Kiedy i forma nauczania, i jego treść są zupełnie odmienne od tych znanych ze szkolnych koszmarów, edukacja dostaje drugą szansę. I nazywa się Szkoleniem Liderów Agroekologii.

Po pierwsze, Agroekologia

Agroekologia jest integralnym podejściem łączącym ekologię (naukę o ekosystemach), agronomię (naukę o rolnictwie) i nauki społeczne dla projektowania systemów rolno-żywnościowych i zarządzania nimi. Podejście to traktuje gospodarstwo rolne jako ekosystem i korzysta z relacji między jego elementami dla zrównoważonego zwiększenia efektywności upraw. Agroekologia promuje rolnictwo oparte o praktyczne doświadczenie rolników i teoretyczną wiedzę naukową. Celem jest minimalizacja uzależnienia od nakładów zewnętrznych (nawozów sztucznych, środków ochrony roślin, energii z paliw kopalnych) i dążenie do domykania obiegów energii i materii na poziomie gospodarstwa.

Agroekologia jest odpowiedzią na porażkę zielonej rewolucji (powojennej koncepcji intensyfikacji produkcji rolnej w oparciu o wzrost nakładów: nawozów sztucznych, środków ochrony roślin i paliw kopalnych). Od lat 80. XX wieku mówi się, że przemysłowy model rolnictwa nie rozwiązuje problemu głodu na świecie, a dodatkowo generuje ogromne koszty (społeczne, środowiskowe) i jest wrażliwy na zmianę warunków klimatycznych. Dlatego w 2014 roku FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa) oficjalnie uznała zieloną rewolucję za niepowodzenie i wycofała się z tej polityki na rzecz agroekologii, która przeciwdziała degradacji ekosystemów, a tym samym chroni bioróżnorodność [1].

Agroekologia to rozwijająca się dziedzina badań naukowych i zbiór praktyk rolniczych, ale także dynamicznie powiększający się, międzynarodowy ruch społeczny rolników i wytwórców żywności. To ruch dążący do całościowej transformacji systemu żywnościowego.

Po drugie, edukacja

Agroekologia kładzie nacisk na współtworzenie wiedzy i dzielenie się nią. Wiedza rolnicza jest nierozerwalnie związana z praktyką, powinna zatem rodzić się w kontakcie z ziemią i społecznością, w której ma być stosowana. Dlatego agroekologia podkreśla wagę horyzontalnej wymiany wiedzy pomiędzy rolnikami (ang. farmer to farmer). Realizuje się ona podczas spotkań, na których edukatorzy, rolnicy, praktycy i naukowcy uczą się od siebie nawzajem. Taka wymiana wiedzy, doświadczeń i umiejętności oparta jest na zasadach równości – nie ma w niej hierarchii wiedzy – ta praktyczna i ta naukowa są równie cenne. Takie podejście wzmacnia więzi społeczne i pozwala współtworzyć wiedzę, która – jako dobro wspólne społeczności, w której powstała – jest doskonale dopasowana do lokalnych warunków.

Agroekologia chętnie łączy wiedzę praktyczną z badaniami naukowymi, ale sprzeciwia się narzucaniu zunifikowanych, technokratycznych rozwiązań, które nie są dostosowane do lokalnego kontekstu. Jest również ostrożna wobec innowacji – krytykuje te, które noszą znamiona korporacyjnych produktów służących greenwashing’owi (praktyce mającej na celu wywołanie w konsumentach poczucia, że proponowane im produkty są przyjazne środowisku, kiedy w istocie jest to jedynie element kampanii marketingowej), rozwiązań cementujących status quo, czyli rozwój korporacyjnego agrobiznesu. Wspiera natomiast te, które mają transformatywny potencjał [2].

Po trzecie, Szkolenie Liderów Agroekologii

Pierwsze w Polsce Szkolenie Liderów Agroekologii zostało zorganizowane jesienią 2019 roku w ramach projektu AgroPermaLab. Przeznaczone było dla rolników i rolniczek, edukatorek i edukatorów, a także aktywistek i aktywistów działających w organizacjach rolniczych. Dziesięciodniowe szkolenie w oparciu o program i metodologię włoskiej “szkoły chłopskiej” Schola Campesina odbyło się w październiku 2019 roku w Ekologicznym Uniwersytecie Ludowym w Grzybowie. Program szkolenia dotyczył takich zagadnień jak: suwerenność żywnościowa, agroekologiczne praktyki rolnicze, adaptacja rolnictwa do zmiany klimatu, lokalne sieci dystrybucji, lokalne zarządzanie wspólnymi zasobami i prawa do nich (woda, ziemia, nasiona, bioróżnorodność), polityki publiczne wokół rolnictwa i żywności oraz ekonomia społeczna. Trenerami podczas szkolenia byli eksperci (m.in. Andrea Ferrante, lider Schola Campesina czy prof. Zbigniew Karaczun z SGGW) i praktycy z Polski i Europy, a zajęcia w dużej mierze miały charakter dyskusji. Uczestnicy wymieniali się praktykami i doświadczeniami, a następnie zastanawiali się, jak przenosić tę wiedzę na konkretne, dobrze znane im konteksty środowisk, w których pracują na co dzień (np. sposoby na organizowanie współpracy rolników i drobnych producentów i łączenie ich z konsumentami; sposoby zarządzania wodą w gospodarstwie, etc.). W fazie przygotowań oraz podczas samego szkolenia wypracowano jego metodologię i program, stworzono narzędzie do diagnozy gospodarstw pod kątem zgodności praktyk z założeniami agroekologii, wypracowano sieć kontaktów i rozpoczęto współpracę w ramach tej sieci, zainicjowano powstanie kolektywu edukatorów agroekologii, a także rozpoczęto prace nad polskim Stanowiskiem ws. Agroekologii.

Być może brak zinstytucjonalizowania jest wielką zaletą tego rodzaju edukacji. Najważniejsze nie jest ukończenie kursu czy certyfikat, ale doświadczenie, które zmienia podejście do edukacji, nauki i praktyki. Kluczowe jest osobiste zaangażowanie: w tworzenie wiedzy, dzielenie się nią. Siłę daje też poczucie, że do najlepszych rozwiązań dochodzi się razem, pracując nad konkretnymi zagadnieniami. Po jesiennym szkoleniu 20 nowych liderów i liderek agroekologii rozjechało się po Polsce, by pracować w swoich społecznościach i środowiskach. By edukować, działać, transformować.

Joanna Perzyna

Przypisy:

[1] Raport podsumowujący międzynarodowe seminarium nt agroekologii dla bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia dostępny jest tutaj: http://www.fao.org/3/a-i4327e.pdf
[2] Zgodnie z raportem opracowanym przez Panel Ekspertów Wysokiego Szczebla ds. Bezpieczeństwa Żywnościowego i Żywienia (ang. HLPE – High Level Panel of Experts) Komitetu ds. Światowego Bezpieczeństwa Żywnościowego ONZ Innowacje rozpatruje się w dwóch głównych kategoriach: „(i) zrównoważona intensyfikacja systemów produkcyjnych i powiązane podejścia (rolnictwo przyjazne dla klimatu (ang. CSA – Climate Smart Agriculture), rolnictwo ukierunkowane na wyżywienie (ang. NSA – Nutrition-Sensitive Agriculture) i zrównoważone łańcuchy wartości w sektorze spożywczym), które ogólnie polegają na stopniowych przekształceniach w kierunku SFSs; oraz podejścia agroekologiczne i powiązane z nimi (w tym rolnictwo ekologiczne, agroleśnictwo i permakultura), które niektórzy uważają za bardziej transformatywne. Podczas gdy podejścia z pierwszej kategorii wychodzą z założenia, że aby sprostać przyszłym wyzwaniom należy w zrównoważony sposób zwiększyć produktywność z jednostki powierzchni – i to właśnie oznacza zrównoważona intensyfikacja – podejścia zaliczane do drugiej kategorii kładą nacisk na zmniejszenie nakładów i wspieranie różnorodności biologicznej oraz społeczną i polityczną transformację skupioną na poprawie zdrowia ludzi i ekosystemów.”

 

Dopiero wiosna, a już niektórzy myślą o wakacjach. Istnieje jednak ryzyko, że w przeciągu najbliższych dekad nie odpoczniemy nad polskim morzem beztrosko i w pełni, a budżety gmin nadmorskich się odchudzą. W ostatnich dwóch latach średnia liczba zamkniętych morskich kąpielisk oscylowała wokół 50, na 146 egzystujących. Nadmierny toksyczny zakwit sinic stwierdzono w 61% z nich [1]. Latem coraz częściej i w większym natężeniu obserwujemy bądź (uchowaj) doświadczamy malowniczych obrazów na wodzie, tworzonych przez sinice. Na tym ich zdradliwy urok się kończy. Niestety, jak to bywa w powieściach kryminalnych, to nie one są winne.

 

 

 

 

 

Fot. 1. 'Obraz na wodzie’ – intensywne zakwity fitoplanktonu i sinic są coraz częstsze (NASA, lipiec 2018)

 

 

 

PO NITCE DO KŁĘBKA, PO RZECE DO BAŁTYKU

Otoczony dziewięcioma krajami – Estonią, Danią, Finlandią, Niemcami, Łotwą, Litwą, Polską, Rosją i Szwecją oraz rzekami z nich dopływającymi, Bałtyk jest naszym wspólnym, dzielonym sercem lub … koszem na śmieci. Ocena jakości wód Bałtyku może nam dużo powiedzieć o ludzkim (bądź nie) podejściu do naszego morza. Ostatnia przyniosła w 2017 r. wynik negatywny. Na taki stan złożyły się przede wszystkim bardzo złe warunki natlenienia, nadmierne zakwity fitoplanktonu, również stężenia substancji odżywczych (fosforanów oraz azotu), tzw. biogenów [2].

Obszar całego zlewiska zajmujący – obrazowo – cztery Bałtyki razem wzięte, zamieszkuje międzynarodowo 85 milionów mieszkańców. Całą Polskę – 38 milionów 386 tys. osób. Kolejne 1,8 mln zjechało w ostatnim sezonie wakacyjnym tłumnie nad polskie plaże jako turyści [3]. Wydaje się to wystarczającą liczbą ludzi i rąk, aby zatroszczyć się o nasz wspólny przecież akwen.

Z najmłodszym i najsłodszym morzem świata cukierkowo bowiem nie jest. Przyczyna jakże trywialna – ludzie „wzbogacający” rzeki spływające do Bałtyku w zanieczyszczenia rozmaitego kalibru. Nadbałtyckie dorzecza* obrazuje międzynarodowo poniższa mapa [s.2]

7 największych rzek obejmuje 50% zlewni Morza Bałtyckiego, będąc także największymi nośnikami zanieczyszczeń: Göta (Szwecja) i Kemi (Finlandia), Daugava tj. Dźwina (rzeka dzielona: Rosja, Białoruś Łotwa), Niemen (Litwa, Białoruś, Rosja, Polska, Łotwa), Odra (Polska, Niemcy, Czechy), Wisła (Polska, Białoruś, Ukraina i Słowacja) i Newa (Rosja, Finlandia) [4].

Mapa 1. Dorzecza regionu Morza Bałtyckiego [źródło: CCB]

Wprowadzanie zanieczyszczeń jest szczególnie niebezpieczne w przypadku prawie zamkniętego morza, takiego jak Bałtyk, gdzie czas wymiany wody wynosi od 25 do 35 lat. Bałtyk potrzebuje więc w przybliżeniu 1/3 naszego ludzkiego żywota na zdrową wymianę swoich wód.

Jako stosunkowo małe, płytkie i zamknięte morze ma on bardzo ograniczoną zdolność do usuwania zanieczyszczeń, co czyni go niezwykle wrażliwym ekosystemem. Czy my wykazujemy wystarczającą troskę i delikatność w odpowiedzi na jego wrażliwość?

Dane ilustrujące całkowite obciążenia azotem i fosforem spływające siedmioma największymi rzekami do Bałtyku [Mapa 2.] pokazują, że jesteśmy wobec Bałtyku nad wyraz presyjni, od lat.

Mapa 2. Całkowity ładunek azotu i fosforu z dorzeczy 7 największych rzek nadbałtyckich – dane z 2014 [4]

Z polskich rzek do Bałtyku rocznie wpada ok. 140 tys. ton azotu i 13 tys. ton fosforu. W bilansie ogólnym jest to odpowiednio 24% i 43% całkowitych ładunków tych biogenów, dostarczanych przez rzeki do Morza Bałtyckiego [4]. Wśród 7 największych rzek regionu bałtyckiego to Wisła miała najwyższy całkowity ładunek azotu i fosforu w 2014 r. Odpowiednio 26% i 37% [5].

PALCEM NA WODZIE … MALOWANE

Wynikiem przelewania się tej czary goryczy jest eutrofizacja – niekorzystne zwiększenie żyzności wód, będące nadal jednym z głównych problemów środowiskowych regionu bałtyckiego. Zmiana sposobu produkcji rolnej (rozdział produkcji zwierzęcej od roślinnej), nieprzestrzeganie dobrych praktyk rolniczych w kwestii przechowywania nawozów, dawkowania, zagospodarowania odchodów zwierząt hodowlanych to jedno. Brak oczyszczalni ścieków lub/i nielegalne zrzuty ścieków komunalnych oraz przemysłowych dopełniają dzieła. Dla przykładu: w Gdańsku oczyszczalnia powstała kilka lat temu, w St. Petersburgu 2 lata temu, w Kaliningradzie nie ma do tej pory. „Nic w przyrodzie nie ginie”, ściek także.

Wracając do malowniczych obrazów na wodzie – azot i fosfor przenoszone są z pól do morza przez rzeki i strumienie. Na Bałtyku zaś stają się źródłem pożywienia dla glonów i mikroorganizmów, które mogą rosnąć i kwitnąć do tego stopnia, iż wyczerpują życiodajny tlen w wodzie.

 

Fot. 1. Letni wzmożony 'atak’ sinic – 28 lipiec 2018, Sopot

[źródło: https://www.facebook.com/miedzychmurami]

I tak skarb, który na tle Europy Polskę wyróżnia – piękne naturalne rzeki, dzięki nam staje się niestety pasem transmisyjnym biogenów i zanieczyszczeń. Badania mówią, wprost, że to właśnie nawożenie i hodowla zwierząt są głównymi źródłami zanieczyszczenia rzek substancjami biogennymi – jest to ok. 90 proc. w skali kraju. Rezultat – 97% Morza Bałtyckiego dotknięte jest eutrofizacją [6]. Polska zaś nadal pozostaje w czołówce krajów najbardziej odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, zajmując niechlubne I miejsce ze względu na przeważający charakter rolniczy i zaludnienie. Dania zaś i Szwecja przodują pod względem nawożenia.

Niestety nie mamy się czym chwalić również w przestrzeni prawnej. Jako Polska nie wypełniliśmy do tej pory zarówno wymagań Ramowej Dyrektywy ws. Strategii Morskiej, jak i Ramowej Dyrektywy Wodnej, dbających swoimi zapisami o dobry stan naszych wód. W 2014 Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, iż Polska uchybiła zobowiązaniom wdrażania dyrektywy azotanowej dotyczącej ochrony wód przed zanieczyszczeniami azotanowymi pochodzenia rolniczego. W celu uniknięcia kar Polska przedstawiła działania naprawcze i przygotowała w 2017 Ustawę Prawo Wodne oraz stosowne Rozporządzenie Rady Ministrów.

Pocieszenie możemy znaleźć w tym, iż nie jesteśmy sami. Nasi sąsiedzi, Niemcy również są przedmiotem postępowania sądowego ws. dyrektywy azotanowej. Eutrofizacja jest wspólnym problemem, warto więc spoglądać wspólnie także na rozwiązania.

MARTWICA – GDY ZACZYNA BYĆ ZA PÓŹNO

Na tym jednak nie koniec wątku kryminalnego. Rozprzestrzenianie się okresowego „kwitnienia morza” doprowadziło do pojawienia się i rozrastania stref śmierci. Dzięki spływowi zanieczyszczeń i wzrastającej globalnie temperaturze fitoplankton i wspomniane sinice rozmnażają się „na potęgę” tak, że wyczerpują zawartość tlenu w wodzie. Gdy tlenu brak, życie zamiera – tworzą się wówczas tzw. martwe strefy (Mapa 3.).

Mapa 3. Rozszerzanie się martwych stref w Morzu Bałtyckim na przestrzeni lat [7]

Brak tlenu (czarny kolor) = śmierć, czerwony = ekstremalnie niska koncentracja tlenu

W rezultacie nasz unikalny Bałtyk zawiera w sobie siedem z dziesięciu największych morskich martwych stref na świecie. Co gorsza, w ostatnim stuleciu plamy śmierci na Bałtyku zwiększyły się 10-krotnie [7,8]. Bałtyk się dusi, a my pomagamy mu własnymi rękoma.

A MOŻE BY TAK (jednak) NAD BAŁTYK?

Dane wskazują, że ludzie jadą. Jadą nad polskie morze. Jedzie ich coraz więcej – nadal obserwowany jest wzrost liczby turystów, już od paru lat. Dobra pogoda zachęca, nie tylko plażowiczów, ale i …toksyczne sinice.

22 marca obchodzimy Światowy Dzień Wody. Jest to również Dzień Ochrony Morza Bałtyckiego. 18 września zaś przypada Światowy Dzień Monitoringu Wody – wydaje się to właściwą kolejnością, pamiętając, że to rzeki przynoszą wodę do Bałtyku, niosąc też nasze „podarunki”.

Zanim zaczniemy narzekać, że w innych krajach jest lepiej, że u nas plaże zamknięte i że trzeba wyjeżdżać za granicę, wyobraźmy sobie… że możemy coś zrobić i to zróbmy.

W skali Kowalskiej i Kowalskiego – lepsze praktyki zarządzania gospodarstwem rolnym są jedną z możliwości: stosowanie mniejszego dawkowania nawozu, stosowanie osłon upraw, uszczelnianie zbiorników i silosów, uszczelnianie szamb i wymaganie wprowadzania sprawnej kanalizacji. Właściwe praktyki rolnicze, nawet drobne, potrafią zatrzymać spływ biogenów do wód, podtrzymując i zwiększając żyzność gleby, w konsekwencji wpływając na poprawę dochodów rolnika. Również przejście na rolnictwo biodynamiczne, ekologiczne przynosi obiecujące korzyści, warto także zapoznać się z progresywnymi praktykami rolnictwa recyrkulacyjnego.

Co jednak,  jeśli Kowalscy rolnikami nie są? Jak mogą ratować sytuację? Wybierając się na wypoczynek do agroturystyki – można sprawdzić, czy stosowane tam praktyki rolnicze są z gatunku właściwych. Mając wybór – ograniczmy produkty odzwierzęce. Robiąc zakupy – nie przesadzajmy z zapasami. Polska jest w liderskiej piątce europejskich krajów marnujących żywność (235 kg/os rocznie)!

W szerszym kontekście, organizacje społeczne i ekologiczne działają na rzecz środowiska i społeczeństwa w nim żyjącego od lat. Przygotowały europejskie, a więc i dotyczące Polski manifesty oraz plany działań: tegoroczny Niebieski Manifest dot. ratowania mórz i oceanów, The Baltic Shadow Plan – aktualny plan dla przyszłości Bałtyku czy Deklarację I Europejskiego Szczytu Rzek (2018). Przedstawiciele polskich organizacji i reprezentanci społeczeństwa obywatelskiego uformowali w 2016 platformę działań na rzecz ochrony polskich rzek – Koalicję Ratujmy Rzeki. W zamierzeniu zgromadzi ona możliwie spójny głos użytkowników rzek w Polsce, prowadzący do konkretnych zmian w zakresie ochrony wód. Europejskie, w tym polskie społeczeństwo opowiedziało się także za nieosłabianiem Ramowej Dyrektywy Wodnej podczas procesu sprawdzania sprawności tejże dyrektywy (2018).  Czekamy na rozwój wydarzeń – Komisja Europejska nie zobowiązała się jeszcze do nieotwierania dyrektywy tj. pozostawienia jej bez zmian.

Także naukowcy podają pomocną dłoń – dla poprawy sytuacji należy bowiem jak najszybciej przywrócić tereny podmokłe wzdłuż większości rzek w Polsce, aby rzeki mogły się lepiej oczyszczać [9]. Nie zwalnia to nas, obywateli (przedsiębiorców, rolników, turystów, mieszkańców) z obowiązku niezanieczyszczania.

Mimo ambitnych celów i obietnic ochrony i przywrócenia środowiska morskiego Bałtyku do 2021 r., kraje są jeszcze daleko od osiągnięcia wyznaczonych celów. Zgodnie z najnowszą oceną realizacji HELCOM z 2018 r.  (…) tylko 24% działań krajowych zostało zakończonych, 60% częściowo zrealizowanych, 68% wspólnych działań uznano za zakończone [10].

Czy zakończymy kryminał happy-endem bądź przynajmniej bezkrwawym zakończeniem dla nas wszystkich? Pamiętajmy, że do XIX w Bałtyk był jednym z najczystszych mórz na świecie i nadal jest naszą wspólną cenną unikalną perłą. Pomyślmy o tym, zanim tego roku rozłożymy swój parawan nieopodal toksycznej zupy, którą sami sobie zagotowaliśmy.

 ŻRÓDŁA:

    1. Raport – Podsumowanie sezonu kąpielowego 2018, Główny Inspektorat Sanitarny
    2. Ocena stanu środowiska polskich obszarów morskich Bałtyku na podstawie danych monitoringowych z roku 2017 na tle dziesięciolecia 2007-2016, GIOS 2018
    3. Dane GUS 2019
    4. HELCOM, 2018.Sources and pathways of nutrients to the Baltic Sea. Baltic Sea Environ. Proc. 2018, 153, 1–47
    5. HELCOM, 2018. Input of nutrients by the seven biggest rivers in the Baltic Sea region. Baltic Sea Environment Proceedings No.161
    6. HELCOM, 2018. State of the Baltic Sea – Second HELCOM holistic assessment 2011-2016. Baltic Sea Environment Proceedings 155.
    7. European Environment Agency, 2016, Development of oxygen depletion in the Baltic Sea over time
    8. Jacob Carstensena,1, Jesper H. Andersena, Bo G. Gustafssonb, and Daniel J. Conleyc, 2014. Deoxygenation of the Baltic Sea during the last century
    1. Jabłońska, E.; Wiśniewska, M.; Marcinkowski, P.; Grygoruk, M.; Walton, C.R.; Zak, D.; Hoffmann, C.C.; Larsen, S.E.; Trepel, M.; Kotowski, W. Catchment-Scale Analysis Reveals High Cost-Effectiveness of Wetland Buffer Zones as a Remedy to Non-Point Nutrient Pollution in North-Eastern Poland. Water 2020, 12, 629

https://www.uw.edu.pl/o-korzysciach-z-mokradel-w-artykule-naukowcow-z-uw

    1. Helcom Stakeholders Conference 2020, NGOs urge Baltic countries to speed up commitments to the Baltic Sea Action Plan, conference news 

Ewa Leś: Przewodnicząca Grupy Roboczej ds. Dorzeczy regionu bałtyckiego (Coalition Clean Baltic), członkini – współzałożycielka Koalicji Ratujmy Rzeki, współinicjatorka i koordynatorka pierwszego w Polsce Wodnego Okrągłego Stołu ws. ochrony wód i rzek przy współpracy z Ministerstwem Środowiska (2009-2011). Obserwatorka w Międzynarodowej Komisji Ochrony Odry przed Zanieczyszczeniem.

Wywodzi się ze swoich dwóch macierzystych organizacji Towarzystwa Przyjaciół Rzek Iny i Gowienicy oraz Eko-Unii. Współpracuje głównie w obszarze wód i obszarów podmokłych, edukacji, współpracy transgranicznej, konfliktów wodnych wprowadzaniu realnych pozytywnych zmian. Nastawiona na wzmacnianie 'demokracji wodnej’ włączającej szerokie grono użytkowników wód. Biolożka z zawodu, patrząca jednak w kierunku ludzi i ich postrzegania środowiska.

Konsultacja: mgr inż. Maria Staniszewska, Polski Klub Ekologiczny, specjalistka w zakresie rolnictwa i eutrofizacji Bałtyku, członkini polskiego Global Water Partnership, ekspertka ds. rolnictwa w Coalition Clean Baltic oraz ds. eutrofizacji i przyjaznych praktyk rolniczych w Koalicji Żywa Ziemia.

Fot. Marcin Wrzos

Stanowisko Europejskiej Koordynacji Via Campesina ws. nowej strategii UE „Od pola do stołu”

Bruksela, 20 maja 2020

Komisja Europejska ogłosiła dzisiaj nowe strategie – „Od pola do stołu” i na rzecz różnorodności biologicznej – których celem jest stworzenie sprawiedliwego, zdrowego i ekologicznego sytemu żywnościowego oraz ochrona środowiska naturalnego. Obie strategie wzmacniają się wzajemnie i łączą naturę, rolników i rolniczki, przedsiębiorstwa oraz konsumentów we wspólnej pracy na rzecz konkurencyjnej i zrównoważonej przyszłości.

Jakkolwiek w opublikowanym dzisiaj dokumencie Komisja Europejska przyznaje, że pandemia COVID-19 uwidoczniła znaczenie stabilnego i odpornego systemu żywnościowego, który może funkcjonować w każdych okolicznościach, oraz że podczas obecnej epidemii zwiększyło się zapotrzebowanie na krótsze łańcuchy dostaw, przedstawiona przez nią strategia nie jest właściwą drogą do spełnienia tych społecznych potrzeb.

Strategia „Od pola do stołu” ne uznaje wysokiej wartości drobnego rolnictwa w procesie naprawy niezrównoważonego systemu żywnościowego, za to kładzie nacisk na to, że technologie cyfrowe i nowe techniki modyfikacji genetycznej mogą poprawić zrównoważenie na każdym etapie łańcucha dostaw żywności.

W odniesieniu do Wspólnej Polityki Rolnej strategia podkreśla, że programy ekologiczne (eco-schemes) będą opcją służącą do promocji zrównoważonych praktyk „takich jak rolnictwo precyzyjne, agroekologia (w tym rolnictwo ekologiczne), rolnictwo węglowe i agroleśnictwo”, mieszając ze sobą praktyki o całkowicie odmiennym charakterze.

Pozytywnym aspektem jest to, że strategia „Od pola do stołu” wspomina o potrzebie przestrzegania zasad europejskiego filaru praw socjalnych, zwłaszcza w przypadku pracowników/pracowniczek tymczasowych, sezonowych i wykonujących pracę niezgłoszoną. Jednakże w dokumencie brakuje nawiązania do Deklaracji Praw Chłopów i Chłopek ONZ, która na najwyższym poziomie międzynarodowym uznaje wartość zrównoważonego systemu żywnościowego, który Komisja chce promować na całym świecie.

Europejska Koordynacja Via Campesina od dawna uparcie podkreśla, że strategia „Od pola do stołu” jest okazją do rozpoczęcia prawdziwej transformacji systemu żywnościowego i zagwarantowania bezpieczeństwa żywnościowego wszystkim ludziom poprzez system oparty na suwerenności żywnościowej. Jednakże od samego początku strategia ta mierzy się z problemem braku wiarygodności i spójności – jeżeli polityka handlowa i umowy o wolnym handlu nie zostaną zakwestionowane, a niespójności pomiędzy politykami handlową, rolno-żywnościową, ochrony środowiska i społeczną nie będą  skorygowane, dokument ten stanie się jedynie kolejnym chwytem marketingowym – przykrywką dla rzeczywistej polityki promowanej przez Komisję Europejską.

Tutaj można przeczytać postulaty ECVC dotyczące strategii UE; zostaną one uaktualnione, tak szybko jak to możliwe, wraz z analizą końcowego dokumentu. Zachęcamy również do czytania komentarzy na stronie ECVC na Twitterze.

źródło: eurovia.org

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

za: Nyeleni Polska

 

Ludzkość  stoi wobec największego  w dziejach wyzwania – kryzysu klimatycznego. Topnienie lodowców postępuje na niespotykaną dotąd skalę. Podnoszenie się poziomu morza i coraz większa częstotliwość katastrofalnych powodzi  są w tych warunkach nieuchronne, nawet jeśli uda się zredukować do pewnego stopnia emisje gazów cieplarnianych.
Z Lynn Sorrentino* rozmawia Ewa Dryjańska.
Ewa Dryjańska: Kilka wysp w Oceanii zostało już wchłoniętych przez wody morskie, których poziom stale się podnosi na skutek zmian klimatu. Nie zmieniło to jednak zbytnio naszych zachowań w kwestii konsumpcji energii czy nawyków konsumenckich. Badania wskazują, że zalanie zagraża także w obecnym stuleciu znacznym obszarom   na wszystkich kontynentach, w tym w Polsce.

Lynn Sorrentino: Ten brak zainteresowania w związku ze zniknięciem części Wysp Salomona jest tu dobrym przykładem, bo informacja o tym ewidentnie została odnotowana w mediach w maju 2016 r. Miało to katastrofalne skutki dla tamtejszej społeczności. Świadomość globalnych problemów powoli rośnie, co mogliśmy zauważyć w postaci cotygodniowych szkolnych strajków dla klimatu, a także  większej wiedzy na ten temat w wielu miastach, coraz częściej zalewanych przez fale powodziowe. Jednak wiele badań wskazuje, że większość ludzi nie postrzega globalnego ocieplenia ani nabrzeżnych powodzi w kategoriach bezpośredniego, osobistego zagrożenia, ponieważ nie jest ono namacalne. Jest abstrakcyjne, w przeciwieństwie do “zwykłej” powodzi, na skutek której rodzina lub cała społeczność musi zostać przesiedlona. Prognozy są zgodne co do podnoszenia się poziomu mórz oraz częstych i ekstremalnych nabrzeżnych powodzi wywołanych przez zmiany klimatyczne, o czym informuje choćby Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu przy ONZ (IPCC). W miarę jak coraz więcej ludzi będzie doświadczać gwałtowniejszych i częstszych powodzi, poziom zaniepokojenia i percepcja zagrożenia będzie wzrastać. Na percepcję takich zagrożeń jak wzrost poziomu mórz, zmiany klimatyczne czy nabrzeżne powodzie wpływa wiele czynników, a poszczególne osoby są na nie narażone w różnym stopniu w zależności od zamożności, wykształcenia, stanu zdrowia, płci, wieku czy stopnia zintegrowania danej społeczności.

Kiedy dokładnie możemy się spodziewać zalania wybrzeży? Które dokładnie obszary mogą zostać zalane?

Według prognoz nadmorskie populacje osiągną do 2080 r. 800 milionów mieszkańców, tym dotkliwsze więc będą skutki podnoszenia się poziomu mórz dla mieszkańców, infrastruktury i systemu opieki medycznej. Ale już obecnie wiele nadmorskich miast ich doświadcza – to jest problem, z którym mamy do czynienia już teraz i będzie on się pogłębiał w kolejnych dekadach. IPCC ocenia, że bez natychmiastowych działań w kwestii emisji gazów cieplarnianych do 2100 r. zostanie dotkniętych przez nabrzeżne powodzie 400 milionów ludzi na całym świecie .

Co nabrzeżne powodzie będą oznaczały w praktyce dla dotkniętych nimi państw?

Przed powodzią powinno zostać przeprowadzone odpowiednie rozpoznanie, a miejscowa ludność powinna zostać dobrze uświadomiona w kwestii zagrożeń. Komunikacja i gruntowne informowanie opinii publicznej jest kluczowe dla zarządzania ryzykiem. Jednak ta analiza ryzyka powinna być też stale aktualizowana na podstawie różnych modeli i scenariuszy klimatycznych, biorących pod uwagę różne czynniki. Zarówno decydenci, naukowcy, urzędnicy, jak i przestawiciele lokalnych społeczności powinni mieć świadomość słabych punktów i aspektów łagodzących skutki kataklizmu. Należy wziąć pod uwagę ograniczenie skutków zarówno dla osób indywidualnych, społeczności, firm, jak i dla środowiska.  Priorytetowe powinny być inwestycje we wspólnoty najbardziej zagrożone. Niemożliwe jest przecenienie pilności tej kwestii.

Dotkliwość konsekwencji powodzi będzie zatem zależeć nie tylko od siły żywiołu, ale też od stopnia przygotowania służb, infrastruktury i społeczności. Ich skutki dla środowiska, a także fizycznego i psychicznego stanu zdrowia ludzi mogą utrzymywać się przez miesiące, lata, a nawet dekady. Może dojść do obrażeń na ciele, utonięć, zetknięcia z substancjami niebezpiecznymi, nagłego braku dostępu do czystej wody i wzmożonego stresu. Następstwem kataklizmu mogą być choroby zakaźne i brak pożywienia. Śmiertelność w pierwszym roku po powodzi wzrasta o 50%, gdyż szerzą się choroby takie jak zapalenie wątroby typu E, dolegliwości żołądkowo-jelitowe czy choroba Weila, prowadząca do niewydolności wątroby i nerek.

Raport Wspólnego Centrum Badawczego UE przewiduje, że częstotliwość powodzi na europejskim wybrzeżu wzrośnie pięciokrotnie, a trzy razy więcej ludzi niż dotychczas będzie dotkniętych powodziami rzecznymi. Koszty zniszczeń powodzi rzecznych wzrosną z 5,3 do 17,5 miliardów euro rocznie.

Na wybrzeżach oprócz dużych skupisk ludzkich znajdują się także obiekty przemysłowe lub instalacje wojskowe. Jak wygląda zagrożenie w tym przypadku?

Przykładem obiektu wojskowego zagrożonego przez podnoszący się poziom mórz jest betonowa kopuła przykrywająca odpady jądrowe na Wyspie Runit na Atolu Enewetak na Wyspach Marshalla. Podnoszące się wody, pęknięcia w konstrukcji i zagrożenia ze strony cyklonów mogą spowodować wyciek substancji radioaktywnych do Pacyfiku.

Wiele rządów ma opracowane prognozy i plany działań związane z ryzykiem powodzi dla obiektów militarnych i przemysłowych. Bardzo dużo robi w tej kwestii unijna Europejska Agencja Środowiska (EEA). Europejski System Świadomości Powodzi (EFAS) wspiera środki zapobiegawcze i zapewnia dane oraz szkolenia.

Jednak choć lokalne, państwowe i międzynarodowe organy mają plany zabezpieczenia infrastruktury przed powodziami związanymi ze zmianami klimatu, to przykłady ostatnich kataklizmów pokazują, że społeczne, ekologiczne i ekonomiczne koszty są bardzo wysokie, nawet w przypadku bardzo szczegółowego planu działania.

W następstwie powodzi lub huraganu może dojść do wycieków substancji chemicznych, namnożenia bakterii i osadzenia się toksycznych osadów na zalanych terenach. Wody powodziowe często przenoszą bakterie, które dostają się na miejsca upraw, prowadząc do chorób. Ten problem również będzie narastał wraz z intensyfikacją zjawisk powodziowych.

Jest wiele przykładów na to, jak gwałtowne zjawiska pogodowe spowodowały wyciek toksycznych substancji na pola lub obiekty przemysłowe oraz zalania elektrowni jądrowych, jak w przypadku elektrowni St. Lucie na Florydzie w 2014 r. Amerykańskie elektrownie jądrowe nie zostały zaprojektowane w sposób, który przygotowałby je na ekstremalne powodzie – stanowi to duże wyzwanie.

Po powodzi, która spowoduje wyciek substancji radioaktywnych, pojawia się logistyczny i ekonomiczny problem oczyszczenia terenu ze skażenia i składowania skażonej gleby. Skutki wycieków ropy, zanieczyszczenia ziemi i wody metalami ciężkimi, pestycydami, bakteriami czy ściekami utrzymują się latami i mogą trwale wpłynąć na lokalne społeczności. Np. niedawno na skutek tajfunu w Fukushimie w Japonii worki z radioaktywną ziemią zostały porwane przez wodę.

Holenderski naukowiec zasugerował zbudowanie gigantycznej tamy, która oddzieliłaby Morze Północne od Atlantyku, co miałoby zapobiec trwałemu zalaniu znacznej części europejskiego wybrzeża. Czy to dobry pomysł?

Koncepcja Sjoerda Groeskampa z Królewskiego Holenderskiego Instytutu Badań Morskich polega na wybudowaniu tamy o długości 475 km pomiędzy Szkocją a Norwegią i kolejnej tamy o długości 160 km pomiędzy Francją a Anglią. Taki projekt wymaga wielkiej liczby badań. Skutki dla morskiej fauny i flory byłyby w dużym stopniu negatywne. Prawdopodobnie ekosystemy w znacznym stopniu by się zmieniły, a morskie i nabrzeżne siedliska uległyby katastrofalnym zniszczeniom. Przedsięwzięcie o takiej skali wymagałoby zbadania jego skutków dla gatunków ryb i innych stworzeń morskich, szczególnie tych zagrożonych wyginięciem. Postulowałabym znalezienie jakiejś alternatywy, która niosłaby ze sobą mniej skutków ubocznych.

W swojej pracy badałaś również skutki socjologiczne, jakie pociąga za sobą życie w społeczności zagrożonej powodzią. Jakie są Twoje konkluzje?

W tym badaniu skupiłam się na wybrzeżu Walii i starałam się ustalić, czy poziom niepokoju w związku potencjalną powodzią u danej osoby wpływał na jej zdrowie i stan psychiczny. Skupiłam się szczególnie na takich kwestiach jak związek między ryzykiem powodzi a świadomością zagrożenia, demografią, zdrowiem, stanem psychicznym, utratą majątku, integracją wspólnoty.

Analiza statystyczna wykazała negatywny wpływ na zdrowie osób, które obawiały się o swoją własność, jednocześnie pozytywny efekt wywoływały obawy o ryzyko dla ich społeczności. Jak wykazały także inne badania, stopień zintegrowania społeczności i utrata własności mają dla mieszkańców zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki. Wspólnoty, gdzie są silne więzi, są bardziej odporne na tego typu zdarzenia.

Na pewno należy kontynuować badania nad skutkami zdrowotnymi obaw związanych z ryzykiem powodzi i tego, jak poziom zintegrowania społeczności i utrata własności mogą wpłynąć na osoby nieświadome ryzyka powodziowego. Rządy, które nie uwzględniają tego aspektu w swoich działaniach na rzecz przeciwdziałania powodziom i ich skutkom, narażają zdrowie swoich obywateli w dobie zmieniającego się klimatu.

Czy i jak możemy uniknąć globalnej katastrofy powodziowej?

Ludzkość ma do czynienia z największym wyzwaniem – kryzysem klimatycznym. Wzmożone topnienie lodowców postępuje na niespotykaną dotąd skalę. Podnoszenie się poziomu morza, a także zwiększająca się częstotliwość katastrofalnych powodzi  jest w tych warunkach nieuchronna, nawet jeśli uda się zredukować do pewnego stopnia emisje gazów cieplarnianych. By temu zapobiec, musiałyby zostać zastosowane nadzwyczajne rozwiązania. Pozostaje nam wdrożenie środków zaradczych i łagodzących skutki kataklizmów, zarówno dla nabrzeżnych megacities jak i małych nadmorskich wspólnot. Propozycja zorganizowanego wycofania ludzi z tych terenów, czyli pozwolenie, by zajęło je morze, powinna zostać przeanalizowana również pod kątem społecznych konsekwencji przesiedlenia dużych grup ludności w głąb lądu. Ekonomiczne, społeczne i środowiskowe koszty kryzysu klimatycznego dla naszych społeczeństw są olbrzymie. Dlatego musimy wprowadzić gruntowne zmiany do tego, jak i gdzie żyjemy. Priorytetem powinny być inwestycje w energetykę odnawialną. Powinniśmy także analizować zachodzące w świecie przemiany społeczne i kulturowe. Na całym świecie powinniśmy edukować ludzi w kwestiach nauki i zmian klimatu, by zwalczać dezinformację i denializm. To nie będzie łatwe.


*Lynn Sorrentino – prowadzi projekt Badania Nabrzeżnych Powodzi (ang. Coastal Flooding Research) https://coastalflooding.ch Twitter: @FloodingCoastal.  Zdobyła tytuł magistra ochrony środowiska morskiego na Uniwersytecie w Bangor w Walii oraz tytuł licencjata biologii na Stanowym Uniwersytecie Humboldta w Kalifornii. Pracuje w zakresie komunikacji i zarządzania projektami. W przeszłości pracowała przy organizacji spotkań państw – sygnatariuszy Konwencji Ramsarskiej, dotyczącej ochrony przyrody na obszarach wodno-błotnych oraz na Politechnice Federalnej w Lozannie.


W grudniu 2019 roku Komisja Europejska ogłosiła projekt wielkiej transformacji gospodarki i polityk Unii Europejskiej pod nazwą Europejski Zielony Ład. Jedna z jego istotnych części dotyczy rolnictwa i żywności, ujmując je w jedną strategię „od pola do stołu”.
Europejski Zielony Ład ma być odpowiedzią na wyzwania związane z klimatem i środowiskiem naturalnym, które określa jako „najważniejsze zadanie jakie stoi przed obecnym pokoleniem”.

Wyzwania te związane są przede wszystkim z gwałtowną zmianą klimatu, szybkim wymieraniem gatunków i wielkimi zanieczyszczeniami i dewastacją przyrody.

Odpowiedzią ma być szeroka i wszechstronna transformacja, dążąca przede wszystkim do zrealizowania celu neutralności węglowej netto do 2050 roku, co odpowiada zobowiązaniem Porozumienia paryskiego z 2015 roku. Oznacza to, że w połowie stulecia mamy mieć tak zredukowane emisje gazów cieplarnianych, aby nasza przyroda oraz rozwiązania technologiczne były w stanie pochłaniać co najmniej taką samą ich ilość.

Słabością proponowanej transformacji jest zachowanie aktualnego paradygmatu wzrostu i konkurencji, w oparciu o wiarę, że dzięki intensywnej gospodarce obiegu zamkniętego, innowacjom technologicznym i zmianie zachowań, uda się zasadniczo i trwale oddzielić wzrost gospodarczy od zużycia zasobów. Opiera się to na doświadczeniu ostatnich dekad, gdyż w latach 1990 – 2018 emisje gazów cieplarnianych zmniejszyły się w Unii Europejskiej o 23%, podczas gdy jej gospodarka odnotowała wzrost o 61%. Ponadto nie mamy aktualnie gotowego alternatywnego modelu gospodarczego, na który moglibyśmy masowo przestawić światową gospodarkę. EZŁ ma być pierwszym krokiem milowym, liczymy na to, że po nim przyjdą następne, gdyż weszliśmy na taki etap wykładniczego wzrostu gospodarki i szkodliwych efektów środowiskowych, który zagraża i to w szybkim czasie, biologicznym warunkom życia na Ziemi, co świetnie obrazuje znany wykres z książki Marcina Popkiewicza „Świat na rozdrożu”.

Europejski Zielony Ład ma ponadto za cel „poprawić kapitał naturalny Unii” oraz „ochronę zdrowia i dobrostanu obywateli przed zagrożeniami i negatywnymi skutkami związanymi ze środowiskiem”.

Proponowana transformacja dotyczy ośmiu obszarów:
  1. Bardziej ambitnych celów klimatycznych
  2. Dostarczenia czystej, przystępnej cenowo i bezpiecznej energii
  3. Zmobilizowania sektora przemysłu na rzecz czystej gospodarki o obiegu zamkniętym
  4. Budowania i remontowania w sposób oszczędzający energię i zasoby
  5. Przyspieszenie przejścia na zrównoważoną i inteligentną mobilność
  6. Od pola do stołu: stworzenia sprawiedliwego, zdrowego i przyjaznego środowisku systemu żywnościowego
  7. Ochrony i odbudowy ekosystemów i bioróżnorodności
  8. Zerowego poziomu emisji zanieczyszczeń na rzecz nietoksycznego środowiska.

Interesuje nas szósty z wymienionych obszarów – strategia „od pola do stołu” dotycząca przyszłości systemu żywnościowego.

Zapowiedziane podejście jest zasadniczą zmianą polityk unijnych, gdyż do tej pory pierwszy etap, czyli produkcja płodów rolnych – uprawy roślin i chów zwierząt, był osobnym wielkim niezależnym działem unijnej polityki, gdyż cały jego arsenał regulacyjny zawarty jest w osobnej Wspólnej Polityce Rolnej, a jego wdrażanie i kontrola podlegało Dyrekcji Generalnej Rolnictwa i Rozwoju Wsi w Komisji Europejskiej, tzw. DG Agri. Przepisy dotyczące produktu końcowego sprzedawanego w sklepie, w szczególności produktu przetworzonego – jego etykietowania, obowiązku komunikowania zawartości co do zawartych w produkcie konserwantów i składników odżywczych zarządza tzw. DG Sante, czyli Dyrekcja Generalna Zdrowia i bezpieczeństwa żywności. Pomiędzy nimi, mamy wiele innych dyrekcji, zaangażowanych na różnym etapie drogi produktu od pola do stołu, czyli dyrekcje zajmujące się środowiskiem, transportem, handlem, polityką rozwoju, rynkiem wewnętrznym czy wymiarem sprawiedliwości.

W dotychczasowym systemie, poza certyfikowanym produktem ekologicznym i kilkoma dobrowolnymi krajowymi lub regionalnymi etykietami produktów wysokiej jakości, konsument nie ma dostępu do informacji jakie techniki rolnicze zostały użyte do produkcji surowców użytych w żywności, którą kupuje, nic nie wie o tym co dzieje się na etapie uprawy czy chowu zwierząt, nie wie jakie zostały użyte pestycydy i na jakim etapie uprawy, jak były odżywiane zwierzęta, których mięso lub produkty mleczne kupuje, jakie standardy dobrostanu zwierząt były zachowane, np. czy krowy wychodziły na pastwiska i ile miesięcy w roku.

Nowa strategia „od pola do stołu” ma to zmienić, gdyż jak stwierdza, stan i efekty aktualnego rolnictwa są niezadowalające:

„Produkcja żywności nadal powoduje zanieczyszczenie powietrza, wody i gleby, przyczynia się do utraty bioróżnorodności i zmiany klimatu oraz pochłania ogromne ilości zasobów naturalnych, a jednocześnie   marnuje się dużą część wyprodukowanej żywności. Żywność słabej jakości przyczynia się do otyłości i chorób, takich jak rak”.

Nowe podejście ma być przekrojowe i zapewnić spójność i „zrównoważoność” wszystkim politykom łańcucha żywnościowego, wdrażając m.in. zasady tzw. Gospodarki Obiegu Zamkniętego (GOZ), mającej ograniczyć zużycie zasobów, zanieczyszczenia i marnotrawstwo.

Głównym celem nowej Wspólnej Polityki Rolnej ma być taka zmiana metod produkcji rolnej, która zmniejszy wpływ rolnictwa na klimat i środowisko.

Wymienione są jako techniki uprzywilejowane, które mają być rozwijane: rolnictwo precyzyjne (wykorzystujące nowe technologie przede wszystkim do lepszego dozowania nawozów i zapewnienia lepszego stanu gleby), rolnictwo ekologiczne, agroekologia, agroleśnictwo i surowsze standardy w zakresie dobrostanu zwierząt.

Aż 40% funduszy Wspólnej Polityki Rolnej w latach 2021-2027 (30% Europejskiego Funduszu Morskiego i Rybackiego) ma być przeznaczone na rzecz walki ze zmianami klimatu. Nowe krajowe ekoprogramy w ramach WPR mają być narzędziem realizacji tych ambitnych celów.

Opracowywane aktualnie krajowe plany strategiczne do nowej WPR mają być dostosowane do nowych wymogów strategii Od pola do stołu, co KE ma „dopilnować”.

Ma to dotyczyć m.in. znacznego ograniczenia stosowania chemicznych pestycydów, nawozów i antybiotyków oraz zwiększenia areałów upraw certyfikowanych rolnictwa ekologicznego. Mają się też rozwijać „innowacyjne sposoby ochrony plonów przed szkodnikami i chorobami”. Enigmatycznie brzmi natomiast zapis, że „UE musi uwzględnić ewentualną rolę innowacyjnych technologii (zapewniając jednocześnie ich bezpieczeństwo) w celu zwiększenia zrównoważonego wymiaru systemu żywnościowego”. O jakich innowacyjnych technologiach jest mowa? Czy KE nie ulega niezwykle intensywnemu lobbingowi wielkiego agrobiznesu, aby tylnymi drzwiami i wbrew woli Europejczyków ułatwiać wejście na nasze pola uprawom genetycznie modyfikowanym starego i nowego typu (tzw. NBT – new breeding techniques uznane przez TSUE za GMO, które musi podlegać tym samym procedurom dopuszczenia na europejskie pola i rynek co tradycyjne GMO)?

Strategia Od pola do stołu dotyczy nie tylko rolników, ale też konsumentów, mówi m.in. o promocji „zdrowej żywności”.

Jej zadaniem ma być „zachęcanie do spożywania zrównoważonej żywności oraz propagowanie przystępnej cenowo, zdrowej żywności dla wszystkich. Czym ma być „zdrowa żywność”, która nie ma podstawy prawnej i jest wyłącznie terminem publicystycznym i marketingowym? Konsument ma być jednakże ważnym odbiorcą nowej strategii, któremu ma być zapewniona pomoc w wyborze „zdrowych i zrównoważonych sposobów odżywiania” oraz nauka jak marnować mniej żywności. Konsument ma być lepiej informowany, również cyfrowo, o pochodzeniu żywności, jej wartościach odżywczych, ale też, co jest nowe, o jej śladzie środowiskowym.

Ma być też podjęty wysiłek walki z „fałszowaniem” żywności.

Mówiąc o „fałszowaniu żywności” mówimy np. o zamianie pełnowartościowych składników na składniki bezwartościowe, ukrywaniu prawdziwego składu produktu lub jego daty ważności. Dotyczyć to ma również krajów trzecich, spoza Unii, z których importuje się do UE produkty żywnościowe lub surowce do ich produkcji. Taka importowana żywność będzie też musiała spełnić unijne standardy środowiskowe.

Szczegóły nowej strategii mają zostać ogłoszone przez Komisję Europejską 20 maja 2020 r. (po 25 marca, drugi kolejny termin 29 kwietnia został ponownie przesunięty), będziemy z uwagą je analizować i komentować.

Europejski Zielony Ład ma dążyć do „zerowego poziomu emisji zanieczyszczeń na rzecz nietoksycznego środowiska”, w tym zwiększyć troskę o wodę i mokradła.

Zwróćmy w szczególności na te elementy rozdziału EZŁ dotyczącego walki z zanieczyszczeniami środowiska, które są ważne dla produkcji i jakości żywności. Pierwszym z ważnych czynników jest woda. Jak zapowiada Komisja, należy odtworzyć naturalne funkcje wód powierzchniowych i gruntowych, „gdyż wymaga tego ochrona i odbudowa różnorodności biologicznej w rzekach, jeziorach, na terenach podmokłych oraz w estuariach. Odtworzenie tych funkcji jest również potrzebne, by zapobiegać stratom powstałym w wyniku powodzi oraz ograniczać te straty.”

Pamiętajmy, że racjonalna gospodarka wodna oparta na odtwarzaniu i intensyfikowaniu naturalnej retencji, to warunek ograniczania zjawisk zarówno suszy jak i powodzi.

Wprowadzenie strategii „od pola do stołu” ograniczy ponadto zanieczyszczenie środowiska związane z nadmiarem substancji biogennych przedostających się do wód w skutek zbyt intensywnego rolnictwa i chowu przemysłowego zwierząt, co prowadzi do eutrofizacji (przeżyźnienia) rzek i powoduje w Morzu Bałtyckim wykwity sinic, rozwój stref beztlenowych i zmniejszające się populacje ryb.

Walcząc z zanieczyszczeniem środowiska Komisja obiecuje ponadto zająć się kwestią „łącznych skutków różnych substancji zanieczyszczających”.

Byłoby to bardzo nowatorskim podejściem i ważną dla zdrowia i ochrony bioróżnorodności zmianą polityki w zakresie badań naukowych dla zapewnienia bezpieczeństwa ludziom, a z czasem może także i innym istotom dzielącym z nami ta samą planetę.


Europejski Zielony Ład (PL): https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/PDF/?uri=CELEX%3A52019DC0640&from=EN


Informacje dodatkowe. Polecam:

Olivier de Schutter: Korzyści z agroekologii na XXI wiek (napisy PL) (video/ youtube.com)

Marie-Monique Robin „Plony przyszłości” (dokument z lektorem PL / cda.pl)

IPES-Food: „Towards a Common Food Policy for the European Union” (raport i jego synteza) 

Projekt sfinansowano przy wsparciu Komisji Europejskiej. Niniejsza publikacja odzwierciedla wyłącznie poglądy autora, a Komisja nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w tym tekście.

 

Ostatni blok węglowy w Europie nie powstanie. Zgodnie z zapowiedziami ekologów kontrowersyjna Ostrołęka C stała się aktywem osieroconym. Jej nowy właściciel, Orlen, ogłosił, że nie zamierza inwestować w węgiel. Poprzedni właściciele – Energa i Enea – dokonały odpisów i wyceniły wartość projektu na 0 zł.

Orlen podał w komunikacie giełdowym, że zaangażuje się w kontynuację projektu tylko po zmianie technologii na gazową.

Po publikacji komunikatu, ceny akcji Enei and Energi zwyżkowały o 3.44%. Niedługo po tym, spółki dokonały odpisu Ostrołęki C w wysokości miliarda złotych, co obniżyło wartość każdej z nich o ok. 500 mln złotych.

Prawnicy ClientEarth zwracają uwagę, że decyzje tych trzech spółek to ważny sygnał dla wszystkich inwestorów i rządów, które angażują się w projekty węglowe. Ostrzegają także przed wszystkimi dużymi projektami, które opierają się na spalaniu paliw kopalnych.

Historia upadku Ostrołęki C to dowód na to, że inwestorzy są świadomi ryzyka finansowego i odwracają się od projektów węglowych. Od początku ostrzegaliśmy, że projekt przyniesie straty i mocno osłabi wartość Enei i Energi. Zmarnowane pieniądze akcjonariuszy mogły być zamiast tego ulokowane w bardziej rentownych i perspektywicznych odnawialnych źródłach energii” – powiedział mecenas Janusz Buszkowski z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Spółki i ich zarządy mają prawny obowiązek działać w interesie akcjonariuszy – a to oznacza dokonanie oceny ryzyka finansowego inwestycji i wykorzystywanie możliwości płynących z przejścia na odnawialne źródła energii. Polityka klimatyczna i konkurencja ze strony zielonych technologii to czynniki w coraz większym stopniu wpływające na opłacalność projektów. W tym kontekście duże inwestycje opierające się na spalaniu paliw kopalnych niosą ze sobą coraz większe ryzyko prawne i finansowe”– dodał Buszkowski.

Sygnały świadczące o nieopłacalności Ostrołęki C napływały od dawna. Do sfinansowania projektu brakowało ponad 3 mld złotych. Jednocześnie spadały koszty zielonych technologii i rosły ceny emisji CO2. Przeciwko budowie bloku od lat toczy się kampania organizacji ekologicznych i ruchów oddolnych. Projekt jest też krytykowany przez ekspertów z branży finansowej i energetycznej. W 2019 r. Enea przegrała sprawę wytoczoną przez akcjonariusza ClientEarth. Fundacja pozwała spółkę za stwarzanie nieuzasadnionego ryzyka inwestycyjnego.

Jedna z największych spółek inwestycyjnych na świecie i akcjonariusz Enei i Energi – Legal & General Investment Management – również wyraziła poważne obawy dotyczące „bardzo wysokiego ryzyka finansowego” Ostrołęki C.

W reakcji na wnioski o ujawnienie analiz dowodzących rentowności Ostrołęki C, które pojawiały się na walnych zgromadzeniach akcjonariuszy, Energa przyznała, że ​​„skala inwestycji stanowi znaczne wyzwanie dla zamknięcia jego finansowania”. Jesienią 2019 roku z projektu wycofało się PGE. Miesiąc później sąd zobowiązał inwestorów do ujawnienie analiz dowodzących opłacalności Ostrołęki C, o które wcześniej zawnioskowała ClientEarth. W lutym 2020 r. Energa i Enea zawiesiły finansowanie i wstrzymały budowę Ostrołęki C w celu „przeprowadzenia dalszych analiz ekonomicznych i technicznych”. Spółki ponownie przyznały, że inwestycja może przynieść straty w obliczu zmieniającego się otoczenia rynkowego i braku chętnych do współudziału w projekcie.

Pod koniec kwietnia PKN Orlen kupił 80% akcji Energi. Jeszcze przed przejęciem koncern nie ukrywał, że nie ma w planach węglowych projektów, takich jak Ostrołęka C. Wczoraj to potwierdził.

Polski węgiel to przeszłość. Nie opłaca się go już ani spalać, ani wydobywać. Zamiast przedłużać jego agonię, spółki energetyczne powinny pilnie opracować plan przejścia na czystsze źródła energii i stworzenia stabilnych nowych miejsc pracy” – powiedziała Ilona Jędrasik, kierowniczka programu Polska Energia w ClientEarth.

Fot. Wikimedia Commons

Aktywiści Stowarzyszenia Otwarte Klatki w ramach kampanii “Jak one to znoszą?” opracowali ranking sieci sklepów, które do końca 2019 roku wydały deklarację o wycofaniu ze sprzedaży jaj z chowu klatkowego najpóźniej do 2025 roku. Na podium znalazły się supermarkety ALDI, Auchan, Carrefour, Kaufland oraz PSD Sklepy Gama.

Troska o dobrostan zwierząt stała się w ostatnich latach znaczącą częścią odpowiedzialności społecznej biznesu. Jednym z elementów dbania o lepsze warunki życia zwierząt jest wycofanie ze sprzedaży jajek “trójek”, czyli tych pochodzących z chowu klatkowego. Coraz więcej sieci sklepów decyduje się na rezygnację ze sprzedaży takich jaj na rzecz tych pochodzących z chowu alternatywnego (ściółkowego, z wolnego wybiegu lub ekologicznego). Aktywiści Stowarzyszenia Otwarte Klatki w ramach kampanii “Jak one to znoszą?” sporządzili ranking sieci supermarketów, które do 2019 roku zobowiązały się wycofać ze sprzedaży jaja z chowu klatkowego najpóźniej do 2025 roku.

W badaniu wzięło udział 12 sieci sklepów: ALDI, Carrefour, Auchan, Kaufland, PSD Sklepy Gama, Netto, Polomarket, Lidl, Market Jan, Biedronka, Topaz i PSH Lewiatan. Kwestie, które zostały uwzględnione przy tworzeniu rankingu to transparentność i zakres opublikowanych zobowiązań do wycofania jaj z chowu klatkowego, poczyniony od czasu podjęcia zobowiązania postęp we wdrażaniu jego założeń oraz promowanie kupna jaj z różnych systemów hodowli. Na pierwszym miejscu uplasowała się sieć supermarketów ALDI. Na tę decyzję wpłynęła publikacja na oficjalnej stronie czytelnego oświadczenia o szerokim zakresie, które dotyczy zarówno jaj świeżych wszystkich marek (w tym własnej), jak i produktów gotowych marki własnej zawierających jaja. Sieć w najbliższej przyszłości planuje zrezygnować z promocji kupna jaj z chowu klatkowego. Na podium znalazły się także sklepy Auchan i Carrefour (drugie miejsce) oraz Kaufland i PSD Sklepy Gama (trzecie miejsce).

Na szczególne wyróżnienie zasługuje supermarket online FRISCO.PL, który jako pierwsza duża sieć handlowa wycofał jajka “trójki” ze sprzedaży już w styczniu 2019 roku.

Wszystkie sieci znajdujące się na podium zrobiły postęp w wycofywaniu jaj klatkowych w stosunku do zeszłego roku, bez wyjątków promują kupno jaj z hodowli alternatywnych wśród swoich klientów i mają transparentne oświadczenia o wycofaniu jaj “trójek”.

Sieci ALDI, Auchan, Carrefour i Kaufland już teraz nie oferują jaj świeżych z chowu klatkowego w marce własnej. Sieć sklepów Gama zredukowały ilość jaj klatkowych w ofercie o 50%. ⅓ jaj świeżych w ofercie sieci sklepów Lidl i ponad 30% jaj świeżych marki własnej sprzedanych w Grupie Jeronimo Martins, do której należy Biedronka, to jaja z hodowli alternatywnych.

W przeprowadzanym badaniu duże znaczenie miała kwestia promocji (lub jej braku) jajek “trójek”. Na 12 sieci sklepów, które wypełniły ankietę, 10 promuje zakup jaj świeżych z chowu alternatywnego wśród swoich klientów. 7 z 12 sieci sklepów – ALDI, Carrefour, Auchan, Netto, PSD Sklepy Gama, PSH Lewiatan, Market Jan – przestało lub planuje przestać zachęcać klientów do zakupu jaj klatkowych.

Dziękujemy wszystkim firmom, które wzięły udział w badaniu i gratulujemy sieciom, które zajęły podium w rankingu – mówi Maria Madej ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Należy pamiętać, że polityka wycofania jaj z chowu klatkowego jest obecnie niezbędną częścią CSR, dlatego mamy nadzieję, że w przyszłym roku w badaniu weźmie udział więcej firm – dodaje Madej.

Coraz więcej polskich konsumentów zdaje sobie sprawę z tego jak wygląda klatkowy chów kur niosek. Zgodnie z badaniami Centrum Badawczo-Rozwojowego Biostat przeprowadzonymi w lutym 2020 r. aż 82% ankietowanych jest zdania, że hodowla klatkowa nie zapewnia kurom odpowiednich warunków do życia. Przekonania Polaków znajdują odbicie w ich codziennych wyborach konsumenckich. Jak pokazują badania Biostat większość Polaków przy zakupie jaj zwraca uwagę na sposób chowu kur – ponad 70% ankietowanych przyznaje, że warunki hodowli kur, od których jajka zamierzają kupić, są dla nich istotne. Podobnie wysoki procent ankietowanych deklaruje gotowość zapłacenia więcej za jajka lub produkty je zawierające pochodzące z ferm zapewniających kurom lepsze warunki.

Polscy konsumenci oczekują także realnych zmian w kierunku poprawy losu kur niosek od marek, które wspierają. Zgodnie z badaniami Biostat ponad połowa (54,5%) Polaków uważa, że producenci żywności, restauracje i sieci handlowe powinny rezygnować z używania jajek z chowu klatkowego. Podobnie ponad połowa (58,3%) Polaków oczekuje, że firmy będą spełniać swoje publiczne zobowiązania w zakresie poprawy dobrostanu zwierząt.

Polacy chcą lepszego życia dla kur niosek, co odzwierciedlają kolejne badania – mówi Maria Madej – W badaniu przeprowadzonym przez Centrum Badania Opinii Społecznej z września 2018 roku 35% ankietowanych przyznało, że największą uwagę zwraca na sposób chowu kur, co oznacza trzykrotny wzrost od 2006 roku, z 13% do 35%. Podobne nastroje są widoczne w całej Unii Europejskiej – według Eurobarometru z 2016 roku aż 90% obywateli Unii pragnie poprawy ochrony zwierząt, a projekt Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej proponujący całkowity zakaz stosowania klatek w hodowli zwierząt gospodarskich poparło ponad 1,5 miliona Europejczyków. Jeśli firmy chcą wyjść naprzeciw oczekiwaniom konsumentów, muszą uwzględnić dobrostan zwierząt w swojej działalności – podsumowuje Madej.

Pełny ranking jest dostępny do pobrania pod tym linkiem, a pełna lista firm, które zadeklarowały wycofanie jaj z chowu klatkowego jest dostępna pod tutaj.

Fot: Konrad Łoziński

Czym jest życie i co po nim, jaka czeka nas przyszłość… oto egzystencjalne pytania, które zadawała kiedyś filozofia czy nauki humanistyczne. Dzisiaj do tej listy można dodać jeszcze dylematy jak np. po co ratować ten świat albo czym jest sprawiedliwość międzypokoleniowa. Kto ma na nie odpowiedzieć – przyrodnicy, humaniści, a może jest trzecia droga?

Najazd na humanistykę, podważanie jej kompetencji, to fenomen światowy. Prezydent Brazylii oznajmił wręcz, że humanistykę należy wyłączyć z finansowania publicznego, że najważniejsi są naukowcy – przyrodnicy, medycy i inżynierowie. Ale kiedy przychodzi do ostrzegania i sugerowania ostrożności, to okazuje się, że nawet klimatolodzy czy biolodzy traktowani są przez polityków po macoszemu, bo pozbawiają złudzeń ich samych czy inżynierów fantastów, że technologią można uratować świat przed klimatyczną apokalipsą. Wspólny front przyrodników i humanistów przyda się nie tylko w walce o akademicką jakość i sprawiedliwość. Może pomóc w ratowaniu świata.

No i gdzie ta interdyscyplinarność?

O konieczności zasypania przepaści między dyscyplinami mówi od lat tzw. Trzecia Kultura. Problem polega na tym, że gdy przyjrzymy się bliżej temu projektowi, to działają tam głównie przyrodnicy przybliżający społeczeństwu nowinki naukowe z dziedziny klimatologii, chemii, fizyki, matematyki itp. Na stronie Edge.org, która jest swego rodzaju „emanacją” Trzeciej Kultury polecane książki czy wywiady to także głównie popularnonaukowe zbliżanie do świata empirycznego. Jest to działanie wartościowe i nie mam zamiaru tego podważać. Dostrzegam jednak pewną lukę, którą całe szczęście już wypełnia humanistyka czy po prostu literatura piękna. Chodzi nie tyle o uzmysławianie natury fizycznej w naukowy sposób, ile o zasypywanie wyłomu między człowiekiem a przyrodą, ciałem a umysłem, ludzkim i zwierzęcym itp.. W dobie zmiany klimatu nie wystarczy, że zrozumiemy na czym polega efekt cieplarniany i od dawna wiemy, że zaangażowania nie wywołują same fakty. Potrzebne są emocje, a nawet ich zakorzenienie.

Zmiany ludzkiej mentalności antropocentrycznej próbowało wielu. Weźmy na przykład E.O. Wilsona, który od lat przekonuje do bardziej ekologicznej postawy człowieka wobec przyrody. Jego narracja jest mniej więcej taka: dostajemy zestaw danych empirycznych, entuzjazm naukowca, który zna się na bioróżnorodności, a na końcu apel – trzeba chronić przyrodę. Tylko że biorąc pod uwagę nawet ostatni raport ONZ o wymieraniu wiemy, że zainteresował on głównie ludzi z „branży” oraz już wcześniej uwrażliwionych. Pytanie zatem – co sprawiło, że osoby te wcześniej zainteresowały się przyrodą czy jej ochroną. Może były to biwaki, protest songi, filmy albo książki, które są przykładem raczej przyrodoczucia, a nie wyłącznie przyrodoznawstwa?

W ostatnim czasie, także na polskim rynku wydawniczym pojawiło się wiele książek, które trudno zaliczyć do stricte pozycji naukowych. Są to eseje, pamiętniki, obserwacje dotyczące przyrody, która nie jest rozumiana jak otaczający nas świat, tak jakbyśmy byli jego osobnym elementem. Przyroda jest tu pojęta intymnie, do tego stopnia, że samo nasze ciało traktowane jest jako pomost do dzikości. Dlaczego książki przyrodnicze zyskują popularność właśnie teraz? Być może dlatego, że ludzie coraz mniej czasu spędzają na łonie dzikiej przyrody. A przecież pobyt na dworze, na łące czy w lesie stanowiły dla człowieka jedno z zasadniczych źródeł wiedzy o otaczającym nas świecie. Obecnie chociażby dlatego, że żyjemy w miastach, gdzie jedzenie jest ze sklepu a prąd z gniazdka, niektórzy mogą nawet zapominać, że żyją na planecie Ziemia, że są żywymi organizmami podlegającymi np. prawom grawitacji, że muszą oddychać czystym powietrzem, spożywać wodę. W omawianych publikacjach nawet sama woda zasługuje na osobną uwagę, gdyż jest czymś fundamentalnym, ale jednocześnie przez jej, przynajmniej w Europie, dostępność, staje się czymś zwykłym. Oddalanie od przyrody na skutek życia w miejskiej – czy nawet coraz częściej wiejskiej – naturze wykreowanej sprawia, że zaczynamy żyć „życiem nie z tej Ziemi” i taką też przyjmujemy strategię ekonomiczną czy energetyczną, licząc, że za pieniądze można zdobyć czy odtworzyć wszystko.

Sentymenty

Kiedy coś tracimy, zwykle potem idealizujemy dany obiekt czy osobę. Zaczynamy tęsknić. W nostalgicznym podejściu pojawia się rozdarcie, poczucie tracenia, obcość, a nawet wycofanie. W książkach, o których tutaj piszę, chodzi o coś innego. Autorzy budują zmysłową relację z przyrodą. Z tej strategii pisarskiej wyłania się zupełnie inna przyroda, niż znamy ją z książek fachowych ekologów piszących w trzeciej osobie czy używających strony biernej. W nowych książkach o lesie przyroda zaczyna być do nas podobna, bo nie jest wyłącznie obiektem obserwacji. Co więcej, nie jest to przyroda zraniona, ale raczej zwykła i niedoceniona. Emocje jakie pojawiają się podczas lektury to nie poczucie straty, ale ciekawość przeciętności i doszukiwanie się w niej czegoś niesamowitego.

Nie będę omawiać tutaj wszystkich pozycji, jakie ukazały się w Polsce a zainteresowanych odsyłam do artykułów/recenzji „Psychoanaliza lasu” albo „Czy literatura przyrodnicza uratuje świat”, które ukazały się w miesięczniku ODRA oraz do publikacji pod redakcją prof. Przemysława Czaplińskiego „O jeden las za daleko” (2019).

Smutna ochrona środowiska

Naukowe pisarstwo ekologiczne charakteryzuje często diagnozowanie kryzysu czy problemu, zwykle też słyszymy, że jest za późno na naprawienie błędów. Pojawiają się wprost, albo implicite, żale, że jako ludzie mentalnie żyjemy w paleolicie. Autorzy nie mogą zrozumieć, dlaczego cały czas nie wykorzystujemy szansy. W pewnym sensie wierzą też, że naukowy żargon przełoży się na zaangażowanie zwykłych ludzi. Sądzę, że jest to podejście naiwne. Po pierwsze nauką interesują się naukowcy, czasami politycy – jakby nie było w skali świata czy nawet kraju, jest to mniejszość społeczeństwa. Politycy mogą, teoretycznie, zrobić najwięcej, jeżeli chodzi o skuteczne prawo i jego respektowanie. Nie dajmy sobie bowiem wmówić, że nasze decyzje konsumenckie zmienią ten świat. Wiele wskazuje, że zatrzymanie katastrofy wiązać się będzie z poważnymi ograniczeniami dla koncernów czy flirtującego z państwami przemysłu. To co my możemy zrobić dla przyrody i dla samych siebie, to między innymi obcowanie z bytem, który wciąż zachwyca.

W książkach jak np. „Intymne życie łąki”, „Sekretne życie drzew” albo w filmie „Stając się zwierzęciem” akcent pada na medytowanie tego, co zwykle umyka naszej uwadze, bowiem opatrzyło nam się w trakcie codziennego mijania rzeki, drzew, pospolitych ptaków. Np. w książce „Tajemnicze życie grzybów”, autor nie tylko je ogląda, ale też wącha, dotyka czy nasłuchuje. Nas namawia do tego samego – poznawania w sposób dziecięcy, radosny. U podstaw kontaktów z przyrodą leżą bowiem pierwotne doświadczenia, mapy somatosensoryczne, trzewiowe impulsy.

Autorzy omawianych książek dystansują się wobec antropocentryzmu, ukazują sieciowość przyrody, ważna jest dla nich relacja a nie hierarchia. Nie popadają jednak w patos i sentymentalizm, pokazują przyrodę jako nasz dom czy wręcz „przedłużone” ciało. Peter Wohlleben mówi: „Nie zrozumiemy przyrody, skupiając się na wiedzy specjalistycznej. To tak, jakbyśmy chcieli pojąć, czym jest nasza świadomość, odwołując się redukcjonistycznie do przepływów elektrycznych między neuronami”. Autor ten często spotykał się z uwagami, że pisze niepoważnym językiem, że stosuje antropomorfizm. Ja sama mam wątpliwość czy od antropomorfizmu możemy uciec, chociaż wierzę, że coś takiego jak życiomorfizm mogłoby sprawę ułatwić. I byłoby to coś pouczającego, gdyż wielu z nas chyba nie ma świadomości, że jest przede wszystkim istotą żywą, stałocieplną, ssakiem, a dopiero potem człowiekiem. Samo należenie do gatunku Homo sapiens nie wystarczy, aby uniknąć śmierci spowodowanej przegrzaniem, kiedy np. wyłączona zostanie klimatyzacja.

Przyrodoczucie i ciałomysł

Myślę, że wyjątkowość nowych książek o przyrodzie polega na tym, że prezentują coś innego niż przyrodoznawstwo. Ich autorzy są raczej piewcami przyrodoczucia. Nasze doświadczenia z przyrodą rozpoczynają się nie od poznawania, ale od odczuwania. Organem zaangażowanym w czucie przyrody jest z kolei nie umysł, ale ciałomysł. Nie ma bowiem umysłu poza ciałem. Klarowny podział na ciało i umysł, na przyrodę i społeczeństwo jest nie tylko fałszywy pod względem najnowszych badań naukowych, ale ma u swojego zarania stricte ideologiczne, a nawet kolonialne podłoże. Kartezjusz dzieląc świat na substancję rozciągłą i myślącą, nie tylko dokonał ekstrakcji umysłu z ciała, ale też wyznaczył myślący status dla pewnej klasy ludzi i naturalny dla pozostałych, którzy jakimś “dziwnym” sposobem stali się siłą pociągową oraz tanim zasobem dla tych pierwszych. Przypominanie o przyrodniczym, cielesnym wymiarze naszego człowieczeństwa może dać do zrozumienia, że ratując ją ratujemy także siebie – bo rozdział jest iluzoryczny. Chroniąc swoje ciało i zdrowie, zachowujemy też JA. Poza tym przełamywanie barier może odsłonić ideologiczny wymiar separowania człowieka od rzeczy „rozciągłych”.

Przypomnijmy, że w ostatniej historii człowieka do grona osób dołączyli inni ludzie! Samo pojęcie człowiek było kiedyś zarezerwowane tylko dla nielicznych. Tymi mniej wartościowymi i bardziej śmiertelnymi niż ludzie byli „ludzie” o np. innym niż biały kolorze skóry, kobiety czy dzieci. Jakimś sposobem wszyscy oni zapewniali właściwym ludziom pracę na żądanie i tanie zasoby. Dzisiaj do sfery natury należą niezmiennie zwierzęta, rośliny, zasoby naturalne, które wciąż świadczą nam usługi i umożliwiają kapitalistyczny system, który od początku oparty był na wyzysku pewnej klasy istot i bytów. Wyobcowanie człowieka z natury mogło mieć zatem nie tylko filozoficzny czy teologiczny sens, ale wręcz ekonomiczny. To właśnie traktowanie przyrody jako taniego zasobu i zarazem zsypu, stało się przyczyną kryzysu klimatycznego, który stawia pod znakiem zapytania naszą przyszłość. Rozwiązanie tego problemu wymaga nie tylko technologii i nauki, ale też poważnego namysłu oraz aktywizmu humanistycznego. Z tego punktu widzenia włączanie czy antropomorfizm byłoby gestem przykazania miłości – szanuj bliźniego swego, jak siebie samego. Pytanie tylko kim będą owi bliźni. To nie antropomorfizm jest źródłem cierpienia, ale pozbawianie tytułu bliźniego całej masy podobnych do nas bytów.

Nowa literatura “przyrodnicza” pełni moim zdaniem funkcję pojednania. Nie tyle uczy nas o przyrodzie, ale ją przybliża – zmysłowo, egzystencjalnie. Nie ukazuje przyrody odświętną, ale taką, której potrzebujemy cały czas. W budowaniu relacji nie chodzi tylko o artykułowanie problemów czy wiedzy na temat katastrofy. Literatura czy szeroko pojęta sztuka, obok raportów i apeli mogą odegrać rolę pomocniczą w ratowaniu naszego świata. Jak na razie to one najbardziej przybliżają nas do ciała, roślin, innych zwierząt czy nawet samej ziemi. Projekt Trzeciej Kultury będzie jałowy, jeżeli do dyskursu naukowego nie dołączy literatura piękna, eseistyka czy po prostu humanistyka. Obok dźwięku i zapachu współczesnego laboratorium, nie możemy zapominać o ogrodach. W końcu stamtąd przyszliśmy.

Fot. Johannes Plenio/Pixabay.com


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Nowe rozdanie Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) nadchodzi wielkimi krokami. Oczywiście ma być ona konkurencyjna w globalnej skali, ale także coraz bardziej zielona, chroniąca klimat i zasoby środowiska naturalnego, w szczególności glebę i wodę.

Warto więc, zadać pytanie – odkładając na później przedzieranie się przez paradoks sprzeczności pragnień europejskiego rolnictwa odzwierciedlający próby zachowania równowagi pomiędzy władzą pieniądza na wolnym rynku a potrzebami zachowania standardów środowiskowych i społecznych na obszarach wiejskich – jaką rolę w realizacji tych ambitnych celów WPR odgrywać będzie produkcja zwierzęca?

Pytać trzeba z kilku powodów. Pierwszym z nich jest niepokój związany z obciążaniem środowiska naturalnego zanieczyszczeniami pochodzącymi z produkcji zwierzęcej. Drugim, przerażenie z powodu niskiego poziomu dobrostanu zwierząt hodowlanych. I w końcu, nadzieja związana z oczekiwaniami konsumentów w Unii Europejskiej, aby produkty pochodzenia zwierzęcego zostały wytworzone z zachowaniem dobrostanu zwierząt.

Nigdy wcześniej w historii naszej cywilizacji nie doszło do takiej izolacji pomiędzy produkcją roślinną i zwierzęcą jak w ciągu ostatnich 60 lat. Płacimy dziś wysoką cenę za wdrażanie w gospodarce rolnej metod produkcji przemysłowej. Właśnie, ze sprowadzeniem żywych organizmów do roli środków produkcji i zamknięciem ich w budynkach, w których są hodowane i chowane w coraz bardziej zautomatyzowany sposób, borykamy się z problemami wyjałowienia gleby, punktowego skażenia wód gruntowych, eutrofizacją wód morskich, obniżeniem różnorodności biologicznej, także tej rolniczej.

Gleba by zachować swoją żyzność potrzebuje materii organicznej stanowiącej środowisko dla rozwoju pożytecznych mikroorganizmów. Stanowi ona wówczas podstawę dla zdrowia rosnących w niej roślin, które mogą się prawidłowo ukorzenić. Im słabsza gleba, tym słabsze rośliny. Naturalny nawóz pochodzący od zwierząt, które przebywały na wolnym wybiegu został zastąpiony sztucznymi nawozami, między innymi o wysokiej zawartości azotu, który przenikając do wód gruntowych lub spływając razem opadami, trafia do wód morskich powodując ich skażenie. Do słabych roślin (szczególnie monokultur, w tym tych paszowych) konieczne jest zastosowanie coraz większej ilości środków ochrony roślin. Przeprowadzone w 2012 roku badania wykazały, że zwłaszcza dwa pośród nich – neonikotynoidy oraz fipronil – są szczególnie niebezpieczne dla pszczół miodnych, przyczyniając się do ich masowej śmierci. W Czerwonej Księdze Pszczół oszacowano, iż 30% zagrożonych wyginięciem gatunków pszczół występuje jedynie w Europie.

Zamknięcie zwierząt hodowlanych w ogromnych skupiskach powoduje ogromne, punktowe obciążenie dla środowiska naturalnego (odpływ odchodów zwierzęcych i wody po czyszczeniu pomieszczeń) oraz dla lokalnych społeczności mieszkających w pobliżu zakładów produkcji zwierzęcej (obory, chlewnie, kurniki, ubojnie) z uwagi na odór oraz hałas pochodzący od zestresowanych i przerażonych zwierząt. Przekonali się o tym, np. mieszkańcy wsi w okolicy Kutna, gdzie od lat 90-tych zakład PiniPolonia ubija dziennie do 16.000 sztuk trzody chlewnej.

Dziś, z powodu zachwiania równowagi pomiędzy światem i roślinami jesteśmy zmuszeni podejmować specjalne działania (również z unijnych środków), by na powrót wprowadzać krowy, konie czy owce (często rodzimy, starych ras) na łąki i mokradła, gdyż są one niezbędne dla przetrwania wielu dziko żyjących gatunków, zwłaszcza ptaków. Dzięki wypasowi zwierząt chronimy miejsca siedliskowe między innymi orlika krzykliwego, rybitwy, mewy, płaskonosa, brodzća krwawodziobego, rycyka oraz bataliona.

Jakie zatem zalecenia dla twórców nowej WPR? Trzeba się zastanowić ile środków z I filaru WPR idzie na wsparcie intensywnej produkcji zwierzęcej. Następnie stworzyć środki finansowe, które wspierałyby rozwój ekstensywnego chowu zwierząt oraz producentów, którzy chcieliby iść w kierunku podnoszenia dobrostanu zwierząt. Warto także wzmocnić już istniejące rozwiązania, tj. rolnictwo ekologiczne, jakościowe systemy produkcji żywności oraz cross compliance. W efektywny sposób połączyć wypas zwierząt z zagospodarowaniem użytków zielonych oraz wprowadzić w prawie krajowym dwa zakazy. Pierwszy ograniczający możliwość budowania dużych zakładów produkcji zwierzęcej i drugi – całkowicie wyłączający używanie w Polsce pestycydów, które mogą zagrażać życiu zapylaczy. I wreszcie, natychmiast odrzucić propozycję rozporządzenia MRiRW w sprawie podnoszenia wielkości obsady zwierząt w przeliczeniu na powierzchnię pastwiska – z 0,3 na hektar do 0,5. Taka propozycja uderza w chów ekstensywny (rolnictwo ekologiczne) oraz w gospodarstwa borykające się z gorszymi warunkami pogodowymi, gdyż może nie starczyć w nich paszy dla wykarmienia większej liczby zwierząt. Konsekwencją przyjęcia tego rozporządzenia będzie pozbywanie się zwierząt oraz promowanie chowu intensywnego.

W Unii Europejskiej obowiązuje kilkanaście aktów prawnych dotyczących dobrostanu zwierząt gospodarskich. Zostały one stworzone w oparciu o standardy wypracowane w raporcie Brambella (1965), który zaproponował, by dobrostan zwierząt opierał się na 5 WOLNOŚCIACH (5 freedoms) – wolność od głodu i pragnienia, wolność od dyskomfortu, wolność od bólu, zranień i chorób, wolność od strachu i stresu, wolność do przejawiania naturalnych zachowań. Te 5 zasad w połączeniu z zaproponowaną przez Donalda M. Brooma w 1991 roku de nicją dobrostanu – „mierzalnym stanem jednostki w odniesieniu do jej otoczenia (środowiskiem życia). Brak radzenia sobie ze środowiskiem, a także trudności w radzeniu sobie z nim są wskaźnikami słabego dobrostanu”- stanowią podstawę, na której są tworzone unijne regulacje odnoszące się do dobrostanu zwierząt.

„Zwierzę nie jest rzeczą, ale istotą czującą, zdolną doświadczać fizyczny i psychiczny ból oraz cierpienie”.

Są to głównie dyrektywy, co oznacza, że za stworzenie przepisów umożliwiających praktyczne przestrzeganie zasad dobrostanu zwierząt odpowiadają państwa członkowskie. W Polsce aktów prawnych regulujących warunki hodowli, chowu, transportu oraz uboju zwierząt hodowlanych jest kilkadziesiąt. Potwierdzają one, że zwierzę nie jest rzeczą, ale istotą czującą, zdolną doświadczać fizyczny i psychiczny ból oraz cierpienie. W związku z tym ustawodawca nakłada na nas obowiązek szacunku wobec zwierząt, opiekowania się nimi oraz ich humanitarnego traktowania. Na poziomie uregulowań odnoszących się do zwierząt hodowlanych te zasady humanitarnego traktowania zostały uszczegółowione w przepisach dotyczących: dostępu do odpowiedniego pożywienia i wody, odpowiedniej powierzchni do życia, dostępu do światła i świeżego powietrza, leczenia, zapewnienie swobody ruchu, zapewnienia higieny, zapewnienie wzbogaconego środowiska, zakazu izolowania od stada, zakazu stosowania przemocy, zakazu wykonywania czynności weterynaryjnych i zootechnicznych bez odpowiedniego znieczulenia. Wydawać by się mogło, że taki katalog norm jest wystarczający by zapewnić zwierzętom humanitarne warunki hodowli, chowu, transportu i uboju. Zwłaszcza, że UE w ostatnich latach dokonała znaczącego pogłębienia ochrony zwierząt gospodarskich wprowadzając bezwzględny zakazy: chowu klatkowego kur niosek (2012), izolowania ciężarnych loch (od 2013), zamykania cieląt po 8 tygodniu życia w pojedynczych końcach (2017), trzymania królików w klatkach (2017).

Pod wpływem nacisku opinii publicznej prawo unijne idzie w kierunku podnoszenia dobrostanu zwierząt. Niemniej jednak, z uwagi na niewystarczający system kontroli oraz względy ekonomiczne do codziennej praktyki w intensywnej produkcji zwierzęcej należą: zbyt częste zapładnianie samic (królice żyjące 1 rok są zmuszane do 6 ciąż), zbyt wczesne odsadzanie młodych od matek, przycinanie ogonów prosiętom, usuwanie im zębów (stłoczone zwierzęta obgryzają sobie ogony i ranią się wzajemnie) oraz kastracja bez znieczulenia by zmniejszyć agresję, ale także by pozbyć się tzw. „zapachu knura”, który może być później wyczuwalny w mięsie. 83 miliony prosiąt są co roku kastrowane bez znieczulenia.

Ponadto by uspokoić zwierzęta ogranicza się im dostęp do światła albo zmniejsza jego natężenie. Alternatywą jest także podawanie środków uspokajających. Bydło, owce i kozy pozbawia się rogów, natomiast drób ma przycinane dzioby. Indyki cierpią z powodu nadmiernego wzrostu mięśnia piersiowego, co uniemożliwia kojarzenie się z samicą. Kaczki nie mogą realizować swoich potrzeb gatunkowych, gdyż nie zapewnia się im dostępu do wody. Gęsi skubie się żywcem, znacznie podnosząc śmiertelność tych ptaków. Jeszcze gorzej sytuacja przedstawia się w transporcie zwierząt, w którym przewozi się zwierzęta zbyt młode lub chore, nie przestrzega się obowiązku postoju po 8 godzinach podróży, tłoczy się zbyt dużo zwierząt na zbyt małej powierzchni, co prowadzi do urazów, obrażeń i śmierci. Ponadto zwierzęta są narażone na niespotykane okrucieństwo podczas ich załadunku i rozładunku. Dotyczy to ponad 1 miliarda zwierząt transportowanych w UE każdego roku.

Problem braku możliwości realizacji dobrostanu zwierząt hodowlanych poprzez wysokie wymagania prawne oraz urzędowy system kontroli został w końcu dostrzeżony przez unijne instytucje. Od 2006 roku, Komisja Europejska powołuje do życia inicjatywy (do najważniejszej należy Animal Welfare Platform) mające na celu motywowanie producentów w UE do stosowania oznakowania produktów pochodzenia zwierzęcego informującego konsumentów o ich wytworzeniu w warunkach dobrostanu. Zwłaszcza, że dla 90% Europejczyków dobrostan zwierząt stał się bardzo ważną sprawą (Eurobarometr, 2015) i są gotowi płacić 5% więcej za produkty wytworzone z zachowaniem dobrostanu. Właśnie ich głosami został przecież wywalczony urzędowy system oznakowania jajek. Ponadto konsumenci w UE obawiają się o swoje zdrowie, z uwagi na powszechność prewencyjnego podawania antybiotyków zwierzętom w chowie przemysłowym i badania wskazujące, że może to powodować rosnącą odporność na te leki wśród ludzi (Eurobarometr, 2018). W Holandii, Danii, Francji i Niemczech już zostały stworzone oznakowania, których mogą używać producenci, którzy podnoszą dobrostan zwierząt w ramach swojej produkcji. Takie oznakowania istnieją także w Polsce. Wprowadzili je producenci wołowiny oraz wieprzowiny, jednak nie z uwagi na dobrostan zwierząt, a na chęć wyróżnienia produktu na rynku z uwagi na jego lepszą jakość. Gdy się jednak dobrze wczytać w regulamin korzystania z tych oznakowań, okazuje się, że warunki chowu bydła i trzody chlewnej mają znaczenie. Właściwie więc, polski polityk to ostatni element, na który czeka konsument, producent i zwierzęta. Na jego wolę by powiązać polskie rolnictwo z dobrostanem zwierząt oraz zrozumienie, że biznes już wyczuł w tym pieniądze i właśnie w ten sposób Europa Zachodnia zaczyna budować konkurencyjność swoich producentów.

Fot. Maciej Cmoch


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Naukowcy wiedzą, jak sprawić, by 36% unijnego budżetu i połowa gruntów w UE przyczyniły się do przeciwdziałania zmianie klimatu i utracie bioróżnorodności. Wiedzą, jak działać, by rolnictwo w Europie stało się zrównoważone pod względem społecznym, środowiskowym i ekonomicznym. I jak sprawić, by kosztów środowiskowych, ekonomicznych i społecznych unijnej produkcji rolnej nie musiały ponosić obszary wiejskie na innych kontynentach. 

W apelu z 8 lutego 2020 ponad 3600 naukowców zwróciło się do instytucji Unii Europejskich o zaprzestanie pozorowania reformy Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) w ramach zamkniętego procesu decyzyjnego (tak jak w poprzednich reformach WPR), który jest wykorzystywany do obrony interesów niewielu kosztem wielu.

Zdaniem naukowców postępujący kryzys klimatyczny oraz degradacja środowiska wymagają zmiany unijnej polityki rolnej, by przestała przyczyniać się do dwóch powyższych zjawisk, a stała się polityką dbającą o ochronę środowiska, klimatu, zdrowa i jakości życia ludzi oraz zwierząt w Unii Europejskiej (UE) i poza jej granicami.

Naukowcy zaproponowali konkretne i szczegółowe rozwiązania w ramach 10 działań do natychmiastowej realizacji przez Unię Europejską.

Powinny one polegać na finansowym wspieraniu form produkcji rolnej, która w najwyższym stopniu przyczynia się do ochrony środowiska i klimatu, zapewnia jak najwięcej usług ekosystemowych i wspiera wielofunkcyjność obszarów wiejskich. Wymaga to przekształcenia płatności bezpośrednich w płatności za dobra publiczne, które dostarczają rolnictwo oraz obszary wiejskie. Jak najwyższe wsparcie powinny otrzymywać agroekologiczne praktyki rolne, np. rolnictwo ekologiczne oraz agroleśnictwo. W uproszczeniu – im więcej dóbr publicznych dostarcza przyjęta przez rolnika metoda produkcji, tym więcej pieniędzy powinien on otrzymywać z kieszeni podatników.

Naukowcy szczególnie rekomendują przeznaczenie jak największych środków finansowych na działania rolno-środowiskowo-klimatyczne, płatności do rolnictwa ekologicznego oraz do obszarów NATURA 2000, gdyż są one uważane za przynoszące najlepsze efekty ekologiczne. Odradzają natomiast utrzymanie dotychczasowej formy wsparcia dla obszarów z ograniczeniami naturalnymi (ONW), gdyż ich wpływ na środowisko jest niejednoznaczny, a może również przyczyniać się do wzrostu emisji gazów cieplarnianych.

Generalnie, intensywna produkcja rolna charakteryzująca się wysoką emisją gazów cieplarnianych i powodująca degradację środowiska naturalnego, a także zakłócenia na rynkach rolnych, powinna zostać wyłączona z finansowania w ramach WPR.

Naukowcy wzywają do zwiększenia przejrzystości sposobu planowania WPR oraz demokratyzacji procesów podejmowania decyzji dotyczących przyszłości rolnictwa i żywności w Unii Europejskiej. Przede wszystkim domagają się poprawy i uzupełnienia wskaźników, które mają służyć realizacji celów środowiskowo-klimatycznych w ramach przyszłej WPR zgodnie z Europejskim Zielonym Ładem i Zieloną Architekturą. Precyzyjne i jasne wskaźniki umożliwią państwom członkowskim UE realizację celów środowiskowo-klimatycznych zamiast próby „równania w dół” z uwagi na elastyczny dobór działań w ramach Krajowych Planów Strategicznych przy jednoczesnym braku ich wyraźnego określenia przez Komisję Europejską. Dobrze określone wskaźniki i propozycje konkretnych działań pozwolą uniknąć pozorowania przez władze państw członkowskich, że wdrażają działania na rzecz ochrony środowiska i klimatu.

Apel naukowców odnosi także do przyjęcia zasady, że przyznawanie odszkodowania w ramach instrumentów ubezpieczeniowych WPR za ryzyko związane z zagrożeniami dla produkcji rolnej powiązanymi również ze zmianą klimatu (susza, ulewne deszcze, powodzie, pożary), powinno być powiązane z oceną czy rolnik, który ubiega się o odszkodowanie podjął jakiekolwiek działania w ramach swojej produkcji przyczyniające się do ochrony środowiska i klimatu.

Ostatnią kwestią podniesioną w apelu naukowców jest postrzeganie wpływu WPR nie tylko na sprawy ekonomiczne, społeczne i środowiskowe państw UE, ale także oddziaływania unijnej polityki rolnej na inne kraje. Kryzys klimatyczny, niszczenie środowiska oraz zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego są problemami globalnymi. Z tego powodu, polityka rolna UE powinna być prowadzona tak, by inne obszary świata – zwłaszcza kraje Globalnego Południa – nie musiały ponosić kosztów społecznych i środowiskowych wynikających z braku  reformy WPR i jej dalsze podporządkowanie celowi  intensyfikacji produkcji oraz walki o konkurencyjną pozycję na rynkach rolnych.

Koalicja Żywa Ziemia uznając wagę apelu przygotowała jego tłumaczenie.

Polskie tłumaczenie można przeczytać tutaj.

Apel w języku angielskim można przeczytać tutaj.

Źródło: Koalicja Żywa Ziemia


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Nasz apel kierujemy do wszystkich, dla których bezpieczeństwo żywnościowe Polski jest sprawą bardzo ważną, a dążenie do niego przejawem prawdziwie patriotycznej postawy.

 

Apel Koalicji Żywa Ziemia.pdf

Epidemia COVID-19, kryzys klimatyczny oraz – kolejna już – narastająca susza uświadomiły nam, że dziś wszyscy razem – rolnicy i konsumenci – musimy podejmować działania na rzecz bezpieczeństwa żywnościowego Polski.

Nie przetrwamy – ani rolnicy, ani konsumenci – bez czystej wody, gleby i powietrza. Nie przetrwamy bez różnorodności biologicznej i bez owadów zapylających, dzięki którym co roku odnawiają się zasoby przyrodnicze i rolnicze.

W czasach nasilających się zachorowań ludzi i zwierząt, nie przetrwamy bez żywności, której jakość daje nam zdrowie i odporność.

Już najwyższy czas na odpowiedź jakiego rolnictwa chcemy w Polsce i jak będziemy o nim decydować. Musi to być odpowiedź udzielona przez wszystkie grupy społeczne. Musi ona zostać wysłuchana przez reprezentantów władzy publicznej.

Konieczne jest podjęcie debaty na temat polskiego rolnictwa i polityki żywnościowej państwa. Musi w niej wybrzmieć głos zarówno rolników i przedstawicieli władzy publicznej, jak również konsumentów oraz organizacji społecznych i pozarządowych.

Ani wśród polskich rolników, ani wśród polskich konsumentów nie powinno być zgody dla wspierania przemysłowych, intensywnych metod produkcji, gdyż stanowią one poważne zagrożenie dla naszego wspólnego dobrobytu, zdrowia oraz przyszłości kolejnych pokoleń. Przemysłowe rolnictwo dzieli rolników i konsumentów na całym świecie – niszczy rodzinne gospodarstwa, środowisko i klimat, wyklucza drobnych producentów rolnych z rynku i tworzy warunki chorej konkurencji, w której maksymalizacja zysku jest jedyną wartością.

Dzięki pracy naukowców i ekspertów wiemy, że dla przyszłości rolnictwa – czyli naszego bezpieczeństwa żywnościowego – najważniejszy jest rozwój metod produkcji, które nie niszczą naturalnych zasobów naszej planety – podstawy dla trwałej i wydajnej produkcji żywności odżywczej i wolnej od pozostałości pestycydów i nawozów syntetycznych.

Lokalne rolnictwo i możliwość bezpośredniego kupowania żywności od jej producentów pozwalają chronić interesy gospodarstw rodzinnych, a także zachowywać tradycję i kulturę obszarów wiejskich.
To jest prawdziwy patriotyzm konsumencki: Producenci rolni i konsumenci – WSPÓLNIE I SUWERENNIE – decydują o przyszłości polskiego rolnictwa. Rolnictwa, które jest podstawą i gwarancją bezpieczeństwa żywnościowego.

ZWRACAMY SIĘ DO POLSKICH KONSUMENTÓW o:

1. Kupowanie żywności wytwarzanej lokalnie, co pozwala budować oparte na zaufaniu i szacunku więzi pomiędzy rolnikami i konsumentami.

2. Zaangażowanie się w oddolne tworzenie struktur bezpośredniej współpracy pomiędzy rolnikami i konsumentami, np. kooperatyw spożywczych, „paczek od rolnika” czy rolnictwa wspieranego społecznie (RWS).

3. Zwracanie się do sprzedawców żywności z pytaniami o miejsce wytworzenia żywności, metody jej produkcji oraz sugerowanie sprzedawcom, że poszukujecie żywności ekologicznej i lokalnej.

4. Wpływanie na władze samorządowe, aby wprowadzały w szkołach, przedszkolach i innych placówkach publicznych żywność ekologiczną pochodzącą od lokalnych rolników, oraz aby organizowały lokalne targowiska.

5. Aktywny sprzeciw społeczny wobec przemysłowych metod produkcji rolnej z wysokim użyciem chemii rolniczej, monokulturowych upraw oraz prewencyjnego podawania antybiotyków zwierzętom hodowlanym utrzymywanym w drastycznych warunkach.

6. Zrozumienie, że tym, co dzieli rolników nie są granice państw, ale metody produkcji i wielkość gospodarstw.

ZWRACAMY SIĘ TAKŻE DO POLSKICH ROLNIKÓW z apelem o dostrzeżenie potrzeb polskich konsumentów, a także perspektyw ekonomicznych, jakie niesie ze sobą ekologiczna i lokalna produkcja rolna oraz połączenie sił z innymi członkami społeczeństwa, którym zależy na wspólnym dobrobycie. Organizujcie się i wywierajcie presję na władze, aby opłacało się produkować w sposób nieszkodzący człowiekowi i środowisku.

Każdy rolnik, który dba o zdrowie konsumentów oraz środowisko dające mu zasoby naturalne – podtrzymujące trwałość, wydajność i jakość produkcji rolnej – zasługuje na głęboki szacunek.

Nie pozwólmy na budowanie wrogości między rolnikami i konsumentami. Nie pozwólmy na upowszechnianie opinii, że polscy rolnicy i polscy konsumenci mają sprzeczne interesy.

APELUJEMY DO PRZEDSTAWICIELI POLSKICH WŁADZ:

Łączcie polskich konsumentów i rolników w duchu prawdziwego patriotyzmu. Patriotyzmu rozumianego jako działanie na rzecz zdrowia i jakości życia zarówno mieszkańców miast, jak i obszarów wiejskich. Nie pozwalajcie na szerzenie mowy nienawiści oddzielającej od siebie
konsumentów i rolników.

Wraz z postępującymi zmianami klimatu, problem dostępności wody w rolnictwie staje się coraz poważniejszy. Z jednej strony zmniejsza się ilości opadów, co skutkuje długotrwałymi okresami suszy, z drugiej mogą występować nagłe i intensywne deszcze prowadzące do erozji gleby. Dodatkowo konsekwencją podnoszenia się średniej temperatury jest wcześniejsze topnienie pokrywy śnieżnej lub występowanie bezśnieżnych zim. Stąd kwestia dostępności wody w rolnictwie stała się w ostatnich latach przedmiotem analiz, prognoz i polityk publicznych tworzonych w najważniejszych międzynarodowych instytucjach zajmujących się prawami człowieka [1].

Również w Polsce możemy mówić o znaczących problemach z zasobami wodnymi dostępnymi dla rolnictwa. Przede wszystkim obserwuje się zmniejszenie ilości opadów, co w kończącym się właśnie sezonie (2019) zaowocowało suszą rolniczą na obszarze całej Polski. Była ona szczególnie dotkliwa w okresie największych upałów, tj. od 1 czerwca do 31 lipca 2019 roku – średnia wartość Klimatycznego Bilansu Wodnego (KBW) [2] dla kraju w tym czasie wynosiła minus 173 mm [3]. W województwie lubuskim stan suszy rolniczej utrzymywał się przez cały sezon, a we wspomnianym  wyżej okresie wskaźnik KBW wynosił tam aż minus 279 mm. Niewiele lepsza sytuacja obserwowana była w województwach wielkopolskim i łódzkim, gdzie susza również utrzymywała się przez kilka miesięcy.

Na niski poziom opadów atmosferycznych w Polsce składa się szereg czynników, w szczególności duża odległość od oceanów (w porównaniu do innych państw europejskich). Innym powodem niedoborów wody są coraz częściej występujące bezśnieżne zimy [4]. Dodatkowym czynnikiem zmniejszającym zasoby wodne w Polsce jest chaotyczny proces urbanizacji, któremu towarzyszy uszczelnianie powierzchni zlewni. Zabiegi te przyspieszają spływ wód opadowych – zmniejszają możliwość ich rozlewania i przesączania w okolice terenów uprawnych oraz ograniczają zasilanie zasobów wód podziemnych. W efekcie średnia ilość wody przypadająca na jednego mieszkańca Polski jest 2,5 razy mniejsza od średniej dla Europy i wynosi ok. 1800 m³/rok, a w trakcie suszy wskaźnik ten spada poniżej 1000 m³/rok/osobę. W wielu regionach kraju doszło do obniżenia zwierciadła wód podziemnych, co skutkuje problemami z zaopatrzeniem w wodę na terenach niezwodociągowanych, gdzie głównym jej źródłem są indywidualne, płytkie ujęcia.

Biorąc pod uwagę pogłębiający się deficyt zasobów wodnych, a także dalszy prognozowany wzrost średniej temperatury, kwestia dostępności wody dla rolnictwa jest palącym problemem naszego kraju. Powoli pojawiają się działania systemowe wspierające tworzenie małej retencji oraz budowanie systemów nawadniających na terenach gospodarstw [5]. Program Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW) w ramach działania „Modernizacja gospodarstw rolnych” oferuje do 100 tys. złotych na ulepszenie istniejącej instalacji nawadniającej, powiększanie obszaru nawadnianego albo operacje łączące te dwa działania. Należy mieć jednak na uwadze, że nieprzemyślane rozwijanie systemów nawadniających zagraża naszym (i tak już skąpym) zasobom wód głębinowych. Dlatego tak istotne jest całościowe podejście do kwestii niedoborów wody, przejawiające się stosowaniem metod opartych o naturalne rozwiązania (ang. Nature-Based Solutions), bazujące na usługach ekosystemowych i jak najefektywniejszym wykorzystaniu wód opadowych. W szczególności potrzebne jest magazynowanie ich nadmiaru w okresach deszczowych, by mogły posłużyć do nawadniania w okresach suchych. Tworząc systemy nawadniające warto także rozważyć strategię nawadniania uzupełniającego [6] (ang. supplemental irrigation, SI), polegającą na minimalnym wykorzystaniu wody, tj. między 50–200 mm na sezon.

Zadrzewienia śródpolne w gospodarstwie Elżbiety i Bogdana Charów. Foto: Marta Łukowska

Zadrzewienia śródpolne w gospodarstwie Elżbiety i Bogdana Charów. Foto: Marta Łukowska

Niektórzy rolnicy, w trosce o swoje plony i przetrwanie, już od lat na różne sposoby przeciwdziałają negatywnym skutkom suszy oraz dbają o zatrzymywanie wody w glebie. W ramach projektu Agro-Perma-Lab, realizowanego przez Nyeleni Polska [7], przeprowadzono badania funkcjonowania trzech gospodarstw spełniających założenia agroekologii i permakultury [8]. Podczas tych badań udało się zidentyfikować szereg działań, które podejmują rolnicy w celu zarządzania zasobami wodnymi w kontekście pogłębiającego się deficytu wody.

Praktyki stosowane w badanych gospodarstwach można podzielić na trzy grupy: zatrzymywanie wody w glebie, magazynowanie opadów i ograniczanie zapotrzebowania na wodę.

Do działań pierwszego typu należy zaliczyć przede wszystkim budowanie warstwy organicznej w glebie prowadzące do zwiększenia jej właściwości sorpcyjnych. W tym celu stosuje się obornik krowi (najlepiej wywożony jesienią, żeby nie wysuszyć dodatkowo gleby) oraz dba się o odpowiedni udział mieszanki roślin bobowatych z trawami w płodozmianie. Równie istotne jest stosowanie zabiegów uprawnych mających na celu zmniejszenie utraty wody. Przede wszystkim nie dopuszcza się do powstania na powierzchni ziemi skorupy, która zwiększa parowanie z głębszych warstw gleby. Dlatego stosuje się zabiegi niszczące skorupę, które podcinają kapilary i ograniczają parowanie. W ich efekcie wierzchnia warstwa gleby wygląda jak sucha, ale pod nią zatrzymuje się woda. Podcięcie kapilar jest szczególnie istotne na wiosnę, kiedy przed pojawieniem się wegetacji bronuje się pola, żeby ograniczyć parowanie i zatrzymać w glebie wodę zgromadzoną jesienią i zimą. Niektórzy rolnicy stosują ten zabieg także po każdym deszczu, np. z wykorzystaniem „gęsich stópek”. Równie ważna jest szybka podorywka [9] po zbiorze zbóż, kiedy gleba – odkryta po ścięciu ochraniających ją roślin – jest szczególnie narażona na parowanie. Także po orce siewnej, aby uniknąć utraty wody, od razu bronuje się pole. O ile to możliwe, wykonywana jest orka jesienna (zamiast wiosennej), która mniej wysusza glebę i umożliwia odbudowanie systemu kapilar przez zimę. Kiedy jest zbyt sucho – nie orze się.

Istotną rolę w zatrzymywaniu wody pełnią również podwyższone grządki – dzięki temu, że ścieżki są niżej, woda zatrzymuje się na nich i wsiąka w strukturę, na której sadzone są rośliny. Ponadto za sprawą swojej konstrukcji (dużo materii organicznej, wysoka zdolność sorpcyjna), w zasadzie nie wymagają one podlewania. Warunkiem jest solidne nawodnienie ich podczas tworzenia i utrzymywanie odpowiednio grubej warstwy ściółki. Innym sposobem zatrzymywania wody w gospodarstwie są rowy konturowe, które korzystają z naturalnego nachylenia terenu [10]. Żeby zatrzymać wodę podczas opadów, wyznacza się je wzdłuż poziomic, tj. w poprzek spadku terenu.

Druga grupa działań to magazynowanie wody. Dobrą metodą jest wykopanie – w najniższych punktach trwałych użytków zielonych – oczek wodnych, które zbierają wodę i osuszają łąki, a przy okazji podnoszą jakość zielonki i siana jako paszy dla zwierząt. Oczka – oprócz magazynowania wody, z której można skorzystać do podlewania upraw – sprzyjają tworzeniu się mgieł, które dzięki pasom zadrzewień śródpolnych można dłużej zatrzymać na polach. Innym sposobem magazynowania wody stosowanym w zbadanych gospodarstwach jest zbieranie jej z powierzchni dachowych do 1000-litrowych zbiorników. Umieszczenie ich na podeście umożliwia dodatkowo grawitacyjne podlewanie upraw. W jednym z badanych gospodarstw wykorzystuje się także szarą wodę – spod prysznica polowego przesącza się ona w stronę ogrodu, ze zlewu w kuchni polowej odprowadzana jest wzdłuż ogrodzenia do pasa wierzb, a z umywalki przy prysznicach polowych rurą spływa w okolice tunelu. Podstawowym warunkiem umożliwiającym odprowadzanie wody szarej bezpośrednio do ogrodu jest korzystanie wyłącznie z biodegradowalnych kosmetyków i detergentów.

System wykorzystania wody w łażni polowej w gospodarstwie Esterka. Foto: Marta Łukowska

Trzecią grupą zaobserwowanych praktyk jest zmniejszenie zapotrzebowania na wodę. Jednym z rozwiązań jest uprawa roślin dawnych odmian, które mają bardziej rozbudowane systemy korzeniowe i lepiej radzą sobie z niedoborami wody. Dodatkowo w uprawach warzywnych pomaga stosowanie sadzarki, która wsadza rośliny głębiej – dzięki temu mają mniejsze zapotrzebowanie na wodę i lepiej radzą sobie z suszą (mając dostęp do głębszych pokładów wody). W tunelach stosuje się ograniczające zużycie wody taśmy kroplujące, które umożliwiają precyzyjne podlewanie bezpośrednio przy roślinie. Ponadto dla zmniejszenia parowania w tunelach, okrywa się glebę czarną agrotkaniną. Inną, tradycyjną metodą ograniczania zapotrzebowania na wodę, jest korzystanie z toalet kompostowych, które dodatkowo są źródłem materii organicznej.

Podsumowując, rolnicy w zbadanych gospodarstwach starają się budować odporne na niedobory wody agroekosystemy, a także dostosowują techniki uprawy do pogarszających się warunków wodnych. Ich działania są zgodne z wytycznymi proponowanymi w dokumentach FAO, CFS i HLPE, które sugerują stosowanie naturalnych (Nature-Based Solutions), lokalnych i opartych o funkcjonowanie ekosystemów rozwiązań.

Artykuł ukazał się w broszurce „Polityka na talerzu – przewodnik po agroekologii i suwerenności żywnościowej” przygotowanej i wydanej przez zespół Nyeleni Polska przy wsparciu Fundacji im. Heinricha Bölla w Warszawie, z okazji II Ogólnopolskiego Forum Suwerenności Żywnościowej, które odbyło się w Warszawie w dniach 30.01 – 2.02. 2020 roku w Warszawie. Cała broszurka do pobrania w formacie pdf: https://nyeleni.pl/wp-content/uploads/2020/02/PolitykaNaTalerzu.pdf

Opublikowano na podstawie licencji Creative Commons “Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe” (CC BY 4.0).

Przypisy

[1] Warto zapoznać się z raportem Wysokiego Panelu Ekspertów przy Komitecie ds. Światowego Bezpieczeństwa Żywnościowego „Water for food security and nutrition” oraz publikacją Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (Food and Agriculture Organization of United Nations) „Nature-Based Solutions for agricultural water management and food security”.
[2] Wskaźnik umożliwiający określenie stanu uwilgotnienia środowiska (oceny aktualnych zasobów wodnych) przy wykorzystaniu danych meteorologicznych. KBW jest określany jako różnica pomiędzy przychodami wody (w postaci opadów) a stratami w procesie parowania (ewapotranspiracja).
[3] Dane na podstawie Systemu Monitoringu Suszy Rolniczej: http://www.susza.iung.pulawy.pl/glowna/
[4] UN Global Compact. Network Poland (2018). Zarządzanie zasobami wodnymi w Polsce 2018. https://ungc.org.pl/info/zasoby-wodne-polsce/
[5] Informacje o programie na stronie: https://www.arimr.gov.pl/dla-beneficjenta/wszystkie-wnioski/prow-2014-2020/poddzialanie-413-modernizacja-gospodarstw-rolnych-obszar-nawadniania-w-gospodarstwie.html
[6] Więcej informacji o nawadnianiu uzupełniającym tutaj (w jęz. angielskim): http://www.fao.org/3/I9022EN/i9022en.pdf
[7] We współpracy z Ekologicznym Uniwersytetem Ludowym, Permakultura.Edu oraz Schola Campesina.
[8] Wyniki badań w postaci pełnego opisu trzech gospodarstw (Elżbiety i Bogdana Charów w woj. świętokrzyskim, Joanny i Franka Dublerów w woj. podlaskim i Margerity Kahan w woj. łódzkim) można przeczytać na stronie: http://agroekologia.edu.pl/category/gospodarstwa-przykladowe-ap-lab/.
[9] Orka płytka rozpoczynająca zespół uprawek pożniwnych, wykonywana latem bezpośrednio po zbiorze roślin. Podorywka może być wykonana pługiem podorywkowym, kultywatorem podorywkowym lub broną talerzową. Podorywkę wykonuje się najczęściej do głębokości 5-10cm.
[10] Zobacz: Yeomans (2008). Water For Every Farm: Yeomans Keyline Plan. CreateSpace Independent Publishing Platform