenie kompetencji dla agencji nasiennej, która może teraz ścigać rolnika za to, że używa nasion, objętych wyłącznym planem hodowcy. Poza tym firmy, które skupują od rolników zboża, wymagają od nich w umowach o skupie klauzuli, że nie jest ono zanieczyszczone GMO.

Kiedy przeczytali umowy, zaczęli rozumieć, że to jest niebezpieczeństwo.

BN: Czy wśród rolników jest jakiś sprzeciw czy opór wobec upraw ekologicznych?

EJ: Chyba najlepiej to wyjaśnić na przykładzie naszej wioski. Prowadzę gospodarstwo, które jako pierwsze uzyskało certyfikat ekologiczny i byliśmy jedyni przez kilka lat. W naszej wiosce są wyłącznie gospodarstwa rodzinne, mamy tradycję niewielkich gospodarstw. To co robiliśmy, na początku spotykało się z nieufnością, obserwowano nas z daleka. Przez kilka lat kompletnie nikt się nie zainteresował tym, że można gospodarstwo prowadzić w inny, ekologiczny sposób.

Przełom nastąpił dopiero, gdy była potężna susza, która zniszczyła mnóstwo upraw. Ponieważ już kilka lat w naszym gospodarstwie stosowaliśmy metody ekologiczne, nasza ziemia pomimo bardzo słabej klasy odzyskała część próchnicy poprzez zmianowanie, więc ta susza mniej niekorzystnie wpłynęła na nasze uprawy. Od tego czasu okoliczni gospodarze zaczęli baczniej obserwować to, co robimy.

Pomyślałam, że muszę ich bardziej zachęcić i pomóc. Zrobiłam kurs doradcy rolnośrodowiskowego i zaczęłam ludziom robić za darmo plany, żeby mogli przystąpić do systemu gospodarstw ekologicznych. W ten sposób udało mi się przekonać sporo rolników wokół siebie. W tej chwili jestem dumna z tego, że w naszej wiosce można kupić właściwie pełen asortyment produktów. To są ludzie, którzy produkują zdrową żywność. Widzę też, że wzrasta ich świadomość. Stopniowo przestają kupować w supermarketach, zaczynają wymieniać się z innymi rolnikami swoimi produktami, zaczynają odstawiać rzeczy, które do tej pory jedli. Jest to bardzo satysfakcjonujące.

JA: Popatrzmy na to w ten sposób: rolnik orze, sieje, dogląda, zbiera i sprzedaje swoje plony. Te jadą przez pół Polski do magazynów, potem po przebyciu następnych kilkuset kilometrów, trafiają do naszych hipermarketów, dyskontów. Koszt tego transportu, magazynowania i dalszej dystrybucji ponoszą konsumenci.

EJ: Odległość, jaką przemierzają produkty spożywcze, zanim dotrą do konsumentów, jest absurdalna. Zdecydowanie należy wrócić do modelu, w którym produkty rolne są dostarczane z odległości maksymalnie 50 km. Tak jest w Irlandii. Tam sklepy sprzedają warzywa od miejscowych rolników, często etykiety tych produktów opatrzone są zdjęciem rolnika i jego rodziny. To pozwala na utrzymanie więzi między miastem a wsią i skrócenie drogi produktów z korzyścią dla środowiska i zdrowia konsumentów.

JA: Panuje przekonanie, że żywność ekologiczna jest droga. Czy rzeczywiście uprawy wolne od herbicydów i sztucznych nawozów muszą być droższe?

EJ: Żywność ekologiczna jest droższa, ponieważ wymaga większego nakładu pracy przy niższych plonach z hektara, ale cena nie powinna być wyższa niż 20% w porównaniu do żywności tradycyjnej. To, że ceny w sklepach są niebotyczne i odstraszają konsumentów, to wynik dużej ilości pośredników i marż sklepowych.

JA: Gdy górnicy przyjechali do Warszawy palić opony i rzucać kamieniami, w prasie i TV zawrzało. Nie można było włączyć TV i nie słyszeć o strajku. Czy zamierzacie zaostrzyć swój protest?

EJ: Cały czas liczymy na dobrą wolę ze strony rządu. Myślimy też, że inne grupy niezadowolonych z powodu braku dialogu z rządem, dołączą się do nas. Przeraża mnie to, że jest tyle przeróżnych ruchów, które walczą z patologiami w różnych dziedzinach, a nie potrafimy się połączyć, mimo tego, że wiemy, że w pojedynkę nic nie wywalczymy.

Górnicy, którzy rozważali postawienie własnego czarnego miasteczka ze swoimi postulatami, białe miasteczko pielęgniarek planujących protest, nauczyciele… Należy połączyć siły.

BN: Jak zakończył się protest? Co dalej planujecie?

EJ: Po trzech miesiącach funkcjonowania Zielonego Miasteczka zostaliśmy zauważeni przez Panią Premier i zaproszeni na rozmowy. Ewa Kopacz wysłuchała naszych przedstawicieli i ze zrozumieniem odniosła się do zgłaszanych postulatów. Obiecała osobiście dopilnować zapisów ustawy zabezpieczającej obrót ziemią rolną. Niestety ostateczny kształt tego aktu prawnego daleko odbiega od doskonałości.

Reszta postulatów również nie doczekała się zapisów ustawowych, które satysfakcjonowałyby rolników. Nieustannie zadziwia mnie arogancja osób, które dostały od nas mandat do sprawowania władzy. Ludzie nie wychodzą na ulicę bez powodu, a tym bardziej nie robią tego rolnicy. Dialog ze społeczeństwem powinien być nieodłącznym elementem sprawowania władzy. Tymczasem standardem stało się załatwianie tak zwanych „konsultacji społecznych” za pomocą organizacji zdominowanych przez partie rządzące, które nie zgłaszają rzeczywistych problemów.

Konsekwencją jest wzrost frustracji społeczeństwa, które coraz mniej wierzy w demokrację. Wyrazem tego jest dramatyczny wzrost ilości protestów, pikiet i demonstracji niezadowolonych obywateli. Nie można ignorować faktu, że wzrasta poziom obywatelskiego zaangażowania społeczeństwa i kończy się era wszechwiedzących i wszechwładnych urzędników.

Zdj. Marcin Białek na licencji CC BY-SA 3.0

Premier Słowacji, Robert Fico, zrealizuje na dniach jedną ze swoich obietnic wyborczych. Od 1 stycznia zostanie o połowę obniżony podatek od wartości dodanej na podstawowe produkty spożywcze. Słowacy zapłacą mniej za chleb, mięso, masło, ryby i mleko. Ten ograniczony zakres produktów jest krytykowany przez niektórych analityków, którzy przekonują, że obniżka VAT będzie nieodczuwalna dla przeciętnego konsumenta, ale jednocześnie spowoduje duży ubytek w budżecie państwa. Ubytek ten ma wynosić w najbliższych latach od 77 do 85 milionów euro.

Rząd Fico stara się w ten sposób pobudzić konsumpcję wewnętrzną w kraju, która jest ponad 20% niższa od średniej unijnej.

Jest to kolejna zrealizowana obietnica lidera lewicowej partii Kierunek – Socjaldemokracja (Smer–sociálna demokracia). Wcześniej wprowadzono darmowe przejazdy dla emerytów i dzieci w kolejach państwowych, oraz zlikwidowano podatek liniowy.

Dodał: Łukasz Markuszewski, na podstawie forsal.pl

Zespół badaczy z Centrum Badań nad Klimatem i Zrównoważonym Rozwojem, Uniwersytetu Stanowego w San Diego, Uniwersytetu Open, Uniwersytetu w Sheffield, Uniwersytetu w Montanie, Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA, Uniwersytetu Harvarda i Narodowej Służby Oceanicznej i Atmosferycznej (NOAA) ustalił, że w czasie miesięcy zimowych – kiedy powierzchnia gleby jest zamrożona (zazwyczaj od września do maja) – arktyczna i wyżynna tundra uwalnia znacznie więcej metanu, niż wskazywały na to dotychczasowe szacunki klimatycznych modeli.
Okazało się, że co najmniej połowa rocznych emisji metanu następuje zimą, zaś bardziej sucha tundra wyżynna jest większym emiterem metanu niż tundra wilgotna. Odkrycie to podważa kluczowe założenia globalnych modeli klimatycznych.
Praktycznie wszystkie modele zakładały, że przy zamrożonym gruncie nie ma emisji metanu lub są one śladowe – powiedział Walter Oechel, zastępca dyrektora Centrum Badań nad Klimatem i Zrównoważonym Rozwojem. – Założenie to jest błędne.
Woda uwięziona w glebie nie ulega całkowitemu zamrożeniu nawet poniżej zera stopni Celsjusza. Wierzchnia – czyli aktywna – warstwa ziemi topi się latem i zamarza zimą doświadczając efektu „kanapki”. Gdy temperatury oscylują wokół zera stopni Celsjusza, góra i dół warstwy aktywnej zaczynają zamarzać, a środek pozostaje odizolowany. Mikroorganizmy znajdujące się w tej niezamrożonej części nie zaprzestają rozkładania materii organicznej i przez wiele miesięcy emitują metan. Zamrożona powierzchnia hamuje utlenianie metanu, czego rezultatem są duże emisje netto metanu w okresie jesieni i zimy. Rośliny pełnią rolę kominów ułatwiających ucieczkę gazu przez skutą lodem warstwę do atmosfery.
Wyniki badania opublikowano 17 grudnia 2015 w Proceedings of National Academy of Sciences.
Źródło: http://newscenter.sdsu.edu/sdsu_newscenter/news_story.aspx?sid=75962, http://www.pnas.org/content/early/2015/12/17/1516017113.abstract
Dodała: Beata Nowak

Premier Beata Szydło w rozmowie z Telewizją Trwam zapowiedziała nowy program, który rząd ma przedstawić po wdrożeniu programu „500+”. Będzie on dotyczył mieszkalnictwa, a w jego ramach państwo udostępni grunt, na którym prywatny deweloper wybuduje mieszkania. Państwo będzie również gwarantować wybudowanie mieszkań oraz spłatę kredytu, za który można będzie kupić mieszkania. Raty kredytu będą wliczone w czynsz. Nowy program dotyczyć ma tylko rodzin, premier Szydło nie wspomniała w swej zapowiedzi nic o osobach żyjących związkach nieformalnych oraz żyjących samotnie.

Przypomnijmy, że Prawo i Sprawiedliwość, które posiada samodzielną większość w Sejmie, złamało już obietnicę wyborczą dotyczącą programu „500+”, który w zapowiedziach miał dotyczyć wszystkich dzieci. Po wyborach okazało się, że dodatek w wysokości 500 zł będzie wypłacany nie na każde dziecko, ale dopiero na drugie. W dalszym ciągu nie jest pewne, czy na programie skorzystają najbardziej potrzebujące rodziny, które Prawo i Sprawiedliwość chce pozbawić prawa do korzystania z zasiłku.

 

Dodał: Jakub Krzyżanowski

Porozumienie z Paryża uznaje się za wielki sukces. Lecz czy zapewnia ono sprawiedliwość klimatyczną?  Ocena Danny’ego Chiversa i Jess Worth z magazynu New Internationalist.

Po dwóch tygodniach zawiłych negocjacji – a tak naprawdę po 21 latach – rządy ogłosiły Porozumienie Paryskie. Ta nowa umowa klimatyczna zacznie obowiązywać od 2020 roku. Lecz czy jest ona rzeczywiście tak „ambitna”, jak twierdzi rząd francuski?

Przed rozpoczęciem negocjacji ruchy społeczne, grupy ekologiczne i związki zawodowe z całego świata ustaliły wspólnie zbiór kryteriów, które musiałoby spełnić paryskie porozumienie klimatyczne, aby można było powiedzieć, że jest efektywne i sprawiedliwe. Ten „Test Ludowy” (People’s Test) oparty jest na nauce o klimacie i rozpoznaniu potrzeb społeczności dotkniętych przez zmiany klimatu i innego rodzaju niesprawiedliwości na całym świecie.

Aby pozytywnie przejść Test Ludowy, porozumienie paryskie musiałoby spełnić następujące cztery kryteria:

1. Katalizować natychmiastową , podjętą w trybie nagłym i drastyczną redukcję emisji;
2. Zapewnić odpowiednie wsparcie dla transformacji;
3. Zagwarantować sprawiedliwość dla ludzi doświadczających skutków zmian klimatu;
4. Skupić się na autentycznym, skutecznym działaniu, zamiast na fałszywych rozwiązaniach.

Czy porozumienie z Paryża spełnia te warunki? 15 000 osób, które wyszły dzisiaj na ulice Paryża, by potępić tę umowę z pewnością sądzi, że nie. Poniżej przedstawiamy ocenę magazynu New Internationalist (NI).

Test 1. Katalizować natychmiastową, podjętą w trybie nagłym i drastyczną redukcję emisji: „Zgodnie z wymaganiami nauki i sprawiedliwości, [musi] zapewnić podjęcie pilnych krótkoterminowych działań na rzecz realizacji długoterminowego celu uzgodnionego w Paryżu, które spowodują odejście od brudnej energii, wyznaczając początek końca paliw kopalnych na całym świecie, i umożliwią utrzymanie globalnego wzrostu temperatury na bezpiecznym poziomie”.

Ocena NI: Niedostateczna.
Porozumienie klimatyczne w Paryżu przyjęło za cel utrzymania wzrostu globalnych średnich temperatur „na poziomie znacznie poniżej 2°C ponad poziom przedindustrialny i kontynuowanie wysiłków na rzecz ograniczenia wzrostu temperatur do 1,5 stopnia”. Lecz redukcje emisji zawarte w porozumieniu oparte są na dobrowolnych deklaracjach, określanych jako Planowane Wkłady Zamierzone przez Kraje (Intended Nationally Determined Contributions – INDCs), które rządy opracowały indywidualnie przed negocjacjami, bazując na tym do czego były przygotowane, nie zaś na wymaganiach nauki i sprawiedliwości. Redukcje te stały się teraz częścią umowy, lecz ich realizacja nawet w dużym przybliżeniu nie pozwoli na realizację celu 1,5°C, ani nawet 2°C, a porozumienia nie wymaga rewizji tych celów do roku 2020.

Posługując się słowami Asada Rehmana z the Global Campaign to Demand Climate Justice, “Porozumienie to umożliwia ucieczkę wielkim trucicielom, a dla biednych oznacza kielich goryczy. Mamy trochę ciepłych słów o poziomach temperatury, ale żadnych konkretnych działań. Kraje bogate nie zobowiązują się do zrobienia niczego więcej w sprawie swoich niewystarczających celów redukcji emisji, które doprowadzą nas do wzrostu temperatury planety o 3,7°C. Żaden z krajów rozwiniętych nie wnosi stosownego wkładu w redukcję emisji i odejście od brudnej energii”.

Zdaniem zastępcy dyrektora Tyndall Centre for Climate Change Research, Kevina Andesona, „Tekst z Kopenhagi mówił o emisjach z lotnictwa i transportu towarów, które są łącznie tak duże jak emisje Wielkiej Brytanii i Niemiec razem wzięte, lecz nie wspomina się o nich w umowie z Paryża”. Ogólnie, jak powiedział, porozumienie to jest słabsze od kopenhaskiego i „niezgodne z najnowszymi ustaleniami nauki”.

Porozumienie paryskie nie wymaga od państw redukcji emisji przed rokiem 2020. Dyrektor Centre for International Climate and Energy Policy, Steffen Kallbekken wyjaśnia, że „do czasu gdy deklaracje staną się zobowiązujące w 2020 roku, prawdopodobnie zużyjemy cały budżet emisji pozwalający na utrzymanie globalnego ocieplenia poniżej 1,5°C. Jeśli będziemy trzymać się zadeklarowanych przez państwa planów redukcji emisji (INDCs), klimat ociepli się o 2,7 do 3,7°C”.

Aby mieć solidną szansę osiągnięcia celu 1,5°C, musimy pozostawić w ziemi co najmniej 80% znanych złóż paliw kopalnych, i natychmiast wstrzymać poszukiwania i wydobycie nowych zasobów. Musimy powstrzymać deforestację i zmniejszyć emisje innych gazów takich jak metan, poprzez zablokowanie głównych ich źródeł, takich jak hodowla zwierząt. Lecz porozumienie z Paryża nie zawiera słów „paliwo kopalne” – nie ma tam węgla, ropy ani gazu – i również żadnej wzmianki o inwentarzu żywym, oleju palmowym i innych przemysłach powodujących wylesianie.

„Nasze przetrwanie nie podlega negocjacjom. Ale po całej tej krzykliwej reklamie wokół bardzo ambitnych celów i dążenia do ograniczenia globalnego ocieplenia do 1,5°C, końcowa wersja porozumienia klimatycznego skazuje nas na jeszcze więcej śmierci i zniszczenia” – powiedziała koordynatorka Asian Peoples’ Movement on Debt and Development (APMDD), Lidy Nacpil.

Test 2. Zapewnić odpowiednie wsparcie dla transformacji: „Zagwarantować przekazanie środków koniecznych dla wsparcia transformacji, takich jak finansowanie publiczne i transfer technologii, zwłaszcza w krajach szczególnie narażonych i biednych”.

Ocena NI: Niedostateczna.

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej, przejście do świata wolnego od paliw kopalnych wymagało będzie 1 000 miliardów dolarów rocznie do roku 2020. Około jedna trzecia z tego – 670 miliardów dolarów- trzeba będzie wydać w krajach rozwijających się, stąd konieczność transferu środków finansowych z Północy na Południe. Jest to jedyne sprawiedliwe rozwiązanie, ponieważ państwa uprzemysłowione stały się tak bogate dzięki spalaniu paliw kopalnych przez ostatnie 200 lat; kraje zamieszkiwane przez zaledwie 10% światowej populacji są odpowiedzialne za około 60% gazów cieplarnianych znajdujących się obecnie w atmosferze.

Jednak porozumienie z Paryża zawiera zobowiązanie do „zgromadzenia” 100 miliardów dolarów rocznie do roku 2020, nie tylko na finansowanie redukcji emisji, lecz również adaptację (zobacz 3, poniżej). Jest to o wiele mniej niż potrzeba, i nie ma zdecydowanego zobowiązania do zwiększenia tej sumy, zaledwie aspiracja do jej weryfikacji do roku 2025. Jednocześnie definicja „zgromadzić” jest celowo szeroka i zawiera pożyczki, finansowanie ze źródeł prywatnych, granty z określonymi warunkami i przesunięcie budżetów pomocowych. Mówiono nawet o zakwalifikowaniu pieniędzy przesyłanych do domu przez imigrantów pracujących w bogatszych krajach, jako formy finansowania na rzecz klimatu, i włączeniu ich do całości środków „zgromadzonych” przez te bogate państwa.

Jest to niewystarczające i małostkowe, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że rządy wydają szacunkowo 5,3 biliony dolarów rocznie na bezpośrednie i pośrednie subsydiowanie paliw kopalnych. Dyrektor Programu Klimatycznego w Institute for Policy Studies, Janet Redman przedstawia to w następujący sposób: „Wydajemy 2 biliony dolarów rocznie na wojsko i zgromadziliśmy 14 bilionów na ratowanie banków. Bogate narody muszą przesunąć pieniądze z banków i czołgów do czystej energii i odporności na zmiany klimatu”.

Test 3. Zagwarantować sprawiedliwość dla ludzi doświadczających skutków zmiany klimatu: „Zwiększyć wsparcie dla adaptacji w nowym systemie klimatycznym, zagwarantować osobny mechanizm zapewniający zadośćuczynienie za jakąkolwiek straty i zniszczenia wykraczające poza naszą zdolność do adaptacji, podjąć mocne zobowiązanie zabezpieczenia środków do życia i stanowisk pracy dla pracowników, poprzez Sprawiedliwą Transformację”.

Ocena NI: Niedostateczna.

Według Programu Środowiskowego Narodów Zjednoczonych, oprócz 670 miliardów dolarów rocznie potrzebnych do redukcji emisji do roku 2020, kraje szczególnie narażone potrzebują 150 miliardów rocznie na środki adaptacyjne mogące ochronić je przed najgorszymi konsekwencjami zmiany klimatu. Jest to w sumie 800 miliardów rocznie – tak więc uzgodnione 100 miliardów stanowi zaledwie 15% tego co rzeczywiście potrzebne.

Kraje rozwinięte przyczyniły się najbardziej do powstania problemu, stąd spoczywa na nich odpowiedzialność za jego rozwiązanie , lecz ta kluczowa zasada (znana jako zasada „Wspólnej , ale zróżnicowanej odpowiedzialności”) została w tekście paryskim rozwodniona na żądanie USA i innych krajów uprzemysłowionych. Zamiast jasnego oświadczenia, że kraje bogate powinny przekazać biednym narodom środki finansowe na adaptację, porozumienie z Paryża stwierdza, ze kraje rozwinięte powinny „pełnić rolę wiodącą” w zapewnianiu środków finansowych, jako część „wspólnych wysiłków” wszystkich stron.

Podczas gdy Stany Zjednoczone i niektóre organizacje pozarządowe obwiniają państwa rozwijające się o niewystarczające zaangażowanie w porozumienie, przygotowany przez organizacje sprawiedliwości klimatycznej, ruchy społeczne, grupy religijne, związki zawodowe oraz organizacje ekologiczne i rozwojowe, raport „Fair Shares: A Civil Society Equity Review of INDCs’” pokazuje, że prawda jest zupełnie odwrotna. Wiele krajów rozwijających się deklaruje zrobienie o wiele więcej ponad swój „sprawiedliwy udział” w redukcji emisji, podczas gdy kraje bogate się ociągają.

Ponadto, ponieważ zmiana klimatu następuje już teraz, wiele krajów doświadcza niszczących powodzi, burz i suszy. To będzie się działo nadal – i jeszcze się pogorszy – przez wiele lat, nawet jeśli światu uda się zatrzymać wzrost temperatury na poziomie 1,5°C. Narody te zasługują na odszkodowania i pomoc finansową za straty i zniszczenia na skutek zanieczyszczeń spowodowanych przez kraje bogate. Lecz porozumienie paryskie odmawia im tego prawa wprowadzając zapis mówiący, że umowa „nie stanowi podstawy do jakiejkolwiek odpowiedzialności i rekompensaty”. Wiele krajów szczególnie narażonych na konsekwencje zmiany klimatu walczyło z determinacją o prawo do rekompensaty, ale zostały one zastraszone, przekupione i zmuszone przez USA i Unię Europejską do zaakceptowania tego zapisu.

Jak to ujął Asad Rehman, „UE, USA i inne bogate kraje wymusiły klauzulę zwalniającą je z prawnej, moralnej i politycznej odpowiedzialności za zanieczyszczenie atmosfery związkami węgla i zniszczenie egzystencji i środków utrzymania milionów ludzi”.

Indyjska przywódczyni rybaków, Magline Peter, której lot był opóźniony z powodu powodzi w Madrasie, również potępia ten zapis. „USA i jego sojusznicy nie chcą płacić za straty i zniszczenia, których kraje takie jak mój już doświadczają na skutek podnoszenia się poziomu morza bądź ekstremalnych powodzi, takich jak ta ostatnia w Madrasie. To absurdalne, że te bogate kraje nadal oskarżają Indie o blokowanie solidarnego i sprawiedliwego porozumienia klimatycznego”.

Koncepcja sprawiedliwej transformacji – zakładająca, że rządy powinny zapewnić szkolenia i pomoc finansową, gwarantującą pracownikom sektora paliw kopalnych alternatywne zatrudnienia w transformacji do nie-emisyjnego świata – wspomniana jest w preambule, lecz nie ma jej w zasadniczym, uzgodnionym tekście porozumienia z Paryża. Również wymaganie, że powinny być brane pod uwagę prawa człowieka zostało z tego tekstu usunięte.

Oznacza to także, że prawa ludów tubylczych również wyeliminowano z wiążącej części dokumentu. Jak wyjaśnia Dallas Goldtooth z Indigenous Environmental Network „Ludziom z kultur tubylczych trudno zaakceptować fakt, że nasza zdolność do samostanowienia i decydowania o własnej przyszłości, o tym, skąd bierzemy naszą żywność, skąd czerpiemy wodę, nie są prawne uznane przez narody świata. Jest to destrukcyjne, krzywdzące i pokazuje, że to porozumienie jest porażką”.

Test 4. Skupić się na działaniach transformacyjnych: „Zagwarantować priorytet odnawialnych i skutecznych rozwiązań, zamiast rozwiązań fałszywych, które nie przynoszą koniecznych rezultatów i ochrony, takich jak rynki emisji związków węgla, niebezpieczne interwencje geoinżynieryjne i tym podobne”.

Ocena NI: Niedostateczna.

Porozumienie mówi ogólnikowo o „technologiach” i „działaniach”, nie definiując , czym one są, i zostawiając otwarte drzwi dla różnego rodzaju fałszywych rozwiązań. Energie odnawialne są wspomniane tylko raz, w odniesieniu do Afryki. Porozumienie zmierza do „osiągnięcia równowagi pomiędzy antropogenicznymi emisjami według ich źródeł, a usuwaniem ich przez pochłaniacze w drugiej połowie bieżącego stulecia”. Może to oznaczać jakikolwiek okres pomiędzy rokiem 2050 a 2100, podczas gdy cel 1,5°C wymagałby definitywnej rezygnacji z używania paliw kopalnych do roku 2050 i ten celowo niejasny język otwiera możliwość kontynuacji spalania paliw kopalnych „równoważonych” przez „usuwanie” za pomocą wątpliwych technologii wychwytywania węgla, geoinżynierię i projekty zalesiania.

Zostawia się otwarte drzwi dla mechanizmów handlu uprawnieniami do emisji – które jak do tej pory okazały się nieskuteczne w redukcji emisji – z „międzynarodowym transferem skutków łagodzących”, uznanym przez porozumienie za prawidłowe rozwiązanie. Jednocześnie nie wspomina się o skutecznych i sprawiedliwych rozwiązaniach, takich jak respektowanie prawa do ziemi społeczności wiejskich, promocji czystej demokratycznej energii i zapewnieniu suwerenności żywnościowej społecznościom i drobnym rolnikom, z których każde pozwoliłoby na zatrzymanie związków węgla zamkniętego bezpiecznie pod ziemią, w glebach i drzewach. Regulacje prawne mające na celu kontrolę niszczycielskich dziedzin przemysłu, zatrzymanie deforestacji i pozostawienie paliw kopalnych pod ziemią, nie doczekały się jakiejkolwiek wzmianki w treści porozumienia. Co gorsza nie mówi się w niej o wiszących w powietrzu umowach handlowych, takich jak w tym Transatlantyckie Partnerstwo Handlowo-Inwestycyjne i Partnerstwo Transpacyficzne, które grożą przyznaniem korporacjom prawa do unieważniania przepisów dotyczących ochrony środowiska, mogących zmniejszyć ich zyski.

Tak jak powiedział Dallas Goodwill, „Porozumienie paryskie to farsa. Jakakolwiek dyskusja o rynkach i handlu uprawnieniami do emisji jest fałszywym rozwiązaniem. Najlepszy rozwiązaniem, popartym przez naukę, jest pozostawienie paliw kopalnych w ziemi. Konieczne jest moratorium na dalszy rozwój przemysłu paliw kopalnych i sprawiedliwa transformacja dla tych wszystkich społeczności, które są zależne od gospodarek opartych na tego rodzaju energii. Niezależnie od tego czy jesteśmy z globalnej północy czy też z globalnego południa, powinniśmy działać na rzecz stworzenia przyszłości w której odnawialna energia dostępna będzie dla wszystkich ludzi na tej planecie”.
Końcowa ocena NI: Niedostateczna.

Porozumienie zawarte w Paryżu oznacza katastrofę dla ludzi najbardziej narażonych na konsekwencje zmiany klimatu. Przewodni cel 1,5°C i końcowa dekarbonizacja wyglądają dobrze na papierze, lecz nic jeszcze nie wskazuje na to, by rządy rzeczywiście chciały, aby stały się rzeczywistością. Paryż może oznaczać początek końca przemysłu paliw kopalnych, ale trzeba zrobić o wiele więcej, żeby to urzeczywistnić.

Więc co dalej?

Żadna z tych rzeczy nie jest niespodzianką dla aktywistów ruchu na rzecz sprawiedliwości klimatycznej. Jak powiedział Asad Rehman: „Przyjechaliśmy do Paryża z bardzo niewielkimi oczekiwaniami. To, co nastąpiło było jeszcze poniżej. Najważniejsze jest to, co stanie się w poniedziałek. Czy powrócimy do naszych stolic, by budować ruch na rzecz ochrony klimatu? Czy dopilnujemy, by wkład naszych państw był uczciwy? Czy powstrzymamy przemysł brudnej energii, czy zainwestujemy w stanowiska pracy w energetyce odnawialnej? Czy zainwestujemy w wytwarzaną przez społeczności zdecentralizowaną energię? A przede wszystkim, czy będziemy solidarni z milionami ludzi na całym świecie, którzy walczą o sprawiedliwość klimatyczną?

Tego samego zdania jest Dallas Goldtooth: „Decydenci nie są w stanie przeprowadzić zmian, których chcemy. To na nas, zwykłych ludziach, spoczywa odpowiedzialność za dokonanie tej zmiany. I już widzimy tę moc ludu. Popatrzcie na Amerykę Północną – budowa rurociągu Keystone XL została powstrzymana, ponieważ ludzie się zorganizowali i stawili opór. To nie rządy dokonały takiego wyboru, dokonali go ranczerzy i rolnicy, ludy tubylcze na linii frontu w sercu Ameryki, a politycy musieli się dostosować”.

Nie powinniśmy być zaskoczeni, że to porozumienie jest złe, mówi Goldtooth. „Przemysł wywierał silny nacisk na te negocjacje. Mamy rządy narodowe, które są zależne od gospodarki opartej na paliwach kopalnych, i wpływały na przebieg tych rozmów. Nie dopuszczono do nich oddolnych ruchów obywatelskich. Więc nie powinniśmy czuć się zaskoczeni. Zamiast tego wykorzystujemy to wydarzenie, aby zintensyfikować nasze wysiłki, mocniej domagać się sprawiedliwości klimatycznej i pokazać rządom, pokazać korporacjom, do czego zdolni są ludzie, gdy zjednoczą się w działaniu na rzecz sprawiedliwości klimatycznej”.

Danny Chivers, Jess Worth

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło:  New Internationalist

Już od połowy lat siedemdziesiątych zespół badawczy Cornell University na czele z doktorem Alexem Travisem podejmował próby pozaustrojowego zapłodnienia psa, jednak dopiero w lipcu tego roku narodziły się szczenięta, badacze zaś pokazali je opinii publicznej w połowie grudnia. Jest to pięć psów rasy beagle i dwoje krzyżówek beagla ze spanielem.

Proces, pod względem metody, zbliżony jest do ludzkiego in vitro, jednak problematycznym był etap zamrażania zarodków nad którym długo pracowali naukowcy.

Mike Carrol, Cornell University College of Veterinary Medicine

Mike Carrol, Cornell University College of Veterinary Medicine

Pomyślny proces IVF pomoże nam naukowcom w przyszłości całkowicie wyeliminować choroby dziedziczne, takie jak na przykład chłoniak, często występujący u psów rasy Golden Retriver – mówi dr Travis

Naukowiec powiedział również, że psa i człowieka łączy około 350 chorób genetycznych, co daje przewagę nad innymi gatunkami.

Udane zapłodnienie pomoże utorować drogę do ochrony zagrożonych ras oraz da podstawy do badania genetyki chorób dziedzicznych nie tylko psów, lecz także i ludzi, ponieważ jak się okazuje, człowiek i psowate mają wiele wspólnego pod względem biologicznym.

 

Dodała: Martyna Nowak

Źródło: http://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0143930