Lodowiec Denmana utrzymuje tyle lodu, co połowa Antarktydy Zachodniej, a jego całkowite stopienie spowodowałoby wzrost poziomu oceanów o 1,5 m. Do niedawna naukowcy uważali, że Antarktyda Wschodnia jest dużo bardziej odporna na ocieplenie klimatu i taki scenariusz w najbliższej przyszłości nam nie grozi. Nowe światło na tę sprawę rzucają jednak wspierane przez NASA badania w ramach projektu BedMachine Antarctika.
Pokrywa lodowa Antarktydy to największa pojedyncza masa lodu na planecie. O ile powierzchnia kontynentu została zbadana całkiem dobrze, to co leży pod lodem pozostawało w dużej mierze tajemnicą. Celem projektu było sporządzenie dokładnych map topograficznych terenu. Początkowo wielką sensację wzbudziło odkrycie najgłębszego kanionu lądowego na świecie, który ma głębokość 3500 m poniżej poziomu morza i znajduje się pod lodowcem Denmana. Potem przyszedł czas na bardziej kompleksowe analizy.

Uzyskanymi wynikami zainteresowała się społeczność naukowców zajmujący się kriosferą. Okazało się, że analiza topograficzna terenu pozwala dostrzec potencjalną niestabilność pokrywy lodowej na tym obszarze. Wschodnia część lodowca chroniona jest przez 10 km grzbiet, który znajduje się pod pokrywą lodową. Na zachodzie odkryto jednak głębokie wyżłobienie, które ma długość około 4 km i ciągnie się w głąb lodowca. Takie ukształtowanie terenu sprawia, że ciepła woda morska będzie przenikać pod lód, tworząc niestabilną pokrywę lodową.
Wedle tego scenariusza wtargnięcie ciepłej wody morskiej spowoduje szybkie i nieodwracalne cofnięcie się lodowca oraz w dłuższej perspektywie do globalnego podniesienia poziomu oceanów. Zagrożony fragment topi się aktualnie od dołu w tempie 3 m rocznie. Dla porównania szybkość topnienia szelfów lodowych Arktyki Wschodniej wynosił w latach 2003-2008 0,7 m rocznie. Według badań przeprowadzonych przez naukowców z Jet Propulsion Laboratory i University of California w Irvine, lodowiec Denmana cofnął się w latach 1996-2018 o 5,4 km.
Więcej informacji: NASA
oprac. Marcin Wrzos
Rezolucja Europejskiej Partii Zielonych przyjęta na 30. Radzie EPZ w Tampere w dniach 8–10 listopada 2019 roku.
Międzynarodowa Kampania na rzecz Zniesienia Broni Jądrowej (ICAN) współpracuje z partnerami w celu uzyskania poparcia dla Traktatu ONZ o zakazie broni jądrowej (TPNW). Aby wesprzeć wieloletnie starania o poparcie dla Traktatu, wzywamy Europejską Partię Zielonych do zwiększenia presji na rządy w celu podpisania i ratyfikowania TPNW oraz do prowadzenia lokalnych kampanii, skierowanych do samorządów lokalnych i regionalnych w celu dostosowania ich do Traktatu.
Do czasu wynegocjowania Traktatu broń nuklearna była jedyną bronią masowego rażenia nieobjętą kompleksowym zakazem, pomimo katastrofalnych, powszechnych i trwałych skutków jej użycia dla ludności i środowiska. W konferencjach negocjacyjnych brały udział państwa członkowskie ONZ nieposiadające broni jądrowej, naukowcy i eksperci medyczni, osoby, które bezpośrednio ucierpiały z powodu użycia broni lub testów jądrowych oraz organizacje społeczeństwa obywatelskiego akredytowane przy ONZ.
Kiedy Traktat wejdzie w życie, będzie wiążący dla jego sygnatariuszy
Traktat zabrania:
- opracowywania, testowania, produkcji, wytwarzania, przekazywania, posiadania, magazynowania, używania lub grożenia użyciem broni jądrowej;
- zezwalania na przechowywanie broni jądrowej na terytorium sygnatariuszy;
- pomagania, zachęcania lub nakłaniania do angażowania się w powyższe działania.
Traktatowe zobowiązania obejmują:
- udzielanie pomocy wszystkim ofiarom użycia i testowania broni jądrowej;
- podejmowanie działań poprawiających stan skażonego środowiska.
Jest to również pierwszy traktat o broni jądrowej uznający jej nieproporcjonalny wpływ na kobiety, dziewczęta i ludność rdzenną.
Państwa posiadające broń jądrową będą mogły przystąpić do Traktatu, jeżeli zgodzą się ją zniszczyć zgodnie z wiążącym je prawnie, określonym czasowo planem.
Państwa, które nie podpisały Traktatu, jak również społeczeństwo obywatelskie, wraz z odpowiednimi instytucjami systemu Narodów Zjednoczonych oraz organizacjami pozarządowymi, zostaną zaproszone do uczestnictwa w spotkaniach państw-stron i konferencjach kontrolnych w charakterze obserwatorów.
Traktat wejdzie w życie po podpisaniu i ratyfikacji przez 50 krajów. Obecnie traktat ma 79 sygnatariuszy i 33 państwa-strony.
W tym momencie państwa posiadające broń jądrową (4,6% państw członkowskich ONZ) i państwa popierające ich stanowisko (15,2%), nie chcą współpracować z TPNW. Obecnie spośród wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej jedynie Austria podpisała i ratyfikowała TPNW, natomiast Irlandia podpisała traktat, ale jeszcze go nie ratyfikowała. Wszystkie pozostałe państwa członkowskie UE nawet nie podpisały Traktatu.
Zgodnie z naszym długotrwałym poparciem dla Traktatu ONZ o zakazie broni jądrowej z 2017 r. (TPNW), wyrażanym przez Globalnych Zielonych od 2016 r., jeszcze przed jego przyjęciem, Europejscy Zieloni deklarują współpracę, aby zachęcić wszystkie rządy do podpisania i ratyfikacji traktatu. W tych krajach, które prowadzą własną politykę jądrową, będziemy szczególnie starać się zobowiązać rządy do uczestnictwa w charakterze obserwatora w pierwszym spotkaniu sygnatariuszy TPNW, które nastąpi po wejściu w życie traktatu.
Wspólna kampania europejska może dostarczyć twardych dowodów na to, że rządy nie mają deklarowanego przez siebie mandatu w zakresie polityki jądrowej. Współpraca transnarodowa jest potwierdzeniem faktu, że skutków broni jądrowej nie mogą ograniczyć granice państwowe.
Urzędnicy w państwach, które nie są zwolennikami TPNW, często nie zdają sobie sprawy z art. 8.5, który umożliwia zaproszenie podmiotów niepaństwowych do uczestnictwa w charakterze obserwatorów, nie narażając stanowiska państw sprzeciwiających się traktatowi. Takie uczestnictwo mogłoby ułatwić tym podmiotom zrozumienie negocjacji i przynajmniej zapewnić wysłuchanie ich stanowiska przez państwa-strony traktatu.
Dlatego Europejska Partia Zielonych domaga się:
1. Współpracy partii członkowskich z osobami, grupami i organami ustawodawczymi w celu formalnego dostosowania krajów do wymagań TPNW oraz, w stosownych przypadkach, odstąpienia przez władze lokalne od inwestycji wspierających producentów broni jądrowej. Podpisania przez parlamentarzystów zobowiązania poparcia traktatu w ramach kampanii ICAN.
2. Poparcia TPNW przez władze na wszystkich szczeblach lokalnych i regionalnych w ramach kampanii ICAN Cities Appeal oraz nacisku władz regionalnych na władzę federalną lub centralną w celu podpisania i ratyfikacji TPNW.
3. Zobowiązania krajów, które deklarują brak woli podpisania TPNW, do uczestnictwa w charakterze obserwatorów, kiedy traktat wejdzie w życie.
4. Wysłania przez Parlament Europejski delegacji na kolejną konferencję TPNW w maju 2020 r.
W walce z groźnym wirusem, duża część gospodarki oraz innych funkcji publicznych przeszła na status online. Z dnia na dzień nakazem Ministerstwa Edukacji Narodowej na ten tryb przeszły w Polsce wszystkie szkoły. Minister Dariusz Piontkowski zapewnia nas o sukcesie operacji.
Jak w rzeczywistości wygląda organizacja nauki w trybie zdalnym w polskich systemie edukacji? Zweryfikujmy uspokajające zapewnienia ministra Edukacji Narodowej Dariusza Piontkowskiego o sprawnie działających systemach we wszystkich szkołach i braku zagrożenia dla spadku poziomu nauczania.
Wydaje się, że teza MEN, iż 90% szkół pracuje zdalnie nie jest prawdziwa. Nie wiadomo, na jakich danych opierał się minister przekazując te optymistyczne wizje, szczególnie, że do 20 marca MEN zbierało informacje na temat posiadanego przez szkoły sprzętu. Przeprowadzone ze szkołami i uczniami rozmowy wskazują, że proporcja może być odwrotna tj. ok. 10% szkól pracuje zdalnie. Najprawdopodobniej minister miał na myśli przesyłanie do uczniów w systemie Librus informacji, czego uczniowie mają się nauczyć, ale to przecież nie oznacza nauczania zdalnego. Przesłanie do uczniów i rodziców materiału, jaki uczeń ma samodzielnie w domu opanować, to nic innego jak przenoszenie odpowiedzialności za edukację poza szkołę.
Niewydolność systemu
Temat nadmiernego obciążenia rodziców i dzieci nauką opisywała już Gazeta Wyborcza: rodzice i dzieci dwoją się i troją, aby te wygórowane wymagania spełnić. Warto przypomnieć, że podstawy programowe w polskich szkołach są tak obszerne, iż nawet najlepszy nauczyciel ma trudności z ich realizacją podczas zajęć szkolnych. Znana jest statystyka, mówiąca, że najlepsi nauczyciele są w stanie wdrożyć 80%, a nauczyciele o mniejszej sprawności tylko 60% programu. Pozostałe 20 – 40% musi nadrabiać uczeń w domu z pomocą rodziców i korepetytorów. I tu rzeczywiście mamy 90%, bo właśnie taki odsetek uczniów korzysta z pomocy zewnętrznej nie mogąc poradzić sobie z materiałem. A rynek korepetytorów w odróżnieniu do szkól poradził sobie z nauczaniem zdalnym wyśmienicie; nieomal wszyscy korepetytorzy przeszli natychmiast na tryb online.
Nierozwiązanym a bardzo ważnym wyzwaniem pozostaje weryfikacja nabytej samodzielnie w domu wiedzy. Czy szkoły mają pomysł jak to robić? No i czy zaplanowany na początek maja egzamin maturalny ma szansę realizacji?
Oczywiście polskie szkoły starają się jak tylko mogą wspierać uczniów w tej trudnej sytuacji. Nauczyciele i uczniowie robią co mogą, aby kontynuować naukę, jednakże brak jest systemów wspierających i pomysłów na przekazywanie wiedzy. Modyfikacja programów nauczania i dostosowanie ich do zupełnie nowych warunków nauczania wymaga dużego zaangażowania i odpowiedniego przygotowania ze strony dyrektorów i nauczycieli, nie da się tego jednak zrobić „w dwa dni”.
Reasumując, Ministerstwo zrzuca całą odpowiedzialność za postępy uczniów i podstawę programową na dyrektorów szkół, nauczycieli, uczniów i rodziców, informując społeczeństwo, że wszystko jest pod pełną kontrolą, stawiając szkoły przed sprzecznymi wyzwaniami, jakimi są realizacja pełnej podstawy programowej, dostosowanie systemu oceniania do nowych warunków i dbanie, aby uczniowie nie spędzali zbyt wielu godzin przed komputerem.
Co nie zadziałało
Kolejnym wprowadzeniem w błąd opinii publicznej jest informacja ministra MEN o tym, że uczniowie i nauczyciele posiadają niezbędną infrastrukturę (komputery, szybie i bezpieczne łącze internetowe) do zdalnej edukacji oraz, że w przypadku ich braku dyrektor i samorząd mają środki i możliwości doposażenia uczniów i nauczycieli w sprzęt. Prawda jest taka, że dopiero teraz MEN prowadzi badanie dostępności sprzętu: do 20 marca dyrektorzy na polecenie ministra badali tą dostępność, mając na to dwa dni. A przecież chodzi o analizę o potencjalnie poważnych skutkach finansowych zarówno dla szkól jak i samorządów.
Ponadto ani nauczyciele, ani uczniowie nie są przeszkoleni i przygotowani do wykorzystywania narzędzi zdalnego nauczania w takiej skali. W wielu rodzinach posiadających dwójkę i więcej dzieci jest tylko jeden komputer, a nie można wykluczyć sytuacji braku komputera albo awarii. Wielu uczniów nie posiada w domu nie tylko infrastruktury koniecznej do korzystania ze zdalnego nauczania, ale również nie ma własnej przestrzeni, która pozwalałaby spokojnie uczyć się on-line.
W tej trudnej sytuacji szkoły nie mogą liczyć na pomoc kuratoriów, których rola sprowadza się funkcji kontrolnych; kuratorzy próbują na wszelkie sposoby ankietować, kontrolować szkoły oraz zastraszać dyrektorów i aby wykazać, że system funkcjonuje poprawnie.
W analizie pomijam sposób funkcjonowania szkól branżowych i techników, w których szkolenie praktyczne jest kluczowym elementem procesu kształcenia. W przypadku średnich szkół technicznych zalecenia są podobne; uczyć przedmiotów praktycznych również metodami zdalnymi. Tyle, że jest to zadanie wyjątkowo trudne. Podobnie wyższe uczelnie techniczne mają przed sobą nie lada wyzwanie, ale Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego pomija sprawę milczeniem.
Trudna jest rola dyrektorów szkół, którzy maja kilka dni na zmodyfikowanie programów nauczania, przeszkolenie nauczycieli z narzędzi kształcenia na odległość, uwzględnienie w pracy zdalnej realizacji różnych potrzeb edukacyjnych uczniów, w tym wynikających z niepełnosprawności, przygotowanie zdalnego monitorowania realizacji podstawy programowej i oceniania uczniów, opracowanie niezbędnych informacji dla nauczycieli, uczniów i rodziców o kształceniu na odległość. A to wszystko z uwzględnieniem BHP oraz zasad bezpieczeństwa w sieci oraz osobistą koordynacją i asystą dyrektora. Dodatkowo dyrektor ma czuwać nad treściami informacji przesyłanych uczniom przez nauczycieli.
Konieczne zmiany
Jak opanować ten wielki chaos odbijający się negatywnie na rodzicach i uczniach i ostatecznie poziomie nauczania? Należy zacząć od standaryzacji infrastruktury. Standaryzacja infrastruktury, czyli dostęp do sprzętu, oprogramowania i łączy internetowych, umożliwiających pracę online na równych warunkach, musi stać się okazją do wyrównania szans szczególnie dla uczniów i uczennic wykluczonych elektronicznie i cyfrowo. Nowe podstawy nauczania, które należy stworzyć do nowego sposobu przekazywania wiedzy powinny zdecydowanie odciążyć polskich uczniów i uczennice z nadmiaru zbędnej, pamięciowej wiedzy. Wg badania PISA, polscy piętnastolatkowie należą do najbardziej obciążonych nauką na świecie ze średnią 47 godzin/tydzień.
W obecnych trudnych warunkach priorytetem powinno być zdrowie szczególnie psychiczne dzieci jak i rodziców, aby przetrwać w najlepszej kondycji trudny okres izolacji, który może potrwać jeszcze długie miesiące. Powinniśmy postawić na wzmacnianie relacji rodzic-dziecko zamiast obarczać rodzinę koniecznością wypełnienia potrzebnych szkołom statystyk i dowodów, że proces nauczania się odbywa. Nauka powinna skupić się na tematach rzeczywiście istotnych a nauczyciele WF wzorem znanych trenerów, powinni zadbać poprzez zajęcia online o dobrą kondycję dzieci i młodzieży. Minister Edukacji nie powinien zapominać, że obecna sytuacja, w jakiej znajduje się polska gospodarka, to gigantyczne, bardzo obarczające wyzwanie dla rodziców, którzy również zawodowo próbują się w nowej rzeczywistości odnaleźć. Szkoła i wykonanie tysiąca zadań przesyłanych przez nauczycieli, nie może zdominować życia rodziny.
Mamy nadzieję, że MEN zamiast ogłaszać pełne, ale pozorne zwycięstwo w obszarze nauczania na odległość, zadba o rzeczywistą digitalizację i standaryzację procesów nauczania wyłączających wykluczenia technologiczne oraz adekwatne do potrzeb i sytuacji podstawy nauczania bez przeciążania zarówno dzieci jak i rodziców.
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i mieć odwagę przesunięcie terminów matur i egzaminów dla ośmioklasistów. Z dużym prawdopodobieństwem rok szkolny przedłuży się o miesiące do tej pory wakacyjne.
To powinien być czas na mądrą, służącą społeczeństwu reformę systemu edukacji.
Foto: Nenad Stojkovic
Epidemia koronawirusa uderza w nas wszystkich. Nie oszczędza też rolników i rolniczek, zwłaszcza prowadzących rodzinne i ekologiczne gospodarstwa. Potrzebujemy szybkiej i dobrze zaplanowanej pomocy dla tych, którzy najbardziej odczuwają skutki pandemii. Pamiętajmy jednak, że doraźne wsparcie to tylko pierwszy krok – niezbędne są konkretne i daleko idące zmiany systemowe. Musimy odpowiedzieć nie tylko na pandemię, ale również kryzys klimatyczny i degradację przyrody – Dominika Sokołowska z Greenpeace Polska komentuje propozycje wsparcia dla rolników i rolniczek przedstawione przez Ministerstwo Rolnictwa.
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi przedstawiło polskie postulaty w sprawie walki ze skutkami pandemii Covid-19 dla branży rolnej [1]. Obecny kryzys jest niewspółmiernie dotkliwy zwłaszcza dla małych, rodzinnych gospodarstw, produkujących żywność dobrą dla naszego zdrowia, środowiska i klimatu. Zamknięte targowiska, trudności z funkcjonowaniem tradycyjnych łańcuchów dostaw, ograniczenia w przemieszczaniu się, utrudniające transport i dystrybucję produktów rolno-spożywczych, przejęcie handlu żywnością przez supermarkety, kwestie związane z zatrudnieniem pracowników sezonowych – to tylko niektóre z wyzwań, z jakimi mierzą się w tej chwili polscy rolnicy i rolniczki. Ciężka praca wszystkich, dzięki którym mamy zapewnioną żywność, powinna być doceniona. W sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, konieczne jest interwencyjne wsparcie dla tych najbardziej poszkodowanych.
Jednak sama pomoc doraźna nie wystarczy, by je uratować. W obliczu narastającego kryzysu zdrowotnego, przyrodniczego i klimatycznego, niezbędne są zmiany systemowe. Już teraz meteorolodzy przewidują, że Polska podobnie jak w ubiegłym roku, doświadczy suszy. Bardzo prawdopodobne jest, że sektor żywności doświadczy dramatu na niewyobrażalną skalę. A to dopiero początek spustoszenia, jakie może przynieść pogłębiony kryzys klimatyczny. Wnioski należy wyciągać bez zbędnej zwłoki.
Naukowcy od dawna alarmują, że musimy gruntownie zmienić sposób, w jaki korzystamy z ziemi i produkujemy żywność [2]. Przede wszystkim drastycznie ograniczona powinna zostać ekspansja ferm przemysłowych, a wsparcie powinno wzmacniać rolnictwo lokalne, ekologiczne, nastawione głównie na produkcję roślinną. To dzięki niemu mamy zdrową żywność, bez niszczenia środowiska i klimatu. Pompowanie naszych pieniędzy w obecny, zepsuty mechanizm, bez dokonania daleko idących zmian w sposobie funkcjonowania rolnictwa, będzie oznaczało finansowanie z publicznych środków narastającego kryzysu zdrowotnego, przyrodniczego i klimatycznego. Najwyższy czas położyć temu kres.
Dlatego pieniądze publiczne – zarówno unijne w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, jak i krajowe narzędzia w ramach tzw. tarczy antykryzysowej, powinny wymuszać tę pozytywną zmianę. Należy przeciąć finansowanie ferm przemysłowych i wielkoobszarowego rolnictwa, a wspierać małe, rodzinne gospodarstwa, dzięki którym żywność na naszych stołach powstaje bez szkody dla naszego zdrowia, środowiska i klimatu. Tylko w ten sposób możemy jednocześnie pomóc przejść polskim rolniczkom i rolnikom przez ten wyjątkowo trudny czas, ale także wzmocnić ich rolę w budowaniu bezpieczeństwa żywnościowego Polski oraz walce z kryzysem klimatycznym i degradacją środowiska naturalnego.
Minister Ardanowski wyraził niedawno nadzieję, że “to nieszczęście, które dotknęło dziś świat otworzy oczy wielu ludziom. Nie może liczyć się tylko i wyłącznie maksymalizacja zysku”. Greenpeace podziela tę nadzieję, dlatego przypominamy: publiczne pieniądze, które mają zostać wydane na ratowanie polskiego rolnictwa przed skutkami pandemii, muszą służyć jednocześnie ratowaniu tego rolnictwa oraz nas wszystkich przed skutkami niszczenia przyrody i kryzysu klimatycznego. Odczuwamy je już teraz, a w przyszłości będziemy odczuwać jeszcze bardziej. Pandemię Covid-19 powinniśmy potraktować jako wielki test solidarności i jako dzwonek alarmowy, który wzywa nas do fundamentalnych zmian w gospodarce, życiu społecznym, stosunku do przyrody i rolnictwie. Ta zmiana jest w zasięgu ręki – najwyższy czas zacząć ją wdrażać.
Przypisy:
[1] https://www.gov.pl/web/rolnictwo/polskie-postulaty-ws-walki-ze-skutkami-epidemii-covid-19-dla-branzy-rolnej
[2] https://besjournals.onlinelibrary.wiley.com/doi/full/10.1002/pan3.10080
Fot. Mariusz Cieszewski
Polskie władze po cichu przedłużyły koncesję wydobywczą dla kontrowersyjnej odkrywki Turów pomimo sprzeciwu Republiki Czeskiej, europarlamentarzystów oraz Czechów i Niemców z przygranicznych miejscowości. – Działanie Ministerstwa klimatu jest w naszej opinii egoistyczne i krótkowzroczne. Dla interesu jednej spółki i kopalni ryzykuje dobre dotąd stosunki z sąsiadami w czasach, w których solidarność jest szczególnie potrzebna. Świadczy to albo o błędnej i niczym nieuzasadnionej kalkulacji politycznej, albo całkowitym braku świadomości długoterminowych konsekwencji tej decyzji – mówi Paweł Pomian z EKO-UNII.
20 marca 2020 r. Minister Klimatu Michał Kurtyka podpisał koncesję z pozwoleniem dalszej eksploatacji złoża węgla brunatnego w Turowie. Dotychczasowa koncesja na wydobycie jest ważna do kwietnia 2020 roku. Spółka PGE zbiegała o przedłużenie eksploatacji złoża węgla brunatnego do 2044 roku i powiększenie odkrywki, której teren miałby sięgnąć ponad 3400 ha, z rocznym wydobyciem 9-11,5 mln ton do 2030 roku.
Rozbudowie kopalni i przedłużeniu koncesji sprzeciwiają się zagrożeni mieszkańcy Czech (przy wsparciu władz państwowych, samorządowców i organizacji społecznych), którzy już teraz odczuwają negatywne skutki jej działalności. Wydana przez polskie władze koncesja może oznaczać pozbawienie dostępu do wody pitnej blisko 30 tys. osób.
Koncesja wydana została zaledwie dwa tygodnie po tym, jak w Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego została złożona petycja podpisana przez 13 tys. osób z Polski, Niemiec i Czech wzywająca władze Unii do pilnego zajęcia się sprawą. Obecnie toczy się także przeciw Polsce postępowanie UE Pilot (Postępowanie w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego), zaś grupa wpływowych europarlamentarzystów jeszcze w połowie lutego wysłała do Komisarza UE ds. środowiska list wyrażający zaniepokojenie zachowaniem polskich władz.
Od czerwca 2019 na rozpatrzenie czeka też skarga Fundacji „RT-ON” w sprawie łamania przez Polskę przepisów Ramowej Dyrektywy Wodnej poprzez wydanie zgód na odstępstwa od RDW na potrzeby inwestycji węglowych.
– PGE naraża się na działania odwetowe sąsiadów Polski w stosunku do węgla sprzedawanego przez kopalnię Turów oraz szkód środowiskowych powodowanych przez działalność kopalni. Należy się liczyć ze wzrostem pozwów zagranicznych wobec PGE pochodzących z sąsiadujących z odkrywką i elektrownią Turów regionów Czech i Niemiec – wyjaśnia Kuba Gogolewski z Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.
Skrajny brak solidarności w czasach pandemii
Ignorowanie czeskiego i niemieckiego stanowiska w tej sprawie i wydanie koncesji pomimo głośnego sprzeciwu mieszkańców, szczególnie dziwi w obecnej sytuacji.
– Nadchodzący kryzys społeczno-zdrowotno-gospodarczy wywołany przez nasilającą się z każdym dniem pandemię wirusa COVID-19 zmusza do odwołania się do odpowiedzialności obywatelskiej i wymagać będzie najwyższych zasobów solidarności społecznej oraz międzynarodowej – komentuje Kuba Gogolewski – Tak egoistyczne i krótkowzroczne zachowanie rządu, który w interesie spółki Skarbu Państwa oraz jednej kopalni ryzykuje stosunki międzynarodowe w czasach, w których solidarność jest szczególnie potrzebna, świadczy albo o błędnej i niczym nieuzasadnionej kalkulacji politycznej, albo całkowitym braku świadomości długoterminowych konsekwencji tej decyzji.
– Zdrowie i życie Polek i Polaków w najbliższych miesiącach będzie w znacznym stopniu zależne od wsparcia Unii Europejskiej i jej państw członkowskich. Wydawanie w takim czasie koncesji na projekt, który w jawny sposób narusza europejskie prawo środowiskowe, jest sprzeczny z planami Unii dotyczącymi transformacji energetycznej i zagraża dobrostanowi naszych sąsiadów, jest działaniem szczególnie nieodpowiedzialnym – podkreśla Paweł Pomian ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.
Z powagi sytuacji doskonale zdaje sobie sprawę nasz sąsiad i największy partner gospodarczy. Kanclerz Angela Merkel oraz wszystkie ośrodki analityczne Republiki Federalnej Niemiec jednoznacznie identyfikują nadchodzący kryzys jako największe wyzwanie dla gospodarki od czasów drugiej wojny światowej.
Więcej informacji o odkrywce Turów oraz jej wpływie na zdrowie, ludzi i środowisko można znaleźć na stronie www.stopturow.com
Zdjęcie: CAN Europe
W najbliższych tygodniach liczne więzi zostaną poddane napięciom – zarówno interpersonalne i lokalne, jak gospodarcze i globalne. Do nas należy zadbanie o najważniejsze z nich, a także znalezienie zastępstwa dla tych, na których nie można już polegać.
Pandemia wirusa COVID-19 daje nam intrygujący wgląd w to, jak złożoną siatką powiązań został objęty nasz współczesny świat i jak przehandlowaliśmy odporność na zaburzenia w zamian za gospodarczą efektywność. Oto przykład: w grudniu 2019 r. w Chinach ktoś zachorował, a do marca 2020 r. amerykański przemysł łupkowy znalazł się na krawędzi katastrofy. Jak wygląda łańcuch połączeń między tymi faktami?
– Styczeń 2020: Wybucha epidemia koronawirusa, zmuszając Chiny do wprowadzenia masowej kwarantanny.
– Chiński popyt na ropę naftową gwałtownie spada, bo setki milionów ludzi pozostaje w domu, a niezliczona liczba firm zawiesza działalność.
– 7 marca: Arabia Saudyjska prosi kraje członkowskie OPEC i Rosję o ograniczenie wydobycia ropy naftowej, aby zapobiec spadkowi cen.
– 9 marca: Rosja odmawia, więc Saudyjczycy postanawiają wywołać wojnę cenową, produkując jeszcze więcej ropy i sprzedając ją ze zniżką.
– W rezultacie światowe ceny ropy spadają z 50 USD (17 lutego) do 33 USD (9 marca).
– Równocześnie jasne jest, że w rezultacie wojny cenowej najbardziej ucierpią USA, a nie Rosja. Największy na świecie producent ropy naftowej, USA prawie cały swój spektakularny wzrost produkcji w ostatnich latach zawdzięczają lekkiej ropie z łupków, wydobywanej za pomocą techniki szczelinowania. Ale szczelinowanie jest drogie; nawet gdy ceny były wyższe, przemysł łupkowy z trudem walczył o opłacalność tego niekonwencjonalnego źródła ropy.
– Przy cenie ropy zbliżającej się do 30 USD, a może nawet niższej, nawet najbardziej wydajne firmy szczelinujące, operujące na najlepszym areale, nie są w stanie zadowolić inwestorów. Tak więc dziesiątki krajowych producentów ropy naftowej w USA są skazane na bankructwo (chyba że administracja Trumpa udzieli im finansowego wsparcia).
Co spowodowało uświadomienie sobie tego faktu? Celowe – i prawdopodobnie konieczne – wycofanie się Chin z gospodarczych więzi. Mówi nam to coś użytecznego o systemach usieciowionych: jeśli nie mają wbudowanej dużej nadmiarowości, dowolny węzeł w sieci może wpływać na inne. Jeśli jest to ważny węzeł (Chiny stały się centrum światowej produkcji), może zakłócić działanie całego systemu. Co faktycznie oznaczałaby nadmiarowość? Gdybyśmy wytwarzali więcej naszych produktów lokalnie, nie musielibyśmy polegać tak bardzo na Chinach. Gdybyśmy produkowali więcej naszej energii lokalnie, wówczas nasz system energetyczny prawdopodobnie obejmowałby większą nadmiarowość (dzięki większej liczbie rodzajów źródeł energii), a światowa gospodarka energetyczna byłaby w rezultacie bardziej odporna. Problemy wciąż by się pojawiały, ale byłoby mniej prawdopodobne, że wpłyną na cały system.
A zatem nadmiarowość jest ważna. Zarazem jest jednak wrogiem efektywności ekonomicznej. W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci inżynierowie ekonomiczni, aby zminimalizować koszty magazynowania, stworzyli łańcuchy dostaw na czas, a także wydłużyli łańcuchy dostaw, aby uzyskać dostęp do najtańszej siły roboczej i materiałów. W porządku – wszyscy mają tańsze produkty, a Chiny rozwijały swoją gospodarkę w zawrotnym tempie. Ale co się stanie, gdy wszyscy nagle będą potrzebować maski na twarz N95, gdy międzynarodowe linie zaopatrzenia są nieczynne? Urzędnicy nie mogą po prostu zadzwonić do lokalnej fabryki masek i zamówić nowej partii; ta fabryka prawdopodobnie została zamknięta wiele lat temu.
To tylko jeden ze sposobów, w jaki pandemia koronawirusa zagraża naszej globalnie powiązanej gospodarce – a zarazem usieciowiona gospodarka utrudnia działania na rzecz spowolnienia rozprzestrzeniania się wirusa. Jeśli weźmiemy pod uwagę kolejne powiązania, obraz staje się doprawdy niewesoły. Co się stanie się z branżą turystyczną, jeśli miliony zostaną poddane kwarantannie i nikt nie zechce przebywać w bliskim sąsiedztwie z wieloma obcymi ludźmi? A co z liniami lotniczymi? Z sieciami restauracji i hoteli? Nawet kilka tygodni radykalnie ograniczonej działalności może mieć kluczowe znaczenie dla ich przetrwania.
Dlatego przywódcy rządów i władcy wszechświata finansowego – bankierzy centralni – codziennie łamią sobie głowy, jak sprawić, by to, co obecnie (w Stanach Zjednoczonych) jest jedynie głębokim spadkiem na giełdzie, nie przerodziło się w poważną depresję gospodarczą. Niestety, narzędzia, którymi dysponują, mogą nie odpowiadać zadaniu. A to dlatego, że podstawowy problem (pandemia) nie ma charakteru finansowego. Około 70 procent amerykańskiej gospodarki napędzane jest bezpośrednio przez wydatki konsumentów. Ale wkładanie ludziom pieniędzy do kieszeni – dzięki niższym stopom procentowym czy wydatkom publicznym – nie sprawi, że nagle zdecydują się wybrać na rejs, zarezerwować lot czy choćby pójść w piątek wieczorem na kolację i film.
Ale nie to martwi mnie obecnie najbardziej. Martwi mnie raczej wymiar społeczny epidemii koronawirusa. Kryzysy finansowe są nieuniknione w gospodarce, w której priorytetem jest szybki wzrost wartości dla akcjonariuszy i zysków klasy inwestorów. Co więcej, są one nieuniknione w gospodarce opartej na zasadniczo błędnym rozumieniu rzeczywistości – na milczącym założeniu, że wzrost wydobycia zasobów, wytwarzania przedmiotów i zrzutu odpadów może trwać w nieskończoność na skończonej planecie. Wielu myślicieli ekologicznych zwraca na to uwagę od lat. Ale najbardziej sensowną odpowiedzią na tę sytuację, którą wraz z kolegami zalecamy, jest wzmocnienie odporności lokalnych społeczności. Oznacza to wspieranie lokalnych rolników, producentów, kupców, grup artystycznych i wszelkiego rodzaju organizacji obywatelskich. Zaufanie to waluta, która pozwoli nam przetrwać nadchodzące burze, a zaufanie buduje się w dużej mierze poprzez bezpośrednie interakcje w społecznościach.
Niezbędną reakcją na koronawirusa jest jednak społeczny dystans – to znaczy ograniczenie bezpośrednich kontaktów międzyludzkich. Ponieważ ludzie dobrowolnie wycofują się z publicznych zgromadzeń lub są do tego zmuszani przez regionalne kwarantanny, nieuchronnie wywrze to poważny wpływ na lokalne społeczności religijne i stowarzyszenia artystyczne, a także na lokalne restauracje, targi rolnicze i na kupców. Wydarzenia sportowe i koncerty są anulowane, cierpi także bezpośrednie zaangażowanie społeczeństwa w politykę lokalną i krajową. Pustoszeją systemy transportu publicznego.
Musimy się zastanowić, w jaki sposób podtrzymywać przez najbliższy czas kontakty społeczne. Pandemia nie będzie trwała w nieskończoność: sam wirus może tu zagościć na dobre, ale w ten czy inny sposób on i ludzkość wynegocjują jakieś biologiczne przystosowanie. Najprawdopodobniej ludzie osiągną tzw. odporność populacyjną, być może dzięki szczepionkom. Naszym pilnym zadaniem jest utrzymanie w okresie przejściowym naszych lokalnych społeczności w zdrowiu i dobrej formie.
Oczywiście nadal mamy internet i media społecznościowe. Powinniśmy je wykorzystywać na ile się da, chociaż w „normalnych” czasach często odciągają nas od interakcji twarzą w twarz lub zmniejszają nasze umiejętności społeczne. W obecnej sytuacji te narzędzia mogą nam pomóc nie tylko nadążać za nowościami, ale i podtrzymać kontakt z osobami, na których nam zależy. Słyszałem nawet o innowacyjnych komunitarianach, którzy organizują wideokonferencje z sąsiadami, tak by mogli pozostać w kontakcie. Niestety, nie ma jeszcze aplikacji, która mogłaby pojawić się na rynku rolników, by móc podziwiać produkty, porozmawiać o pogodzie i przynieść do domu kosz świeżych warzyw.
Humor może pomóc w emocjonalnym przetwarzaniu trudnych informacji (choć z tym może być trudno, bo emocje wielu ludzi są dziś kruche). Jest wiele do przetworzenia – nie tylko lęk przed złapaniem koronowirusa czy obawy o wypłacanie emerytur. Czy będziemy zmuszeni odwołać urlopowy wyjazd? Iść na zajęcia z jogi czy zostać w domu? Jak związać koniec z końcem, jeśli z powodu kwarantanny nie będziemy pracować przez parę tygodni? Jak dalece powinniśmy zmienić nasze rutynowe zachowania? Czy moja firma powinna zrobić coś więcej, by chronić pracowników i klientów?
Te i inne pytania podsycają napięcia między małżonkami, rodzicami i dziećmi, współpracownikami oraz pracodawcami i pracownikami. Typowa dla normalności stronniczość postrzegania i mechanizmy zaprzeczania mogą prowadzić do złudnego poczucia bezpieczeństwa, gdy potrzebne są działania, a z drugiej strony – panika może prowadzić do niewłaściwych decyzji i odrzucenia przez przyjaciół i znajomych czyichś uzasadnionych obaw. Jednym z rozwiązań może być zaangażowanie przyjaciół, sąsiadów, współpracowników i krewnych w rozmowy na temat wirusa, aktywne słuchanie wzajemnych obaw i łagodne kierowanie tymi rozmowami w prospołecznym kierunku, który uwzględnia powagę sytuacji i potrzebę zmiany naszych zachowań. Jak na ironię, w tej chwili najbardziej prospołeczne zachowanie to pozostanie w domu… Póki co, poczyńmy zdroworozsądkowe przygotowania: zaopatrzmy się w wystarczającą ilość zapasów, aby przetrwać miesiąc bez wychodzenia z domu, i pomyślmy o tym, jak spędzimy ten czas.
Pamiętajmy: ludzkość przeżyła już epidemie znacznie gorsze niż ta. Moja żona Janet właśnie przekazała mi historyczny smaczek: wygląda na to, że na początku kariery Williama Szekspira jako aktora i scenarzysty, na wniosek Tajnej Rady (23 czerwca 1592 r.), zaniepokojonej epidemią zarazy i możliwością niepokojów społecznych, londyńskie teatry zostały zamknięte. Ale w czerwcu 1594 roku teatry ponownie otwarto, a Szekspir przystąpił do pisania swoich najsłynniejszych sztuk. My też, podobnie jak Will, przez to przejdziemy.
W najbliższych tygodniach liczne więzi zostaną poddane napięciom – zarówno interpersonalne i lokalne, jak gospodarcze i globalne. Do nas należy zadbanie o najważniejsze z nich, a także znalezienie zastępstwa dla tych, na których nie można już polegać. Czego najbardziej potrzebujemy, co najbardziej cenimy? Jak możemy się nawzajem wspierać? Takie pytania możemy sobie dziś zadawać – i prawdopodobnie będziemy mieli w domu dużo czasu, aby je rozważyć.
tłum. Irena Kołodziej
Źródło: Common Dreams
Zdjęcie: Budowa stodoły w Lansing (dziś centrum North York). Toronto, Canada.Ca 1900-1919. Alexander Galbraith. City of Toronto Archives. Ciq Wikimedia
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Bioróżnorodność „szczepi” nas na wiele chorób. Właśnie w obliczu pandemii choroby odzwierzęcej widać, że dalsze niszczenie gatunków, wylesianie itp. to dosłownie podcinanie gałęzi, na której siedzimy.
Zróżnicowanie życia na poziomach genów, gatunków oraz ekosystemów to cecha systemu ożywionego. Wszystko, co żyje, jest dość skomplikowane i pozostaje w sieciach nieskończonej ilości relacji. Człowiek z kolei, jako chyba jedyny gatunek, którego historia to stopniowe separowanie się od przyrody i jej zależności, lubi sobie rzeczy upraszczać. Nauczył się przyrodę kontrolować i ujarzmiać, np. zgromadzić w „zakładach” hodowlanych świnie, krowy, kury czy też plantacje kukurydzy albo soi. Czas wiedzo-władzy czy zbierania wyłącznie korzyści z tego procesu już minął. Dzisiaj obserwujemy skutki skumulowanej ingerencji w środowisko. Obrazy przypominające plagi egipskie grają na wyobraźnię – hierarchowie mówią o zbiorowej karze za grzechy, reszta społeczeństwa z niecierpliwością czeka na szczepionkę na koronawirusa. Tylko że wraz z zastosowaniem doraźnego panaceum nie zniknie problem, który wywołał całe to zamieszanie – utrata bioróżnorodności oraz postępująca zmiana klimatu.
Ptaszki, żabki, nietoperki…
Wiele wirusów, bakterii, grzybów, pierwotniaków czy larw owadów – żeby wymienić je tylko ogólnie – potrzebuje w swoim życiu żywicieli. Są to różne gatunki ptaków, płazów, gadów czy ssaków. Gatunki te są rezerwuarem różnego rodzaju patogenów. Liczba tych ostatnich może się zwiększać, jeżeli np. zaczyna brakować drapieżników dla żywicieli. Patogeny mogą też dzisiaj częściej migrować po świecie ze względu na przemieszczanie się człowieka. Niektóre patogeny odzwierzęce mogą z czasem przechodzić na człowieka, ponieważ habitaty dzikich zwierząt są systematycznie i na coraz większą skalę zajmowane przez ludzi. Zmniejsza się też dystans między człowiekiem a populacjami dzikich zwierząt. Wpływ na to mają m.in. wzrost zaludnienia, zabudowa terenów naturalnych, różnorodne sposoby użytkowania coraz to nowych gatunków zwierząt.
Na wzrost ilości patogenów mają też wpływ zmiany klimatu. Niektóre gatunki, jak np. kleszcze, mogą też zwiększać obszary swojego występowania albo pojawiać się też o dodatkowych porach roku ze względu na korzystne dla nich temperatury powietrza, które zmieniają się wraz z klimatem. Ilość i częstość występowania kleszczy w ostatnich latach wyraźnie wzrosła, co niesie ryzyko dla człowieka, ponieważ na groźne Kleszczowe Zapalenie Mózgu (KZM) rocznie zapada 5 000 – 12 000 osób w Europie. Badania pokazują, że na występowanie kleszczy wpływ mają mroźne zimy – im mocniejsze i dłuższe są mrozy, tym więcej kleszczy ginie. Podobną tendencję wzrostową, korelującą ze zmianami klimatycznymi, obserwujemy w przypadku boreliozy. Jej patogeny – krętki wykrywane są w coraz większej liczbie kleszczy.
Zmiana temperatury to nie jedyny powód, dlaczego choroby odzwierzęce przenoszą się szybciej i na większą skalę. Badania dowodzą, że utrata bioróżnorodności – która także ma związek ze zmianą klimatu, o czym mówi raport IPBES z 2019 roku – sprawia, że jako ludzie jesteśmy łatwiejszymi „kąskami” dla patogenów. Jeżeli zatem wyśmiewane przez technokratów „żabki” i „ptaszki” zostaną zniszczone to musimy się liczyć z ryzykiem, że sieci zależności między gatunkami zostaną poważnie zaburzone.
Już 10 lat temu, czasopismo naukowe Nature potwierdziło hipotezy o „ochronnej” funkcji bioróżnorodności. Mowa w nim była nie tylko o walorach naukowych czy estetycznych skomplikowanego świata ożywionego, ale wskazywano właśnie na jego funkcję „instrumentalną”. Naukowcy nie do końca jeszcze wiedzieli, dlaczego spadek różnorodności biologicznej wiązał się ze zwiększeniem występowania patogenów u pewnych gatunków, w tym człowieka, ale badania potwierdziły związek między tymi dwoma fenomenami. Bardzo często pierwotnymi żywicielami okazywały się gatunki mało znane czy nie wywołujące u człowieka większej sympatii np. gryzonie. Po co zatem chronić te rzeczone myszy, ptaszki czy nietoperki? W jednym z badań prowadzonych w Oregonie stwierdzono, że częstość występowania hantawirusa w populacjach myszy (Peromyscus) wzrosła z 2% do 14%, ponieważ różnorodność gatunków ssaków zmniejszyła się w tym obszarze. Wirus ten powoduje gorączkę krwotoczną, na którą zapadali m.in. żołnierze podczas Wojny Koreańskiej (1950-1953). Minęło wiele lat zanim naukowcy odkryli, że wirus żeruje na gryzoniach, których wydzieliny, drogą wziewną mogą zakażać ludzi. Kolejne lata zajęło ustalenie, że wirus występuje na gryzoniach tym częściej im mniejsza jest bioróżnorodność. Z kolei w USA wykazano zależność między stopniem różnorodności gatunkowej ptaków a występowaniem wirusa gorączki zachodniego Nilu. Co ciekawe okazuje się, co wydaje się logiczne, że tam gdzie większa bioróżnorodność, tam też więcej pojawia się nowych patogenów. Jednak to, co jest dla nas istotne, to fakt, że im większe zróżnicowanie gatunków, tym dany patogen może mieć wielu żywicieli, tzn. nie będzie tak groźny dla konkretnego gatunku np. samego człowieka. Istotne jest zatem powstrzymywanie ingerowania człowieka w dzikie populacje zwierząt czy niszczenie ich habitatów. Im większy kontakt i ingerencja, tym większe jest prawdopodobieństwo, że wirus będzie transmitowany ze zwierząt na ludzi. Fakty te znane od dawna, nie przyniosły jednak wzrostu świadomości i działań prewencyjnych odnośnie bioróżnorodności. W samej Polsce pestycydy leją się strumieniami, wymierają pszczoły i inne owady. Ludzie panikują w obliczu koronawirusa, tylko czy będą potem zadawać pytania, co naprawdę możemy zrobić, aby uchronić się przed kolejnymi epidemiami?
Homo…sapiens?
Podobno jest tak, że człowiek jest mądry po szkodzie tylko chwilę, bo gdy wraca normalność, lubimy zapominać, o tym, co było trudne. Kolejny problem to swego rodzaju feler naszego gatunku, czyli nieumiejętność myślenia w kategoriach długoterminowych. Jest zrozumiałe, że ludzie czekają na szczepionki. Ale czy zastanawiają się, co należy robić, aby minimalizować ryzyko pogłębiania się katastrofy klimatycznej? Mam wrażenie, że w ostatnich dniach nie ma już debaty dotyczącej przyczyny epidemii – wszystko zaczęło się na chińskim targu, gdzie nie dość że trzymano w niewoli dzikie zwierzęta, to jeszcze podawano je jako posiłek! Temat zmiany klimatu też jakby ucichł, chociaż jest on znaczącym elementem układanki. Dlatego jest bardzo mocno prawdopodobne, że kiedy sprawa ucichnie, wrócimy szybko do naszego życia business as usual (biznes jak zwykle). A przecież dzisiaj, kiedy ludzie zostali zmuszeni do – często samotnego – siedzenia w domach i ograniczenia szeroko pojętej konsumpcji, tego rodzaju debaty byłyby chyba potrzebne, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakim świecie chcemy żyć i czy pozwolimy żyć innym istotom oraz przyszłym pokoleniom?
Długa lista chorób
W ostatnich latach światowe organizacje zajmujące się zdrowiem apelowały o coś w rodzaju „Jednego zdrowia” czyli „One health”, podkreślając, że różnorodna przyroda, czyli także odpowiednie warunki dla dzikich zwierząt, wiąże się ściśle ze zdrowiem człowieka. Co ważne, przyroda i jej dynamika decyduje o ludzkich kryzysach – także ekonomicznych. Wiemy już, że koronawirus zatrzymał gospodarkę, a teraz mówi się o kolejnej „pladze” ćmy Spodoptera frugiperda w Azji czy szarańczy w Afryce – zwierzęta te mogą przyczynić się do masowych strat w produkcji rolnej. W tych przypadkach ludzie też liczą na działania doraźno-inwazyjne, jak pestycydy czy insektycydy, tylko że są to miecze obosieczne. Niszczą ćmy, ale także ich potencjalnych wrogów.
Niby to wszystko było na biologii, ale ludzie i tak wiedzą swoje. Poraża tak zwana wiedza ludowa, na którą nie ma mocnych. W Polsce mamy na każdym kroku specjalistów od kleszczy, którzy traktują wypalanie traw – czeka nas niedługo – jako sposób na boreliozę. Przyczyny wzrostu liczebności kleszczy upatrują oni właśnie w zakazie wypalania traw. Logika jest taka – (1) w ostatnich latach zabroniono wypalania traw, (2) w ostatnich latach jest coraz więcej kleszczy, czyli wniosek – należy wypalać trawy, aby ograniczyć ilość kleszczy. Ale na boreliozie się nie kończy. Lista chorób związanych ze zmianą klimatu i spadkiem bioróżnorodności jest długa i mamy na niej też wściekliznę, malarię ale także salmonellę, grzybicę czy Ebolę i wiele innych.
Ochrona środowiska, czyli de facto ochrona naszego domu, jest procesem długotrwałym i nie pomoże na powstrzymanie obecnej pandemii. Jednak już dzisiaj należy głośno mówić o tym, że ziemia jako folwark czy ziemia jako śmietnik to najszybsza droga to samounicestwienia. Nie ma co liczyć, że po wszystkim samo z siebie przyjdzie otrzeźwienie. Albert Camus, ten ponadczasowy „ekspert” od portretowania człowieka w czasie „zarazy” wiedział, że ludzka refleksyjność to zjawisko bardzo rzadkie: „Zarazy są w istocie sprawą normalną, ale z trudem się w nie wierzy, kiedy się na nas walą. Zastają ludzi zaskoczonych. […] Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to, co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy, na pierwszym miejscu były uczucia osobiste, a nie uczucia dla ludzkości”. I wreszcie: „Gdyby teraz wszystko się skończyło, szybko wróciłoby przyzwyczajenie”. Czy tym razem historia się powtórzy?
Źródła:
Przedruk za eko.org.pl
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
„Wszechświat mówi
strata domaga się narodzin
i tych dwoje to kochankowie”
– Deena Metzer
W chwilach, gdy jestem sam ze sobą emocjonalnie szczery, tak bardzo jak tylko jestem w stanie – gdy uczciwie rozważam możliwość, że ta zindustrializowana wersja naszego gatunku już rozgrzała podtrzymującą życie na Ziemi biosferę do takiego stopnia, że prawdopodobnie wkrótce wszyscy znikniemy z powierzchni planety – czuję całkowitą bezradność i nie wiem, co robić.
Z tego punktu odrętwienia moja siła życiowa zaczyna pytać: „A zatem, co dalej?” Proces ten powtarza się cyklicznie od czasu, gdy zacząłem pisać na temat kryzysu klimatycznego, a z największą intensywnością, kiedy podróżowałem i zbierałem informacje do mojej książki „The End of Ice: Bearing Witness and Finding Meaning in the Path of Climate Disruption”. Okoliczności (przede wszystkim mój własny żal i rozpacz) zmusiły mnie do zmierzenia się z moimi uczuciami.
Poprzez dotkliwy ból i wewnętrzną walkę zrozumiałem, że jedynym sposobem na wyjście z impasu jest pozwolenie sobie na głębokie odczucie i wyrażenie lęku, wściekłości, szoku, paniki, smutku, niepokoju i rozpaczy. Tylko wtedy mogę dotrzeć do miejsca, w którym jestem w stanie wziąć kilka głębokich oddechów, towarzyszących akceptacji powagi sytuacji, w jakiej się znajdujemy.
Ty, drogi czytelniku, który z tak baczną uwagą obserwujesz rozpad wszystkiego, co znamy, z pewnością dzielisz wiele z tych uczuć. Kiedy widzisz kolejną z tych groteskowych, wybladłych wersji rodzaju ludzkiego, wciśniętą w drogi garnitur i działającą jak marionetka napędzanego paliwami kopalnymi brzuchomówcy, czy tak jak ja, czujesz w środku narastającą wściekłość – wściekłość, która może cię spalić? Czy fantazjujesz o ich upadku? Albo o tym, aby przynajmniej w jakiś sposób sprawić, żeby poczuli smak bólu ryb poszukujących pożywienia na wyblakłych na skutek ich bezdusznych działań rafach koralowych? Aby pokazać im głodujące niedźwiedzie polarne płynące setki mil i na końcu nie znajdujące lodu, na którym mogłyby odpocząć? Zastanawiam się, czy którakolwiek z tych tak zwanych istot ludzkich jest jeszcze w stanie cokolwiek odczuwać.
Czy czujesz pustkę w środku, kiedy dowiadujesz się o pisklętach pingwina cesarskiego, tonących na skutek załamywania się pokrywy lodowej z powodu ocieplenia planety? Lub lęk, który pojawia się, gdy uświadamiamy sobie, że nasza zdolność do zapewnienia sobie pożywienia jest poważnie zagrożona?
Po pierwsze: akceptacja rzeczywistości
Kiedy czytasz o tym, że w każdej, pojedynczej sekundzie znika 1,5 akra lasów deszczowych, czy twoje serce zaciska się w lęku? Lub gdy następny z żyjących w tych lasach rzadkich gatunków żaby bezpowrotnie znika z tego świata, czy płaczesz z przepełnionego bezsilnością smutku?
Gdy zaczyna do ciebie docierać to, co współzałożyciel Extinction Rebellion, były rolnik ekologiczny, Roger Hallam powiedział jakiś czas temu podczas publicznego wykładu, wszystkie te uczucia stają się jeszcze bardziej dojmujące. W czasie wspomnianego wykładu Hallam – parafrazując jego słowa – pokazał, w jaki sposób już ociepliliśmy planetę o 1,2°C. Z danych obserwacyjnych wynika, że w ciągu dekady prawdopodobnie zniknie letnia pokrywa lodowa w Arktyce. Podczas następnej dekady ziemia ociepli się o 0,5°C jedynie na skutek topnienia lodu. Mamy już także zagwarantowane kolejne 0,5°C ocieplenia z powodu CO2, który już wprowadziliśmy do atmosfery, ale jeszcze nie doświadczamy jej ocieplenia. Efekt pary wodnej związany z tymi zjawiskami (i innymi dziejącymi się już procesami) podwaja wpływ ocieplenia z innych źródeł, dodając kolejny 1°C. Przy wzroście globalnej temperatury o 3°C zniknie większość lasów Amazonii, co doda następne 1,5°C ocieplenia. W tym punkcie Ziemia najprawdopodobniej znajdzie się na bezpowrotnej drodze do stanu szklarniowego, możliwe, że do warunków, które uczynią ją miejscem niezdatnym do zamieszkania.
Być może myślisz, że to brzmi zbyt skrajnie, jak rodzaj science fiction. Jeśli tak jest, pomyśl o tym: dzisiejsze stężenie CO2 w atmosferze jest najwyższe od 12 milionów lat i ten poziom gazu cieplarnianego gwałtownie prowadzi Ziemię z powrotem do stanu, w jakim znajdowała się w epoce eocenu – 33 miliony lat temu, kiedy nie było lodu na żadnym z biegunów.
Profesor James Anderson, który jest najbardziej znany z odkrycia, że freony niszczą warstwę ozonową, w wywiadzie dla magazynu „Forbes”, powiedział, że w tamtych czasach różnica temperatury pomiędzy biegunami a równikiem była bardzo mała.
„Oceany były o prawie 10ºC cieplejsze niż dzisiaj” – mówił Anderson, „i ilość znajdującej się w atmosferze pary wodnej musiała prowadzić do powstawania ekstremalnie gwałtownych systemów burzowych, ponieważ para wodna, która jest wykładniczą funkcją temperatury wody, jest paliwem napędzającym częstotliwość pojawiania się i intensywność tych systemów”.
Ostrzegł przed głupotą tych, którzy uważają, że możemy odwrócić katastrofę po prostu zmniejszając emisje CO2 – jeśli w ciągu najbliższych pięciu lat nie przeprowadzimy głębokiej, radykalnej transformacji przemysłu i systemu gospodarczego, nie zatrzymamy całkowicie emisji oraz nie usuniemy tego, co już jest w atmosferze, nie będzie to możliwe.
„Szanse na to, że w Arktyce pozostanie jakakolwiek trwała pokrywa lodowa po 2022 roku są praktycznie równe zeru” – powiedział Anderson, przypominając nam, że 75 do 80% trwałego lodu już roztopiło się w ciągu zaledwie trzydziestu pięciu ostatnich lat.
Anderson ostrzegł, że ludzie ignorują ten fakt, i podobnie jest ze zbliżającym się załamaniem pokrywy lodowej na Grenlandii, którego konsekwencją będzie podniesienie się poziomu morza o siedem metrów.
„Kiedy zdajesz sobie sprawę z nieodwracalności tych procesów i studiujesz dane, ta świadomość, wraz z wynikającymi z niej kwestiami etycznym, sprawia, że nie możesz spać w nocy” – powiedział Anderson.
Po drugie: Jak z tym żyć?
„W moim odczuciu, to, że „nie wiemy”, lub w każdym razie, że „nie wiemy wystarczająco dużo, rzadko jest problemem” – napisał autor „The Forest and the Field”, Chris Goode. „Prawdziwą trudnością jest to, że nie mamy przestrzeni życiowej, w której moglibyśmy w pełni zrozumieć to, co wiemy, skonfrontować się z tą wiedzą i zareagować na nią emocjonalnie, bez natychmiastowego znalezienia się pod wpływem uczuć lęku, zaprzeczenia i rozpaczy”.
W Dniu Ziemi brałem udział w panelu w Brooklyńskim Towarzystwie Historycznym, zatytułowanym „Kronikarze apokalipsy klimatycznej”. Oprócz mnie w dyskusji uczestniczyli: dziennikarz specjalizujący się w tematyce związanej ze zmianami klimatu, Oliver Milman i reporterka zajmująca się klimatem i ochroną zdrowia, Sheri Fink.
Podczas sesji pytań i odpowiedzi ktoś zadał mi pytanie: „Co robisz Dahr, lub jak z tym żyjesz, z tą rozpaczą dotyczącą przyszłości, do której zmierzamy, ale która nie wiemy, kiedy nastąpi?”.
Zaśmiałem się sarkastycznie, pomyślałem przez chwilę, a następnie odpowiedziałem szczerze: „Nie wiem. Szukam odpowiedzi codziennie od nowa. Podczas spotkań z czytelnikami mojej książki za każdym razem jest inaczej, ponieważ muszę znajdować świeżą odpowiedź każdego dnia”.
I to jest moja prawda.
Moja zmienność wokół tego pytania ma dwie przyczyny: po pierwsze zmusza mnie ono zawsze do szukania odpowiedzi w moim sercu, a nie w głowie, co oznacza, że muszę doświadczyć wszystkich uczuć związanych z kryzysem, w którym wszyscy jesteśmy zmuszeni żyć; a po drugie, jeśli robię to we właściwy sposób, zmienia się to z każdą chwilą i muszę żyć na tej emocjonalnej linii frontu, dbając o siebie, a jednocześnie słuchając, głęboko, do czego jestem wzywany, jaka jest następna rzecz, którą mam zrobić dla planety.
Roger Hallam był przez 20 lat rolnikiem ekologicznym i połączyło go to z Ziemią na tyle głęboko, że gdy seria spowodowanych zaburzeniami klimatu powodzi sprawiła, że nie mógł kontynuować swojej pracy, wiedział, co ma robić – pracować nad swoim doktoratem na temat dynamiki władzy politycznej, ze szczególnym odniesieniem do projektowania radykalnych kampanii.
Następnie stał się współzałożycielem Extinction Rebellion, grupy, która określa się jako „międzynarodowy ruch, który stosuje obywatelskie nieposłuszeństwo, aby doprowadzić do radykalnej zmiany w celu zminimalizowania groźby wymarcia ludzkości i załamania ekologicznego”.
Zapytałem Hallama, dlaczego ludzie powinni się buntować. „Życie jest krótkie i wszystko, co tak naprawdę wiemy to to, że cokolwiek się stanie – opłaca się prowadzić dobre życie” – powiedział. „I oznacza to złotą zasadę – czyń innym to, co chciałbyś, żeby oni czynili tobie. Ta zasada jest łamana w najbardziej groteskowy sposób… szczególnie jeśli chodzi o to, co robimy naszym dzieciom”.
Tym wszystkim, którzy uważają, że bunt lub podejmowanie innych działań na rzecz poprawy stanu planety nie mają sensu, którzy czują, ze wszystko jest stracone, Hallam odpowiada: „Mamy to życie, żeby czynić dobro, a nie po to, żeby targować się o rezultaty, które tak czy siak pozostają poza naszą kontrolą”.
Innymi słowy konieczne jest robienie wszystkiego, co tylko możemy, dla ochrony naszej planety, nawet bez gwarancji sukcesu.
Po trzecie: czemu poświęcamy nasze życie?
Kapitalistyczna kultura wzrostu przemysłowego, w której większość z nas była wychowana i przez całe życie zanurzona, sprawiła, że oddzieliliśmy się od planety, której w najgłębszym sensie jesteśmy częścią. Jestem przekonany, że to jest główna przyczyna kryzysu klimatycznego, w którym znajdujemy się dzisiaj. Stąd pierwszym krokiem w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „jak żyć” – na które każdy i każda z nas musi znaleźć odpowiedź, zanim podejmie decyzję „co robić” – jest ponowne połączenie z planetą. Nie możemy bowiem zacząć iść, dopóki nasze stopy nie znajdą się na ziemi.
Każdego dnia budzę się i zaczynam przetwarzać codzienne wiadomości na temat klimatycznej katastrofy i globalnego politycznego przechylenia w stronę jawnego faszyzmu. Związana z tym trauma, uczucia żalu, gniewu i rozpaczy przywołują z powrotem pamięć o pracach Stana Rushwortha, członka starszyzny plemienia Czirokezów, aktywisty i uczonego, który miał ogromny wpływ na moje myślenie o tym, jak iść do przodu. Rushworth przypomniał mi, że podczas gdy zachodnia kolonialistyczna kultura wierzy w „prawa”, wiele kultur tubylczych uczy o „zobowiązaniach”, z którymi się rodzimy: zobowiązaniach wobec tych, którzy byli przed nami, tych, którzy przyjdą po nas, i wobec samej Ziemi.
Dlatego teraz, gdy zaczynają mnie zżerać żal i wściekłość, koncentruję się wokół pytania: „Jakie są moje zobowiązania?”. Innymi słowy, „Począwszy od tej chwili, wiedząc, co się dzieje z planetą, pytam: czemu powinienem poświęcić swoje życie?”.
Każdy i każda z nas musi codziennie zadawać sobie to pytanie, gdy stoimy w obliczu katastrofy.
Dahr Jamail
Przełożył Jan Skoczylas
Źródło: https://truthout.org
Copyright: Truth-out.org. Reprinted with permission.
Tłumaczenie pierwotnie ukazało się w Miesięczniku Dzikie Życie
Dahr Jamail – ur. 1968 r., amerykański dziennikarz, wieloletni współpracownik portalu Truthout i telewizji Al-Dżazira, autor książek: „The Will to Resist: Soldiers Who Refuse to Fight in Iraq and Afghanistan” (Haymarket Books, 2009), „Beyond the Green Zone: Dispatches from an Unembedded Journalist in Occupied Iraq” (Haymarket Books. 2007) oraz „Mass Destruction of Iraq: The Disintegration of a Nation: Why It Is Happening, and Who Is Responsible” (2014). Był jednym z niewielu niezależnych dziennikarzy piszących reportaże z Iraku podczas amerykańskiej inwazji w 2003 roku. Jest laureatem wielu prestiżowych nagród, w tym Martha Gellhorn Award for Investigative Journalism (2008).
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
W środę 11. marca 2020 r. Greenpeace złożył pozew do Sądu Okręgowego w Łodzi przeciwko PGE GiEK – firmie należącej do koncernu PGE, będącej największym emitentem gazów cieplarnianych w Polsce oraz właścicielem m.in elektrowni Bełchatów.
W swoim pozwie organizacja domaga się, aby spółka zrezygnowała z nowych inwestycji węglowych oraz wdrożyła strategię ograniczenia emisji gazów cieplarnianych – tak aby najpóźniej w 2030 r. doprowadzić do ich zerowej emisji z instalacji opalanych węglem. Złożeniu pozwu towarzyszył happening, w ramach którego aktywistki i aktywiści nakleili przed siedzibą grupy kapitałowej PGE w Warszawie przerobioną reklamę spółki z hasłem “Mamy energię do zmiany klimatu” [1].
– Rząd premiera Morawieckiego cały czas zwleka z wyznaczeniem roku 2030 jako daty odejścia od węgla. Dzieje się tak mimo jednoznacznych danych naukowych pokazujących, że cała europejska gospodarka, w tym polskie spółki energetyczne kontrolowane przez skarb państwa, musi być wolna od węgla w ciągu najbliższej dekady. W tej sytuacji nie mamy innego wyjścia jak domagać się na drodze sądowej, aby największy krajowy emitent gazów cieplarnianych zrezygnował z nowych inwestycji w paliwa kopalne, w tym budowy kopalni odkrywkowej w Złoczewie, oraz najdalej do 2030 r. zamknął instalacje produkujące energię ze spalania węgla. Ujawniony niedawno plan zamknięcia największej na Śląsku, należącej do PGE GiEK, elektrowni w Rybniku pokazuje, że jest to możliwe. Szybkiemu odejściu od węgla sprzyjać będzie także zaostrzenie przez Unię Europejską celów redukcji emisji gazów cieplarnianych na 2030 r. – powiedział Paweł Szypulski, dyrektor Greenpeace Polska.

Fot: Greenpeace/Max Zieliński
Działacze Greenpeace podkreślają, że pozew przeciwko PGE GiEK ma nie tylko silne uzasadnienie merytoryczne, które daje mu współczesna nauka o klimacie, ale również solidne podstawy prawne.
– Pozwy klimatyczne coraz częściej stają się narzędziem zmiany koniecznej do realizacji sprawiedliwej transformacji energetycznej. Pójście do sądu przeciwko właścicielowi największej na świecie elektrowni na węgiel brunatny jest odpowiedzią na pilną potrzebę działań, które należy podjąć w dobie pogłębiającego się kryzysu klimatycznego. Niejednokrotnie wygrywaliśmy już w sądach sprawy z koncernami energetycznymi. Oczekujemy, że nasz pozew zmusi PGE do podjęcia realnych działań na rzecz rozwoju czystych źródeł energii. W ostatnich latach koncern przeznaczał zaledwie ok. 1,5% nakładów inwestycyjnych na OZE, a ponad dwie trzecie na energetykę konwencjonalną. Takie są fakty, których nie ukryją zwodnicze kampanie reklamowe zestawiające logo PGE ze zdjęciami farm wiatrowych i deklaracją, że koncern ma “energię do zmian”. Dzisiaj PGE to węglowy kolos, którego energia napędza przede wszystkim kryzys klimatyczny – dodaje Paweł Szypulski.
Pozew przeciwko PGE GiEK to kolejne działanie Greenpeace w obliczu nasilającego się kryzysu klimatycznego. Organizacja prowadziła skuteczną kampanię na rzecz powstrzymania planów budowy kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Gubin-Brody, a obecnie bierze udział w procedurach prawnych i administracyjnych, które powstrzymują wydobycie węgla brunatnego ze złoża Złoczew. Jednym z ostatnich działań było ubieganie się przez dyrektora programowego Greenpeace, Pawła Szypulskiego, o stanowisko prezesa PGE i zapowiedź wdrożenia strategii odejścia od węgla do 2030 roku. Większość krajów Unii Europejskiej wyznaczyła już swoje daty odejścia od węgla. Polska nadal tego nie zrobiła.
Źródło: Informacja prasowa Greenpeace Polska
Przypisy:
[1] Hasło przerobionej reklamy nawiązuje do kampanii PGE Mamy energię do zmian: https://nowymarketing.pl/a/24079,mamy-energie-do-zmian-ruszyla-rozspiewana-kampania-wizerunkowa-pge. Przerobiona reklama wygląda tak: https://drive.google.com/drive/folders/1d0AA2Zy5KTyuEYfHViusN9M-gu4cGXAG
[2] Instrat Policy Paper 01/2020: 2030. Analiza dot. granicznego roku odejścia od węgla w energetyce w Europie i Polsce: http://instrat.pl/2030-pl-info/
[3] Badania opinii z maja 2019 r. https://www.greenpeace.org/poland/aktualnosci/1239/trzy-czwarte-wyborcow-chce-polski-bez-wegla-w-2030-roku/
Luka płacowa mimo krytyki ma się dobrze. Kobiety ciągle są gorzej wynagradzane niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Ada Tymińska pisze o luce płacowej w Unii Europejskiej.
Z danych opublikowanych przez Eurostat za rok 2018 wynika, że stopa luki płacowej w Unii Europejskiej wyniosła 15,7%[1] . Choć ogólna tendencja jest spadkowa , to zadziwiać może powolne tempo tego spadku oraz, w ogóle, samo istnienie tego zjawiska w tak znaczącej skali – szczególnie biorąc pod uwagę, że zapis o równości wynagrodzenia dla pracowników płci męskiej i żeńskiej znalazł się w Traktacie rzymskim ustanawiającym Europejską Wspólnotę Gospodarczą z 1957 roku. Dlaczego zatem nadal w Polsce i ogólnie, w Unii Europejskiej problem ten pozostaje nierozwiązany?
Zdecydowani liderzy kontra emocjonalne matki
Trudno pokrótce opisać przyczyny, z których wynika istnienie zjawiska nierówności płacowej, nadal, po uchwaleniu licznych aktów prawa krajowego i międzynarodowego służących jego zwalczaniu. Ogólnie powiedzieć można, że istnieje oczywisty związek pomiędzy luką płacową a obecnymi w społeczeństwie postawami dyskryminacyjnymi oraz szkodliwymi stereotypami płciowymi. Zjawiskiem pokrewnym do tego jest także dyskryminacja oparta o zbudowane na doświadczeniu heurystyki. Doświadczenie życiowe, zaobserwowane sytuacje, ale również nabyte w trakcie procesu socjalizacji wzorce, mają wpływ na podejście do pracownika, charakteryzującego się konkretną cechą – w tym wypadku będzie to płeć.
Kobiety są zatem postrzegane jako mniej wydajni pracownicy ze względu między innymi na swoją rzekomą emocjonalność, czy niezdolność do podejmowania logicznych decyzji. Takie postawy myślowe kształtują nie tylko obraz kobiet-pracowniczek z perspektywy pracodawców, ale mają również wpływ na to, w jaki sposób takie kobiety postrzegają siebie same[2]. Z badań statystycznych wynika zatem między innymi to, że kobiety rzadziej wykazują skłonności do zachowań konkurencyjnych oraz częściej zniechęcają się po porażce[3].
Rezultatem tej sytuacji jest silna segregacja zawodowa między pracownikami różnej płci. Przybierać może ona charakter wertykalny, który określa się mianem zjawiska tzw. „szklanego sufitu” (brak możliwości awansu przez kobiety powyżej pewnego poziomu w hierarchii stanowisk), czy „lepkiej podłogi” (awans z niskich stanowisk jest trudniejszy w przypadku kobiet niż w przypadku mężczyzn). Z drugiej strony, segregacja zawodowa ma często również charakter horyzontalny, znacznie trudniejszy w praktycznym zwalczaniu, a polegający na tym, że domeną kobiet są często profesje niżej płatne, w których częściej występuje zatrudnienie o charakterze „prekaryjnym”[4].
Unia i Kodeks pracy na straży równości?
Zapobieganie nierównościom płacowym między kobietami i mężczyznami zostało uznane za jeden z fundamentów prawa wspólnotowego, a potem unijnego[5]. Jego szczególny społeczno-ekonomiczny charakter sytuuje go na pograniczu dwóch zakresów: po pierwsze, rozumiany jako wytyczna o charakterze ekonomicznym ma na celu zapewnienie równości o charakterze czysto ilościowym i ma za zadanie ochronę tych państw, które w wyższym stopniu zapewniają swoim pracownicom-kobietom ochronę przed dyskryminacją. Ponad to rozumienie nadaje mu się jednak również wymiar jednego ze składników „postępu społecznego”, który nie może być redukowany jedynie do wartości stricte gospodarczych. Unia Europejska ma starać się budować społeczeństwo nieobarczone żadną formą dyskryminacji, niezależnie od jej przesłanek – co więcej, w zakresie jej działalności ma znajdować się nie tylko zwalczanie takich zjawisk, ale również zapobieganie im. Za drogę do takiej prewencji uznaje się z jednej strony tzw. „dyskryminację pozytywną”, czy „faworyzację wyrównawczą”, zaś z drugiej – włączanie problemu nierówności w główny nurt polityki i nadawanie mu uniwersalnego charakteru[6].
W polskim prawie realizację tych wytycznych unijnych, skonkretyzowanych w dyrektywie 2006/54/WE, stanowią przepisy Rozdziału IIa Kodeksu pracy. Stanowi on, że w przypadku zaistnienia nierówności płacowej, pracownikowi dyskryminowanemu przysługuje roszczenie do sądu pracy o wyrównanie wynagrodzenie oraz odszkodowanie za doznaną szkodę, wynikającą z nierównego potraktowania. W ramach tych przepisów obowiązuje zasada przeniesionego ciężaru dowodu – poszkodowany pracownik musi tylko uprawdopodobnić zaistnienie sytuacji dyskryminacyjnej.
W rzeczywistości jednak, na skarżącym ciążą bardzo silne obowiązki dowodowe. Zgodnie z jednolitym orzecznictwem Sądu Najwyższego pracownik, dochodzący od pracodawcy odszkodowania za nierówne traktowanie w zakresie zarobków, powinien konkretnie wskazać osoby wykonujące tę samą pracę, bądź pracę mniejszą, a otrzymujące wynagrodzenie wyższe. W praktyce wymaganie to nierzadko okazuje się trudne do spełnienia, a niekiedy wręcz niemożliwe, co pozbawia dyskryminowane kobiety faktycznej możliwości dochodzenia swoich praw. Ponadto, pokrzywdzone pracownice rzadko decydują się na podjęcie drogi sądowej, z obawy przed negatywnymi konsekwencjami w miejscu pracy.
Konieczność mainstreamingu
Według opublikowanego w lutym bieżącego roku raportu Głównego Urzędu Statystycznego pt. Struktura wynagrodzeń według zawodów w październiku 2016 r., przeciętne wynagrodzenie mężczyzn było o 18,5% (734,50 zł) wyższe od przeciętnego wynagrodzenia kobiet[7]. W obliczu tych danych, należy wrócić do pytania z pierwszej części artykułu. Skoro zasada równego traktowania w zakresie wynagrodzenia ma dla Unii Europejskiej tak fundamentalny charakter i obowiązuje już od kilkudziesięciu, to dlaczego takie zjawisko nadal istnieje, a poziomu spadku jego skali nie można uznać (zwłaszcza na przestrzeni ostatnich kilku lat) za zadowalający? Dlaczego, mimo zagwarantowania im prawnych narzędzi ochrony, kobiety wciąż boją się dochodzić swoich praw – albo są ich nieświadome.
Na poziomie czystej legislacji trudno o szersze uregulowanie problemu dochodzenia praw poszkodowanych kobiet, które czyniłoby zadość normatywnemu charakterowi przepisów. Istnieją jednak formy dyskryminacji, wyszczególnione we wstępie, które nie poddają się takim prostym mechanizmom – a i w przypadku tych teoretycznie poddających się, okoliczności faktyczne czynią przepisy bezużytecznymi. Stąd też potrzeba wprowadzenia tematyki równościowej do głównego nurtu polityki, ale również edukacji – to pozwoliłoby na korektę istniejących szeroko stereotypów i wpłynęło na sposób myślenia z jednej strony przyszłych zatrudniających – z drugiej zaś, samych dziewcząt i kobiet, nieświadomych często własnych możliwości.
Kluczową rolę odgrywa tu perspektywa gender mainstreamingu, polegająca na wprowadzaniu perspektywy równości płci do legislacji i działań władz publicznych różnego rodzaju, nie tylko tych bezpośrednio dotyczących zasady równego traktowania[8]. Omawiając nową podstawę programową (co stanowi potrzebę szczególnie naglącą w zakresie tzw. „doradztwa zawodowego”), nowelizację przepisów prawa pracy, czy nową kampanię społeczną dotyczącą zapobiegania nowotworom – i w nieskończenie wielu innych przypadkach – państwo powinno brać pod uwagę perspektywę równości szans kobiet i mężczyzn. Dopóki jednak dyskusja związana z równością płci sprowadza się, jak mogliśmy być świadkami kilka lat temu, do kolejnych interpretacji i reinterpretacji pojęcia gender, trudno spodziewać się w tym zakresie jakichkolwiek działań, a ciężar uświadamiania pozostaje na barkach organizacji pozarządowych oraz instytucji takich jak Rzecznik Praw Obywatelskich.
[1] http://ec.europa.eu/eurostat/tgm/table.do?tab=table&init=1&language=en&pcode=sdg_05_20&plugin=1.
[2] S. Janssen, S. Tuor Sartore, U. Backes-Gellner, Discriminatory social attitudes and varying gender pay gaps within firms, w: „ILR Review”, 69 (1), styczeń 2016, s. 274-6.
[3] Raport IBS pt. Nierówności płacowe kobiet i mężczyzn. Pomiar, trendy, wyjaśnienia, 2016, s. 4-5.
[4] Raport Europejskiego Instytutu ds. Równości Kobiet i Mężczyzn (EIGE) pt. Gender, skills and precarious work in the EU, 2017.
[5] Wyrok w sprawie Defrenne (II), sygn. C-43/75.
[6] C. Barnard, EC Employment Law (II edition), Oxford 2000, s. 228-9.
[7] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-zatrudnieni-wynagrodzenia-koszty-pracy/struktura-wynagrodzen-wedlug-zawodow-w-pazdzierniku-2016-r-,4,8.html.
[8] Por. również podręcznik wydany przez Komisję Europejską pt. Podręcznik włączania problematyki równości płci do głównego nurtu polityk. Zatrudnienie, integracja społeczna i ochrona socjalna z 2008 roku; niektóre państwa, takie jak Belgia, czy Hiszpania już oficjalnie, ustawowo wprowadziły do swojej polityki tę perspektywę.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Energetyka jądrowa nie jest odpowiedzią na zmianę klimatu. W porównaniu z energią ze słońca i wiatru jest zbyt droga, a nowe instalacje buduje się zbyt długo. To jedne z kluczowych wniosków ukazującego się dziś polskiego tłumaczenia fragmentów Raportu o stanie światowego przemysłu jądrowego.
Jego inauguracji towarzyszy wizyta w Warszawie Mycle Schneidera, międzynarodowego eksperta ds. energetyki i wiodącego autora publikacji. Polskie tłumaczenie raportu ukazuje się w wyniku współpracy Przedstawicielstwa Fundacji im. Heinricha Bölla w Warszawie i Instytutu na rzecz Ekorozwoju.
Skrupulatny przegląd stanu wszystkich reaktorów na świecie przeprowadzony w Raporcie prowadzi do interesujących wniosków. Udział energetyki jądrowej w globalnej produkcji energii elektrycznej systematycznie spada – z najwyższego poziomu 17,5% w 1996 r. do 10,15% w roku 2018. Od sześciu lat na całym świecie spada także liczba jednostek w budowie, od 68 reaktorów na koniec 2013 r. do 46 w połowie 2019 r., z czego 10 w Chinach. W związku z tym flota reaktorów jądrowych starzeje się. Średnia wieku reaktorów wynosi dziś ponad 30 lat.
– Energetyka jądrowa najlepsze czasy ma dawno za sobą. 40 lat temu budowano na świecie ponad 230 reaktorów. Dziś niewiele więcej niż 1/5 tej liczby. Obecnie lepsze i bezpieczniejsze perspektywy rysują się przed firmami, które zajmują się rozbiórką reaktorów i zarządzaniem radioaktywnymi odpadami niż przed tymi, które reaktory budują – powiedział w Warszawie na spotkaniu z dziennikarzami Mycle Schneider.
Wobec obserwowanych już gołym okiem skutków kryzysu klimatycznego, w niektórych krajach powróciło pytanie o rolę energetyki jądrowej. W USA koszt megawatogodziny energii elektrycznej wytworzonej z nowej elektrowni atomowej jest od 2 do 5 razy większy niż energii z paneli fotowoltaicznych i od 2 do 6 razy większy niż energetyki wiatrowej na lądzie. Trendy wskazują, że energetyka odnawialna i magazyny energii będą tanieć, a energetyka jądrowa wręcz przeciwnie. W ciągu ostatniej dekady uśrednione koszty produkcji energii słonecznej w skali przemysłowej spadły o 88%, wiatrowej o 69%, podczas gdy koszty produkcji energii jądrowej wzrosły o 23%.
Ponadto w kontekście ochrony klimatu coraz istotniejszym czynnikiem staje się czas. Wg danych zaprezentowanych w Raporcie, budowa nowej elektrowni jądrowej trwa od 5 do 17 lat dłużej niż budowa elektrowni słonecznej lub wiatrowej na lądzie. – Zastępowanie elektrowni węglowych i gazowych drogim oraz powolnym w budowie atomem, a nie szybką i tanią energią odnawialną oznacza, że koniec końców więcej CO2 dostanie się do atmosfery – dodaje Schneider.
Wnioski z raportu mają również znaczenie dla polskiej dyskusji o ochronie klimatu. – Konsekwencje Porozumienia Paryskiego są takie, że kraje wysoko rozwinięte, w tym Polska, muszą odejść od węgla do 2030 roku. Nawet według nazbyt optymistycznych założeń rządu pierwszą elektrownię jądrową uruchomimy w 2033 roku. Program jądrowy w Polsce trwa od 2009 roku. Bez rezultatów. Dalsze łudzenie się fatamorganą energetyki jądrowej w Polsce to prosta droga do dłuższej zależności od węgla – wnioskuje dr Andrzej Kassenberg z Instytutu na rzecz Ekorozwoju.
Ukazujący się co roku Raport liczy ponad 300 stron i jest uznawany za jedno z najlepszych źródeł wiedzy o sytuacji w cywilnym przemyśle jądrowym. Bazuje na wiedzy autorów i autorek z trzech kontynentów. W Polsce po raz pierwszy publikowane jest tłumaczenie jego obszernych fragmentów. O najnowszej edycji pisały już m.in. Reuters, AFP, Bloomberg, Le Figaro, Spiegel Online i HuffPost. – Publikacja trafia do czytelników i czytelniczek w Polsce w szczególnym momencie dyskusji o przyszłości polskiej energetyki. Coraz większa część społeczeństwa zdaje sobie sprawę z groźby katastrofy klimatycznej. Inwestowanie w węgiel dawno przestało się opłacać. Europejski Zielony Ład prowadzi nas prostą drogą do odejścia od paliw kopalnych. Niektórzy postrzegają atom jako alternatywę, a tak naprawdę z wielu powodów nią nie jest. Niniejsza publikacja, analizując w sposób kompleksowy światowe trendy w energetyce jądrowej, pozwala odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących atomu i mamy nadzieję, że tym samym przyczyni się do fachowej dyskusji na ten temat – wyjaśnia Joanna Maria Stolarek, dyrektorka biura Fundacji im. Heinricha Bölla w Warszawie.
Wywiad z reprezentantką nagrodzonej pokojowym Noblem organizacji Lekarze Przeciwko Wojnie Nuklearnej
Ewa Dryjańska: Reprezentujesz organizację Lekarze Przeciw Wojnie Nuklearnej (ang. International Physicians for the Prevention of Nuclear War – IPPNW), która zdobyła Pokojową Nagrodę Nobla w 1985 r. Organizacja została założona w czasie, gdy społeczeństwa tzw. Zachodu były aktywnie zaangażowane w atomowe rozbrojenie, teraz jednak wydaje się, że nie postrzegają atomowego konfliktu jako realnego zagrożenia. Czy jest ono aktualne?
Dr n. med. Angelika Claussen*: W r. 1980 trwała zimna wojna. Świat podzielony był na dwa silnie zmilitaryzowane bloki, będące na krawędzi konfliktu nuklearnego. W tamtym czasie ludzkości zagrażało 70 000 pocisków atomowych. Jeśli nawet jedynie niewielka ich część zostałaby zdetonowana, doprowadziłoby to do unicestwienia ludzkości w wyniku nastania tzw. nuklearnej zimy, podobnej do epoki lodowcowej. Stałoby się tak, ponieważ wybuch pocisków atomowych mógłby doprowadzić do burz ognia i do „zastrzyku” sadzy (szczególnie czarnego węgla) do ziemskiej stratosfery. To spowodowałoby natychmiastowy spadek średnich temperatur na Ziemi i nuklearny głód dotyczący miliardów ludzi.
Niedawno klimatolodzy z zespołu prof. Alana Robocka przeprowadzili nowe badania, z których wynika, że zdetonowanie zaledwie 100 pocisków gdziekolwiek na świecie zaburzyłoby globalny klimat i produkcję rolną w tak znaczącym stopniu, że życie 2 miliardów ludzi byłoby zagrożone.
W 2007 r. razem z innymi organizacjami antynuklearnymi IPPNW zainicjowało Międzynarodową Kampanię na rzecz Zniesienia Broni Nuklearnej (ang. International Campaign to Abolish Nuclear Weapons – ICAN). Zaledwie 10 lat później otrzymaliśmy za nią Pokojową Nagrodę Nobla. Praca ponad 450 organizacji pozarządowych i nasze opracowanie przekonało w 2017 r. 122 państwa ONZ do przegłosowania Traktatu o zakazie broni jądrowej.
Traktat został udostępniony do podpisu w siedzibie ONZ w Nowym Jorku 20 września 2017 r. i pozostanie dostępny na czas nieokreślony. Na dzień dzisiejszy podpisało go 79 państw, a ratyfikowało 33.
W krajach zachodnich, mówiąc o nuklearnym zagrożeniu, wymienia się przede wszystkim państwa przewijające się w serwisach informacyjnych, takie jak Iran czy Korea Północna. Czy ta percepcja odzwierciedla rzeczywistość? Czy chodzi o konkretne kraje, czy raczej o “system” jako taki?
Taka percepcja zagrożenia jest błędna. Odzwierciedla interesy pięciu atomowych mocarstw, które są stałymi członkami Rady Bezpieczeństwa ONZ. To pokazuje, że posiadanie broni jądrowej jest postrzegane jako dysponowanie siłą. Obecnie na świecie znajduje się 13685 pocisków nuklearnych, większość w rękach USA (6185) i Rosji (6500). Korea Północna ma około 10 głowic, a Iran nie posiada żadnej, w przeciwieństwie do Izraela, który ma ich 80, ale nadal oficjalnie zaprzecza, że je ma. To nierozwiązany konflikt polityczny między Izraelem (i wspierającymi go Stanami Zjednoczonymi) a Iranem. Ten punkt zapalny blokuje powstanie strefy bez broni masowego rażenia na Bliskim Wschodzie. O taką strefę zabiega od 2010 r. ONZ.
Członkowie twojej organizacji są zaangażowani również w monitorowanie sytuacji w Fukushimie. Dlaczego zajmujecie się tą kwestią, chociaż nie jest ona związana z bronią jadrową? Jakie są wasze konkluzje dotyczące tej katastrofy?
IPPNW pracuje na rzecz świata bez broni atomowej i bez energetyki jądrowej. Walczymy o pokój i sprawiedliwość w skali lokalnej, regionalnej i globalnej. Technologia nuklearna może służyć zarówno do produkcji energii, jak i broni jądrowej. Celem rozwoju przemysłu na rzecz tej energii (tzw. pokojowe użycie atomu, jak ogłosił prezydent Eisenhower w swojej sławnej mowie przed Zgromadzeniem Generalnym ONZ w 1953 r.) zawsze było ukrywanie możliwości produkcji broni atomowej. Bez prężnej cywilnej energetyki jądrowej i towarzyszącej jej infrastruktury programy rozwoju tej broni nie byłyby w stanie się utrzymać przez wysokie koszty, ryzyko i niedobory wyszkolonego personelu. We wszystkich państwach nuklearnych wojsko wykorzystuje cywilny przemysł jądrowy w postaci zasobów ludzkich, dotacji na badania i infrastruktury.
Oficjalnie broń jądrowa nie została użyta podczas wojny w Iraku. Jak to możliwe, że amerykańskie wojsko posłużyło się czołgami, w których znajdowały się działa z nuklearnymi pociskami? Co mówi na ten temat prawo międzynarodowe? Czy ofiary – irakijscy cywile i amerykańscy weterani mają możliwość, aby domagać się odszkodowania?
Domyślam się, że pytanie dotyczy użycia amunicji ze zubożonego uranu (DU). USA oficjalnie przyznały się do wystrzelenia 116 000 kg tego typu pocisków podczas konfliktu w 2003 r. DU jest produktem ubocznym procesu wzbogacania uranu i zawiera mniej izotopu U-235 oraz znacznie więcej izotopu U-238 niż naturalny uran. Jako substancja jest bardzo gęsty i piroforyczny, wywołuje efekt zapłonu. Ma zastosowanie wojskowe jako materiał będący w stanie niszczyć czołgi i grube betonowe bunkry, gdzie mogą ukrywać się żołnierze i cywile. Dane potwierdzają, że około 33% użytej amunicji zostało wycelowanych w czołgi bądź pojazdy opancerzone. To oznacza, że pozostałe pociski zostały wystrzelone w lekkie pojazdy, budynki i piechotę.
Cząsteczki zubożonego uranu mogą rozprzestrzeniać się na setki metrów, bardzo długo utrzymują się w środowisku, są radioaktywne i toksyczne. Lata po zakończeniu konfliktu stanowią szczególnie wielkie zagrożenie dla kobiet w ciąży i dzieci, które bawią się blisko pozostałości czołgów.
Do tej pory nie ma regulacji, które zabraniałyby użycia amunicji ze zubożonym uranem. Choć Międzynarodowa Koalicja na Rzecz Zakazu Broni Uranowych (ang. International Coalition for the Ban of Uranium Weapons – ICBUW), której jesteśmy członkiem, pracuje nad tym od lat, do tej pory nie odnieśliśmy sukcesu. Zbyt wiele krajów, jak USA, Wielka Brytania, Francja, Rosja, Chiny czy Izrael, które posiadają tego typu broń, chce kontynuować jej użycie, jeśli armia uzna to za stosowne.
Czy kraj, który dysponuje energetyką jądrową, ale nie posiada broni atomowej, jest także istotny dla waszej aktywności? Nawet jeśli użytkuje tę energię jedynie do celów pokojowych?
W amerykańskiej bazie wojskowej Büchel w Niemczech znajduje się 20 amerykańskich bomb jądrowych. Na terenie 5 krajów NATO: Niemiec, Holandii, Belgii, Włoch i Turcji znajduje się w sumie – na mocy umowy w ramach sojuszu – 150 takich bomb. W Niemczech narasta protest przeciwko broni atomowej w Büchel. Zabiegamy o to, żeby niemiecki rząd odesłał bomby z powrotem do USA i podpisał Traktat o zakazie broni jądrowej.
Ruch antyatomowy w Niemczech jest nadal silny. W mocy jest prawo wygaszające energetykę jądrową. W 2022 r. ostatnia z 7 elektrowni atomowych, które są nadal podłączone do sieci, będzie musiała zostać zamknięta. Ale dwie instalacje jądrowe będą kontynuowały produkcję materiału jądrowego. Jest to zakład wzbogacania uranu w Gronau, który należy do kopalno-atomowych firm RWE i E.ON. Druga instalacja jest własnością francuskiej firmy nuklearnej AREVA/ANF. Przetwarza zużyte paliwo jądrowe dla elektrowni atomowych.
Ostatnio odpady jądrowe z zakładu w Gronau zostały ponownie wysłane do Rosji. Zaangażowana w ten proces jest rosyjska państwowa spółka Rosatom. Byliśmy w stanie powstrzymać taki eksport w 2009 r. Teraz dowiedzieliśmy się, że niemiecki rząd zezwolił na taki transport do Rosji ponownie, więc znowu zaczęliśmy protestować z grupami antyatomowymi z tego kraju.
Czy możliwe jest wskazanie konkretnych krajów lub grup, które wspierają wasze działania i są bardziej skłonne do współpracy?
Jesteśmy szczególnie nastawieni na współpracę z ruchem antyatomowym w Holandii, Belgii, Francji i Rosji, jak również w Wielkiej Brytanii i USA, by razem budować międzynarodową kampanię antynuklearną, co pomogłoby nam, by wymóc zamknięcie instalacji w Gronau i Lingen.
W Europie Środkowo-Wschodniej bardzo silna jest austriacka organizacja Global 2000 z Wiednia. Razem jesteśmy członkami koalicji „Don’t nuke the climate” („Nie jądrujcie klimatu”). W październiku tego roku Global 2000 i nasza koalicja zorganizowały razem udaną konferencję międzynarodową sprzeciwiającą się propagandzie klimatycznej Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.
Poza tym mamy bardzo bliskie relacje ze szwajcarskim oddziałem IPPNW, przede wszystkim w zakresie wspólnych badań i kampanii. W tym roku opublikował on studium ryzyka nuklearnego dla Europy, w którym zanalizowane zostały skutki potencjalnego wypadku jądrowego w 4 szwajcarskich reaktorach atomowych i jednym francuskim, położonym blisko szwajcarsko-francuskiej granicy.
Jądrowe substancje mają zastosowanie również w medycynie. Czy według IPPNW mogą być one stosowane?
Radioaktywne izotopy mają zastosowanie w medycynie do celów diagnostycznych i terapeutycznych. Najważniejszym zastosowaniem radioterapii jest leczenie raka i nadczynności tarczycy. Zastosowanie promieniowania jonizującego na komórki rakowe powoduje przerwanie ich łańcucha DNA i zamieranie, uniemożliwiając namnażanie nowotworu. Choć radioterapia związana jest z wieloma nieprzyjemnymi efektami ubocznymi, to generalnie jest efektywna w spowolnieniu rozrostu raka, a w niektórych przypadkach wywołuje jego regresję.
W medycynie nuklearnej radioaktywne izotopy, takie jak Technet-99, są wykorzystywane w procesach diagnostycznych, jak np. w pozytonowej tomografii emisyjnej (PET) czy tomografii emisyjnej pojedynczych fotonów (SPECT). Dzięki tej technologii lekarze są w stanie zbadać przepływ krwi w poszczególnych organach i ocenić ich wydolność czy też oszacować wzrost kości. Użyte w niej radioizotopy mają zazwyczaj krótki okres promieniotwórczości i ulegają rozpadowi, zanim emitowana przez nie radioaktywność może źle wpłynąć na organizmy pacjentów.
Dziękuję za rozmowę.
*Dr n. med. Angelika Claussen, europejska wiceprezeska organizacji Lekarze Przeciwko Wojnie Nuklearnej.