Aktywiści ekologiczni, a także przedstawiciel lokalnej społeczności zablokowali ciężki sprzęt do masowej wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej, dając czas na zebranie i zabezpieczenie materiałów dowodowych na działanie wbrew przepisom UE i porozumieniu z UNESCO. Jednocześnie zaapelowali do naukowców o przeprowadzenia wizji lokalnej w celu potwierdzenia doniesień o usuwaniu i sprzedaży martwych drzew, w których nie ma korników.

fot. Grzegorz Broniatowski
O świcie w nadleśnictwie Hajnówka, w okolicy wsi Czerlonka, rozpoczęła się trzecia w ciągu dwóch tygodni blokada ciężkiego sprzętu do masowego wycinania drzewa. Kilkunastu aktywistów i aktywistek Greenpeace i Dzikiej Polski zablokowało maszyny przed rozpoczęciem pracy w lesie. Rozwiesili transparenty z apelem o zaprzestanie wycinki Puszczy Białowieskiej i objęcie jej całej ochroną parku narodowego. Zablokowane maszyny w ciągu ostatnich dni prowadziły wycinki w strefach ochronnych UNESCO, w których priorytetem powinna być ochrona naturalnych procesów. Tymczasem prowadzone prace leśne służyły między innymi usuwaniu martwych świerków, które według Komisji Europejskiej i ekspertów UNESCO powinny pozostać w Puszczy dla zapewnienia ciągłości procesów naturalnych.
– Dwa dni temu podczas spotkania z ludźmi kultury apelującymi o ochronę Puszczy Białowieskiej przedstawiciele Ministerstwa Środowiska zaprzeczyli, że wycinka obejmuje martwe drzewa, w których nie ma już korników. Tymczasem wyniki monitoringu Puszczy prowadzone przez Dziką Polskę i Greenpeace jednoznacznie wskazują, że niemalże każdego dnia z Puszczy wyjeżdżają do tartaków świerki pozbawione kory, których wycinka nie ogranicza rozprzestrzeniania się korników – powiedział Adam Bohdan z Dzikiej Polski. Tymczasem obszar Natura 2000 Puszcza Białowieska został powołany dla ochrony m.in. najrzadszych gatunków sów i dzięciołów zależnych od martwych świerków. Dlatego powinny one pozostać w najstarszych częściach lasu.
– Prosimy naukowców o przeprowadzenie wizji lokalnych w miejscach, gdzie wycięto martwe drzewa oraz na składach drewna, z których są one wywożone. Przerywając pracę ciężkiego sprzętu, dajemy czas na zabezpieczenie materiału dowodowego, którym będziemy posługiwać się przed polskimi i zagranicznymi instytucjami badającymi legalność wyrębów. Liczymy, że osoby przyzwalające na niszczenie naszego dziedzictwa przyrodniczego będą pociągnięte do odpowiedzialności – powiedziała Katarzyna Jagiełło, Greenpeace Polska.
– Jako mieszkaniec Białowieży nie zgadzam się na wyniszczanie marki turystycznej Puszczy Białowieskiej. Trwające wycinki to pozbawianie mieszkających tu ludzi źródła utrzymania, jakim jest turystyka. Nie możemy już dłużej milczeć – powiedział Zenon Kruczyński, mieszkaniec Białowieży.

Foto: Greenpeace Polska
Aktywiści blokują maszyny, by uniemożliwić niszczenie Puszczy i wywożenie dowodów nielegalnych wyrębów. Są gotowi kontynuować blokadę do czasu, aż naukowcy odpowiedzą na ich apel i będą mieli wystarczająco dużo czasu na przeprowadzenie wizji lokalnej i przygotowanie protokołu.
To już trzecia blokada ciężkiego sprzętu wycinającego Puszczę Białowieską przeprowadzona przez aktywistów Greenpeace i Dzikiej Polski. Poprzednie dwie – 24 i 30 maja – zakończyły się po potwierdzeniu informacji o wycofaniu sprzętu z miejsc blokady. Tym razem protest ma zakończyć się wizją lokalną naukowców.
Pracownia na rzecz Wszystkich Istot zachęca do wsparcia działań aktywistów w Puszczy Białowieskiej. Potrzebujemy Waszego wsparcia w terenie.
Źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

fot. Marcin Onufryjuk
Trump wypowiada porozumienie paryskie. Świat potępia – z jednym samobójczym wyjątkiem.
Podjęcie skutecznych działań na rzecz ochrony klimatu jest bardzo trudne. Dlaczego? Główną przyczyną obecnej zmiany klimatu jest wydobywanie i spalanie węgla, ropy i gazu, a zrealizowanie podpisanego w Paryżu porozumienia klimatycznego oznacza konieczność całkowitego zaprzestania spalania ich w ciągu 30 lat – co, biorąc pod uwagę obecne uzależnienie gospodarki światowej od tych nośników energii jest monumentalnym wyzwaniem.
Aby dokonać niezbędnej transformacji energetycznej konieczna jest szybka, głęboka i powszechna przebudowa szeroko pojętego systemu energetycznego – od energetyki, przez transport, budynki i przemysł po rolnictwo. Konieczne jest uruchomienie procesów kreatywnej destrukcji, które szybko zastąpią stare rozwiązania nowymi. I tu leży sedno problemu…
Realizacja porozumienia paryskiego oznacza, że nie możemy spalić więcej niż 1/5 gotowych do wydobycia rezerw paliw kopalnych. Innymi słowy, koncerny paliw kopalnych będą musiały skreślić ze swoich ksiąg bilansowych tysiące miliardów dolarów. Nic dziwnego, że od dziesięcioleci prowadziły aktywną kampanię obrony swoich interesów, w trakcie której szerzyły dezinformacje klimatyczne, sypały piach w tryby negocjacji klimatycznych i kupowały sobie polityków. Udało im się też zideologizować kwestię zmiany klimatu, która – choć jest to zagadnienie przede wszystkim naukowe – zostało zaramowane jako lewicowe. W Stanach Zjednoczonych negowanie antropogenicznej zmiany klimatu stało się wręcz sztandarowym hasłem partii republikańskiej.
Gdy więc po stanowisko prezydenta USA sięgnął jej kandydat Donald Trump, do tego nie mający pojęcia o nauce i otoczony przez pełniących rolę doradców lobbystów paliw kopalnych, szybko zaczął demontaż wcześniej podjętych działań na rzecz ochrony klimatu. Zaraz po objęciu przez niego urzędu ze strony internetowej Białego Domu zostały usunięte informacje o zmianie klimatu. Wkrótce potem, wraz z przejmowaniem kierowniczych stanowisk przez aktywnych negacjonistów klimatycznych, zaczęły znikać informacje ze stron Agencji Ochrony Środowiska (EPA), Departamentu Energii (DOE) i innych agend rządu federalnego. Następnie zaczęło się zwijanie programów ochrony klimatu (np. Clean Power Plan) i zwalnianie związanych z nimi pracowników.
Zgodnie ze zobowiązaniem USA w ramach porozumienia paryskiego, kraj do 2025 roku powinien ograniczyć emisje gazów cieplarnianych o 26-28% względem poziomu z 2005 roku. Donald Trump postanowił załatwić temat występując z porozumienia, dołączając tym samym do Syrii i Nikaragui, które jako jedyne kraje do niego nie przystąpiły – nie dlatego zresztą, że negują zmianę klimatu… Nikaragua nie podpisała porozumienia paryskiego w geście protestu, uważa bowiem, że jest ono za słabe, a redukcje emisji powinny być dalej idące i prawnie wiążące. Reprezentanci formalnie rządzącego rozdartą wojną Syrią rządu Assada nie byli zaś w stanie nawet legalnie pojawić się na negocjacjach, a w obliczu braku kontroli nad większą częścią kraju, także podjąć się realnie możliwych do realizacji zobowiązań redukcyjnych.
Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa są więc jedynym krajem, który neguje zmianę klimatu i odmawia współpracy na rzecz jego ochrony.
Na krawędzi
Porozumienie klimatyczne z Paryża i tak jest nieadekwatne do powagi sytuacji i koniecznego tempa redukcji emisji. Nawet w przypadku zrealizowania wszystkich obecnych zobowiązań krajów wzrost średniej temperatury powierzchni Ziemi do końca stulecia przekroczyłby 3°C względem poziomu przed-przemysłowego. Aby ograniczyć wzrost temperatury do uzgodnionego w Paryżu poziomu co najwyżej 2°C potrzebne są znacznie głębsze redukcje emisji, a nie ich zwiększanie.
Stany Zjednoczone odpowiadają za 14% całości światowych emisji CO2, co prowadzi do argumentacji, że nawet jakby ograniczyły emisje do zera, to i tak ograniczy to wzrost temperatury jedynie o ułamek stopnia. To prawda. Jest tak z każdym krajem, od Chin przez Polskę do Malediwów – aby ochronić klimat potrzebne są wspólne działania wszystkich krajów. Wystąpienie USA – światowego supermocarstwa i lidera politycznego z porozumienia paryskiego daje więc fatalny przekaz: „nie zamierzamy działać dla wspólnego dobra i na rzecz przyszłych pokoleń. Liczy się tylko nasz interes tu i teraz”. Jeśli kolejne kraje przyjęłyby tę retorykę, odbylibyśmy podróż „w 80 lat do klimatu z czasów dinozaurów”.
Powszechna krytyka (z jednym wyjątkiem)
Wypowiedzenie przez Donalda Trumpa porozumienia paryskiego spotkało się z powszechną krytyką. Watykan określił to jako „wymierzony mu bezpośrednio policzek”, a władze licznych krajów wyrażają swoją dezaprobatę (czasem ujmowaną znacznie mocniejszym językiem). Warto zapoznać się z ich listą.
Ostro o decyzji Trumpa wypowiadają się też kraje będące od dawna wiernymi sojusznikami Stanów Zjednoczonych, kwestionując wiarygodność USA i ich rolę lidera społeczności międzynarodowej.
Wśród powszechnych negatywnych reakcji na działania prezydenta USA wyróżnia się jedna jedyna odmienna wypowiedź kraju, który pochwalił decyzję Trumpa. Jaki to kraj? Polska.
Walka trwa dalej
Zgodnie z zapisami porozumienia możliwe jest wyjście z niego po trzech latach od wejścia porozumienia w życie, co miało miejsce w listopadzie 2016 roku. USA mogą więc rozpocząć procedurę wyjścia z porozumienia w 2019 roku, a że ma to trwać rok, formalnie wyjście USA z porozumienia nastąpi w listopadzie 2020 roku, dokładnie w miesiącu następnych wyborów prezydenckich.
W międzyczasie władze federalne nie będą kontynuować polityk ochrony klimatu wprowadzonych przez prezydenta Obamę. Nie znaczy to jednak, że w USA działań takich nie będzie. Szereg stanów zadeklarowało wzmocnienie własnych, niezależnych od władz federalnych, działań.
Podobne stanowisko zajęły liczne firmy. Decyzję Trumpa skrytykowali m.in. prezesi Tesli, Apple, Disneya i Goldman Sachs. Wiele amerykańskich firm uważa ochronę klimatu nie tylko za konieczną ze względów środowiskowych, ale też dostrzega w towarzyszącej ochronie klimatu transformacji energetycznej kreatywnej destrukcji okazję dla siebie – nie bez powodu amerykańskie firmy są uważane za innowacyjne na skalę światową.
Pogorszenie warunków dla inwestycji w czystą energię w USA może przyczynić się do przejęcia pałeczki innowacji w tym zakresie przez inne kraje. Technologie czystej energii, od fotowoltaiki i energii wiatrowej, przez magazynowanie energii i elektromobilność po zeroenergetyczne budynki i sieci inteligentne szybko tanieją i rozpowszechniają się, są też coraz częściej postrzegane jako „the next big thing”.
Do niedawna uważane były za fanaberię Europy, ale w ostatnich latach zaczęły iść tą drogą coraz liczniejsze kraje. Uważane za największego truciciela świata Chiny dynamicznie rozwijają źródła czystej energii i redukują udział węgla w miksie energetycznym. Jeszcze rok, dwa lata temu wydawało się, że kolejnym wielkim konsumentem węgla staną się Indie – jednak spadek cen energii z paneli fotowoltaicznej w Indiach do poziomu kilkunastu groszy za kilowatogodzinę uczynił ją tańszą od energii z elektrowni węglowych, szczególnie, że potrzebują one wielkiej sieci przesyłowej, a fotowoltaikę można rozwijać lokalnie. Obecnie także Indie szybko redukują plany budowy nowych elektrowni węglowych.
Kilof w plecy
Jak zauważyliśmy, jedynym krajem, który na szczeblu rządowym pochlebnie wyraził się o decyzji Donalda Trumpa była Polska.
To szaleństwo.
Nie tylko ze względów dyplomatycznych czy ochrony klimatu, ale też… przyszłości naszych kopalń.
Węgiel na świecie jest w odwrocie. W Stanach Zjednoczonych jest szybko wypierany przez tani gaz łupkowy i odnawialne źródła energii. Polityka Trumpa nie spowoduje więc budowy nowych elektrowni węglowych, ale złagodzenie przepisów ochrony środowiska może spowodować zwiększenie zyskowności wydobycia węgla w USA. Warto zauważyć, że złoża w USA są najbogatsze na świecie, a firmy je eksploatujące funkcjonują bardzo efektywnie – liczba wydobywających węgiel górników jest tam mniejsza niż w Polsce (niecałe 70 tysięcy vs. 80 tysięcy), a wydobywają oni o rząd wielkości więcej węgla, wyższej jakości niż nasz i wielokrotnie taniej niż w Polsce.
Co więc się stanie, jeśli polityka Trumpa faktycznie zrewitalizuje wydobycie amerykańskiego węgla? Nie zostanie on zużyty w kraju, lecz trafi na eksport, przez lata zbijając jego ceny na rynkach światowych i tym samym finalnie wbijając kilof w plecy niewydajnego i ledwo zipiącego polskiego górnictwa.
Radość naszych miłośników węgla jest mocno chybiona.
źródło: Ziemia na Rozdrożu
Około stu osób przyjechało w niedzielę 4 czerwca do Puszczy Białowieskiej, żeby uczestniczyć w obywatelskim spacerze i pierwszym wykładzie w ramach „Akademii na Zrębie”. Wydarzenie było kolejną manifestacją przeciw dewastacji Puszczy. Uczestnicy pokojowo przemaszerowali do miejsca wycinki, a następnie wysłuchali wykładu profesora Rafała Kowalczyka, dyrektora Instytutu Biologii Ssaków PAN. Wśród uczestników spaceru byli przedstawiciele lokalnej społeczności, miłośnicy przyrody i aktywiści, a także aktor Borys Szyc.
Wykład dotyczył przyrody i ekologii Puszczy Białowieskiej. Profesor Kowalczyk przedstawił, jak dramatyczne skutki dla ekosystemu Puszczy ma prowadzona obecnie masowa wycinka oraz opowiedział słuchaczom o specyfice i wyjątkowości ostatniego nizinnego lasu naturalnego Europy.

Foto: Fundacja Dzika Polska
Był to kolejny z pokojowych protestów na terenie Puszczy. 27 maja na terenie nadleśnictwa Hajnówka ponad 200 osób wzięło udział w pierwszym spacerze – akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa – spacerując po miejscach objętych zakazem i oglądając na własne oczy efekty wyrębu.
„Akademia na Zrębie” to nowo powołana inicjatywa miłośników przyrody, aktywistów i lokalnej społeczności. Jest odpowiedzią na pojawiające się nieprawdziwe informacje związane z Puszczą i charakterem tego lasu. Akademia będzie przedstawiać naukowe podejście do trwających w nim procesów. Będzie to okazja, żeby rozwiać wątpliwości, zadać pytania ekspertom i poznać Puszczę od środka. Organizatorzy umożliwiają otwartą dyskusję. To także forma pokojowego obywatelskiego nieposłuszeństwa, ponieważ wykłady Akademii odbywają się w miejscach objętych zakazem wstępu wprowadzonym przez przedsiębiorstwo Lasy Państwowe.
Uczestnicy chcą w ten sposób pokazać swój sprzeciw wobec działań Lasów na terenie nadleśnictw puszczańskich. Niepokoi ich zwiększająca się liczba zakazów (objęły już 2 z 3 nadleśnictw) i kryjąca się za tym masowa wycinka drzewostanów, w tym również tych ponad stuletnich. Informacji o tym, jak głęboko sięgają wycinki, dostarczają stale pracujące patrole obywatelskie. Wiadomo także, że Lasy pozyskują drewno na terenach objętych ochroną UNESCO.
Niepokój wzbudzają również sprowadzone do wycinki Puszczy tzw. harvestery – specjalistyczne maszyny do szybkiego wycinania drzew na masową skalę. To właśnie wycinki prowadzone przez ten sprzęt zostały dwukrotnie zatrzymane przez aktywistów podczas pokojowych akcji bezpośrednich 24 i 30 maja.
Konsekwencje wprowadzenia zakazów i niszczenia lasu dotykają turystów, mieszkańców, jak i lokalnych przedsiębiorców, których znacząca liczba utrzymuje się z turystyki. Tydzień temu (31 maja) wypowiedzieli się na ten temat radni Gminy Białowieża, wzywając nadleśnictwa Hajnówka i Białowieża do zlikwidowania zakazów wstępu do lasu.
Puszcza została zamknięta przed mieszkańcami. Dziś w gorączce zamykania dostępu do lasu, żeby utrudnić organizację wykładu i spaceru, zamknięto nawet parking, służący do celów turystycznych. Zarządcy gospodarczej części puszczy zachowują się coraz bardziej skandalicznie. Czy za chwilę wszyscy zbierający jagody i grzyby dostaną po mandacie? Las nie jest własnością leśników, należy do nas wszystkich – mówi Joanna Łapińska, przedstawicielka mieszkańców regionu zrzeszonych w grupie Lokalsi przeciwko wycince Puszczy Białowieskiej
Miłośnicy przyrody od wielu miesięcy zwracają uwagę na szkodliwość sztucznego regulowania lasu i alarmują, że niszczymy ten sposób ostatni naturalny las nizinny w Europie. Komisja Europejska ostatnio podtrzymała opinię, że zwiększona wycinka w Puszczy łamie unijne prawo i rozważa możliwość skierowania sprawy do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Obrońcy Puszczy zapowiadają kolejne protesty.
źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

Foto: Fundacja Dzika Polska
Przeczytaliśmy Jane Jacobs, Jana Gehla, Charlesa Montgomery’ego. Widzieliśmy bardzo wiele prezentacji ze zdjęciami ulic „przed i po” – zwężeniu, dodaniu dróg rowerowych kosztem pasów ruchu lub parkowania, a czasem w ogóle zamknięciu i przekształceniu ulicy w aleję parkową, plażę (Paryż) czy strumień z wodospadem (Seul). Cały czas jednak bardzo niewiele jest takich wdrożeń z Polski. Janette Sadik-Khan, przez sześć lat nowojorska komisarzyni ds. transportu, opisuje, jak przekuć idee Gehla na rzeczywiste projekty.
Kilkaset mil tras rowerowych tworzących spójny system, kilkadziesiąt nowych przestrzeni publicznych kosztem pasów ruchu lub parkingów, zestaw szybkich tras autobusowych – dziedzictwo sześciu lat rządów Janette Sadik-Khan w nowojorskim transporcie naprawdę robi wrażenie. Pamiętajmy przy tym, że pracowała w mieście, które przez 80 lat podporządkowywało przestrzeń samochodowi. A także w kraju, gdzie głęboko zakorzeniony indywidualizm sprawia, że wspólnotowe i ekologiczne argumenty za zrównoważonym transportem działają słabo. Brzmi znajomo? Być może to najważniejsza książka, jaką powinniśmy przeczytać, aby zmienić obraz mobilności w polskich miastach. Oto rady komisarzyni Sadik-Khan:
1. Trudne projekty wdrażaj jako czasowe
Flagowe projekty, takie jak przerwanie tranzytu Broadwayem na wysokości Times Square, były wdrażane „na próbę” – poprzez wyłączenie sygnalizacji, pomalowanie asfaltu oraz rozstawienie mebli ogrodowych i donic z zielenią. „Odwracalność” projektu obniża napięcie dyskusji, pozwala też zebrać wiarygodne dane – ile osób korzysta z nowej przestrzeni, jak zmiana wpłynęła na obroty sklepów czy ruch w okolicy. W przypadku Times Square okazało się także, że „test” przekierował dyskusję na tematy zupełnie inne niż brak możliwości przejazdu Broadwayem samochodem – na przykład na kolor krzeseł ogrodowych, które się tam pojawiły.
2. Mierz w poparcie większości, ale nie w konsensus
Tworzenie przez Sadik-Khan pasów i dróg rowerowych kosztem przestrzeni zajmowanej przez samochody,zaowocowało podgrzewanymi przez media protestami, których szczyt przypadł na rok 2011. Kolejnym realizacjom towarzyszyły demonstracje obu stron i żywe dyskusje. Pas rowerowy na ulicy Prospect Park West jedna z gazet nazwała „najbardziej spornym skrawkiem ziemi poza Strefą Gazy”, a Sadik-Khan musiała bronić jego utworzenia przed sądem, który ostatecznie rozstrzygnął sprawę na korzyść rowerzystów dopiero w ubiegłym roku. Pomimo morza hejtu wylewającego się ze wszystkich stron, administracja Bloomberga nie zrezygnowała z tworzenia infrastruktury rowerowej. Badania opinii publicznej konsekwentnie wskazywały bowiem, że program rowerowy popiera 54-66 % nowojorczyków. Protesty były więc wzniecane przez głośną i zdeterminowaną, ale mniejszościową grupę.
3. Projektuj inkluzywnie, ale nie daj się sparaliżować
Zespół Sadik-Khan włożył dużo wysiłku w kontakt ze społecznościami, dla których pracował. W aranżacjach z użyciem składanych mebli czy roślinności w donicach obowiązki związane z utrzymaniem wykonywali lokalni przedsiębiorcy (codzienne rozkładanie i składanie krzesełek, podlewanie roślin). Odbywały się też konsultacje – zwykle jednak nie w formacie „20-minutowa prezentacja projektanta + dwie godziny pytań i wystąpień z sali (co gwarantuje dużą publiczność każdemu przeciwnikowi projektu), ale w podziale na maksymalnie 10-osobowe grupy, z których każda miała do dyspozycji jedną osobę z urzędu na cały czas trwania spotkania.
Przeprowadzanie konsultacji było jednak wolne od oczekiwania na konsensus, co często prowadzi do odwleczenia decyzji o lata. Sadik-Khan szybko zrozumiała, że „każda społeczność ma wymówki, dla których zmiana na ich ulicach będzie niemożliwa (…) czy wręcz szalona”. Komisarzyni wychodziła z założenia, że obecnego stanu ulic – niebezpiecznych, bez przestrzeni dla pieszych, rowerzystów czy autobusów – nie można zaakceptować, a że o niektóre zmiany trzeba mocno powalczyć, to normalna część jej pracy.
4. Zbieraj i pokazuj dane
„Wierzymy w Boga – a wszyscy inni niech przynoszą dane” – mówił Bloomberg swoim urzędnikom. „Jeżeli nie liczysz, to nie zarządzasz” – dorzuca Sadik-Khan. I taka właśnie jest jej broń przeciwko anegdotycznym i ideologicznym argumentom przeciw, w postaci „nie jesteśmy Amsterdamem” itp. W książce znajdziemy bardzo wiele danych dotyczących poszczególnych nowojorskich interwencji, ale też sporo z bardziej ogólnego poziomu. Na przykład że każde amerykańskie gospodarstwo domowe dopłaca do utrzymania dróg 1100 dolarów rocznie, gdyż podatki płacone przez kierowców pokrywają jedynie połowę.
5. Zbuduj różnorodny zespół zorientowany na zmianę
Jeśli zamierzamy wprowadzić rewolucję w kierunkach pracy miejskiej administracji, która jest nastawiona na trwanie, potrzebujemy zespołu zapewniającego z jednej strony dostęp do pamięci instytucjonalnej, z drugiej zaś – oswojonego z dobrymi praktykami miast, na których chcemy się wzorować. Dla samej Sadik-Khan praca na stanowisku komisarzyni była drugim wejściem do nowojorskiego magistratu – kilkanaście lat wcześniej zajmowała tam stanowisko doradcze. W międzyczasie pracowała w administracji Clintona. Pozwoliło jej to zrozumieć szerszy kontekst polityki transportowej – krajowy, a także globalny (w tym działania na rzecz klimatu). W jej zespole znalazły się osoby z organizacji pozarządowych, które walczyły o inny kształt nowojorskiego transportu po stronie społecznej, a także przedstawiciele biznesu. Wszyscy oni udali się też na obowiązkową wycieczkę do Kopenhagi.
6. Pracuj z burmistrzem, który chce zmiany, a nie tylko kolejnej kadencji
Sadik-Khan zaczęła pracować w administracji Bloomberga w połowie jego drugiej kadencji. Dla osób śledzących polski samorząd być może najbardziej niesamowite będzie to, że zielone światło dla wprowadzanych przez nią zmian w ogóle nie zgasło na czas kampanii o kadencję trzecią…
Wspomnienia Janette Sadik-Khan to przede wszystkim podręcznik zarządzania zmianą w mieście. Kiedy konfrontujemy jej historię z osiągnięciami nawet najbardziej „progresywnych” polskich miast, zmiany u nas wydają się powolne i niekonsekwentne. Przykład Nowego Jorku pokazuje, że można odważnie przekazywać przestrzeń uliczną niezmotoryzowanym bez obaw o wynik wyborczy. I choć następca Bloomberga, Bill de Blasio, doszedł do władzy (Bloomberg wyczerpał limit kadencji) pod hasłami korekty kursu polityki transportowej, w praktyce go kontynuuje. Zmiany poprawiające jakość życia mieszkańców, nawet jeśli wprowadzane przy protestach, okazują się bowiem nieodwracalne.
Janette Sadik-Khan, Seth Solomonow, „Streetfight. Handbook for an urban revolution”, Viking, 2016. Książka ukaże się po polsku dzięki wydawnictwu Wysoki Zamek. Planowana premiera: 30 czerwca 2017 r.

Powyżej: Pearl Street. Pierwsza interwencja Sadik-Khan (2007) – skwer utworzony kosztem słabo wykorzystanych miejsc parkingowych. Fot: NYC DOT Ryan Ruso

Powyżej: Times Square. Odebranie przestrzeni samochodom i przekazania mieszkańcom stało się symbolem zmian w Nowym Jorku. Widoczna na zdjęciu tymczasowa aranżacja przetarła drogę do przebudowy. Fot: NYC DOT Heidi Wolf, Julio Palleiro

Powyżej: Prospect Park (przed i po). Trasa rowerowa utworzona poprzez zmniejszenie liczby pasów ruchu i przesunięcie pasa do parkowania. Fot: NYC DOT Julio Palleiro, Nick Carey
W świecie globalnych problemów i zglobalizowanego ryzyka to miasta coraz częściej stają się miejscem, w którym wykuwa się zmiana. (więcej…)
5 czerwca pod patronatem Zielonych Wiadomości rozpoczyna się w Węgorzewie już siódma edycja Recykling Rejsu – recyklingowych wypraw kajakowych, które organizowane są przez ekologa i podróżnika Dominika Dobrowolskiego i Fundację PlasticsEurope Polska. Tym razem nurt edukacji ekologicznej poprowadzi przepięknym szlakiem żeglarskim i kajakowym z Węgorzewa przez Wielkie Jeziora Mazurskie do Warszawy, przez Jeziora Mamry i Śniardwy oraz rzekami: Pisą, Narwią, Bugiem i Wisłą. Organizatorzy zapraszają na spotkania i konferencje prasowe m.in. do Węgorzewa, Giżycka, Mikołajek, Piszu, Ostrołęki, Pułtuska i Warszawy.

Trasa rejsu
W każdym porcie, marinie, na każdym brzegu przygotowywane są także wspólne akcje sprzątania brzegów i akcje edukacyjne, zachęcające turystów i mieszkańców do recyklingu! „Taki jest nasz cel, tzn. walka z zanieczyszczeniem i zaśmieceniem rzek i mórz. W moich rękach będzie wiosło, a w Waszych odpady” – mówi kajakarz Dominik Dobrowolski i zachęca – „Chodzi o to, aby szczególnie cenne odpady z tworzyw sztucznych trafiały tam, gdzie trzeba, czyli po segregacji do odpowiednich pojemników, wtedy będziemy mieli pewność, że zostaną odzyskane i ponownie wykorzystane. W innym przypadku odpady będą zanieczyszczać wrażliwe środowisko wodne”. Do tej pory Dominik Dobrowolski przepłynął i posprzątał ponad 6 tys. km szlaków wodnych w Polsce i Niemczech. Tegoroczny „Recykling Rejs – Odzyskuj tworzywa sztuczne!” zakończy się 19 czerwca w Warszawie na Wiśle, gdzie będzie można także dołączyć do wspólnego wiosłowania między warszawskimi mostami. Od trzech lat wyprawy także wspiera REKOPOL Organizacja Odzysku.
Szczegóły wyprawy na stronie www.recykling-rejs.pl
Tegoroczne wybory miały być dla Theresy May formalnością. Zamiast tego może obudzić się bez samodzielnej większości w Izbie Gmin. (więcej…)
W krótkim czasie okazało się, że polska „dobra zmiana” nie jest odosobnionym ewenementem w globalnym świecie, wypadkiem przy pracy dobrze funkcjonującej demokracji liberalnej. Podobne, na swój sposób, fenomeny polityczne zaistniały bowiem w krótkim czasie w kilku innych krajach. Dla ułatwienia terminologicznego, pamiętając, że chodzi o tendencję globalną, będziemy tu używać określenia Zmiana Polityczna (ZP), bez przymiotnika „dobra”.
Zmiana Polityczna (ZP)
W Polsce Zmiana („dobra”) ujawniła się jako kilkakrotny sukces wyborczy PiS-u, wcześniej poza Polską – w postaci zdominowania przez Victora Orbana polityki węgierskiej, potem Brexitu, wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA, wreszcie – sukcesu Erdogana w referendum utrwalającym jego rządy. Zmiana politycznych postaw miała miejsce także w Austrii, Holandii, Francji na skalę do niedawna niewyobrażalną.
Co łączy te fenomeny? Wskazuje się, że chodzi o samą ZMIANĘ – z powodu rozczarowania i znużenia status quo dużych odłamów społeczeństwa. Bezsilność i frustracja stanem demokracji bierze się z poczucia, że możemy wybierać sobie polityków, ale już nie politykę. TINA (There Is No Alternative) to inny wyraz tego samego: musi być tak, jak jest. Przekroczenie masy krytycznej zniechęcenia wywołało postawę totalnego, ślepego odrzucenie „systemu” i jego elit – niech to wreszcie pierdolnie, żeby tylko było INACZEJ, obojętnie jak… Taki stan ducha ilustruje wypowiedź Roberta Biedronia: ludność Słupska była tak zdesperowana poprzednimi rządami, że wolała wybrać sobie mnie – geja na prezydenta, mimo swojej homofobii, niż dalej je znosić. Można dodać „sektę smoleńską” albo nieobliczalnego D.Trumpa.
Interpretuje się źródła tego zwrotu politycznego na dwa sposoby, wzajemnie komplementarne. Po pierwsze – poprzez deficyty i nierówności społeczno-ekonomiczne (umowy śmieciowe, bezrobocie młodych, brak socjalnych zabezpieczeń, rozbudzone, ale zablokowane aspiracje, kredyty, brak perspektyw – jesteś i zostaniesz nikim…). Po drugie – poprzez frustracje egzystencjalne i dotkniętą godność – rozpad wspólnot i tożsamości, opuszczenie przez „tanie państwo”, zanik usensowniających życie wspólnotowych narracji, pustka i upokorzenie. Zostaje dżungla wolnego rynku, chaos obcego i wrogiego świata, z globalizacją w tle.
Otwarta, płynna ponowoczesność ery globalnej wywołuje opór i odrzucenie, bo zbyt wielu ponosi jej koszty i nie widzą dla siebie przyszłości w takim świecie. Chcą więc często powrotu do przeszłości, która jawi się jako rzeczywistość bezpieczna, oswojona, bo znana i zrozumiała, poddająca się kontroli, uporządkowana i przewidywalna. NASZA! I tylko nasza. To regresja do form zbiorowego istnienia już niefunkcjonalnych, bo przeżytych, ale swojskich. Politycznie przekłada się na wolę przywracania starych barier, granic, rygorów, zmniejszanie skali swobody w wolnej dotąd przestrzeni, bo jej rozległość napełnia lękiem. „Tradycyjne” wartości, więzi i wiara, ład, moralność, suwerenne państwo narodowe, szczelniejsze granice i „wypróbowane” instytucje mają nas uratować przed złem świata. Rozczarowanie wolnością i otwartością, realnie dystrybuowaną mało sprawiedliwie i niekiedy realnie groźną, obraca się przeciw wolności i otwartości jako takim. Przypływ miał podnieść wszystkie łodzie, dzięki wolności i otwartości globalnego świata, ale podniósł tylko niektóre, a inne wcale lub za mało…
Czym jest miasto?
W cywilizacji europejskiej miasto to historycznie przestrzeń wymiany oraz spotkania, bez którego wymiana jest niemożliwa. Przedmiotem wymiany były dobra, towary, ale też informacje, wiedza i idee. Spotkanie przybywających do miasta w celu wymiany było uwarunkowane nie tylko zagwarantowaniem im bezpieczeństwa, ale akceptacją, pożądaniem i docenieniem ich obecności i działalności. Z jednej strony handel, z drugiej wytwórczość i usługi, z trzeciej działalność edukacyjna i intelektualna oraz kulturalna stworzyły europejskie miasta.
Mniej więcej od VIII w. zaczynają stopniowo kształtować się miasta jako autonomiczne „wyspy” wolności, zagwarantowanej prawem, otoczone „morzem” stosunków feudalnych. Znana reguła „Stadtluft macht frei” (miejskie powietrze czyni wolnym) uwalniała spod władzy pana feudalnego poddanego, który spędził w mieście jeden rok plus jeden dzień… Niezależne miasta rządziły się same, wypracowały złożone struktury samorządnej demokracji miejskiej, która regulowała stosunki wewnętrzne, relacje cechowe i korporacyjne, wybór władz i reprezentację polityczną, kwestię obywatelstwa miejskiego itd. Miasta średniowieczne, potem renesansowe, były bazą rozwoju cywilizacji europejskiej i ekspansji światowej kapitalizmu. Dopiero „wynalazek” państwa narodowego w XVIII/XIX w i późniejszy rozwój nacjonalizmów zmniejszyły znaczenie miast.
Niezwykłym paradoksem miasta europejskiego jest to, że życie w nim oznacza rozmaite i powszechne ograniczenia – głównie przestrzenne – ale daje maksimum wolności. Miasto, w skrócie, to bardzo wielu ludzi z ich licznymi potrzebami i rzeczami, żyjących razem w sztucznej, zbudowanej przestrzeni, ograniczonej, a kiedyś zamkniętej. To zapełnienie przestrzeni czyni miasto obszarem zagrożonym powszechną fizyczną kolizyjnością. Stąd w mieście zachowania w przestrzeni są mocno reglamentowane – od przemieszczenia się, emitowania hałasów i generowania obrazów po działania inwestycyjne, budowlane i in. Granicą swobody przestrzennej każdego użytkownika miasta jest swoboda przestrzenna innych. Innych jest dużo, a przestrzeń nie jest z gumy – więc granice te są bardzo wąskie.
Rygoryzm dyscyplinujący zachowania przestrzenne wiąże się z wolnością i tolerancją w sferze ducha, idei, wiedzy, kultury, obyczaju, światopoglądu, jakiej poza miastem nie było. Tak jakby trenowana przez stulecia dyscyplina i uważność wobec innych, jeśli chodzi o zachowania w ciasnej przestrzeni, oddziałała na aktywność w sferze niematerialnej. Skoro potrafimy współżyć, a nie walczyć (co zniszczyłoby nas i nasze miasto) w ograniczonej, ciasnej przestrzeni fizycznej, to współistnienie w nieograniczonej, otwartej przestrzeni ducha nie przychodzi już tak trudno. Ale ta wolność wynika z samej „natury” i tradycji miasta europejskiego, dla którego inność, obcość, różnorodność nie jest zagrożeniem, lecz czynnikiem rozwoju wzbogacającym potencjał, warunkiem realizacji jego misji, polegającej na wymianie. A więc na przepływie towarów, dóbr, idei, ludzi. A to wiąże się z otwartością, innowacyjnością, zmiennością.
…ta wolność wynika z samej „natury” i tradycji miasta europejskiego, dla którego inność, obcość, różnorodność nie jest zagrożeniem, lecz czynnikiem rozwoju wzbogacającym potencjał, warunkiem realizacji jego misji, polegającej na wymianie.
A więc na przepływie towarów, dóbr, idei, ludzi.
Zmiana Polityczna i miasta
Na oko widać, że obecna zmiana polityczna, wyrastająca z kryzysu liberalnej demokracji, społeczeństwa otwartego i jednostronnej globalizacji jest aksjologicznie sprzeczna z wartościami konstytutywnymi dla europejskiego miasta i może stanowić dla niego zagrożenie. Na przykład w polskich warunkach powszechna, według badań, i wytworzona politycznie ksenofobia wywołująca klimat niechęci lub wrogości wobec cudzoziemców, uderza zwłaszcza w uczelnie wyższe, instytucje kultury i globalny biznes – wizerunek kraju, w którym każdy „obcy” ma się bać, zniechęca do odwiedzania, pracy, studiów, robienia interesów w polskich miastach..
Nie dziwi więc, że generalnie nigdzie na świecie duże miasta nie opowiedziały się za Polityczną Zmianą. Ankara i Stambuł nie poparły w referendum Erdogana, Paryż dał Le Pen w wyborach tylko kilka procent, Budapeszt burzy się przeciw Orbanowi, Londyn odrzucił Brexit i rządzi nim muzułmanin z „importu”, w Holandii i Austrii ksenofobiczne partie przegrywają w dużych miastach. Podobnie Trump w metropoliach amerykańskich. W Polsce chyba tylko jedno miasto wojewódzkie sprzyja „dobrej zmianie”.
Sytuacja polskich miast jest o tyle trudniejsza, że znajdują się one w innym, gorszym miejscu niż miasta Zachodu jeśli chodzi o rozwój cywilizacyjny, społeczny, mentalny. Ponad trzystuletnia degradacja polskich miast, spacyfikowanych przez antymiejskie interesy gospodarcze szlachty i światopoglądy polityczne, zaczynała ustępować dopiero w ostatnich latach – kilkudziesięciu, a raczej kilkunastu. Neoliberalny „rozwój”, koślawy, komercjalizujący miasta (a miasto to nie spółka z o.o., w nim się przecież żyje… ), blokował kształtowanie się wspólnot miejskich, tożsamości społecznej miast, patriotyzmu miejskiego, podmiotowości mieszkańców, demokracji miejskiej, itd. To w dużym stopniu nadal się dzieje.
Na tę „przejściową” sytuację w miastach nakłada się ekspansja sarmackiego rezerwatu narodowego, z jego agrarną wyobraźnią, kompetencją i wrażliwością. Faceci z mentalnymi szablami i wąsami oraz krzyżem w gębach, niemal jak ks. Kordecki z „Potopu”, zawracają nas do XVII w., próbując spacyfikować wszystko, co do ich skansenu nie pasuje. A na pewno odradzającemu się nacjonalizmowi nie pasuje nowoczesne miasto europejskie, z jego niezależnością, wolnością i pluralizmem. Nacjonalizm odrzuca Europę miast, bo czci „suwerenne” (czytaj – autorytarne) państwo narodowe z jego monokulturą duchową i polityczną. Oddolnie rosnące wspólnoty/tożsamości miejskie, autonomiczne wobec wspólnoty/tożsamości narodowej, dopiero w Polsce się kształtują, podobnie jak miejskość jako taka. Ewentualna szarża mentalnych husarzy wyklętych przeciw „wrogom ojczyzny” w miastach może być groźna, ale na pewno jest słaba, bo groteskowa.
Mamy w dupie małe miasteczka?
Gorzko ironiczne w intencjach przywołanie wyżej cytatu z wiersza Andrzeja Bursy („mam w dupie małe miasteczka…”) ma służyć zwróceniu uwagi na głębsze warstwy problemu. Jeśli wbrew dużym miastom Zmiana Polityczna wygrywa lub realnie ma szanse na zwycięstwo, albo tylko bardzo urosła – to oznacza, że duże miasta nie są autorytetem politycznym, nie znajdują posłuchu, tracą więź z resztą społeczeństwa. Że odstają od narastających społecznych trendów także w miastach średnich i małych. Nastąpiło społeczne pęknięcie o szerokim zasięgu i nie tylko w Polsce. Także między dużymi miastami a średnimi i małymi. Nie chodzi o to, kto ma większość – jeśli ma, to zwykle niewielką. Bardziej chodzi o to, że niemal wszędzie pojawiają się polityczne tendencje potencjalnie groźne. I istotne jest, czy będą dalej narastać.
Cytat z Bursy mógłby służyć za credo polskiej polityki „rozwoju” w tzw. minionym okresie. Naukawo, czyli z pretensjami do scjentystycznej mądrości, nazywała się „polaryzacyjno-dyfuzyjnym rozwojem kraju” (P-DRK), i jest doniosłym wkładem poprzedniej ekipy w sukces wyborczy „dobrej zmiany”. Oficjalnie P-DRK zakładała kumulację środków na rozwój w metropoliach („polaryzacja”), a jak już one rozkwitną, owoce tego kwitnięcia miały spływać na „prowincję” („dyfuzja”). W praktyce oznaczało to ograbianie i tak ubogiej „prowincji” z pewnych luksusowych fanaberii cywilizacyjnych, jak posterunki policji, placówki pocztowe, połączenia autobusowe i kolejowe, przychodnie lekarskie, urzędy i inne. Zdegradowana „prowincja” opowiedziała się za Zmianą. Przypływ, jeśli przyszedł, to gdzie indziej i podniósł inne łodzie.
Ile jest tych łodzi-beneficjentów „przypływu”, a ile reszty? W Polsce w 20 największych miastach mieszka około 8,5 mln osób. Pozostałe ponad 900 miast ma około 15,5 mln mieszkańców, czyli niemal dwa razy więcej. To pokazuje proporcje potencjałów politycznych na osi metropolie – peryferie miejskie. Ale przede wszystkim pokazuje, że niemal połowa Polaków zamieszkuje miasta średnie, małe i najmniejsze. I jest absolutnie nie do przyjęcia taka polityka rozwoju, która ten fakt ignoruje. I chyba można stwierdzić, że cena polityczna obecnie płacona za ogromne zaniedbania w tym obszarze wcale nie jest aż taka duża.
Solidarność miast – demokracja miast
Same bogate metropolie mają w swoim środku, obok prestiżowych „czekoladowych” fragmentów, własne „prowincje”, w każdym znajdują się obszary własnego, skrywanego „III świata”, gdzie hoduje się potencjał gniewu i sprzeciwu wobec status quo. Jeśli nie zaczną być systematycznie rozwiązywane problemy wynikające z nierówności i niesprawiedliwości, wykluczenia i upokorzenia, to ten potencjał zacznie coraz bardziej przechodzić na „ciemną stronę mocy”, także w dużych miastach. To, że metropolie generalnie nie stoją za „dobrą zmianą” nie oznacza, że nie ma w nich potencjału na poparcie jej. Przykładowo – w mieście Poznaniu, bastionie oporu wobec „dobrej zmiany”, stan posiadania PiS-u w radzie miasta po wyborach miejskich w 2014 r. zwiększył się o 100%, ale pozostaje mniejszościowy.
W licznych aspektach polityka prowadzona w dużych miastach jest nadal tak ukierunkowana, jakby głównie zamieszkiwała je syta tzw. klasa średnia, mająca bardziej ekskluzywne potrzeby niż miejski lud prosty, ilościowo dominujący. Wymuszona przez ruchy miejskie zmiana języka dyskursu miejskiego powoduje, że trudniej niż kiedyś wyłuskać dziś faktyczne cele i sens konkretnych działań władz. Bo nowy język, afirmujący rozwój zrównoważony, służy za parawan albo dekorację dla bardzo często starej, neoliberalnej polityki, tylko zamaskowanej i przypudrowanej. Trudno ocenić, jak liczni są beneficjenci biznesowej głównie globalizacji i transformacji w dużych miastach. Zapewne to oni utrzymują przy władzy przez kolejne i kolejne kadencje neoliberalne ekipy rządzące. Frekwencja w wyborach miejskich na poziomie 35-40% każe się zastanowić, czego może chcieć ta niegłosująca, nierozpoznana większość? Co i kogo poprze, jeśli kiedyś pójdzie do urn? Może jednak „dobrą zmianę”?
Hasło „demokracji miast” obejmuje zarówno wewnętrzną demokrację miejską, wyznaczającą reguły i procedury samo-rządzenia się mieszkańców miast, którzy ponoszą za nie odpowiedzialność, jak i miejsce miasta w całym mniej lub bardziej demokratycznym systemie politycznym kraju. Im bardziej system ten jest demokratyczny, tym więcej miasta mają wolności – podmiotowości, autonomii, samorządności. Warunkiem obronienia i wzmocnienia demokracji miast jest solidarność miast i solidarność w mieście. Tak jak wolność słowa jest dla myślących inaczej albo nie ma jej wcale, tak solidarność dotyczy słabszych i potrzebujących – albo nie ma jej wcale. A bywa słowem-parawanem dla zwykłych geszeftów…
Pierwsze – solidarność miast – oznacza, że duże miasta musza się trochę posunąć, robiąc miejsce „przy stole” miastom mniejszym i małym, i trochę się podzielić tym, co jest na stole. Narzucany przez neoliberalne dogmaty przymus rywalizacji miast, która prowadzi do narastania nierówności między nimi, powinien być neutralizowany przez dążenie do współpracy i bardziej równościowe stosunki. W przeciwnym razie miasta jako ostoje wolności, tolerancji, różnorodności będą coraz bardziej zagrożone przez polityczne skutki napięć i frustracji społecznych. Takim skutkiem jest bogoojczyźniana „dobra zmiana”, zmierzająca do jałowego i zamordystycznego państwa narodowego. Solidarność i współpraca miast to droga do zachowania i rozwijania wartości europejskiego miasta ponad neoliberalizmem i ponad sarmacko-populistyczną „dobrą zmianą”. To konieczna odpowiedź miast na jedno i drugie, odpowiedź, która pozwoli zachować i wzmocnić demokrację miast. I wolność. Zawarta w 15 Tezach Miejskich idea dekoncentracji kraju oraz regionów to przykładowy przyczynek do programów rozwoju idących w tym kierunku. A z kolei walka z tzw. „janosikowym” to przejaw postawy odwrotnej – egoizmu metropolii, która nie chce się dzielić.
Solidarność i współpraca miast to droga do zachowania i rozwijania wartości europejskiego miasta ponad neoliberalizmem i ponad sarmacko-populistyczną „dobrą zmianą”. To konieczna odpowiedź miast na jedno i drugie, odpowiedź, która pozwoli zachować i wzmocnić demokrację miast. I wolność.
Z kolei solidarność w mieście, dzięki której same miasta nie zostaną przejęte przez „dobrą zmianę” i sarmacki skansen, musi zakładać zdecydowane poszerzenie perspektywy władz miejskich na ogół mieszkańców i ich potrzeby, zwłaszcza społecznie słabszych, mniej zamożnych, mniej zaradnych, z mniejszym kapitałem kulturowym i intelektualnym. A nie jak w dużym stopniu dotąd – trwanie przy akceptacji dla dominacji potrzeb klasy średniej i interesów oligarchii oraz wielkiego biznesu.
Co mają ruchy miejskie?
Z tego wynika, że demokratyczne i solidarne miasta mogą/mogłyby, choć nie od razu, odgrywać istotną rolę polityczną, przezwyciężając dychotomię między konserwatywną i aspołeczną orientacją neoliberalną a agresywnym, bogoojczyźnianym populizmem postsarmackim, zorientowanym nacjonalistycznie. To może być strategiczne zadanie polityczne dla ruchów miejskich – wynajdywanie miejskości (na wzór europejski) jako program uniwersalny, a nie tylko lokalny i uniwersalny światopogląd polityczny. A demokracja miejska doskonalona lokalnie jako prototyp uspołecznienia demokracji w Polsce, albowiem historycznie to miejska demokracja jest prototypem demokracji liberalnej.
Po 1989 r. demokracja w Polsce była zaprowadzana „od góry”, w grze elit postkomunistycznych i postsolidarnościowych, które na długo zagospodarowały i wypełniły sobą scenę polityczną. Tę odgórną demokrację elit ludzie zaakceptowali z konieczności. W przełomowych, obalających komunę wyborach w 1989 r. frekwencja wynosiła tylko 62%, i do dziś jest najwyższa ze wszystkich rodzajów głosowań powszechnych, prócz wyborów prezydenckich. Około połowy ludności RP stale nie uczestniczy czynnie w naszej demokracji, a w demokracji lokalnej nawet do 60-65%.
Polska demokracja nie budowała się więc w długotrwałym, oddolnym procesie masowego, społecznego uczenia się w trakcie wydzierania autorytarnemu porządkowi kawałków wolności, jeden po drugim, bardziej lub mniej gwałtownie, do zwycięstwa. Jej szczęśliwe ustanowienie było pochodną końca zimnej wojny i upadku ZSRR. Dlatego jest ona słabo zakorzeniona, tylko częściowo akceptowana i naskórkowa, o czym świadczą także ostatnie problemy z demokracją (to „zasługa” także dominacji partii i polityków wyrosłych na upadku PRLu).
Moim zdaniem potencjał społecznej, oddolnej podmiotowości jest w Polsce dość znaczny, ale charakteryzuje go dystans do partyjnej polityki, utożsamianej z polityką w ogóle, powszechnie uznawanej za nieestetyczną i niemoralną, czyli obciachową – obrzydliwą. Zapewne trzeba pokoleniu dorosłych ukształtowanych po PRL opowiedzieć politykę na nowo, alternatywnie wobec medialnej sieczki relacjonującej wojnę plemion. Istotnym elementem tej opowieści powinna być nowoczesna narracja miejska, która coraz lepiej trafia w postawy, potrzeby i nadzieje „nowych mieszczan”. Widzę w tym wielką rolę ruchów miejskich, które niemal nie mają władzy. Ale mogą działać na rzecz solidarności miast i w miastach poprzez inspirowanie solidarności zorganizowanych i organizujących się mieszkańców.
* * *
Może właśnie w miastach jest odpowiedź na obecne wyzwania i dylematy polityki i to one przyniosą rozwiązania problemów, które spowodowały obecny kryzys? Może to miasta są nadzieją na odnowę demokracji? A obecne spory ideowe blakną i oddalają się z perspektywy miejskiej narracji konkretnej, tolerującej różnych bogów, ale realnie podejmującej nierozwiązane problemy, psujące ludziom życie?

Foto: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
27 maja br. na terenie Nadleśnictwa Hajnówka odbył się obywatelski spacer dla Puszczy Białowieskiej. Spacerowicze i miłośnicy przyrody maszerowali pod hasłem „Chcemy Puszczy Białowieskiej otwartej i dzikiej”. To wyraz sprzeciwu wobec dewastacji tego unikatowego lasu przez ministra Szyszko oraz zamykania go przed społeczeństwem. Data spaceru nie jest przypadkowa – tylko do dzisiaj polski rząd ma czas na wycofanie się z wielkoskalowej wycinki Puszczy Białowieskiej.
Zobacz zdjęcia
Las powinien być dostępny dla wszystkich, jednak w ostatnich dniach już drugie z trzech puszczańskich nadleśnictw wprowadziło zakaz wstępu do lasu. Dla ludzi – zarówno mieszkańców jak i turystów z całego świata – zamknięte są już tereny nadleśnictwa Hajnówka i Białowieża. Mimo, iż oficjalną przyczyną zakazu wstępu do lasu są względy bezpieczeństwa, nie ma wątpliwości, że zakaz ma ukryć przed opinią publiczną skalę wycinek w Puszczy. Tylko w tym roku dla zysku LP wycięto i wywieziono z Puszczy kilkanaście tysięcy drzew z ponadstuletnich drzewostanów, na miejscu pracuje ciężki sprzęt leśny.
– Po wprowadzeniu zakazu wstępu do rozległych obszarów Puszczy oraz zwiększeniu wycinki drzew odnotowujemy spadek dochodów z turystyki o 40%, dlatego apelowaliśmy do rządu o zniesienie zakazów wstępu – mówi Sławomir Droń, przedstawiciel branży turystycznej z Białowieży.
– My, mieszkający tu od pokoleń, stanowczo sprzeciwiamy się postępującej wycince Puszczy Białowieskiej i deprecjonowaniu jej roli jako Najstarszego Lasu Europy. Protestujemy przeciwko jej zamknięciu. Puszcza jest naszym wspólnym dobrem; to las w którym odpoczywaliśmy i spędzaliśmy do tej pory czas – my, nasi rodzice i dziadkowie. Teraz czujemy się jak więźniowie, którym odmawia się prawa do swobodnego przebywania w lesie, naszym lesie – powiedzieli we wspólnym stanowisku mieszkańcy okolic Puszczy z nieformalnej grupy Lokalsi przeciwko Wycince Puszczy Białowieskiej.
Spacerowicze zwracają uwagę, że las to nie tylko surowiec, ale pełni bardzo ważne funkcje:
– Lasy zatrzymują wody opadowe, chronią glebę, produkują tlen i są schronieniem na wielu cennych gatunków zwierząt. Dla nas to miejsce wypoczynku, obcowania z pięknem – lasy poprawiają jakość życia – Ryszard Kulik, uczestnik spaceru.
Puszcza Białowieska, którą przez tysiące lat kształtowały naturalne procesy przyrodnicze, nie może być traktowana jak zwykła plantacja desek. – Chcę Puszczy otwartej i dzikiej. Ten wyjątkowy las zasługuje na wyjątkową ochronę – cała jego powierzchnia powinna zostać parkiem narodowym – dodała Małgorzata Drozdowska, która przyjechała do Puszczy z Gdańska. Jak pokazała rzeczywistość to nie Białowieski Park Narodowy, ale Lasy Państwowe zamykają teren Puszczy przed lokalną społecznością. Obawy przed powołaniem parku na terenie trzech puszczańskich nadleśnictw są więc całkowicie nieuzasadnione.
– Lasy Państwowe powinny edukować turystów w zakresie bezpieczeństwa poruszania się po lesie naturalnym, a nie zamykać Puszczę. Podążając ich logiką, można by zamknąć wstęp w góry czy zabronić kąpieli w morzu – powiedziała uczestniczka wydarzenia.
Spacer dla Puszczy był wydarzeniem pokojowym i zapoczątkował akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa, mającej na celu zakończenie dewastacji Puszczy Białowieskiej.
Uczestnicy mieli okazję na własne oczy przekonać się, jak zniszczone zostały fragmenty lasu, w których do niedawna pracował ciężki sprzęt.
źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
Kontakty:
Sławomir Droń – 733587583
Ryszard Kulik – 502 868 412
Małgorzata Drozdowska – 691 404 909

Foto: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
„ Zalany Białystok i ileś tam innych miast, miasteczek i wiosek. Wszędzie, gdzie pada trochę większy deszcz, ten sam scenariusz – pięknie wybetonowane place, od ulic po fasady zabudowań, i przy dłuższym opadzie atmosferycznym każde obniżenie terenu zamienia się w jezioro, z infrastrukturą włącznie. A wszystkiemu winna WODA? GRAWITACJA? Nie, winien jest brak wyobraźni, wiedzy i zrozumienia Natury. Aby coś dobrze zaplanować, potrzeba wszystkich danych, a klimat i Natura są dość skomplikowane dla analityków. Jak widać.”
komentarz do filmu ukazującego podtopienia w Białymstoku w dniu 8.05.2017 (link)
Rzeka idealna w mieście już była. Przez wieki, od osad po miasta na terenie obecnej Polski, podobnie jak na całym świecie tysiące i setki lat wcześniej, zabudowa miała miejsce do granicy cyklicznych wezbrań. Fakt, były one zdecydowanie bardziej cykliczne niż obecnie, lecz tu już trzeba docenić ostatnie nieco ponad sto lat. Postęp w rozwoju technologii dał naszemu gatunkowi narzędzia, dzięki którym zaczęło się wielkie ujarzmienie Natury.
Przez ostatnie kilkanaście dekad człowiek, zachłyśnięty tymże postępem, utracił kontakt z rzeką i poczucie szacunku dla niej. Skrajnością było jej zamykanie w kanał lub w rurę na „wyższym” etapie rozwoju cywilizacji przemysłowej i miejskiej. Zmianie tej towarzyszyła agresja semantyczna wobec potoku czy strumienia. Tracił on swoją własną nazwę Struga, Biała czy Żywa na rzecz stygmatyzującej i swojskiej Ściek lub Smródka, czy bardziej inżyniersko – kanał A, B, C. To nieodległa przeszłość. W Chorzowie Rawę zakuto w rurę z fanfarami w 2010 r. Towarzyszyły temu tytuły: „Rawa w Chorzowie przykryta. Nareszcie przestanie śmierdzieć!”
Przygotowując te kilka słów refleksji o rzekach w mieście, natrafiliśmy na ciekawą prezentację „Rzeka w mieście” autorstwa dr hab. inż. arch. Anny Januchty-Szostak z TUP w Poznaniu*. Polecamy – zobaczycie zdjęcia z Chorzowa i nie tylko. Jest to bardzo solidne rozwinięcie inżyniersko-architektoniczne tematu wód w mieście z przykładami z Polski i świata. Czytelnikom zdolnym do odrobiny autokrytyki polecamy także pod rozwagę filmik: https://www.youtube.com/watch?v=UXdrKHo7Jpk Pomijając sarkazm autora, ukazuje on gorzką prawdę. Już przy stosunkowo niewielkim deszczu oglądamy dziś efekty błędnej polityki zarządzania wodami realizowanej przez lata.
„Powódź jest dziełem człowieka”
Hasło takiej treści, z inicjatywy prezesa Fundacji Oławy i Nysy Kłodzkiej, zawisło w formie tablicy na wysokości ok 1,5 m na fasadzie jednej z kamienic przy ul. Traugutta po największej powodzi w historii Wrocławia w 1997r. To znak poziomu wielkiej wody, która płynęła wartkim nurtem między poniemieckimi kamienicami w lipcu pamiętnego roku. Mówiono wówczas, że to rzeka Oława, płynąca normalnie równolegle do tej ulicy około 100-200 metrów dalej, ale kilka metrów niżej, podniosła się te 1,5 m nad kostkę ulicy i popłynęła wartko jak górska rzeka (tak naprawdę Oławę i Odrę, a także inne dopływy połączyła skumulowana fala wezbraniowa, zalewając Wrocław i inne miejscowości wzdłuż Odry i zamieniając je w olbrzymie rozlewiska-poldery na polach, w lasach i na ulicach ). Hasło, niestety, niedługo wisiało – zbyt drażniło pewność siebie lobby hydrotechnicznego, które zaciągało właśnie, na nasz koszt, pierwszą wielomilionową pożyczkę z Banku Światowego na ochronę przeciwpowodziową Odry.
Kolejnym programem z kredytu BŚ była ochrona miasta Wrocławia i dwa zadania – Wrocławski Węzeł Wodny i Zbiornik Racibórz. Ostatnia, trzecia pożyczka przeciwpowodziowa z BŚ, w 2015 r., podpisana została tuż przed końcem kadencji poprzedniego rządu. O dziwo, tego pomysłu rządów PO-PSL obecny, tak alergicznie odnoszący się do większości dokonań poprzedników rząd PIS nie odrzuca, nie krytykuje. Wręcz odwrotnie, co do środków na przekształcenie rzek, to wykazuje zapał, by tamte plany wzmocnić, jeszcze bardziej wszystko wyprostować i zabetonować, a co większe rzeki zamienić w autostrady wodne.
Niezależni eksperci, organizacje pozarządowe, naukowcy i samorządowcy twierdzili od lat – i podtrzymują tę opinię – że to plany mylne, o szkodliwych, wręcz katastrofalnych skutkach społecznych, ekonomicznych i przyrodniczych. Ich zdaniem będą to najprawdopodobniej suche drogi wodne (małe ilości wody oraz ocieplenie klimatu), gdy tymczasem znacznie więcej towarów można skutecznie transportować już dziś koleją, wciąż nie wykorzystaną, choć ostatnio solidnie doinwestowaną **.
Oponenci rządowych planów twierdzą i mają rację, że stojące za tymi planami działania lobby hydrotechnicznego, również pod patronatem i na konto Banku Światowego, zwiększą zagrożenie powodziowe w kraju, szczególnie w miastach i miasteczkach, gdzie ludzie nadmiernie zbliżyli się do rzeki, ulegając iluzji bezpieczeństwa wywoływanej wałami przeciwpowodziowymi.
Koalicja Ratujmy Rzeki powstała jako wyraz sprzeciwu wobec kolejnej próby odkurzenia pomysłu rodem z epoki Gierka, zainspirowanego wówczas „geniuszem” mężów ze Wschodu (słabo widać zapamiętano zniszczenie przez system radziecki wielkiego Morza Aralskiego przez wpuszczenie rzek Amu-darii i Syr-darii w kanały na pustyni w celu nawodnienia pól dla uprawy bawełny). Tamte błędy da się jeszcze usprawiedliwić ówczesnym słabym rozumieniem złożoności funkcjonowania rzek. Dziś wiedza na ten temat jest powszechnie dostępna, zaś katastrofalne skutki wcześniejszej błędnej polityki wodnej wciąż dają o sobie znać suszami i powodziami. Co sądzić wobec tego o planach PiS skanalizowania głównych polskich rzek? Planach opartych na archaicznej, skompromitowanej naukowo i praktycznie wiedzy? Koalicja Ratujmy Rzeki stawia sobie za cel uświadomienie opinii publicznej, do czego nieuchronnie doprowadzi kontynuacja źle rozumianego zarządzania wodami, i wyperswadowanie politykom szkodliwego kierunku oraz pomoc w przekierowaniu planów rozwojowych: z prostowania i regulowania rzek i strumieni na konieczne działania na rzecz naprawy stanu ekologicznego rzek i ich dorzeczy – dla dobra całego społeczeństwa, od bezpieczeństwa po rozwój gospodarczy.
Prostowanie i regulowanie rzek i strumieni prowadzi do zwiększenia ryzyka powodzi szczególnie w miastach, bo tam tereny są najcenniejsze i już dawno – zgodnie z planami zagospodarowania przestrzennego albo bez nich – „wjechaliśmy” i nadal „wjeżdżamy” z zabudową na tereny zalewowe. Hasło „powódź jest dziełem człowieka” jest więc prawdziwe aż do bólu – bólu tysięcy ludzi dotkniętych tragedią powodzi. A pyszałkowaci decydenci lub zwykli hochsztaplerzy nadal sprzedają „ciemnemu ludowi” historię o tym, że Wrocław po programach Banku Światowego jest już bezpieczny.
Terapia kosztowna i…szkodliwa
Pani architekt z TUP w Poznaniu na kilku prostych rysunkach i schematach wyjaśnia, dlaczego sztuczne, inżynierskie zawężanie i profilowanie do kształtu trapezu koryt rzek oraz odcinanie zalewowych części dolin przez budowę obwałowań zwiększa zagrożenie powodziowe. Brawo! Ekolodzy nie są sami. Nie są od dawna. Istnieją odważni dysydenci, śledzący to, co się dzieje w świecie, i krytykujący od lat branżę zwartego hydrobetonu, w slangu nazywaną branżą „przerobu kasy”. Doświadczony hydrotechnik, dr Janusz Żelaziński, od lat alarmuje, pokazując swoje i innych wyliczenia naukowe, że realizowane u nas programy BŚ to nic innego niż wyciąganie naszych pieniędzy i działania nie przynoszące żadnego efektu poza… zwiększeniem zagrożenia powodziowego. Wielu naukowców przyrodników, na co dzień wykonujących badania naukowe na rzekach, twierdzi to samo, a nawet więcej: że nie ma dziś żadnych argumentów za tak wielkimi ingerencjami w rzeki – ani ekologicznych, ani przeciwpowodziowych, ani społecznych czy gospodarczych. Eksperci owi podpisali i skierowali w ubiegłym roku do szefa Banku Światowego i Komisji Europejskiej apel w tej sprawie pt. „Kosztowna iluzja żeglugi śródlądowej na polskich wodach”**. Na razie bez rezultatu, choć sprawa toczy się niemrawo w obu instytucjach.
Rola i miejsce rzek i potoków w mieście
Nie jest nią skrycie ich w kanałach i betonowych opaskach. Rzeki, naczynia krwionośne krajobrazu, obok odwiecznych funkcji ekologicznych, powinny tysiącom ludzi, mieszkańców przestrzeni nadrzecznych dawać miejsce na wypoczynek, szansę na kontakt z naturą. By część z nich, a może większość, nie musiała stać w korkach, aby wyjechać „do przyrody”, a inna część nie chciała się wyprowadzać z miast, nasilając problemy deaglomeracyjne. Doliny tych rzek powinny stanowić, m. in. na wzór Hamburga, łączące się elementy zielonej sieci miejskiej służącej do przemieszczania się pieszych i rowerzystów – miejsce stałego styku Natury z mieszkańcami obszarów zurbanizowanych. Miejsce, gdzie po pracy można wejść w upalny dzień do wody i się wykąpać, a w dzień wolny odbyć wycieczkę łódką bądź kajakiem na „majówkę” tuż za miasto. Te funkcje wód płynących są znacznie bardziej realne w niedalekiej przyszłości, i to bez kosztów. W przeciwieństwie do iluzji kosztownej żeglugi bez jakichkolwiek dowodów sensowności takiego przedsięwzięcia, za to z wielkim pakietem dowodów na nieuchronnie związane z realizacją tych planów straty.
Koalicja Ratujmy Rzeki i niżej podpisani nie są przeciw wykorzystywaniu rzek, szczególnie w miastach, do transportu ludzi i towarów. Taka jej rola od wieków. Jednak ta usługa naszych rzek ma swój naturalnie oferowany rozmiar i to statki powinno się do niego – tj. do stanu wód i głębokości rzeki – dostosować, absolutnie nie na odwrót. Dewastować rzeki do wymyślonych parametrów gigantycznych barek o zanurzeniu ponad 2,8 metra (zakładana przez rząd IV klasa żeglowności)! To już było i się skończyło w XX w.
Eksperci, także hydrotechnicy z zakresu ekologii wód, których w Koalicji nie brak, są w stanie wskazać ścieżkę odzyskania żeglowności naszych głównych rzek, gdyż zarówno Wisła, jak i Odra żeglowne były jeszcze kilka dekad temu. Były żeglowne w zakresie, jakim naturalnie dysponują od kilku tysięcy lat przez znaczną część każdego roku. Odzyskanie takiego zakresu, a nie kanalizacja mogłyby być celem niejednostronnej polityki wodnej. Zarówno dla bezpieczeństwa, jak i rozwoju, rzeczywiście zrównoważonego.
Wrocław bezpieczną Zieloną Stolicą Europy?
Co się dzieje w naszym Wrocławiu, ostatnio aspirującym do miana stolicy Europy, i to „zielonej”? Złośliwie powinniśmy napisać: niech władze uporają się ze smogiem, to dużo prostsze niż „ujarzmienie Odry”.
Spoglądając na blisko 30 lat gospodarki wodnej po upadku PRL, moglibyśmy powiedzieć: mamy dużo czystszą Odrę. Można łowić ryby, które nie śmierdzą fenolem, pojawiają się gigantyczne sumy, szczupaki, nawet pojedyncze egzemplarze łososi i jesiotrów. Żegluga turystyczna kwitnie. Z daleka pewnie tak to wygląda. Z bliska jednak co rusz ludzie wskazują na spuszczanie ścieków bytowych do kanalizacji ogólnospławnej, na zabijanie życia w małych rzeczkach i strumieniach, dziś coraz bardziej przypominających kanały, na terenie miasta oraz poza nim. Udało się odbudować wały i ścieżki rowerowe na nich, mamy dużo dębów, cenny spadek po Niemcach.
Jednak Wrocławski Węzeł Wodny (WWW) to przykład mało „zielony” – dominuje w nim kosztowne zabetonowanie i zapalowanie nabrzeży i kanałów miasta. Całkowicie inaczej „zazielenia się” dzisiaj przestrzeń nadbrzeżną w innych krajach EU. Opierając się na opiniach niezależnych ekspertów, pierwszy krok odnośnie Odry we Wrocławiu powinien być kontrolą i oceną sensowności tej „twórczości”, a nie jej powielaniem na całej długości tej wciąż jeszcze poza miastem pięknej i zbliżonej do naturalnej rzeki. Objąć ona winna, jak twierdzi część naszych ekspertów, przecenianą rolę Zbiornika Racibórz, który ma jakoby obniżać falę powodziową we Wrocławiu o ponad 800 m3/s, co nawet laikowi wydaje się nieprawdopodobne (niekwestionowany raczej kanał ulgi wzdłuż rzeki Widawy ma dać efekt „tylko” 300 m3/s).
Kanały ulgi w miastach mają sens
Żeby nie było, że tylko krytykujemy, są pewnie fragmenty inwestycji w ramach WWW, które pozwalają spojrzeć trochę bardziej optymistycznie. To też może być wzór dla innych miast sensownie łączących sztukę inżynierską z wymogami przyrodniczymi, i to w kluczowej kwestii poprawy bezpieczeństwa powodziowego. W cywilizowanym świecie już od dawna wiadomo, że trzeba łączyć oddawanie przestrzeni rzekom, korzystne przyrodniczo, z odtwarzaniem terenów zalewowych – stąd coraz liczniejsze w Europie i USA programy renaturyzacji rzek (a nie ich prostowania, regulacji oraz zabudowy dolin).
Umiarkowanie pochwalimy fragment inwestycji WWW związany z uczynieniem z rzeki Widawy w mieście – kanału ulgi. W założeniach ma ona/on przepuścić 300 m3 /s szczytowej fali powodziowej, np. takiej jak podczas powodzi z 1997r. Nie wszystkim spodobała się wycinka starych dębów przy tej okazji. Poruszeni działacze lokalnej Partii Zieloni i Eko-Unii oprotestowali to w mediach, doprowadzając do kontroli na miejscu inwestycji. Interwencja potwierdziła konieczność usunięcia części drzew w ciasnych i trudnych miejscach budowy – obwałowań, gdzie zabudowa zbliżyła się do rzeki Jednak inwestor czynił starania ochrony zieleni, gdzie to tylko możliwe. Ostały się stare dęby na międzywalu i zawalu oraz w skarpach wałów, gdzie tylko dało się to pogodzić z technologią budowy uszczelnień. Stoczyliśmy symboliczny bój o jeden stary dąb, który nam wskazał ekspert i który udało się ocalić.
Oddać rzekom ich przestrzeń, a retencji szansę na powstrzymanie wody
Tereny zurbanizowane skutecznie chronić da się przede wszystkim w górze zlewni rzek, nad którymi leżą, wracając do równowagi i odtwarzając naturalne możliwości retencji całych zlewni. Część działań musi mieć charakter techniczny, jak zbiorniki suche, poldery zalewowe, kanały ulgi. Budowle takie winny jednak w maksymalnym stopniu uwzględniać wszystkie niesione zagrożenia. Szkoda, że w Polsce wciąż inwestycje te nie są dość dobrze rozpoznane w zakresie oddziaływania na środowisko, jak jest w Europie już od lat.
Odtworzenie dostatecznie rozległej przestrzeni zalewowej w dolinach rzek, odtwarzanie zbliżonych do naturalnych, zróżnicowanych morfologicznie koryt wraz z odtworzeniem naturalnej retencji w zlewni to dziś powszechny sposób na redukcję ryzyka powodziowego. W miastach obszary takie aranżowane są jako miejsce rekreacji, spotkania człowieka z Przyrodą, bez zabudowy podatnej na szkody przy zalaniu. Poza miastami rzekom oddawane powinny być znacznie większe części dolin, dla ochrony miast właśnie. Prosty rachunek dowodzi, że taniej zapłacić rolnikowi za zalane uprawy, niż naprawić zalane miasto. W zlewniach motto dzisiejszej gospodarki wodnej powinno brzmieć: „Zostaw deszcz tam, gdzie spadł”. Wodzie trzeba pozwolić wsiąkać, gdzie tylko może, gdyż w gruncie płynie 20 razy wolniej niż po powierzchni, zwłaszcza betonowej. Chodzi tu o filozofię retencjonowania i powstrzymywania spływu wody w każdym miejscu zlewni – również, a być może szczególnie w mieście, które dziś jest zabetonowywane i w którym mogą występować lokalne powodzie taką gospodarką spowodowane. Wrocław tu ma wiele do zrobienia i odrobienia. Patrząc na tereny nowo powstałych, ciekawych architektonicznie budynków np. w dawnym miejscu dworca PKS przy ul. Piłsudskiego, dominację deweloperów, niefrasobliwą wycinkę (grubo przed lex Szyszko) dziesiątków tysięcy starych drzew przy budowie WWW oraz mieszkań i biur, tysiące hektarów parkingów przy galeriach handlowych, dręczy nas pytanie, dlaczego tyle tu betonu i asfaltu, a tak mało zieleni? Kto podejmuje tak głupie decyzje? Przecież chyba niewiele droższy jest parking ażurowy, który żyje i zbiera wodę. Tańszy i piękniejszy jest teren zielony obejmujący na przykład 80 % publicznej nieruchomości przed Dworcem Głównym, a 20 % terenu utwardzonego, a nie odwrotnie. Zielona Stolica Europy – winna zatrudnić zielonych architektów i urzędników…
W zarządzaniu wodami inżynierowie potrzebują współpracy fachowców z wielu branż. Tylko interdyscyplinarne zespoły mają szansę na wystarczająco przemyślane rozwiązania. Ta oczywista prawda u nas jednak nie przyjmuje się łatwo. Tak na marginesie, jest to nasz główny zarzut wobec skądinąd dobrej i ciekawej prezentacji pani inż. architekt Januchty-Szostak. Przywoływane przez nią przykłady rewitalizacji rzek w miastach są wciąż bardzo techniczne: betony, murki, schodki na skarpach brzegowych. Widać, jak bardzo brakowało tam przyrodników. Zwracamy się do rzeki – pięknie, ale nowa wizja tej rzeki w mieście nie dopuszcza lub dopuszcza zbyt rzadko jej naturalny, dziki charakter, odtworzenie lasu łęgowego, łąki zalewowej, gdzie tylko jest na to dość miejsca. Pojawia się jednak pytanie, czy renaturyzacja nie powinna dotyczyć przede wszystkim wyprostowanych odcinków rzek i strumieni poza miastami czy wsiami. To właśnie są obszary realnego podniesienia bezpieczeństwa powodziowego miast, a przy okazji szansa odtworzenia ekosystemów, przywrócenia „dobrego stanu wód”, o którym mówi Ramowa Dyrektywa Wodna, nierozumiana chyba w Polsce przez administracje wodną.
Czy zatem na pewno renaturyzować w mieście? A dlaczego nie? To jest dziś możliwe i inż. architekt Januchta- Szostak podaje takie przykłady! Jak fajnie, że coś takiego jest już zrobione! Np. rewitalizacja rzeki Ślepiotki ( jaka piękna nazwa!) w Katowicach czy potoku Młyński w Chrudim w Czechach.
Jakość życia w mieście to nie beton, a tereny zielone, rzeki i potoki, tam, gdzie można – zbliżone do naturalnych. Kontrolowany i mądry powrót człowieka nad rzekę i w jej dolinę.
Radosław Gawlik, Stowarzyszenie EKO-UNIA, Partia Zieloni,
Artur Furdyna, Towarzystwo Miłośników Iny i Gownienicy, Koalicja Ratujmy Rzeki
Przypisy:
*R Z E K A W M I E Ś C I E, 09.09.2013, TUP POZNAŃ, dr hab. inż. arch.
Anna Januchta–Szostak , http://tup.poznan.pl/uploads/Rzeka%20w%20miescie%20-%20wersja%20online.pdf
** Apel „Kosztowna iluzja żeglugi śródlądowej na polskich wodach” http://eko-unia.org.pl/2016/08/09/kosztowana-iluzja-zeglugi-srodladowej-na-polskich-wodach/
Jednym z tematów zeszłotygodniowego Festiwalu Obywatela była kwestia minimalnego dochodu gwarantowanego. Czy jego czas właśnie nastał? (więcej…)
W grudniu 2016 roku w Sali Kolumnowej uchwalono zmiany w Ustawie o ochronie przyrody, które w znaczący sposób liberalizowały zasady wycinki drzew. Rozmawiamy z wrocławską aktywistką Aleksandrą Zienkiewicz, przewodniczącą Stowarzyszenia Ochrony Drzew „miastoDrzew”, która koordynowała walkę o wprowadzenie społecznych zmian do noweli tej ustawy.
Redakcja: Jakie były najważniejsze zmiany?
Aleksandra Zienkiewicz: Do tej pory przepisy dotyczące wycinania drzew były w każdym miejscu Polski takie same. Deweloperzy i inne podmioty gospodarcze musiały kalkulować, czy opłaca im się wyciąć drzewa, czy może lepiej jakieś zostawić. Tę sytuację mocno zmieniła grudniowa nowelizacja. Dla inwestorów wprowadzono ułatwienia:
– zwiększono obwody drzew, które można usuwać bez zezwolenia (z 35 cm na 100 cm dla topoli, wierzb, klonu jesionolistnego, klonu srebrzystego, kasztanowca zwyczajnego, robinii akacjowej oraz platanu klonolistnego i z 25 na 50 cm dla pozostałych gatunków; dodatkowo zmieniono wysokość mierzenia tych obwodów – z 5 cm nad gruntem do 130 cm, gdzie drzewo zawsze ma mniejszy obwód);
– obniżono maksymalną stawkę za wycinkę o ponad 200 zł;
– podwyższono obwody drzew, za których wycięcie należy zapłacić (z 50 i 75 cm w zależności od gatunku do 80 i 120 cm).
– dano gminom możliwość dowolnego dalszego liberalizowania zasad gospodarowania drzewami – aż do zupełnej rezygnacji z opłat lub wręcz do zupełnej rezygnacji z konieczności uzyskiwania zezwoleń.
W takim maksymalnym zakresie z ustawy skorzystała gmina Chełmiec w województwie małopolskim. Tam należy uzyskać zezwolenie jedynie dla drzew o wymiarach największych pomników przyrody (ponad 10 m w obwodzie). Prawdopodobnie żadne takie duże drzewo na obszarze tej gminy nie rośnie. Te przepisy dawały inwestorom możliwość nacisku na gminy.
To jednak nie wszystko. Nowelizacja dała rolnikom możliwość przywracania gruntów do użytkowania rolniczego bez konieczności uzyskania zezwolenia z urzędu gminy, a także zniosła konieczność uzgadniania
z Regionalnym Dyrektorem Ochrony Środowiska zamiaru wycięcia drzew alejowych. De facto pozwalała więc na ich niekontrolowane wycinki, podobnie jak to miało miejsce w połowie pierwszej dekady XXI w., gdy przepisy zmienił SLD (wycięto wtedy setki kilometrów cennych zadrzewień pod pretekstem zwiększania bezpieczeństwa drogowego).
Sztandarową zaś zmianą, podkreślaną przez projektodawców, było zniesienie konieczności uzyskiwania zezwoleń na wycięcie drzew przez osoby fizyczne na cele niezwiązane z działalnością gospodarczą. Miało to dać ludziom wolność i uwolnić ich od przymusu „płaszczenia się przed urzędnikiem”, by mogli wyciąć drzewo na swojej działce. Głównym argumentem za zniesieniem zezwoleń dla osób fizycznych było to, że większość decyzji w tych sprawach była pozytywna. Partia rządząca posługiwała się nim w sposób wyjątkowo cyniczny, w ogóle nie odnosząc się do faktu, że sama konieczność wystąpienia o zezwolenie powodowała, że wiele osób z tego rezygnowało i po prostu drzew nie wycinało. Skutki usunięcia tej bariery można było zobaczyć po 1 stycznia w całej Polsce – osoby fizyczne zaczęły wycinać nawet bardzo duże drzewa, wiele o wymiarach pomnikowych lub zbliżonych, przepis ten posłużył również jako wytrych dla deweloperów – osoby fizyczne bez opłat usuwały drzewa, a inwestor na tym korzystał.
Red: Jaki, w Twojej ocenie, zmiany te miały wpływ na środowisko naturalne?
A.Z.: Organizacje pozarządowe, w tym stowarzyszenie „miastoDrzew”, które reprezentuję, już w grudniu alarmowały, że skutki zmian przepisów dla środowiska mogą być opłakane. Niestety, nie pomyliliśmy się
w tej ocenie. Negatywne skutki ustawy zmusiły Prawo i Sprawiedliwość do jej poprawienia.
Oczywiście skalę strat środowiskowych i krajobrazowych trudno oszacować, skoro nagle tak wiele drzew można usunąć bez zezwolenia, czyli bez wiedzy gminy. Nawet Ministerstwo Środowisko nie umiało przedstawić skutków wprowadzenia nowelizacji ustawy o ochronie przyrody, przyjętej w grudniu. Można jednak wysnuć hipotezę, że wycina się teraz więcej niż to miało miejsce przy starych przepisach, właśnie ze względu na usunięcie barier proceduralnych. Każda wycinka ma przede wszystkim wymiar lokalny, zmniejsza się bowiem zasięg oddziaływania usług ekosystemowych dostarczanych przez drzewa (pochłanianie zanieczyszczeń, pochłanianie nadmiaru wody opadowej, regulowanie temperatury powietrza, zmniejszanie siły erozji, szczególnie na terenach rolniczych).
Red: Kiedy podjęliście pierwsze działania na rzecz zmiany ustawy? Co was do tego skłoniło?
A.Z.: W lutym, gdy coraz więcej doniesień medialnych potwierdzało, że Polacy ochoczo chwycili za piły, jako przedstawicielka Stowarzyszenia Ochrony Drzew „miastoDrzew” przystąpiliśmy z Maćkiem Słobodzianem z wrocławskich Zielonych oraz ekspertami z Instytutu Drzewa do opracowania pożądanych zmian w ustawie. Początkowo chcieliśmy przedstawić je w formie petycji, którą najpierw rozpatrzyłaby sejmowa Komisja ds. Petycji. Jednak niedługo potem prezes Kaczyński zapowiedział zmianę ustawy, więc nasze pomysły dopasowaliśmy do pierwotnego projektu nowej nowelizacji PiS. By zwiększyć szansę na pochylenie się nad nimi, skupiliśmy się na trzech obszarach, które uznaliśmy za najważniejsze: konieczności zgłoszenia zamiaru wycinki przez osoby fizyczne i możliwości sprzeciwu wobec wycinki przez organ samorządowy, przywróceniu uzgodnienia z RDOŚ dla planów wycięcia alei oraz zmniejszeniu powierzchni krzewów i obwodów drzew, które można wycinać bez zezwolenia i obniżeniu wysokości mierzenia tych obwodów ze 130 cm na 5 cm nad gruntem.
Red: Jakie działania podjęliście? W jaki sposób udało Wam się przekonać posłów do proponowanych przez Was zmian? Co, według Ciebie, było kluczowe? Jakie argumenty?
A.Z.: Nasze propozycje przedstawiłam na sejmowej Komisji Ochrony Środowiska 7 marca jako przedstawicielka Kongresu Ruchów Miejskich, który zdecydował się poprzeć wypracowane przez nas zmiany. Podkreślałam, że nowe przepisy powinny zapobiegać nadużywaniu prawa i nadmiernym wycinkom. Moja obecność na tamtym posiedzeniu okazała się kluczowa – już tego samego dnia dowiedzielismy się, że kwestia sprzeciwu wobec wycinki przez organ samorządowy zostanie do nowelizacji włączona. Wkrótce okazało się także, że przywrócone zostanie uzgodnienie z RDOŚ dla planów usunięcia alei. Przedstawiciele Kongresu Ruchów Miejskich byli też obecni na kolejnych posiedzeniach sejmowej Komisji Ochrony Środowiska – reprezentował ich Jan Mencwel ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Na jednym z posiedzeń był także obecny nasz ekspert z Instytutu Drzewa – dr inż. Piotr Tyszko-Chmielowiec.
Trafiliśmy na odpowiedni moment – w partii rządzącej panowało przekonanie, że projekt nowelizacji trzeba poprawić, dlatego zrezygnowano z jego czytania 7 marca. Dzięki temu zyskaliśmy czas, by posłowie mogli się dogłębniej zapoznać z naszymi propozycjami. Nowa wersja nowelizacji część z nich już zawierała. Trzeba podkreślić, że tamten projekt zawierał też inne pozytywne zmiany, np. konieczność prowadzenia przez organ jawnego rejestru zgłoszeń, czy uchylenie możliwości liberalizacji zasad wycinki przez gminy. Niestety, nie zdecydowano się na obniżenie obwodów drzew, które można wycinać bez konieczności uzyskania zezwolenia, a jawny rejestr zgłoszeń po którymś czytaniu został usunięty.
Red: Jakie problemy napotkaliście po drodze?
A.Z.: Okazało się, że w toku prac nad ustawą usunięto bądź zmieniono wiele przepisów, co według nas spowodowałoby, że prawo nie byłoby efektywne. Dodatkowo, wśród kilku przypadków, w których organ może wnieść sprzeciw wobec wycinki, nie znalazły się gminne formy ochrony przyrody, a jedynie te wyższego rzędu (jak park narodowy, rezerwat czy park krajobrazowy). Niosło to zagrożenie, że urząd nie będzie mógł zapobiec wycince drzew będących siedliskiem chronionych gatunków albo rosnących na terenie użytku ekologicznego. A możliwości ukarania sprawcy za złamanie zakazów w stosunku do form ochrony przyrody są niewielkie – stosowana jest głównie kara grzywny wynosząca do 500 zł i dodatkowo angażująca organ. Wydawało się więc, że kluczowa powinna być możliwość zapobieżenia takim wycinkom. Dlatego też napisaliśmy list do senatorów – najpierw z Komisji Środowiska, a później do wszystkich – z naszymi poprawkami do nowelizacji (poza kwestią rozszerzenia katalogu przypadków, w których organ może wnieść sprzeciw, o gminne formy ochrony przyrody, poruszyliśmy takie tematy, jak: wydłużenie czasu na przeprowadzenie oględzin z 14 do co najmniej 21 dni, przywrócenie zapisu o obowiązku prowadzenia jawnego rejestru zgłoszeń, przywrócenie zapisów dotyczących ochrony krzewów na działkach osób fizycznych, zmianę zasady mierzenia obwodów drzew z wysokości 130 cm na wysokość 5 cm i obowiązek uwzględnienia informacji o obwodzie drzewa w zgłoszeniu).
Red: Jak uważasz, jakie będą dalsze losy społecznej poprawki?
A.Z.: Senatorowie, niestety, nie pochylili się nad kwestią gminnych form ochrony przyrody. Wprawdzie senatorka PO, Jadwiga Rotnicka, wniosła taką poprawkę, ale senatorska większość ją odrzuciła.
Natomiast częściowo przyjęli w zapisach ustawy wysokość mierzenia obwodu drzewa na wysokości 5 cm zamiast 130 cm, a także wydłużenie czasu na dokonanie oględzin przez organ z 14 do 21 dni, co postulowaliśmy. Ku naszemu zaskoczeniu senator PiS Robert Mamątow zgłosił poprawkę dotyczącą… obniżenia obwodów drzew, które można usuwać bez zezwolenia (i zgłoszenia) prawie dokładnie w takim brzmieniu, jakie proponowaliśmy posłom w marcu. Bardzo nas ta zmiana ucieszyła, bo dzięki niej ocaleje przynajmniej część kilkudziesięcioletnich drzew, które za sprawą nowelizacji grudniowej można było bez żadnej kontroli wycinać.
Nowa wersja ustawy o ochronie przyrody powinna zacząć obowiązywać na początku czerwca.
Aleksandra Zienkiewicz –przewodnicząca wrocławskiego Stowarzyszenia Ochrony Drzew „miastoDrzew”, aktywistka ruchów wrocławskich ruchów miejskich.