Czy te słowa z Księgi Rodzaju rzeczywiście stanowią carte blanche na okrutny wyzysk i eksploatację natury, którą dopuszcza się człowiek?
Czy usprawiedliwiają agresywny antropocentryzm naszych wzorców etycznych, u podstaw którego znajduje się faktyczne ignorowanie tego, ze nie jesteśmy na naszej planecie sami?
Nie ulega wątpliwości, ze tradycja, u podstaw której znajdują się opowieści biblijne, przyznaje człowiekowi pozycję niekwestionowanego lidera. To odróżnia ja od wielu innych tradycji religijnych, w których człowiek jest raczej jednym z wielu elementów pewnej całości – i to bynajmniej nie elementem tę całość wieńczącym.
Przyjrzyjmy się choćby duchowości rdzennych mieszkańców Ameryki, syberyjskich szamanów, australijskich Aborygenów… Czy nie są one lepiej przystosowane do tego, aby stać się źródłem inspiracji dla współczesnego człowieka? Trudno mieć komukolwiek za złe, że właśnie do nich się odwołuje.
Po stronie słabszych
Zanim jednak spiszemy Biblię i wywodzące się z niej tradycje duchowe na straty, powinniśmy uświadomić sobie kilka rzeczy. Po pierwsze Biblia nie jest księgą ‘tych na górze’: władców, panujących, wywierających wpływy. Jej naturalnym środowiskiem jest margines: ci rządzeni, wyzyskiwani, bezsilni. Również wobec natury i jej przemocy.
Zarysowując przed kimś takim perspektywę ‘czynienia sobie ziemi poddaną’ biblijny autor przede wszystkim staje po stronie słabszego, dając mu nadzieje na to, ze nie będzie on pionkiem w grze przerastających go złowieszczych sił.
Problem zaczyna się wtedy, gdy zapominamy, że nasza pozycja uległa zmianie. Nie tylko nie jesteśmy bezsilni wobec natury, ale jesteśmy w stanie jej zaszkodzić – i czynimy to na każdym kroku! Co w tej sytuacji oznacza stanąć po stronie słabszego? Kto jest tym ‘słabszym’ w obecnym układzie? Czy np. w sytuacji, w której cale połacie naszej planety walczą z przeludnieniem można tak po prostu głosić, ze powinniśmy ja dalej ‘napełniać’?
Zrywanie z dychotomią
A ‘panowanie’? Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielki, niech będzie sługą waszym.
Nikt, kto rzeczywiście uważa się za chrześcijanina, nie może sobie pozwolić na abstrahowanie od tych słów, którymi Jezus reaguje w Ewangelii Marka na wyrażoną przed chwilą przez jego uczniów chęć panowania. Jezus nie zna innego panowania, innego ‘czynienia sobie ziemi poddana’, aniżeli przez służbę – servant leadership…
Przede wszystkim jednak problem tkwi w dualizmie, przez pryzmat którego postrzegamy świat. Po jednej stronie duch, po drugiej materia. Pośrodku zaś człowiek jako jedyny łącznik miedzy tymi dwoma elementami. Człowiek ze swoimi zobowiązaniami, z których ważniejsze są – oczywiście – te wobec ducha.
Powoduje to, że wielu chrześcijan reaguje lękiem na nowe formy duchowości, które znoszą ten dualizm. To właśnie dlatego tak łatwo napuścić przeciętnego ‘słuchacza Radia Maryja’ na ‘ekoterrorystow’, dla których ‘życie ludzkie jest mniej warte aniżeli przyroda’.
Istnieją jednak wizje, próbujące przekroczyć ten dualizm – jak np. unitariańska koncepcja, stworzona przez polskiego teologa, Karola Grycza-Śmiłowskiego (1885-1959). Duch i materia są w niej dwoma stronami jednego bytu. Bóg jest duchem wszechświata, a wszechświat niejako Jego ciałem. Grycz nazywał tę wizję enpanteizmem.
Współczesna teolog feministyczna, Sallie McFague (1933) również pisze o świecie jako o ‘ciele Boga’, o które powinniśmy się troszczyć. Ta myśl jest dla niej punktem wyjścia ‘ekoteologii’.
Poza utopię świeckości
Powstaje, rzecz jasna, pytanie, czy tego typu refleksja jest w ogóle istotna i potrzebna. Czy nie łatwiej jest po prostu powiedzieć, że żyjemy w państwie, w którym, przynajmniej na papierze, obowiązywać ma ‘rozdział Kościoła od państwa’, a więc powinniśmy się skoncentrować na rozwijaniu racjonalnych, pozareligijnych koncepcji politycznych i społecznych, pilnując tego, aby religia była ‘sprawą prywatną’ i ‘nie wtrącała się do polityki’?
Dla wielu jest to kusząca wizja. Rzecz jednak w tym, że… niewykonalna. Religia nigdy nie będzie wyłącznie ‘prywatną sprawą’ i zawsze będzie się ‘wtrącać’ – przynajmniej dopóty, dopóki sama siebie będzie traktować poważnie.
Można – i należy! – oczekiwać od wierzących, by swoje racje przedstawiali w ramach racjonalnego dyskursu, z szacunkiem dla innych i bez narzucenia im swoich przekonań, ale nie można od nich oczekiwać, by pozostawili te przekonania ‘w domu’. Tak rozumiana świeckość jest utopią – i to taką, która raczej przeraza, aniżeli napawa nadzieją.
Wiara, duchowość, przekonania religijne były zawsze i prawdopodobnie pozostaną ważnymi źródłami inspiracji w polityce i działalności społecznej. W tym również w tej zielonej i lewicowej.
Geneza holenderskiej Zielonej Lewicy może tu być świetnym przykładem. Spośród czterech partii, które stworzyły ją w 1990 r. dwie (Partia Polityczna Radykałów oraz Ewangeliczna Partia Ludowa) były partiami otwarcie przyznającymi się do inspiracji religijnej, zaś jednym z liderów trzeciej (Komunistycznej Partii Holandii), był pastor Ab Harrewijn, późniejszy wieloletni przewodniczący GroenLinks.
Jarosław Kubacki gościł w Warszawie na dyskusji o religii i (eko)polityce, zorganizowanej przez fundację Strefa Zieleni.
Zdj. NASA w domenie publicznej
Zwycięstwo reprezentanta partii ekopolitycznej w jednomandatowym okręgu wyborczym wciąż nie zdarza się często. Czemu w udało się to tym razem – i to w kanadyjskim Ontario?
Zieloni w Kanadzie w ostatnich latach rozpoczęli żmudny proces zdobywania swojej politycznej reprezentacji. Bardziej niż o szczebel federalny – na którym sztuka ta udała im się już w roku 2011 wyborem do parlamentu liderki Partii Zielonych Kanady, Elizabeth May – chodzi jednak o poziom poszczególnych prowincji i ich lokalnych ciał legislacyjnych.
Zaczęło się na zachodzie
Do tej pory sztuka ta udała się w trzech z nich. Szlaki przetarła Kolumbia Brytyjska, w której pierwszy deputowany wybrany został w roku 2013. Andrew Weaver został liderem formacji i postanowił wykorzystać swoją pozycję do poszerzenia zielonej reprezentacji. Sprzyjał mu w tym fakt, iż May wybrana została do parlamentu federalnego właśnie z tej prowincji.
Efekty robią wrażenie. W roku 2017 na zielonych kandydatów zagłosowało ponad 16,8% uczestniczących w wyborach. Mimo trudności, jakie małym i średnim partiom o względnie równomiernym terytorialnie rozkładzie poparcia sprawia ordynacja większościowa tym razem udało się zdobyć aż trzy mandaty na 87.
Dodajmy, że mandaty kluczowe. Rządząca przez lata prowincją centroprawicowa Partia Liberalna Kolumbii Brytyjskiej (nieafiliowana przy formacji obecnego premiera kraju, Justina Trudeau i w wielu wypadkach ideowo bliższa konserwatystom) utraciła samodzielną większość w lokalnym ciele ustawodawczym.
Na mocy porozumienia Zieloni poparli na stanowisko premiera kandydata socjaldemokratów z Nowej Partii Demokratycznej (NDP), nie wchodząc jednak w formalną koalicję i zachowując prawo do głosowania zgodnie z własnymi poglądami w kwestiach nieujętych we wspólnym dokumencie programowym.
Patrząc rządowi na ręce
Rozwiązanie to nie jest pozbawione wad, a współpraca – jak to zwykle bywa – problemów. Z drugiej jednak strony konieczność poszukiwania przez NDP porozumienia z Zielonymi już teraz wymusza na mniejszościowym rządzie socjaldemokratycznym np. bardziej twarde podejście wobec pomysłów rozbudowy ropociągu Kinder Morgan, transportującego ropę ze złóż bitumicznych w Albercie do portu nad Pacyfikiem.
Fakt, że dwie partie opowiadające się za przejściem z większościowego na proporcjonalny system wyborczy podjęły ze sobą współpracę już jesienią tego roku poskutkuje realizowanym drogą pocztową referendum, w którym mieszkanki i mieszkańcy Kolumbii Brytyjskiej odpowiedzą na pytanie, czy chcą takiej zmiany.
Jeśli większość opowie się za nią, wówczas przyszłe głosowania odbędą się w jednym z trzech, zaprezentowanych na karcie wariantów ordynacji, który uzyska największą ilość głosów.
Czas na drugie wybrzeże
Choć w pozostałych dwóch prowincjach Zieloni nie mają udziału we współrządzeniu, to jednak i tam trendy wydają się dla nich obiecujące.
W obu wypadkach – Nowego Brunszwiku (od 2014) oraz Wyspy Księcia Edwarda (od 2015, od 2017 z dwuosobową reprezentacją dzięki zwycięstwie w wyborach uzupełniających) – sporo pomogły debaty telewizyjne, do których zaproszono liderów lokalnych partii. W wypadku Kanady kwestia obecności reprezentacji Zielonych jest bardzo często obiektem sporych emocji, jako że nie ma tu jednolitych zasad ze strony konsorcjów medialnych.
Z jednej strony bronią się one argumentem, że nie mają oni reprezentacji na danym szczeblu bądź – nawet jeśli udało im się zdobyć pojedynczy mandat – nie mają charakteru oficjalnie uznanej formacji parlamentarnej. Ze strony partii pojawiają się głosy, że skoro otrzymują oni wsparcie ze środków publicznych to elektorat ma prawo wysłuchać ich argumentów i poddać je w razie potrzeby ocenie, kontroli czy krytyce.
Sprzyjające okoliczności
Argument ten padał przy okazji zakończonej niedawno kampanii w Ontario. Kampanii, w trakcie której lider Zielonych, Mike Schreiner, nie został zaproszony do debat telewizyjnych. Mimo tego – po raz pierwszy w historii prowincji – został wybrany do lokalnej legislatywy, i to z mocnym wynikiem 45% oddanych na niego głosów w okręgu.
Jakie są przyczyny tego sukcesu? Wymienić należałoby trzy.
Po pierwsze – rozkład lokalnej Partii Liberalnej. Mniej w nim zmęczenia premierostwem Justina Trudeau na szczeblu federalnym (w systemie federalnym głosy oddawane w części składowej danego państwa nie muszą odzwierciedlać dynamiki ogólnokrajowej w równie silnym stopniu co w krajach unitarnych), bardziej – 15 latami rządów Liberałów w prowincji.
Skala znużenia tymi rządami była w ostatnich tygodniach kampanii tak duża, że dotychczasowa premierka Ontario – Kathleen Wynne – otwartym tekstem powiedziała, że partia nie ma szans na kolejną kadencję. Mimo jej wysiłków nie udało jej się nawet utrzymać statusu oficjalnej formacji parlamentarnej i straciła 51 z 58 mandatów zdobytych w roku 2014 (status ten wymaga posiadania ósemki parlamentarzystów).
Po drugie – wiedza i szacunek wobec własnych, dotychczasowych i potencjalnych wyborców połączony z wyborem dobrego okręgu. Miasto Guelph, z którego wybrany został Schreiner, to ośrodek akademicki oraz wylęgarnia start-upów, upatrujących nierzadko swych szans biznesowych w ochronie środowiska. Lider Zielonych nie tylko w tym okręgu mieszkał, ale też mówił o bliskich mu sprawach i wartościach jego językiem.
Po trzecie – przekaz. Choć Zieloni w Ontario mają całościową wizję, to na potrzeby kampanii wyborczej zaprezentowano jej okrojoną wersję, w której znalazło się 9 priorytetów podzielonych na 3 rozdziały – praca, ludzie oraz planeta.
Wybór priorytetów
W pierwszej części programu przeczytamy zatem o wsparciu inwestycji w tworzenie miejsc pracy w zielonej energetyce, zwiększeniu finansowania termorenowacji przedsiębiorstw i gospodarstw domowym oraz o obniżeniu opodatkowania małych firm i organizacji pozarządowych, sfinansowanego z podwyżki stawki dla dużego biznesu.
Społeczne priorytety partii uwzględniały wymóg zagwarantowania przez deweloperów, że minimum 20% mieszkań w nowym inwestycjach będzie przystępna cenowo, zwiększenie dostępności świadczeń z zakresu zdrowia psychicznego oraz podjęcie pierwszego kroku we wprowadzaniu minimalnego dochodu gwarantowanego.
W programie pojawiły się również rzecz jasna kwestie ekologiczne, takie jak wzmocnienie ochrony prawnej środowiska (cennych gruntów rolnych, źródeł wody, terenów zielonych), wejście na ścieżkę przejścia w 100% na energetykę odnawialną oraz poprawa stanu transportu zbiorowego i przeznaczenie minimum 5% środków z budżetu transportowego na infrastrukturę pieszo-rowerową.
Tradycyjnie już pojawiły się również konkretne wskazania źródeł finansowania obietnic wyborczych oraz szacunki dotyczące ich wpływu na kondycję budżetową – praktyka, która nad Wisłą wciąż nie jest szczególnie popularna, a wśród środowisk progresywnych rodzi czasem obawy o to, że ogranicza polityczną wyobraźnię.
Wydaje się jednak, że deklarując swoje ambicje uczciwie wskazuje się na grupy, od których oczekiwać się będzie większej solidarności. Umożliwia to dużo bardziej merytoryczną (i zwyczajnie bardziej uczciwą) dyskusję na temat tego, czego oczekujemy od instytucji publicznych i jakie środki do realizacji ważnych dla nas celów jesteśmy w stanie przeznaczyć.
Granatowa fala
Zdobycie samodzielnej władzy w Ontario przez konserwatystów jest z ekopolitycznego punktu widzenia niewątpliwie czymś więcej niż tylko łyżką dziegciu w beczce miodu.
Formacja dowodzona przez Douga Forda również postawiła na prosty przekaz – tyle że skupiony na „powstrzymywaniu marnotrawienia pieniędzy podatników”. Retoryka lidera formacji, Douga Forda, nie jest antyimigrancka, dzięki czemu w przeciwieństwie do Republikanów w USA mogą oni liczyć na dużo większą życzliwość i głosy różnych mniejszości etnicznych. Skupia się ona jednak na przejściu do cięć i zaciskania pasa w usługach publicznych (innych niż infrastruktura) oraz obniżkach podatków.
Jednym z politycznych priorytetów Forda jest walka z działaniami na rzecz ograniczania emisji gazów cieplarnianych. Konserwatystom nie w smak udział prowincji w systemie handlu emisjami – poprzedni rząd Ontario powiązał go z analogicznymi inicjatywami Quebecu oraz Kalifornii. Nie chcą również zgodzić się na proponowane przez rząd federalny minimalne poziomy opłat za emisje dwutlenku węgla.
Wspomniany przykład pokazuje, że punktów spornych między nowym rządem a opozycją nie zabraknie. NDP będzie chciała umocnić swoją pozycję lidera progresywnej części sceny politycznej, Liberałowie z kolei dążyć będą do odbudowy swej pozycji. Dla Zielonych – którym udało się zdobyć mandat w okręgu reprezentowanym dotychczas właśnie przez Liberałów – będą to kolejne obok opozycji wobec posunięć ekipy Forda wyzwania.
Mają oni teraz 4 lata na pokazanie, że mają zamiar na trwałe pozostać w lokalnym parlamencie.
Zdj. Fragment okładki programu Partii Zielonych Ontario
Czy potrafimy sobie jeszcze wyobrazić międzynarodową wymianę handlową opartą na trosce o ludzi i przyrodę?
Unijni decydenci nie zasypują gruszek w popiele. Korzystając z ograniczonego zainteresowania Stanów Zjednoczonych nowymi porozumieniami handlowymi (czego dowodem rezygnacja z udziału w transpacyficznym bloku TPP czy walka o renegocjację północnoamerykańskiego układu NAFTA) rozważają porozumienia z innymi graczami na globalnym rynku.
Podczas gdy administracja Donalda Trumpa usiłuje doprowadzić Pekin do ustępstw, które zapobiegną globalnej wojnie handlowej, coraz głośniej mówi się o porozumieniach UE z Japonią, Australią czy Nową Zelandią. Mają one doprowadzić m.in. do liberalizacji wzajemnego dostępu do rynków zamówień publicznych oraz zacieśnić więzi w sektorze rolnictwa oraz usług.
W tył zwrot?
Jeszcze niedawno wydawało się, że trend ten może ulec zahamowaniu. Waszyngton – realizując wyborcze hasła Trumpa – porzucił dyskusje nad porozumieniem TTIP. Kontrowersyjna umowa z Kanadą – CETA – blokowana była przez parlament Walonii. Przez Europę przetaczały się protesty obywateli, zaniepokojonych potencjalnymi negatywnymi skutkami ekologicznymi i społecznymi.
Wydaje się jednak, że odpowiedzią aktualnie stojących za sterem w Brukseli na nawrót protekcjonizmu jest postawienie na wolny handel. W równaniach zysków i strat przeważają zapewnienia o wzroście gospodarczym. Dużo rzadziej pojawiają się za to wątki, związane chociażby z wynikłym ze wzrostu wymiany handlowej wzrostem emisji gazów cieplarnianych.
Jeśli jednak założyć, że międzynarodowa wymiana handlowa będzie nam potrzebna nawet w wypadku, gdy postawimy na większą lokalizację naszych gospodarek, skracanie łańcuchów dostaw czy lokalną, realizowaną w modelu gospodarki o obiegu zamkniętym produkcję przemysłową wspomaganą drukarkami trójwymiarowymi to potrzeba alternatywnego modelu globalnej wymiany handlowej pozostanie niezmiernie istotna.
Próba znalezienia złotego środka między nieskrępowanym, nieliczącym się z lokalnymi uwarunkowaniami wolnym handlem a marzeniem o gospodarczej autarkii pozostaje trudnym zadaniem. Na poszukiwania zdecydował się ruszyć europejski oddział międzynarodowej organizacji Friends of the Earth – ich efekty zaprezentowała ona w raporcie „Setting Course for Sustainable Trade. A New Trade Agenda that Serves People and the Environment”.
Skutki uboczne
FoEE porusza w nim kwestie, z powodu których pozostaje krytyczna wobec wielu działających obecnie porozumień. Przypomina o rosnącym udziale transportu dóbr w emisjach gazów cieplarnianych. Zauważa też, że traktaty ustanawiają pozostający poza demokratyczną kontrolą arbitraż, wykorzystywany do podważania przyjmowanych na szczeblu krajowym regulacji, dotyczących środowiska czy zdrowia publicznego.
Jako alternatywę podaje siedem filarów, na bazie których powinny zostać oparte reguły globalnego handlu przyjaznego ludziom i środowisku. Aktywiści nie zadowalają się tym, by były one wpisane w nowe porozumienia – domagają się ich wpisania w już istniejące traktaty bądź ich rozwiązanie i ponowne wcielenie w życie już z ważnymi dla nich postulatami.
Filary te realizować mają w praktyce zasady trwałego, zrównoważonego rozwoju, gwarantując jednocześnie prawo do demokratycznego ustanawiania wysokich standardów socjalnych i ekologicznych oraz dając narzędzia do ich promowania na globalną skalę.
Nowy kierunek
Jak miałoby to wyglądać w praktyce? W publikacji znajdziemy szereg pomysłów, takich jak wyłączenie z liberalizacji rynku towarów o wysokim śladzie węglowym, wprowadzenie podatku węglowego na tego typu importowane towary (z którego dochody przeznaczane byłyby na pomoc w ekologicznej transformacji Globalnego Południa), wygaszenie dotacji i subwencji dla sektora paliw kopalnych czy efektywne opodatkowanie transportu morskiego i lotniczego, odzwierciedlające jego wpływ na zmiany klimatu.
Istotną rolę powinny – poza rozwiązaniami fiskalnymi – odgrywać również kwestie prawne. Prawo do skarżenia koncernów niszczących środowisko i łamiących prawa człowieka, wpisywanie w traktaty handlowe zasady przezorności czy klauzuli o wyższości praw człowieka i porozumień klimatycznych nad zapisami traktatów handlowych – to wszystko działania, mieszczące się w tej kategorii.
Inną kluczową kwestią jest zapewnienie, by porozumienia handlowe nie uniemożliwiały realizowania działań na rzecz rozwijania lokalnej gospodarki i upowszechniania się wysokich standardów. Punktem odniesienia powinny być zatem zrównoważone zamówienia publiczne, a nie jedynie najniższa, oferowana cena. Ochrona prawa do kupowania lokalnych produktów i wspierania procesu zazieleniania gospodarki i rozwoju przemysłowego (np. za pomocą korzystnych taryf dla energetyki odnawialnej), nie zaś zostawienia wszystkiego „niewidzialnej ręce rynku”.
Wszystko to wymaga zdaniem aktywistów zrealizowania jeszcze jednego celu – zwiększenia transparentności traktatów handlowych, i to już na poziomie ich negocjacji. Swoje własne uwagi i poprawki powinien mieć prawo zgłaszać również Parlament Europejski. Same porozumienia powinny być poddawane regularnej ewaluacji (mogącej stać się powodem renegocjacji danego traktatu), a także być podpisywane na określony okres zamiast bezterminowo.
Bitwa o handel
Brzmi dość protekcjonistycznie? Niewykluczone. Porównajmy jednak te postulaty z działaniami aktualnego rządu Stanów Zjednoczonych by zauważyć, że nie mamy tu do czynienia z próbą przeforsowania zasady „najpierw Europa”. Spora część zysków z podtrzymania taryf czy np. opodatkowania transakcji finansowych wspierałaby lokalne gospodarki również poza kontynentem. W raporcie znajdziemy zresztą również propozycję obniżenia stawek na tropikalne owoce i warzywa hodowane z poszanowaniem zasad zrównoważonego rozwoju i godnej płacy.
Osoby odpowiedzialne za raport zadają ważne pytania. Czy celem globalnego handlu ma być zwiększanie obrotów czy może poprawa dobrostanu ludzi i planety? Wspieranie działań na rzecz walki ze zmianami klimatu – czy może ich podminowywanie? Promowanie otwartej dyskusji na temat jego kształtu – czy może uznawanie, że są to eksperckie decyzje, którym obywatelska partycypacja jedynie szkodzi?
Do niedawna wydawało się, że o tego typu wątpliwościach nie było sensu dyskutować – wszak raz przyjęte porozumienie zdawało się być wyryte w kamieniu. Przykład Donalda Trumpa dowodzi, że tak być nie musi. Ryzyko, że bez publicznej debaty i zgody na taką, a nie inną politykę handlową zostanie ona zmieniona w kolejnym cyklu wyborczym przestało być jedynie hipotetycznym scenariuszem.
Nie da się zaprzeczyć, że prosta zmiana polityki handlowej, pozbawiona całościowych działań na rzecz transformacji ekologicznej (od wspierania lokalnych gospodarek aż po wdrażanie nowoczesnych rozwiązań technologicznych) może skończyć się kłopotami gospodarczymi – z wojną handlową włącznie. Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy na ten temat dyskutować. Raport Friends of the Earth daje aktywistom argumenty w tej dyskusji.
Argumenty, które mogą się im przydać już wkrótce.
Zdj. Fragment okładki raportu „Setting Course for Sustainable Trade. A New Trade Agenda that Serves People and the Environment”
Wybory samorządowe zbliżają się wielkimi krokami. Przypominają nam o tym kandydaci, którzy ponoć nie prowadzą kampanii wyborczej oraz obietnice, które wprawiają w zdumienie.
Więcej mostów? Odgrzebanie starej, niezbyt praktycznej wizji metra? W roku 2014 wydawało się, że okres kuszenia wielkim, polskim laniem betonu mamy już za sobą. Kiełkujące wówczas ruchy miejskie rozkwitały dzięki coraz szerzej podzielanej myśli, że nadszedł już czas na postawienie przede wszystkim na inwestycje poprawiające jakość życia.
Start POPiSów
Pierwsze wystrzały w wielomiesięcznej batalii o Warszawę postronnych obserwatorów głównie zdumiewały. Patryk Jaki z osoby, delikatnie mówiąc, sceptycznej wobec osób nieheteronormatywnych zmienił się w piewcę in vitro oraz budowniczego otwartego, europejskiego miasta. Rafał Trzaskowski mierzyć się musi z niewdzięcznym zadaniem tłumaczenia, dlaczego będzie zmianą w stosunku do poprzedniej prezydent miasta, wywodzącej się z tej samej partii politycznej.
Byłoby nieuczciwe stwierdzić, że dwójka jak do tej pory dominujących debatę publiczną w Warszawie polityków nie miewa również dobrych pomysłów i zobowiązań. Miło patrzeć, jak deklarują oni choćby tańszą komunikację publiczną czy zwiększenie ilości miejskich żłobków. Z ich wypowiedzi trudno jednak na tym etapie… powiedzmy, że okresu przedwyborczego zauważyć jakąś spójną wizję tego, jak wyglądać powinno współczesne miasto.
Być może taką wizję poznamy za klika tygodni lub miesięcy. Być może zaprezentują ją przedstawiciele innych formacji, które z pewnością nie będą chciały ograniczenia tej debaty do starcia kandydatów dwóch największych partii.
Przed podobnymi wyzwaniami staną walczący o najwyższe urzędy również w innych miastach. To dobry czas by sprawdzić, czy potrafią korzystać z pozytywnych doświadczeń z innych zakątków świata.
Doświadczenia tworzenia wizji dobrego miasta coraz częściej opierają się nie tylko na eksperckich opracowaniach, ale również na bezpośrednich rozmowach z samymi zainteresowanymi – ich mieszkankami i mieszkańcami. Z tego założenia wychodziły chociażby budżety partycypacyjne, które w ostatnich latach w tej czy innej formie (i z różnym powodzeniem) rozprzestrzeniły się w polskich samorządach.
Głos mieszkańców
Z tego też założenia wyszedł brytyjski think tank Compass, który postanowił zaprosić osoby mieszkające w Londynie do dyskusji o tworzeniu lepszego miasta do życia. Choć to spora, tętniąca życiem metropolia to nie brakuje tu problemów – od zanieczyszczenia powietrza aż po wysokie koszty życia, wypychające z miasta osoby mniej zamożne.
Jak wielokrotnie pokazywaliśmy na łamach „Zielonych Wiadomości” brytyjska kultura intelektualno-polityczna, której owocami są ciekawe, nieszablonowe raporty organizacji pozarządowych czy całościowe manifesty partyjne ma się czym pochwalić. Compass postanowił jednak nie ograniczać się do dyskusji za zamkniętymi drzwiami i zadbać o różnorodność głosów w dyskusji o stolicy Zjednoczonego Królestwa.
Podsumowaniem tego projektu stała się publikacja „Good London. A vision for the city we want to live in”. Do jej opracowania wykorzystane zostały zróżnicowane narzędzia, takie jak panele czy interaktywne warsztaty.
Organizatorzy postanowili zadbać o to, by wśród uczestników byli zarówno „zwykli ludzie”, jak i przedstawiciele organizacji społecznych, artystki czy politycy z różnych opcji. Pozwoliło to na twórczy ferment i na opracowanie rekomendacji, które cieszyły się szerokim poparciem osób uczestniczących.
Jakie tematy leżały im na sercu? Ich zestaw nie powinien zaskakiwać. Mieszkający w Londynie chcą, by ich głos był słyszany nie tylko w okresie kampanii wyborczej. Uważają, że dostępność do sprawnie działającej, przystępnej cenowo komunikacji publicznej jest ważna dla jakości ich życia. Zależy im na tętniącej życiem sąsiedzkim i kulturalnym okolicy, w której nie brakuje mieszkań komunalnych. Uważają również, że miasto powinno promować godne warunki pracy i płacy.
Tematy te bardzo często się ze sobą zazębiają.
Troskliwa metropolia
Przykładem może być planowanie przestrzenne i polityka mieszkaniowa, która z perspektywy mogących chcieć dobrze decydentów zbyt często kojarzy się jedynie z budową jak największej ilości zestandaryzowanych mieszkań.
Podejście to na dłuższą metę grozi jednak nie tylko inwestycjami w nietrafionych miejscach (generujących korki lub wymagających poświęcenia terenów zielonych), ale też niezaspokojeniem potrzeb, na które miały odpowiadać.
Przykładem tego typu potrzeby jest tworzenie przestrzeni dostępnych dla osób z niepełnosprawnościami. Znoszenie barier architektonicznych na przystankach komunikacji miejskiej czy zagwarantowanie, by co najmniej 10% nowych mieszkań spełniało standardy dostępności ma być na nią odpowiedzią.
Inną ważną kwestią w Londynie jest zapewnienie większej stabilności i bezpieczeństwa na tamtejszym rynku mieszkaniowym.
Poza postulatem szerzej zakrojonych konsultacji społecznych wypracowane zostały również inne pomysły, takie jak pobudzanie przez miasto rozwoju różnego rodzaju spółdzielczych rozwiązań mieszkaniowych czy wynajmowanie mieszkań u prywatnych właścicieli przez specjalną, miejską agencję mieszkaniową, która następnie wynajmowałaby je indywidualnym najemcom, kontrolując wysokość czynszów, skalę ich wzrostów czy oferowany standard mieszkaniowy.
Co wolno, co można, co trzeba
Jest jasne, że samorząd o własnych siłach nie rozwiąże wszystkich problemów tego świata. W jednych dziedzinach może mieć on więcej kompetencji, dzięki czemu może np. zmniejszyć koszty życia mieszkających na obrzeżach Londynu, obniżając im ceny komunikacji zbiorowej.
W innych może głównie promować dobre standardy, mogące minimalizować negatywne skutki zjawisk takich jak „pracujący ubodzy” – w tym wypadku poprzez przyznawanie zamówień publicznych wyłącznie firmom, płacącym swoim pracownikom wyższą od płacy minimalnej „living wage”.
Ważne, by będąc świadomym swych ograniczeń był w stanie wykorzystać dostępne mu narzędzia to pobudzania pozytywnych trendów (jednym z postulatów z konsultacji Compassu było zbudowanie do roku 2025 zeroemisyjnej floty autobusowej i taksówkowej, a także zakaz wjazdu do Londynu samochodów z silnikiem diesla) oraz do ograniczania negatywnych skutków zjawisk, na które ma bardziej ograniczony wpływ.
Jak zresztą w innej publikacji, „Green Economy at a Community Scale”, przekonują jej autorzy – Tim Jackson i Peter A. Victor – mają one zdolność do tworzenia podwalin trwałego, zrównoważonego rozwoju najbliższej okolicy poprzez inwestowanie w ludzi i środowisko.
Lokalny Nowy Ład
W przeciwieństwie do raportu Compassu skupia się ona mniej na suflowaniu konkretnych rozwiązań (choć i tych w niej nie brakuje), co na strategicznym przeformułowaniu kierunków rozwoju lokalnych społeczności. Zmiana optyki władz lokalnych jest ich zdaniem niezbędna do odblokowania możliwości, związanych z budową lokalnej zielonej gospodarki – wymaga to jednak przedefiniowania mierników jej sukcesu.
Jako przykład alternatywy podają Kanadyjski Indeks Dobrostanu, w skład którego wchodzi aktywność lokalnej społeczności, demokratyczne zaangażowanie, stan systemu edukacyjnego, środowiska oraz zdrowia, jakość życia kulturalnego, standardów życia oraz ilość dostępnego nam wolnego czasu.
Patrząc się na tak szczegółowe zestawienie (a warto dodać, że na każdą z powyższych kategorii składa się po kilka wskaźników) widzimy, że jakości życia nie da się zamknąć w liczbach takich jak długość wyremontowanych dróg czy nowych miejsc pracy w okolicznej specjalnej strefie ekonomicznej.
Właśnie dlatego potrzebujemy całościowych wizji rozwoju lokalnych społeczności – i o takie wizje warto będzie w najbliższych miesiącach pytać walczących o fotele wójtów, burmistrzów czy prezydentów.
Wizja dobrych społeczności, zaprezentowana przez autorów raportu kanadyjskiej Metcalf Foundation, jest wyjątkowo szeroka. Olbrzymią rolę odgrywa wspieranie w niej oddolnej aktywności społecznej – od spółdzielni produkcyjnych, mieszkaniowych czy energetycznych, poprzez wspólnotowe zarządzanie dobrami społecznymi takimi jak woda, aż po tworzenie instytucji finansujących lokalne inwestycje czy wspierających pozostawanie pieniędzy w lokalnej gospodarce (waluty lokalne).
Czas przewartościowań
Warto zwrócić uwagę, że obok zredefiniowania wskaźników rozwoju mamy tu również do czynienia z umieszczeniem pozornie znanych nam terminów w nowych kontekstach.
Tak jest chociażby w wypadku przedsiębiorczości, która w wizji Jacksona i Victora w żadnym wypadku nie ogranicza się do własnej działalności gospodarczej i obejmuje zarówno inne formy własności (spółdzielnie), jak i alternatywne modele biznesowe (oferowanie usług związanych z energią zamiast jedynie jej dostarczania).
Podobnego przemyślenia wymaga ich zdaniem również nasza wizja pracy. Istotnym jej elementem ma być dążenie do ciągłego wzrostu efektywności, co ich zdaniem przynosi efekty w postaci przepracowania, stresu, chorób cywilizacyjnych czy mniejszej ilości czasu wolnego.
Zamiast kontynuować tego typu scenariusz powinniśmy zacząć eksperymentować chociażby ze skracaniem czasu pracy, co zresztą proponują w Polsce partie takie jak Razem (zbierające podpisy pod stosowną inicjatywą ustawodawczą) czy Zieloni. Warto rozważyć, czy podobne eksperymenty nie czas już przeprowadzić – nawet testowo – w podległych lokalnym samorządom instytucjach.
Nowe otwarcie nad Wisłą?
Ze wspomnianych publikacji wyciągnąć można jeden wniosek, istotny również w polskim kontekście – lokalne życie polityczne i ekonomiczne kręcić się powinno wokół dobrostanu lokalnych społeczności.
Szeroko pojęte środowiska progresywne, walcząc o sprawniejsze działanie instytucji publicznych powinny jednocześnie pamiętać, że proces ich wyrywania z rąk różnego rodzaju grup interesu może się nie powieść bez żywego, oddolnego zaangażowania obywatelskiego.
W obliczu wielokrotnie badanego i wyrażanego poczucia kryzysu aktywności społecznej w naszym kraju wniosek ten może nie napawać optymizmem. Z drugiej strony jednak, patrząc na ilość podpisów pod różnego rodzajami petycji, osób uczestniczących w ostatnich latach w demonstracjach czy w głosowaniach nad budżetami partycypacyjnymi być może patrzymy się na samych siebie nieco zbyt surowym okiem.
W tym też warto pokładać w tym roku nadzieję.
Zdj. Fragment okładki raportu „Green Economy at a Community Scale”
Unia Europejska musi dokonać bezprecedensowej dekarbonizacji swojego systemu energetycznego w celu zbudowania gotowej na wyzwania przyszłości gospodarki oraz dotrzymania swoich zobowiązań.
Zarówno wewnętrznych, zawartych w mapie drogowej Komisji Europejskiej dotyczącej energetyki niskowęglowej, jak i międzynarodowych, zapisanych w paryskim porozumieniu klimatycznym.
Redukcje emisji, do których zobowiązała się Unia Europejska, nie są możliwe do zrealizowania bez przyspieszonego wygaszania elektrowni węglowych. Jednocześnie dzięki wysokiej dynamice wzrostu oraz gwałtownie malejącym cenom rośnie znaczenie technologii energetyki odnawialnej. Zeroemisyjne działanie, rozproszone sieci energetyczne, korzyści dla ludzkiego zdrowia oraz istotny wkład w zachowywaniu ocieplania się planety w możliwych do zniesienia przez nas ramach powinny sprawić, że rezygnacja z węgla będzie czymś oczywistym. Nie jest to niestety taka prosta sprawa.
Dekarbonizacja europejskiego systemu energetycznego musi oznaczać harmonię między bardzo różnymi, nierzadko pozostającymi do tej pory w konflikcie aspektami politycznymi.
Kwestie środowiskowe jasno wskazują na potrzebę dynamicznego wygaszenia węgla, szczególnie zaś najbardziej intensywnego pod względem emisji węgla brunatnego.
Realia ekonomiczne siłą rzeczy ograniczają tempo tego procesu – lokalne i krajowe gospodarki muszą się dostosować do nowych okoliczności oraz być w stanie zintegrować nowe priorytety w celu trwałego, zrównoważonego rozwoju gospodarczego w zmienionym otoczeniu ekonomicznym i przemysłowym.
Coraz częściej – także przez sektor przemysłowy – dostrzegany jest fakt, iż ambitne działania związane z ochroną klimatu mogą oznaczać otwarcie się nowych szans dla wielu branż. Nawet jeśli transformacja europejskiego systemu energetycznego może być korzystna dla Unii jako całości, to jednak nadal stawia ona przed regionami opierającymi się na węglu szereg wyzwań strukturalnych, które muszą być brane pod uwagę – tak, by nie doprowadzić do ruiny lokalnych, a czasem nawet krajowych gospodarek.
Kluczowe w procesie projektowania procesu wycofywania się z węgla są również kwestie społeczne. Regiony, w których wydobywany i używany jest węgiel stoją przed ogromnymi wyzwaniami, związanymi z zapewnieniem odpowiedniej jakości życia zamieszkujących je osób, jako że oparty na tym surowcu przemysł jest tam wciąż istotnym źródłem miejsc pracy oraz dochodów.
Dekarbonizacja – powiedzmy to ponownie – będzie wedle wszelkich prognoz mieć pozytywny wpływ na zatrudnienie w UE jako całości. Jeśli jednak ma być czymś akceptowalnym i nie skończyć się konfliktami społecznymi, to szanse na powstałe w jego wyniku zatrudnienie muszą być dostępne również dla regionów węglowych.
Oparte na węglu regiony odgrywały kluczową rolę w historycznym rozwoju ekonomicznym i społecznym wielu europejskich krajów. W efekcie dysponują one dużymi wpływami politycznymi i społecznymi, utrudniającymi proces zmian strukturalnych. Stwierdzenie to jest szczególnie adekwatne w słabiej rozwiniętych gospodarczo krajach, już obecnie zmagających się z wyzwaniami ekonomicznymi czy strukturalnymi – tak jak w wypadku położonych na południu i zachodzie kontynentu państw członkowskich UE.
Regiony węglowe są dla tych krajów nie tylko istotnymi graczami politycznymi, ale również ważnymi aktywami, z których nie zamierzają łatwo zrezygnować.
Unia Europejska musi – w odpowiedzi na ten opór – znać odpowiedzi na wyzwania społeczno-ekonomiczne, związane z potencjalnym wpływem dekarbonizacji na państwa członkowskie, w szczególności zaś na dotknięte nią regiony. Proces ten musi zostać wsparty przez proaktywne działania na rzecz opracowania nowych wizji i perspektyw rozwoju, umożliwiających łagodzenie niezbędnej, mającej strukturalny charakter transformacji sektora wydobycia węgla w Europie.
Polityka strukturalna była w przeszłości wdrażania w formie reaktywnej – już po tym, jak doszło do zmian. Dotychczasowe odpowiedzi da się przyporządkować do dwóch grup – interwencji mających na celu ratowanie dotkniętych nimi przedsiębiorstw, np. poprzez zapewnienie hojnych subsydiów albo wsparcia dla robotników, przyjmującego m.in. formę zadośćuczynienia finansowego lub prawa do przedterminowej emerytury.
W świetle zasady “zanieczyszczający płaci” realizacja pierwszego scenariusza nie jest pożądana. Firmy górnicze mają ogromną odpowiedzialność nie tylko za rekultywację dotychczasowych obszarów wydobycia, ale również za pracujące w nich osoby. Finansowe wsparcie dla robotników powinno być traktowane z kolei jako ostatnia deska ratunku.
Choć tego typu działania mogą pomóc w zapobieżeniu najgorszym negatywnym skutkom społecznym to są one najczęściej bardzo kosztowne. Mogą one również nie odpowiadać na wyzwania strukturalne. Skupianie się na pojedynczych pracownikach niesie ze sobą również ryzyko niedostrzeżenia istotnego wpływu, jaki na rynek pracy ma zamykanie kopalń. Nawet jeśli pozbawieni pracy znajdą zatrudnienie w nowych zakładach, korzystając z hojnej oferty szkoleń i wsparcia, mogą oni zarazem zredukować szanse zawodowe własnych dzieci.
Trzecią, najbardziej naszym zdaniem adekwatną opcją jest przyjęcie profilaktycznego modelu polityki strukturalnej wobec doświadczających zmian regionów. Jego podstawową zasadą jest wdrażanie efektywnych systemów innowacji, rozwijanie alternatywnych, lepiej przygotowanych na wyzwania przyszłości przemysłów oraz inwestowanie w infrastrukturę rynku pracy, mobilność i szkolenia zawodowe.
Dekarbonizacja UE jest naszym wspólnym wyzwaniem, które będzie tworzyć nowych wygranych i przegranych.
Wydaje się jasne, że europejskie regiony, opierające się na węglu, znajdą się w tej drugiej grupie. Istnieją zatem co najmniej dwa ważne powody, dla których wycofywanie się z wydobycia oraz używania węgla powinno być wspierane na szczeblu unijnym. Po pierwsze, ponieważ zasada europejskiej solidarności wymagać będzie redukowania różnic między zwycięzcami a przegranymi dekarbonizacji. Po drugie, głęboka dekarbonizacja Unii zostanie osiągnięta jedynie wtedy, gdy zlikwidowane będą stojące przed nią przeszkody, widoczne szczególnie mocno w dotkniętych nią regionach węglowych.
Unia Europejska ma już do dyspozycji narzędzie, które jest szczególnie dobrze przygotowane do świadczenia niezbędnego wsparcia – unijną politykę spójności z jej Europejskimi Funduszami Strukturalnymi i Inwestycyjnymi (EFSI), w szczególności zaś Funduszem Spójności (FS), Europejskim Funduszem Społecznym (EFS) oraz Europejskim Funduszem Rozwoju Regionalnego (EFRR). Chociaż na szczeblu europejskim mogą być dostępne również inne narzędzia to już sama skala i zakres wspomnianych funduszy czyni z nich w tym raporcie narzędzia pierwszego wyboru.
Narzędzia realizacji polityki strukturalnej, jak również możliwości jej finansowania, mogą być dostępne również na poziomie krajowym. Warto jednak pamiętać, że wiele państw powiązało swoje działania w tym zakresie z polityką unijną, przez co mogą nie mieć aktualnie do dyspozycji opracowanych przez siebie i realizowanych w praktyce narzędzi polityki strukturalnej. Przykładem mogą tu być Niemcy. W celu zapewnienia jak największej efektywności działań ważną kwestią staje się realizowana w spójny sposób harmonizacja wspomnianych narzędzi na różnych szczeblach.
Wygaszenie węgla jest możliwe – przykład Limburgii
Na początku lat 60. XX wieku Limburgia – południowo-wschodni rejon Holandii – stała się pierwszym europejskim regionem, który z sukcesem wygasił swój sektor wydobycia węgla. Ten wczesny przykład udanej transformacji niesie ze sobą szereg lekcji dla niezbędnej, strukturalnej zmiany w regionach opartych na węglu – nawet jeśli i przy nim poczynić musimy pewne zastrzeżenia.
Na początku ówczesnego dziesięciolecia spodziewano się, że gaz – czystsze oraz bardziej od węgla elastyczne źródło energii – w głęboki sposób zmieni systemy energetyczne, podobnie jak dziś myślimy o energii ze źródeł odnawialnych. Limburgia była wówczas ważnym dla Holandii regionem górniczym, uznawanym za kluczowy dla narodowego bezpieczeństwa energetycznego. Po odkryciu gazu na północy kraju (rejon Groningen) holenderski minister do spraw gospodarczych, Den Uyl, przedstawił plan zamknięcia 11 czynnych w Limburgii kopalni na rzecz postawienia na nowy, oparty o gaz sektor.
Plan ten, co ciekawe, nie był tworzony na bazie krótkoterminowych założeń, lecz na wizji długofalowych prognoz dotyczących przyszłej sytuacji rynkowej oraz na powiązanych z nimi odpowiednich działaniach politycznych. Nie odniósłby on jednak sukcesu gdyby nie inne, istotne założenia przyjęte przy jego projektowaniu.
Proces wygaszania od samego początku miał mieć charakter kolektywny. Chociaż był on kierowany przez państwo to istotną rolę odegrała w nim również kadra zarządzająca kopalni, a także – co ważne – związki zawodowe. Nie zabrakło gwarancji, że stworzone zostaną możliwości zatrudnienia mające zrównoważyć wynikłą z zamknięcia kopalń utratę miejsc pracy.
Związki zawodowe wraz z ich zarządcami były w stanie uzyskać takie zapewnienie dzięki przyjęciu zasady “żadnych zamknięć bez nowego zatrudnienia”, która została uznana przez holenderski rząd za podstawę procesu realizowanych przez siebie zmian strukturalnych.
Procesowi pomogło również wspólne zrozumienie przez interesariuszy, że nowa technologia stanowi lepszą alternatywę dla węgla. Wydaje się, że dominował wówczas szeroki konsensus co do tego, że wczesne zamknięcia będą odpowiednim rozwiązaniem – przedsiębiorstwa będą wówczas nadal w stanie zagwarantować dobre warunki odejść, a czekanie na pogorszenie sytuacji gospodarczej skutkowałoby znacznie większym chaosem.
Trzeba też pamiętać, że proces transformacji był zarządzany ze szczególną uwagą przez okres 25 lat, mimo pewnych porażek oraz momentów niepewności, doświadczanych w latach 70. XX wieku. Efektem tego procesu było stworzenie regionu o zdywersyfikowanej strukturze gospodarczej oraz post- i neoprzemysłowego. Nie opiera się on już wyłącznie na przemyśle, ale coraz bardziej również na badaniach naukowych, usługach zdrowotnych, logistyce i innych usługach.
Holandia stoi obecnie przed potrzebą dokonania kolejnej transformacji oraz odejścia od węgla – zamknięcie kopalń nie było równoznaczne z jego wyeliminowaniem z sektora energetycznego, przez co nadal zaspokaja on niemal 13% zapotrzebowania energetycznego tego kraju. Międzynarodowe zobowiązania klimatyczne, silne regulacje środowiskowe na szczeblu krajowym oraz żywotne społeczeństwo obywatelskie tworzą presję na holenderski rząd, by ten ruszył z kolejną falą transformacji. Zainicjowany w latach 60. proces może mu dać szereg przydatnych lekcji.
Powyższy artykuł to wstęp do raportu „Wygaszanie węgla, odnowa europejskich regionów” (zdj.), przygotowanego przez Wuppertal Institut dla Grupy Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego w Parlamencie Europejskim. Pominięto przypisy. Tłum. Bartłomiej Kozek.
Grupa Zielonych/WSE przygotowała na jego bazie konferencję w Brukseli. Na stronie swojej kampanii klimatycznej opublikowała poświęcony temu tematowi wywiad ze współprzewodniczącą Grupy, Ska Keller, a w serwisie YouTube – materiał o sprawiedliwej transformacji energetycznej.
Alternatywna wobec obecnego sposobu funkcjonowania gospodarki musi znaleźć sposób na zapewnienie nam zarówno większego bezpieczeństwa, jak i wolności. Czy to możliwe? (więcej…)
Wkraczamy w etap bezprecedensowej globalnej współpracy miast. Pod wspólnymi sztandarami zbierają się burmistrzowie z najróżniejszych zakątków globu o zróżnicowanych poglądach politycznych. (więcej…)
Dlaczego bezwzględnie potrzebujemy Deklaracji Praw Chłopów ? Na jakim etapie procesu zmierzającego do jej uchwalenia jesteśmy? Jakie będą następne kroki?
Deklaracja ONZ ws. praw chłopów i innych ludzi pracujących na obszarach wiejskich – nota informacyjna, luty 2018
Drobni rolnicy są coraz częściej narażeni na przymusowe wysiedlenia, przemoc i prześladowania i niejednokrotnie stają ich ofiarami [1] ((Obywatelskie świadectwa można przeczytać w publikacji LVC „Peasants Fighting for Justice – Cases of Violations of Peasants’ Human Rights”)). Obowiązujące w Europie i na całym świecie instrumenty prawne nie są w stanie zapewnić ochrony chłopów i najemnych pracowników rolnych przed trwającą planową dyskryminacją i przemocą, na które szczególnie narażone są kobiety. Z tego powodu uznanie i ochrona ich praw jest niezwykle pilną kwestią. Taki jest właśnie dokładnie cel procesu zmierzającego do uchwalenia Deklaracji praw chłopów i innych ludzi pracujących na obszarach wiejskich: stworzenie międzynarodowego instrumentu prawnego w obszarze praw człowieka dotyczącego praw chłopów i innych ludzi zajmujących się produkcją żywności na drobną skalę, zwrócenie uwagi opinii publicznej na zagrożenia i dyskryminację doświadczane przez te grupy, promocja i poprawa ochrony ich praw. Deklaracja została pierwotnie zainicjowana ponad 16 lat temu przez międzynarodowy ruch chłopski La Via Campesina (LVC) i wsparta przez międzynarodowe organizacje takie jak FIAN International (Food First Information and Action Network) i CETIM (Europe Third Centre), i inne ruchy społeczne.
1. Dlaczego Deklaracja jest ważna dla Europy?
Europa jest regionem świata, gdzie rolnictwo stało się szczególnie uprzemysłowione. Jednak we wszystkich krajach – w Unii Europejskiej i poza nią – to chłopi, drobni producenci i inni ludzie pracujący na terenach wiejskich odgrywają kluczową rolę w zapewnieniu bezpieczeństwa żywnościowego i suwerenności żywnościowej lokalnych społeczności i całej populacji. Chłopski model produkcji stanowi podstawę wytwarzania wysokiej jakości żywności, tworzy większość miejsc pracy na wsi i w sposób zrównoważony gospodaruje zasobami. Niestety na skutek ekspansji ogromnych kompleksów rolniczych, dochodów niewystarczających na utrzymanie, zawłaszczania ziemi i braku wsparcia ze strony władz publicznych, gospodarstwa gwałtownie znikają.
Europa jest także szczególnie dotknięta kryzysem związanym z napływem uchodźców. Ludzie, którzy zmuszeni są opuścić swoje ziemie z powodu zmiany klimatu i konfliktów zbrojnych, w potwornych warunkach podróżują do krajów europejskich, gdzie spotykają się z niechętnym przyjęciem. Nie ulega wątpliwości, że zapewnienie producentom, zarówno na Globalnym Południu, jak i na Północy, dostępu do środków produkcji i lokalnych rynków, umożliwiłoby im utrzymanie się z pracy na własnej ziemi, i w konsekwencji pomogłoby zmniejszyć te masowe migracje, które mogą spowodować destabilizację całych regionów. Aby przywrócić wiarę zdesperowanym chłopom i zapewnić ochronę wszystkim ludziom pracującym na terenach wiejskich, istnieje pilna potrzeba uchwalenia Deklaracji będącej zbiorem wszystkich przynależnych im praw. Poparcie tej inicjatywy przez kraje europejskie miałoby duże, pozytywne znaczenie.
Deklaracja jest szczególnie ważna dla krajów Europy Wschodniej, która jest domem dla większości europejskich chłopów. Wziąwszy pod uwagę zaawansowany stan negocjacji, włączenie się w ten proces krajów wschodnioeuropejskich ma kluczowe znaczenie. Dziesiątki milionów rolników potrzebują reprezentacji ich praw i konstruktywnego poparcia dla przyjęcia i wcielenia w życie Deklaracji przez rządy państw, w których mieszkają.
Bardzo ważne jest, żeby państwa potwierdziły swoje zobowiązanie do przestrzegania i promocji praw człowieka, w przeciwnym razie rządy i suwerenność, która stanowi ich podstawę, zostaną poważnie osłabione przez korporacje, instytucje finansowe i inne interesy prywatne.
2. Proces instytucjonalny
Proces zmierzający do przyjęcia Deklaracji dobiega końca i ta ostatnia faza wymaga konstruktywnej partycypacji i zdecydowanego zaangażowania ze strony wszystkich rządów.
• Krótka historia
Rada Praw Człowieka ONZ ( OHCHR) po raz pierwszy zajęła się kwestią praw chłopów w 2008 roku. We wrześniu 2012 roku powstała Otwarta Międzyrządowa Grupa Robocza (OEIWG) upoważniona do „negocjacji, sfinalizowania i przedstawienia Radzie Praw Człowieka projektu deklaracji w sprawie praw chłopów i innych ludzi pracujących na obszarach wiejskich” [2]. Od tego czasu odbyły się cztery sesje negocjacji: w roku 2013 (1. sesja), 2015 (2. sesja), 2016 (3.sesja) i 2017 (4. sesja).
• Poparcie rządów dla tego procesu
Podczas 36. zwyczajnej sesji Rady Praw Człowieka we wrześniu 2017 roku, państwa członkowskie zdecydowały się kontynuować negocjacje w sprawie Deklaracji organizując 5. sesję OEIWG na wiosnę 2018 roku. Decyzja ta została przyjęta poprzez rezolucję [3] – 34 państwa, w tym Portugalia i Szwajcaria głosowały za jej przyjęciem; 11, w tym kilka państw członkowskich UE, wstrzymało się od głosu; a tylko dwa, Wielka Brytania i USA, były przeciwko.
• Co będzie się działo dalej?
5. sesja OEIWG odbędzie od 9 do 13 kwietnia 2018 roku w Genewie. Oczekuje się, że negocjacje, którym przewodniczy i które koordynuje Ambasador Boliwii jako Przewodniczący-Sprawozdawca, zakończą się w 2018 roku przedłożeniem ostatecznego tekstu Deklaracji państwom członkowskim ONZ
Głosowanie w sprawie przyjęcia Deklaracji prawdopodobnie odbędzie się podczas 38. zwyczajnej sesji Rady Praw Praw Człowieka (18 czerwca – 6 lipca 2018 roku) lub podczas sesji 39. (10-28 września 2018 roku).
Ostatnim krokiem będzie przyjęcie Deklaracji przez Zgromadzenie Ogólne ONZ, które odbywa się każdego roku we wrześniu w Nowym Jorku.
Wziąwszy pod uwagę cele i zasady zapisane Karcie Narodów Zjednoczonych, oczekuje się, że wszystkie rządy wezmą udział we wszystkich stadiach procesu zmierzającego do uchwalenia Deklaracji, w Genewie, a następnie w Nowym Jorku.
3. Chłopi i inni ludzie pracujący na terenach wiejskich są ofiarami systematycznej dyskryminacji
Organy traktatowe Narodów Zjednoczonych monitorujące wdrażanie najważniejszych traktatów dotyczących praw człowieka, IESCR, ICCPR, CEDAW and CERD, stosując procedury specjalne Rady Praw Człowieka, zgromadziły liczne dowody na powszechne i systematyczne łamanie praw chłopów i innych ludzi pracujących na wsi. Ekspertyza Komitetu Doradczego [4] również określa podstawowe wzorce aktów pogwałcenia praw człowieka w odniesieniu do chłopów i innych osób pracujących na wsi i ich systematycznej dyskryminacji:
• Nierówny dostęp do gruntów, zasobów genetycznych oraz innych zasobów naturalnych, i kontroli nad nimi.
• Ograniczony dostęp do rynków i środków produkcji, które mogłyby zapewnić godne życie.
• Polityki rolne faworyzujące niewielką elitę rolników i rolnictwo przemysłowe.
4. Podstawowe prawa
Uznanie podstawowych praw chłopów jest koniecznym warunkiem realizacji przedmiotu i celu Deklaracji.
Prawo do ziemi dotyczy dostępu do gruntów, ich użytkowania i zarządzania nimi, co jest niezbędne dla realizacji prawa do odpowiedniego standardu życia, ochrony zdrowia i uczestnictwa w życiu kulturalnym, jak również prawa do bycia wolnym od przymusowych wysiedleń, skażenia środowiska i niszczenia zbiorników wodnych i łowisk. Zawiera wolności i uprawnienia kluczowe dla wypełnienia praw ludności wiejskiej.
Prawo do nasion i bioróżnorodności obejmuje prawa do używania, uprawy, ponownego użycia, selekcji, wymiany, transportu, bezpłatnego rozdawania i sprzedaży nasion. Poprzez selekcję swoich nasion rolnicy stworzyli bardziej odporne i zrównoważone systemy upraw, zdolne do zapewnienia pożywienia innym ludziom pomimo zmiany klimatu. Z tego powodu chcemy, aby państwa promowały i wspierały chłopskie banki nasion i ich ochronę na miejscu, zabroniły upraw GMO i ograniczyły użycie nasion przemysłowych, a także wypełniały swoje zobowiązania eksterytorialne, szczególnie w zakresie regulacji działalności podmiotów niepaństwowych takich jak przedsiębiorstwa transnarodowe. Przepisy te powinny również stosować się do hodowli zwierząt.
Przez prawo do suwerenności żywnościowej rozumiemy prawo do modelu rozwoju, w którym chłopi nie tylko mają możliwość wyboru, ale również tworzenia swoich własnych środków produkcji, sposobów przetwarzania, dystrybucji i konsumpcji, w sposób biorący pod uwagę warunki socjalne i warunki pracy w systemach rolniczych i żywnościowych, i prowadzący do ich poprawy. W takim modelu rozwoju chłopi i chłopki mają prawo do zarządzania dobrami wspólnymi i do uczestniczenia w polityce publicznej w celu wypracowania lepszych regulacji prawnych dotyczących systemów rolniczych i żywnościowych. Nawet tutaj w Europie decydenci nie zawsze słuchają głosu organizacji chłopskich. Tak więc domagamy się prawa do dostępu do sprawiedliwości i żądamy zaprzestania represji i kryminalizacji chłopskich organizacji i związków zawodowych.
Prawo do godziwych dochodów i środków utrzymania zasadniczo oznacza prawo do godnych warunków życia. Państwa byłyby zobowiązane do regulacji rynków, zakazania dumpingu i monopoli, zagwarantowania sprawiedliwych i opłacalnych cen za produkty rolne, ochrony dostępu do rynku, sprzedaży bezpośredniej i tradycyjnych środków produkcji, wymiany i przetwarzania produktów chłopskich oraz zróżnicowanych i dostosowanych do lokalnych warunków przepisów. Domagamy się prawa do ustalania cen i wyboru rynków.
Prawa zbiorowe odnoszą się do sposobów funkcjonowania społeczności wiejskich, szczególnie w odniesieniu do użycia i dostępu do zasobów oraz zarządzania nimi, ponieważ większość z nich jest zdefiniowana społecznie i zorganizowana kolektywnie. Uczestnicy ostatniej sesji mówili o tym, że podejście oparte wyłącznie na prawach indywidualnych mogłoby tak naprawdę mieć ujemny wpływ na społeczności i przyczynić się do wzmocnienia praktyk antydemokratycznych wewnątrz nich, co byłoby sprzeczne z przedmiotem i celem samej Deklaracji.
2 miliardy chłopów i innych ludzi mieszkających na terenach wiejskich domagają się respektowania ich praw, by dalej być w stanie żywić swoje rodziny i społeczności. Deklaracja praw chłopów i innych ludzi mieszkających na obszarach wiejskich stanowiłaby jasny sygnał uznania fundamentalnej roli drobnych producentów żywności. Otworzyłoby to przed nimi realne perspektywy na godne warunki pracy i życia. Świat potrzebuje tej Deklaracji, aby wzmocnić zrównoważone systemy żywnościowe na całej planecie i uczynić Ziemię bardziej bezpiecznym miejscem.
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
źródło: European Coordination Via Campesina
Tłumaczenie zostało pierwotnie opublikowane na stronie Nyeleni Polska
Przypisy:
[1] Obywatelskie świadectwa można przeczytać w publikacji LVC „Peasants Fighting for Justice – Cases of Violations of Peasants’ Human Rights”
[2] Rezolucja Rady Praw Człowieka A/HRC/RES/21/19, str. 2, pkt 1: http://daccess-ods.un.org/access.nsf/Get?Open&DS=A/HRC/RES/21/19&Lang=E
[2] Rezolucja Rady Praw Człowieka A/HRC/36/L.29 z 29 września 2017 roku, str. 2, pkt 1, 2: http://ap.ohchr.org/documents/dpage_e.aspx?si=A/HRC/36/L.29
[4] Końcowy raport Komitetu Doradczego Rady Praw Człowieka (ws. praw chłopów i innych ludzi mieszkających na wsi), UN doc. A/HRC/19/75, 24 lutego 2012 r., §43-62
Ogłoszony został wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie C-441/17, dotyczącej Puszczy Białowieskiej.
(więcej…)
Miasta od zawsze były centrami aktywności ekonomicznej. W wyniku globalizacji dochodzi jednak do fundamentalnej zmiany tego, w jaki sposób zarabia się w nich pieniądze. (więcej…)
Jednym z marzeń niejednej osoby o szeroko pojętych progresywnych poglądach jest to, że wystarczy chłodno przedstawić fakty, by przekonać do swoich racji. Prawicowi populiści lubią to. (więcej…)
Polityka lokalna wykraczająca poza granice miasta. (więcej…)