Problem zanieczyszczeń po Zakładach Chemicznych Zachem istnieje od dawna. Pisaliśmy o tym. Co zmieniło się w przeciągu ostatnich lat w  sprawie skażenia, a zwłaszcza zanieczyszczenia wód podziemnych? Z Renatą Włazik, mieszkanką bydgoskiego osiedla Łęgnowo Wieś, rozmawia Daniel Kaszubowski.
Daniel Kaszubowski: Działasz społecznie ponad 3 lata, to sporo czasu na obserwację działań samorządu, ale i władz związanych z administracją państwową. Czy udało ci się w tym czasie spotkać z lokalnymi politykami? A może udało ci się dotrzeć wyżej? Jesteś zadowolona z efektów tych spotkań, czy może jednak czujesz się zbywana?

Renata Włazik:  9. lutego 2020 r. miną dwa lata od czasu, gdy pierwszy raz byłam w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie na ręce ministra Pawła Szrota złożona została petycja w sprawie zapobiegania zanieczyszczeniom po Zachemie. Wyszłam wtedy z Kancelarii Premiera pełna nadziei i wiary. W ciągu tego czasu rozmawiałam z wieloma politykami i pracownikami różnych organów, nie tylko samorządowych. Ciężko więc znaleźć instytucję, która nie znałaby obecnie sprawy zanieczyszczenia, zwłaszcza wód podziemnych i wie, że ma to wpływ na degradację obszaru NATURA 2000, rzeki Brdy, Wisły i Morza Bałtyckiego, że zanieczyszczona woda ma negatywne skutki zdrowotne, zwłaszcza dla osób starszych i dzieci. A jednak nie dostrzegam, aby pomimo tej wiedzy i że zagrożenie istnieje jeszcze z okresu PRL,  przystąpiono do rozbrojenia tej tykającej bomby.  Jestem tym zdemotywowana i przerażona. W tej chwili koszty naprawcze ocenia się na prawie 3 miliardy i z każdym rokiem się zwiększają. Należy pamiętać, że w tych wyliczeniach nie uwzględnia się negatywnych, kancerogennych i mutagennych skutków zdrowotnych, jakie od dawna ponoszą ludzie, a zwłaszcza dzieci. W moich działaniach poruszam też tematy zanieczyszczeń, zwłaszcza wód, w innych częściach Polski.

Co może stanowić skład wód podziemnych w dawnych Zakładach Chemicznych „Zachem” i wokół nich?

Mówiąc wprost, poza przysłowiową tablicą Mendelejewa na terenach po Zachemie może być jeszcze  wiele związków chemicznych, nawet nie znanych współczesnej nauce, które powstały poprzez różne niekontrolowane procesy chemiczne. Nie wiem, czy kiedykolwiek ktoś będzie w stanie zbadać tak do końca, co tu jest… Z badań przeprowadzonych choćby przez Urząd Miasta Bydgoszcz z dotacji UE w r. 2018 wiem, że w wysłanych do londyńskiego laboratorium próbkach wody podziemnej nie można było ustalić granicy końcowej AOX (grupa szkodliwych związków chemicznych). Pracownik Urzędu Miasta oświadczył to przedstawicielom organów, ale  moim współmieszkańcom nikt tej informacji nie przekazał wprost. W dokumentach oficjalnych też nie dostrzegam tej informacji, jedynie w raporcie z badań, ale kto to czyta poza mną? Z niezależnych badań, prowadzonych przez zespół prof. Akademii Górniczo-Hutniczej Mariusza Czopa  na terenie mojego osiedla w r. 2017, wynika, że w wodach podziemnych, powierzchniowych, w przydomowych studniach używanych powszechnie w gospodarstwach domowych czy do nawadniania tych terenów wykryto gigantyczne przekroczenia wielu związków organicznych, takich jak fenol, anilina, toluidyna, WWA – czyli wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne z których wiele podejrzewanych jest lub ma udowodnione własności rakotwórcze.

Jak wiadomo woda paruje, zapewne więc na tych terenach te zanieczyszczenia są także w powietrzu. Tego jednak nikt nie bada ani też w sposób właściwy nie informuje moich współmieszkańców o szkodliwości wody spoza wodociągu.. Wielu mieszkańców nadal nie zdaje sobie sprawy z negatywnych skutków zdrowotnych, które mogą przyjść po latach, w kolejnych pokoleniach. Zanieczyszczenia powodują nie tylko nowotwory, ale także różnego rodzaju choroby układu nerwowego, trawiennego, oddechowego, immunologicznego, krwionośnego itp.

Skoro jest tak źle, to jakie działania są prowadzone, by choćby w minimalnym stopniu rozwiązać problem tej tykającej bomby ekologicznej? Z tego co wiem, Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska otrzymała ponad 90 mln złotych na przeprowadzenie prac remediacyjnych na tym terenie.

RDOŚ otrzymał ponad 90 mln na remediację wód podziemnych na niespełna 30 hektarach, a potencjalnie zanieczyszczone jest 45 km2, czyli obszar większy 150 razy. Projekt powinien rozpocząć się w styczniu 2018,  przepompowywanie zakładane było na około 4,5 roku, koniec projektu przypada w marcu 2023 r. Tyle że oczyszczające przepompowywanie jeszcze się nie rozpoczęło, więc wykonalność tego projektu jest według mnie pod dużym znakiem zapytania. Dodam, że bez zamknięcia dopływu zanieczyszczeń ze składowiska Zielona (co było zakładane w innym projekcie, który nie otrzymał zielonego światła w ministerstwie) ta remediacja jest bezsensowna, zanieczyszczenia znów napłyną. Projekt ten nie wpływa znacząco na katastrofalny stan mojego osiedla. Kolejnych projektów dziś się nie planuje, pomimo że są na to środki UE. Wygląda na to, że stosowne organy albo nie chcą, albo nie potrafią napisać wniosku! Wspomniany projekt, gdzie uzyskano tak duże dofinansowanie, opracował dla RDOŚ zespół profesora AGH Mariusza Czopa. Jednak RDOŚ wycofał się z zakładanej wcześniej współpracy z niezależnie działającymi naukowcami. Nie napawa mnie to optymizmem! Liczę jednak, że szanowana nie tylko za wybitne osiągnięcia uczelnia będzie nadal prowadzić badania. Ufam, że rektor i władze AGH wspomogą w tym wybitne grono naukowców tej uczelni, tak by działać dla ratowania ludzi i środowiska.

Trzy  lata to także dużo czasu na zrobienie szumu wokół sprawy i znalezienie wsparcia. Co udało ci się w tej sprawie osiągnąć?

Mapa pokazująca skalę zanieczyszczenia.

Powiedzmy, że media są bezapelacyjnie pomocne w nagłośnieniu, a bez tego trudno coś  zdziałać. Nie czarujmy się jednak, to nie dziennikarze decydują, co otrzymują poszkodowani. Nie zawsze jest to tym, co bym zaakceptowała, gdybym miała na to wpływ. Niezmiennie proszę o to, żeby nie szkodzić moim współmieszkańcom, by pomóc. Pozostaje mi być wdzięczną za każde nagłośnienie. Dzięki temu powiększa się krąg zainteresowanych i wspierających, do którego zapraszam każdego ponad wszelkimi podziałami, choćby na grupę na FB: Renata Włazik – Zachem bomba ekologiczna Bydgoszczy. Po to, abyśmy dali radę oczyścić środowisko, a zwłaszcza kurczące się zasoby wody, też tej podziemnej.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Na początku maja odnotowano pierwsze przypadki zgonów wśród słoni zamieszkujących rejon delty Okawango. Do końca miesiąca doliczono się 169 martwych zwierząt. W połowie czerwca liczba ta wzrosła dwukrotnie. Według lokalnych źródeł 70% zgonów miało miejsce w pobliżu wodopoju. W tej chwili rząd Botswany bada próbki, by wyjaśnić co stoi za śmiercią niemal 400 słoni. Pierwsze wyniki spodziewane są dopiero za kilka tygodni.

Niepokojąca jest opieszałość rządu, który bardzo długo zwlekał z przesłaniem próbek do certyfikowanych laboratoriów, ponieważ nie wiadomo, czy to co powoduje śmierć u słoni może zagrażać również ludziom. Naukowcy dysponując na razie dość ograniczonymi danymi wskazują na dwie możliwe przyczyny: patogen lub zatrucie. Pojawiły się również opinie, że odpowiedzialny może być Covid-19, ale nie znalazły one potwierdzenia.

Początkowo podejrzewano kłusowników, którzy w sąsiednim Zimbabwe często stosują cyjanek by zdobyć cenną kość słoniową. Kły martwych słoni nie zostały jednak usunięte. Wykluczono również zatrucie wąglikiem naturalnym, który początkowo był uznawany za najbardziej prawdopodobną przyczynę śmierci słoni. Lokalni mieszkańcy mówią, że przed śmiercią często chodzą one w kółko, co może wskazywać na zaburzenia neurologiczne.

Cały czas dochodzi do nowych zgonów. Zaobserwowano również wiele wychudzonych słoni, co jest jednym z objawów tej tajemniczej choroby. W okresie, kiedy świat zmaga się z pandemią Covid-19, każda informacja o nieznanych chorobach dzikich zwierząt budzi niepokój. W delcie Okawango, która została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO żyje około 15 tys. słoni. Jest to region chętnie odwiedzany przez turystów.

Fot. Michael Levine-Clark

Oprac. Marcin Wrzos


 

Rok 2019 upłynął pod znakiem nawoływań do działania w obliczu kryzysu klimatycznego, padających z ust Grety Thunberg i szerokiego ruchu klimatycznego. Odpowiedź rządowych decydentów polegała najczęściej na słuchaniu, czasem dodatkowo na pochwalaniu, ale w praktyce na wstrzymywaniu się od działania.

Współczesne państwa nie zostały zaprojektowane do ochrony środowiska – są dziś jednak kluczowymi instytucjami, mogącymi zbudować przyjazną ludziom i środowisku przyszłość. Lucile Schmid bada ewolucję francuskiego państwa pod kątem jego relacji ze środowiskiem, oczekując od ekopolityki transformacji jego instytucji.

Jakiego państwa potrzebujemy, by móc przeprowadzić udaną transformację ekologiczną? Podpisanie paryskiego porozumienia klimatycznego na międzynarodowym szczycie COP21 ujawniło istniejący w rządach rozziew postaw wobec środowiska. Dyplomacja nie jest przestrzenią, w której podejmowane są decyzje, dotyczące kształtu realizowanej na poziomie poszczególnych krajów polityki. Nie jest też przestrzenią, w której poszczególne, narodowe partie polityczne prowadzą demokratyczny spór. Przyjęcie ambitnego, międzynarodowego porozumienia w sprawie ochrony klimatu nie jest równoznaczne ze stworzeniem zielonego państwa – to moment, w którym zaczynają się schody w jego budowie.

Przykład Francji jest tu szczególnie wymowny. Państwo francuskie jest silne, ale jego odpowiedź na problemy środowiskowe na szczeblu krajowym tradycyjnie bywała raczej słaba.

Państwo interesowało się tu głównie kwestiami, związanymi z suwerennością: polityką obronną, bezpieczeństwem czy (za pośrednictwem opodatkowania i inwestycji publicznych) gospodarką. Jego rola stopniowo poszerzała się o działania na rzecz redukowania nierówności, redystrybucję, tworzenie narodowego systemu edukacyjnego i państwa dobrobytu, kształtowanie rozwoju regionalnego czy politykę kulturalną. Państwo odpowiadać zaczęło za wszystko – poza światem natury. Francja pochwalić się może długą tradycją zainteresowania środowiskiem, której początek stanowią osiemnastowieczne prace Georgesa-Louisa Leclerca. Jean-Jacques Rousseau równie żywo interesował się botaniką, co demokracją. Zainteresowanie naturą rozwijało się jednak we względnej izolacji od tworzenia nowoczesnego państwa – za pośrednictwem różnego rodzaju towarzystw naukowych, badań, a także inicjatyw obywatelskich, powstających z dala od korytarzy władzy. Rozziew ten stworzył podwaliny dla niejednoznacznych relacji między etosem postępu technologicznego, promowanego przez szkoły techniczne różnego szczebla, z których rekrutowała się klasa rządząca, a bogactwem krajobrazu i różnorodności biologicznej państwa – od jego środka aż po łańcuchy górskie i terytoria zamorskie.

To jednak Francja stała się jednym z pierwszych krajów w Europie, który powołał do życia ministerstwo środowiska – stało się to w roku 1971 w ramach realizowanego przez premiera Jacquesa Chaban-Delmas projektu „nowego społeczeństwa”. Pozbawione odpowiednich surowców skupiało się jednak przede wszystkim na mówieniu, a nie działaniu. W tym też czasie rozpoczęły się wielkie batalie środowiskowe z państwem, takie jak protesty antynuklearne czy spór o Larzac – prowadzona przez rolników walka przeciwko poszerzaniu bazy wojskowej na południowym zachodzie kraju. Pierwsza kandydatura działacza ekopolitycznego, René Dumonta, w wyborach prezydenckich roku 1974 podkreśliła skalę rozziewu między dotychczasowymi, produktywistycznymi politykami a troską o środowiska. Rosnąca świadomość ekologiczna społeczeństwa przejawiała się w lokalnym oporze przeciwko realizowanymi działaniami publicznymi, a czasem też poprzez wystawianie eko-kandydatur wyborczych, jak w Alzacji. Dla francuskich Zielonych kwestie ze szczebla krajowego wydawały się nieuchwytne, przez co poświęcali im względnie niewiele uwagi. Z kolei na szczeblu europejskim tematyka środowiskowa szybko zaczęła odgrywać coraz większą rolę, głównie pod wpływem Wielkiej Brytanii, która przystąpiła do EWG w roku 1973, a także Niemiec, w których ekopolityka zaczęła szybko zwiększać swój wpływ w społeczeństwie. Unia Europejska wpłynęła na znaczną część obowiązującego we Francji prawodawstwa w zakresie ochrony środowiska. To z Brukseli przybyły regulacje z zakresu żywności modyfikowanej genetycznie, jakości powietrza czy te dotyczące chemikaliów.

Pierwszy francuski minister środowiska, Robert Poujade, ochrzcił je mianem „ministerstwa niemożliwego” – nie tylko z powodu braku zasobów, ale również z powodu traktowania środowiska w charakterze ściśle wyznaczonego portfolio, a nie szeroko zakrojonego projektu. To rozdzielenie operacyjne czyni z niego cierń w boku innych sektorów polityki publicznej, takich jak gospodarka, rolnictwo czy obronność. W jaki sposób promować francuski handel międzynarodowy – eksport samolotów, samochodów, leków czy płodów rolnych – i jednocześnie chronić przyrodę? Czy zazielenianie systemu podatkowego nie doprowadzi do nowych form nierówności i niezadowolenia społecznego? Czy ochrona natury jest spójna z rozwojem lokalnym i regionalnym kraju?

Utrzymujący się dystans

W roku 2007 szczyt środowiskiskowy – Grenelle de l’environnement – bezprecedensowe konsultacje interesariuszy, takich jak decydenci z sektora publicznego i biznesu, organizacji pozarządowych, pracowniczych czy samorządów, przyczynił się do stworzenia silniejszego Ministerstwa Ekologii. Po raz pierwszy środowisko i infrastruktura trafiły pod jedną strzechę, a wspólne ministerstwo zajmuje się kwestiami, takimi jak rozwój lokalny i regionalny, transport i energetyka. Trwające do dziś poszerzenie kompetencji daje realną szansę na włączenie kwestii środowiskowych do polityk, przez długie lata będącymi przedmiotem szczególnego zainteresowania państwa. Temu nowemu, poszerzonymi ministerstwu nie zawsze udawało się stworzyć wspólną kulturę myślenia, podzielaną przez wszystkie jego departamenty. Polityka ochrony środowiska przeszła we Francji niewątpliwą ewolucję od początku tego wieku. Jej techniczna natura oznacza jednak, że wdrażane działania pozostają w oderwaniu od trosk zwykłych ludzi.

Polityka ekologiczna ma swój język, ramy czasowe oraz własną ekspertyzę, tymczasem wyzwania ekologiczne, doświadczane przez społeczeństwo, rozwijają się niejako równolegle – poza tak wyznaczonymi ramami polityk publicznych.

Jako że obietnica międzysektorowej współpracy ministerstw w dużej mierze pozostała na papierze, wzmocnienie Ministerstwa Ekologii odbyło się na poziomie pionowym. Nie doprowadziło niestety do głębszej współpracy z Ministerstwem Gospodarki i Finansów czy z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Wciąż nie jest ono uznawane za dział administracji rządowej, mający szczególną moc sprawczą czy wpływ polityczny. Kiedy w trakcie przeprowadzonej na żywo 30 sierpnia 2018 roku audycji radiowej Nicolas Hulot – do dziś jedna z najbardziej popularnych osób publicznych w kraju – zrezygnował ze stanowiska ministra ekologii jako powód podał niezdolność systemu do słuchania. Zdołał przy tym powstrzymać się od obwiniania za ten stan premiera czy prezydenta.

Jesienią roku 2019 pożar w fabryce Lubrizol w Rouen – uznanej zgodnie z unijnymi regulacjami dotyczącymi bezpieczeństwa sektora chemicznego za wysoce niebezpieczną – po raz kolejny wydobył na wierzch tę niezdolność do słuchania. Po jednej stronie barykady znaleźli się mieszkańcy i lokalni decydenci, zaniepokojeni wpływem tego zdarzenia na jakość życia, zdrowie (szczególnie osób młodych i starszych) czy stan środowiska. Po drugiej stronie stanął rząd i urzędnicy państwowi wysokiego szczebla, których głównym zmartwieniem było bezpieczeństwo publiczne, odszkodowania, miejsca pracy i ochrona interesów biznesowych. Z upływem czasu do opinii publicznej przedostawać się zaczęły niepokojące informacje o tym, iż po cichu doszło do poluzowania niektórych reguł bezpieczeństwa, a także iż w obiekcie przemysłowym magazynowano więcej niebezpiecznych chemikaliów niż o tym informowano. Całe dziesięciolecia po wybudowaniu przez Francję swoich elektrowni jądrowych w wyższych kręgach urzędniczych i politycznych wciąż utrzymuje się przekonanie, że niektóre obiekty są zbyt ważne, by na ich temat publicznie dyskutować.

Doganianie społeczeństwa

Dziś, podobnie jak w latach 70. XX wieku, inicjatywy społeczne w dziedzinach takich jak transport, żywność czy nasza relacja z innymi istotami – od sadzenia drzew po walkę z okrutnym traktowaniem zwierząt – napędzają zmiany w dziedzinie ochrony środowiska. Zielone aspiracje szczególnie mocno wyrażają się na poziomie lokalnym, gdzie problemy widoczne są gołym okiem i domagają się konkretnych rozwiązań. Gdy w maju roku 2019 burmistrz Langouët, Daniel Cueff, przekroczył swoje uprawnienia, wprowadzając regulację zabraniającą używania pestycydów w odległości mniejszej niż 150 metrów od domów, doczekał się fali poparcia ze strony tak zwykłych ludzi, jak i polityków lokalnych z całej Francji. Prawo i instytucje państwowe okazały się oderwane od potrzeb społeczności, doświadczających problemy ekologiczne na własnej skórze. Przykład ten pokazuje również, że lokalne władze zaczynają grać pierwsze skrzypce w kwestiach środowiskowych. Działania w tym zakresie okazują się kluczowym elementem, legitymizującym burmistrzów i samorządy tak miejskie, jak i wiejskie.

Ten toczący się między społeczeństwem a państwem spór o środowisko musi się skończyć. Nadszedł czas działania.

Rok po roku raporty Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) wskazują, że kończy się nam czas. Od rządów – szczególnie w kraju takim jak Francja – oczekuje się odpowiedzialności za kształtowanie i osiąganie wspólnych celów. Mają ku temu bogaty zestaw narzędzi. W jaki sposób ludzie mają wierzyć, że „walka o klimat” ma być wygrana jeśli, na szczeblu ogólnokrajowym, proklimatyczne działania pozostają głównie na poziomie deklaracji? Modelu ekonomicznego nie da się zmienić wyłącznie indywidualnymi działaniami. Zachęty do kupowania bardziej zielonych aut czy docieplania domów zadziałają tylko wtedy, gdy rządy realizować będą wizję ochrony środowiska, opartą na posiadanych przez nie możliwościach regulowania gospodarki, wdrażania prawa i przywództwie poprzez dawanie przykładu. Transformacja ekologiczna wymaga większych inwestycji i większej redystrybucji między regionami oraz w kierunku osób o słabszej sytuacji finansowej. Wymagać będzie to zmian reguł budżetowych, a także odmiennej alokacji zasobów.

Wszystko to wymagać będzie silniejszego, mówiąc wprost – bardziej interwencjonistycznego państwa. To jedyny wniosek, jaki można wynieść z sukcesu inicjatywy Affaire du siècle (Sprawa stulecia) sprzed kilku miesięcy(1).

Inne państwo jest możliwe. Jak miałoby wyglądać? Wchodziłoby w partnerskie relacje z działającymi na rzecz środowiska i jego dobrego stanu. Byłoby bezkompromisowe wobec łamiących prawa, mające chronić naturę. Byłoby również gotowe do demokratycznej debaty wokół kwestii, co do których obywatelkom i obywatelom nie dawano do tej pory głosu. Mówimy o państwie, które w fundamentalny sposób zmienia swe priorytety gospodarcze i finansowe.

Zielone państwo wymaga również nowej socjologii władzy. Ekologia polityczna we Francji zawsze funkcjonowała jako lokalna kontrola nad działaniami władz – podnosiła alarm, zadawała pytania, zajmowała przestrzenie, inicjowała działania.

Dziś jej zadaniem jest działanie również na poziomie krajowym – tak, by móc dekonstruować zastane przekonania co do tego, jak państwo myśli i działa. Oznacza to, że osoby, którym leży na sercu ochrona środowiska, muszą zmienić perspektywę. Nie wystarczy już sprzeciwianie się władzy czy istnienie obok niej, ale rozpoznanie możliwości jej uchwycenia i zmiany. Wymaga to również poszerzenia świadomości ekologicznej poza grono, zaangażowane dziś w zielony aktywizm. Już dziś – jeśli wierzyć sondażom – to zauważalny i rosnący trend w społeczeństwie. Proces ten wymagać będzie transformacji uprawnień państwa, mechanizmów podejmowania decyzji, a także określenia nowych priorytetów. Zmiana ta dopiero się rozpoczyna.

(1) Na przełomie roku 2018 i 2019 przeszło 2 miliony osób podpisało się pod historyczną petycją, która zainicjowała spór sądowy z państwem francuskim za jego niezdolność do działania na rzecz ochrony klimatu. Pomysł organizacji Notre Affaire à Tous (Nasza wspólna sprawa) jest częścią większej, proklimatycznej batalii prawnej.

Artykuł „Another State is Possible: Greening the Levers of Power” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Chris Karidis / Unsplash

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat rolnictwo było dziedziną, w której zmiany następowały niezwykle intensywnie. Szerokie zastosowanie nawozów sztucznych praktycznie uniezależniło produkcję roślinną od nawozów pochodzenia zwierzęcego – nastąpiło ich rozdzielenie.

Użycie pestycydów na wielką skalę pozwoliło prowadzić duże uprawy monokulturowe. Zastosowanie ciężkiego sprzętu obniżyło zapotrzebowanie na pracę fizyczną. Koncentracja zwierząt i intensyfikacja hodowli umożliwiła masową produkcję mięsa i nabiału. Wszystkie te zmiany realizowane były i są w myśl zasady, że poprzez maksymalizację produkcji rolnej zwiększą się dochody rolników, a wzrost ilości wyprodukowanej żywności pozwoli na zaspokojenie potrzeb rosnącej populacji świata.

Efekty tego rodzaju praktyk możemy już obserwować – degradacja gleb, zanieczyszczenie biogenami systemów wodnych, niszczenie różnorodności biologicznej, a także stały wzrost odporności szkodników i chorób na metody ich zwalczania. W konsekwencji coraz więcej rolników – właścicieli niewielkich gospodarstw – musiało zrezygnować z prowadzenia działalności, gdyż nie byli w stanie konkurować z wielkimi monokulturami i przemysłowym chowem zwierząt. Tylko w Polsce w ciągu ostatnich kilkunastu lat liczba gospodarstw rolnych zmniejszyła się o około 400 tysięcy. [1]

Zmiany w rolnictwie – nowe propozycje w ramach WPR

Wszystkie te zmiany stanowią zagrożenie dla rolnictwa, dlatego Komisja Europejska przedstawiła propozycję nowej Wspólnej Polityki Rolnej. Wytycza ona sporo celów związanych ze środowiskiem, takich jak: przyczynianie się do łagodzenia zmiany klimatu, wspieranie zrównoważonego rozwoju i wydajnego gospodarowania zasobami naturalnymi (wodą, glebą, powietrzem), wspieranie ochrony różnorodności biologicznej. Dwa główne cele to ciągłe wspieranie godziwych dochodów gospodarstw rolnych i ich odporności (np. na wahania ekonomiczne, kryzys klimatyczny, szkodniki) dla zwiększenia bezpieczeństwa żywnościowego w UE i wzmocnienia zorientowania na rynek i konkurencyjność. Tutaj pojawia się też nowy element, który ma realizować wyżej wymienione cele – większe ukierunkowanie na badania naukowe, technologię i cyfryzację. Wprowadzone zostaje pojęcie rolnictwa cyfrowego, które zdefiniowane jest następująco:

Rolnictwo cyfrowe opiera się na technologii cyfrowej w obserwacji, monitoringu i zarządzaniu praktykami rolniczymi oraz innymi elementami łańcucha dostaw w sposób zintegrowany, za pomocą gromadzenia, przechowywania i analizy danych.[2]

Jego podstawową cechą jest precyzja w oparciu o usługi geolokalizacyjne. Wdrażanie technik do precyzyjnego wykrywania i identyfikacji ma również zastosowanie w przewidywaniu i podejmowania działań. Przykładem może być wykorzystanie czujników do badania poziomów wilgotności gleby lub zawartości składników odżywczych na konkretnych obszarach. Takie czujniki mogą znajdować się na polach lub być przymocowane do przemieszczających się po gospodarstwie maszyn gospodarczych, bądź dronów. Na podstawie tych informacji rolnicy mogą podejmować decyzje dotyczące nawadniania czy nawożenia gleby.

 

Kolejny istotny element to integracja i automatyzacja, czyli zbiór danych, ich analiza i działania technologiczne połączone w ramach jednego systemu, w którym cały proces może ulec automatyzacji. Przykładowo proces karmienia i dojenia w produkcji nabiału może zostać zautomatyzowany, podobnie jak zmiany temperatur w szklarniach mogą dokonywać się automatycznie w oparciu o przeprowadzane w czasie rzeczywistym badania atmosferyczne i analizy wilgotności gleby oraz stanu i potrzeb roślin. Producenci mogą monitorować sytuację, a nawet podejmować odpowiednie działania zdalnie, potencjalnie znacząco obniżając koszty pracy. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że cały ten proces obejmuje nie tylko fazę produkcji, ale również rejestruje transakcje finansowe i śledzi produkty w łańcuchu dostaw. Powstają olbrzymie zbiory danych pochodzących od wielu producentów, które są przekazywane do zbiorczych, cyfrowych baz danych.

Następny etap to gromadzenie danych i tworzenie algorytmów, które następnie służą do analizy zróżnicowanego i zmiennego materiału uzyskiwanego od wielu różnych producentów i przechowywanego w cyfrowej bazie danych. Te bazy danych zazwyczaj są własnością dużych korporacji bądź władz państwowych i podlegają ich kontroli. Rolnicy płacą za dostęp do oprogramowania − platformy, która dostarcza im porad w oparciu o dane zebrane z ich gospodarstwa. Niekiedy ta usługa uwzględniona jest już w cenie zakupionego wcześniej sprzętu komputerowego. W ten sposób właściciele platformy mogą promować sprzedawane przez siebie lub swoich partnerów produkty, takie jak nasiona i środki agrochemiczne, a nawet sprzęt do pracy na polach.

Elementy modernizacji WPR wspierające rolnictwo cyfrowe

Kraje członkowskie są zobowiązane do przygotowania Krajowych Planów Strategicznych (będących elementem nowej WPR), które muszą zawierać strategie rozwoju technologii cyfrowych w rolnictwie i na terenach wiejskich, włącznie z tworzeniem Systemu Wiedzy i Innowacji w Rolnictwie. Muszą też zapewnić dostęp do usług doradztwa rolniczego w zakresie technologii cyfrowych dla rolników.

Kolejnym elementem mającym zachęcić do wprowadzania technologii cyfrowych jest narzędzie pozwalające na zintegrowanie danych pochodzących z baz danych UE z danymi wprowadzonymi przez rolnika. Ma ono na celu stworzenie planu zarządzania składnikami odżywczymi w gospodarstwie przy jednoczesnym dostosowaniu tego planu do istniejących wymogów prawnych. Wdrożenie tego planu będzie warunkiem otrzymania płatności bezpośrednich. Państwa członkowskie mają obowiązek ustanowienia systemu, który zapewniłby dostęp do narzędzia beneficjentom dotacji unijnych. Mogą na ten cel otrzymać wsparcie Komisji Europejskiej – pomoc może dotyczyć samego narzędzia i usług przechowywania i przetwarzania danych. W założeniu celem tego systemu jest zapobieganie nadmiernemu lub niewystarczającemu nawożeniu. Inny istotny cel wprowadzenia tego narzędzia to przygotowanie podłoża dla przyszłych publicznych bądź rynkowych usług cyfrowych, które mogłoby pozwolić na cyfryzację rolnictwa w UE.

Wprowadzenie cyfrowych technologii może mieć zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki:

  1.  Wzrost wydajności: Głównym argumentem za cyfrową rewolucją rolniczą jest wzrost wydajności (wzrost plonów) przy minimalnym zużyciu środków produkcji (na podstawie dostarczonych elektronicznie danych z pola).
  2.  Zyski producentów: zmniejszone koszty pracy, nawadniania, nawozów sztucznych i pestycydów wraz ze zwiększoną wydajnością są promowane jako sposób zapewnienia większych zysków rolników. Jednakże nie można zapomnieć o kosztach początkowych wdrożenia systemu cyfryzacji i o kosztach jego utrzymania. Czy będzie się to opłacało mniejszym producentów i czy ten system nie doprowadzi do większej koncentracji ziemi i tym samym do większych monokultur, czyli zjawisk których chcemy uniknąć w nowej WPR?
  3.  Zmniejszenie szkód środowiskowych: dzięki oszczędniejszemu gospodarowaniu środkami produkcji, na przykład poprzez zmniejszenie zużycia wody nawozów i środków ochrony roślin. Należy jednak pamiętać, że stosowanie zaawansowanych technologii motywuje do zwiększania skali i ujednolicania produkcji, co na dzień dzisiejszy już zaowocowało zmniejszeniem się bioróżnorodności w Europie i na świecie.
  4.  Bazy danych: koncepcja gromadzenia danych w jednym miejscu jest atrakcyjna dla administracji WPR. Może umożliwić wprowadzenie w dużym stopniu uproszczonego systemu monitorującego, który pozwalałby na odległość monitorować, czy rolnicy wypełniają warunki dofinansowania. Niewątpliwie jest to oszczędność dla administracji, lecz pozostaje pytanie, co z prywatnością rolników? Czy chcieliby być szpiegowani?
  5.  Ochrona, bezpieczeństwo i zarządzanie ryzykiem: jeżeli systemy rolnicze będą polegać na cyfrowych zbiorach danych, to podatność tych zbiorów na awarie zasilania lub ataki hakerów stanie się istotnym elementem bezpieczeństwa żywnościowego. Proces cyfryzacji niesie ze sobą nowe rodzaje ryzyka, co spowoduje to powstanie nowego rynku dla ubezpieczycieli, którzy uzyskają dostęp do danych rolników. Co więcej dostęp do danych może wpłynąć na ceny ubezpieczeń, co da firmom ubezpieczeniowym możliwość wpływania na zarządzanie gospodarstwem.
  6.  Problem własności i kontrola danych: w systemach żywnościowym i rolniczym opartych na cyfrowym wprowadzaniu danych, ci którzy posiadają własność i kontrolę nad zbiorami danych będą także – z dużym prawdopodobieństwem – mieli znaczący wpływ na kierunki rozwoju tych systemów, szczególnie jeśli prowadzą jednocześnie działalność w sektorze usług rolnych. Wyjątkowo cenne będą one dla wielkich korporacji sprzedających środki produkcji dla rolnictwa – tu możliwość manipulacji pozwala na maksymalizację zysków.
  7.  Koszty społeczne: jednym z obiecywanych przez zwolenników rolnictwa cyfrowego sposobów ograniczenia kosztów produkcji jest zmniejszenie zapotrzebowania na siłę roboczą. Nowe miejsca pracy będą przede wszystkim dostępne poza granicami gospodarstw i będą też wymagały specjalistycznej wiedzy na temat zaawansowanych technologii. Nastąpi koncentracja gruntów rolnych, a wieś będzie się wyludniała.

Analizując wszystkie za i przeciw można mieć duże wątpliwości, czy za pomocą rolnictwa cyfrowego uda się osiągnąć takie cele jak poprawa różnorodności biologicznej, wzrost zatrudnienia, włączenia społecznego i rozwoju lokalnego na obszarach wiejskich, jak również szerokie uwzględnienie potrzeb społecznych dotyczących żywności i zdrowia.

[1] Atlas Rolny HBF

[2] Przyszłość rolnictwa – FoEE

Projekt sfinansowano przy wsparciu Komisji Europejskiej. Niniejsza publikacja odzwierciedla wyłącznie poglądy autora, a Komisja nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w tym tekście.

 

Unijny komisarz ds. Środowiska, oceanów i rybołówstwa Virginijus Sinkevičius ogłosił, że Ramowa Dyrektywa Wodna (RDW) nie zostanie zmieniona. Oznacza to, że państwa członkowskie muszą skoncentrować się na jej szybkim wdrażaniu do krajowych systemów prawnych, tak by najpóźniej w 2027 roku 100% ekosystemów słodkowodnych było w dobrym stanie ekologicznym i chemicznym. W tej chwili pomimo istnienia restrykcyjnego prawa aż 60% wód w UE nie może być określone jako wody zdrowe. Decyzja Komisji Europejskiej daje nadzieję, na lepszą ochronę europejskich rzek, jezior i mokradeł.

Ramowa Dyrektywa Wodna została przyjęta 23 października 2000 roku. Miała za zadanie uporządkować istniejące europejskie ustawodawstwo wodne i chronić wody przed zanieczyszczeniami. RDW jest jednym z najbardziej ambitnych aktów prawnych w UE z zakresu ochrony środowiska, dlatego była często kontestowana przez różne grupy lobbingowe. W 2018 jej przyszłość stała się niepewna. Została poddana standardowej weryfikacji w formie „kontroli stosowności” nie tylko przez różne grupy interesów, ale też przez państwa (również Polskę). Starano się osłabić prawo wodne i maksymalnie wydłużyć czas wdrażania zawartych w nim zapisów.

Ekosystemy słodkowodne należą do najbardziej zagrożonych na całej planecie. Sytuacja w Europie nie różni się od innych zakątków świata. Powodem jest taka eksploatacja zasobów wodnych, która powoduje ich trwałe pogorszenie. Szczególnie szkodliwa jest niezrównoważona polityka rolna, inwestycje infrastrukturalne, regulacja rzek i osuszanie mokradeł. W RDW zapisane są narzędzia, które dają nadzieję na zachowanie zasobów wodnych, dostosowanie się do zmian klimatu, powstrzymanie zaniku bioróżnorodności i degradacji ekosystemów.

W obronie RDW stanęła strona społeczna. Kampanię #ProtectWater przeprowadziła koalicja Living Rivers Europe, którą stworzyły: Fundacja WWF, European Anglers Alliance, European Environmental Bureau, European Rivers Network oraz Wetlands International. Dodatkowo sto innych organizacji pozarządowych udzieliło jej wsparcia, w tym BirdLife oraz Friends of the Earth. W Polsce oprócz Fundacji WWF kampanię wsparły Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków (OTOP) i Koalicja Ratujmy Rzeki (zrzeszająca ponad 60 organizacji). W konsultacjach wzięło udział 375 tys. obywateli, którzy domagali się utrzymania RDW i lepszego wdrażania jej zapisów przez rządy krajowe. Były to trzecie największe konsultacje społeczne w UE w historii. Za zachowaniem RDW opowiedziały się również naukowcy i grupy przedsiębiorców.

Decyzja Komisji Europejskiej o pozostawieniu RDW w niezmienionym kształcie to wielki sukces dla ochrony przyrody. Mechanizmy wprowadzania skuteczniejszej ochrony wód śródlądowych nie będą mogły być już opóźniane. Komisja Europejska będzie teraz nadzorowała przyspieszenie wdrażania dyrektywy do systemów prawnych państw członkowskich i pilnowała, aby cele w niej zawarte zostały zrealizowane do 2027 roku. W przypadku Polski osiągnięcie tak bardzo ambitnych celów będzie wymagało dużej mobilizacji rządu. Czasu pozostało niewiele.

Źródło: Fundacja WWF

Oprac. Marcin Wrzos

Nasilający się kryzys klimatyczny, w tym susza w Europie oraz wybuch pandemii COVID-19, boleśnie obnażają słabość unijnego systemu rolno-żywnościowego i grożą utratą bezpieczeństwa żywnościowego, a także źródeł utrzymania znacznej części ludności w Europie.

Poprzednia propozycja reformy WPR na lata 2021-2027 uznana została za zbyt zachowawczą. Jednak zrozumienie i polityczna akceptacja faktów, że rolnictwo nie może istnieć bez czystego środowiska i  przewidywalnego klimatu, a produkcja rolna w Europie nie może być tak głęboko uzależniona od importu środków produkcji (zwłaszcza pasz), pozwoliły na przyjęcie trzech głównych dokumentów: Europejskiego Zielonego Ładu, Strategii na rzecz różnorodności biologicznej oraz Strategii „Od pola do stołu”. Postanowienia zawarte w tych dokumentach – a zwłaszcza w Strategii „Od pola do stołu” – muszą znaleźć się w WPR 2021-2027. Oznacza to również, że będą one musiały znaleźć się w Krajowych Planach Strategicznych WPR, za których przygotowanie są odpowiedzialne władze krajowe państw członkowskich. 

Strategia „Od pola do stołu” zakłada, że wszyscy uczestnicy łańcucha żywnościowego, tzn. od producenta surowców do konsumenta końcowego muszą odegrać rolę w tworzeniu i funkcjonowaniu zrównoważonego systemu żywnościowego. Pieniądze będą płynąć zwłaszcza do tych producentów, którzy przyczyniają się do zmniejszenia zawartości gazów cieplarnianych w atmosferze, głównie dwutlenku węgla. Strategia zakłada wykluczenie płatności dla podmiotów, które jedynie posiadają grunty rolne.

Tzw. ekoschematy  mają zapewnić znaczące finansowanie dla zrównoważonych praktyk rolniczych, takich jak agroekologia i rolnictwo ekologiczne, rolnictwo precyzyjne, rolnictwo węglowe (przyczyniające się do zmniejszenia emisji CO2) oraz agroleśnictwo, a także praktyk zwiększających dobrostan zwierząt. Na te działania mają być zagwarantowane środki w Krajowych Planach Strategicznych WPR i wydzielony budżet dla ekoschematów.

Gospodarka o obiegu zamkniętym

Pozostałości z produkcji rolnej, przemysłu spożywczego czy odpadów komunalnych powinny zostać zużyte w biorafineriach produkujących bionawozy, paszę białkową, bioenergię (biogaz) oraz biochemikalia. Pozwoli to na stworzenie nowych miejsc pracy oraz zróżnicowanie dochodów zarówno rolników indywidualnych, jak i ich spółdzielni. Celem jest też, by te inwestycje były realizowane w sposób zrównoważony, bez uszczerbku dla bezpieczeństwa żywnościowego oraz różnorodności biologicznej.

Zmniejszenie zużycia pestycydów i nawozów

Strategia „Od pola do stołu” zakłada zmniejszenie stosowania pestycydów chemicznych o 50% do 2030 roku. Może się wydawać, że to bardzo radykalny i ambitny plan. Jednak biorąc pod uwagę, w jaki sposób pestycydy przyczyniają się do zanieczyszczenia gleby, wody i powietrza oraz utraty różnorodności biologicznej (zwłaszcza wymierania owadów zapylających) należy to postrzegać jako szansę dla rolnictwa – ochrona zasobów naturalnych gwarantuje jego trwałość i wydajność.

Stopniowo będzie również zmniejszane użycie nawozów – o 20% do 2030 roku. Podjęte zostaną działania by ograniczyć straty składników pokarmowych w glebie o co najmniej 50% przy jednoczesnym zapewnieniu, że nie nastąpi utrata jej żyzności.

Jednocześnie, w uwagi na to, że zmiana klimatu może oznaczać pojawienie się nowych zagrożeń dla zdrowia roślin, wzmocniona zostanie kontrola ich importu na terytorium UE. Wspierane będzie stosowanie odmian odpornych na zmianę klimatu oraz ułatwiona rejestracja odmian (zwłaszcza w rolnictwie ekologicznym) tradycyjnych i dostosowanych do warunków lokalnych.

Zrównoważona produkcja zwierzęca

Dziś wiemy, że rolnictwo odpowiada za 10,3% emisji gazów cieplarnianych w UE, a prawie 70% z nich – metan i podtlenek azotu – pochodzi z sektora zwierzęcego. Ponadto 68% całkowitej powierzchni gruntów rolnych w UE jest wykorzystywane do produkcji zwierzęcej zamiast do produkcji żywności do bezpośredniego spożycia przez ludzi. Należy zmniejszyć zależność od pasz na bazie genetycznie modyfikowanej soi importowanej do UE. Priorytet należy nadać zrównoważonym i niskoemisyjnym metodom produkcji zwierzęcej. Krajowe Plany Strategiczne WPR, które przedstawią państwa członkowskie, będą skrupulatnie oceniane pod kątem powiązania promocji produkcji zwierzęcej z potrzebą trwałości systemu rolno-żywnościowego.

Zrównoważenie produkcji zwierzęcej w UE ma również polegać na ograniczaniu i lepszej kontroli podawania zwierzętom leków i antybiotyków, które wywołują problem antybiotykoodporności i zagrażają środowisku i zdrowiu ludzi. Ogólna sprzedaż środków przeciwdrobnoustrojowych w UE podawanych zwierzętom hodowlanym i w akwakulturze ma zostać zmniejszona o 50% do 2030 roku.

Dobrostan zwierząt

Ograniczenie prewencyjnego stosowania środków przeciwdrobnoustrojowych w produkcji zwierzęcej UE wymagać będzie podniesienia dobrostanu zwierząt hodowlanych. Osiągnięcie jak najwyższych standardów dobrostanu zwierząt hodowlanych jest sprawą priorytetową dla obywateli Unii Europejskiej z uwagi zarówno na sposób traktowania zwierząt, jak i na jakość produktów pochodzących od nich. Komisja Europejska analizować będzie kwestie związane z transportem żywych zwierząt oraz ich ubojem, tak by został zapewniony wysoki dobrostan zwierząt. Być może doczekamy się prawa unijnego, które stopniowo wprowadzać będzie ograniczenia dotyczące liczby transportowanych zwierząt, aż do całkowitego zakazu ich transportu na długie odległości z uwagi na ślad węglowy, okrucieństwo wobec zwierząt i niską jakość produktów mogącą negatywnie rzutować na zdrowie ludzi. Jednym z przyjętych rozwiązań powinno być wprowadzenie etykiet informujących, że produkt pochodzi od zwierząt utrzymywanych, transportowanych i ubijanych w warunkach wysokiego dobrostanu.

Rozwój rolnictwa ekologicznego i agroekologii

Strategia „Od pola do stołu” stawia na rozwój i promocję rolnictwa ekologicznego oraz agroekologii, które wpływają pozytywnie na tworzenie miejsc pracy w rolnictwie, chronią różnorodność biologiczną, a także przyciągają do rolnictwa młodych ludzi. Zakładany jest dalszy rozwój rynku żywności ekologicznej, gdyż jest to zgodne z oczekiwaniami konsumentów w całej UE. Ponadto Komisja Europejska przedstawi plan działania na rzecz rolnictwa ekologicznego, zgodny z wyznaczonym celem, aby do 2030 roku co najmniej 25% gruntów rolnych UE było uprawianych według zasad rolnictwa ekologicznego.

Zrównoważone rybołówstwo i akwakultura

Aby zapewnić bezpieczeństwo żywnościowe konieczne będzie ograniczenie strat związanych z przyłowami (w związku z nieselektywnymi metodami łowienia) oraz lepsze identyfikowanie połowów (by zwalczać te nielegalne) za pomocą zdigitalizowanych certyfikatów połowowych. Ponadto hodowla ryb i owoców morza generuje mniejszy ślad węglowy niż produkcja zwierzęca na lądzie.

Krótkie łańcuchy dostaw, tradycja regionów oraz współpraca

W celu zapewnienia jak największego bezpieczeństwa żywnościowego Strategia „Od pola do stołu” przewiduje skracanie łańcuchów dostaw. Doświadczenia czasu pandemii wyraźnie wskazują, że jest to najlepszy sposób na zagwarantowanie dostępu do żywności. Chodzi też o to, by zmniejszyć oddziaływanie długodystansowego transportu na środowisko i klimat. Pozycja rolników w łańcuchu dostaw ma być także wzmocniona dzięki wsparciu producentów regionalnych (z oznaczeniami geograficznymi) oraz dzięki zachęcaniu rolników do rozwijania spółdzielczości.

Wiedza i doradztwo

Komisja Europejska kładzie nacisk na zindywidualizowane usługi doradcze wspierające  przechodzenie na zrównoważone formy produkcji żywności, przetwórstwa i handlu. Najważniejsza zmiana będzie polegać na przekształceniu Sieci danych rachunkowych gospodarstw rolnych (FADN) w Sieć danych dotyczących zrównoważenia gospodarstw rolnych, ułatwiającą gromadzenie danych i sprawdzenie czy producenci oraz przedsiębiorcy osiągają wskaźniki dotyczące realizacji wyznaczonych w Strategii „Od pola do stołu” celów.
Nie liczy się tylko wsparcie finansowe, ale przede wszystkim opieka merytoryczna i doradcza dla rolników, hodowców i rybaków, którzy są zobowiązani wdrażać zmiany zapewniające bezpieczeństwo i trwałość systemu rolno-żywnościowego.

Strategia „Od pola do stołu” jest całościowa: obejmuje zagadnienia dotyczące przemysłu spożywczego, przemysłu opakowań do żywności, branży sprzedaży hurtowej i detalicznej oraz gastronomii i hotelarstwa. Tutaj również powinny zostać wprowadzone zmiany nakierowane na powtórne wykorzystanie materiałów oraz zapobieganie marnotrawstwu żywności.

Konsumenci – poprzez oczekiwanie żywności wysokiej jakości, dostępnej ekonomicznie i wyprodukowanej bez szkody dla środowiska – przyczynili się do wsparcia kierunku zmian WPR. Jednak wybory indywidualne muszą być wspierane przez zmiany systemowe, polityki publiczne i promowanie zmiany nawyków żywnościowych przez państwa członkowskie.

Polskie tłumaczenie pełnego tekstu strategii znajduje się tutaj


Projekt sfinansowano przy wsparciu Komisji Europejskiej. Niniejsza publikacja odzwierciedla wyłącznie poglądy autora, a Komisja nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w tym tekście.


Źródło: Koalicja Żywa Ziemia

W czasach COVID-19 Rolnictwo Wspierane przez Społeczność jest bezpieczną i odporną alternatywą dla rolnictwa przemysłowego

Międzynarodowa sieć URGENCI, 7 kwietnia 2020 r.

Międzynarodowa kampania na rzecz zmniejszenia tragicznych strat w konsekwencji kryzysu COVID-19, w którą jesteśmy wszyscy zaangażowani, to tylko wstęp do wielkiej kampanii, która jest przed nami – kampanii na rzecz zachowania i budowy zrównoważonych, lokalnych i terytorialnych systemów żywnościowych, które połączą producentów i konsumentów, zapewniając wszystkim zdrową i pożywną żywność. Dowiadujemy się teraz dużo na temat słabości i wad globalnego systemu dystrybucji żywności. Społeczności odkrywają, że nie mogą polegać wyłącznie na żywności, która wymaga transportu przez granice lub nawet z oddalonych regionów tego samego państwa. Zaś producenci z wielkoskalowych gospodarstw przemysłowych nie mogą opierać się na pracy pracowników migrujących, tak jak czynili to w przeszłości. W niektórych krajach żywność zaczyna gnić na polach. Wiele lokalnych rynków zostało zamkniętych. Dostawy podstawowych artykułów znikają na skutek paniki i wykupowania towarów, w tym w celach spekulacyjnych. W krajach takich jak Indie, gdzie rolnicy, tak jak wszyscy inni, podlegają ograniczeniom w przemieszczaniu się, pośrednicy korzystają kryzysu, kupując od nich produkty po zaniżonej cenie, a następnie sprzedając je bardzo drogo ludziom, którzy są w stanie zapłacić.

Reakcja Rolnictwa Wspieranego przez Społeczność (RWS) jest szybka i z powodzeniem przeciwstawia się kryzysowi. Aktywistka żywnościowa i wiceprzewodnicząca URGENCI – międzynarodowej sieci na rzecz RWS, Isa Alvarez opisuje sytuację w hiszpańskim kraju Basków: „Rząd zalecił zamknięcie targowisk, ale sieci RWS pracują intensywniej niż kiedykolwiek przedtem, Jedynym problemem jest to, że z powodu ograniczeń w przemieszczaniu się, tylko rolnikom zezwala się na dokonywanie dostaw, muszą to robić od domu do domu”.

Jesteśmy na krawędzi globalnego kryzysu żywnościowego, nie z powodu braku dostępnej żywności, lecz ponieważ nie można zebrać plonów bądź przetransportować produktów spożywczych wzdłuż długiego przemysłowego łańcucha systemu żywnościowego. Nie ulega teraz wątpliwości, że nasza przyszłość zależy od stworzenia mocniejszych, krótkich łańcuchów dostaw żywności, które umożliwiają osiągnięcie lokalnej suwerenności żywnościowej i identyfikowalności produktów. Jak powiedziała hodowczyni warzyw z holenderskiego RWS-u, Bregje Hamelynck: „Im bliższe źródło i im silniejszy związek pomiędzy rolnikiem między rolnikiem a konsumentem, tym bezpieczniejsze i pewniejsze dostawy żywności”.

Mamy również do czynienia z gwałtownym wzrostem cen żywności, co sprawia, że najuboższych rodzin nie stać na zakup podstawowych produktów. W przeciwieństwie do 2008 roku, kiedy kryzys żywnościowy był konsekwencją niedoborów żywności, obecnie takie braki nie występują. Jest to jedynie całkowite załamanie podaży i popytu systemu przemysłowego.

Natomiast lokalni rolnicy działający w modelu RWS szybko adoptują się do sytuacji i w bezpieczny sposób dostarczają żywność do swoich społeczności. Cytując Ruby van der Wekken z fińskiej sieci RWS „RWS-y są dzisiaj nie tylko najbezpieczniejszym sposobem pozyskiwania żywności, lecz także częścią rozwiązania na rzecz zdrowszej przyszłości”.

Gospodarstwa mogą sprzedawać swoje produkty bezpośrednio konsumentom i robią to. Charakterystyczna dla RWS-ów dystrybucja uprzednio zamówionych i opłaconych wyrobów z gospodarstw w miejscach znajdujących się na otwartej przestrzeni, jest jedną z najbezpieczniejszych form dostarczania żywności, z pewnością bezpieczniejszą od supermarketów! Istnieje również wiele innych kreatywnych lokalnych platform, które pojawiają się jak grzyby po deszczu, aby łączyć producentów i miłośników dobrego jedzenia. „W Chinach, podczas szczytu pandemii w styczniu popyt wzrósł o 300%” – powiedziała Shi Yin, pionierka RWS w tym kraju i wiceprzewodnicząca URGENCI. „Nasi rolnicy mieli trudności z zaspokojeniem zapotrzebowania”.

Wiele nowych inicjatyw w modelu „Paczka od rolnika” jest rozszerzeniem istniejący etycznych platform, takich ja RWS-y i lokalne kooperatywy spożywcze, inne są bardziej oportunistyczne, czasami posuwając się do podwojenia ceny udziałów w RWS-ach. Tak wysokie ceny z pewnością uniemożliwiają dostęp dla grup o niższych dochodach. Narusza to jedną z podstawowych wartości Rolnictwa Wspieranego przez Społeczność – zasadę solidarnej gospodarki, a więc dostępności, która jednocześnie zapewnia producentom godziwe dochody.

Podczas obecnej pandemii, cotygodniowa dystrybucja udziałów w RWS-ach zostala powszechnie utrzymana dzięki temu, że sposób w jaki się ona odbywa jest z natury rzeczy bezpieczny, a także ponieważ zarówno producenci jak i konsumenci niezwykle szybko zareagowali na sytuację i zapewnili jej zgodność z nowymi, bardzo rygorystycznymi przepisami dotyczącymi bezpieczeństwa i higieny. Zamówione produkty przygotowuje się wcześniej. Ogranicza to radykalnie styczność ludzi z żywnością i kontakty pomiędzy ludźmi. Nie ma potrzeby gromadzenia się i stania w kolejce do kasy tak jak w supermarkecie. Każda grupa może zorganizować dystrybucję w taki sposób, aby samochód dostawczy pojawiał się o określonej godzinie i aby za każdym razem czekała na niego tylko niewielka grupka ludzi. Nie ma transakcji gotówkowych: wszystko jest zamówione wcześniej i opłacone on-line lub czekiem. Ma to duże znaczenie, ponieważ gotówka (zarówno monety jak i banknoty) może przenosić wirusy. Dystrybucja jest krótka i natychmiastowa. Redukuje to interakcje i potencjał skażenia. Zawsze zachowuje się odpowiednią odległość pomiędzy osobami. Wszystkie konieczne zalecenia sanitarne – częste mycie rąk, noszenie masek i rękawiczek podczas dotykania żywności oraz zalecenie dotyczące pozostania w domu w razie złego samopoczucia – są ściśle przestrzegane. Wreszcie, jeśli jesteś osobą z grupy wysokiego ryzyka, żywność może być dostarczona bezpośrednio pod twoje drzwi. Po prostu skontaktuj się z swoją lokalną grupą RWS, żeby się o tym przekonać. Powstaje także wiele nowych inicjatyw na rzecz zakładania dodatkowych RWS-ów w celu zwiększenia dostaw.

W wielu przypadkach narodowe i regionalne sieci RWS należące do międzynarodowej sieci URGENCI współpracują ściśle z lokalnymi władzami. Według przewodniczącej szwajcarskiej sieci RWS, Gaelle Bigler: „Członkowie i członkinie RWS-ów musieli zmodyfikować swoje praktyki, od zmiany systemu dostaw po koordynację pracy wolontariuszy. Jest to niezwykle skomplikowane, lecz jednocześnie bardzo ekscytujące, ponieważ wszyscy zdają sobie sprawę, że mamy do odegrania wielką rolę w zaopatrywaniu mieszkańców miast w zdrową żywność. Z powodu zamknięcia granic, wielkoskalowi hodowcy warzyw mają poważne problemy ze znalezieniem ludzi do pracy, ponieważ zwykle wynajmują tymczasowych, zagranicznych, nisko opłacanych pracowników, czego my, jako grupy RWS, nie robimy. Jestem koordynatorką sieci i kontaktowało się ze mną wielu funkcjonariuszy publicznych próbujących stworzyć listy wszystkich możliwych krótkich łańcuchów dostaw, i wszyscy oni znali nas i dziękowali nam za naszą pracę!”

Niezwykle ważnym, lecz zazwyczaj pomijanym, wymiarem dzisiejszej pandemii jest dobrostan społeczny i psychiczny. W czasach różnego rodzaju restrykcji dotyczących przemieszczania się ludzie stają się coraz bardziej odizolowani i z pewnością doświadczymy wielu negatywnych konsekwencji powiązanych z kryzysami społeczno-gospodarczymi, które nastąpią na skutek tej pandemii. Jak mówi Fatima Zohra Hocimi z Algerii: „Rolnictwo Wspierane przez Społeczność umożliwia ludziom łączenie się ze sobą nawzajem, przełamywanie granic społecznych i działanie na rzecz celu, który wykracza poza ich ograniczony własny interes. RWS w sposób wielowymiarowy przyczynia się do zdrowia społeczności i buduje ich przyszły dobrostan”.

Wiele sieci RWS na całym świecie łączy zasoby, aby wesprzeć swoich członków, tak jak w Wielkiej Brytanii: https://communitysupportedagriculture.org.uk/covid-19/  i we Francji: http://miramap.org/-COVID19-et-AMAP-toutes-les-infromations-.html). Są to niezwykle cenne inicjatywy, które umożliwiają zapewnienie ciągłości lokalnych łańcuchów dostaw.

W tym przerażającym momencie, kiedy tak bardzo potrzebujemy solidarności i współczucia, lecz musimy zachować fizyczny dystans, Rolnictwo Wspierane przez Społeczność ma do odegrania kluczową rolę w bezpiecznym żywieniu lokalnych społeczności. A ponieważ stoimy w obliczu jeszcze większego kryzysu na skutek zmiany klimatu, gospodarstwa rodzinne stosujące metody agroekologiczne stanowią najpewniejsze rozwiązanie problemu głodu i niedożywienia na świecie i wykorzystują moc fotosyntezy do zmniejszenia stężenia związków węgla w atmosferze, budując jednocześnie zdrowsze, żyźniejsze gleby, które mogą nas wszystkich wyżywić.

Musimy nadal patrzeć na ten kryzys z perspektywy długoterminowej. Co się stanie, gdy pandemia zostanie opanowana? Jak to wpłynie na przemysłowy łańcuch dostaw i alternatywne łańcuchy żywnościowe? Czy będzie to moment, w którym świadomość społeczna osiągnie nowy poziom i pozwoli na to, by chłopska agroekologia i rolnictwo rodzinne stały się podstawą naszego systemu żywnościowego? I czy spowodowana przez kryzys redukcja emisji gazów cieplarnianych przekształci się w trwałe zwycięstwo w walce o złagodzenie konsekwencji zmiany klimatu? Wszyscy wiemy, że powrót do lokalności naszych zrównoważonych systemów żywnościowych (i wielu innych rodzajów produkcji) może odegrać kluczową rolę w zagwarantowaniu, aby gospodarka solidarnościowa i suwerenność żywnościowa, które są kluczowymi elementami tej rozstrzygającej batalii o kolektywne przetrwanie rodzaju ludzkiego, zostały powszechnie uznane i stały się normą na całym świecie.

RWS-y w wielu krajach wykraczają poza swój tradycyjny sposób działania, tworząc platformy internetowe ułatwiające lokalnym producentom sprzedaż bezpośrednio do konsumentów. Naszą rolą jest wspieranie podejścia opartego na prawach człowieka, które dąży do ochrony źródeł utrzymania rolników i zapewnia konsumentom stały dostęp do zdrowej, pożywnej, lokalnej żywności, której potrzebują, aby wyżywić swoje rodziny. Jest to najskuteczniejszy dostępny nam sposób na przeciwstawienie się przepychanym poprzez różne procesy legislacyjne, od ONZ po Unię Europejską, coraz bardziej represyjnym środkom, które faworyzują rolnictwo przemysłowe. Apelujemy o większe wsparcie instytucjonalne dla sieci RWS w tym czasie kryzysu i dążymy do tego, by były one w stanie zaspokoić ogromny popyt na bezpieczną, pożywną i zdrową żywność. Spoczywa na nas odpowiedzialność za kontynuację, wraz z naszymi sojusznikami z innych ruchów społecznych, pracy na rzecz zagwarantowania, że nasze systemy żywnościowe nie zawiodą nas wszystkich. Naszą rolą jest promocja agroekologii i suwerenności żywnościowej, jako sposobu na realizację systemów żywnościowych tworzonych przez ludzi i dla ludzi.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o RWS-ach i społecznej ekonomii, prosimy odwiedź URGENCI Hub: hub.urgenci.net. Materiały, filmy video i broszurki można znaleźć w sekcji „“how to set up your CSA”.

Źródło: urgenci.net

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Od kilku lat prowadzimy badania nad różnorodnością w australijskich miejscach pracy. Wczesne wyniki naszych badań pokazują, że rozmaite zewnętrzne i wewnętrzne działania skutkują uświadamianiem sobie i uwidacznianiem rozlicznych aspektów różnorodności.

Wewnątrz organizacji różnorodnością zarządza się poprzez ustalanie reguł i zasad postępowania wobec kwestii niejednorodności pracowników i inkluzywności, a w otoczeniu nagłaśnia się ją poprzez monitorowanie i ujawnianie wskaźników i zdobywanie nagród. Stwierdziliśmy również, że chociaż różnorodność w biznesie jest promowana, celebrowana i promowana, dla wielu pracowników określanych jako „różnorodnych” rzeczywistością pozostaje nierówne traktowanie, brak uznania i dostępu do możliwości rozwoju i awansu.

Nawet w organizacjach, które spodziewają się biznesowych korzyści z działań na rzecz różnorodności, wprowadzanie zmian pozostaje wyzwaniem. To, co czyni zmiany szczególnie trudnymi, to często ignorowany kontekst społeczno-polityczny zarządzania różnorodnością. Mimo wielu już dekad podejmowania działań i aktywizmu na rzecz różnorodności, wciąż brak jej na wszystkich poziomach badanych przez nas organizacji. Poniżej przedstawiamy osiem powodów, które, jak wykazują nasze badania, sprawiają, że różnorodność w organizacjach jest tak trudna do osiągnięcia.

Wybiórcza definicja różnorodności: Organizacyjną różnorodność bardzo często, w sposób domniemany, rozumie się jako odnoszącą się do „innych” pracowników, pochodzących z grup mniejszościowych lub marginalizowanych, a nie do całego personelu zatrudnionego w organizacji. Takie domyślne rozumienie różnorodności pomaga przerzucić ciężar odpowiedzialności za integrację na zepchnięte na margines lub mniejszościowe grupy, które, jak się zakłada, szukają integracji. Jak na ironię, może to powodować, że próby włączenia się w główny nurt organizacji prowadzić będą do większego wykluczenia. By organizacja stała się inkluzywna, konieczne jest zrozumienie, że różnorodność dotyczy wszystkich pracowników i wszystkich też dotyczy odpowiedzialność za różnorodność. Wymaga to zarówno oddolnych, jak i odgórnych interwencji, które umożliwią zarządzanie znaczeniem różnorodności i pokazaniem, że jest ceniona w całej organizacji.

Różnorodność odświętna: różnorodność powszechnie rozumie się jako celebrację „innych,” czy to poprzez dzielenie się jedzeniem, występy taneczne, czy też opowiadanie indywidualnych historii pokonywania przeciwności losu. Za takimi działaniami stoją dobre intencje, ale wzmacnia to pojmowanie różnorodności jako kwestii „innych” i pozwala uniknąć konfrontacji z problemami systematycznego wykluczenia, relacji władzy i nierównego traktowania. Zastępowanie różnorodności świętowaniem inności chroni liderów przed zajęciem się politycznymi aspektami różnorodności, które stanowią klucz do zwalczania niesprawiedliwości.

Różnorodność wygrodzona: pracownicy definiowani jako różnorodni zatrudniani są często na określonych stanowiskach i w wyznaczonych działach organizacji. Skutkuje to segregacją poziomą, pionową i/lub zawodową. Może się, na przykład, zdarzyć, że kobiety przejmą role przywódcze w zarządzaniu zasobami ludzkimi, a mężczyźni z grup mniejszościowych obejmą stanowiska odpowiedzialne za różnorodność i portfolia integracyjne. Uważamy, że działania na rzecz różnorodności mogę stać się inkluzywne jedynie wtedy, gdy zostanie ona wcielona na wszystkich poziomach i we wszystkich funkcjach organizacji, a odpowiedzialność za nią ponosić będzie cała kadra zarządzająca. Rekrutacja i awanse liderów są, zatem, kluczowe dla osiągnięcia różnorodności.

Różnorodność przyćmiona: rozumienie, promocja i ujarzmienie różnorodności służy często uznaniu pewnych form różnorodności za akceptowalne, przy jednoczesnym odrzuceniu innych. Mimo pozornej wszechobecności różnorodności, tylko niektóre jej formy stają się prawomocne i widoczne. Rzeczywista różnorodność doświadczeń i realiów intersekcjonalności jest natomiast spychana w cień. Paradoksalnie, uwidocznienie i promocja konkretnej formy różnorodności skutkuje przyćmieniem rzeczywistej różnorodności.

Zmęczenie różnorodnością: odpowiedzialność za różnorodność spoczywa często na niewielkiej, wydzielonej grupie pracowników. Istnieje niebezpieczeństwo, że ta odpowiedzialność nie idzie w parze z władzą ani autonomią w inicjowaniu zmian. Grozi to wrażeniem tokenizmu, czyli postrzegania i odczuwania ich wysiłków jako jedynie symbolicznych. To z kolei prowadzi do poczucia przeciążenia i wypalenia wśród odpowiedzialnych za różnorodność pracowników. W takich przypadkach praca na rzecz różnorodności postrzegana jest często jako gorsza od innych form zarządzania strategicznego.

Luka pomiędzy deklaracjami a praktyką: organizacje wprowadzają multum reguł i zasad mających zapewnić równość szans i traktowania pracowników. Zasady te są przygotowywane przez specjalistów od zarządzania zasobami ludzkimi i zatwierdzane przez członków kierownictwa organizacji. Tymczasem od pracowników niższego szczebla oczekuje się wprowadzenia tych zasad w życie. Wszelkie zasady wymagają jednak interpretacji, a brak koordynacji pomiędzy regułami a praktyką i dwustronnej komunikacji pomiędzy kierownikami a resztą załogi skutkuje oddzieleniem władzy od odpowiedzialności i koncentracji na ochronie dobrego imienia (i samopoczucia) sprawujących władzę.

Niezamierzone konsekwencje szkoleń z różnorodności: okazuje się, że szkolenia różnorodnościowe dla liderów, mające podnieść ich świadomość albo nawet zakwestionować nieświadome uprzedzenia wobec pewnych grup społecznych, paradoksalnie wzmacniają uprzedzenia. Jednym z powodów jest to, że w niezamierzony sposób przekazują tezę, że skoro uprzedzenia są nieodrodną częścią natury ludzkiej, musimy je po prostu zaakceptować. Drugim powodem jest, że ukazując systemowe podłoże dyskryminacji jednocześnie przekonują uczestników, że odpowiedzialność za zmianę nie musi ciążyć na konkretnych jednostkach (czyli na przechodzących szkolenie uczestnikach).

Opór przeciwko różnorodności: w organizacjach istnieje zarówno otwarty, jak i ukryty opór wobec różnorodności. Może przybierać formę aktywnego sprzeciwu albo biernego blokowania zmian. Otwarty opór często uzasadniany jest obawą przed utratą statusu i „ciężko zarobionych” przywilejów. Może przybierać formę celowych rasistowskich lub seksistowskich działań, które uniemożliwiają pracownikom z grup mniejszościowych lub marginalizowanych awans i uzyskiwanie wpływu na działania organizacji. Ukryty opór może kryć się za wartościami merytokratycznymi lub tłumaczyć pozbawianie niektórych pracowników awansu lub nagród ich „nieprzystawaniem kulturowym” do reszty organizacji. Liderzy posługujący się takim rozumowaniem twierdzą, że ci „zróżnicowani” pracownicy nie mają umiejętności i wiedzy niezbędnych do pełnienia danej roli, podczas gdy w rzeczywistości uważają po prostu, że pracownikom tym brakuje odpowiedniego kapitału kulturowego lub społecznego.

Budowanie wewnątrzorganizacyjnej różnorodności jest zawsze trudne i wymaga przekraczania wielu istotnych barier. Założenie, że prosty zestaw reguł i dyspozycji może rozwiązać „problem” związany z różnorodnością nie tylko jest naiwne, ale może wręcz pogorszyć sytuację. Jedynie zdanie sobie sprawy z rzeczywistej skali wyzwania i podjęcie długofalowego zobowiązania do jego przezwyciężenia umożliwi organizacji poczynienie prawdziwych postępów.

Autorzy:

Celina McEwen jest Senior Research Fellow w dziedzinie zarządzania na University of Technology Sydney. Interesują ją problemy różnorodności i intersekcjonalności we współczesnych organizacjach

Alison Pullen jest profesorem badań zarządzania i organizacji na Macquarie University w Australii. W ramach swojej pracy badawczej analizuje i pilotuje interwencje w sprawach dotyczących polityki pracy, dyskryminacji i niesprawiedliwości organizacyjnych.

Carl Rhodes jest profesorem badań organizacji na University of Technology Sydney w Australii. Przedmiotem jego zainteresowań naukowych są problemy społeczne łączące kwestie etyki, polityki i biznesu.

Tłumaczenie: Jerzy Kociatkiewicz
www.relationalintersectionality.com

Obecne plany reformy polityki żywnościowej i rolnej, w szczególności Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), przedstawiają cyfryzację jako uniwersalne rozwiązanie dla rolnictwa bardziej przyjaznego środowisku. Czy rzeczywiście tak jest?

20 maja Friends of the Earth Europe opublikowała raport „Przyszłość rolnictwa” analizujący propozycje nowej Wspólnej Polityki Rolnej. Możemy w nim przeczytać, że cyfryzacja rzeczywiście może znacząco ułatwić ocenę aktualnego stanu gleby na polach, w tym zawartości biogenów (związków azotu i fosforu), i tym samym wskazać na ich dokładne zapotrzebowanie. Nie rozwiąże natomiast podstawowego problemu, jakim będzie utrwalanie  rozwoju rolnictwa przemysłowego; nie skupia się bowiem na rozwijaniu takiego rolnictwa, które w aktywny sposób chroni i odbudowuje ekosystemy i bioróżnorodność. Raport przygotowany przez FoEE ostrzega, że rolnictwo cyfrowe nie sprzyja klimatowi i środowisku, lecz oddaje produkcję żywności w ręce ogromnych korporacji, których celem jest  tylko bezwzględny zysk.

Raport pokazuje, że cyfrowe rolnictwo prowadzone przez korporacje nie czyni naszego systemu żywności bardziej odpornym na problemy związane z klimatem, szkodnikami, czy też problemy społeczne, jak na przykład wyludnienie wsi, a wręcz przeciwnie –  może znacząco przyczynić się do ich pogłębienia. Oznacza to, że wprowadzenie rolnictwa cyfrowego nie gwarantuje bardziej zrównoważonego systemu rolniczego.

Raport wzywa decydentów do podjęcia kroków w celu zapewnienia suwerenności danych rolników przed wprowadzeniem systemu rolnictwa cyfrowego za pośrednictwem WPR. W raporcie postuluje się również  uwzględnienie możliwych alternatyw rolnictwa cyfrowego, jaką byłaby na przykład agroekologia, i do wykorzystania WPR we wsparciu bardziej zrównoważonych dla środowiska praktyk agroekologicznych.


Polskie tłumaczenie raportu przygotowane przez Polski Klub Ekologiczny znajduje się tutaj.

Raport FoEE w języku angielskim  znajduje się tutaj.


Projekt sfinansowano przy wsparciu Komisji Europejskiej. Niniejsza publikacja odzwierciedla wyłącznie poglądy autora, a Komisja nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w tym tekście.

 

Źródło: Koalicja Żywa Ziemia


ClientEarth do nowej prezes PGE GiEK: „Złoczew” trzeba porzucić, zanim stanie się drugą „Ostrołęką C”

Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi wysłała do nowej prezes PGE GiEK, Wioletty Czemiel-Grzybowskiej, list z apelem o formalne odstąpienie od projektu budowy kopalni „Złoczew”. Apel jest reakcją na komunikat GDOŚ, która poinformowała o kolejnym, już dziewiątym, przesunięciu terminu wydania pozwolenia środowiskowego dla kontrowersyjnej inwestycji.

Według oficjalnego komunikatu GDOŚ nowy termin udzielenia pozwolenia to 31 sierpnia 2020 r.

W swoim liście ClientEarth domaga się definitywnej rezygnacji z planów budowy kopalni węgla brunatnego „Złoczew” i złożenie przez spółkę PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna wniosków o umorzenie toczących się postępowań administracyjnych. Aktualnie spółka stara się o decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach dla kopalni oraz o pozyskanie koncesji na wydobycie węgla brunatnego ze złoża „Złoczew”.

Fundacja wskazuje na liczne ryzyka społeczne, prawne, ekonomiczne, i środowiskowe, którymi obciążona jest inwestycja. Przeciwko kopalni „Złoczew” protestuje społeczność lokalna, bo jej budowa oznacza wysiedlenie ponad 3 tysięcy mieszkańców z 33 miejscowości.

Budowa “Złoczewa” to dla PGE GiEK, spółki córki PGE, również obciążenie finansowe rzędu ok. 10-15 mld zł. Według analiz Instytutu Ekonomii Energii i Analiz Finansowych (IEEFA), inwestycja zagrozi płynności finansowej PGE. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę najgorsze w historii wyniki finansowe spółki i to, jak osłabia ją zamrożenie gospodarki związane z kryzysem epidemiologicznym.

To, jak ryzykowne byłoby inwestowanie w „Złoczew” potwierdzają ostatnie decyzje innych spółek energetycznych. Dziś Enea i Energa zakomunikowały, że porzucają plany budowy bloku węglowego „Ostrołęka C” – inwestycji, na którą wydały dotychczas łącznie ponad miliard złotych. Mają na to wpływ zmiany regulacyjne w UE, odchodzenie banków od finansowania projektów węglowych i przejęcie kontroli nad Energą przez PKN Orlen, którego strategia zakłada realizację inwestycji nisko- i zeroemisyjnych.

Nie wiadomo też, czy na węgiel ze „Złoczewa” będzie w ogóle popyt. Także Elektrownia Bełchatów, którą miałaby zasilać nowa kopalnia, jest w coraz gorszej sytuacji finansowej. Dotychczas silnie dofinansowywana – nawet 10% przychodów w latach 2013-2018 dostarczały dotacje publiczne – po 2025 r nie będzie mogła otrzymywać pomocy ze strony państwa.

„Po rekordowej utracie wartości aktywów węglowych PGE – tuż przed pandemią – i przywróceniu wartości części aktywów OZE, wyraźnie widać, gdzie jest właściwy kierunek ekspansji spółki. W tej chwili dobro PGE GiEK oraz środowiska i społeczności lokalnej idą ze sobą w parze. Pozbywanie się aktywów węgla brunatnego przez PGE i porzucenie planów wydobywania tego surowca to pilne i oczywiste decyzje, których oczekujemy od odpowiedzialnego zarządu” – komentuje Monika Sadkowska z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Fundacja podkreśla, że PGE GiEK odgrywa też ważną rolę w sprawiedliwej transformacji regionu. Kilka dni temu Komisja Europejska zaproponowała Polsce na ten cel aż 8 mld euro. Województwo łódzkie z powodu Elektrowni Bełchatów przekracza krajową średnią we wskaźniku emisyjności aż trzykrotnie, a więc mogłoby liczyć na największe wsparcie z Funduszu.

Im wcześniej PGE GiEK zadeklaruje porzucenie decyzji o budowie kopalni „Złoczew” i zamykaniu bloków węglowych w swoich elektrowniach, tym więcej czasu będzie miał region i jego mieszkańcy na opracowanie Terytorialnego Planu Sprawiedliwej Transformacji i ubieganie się o środki unijne na jego realizację.

Źródło: Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi Polska

 

Koalicja Niech Żyją zaprasza do akcji, której celem jest ujawnienie przez parlamentarzystów i parlamentarzystki przynależności do Polskiego Związku Łowieckiego.

Pytanie to zostało rozesłane do wszystkich posłów, posłanek, senatorów i senatorek. W mediach społecznościowych umieszczono spot z udziałem Adama Wajraka i mec. Karoliny Kuszlewicz, którzy mówią o polskiej partii myśliwych i uzasadniają dlaczego parlamentarzyści są zobowiązani do ujawnienia informacji o tym czy polują. Dopełniają go promyśliwskie przemówienia z sejmu i senatu.

 

W polskiej polityce od lat działa układ. Są w nim politycy i polityczki, od lewa do prawa. Mamy obawy, że ten układ działa wbrew interesowi polskiego społeczeństwa i polskiej przyrody. Ten układ nazywany jest polską partią myśliwych, która ponad politycznymi podziałami broni przywilejów wąskiej grupy polujących. Myśliwi stanowią zaledwie 3 promile polskiego społeczeństwa, jednak to ich interesom sprzyja tworzone w Polsce prawo. Dlatego fundacja Niech Żyją!, reprezentująca koalicję Niech Żyją!, skupiającą 50 organizacji społecznych, pyta, w trybie dostępu do informacji publicznej, wszystkich parlamentarzystów i parlamentarzystki, czy polują i należą do Polskiego Związku Łowieckiego.

Obywateli co chwila elektryzują oburzające wiadomości z parlamentu: „Tylko myśliwi w czasie pandemii będą mogli wychodzić z domów i polować, mimo powszechnej izolacji społecznej”; „Większość sejmowa zdecydowała podjąć prace nad projektem myśliwych umożliwiającym udział dzieci w polowaniach”; „Myśliwym wolno już polować z noktowizorem, termowizorem i tłumikiem. Od dawna starają się o legalizację polowań z łukiem i rewolwerem”. To nie incydenty, to norma.

Jako społeczeństwo nie mamy wpływu na liczbę zabijanych w Polsce dzikich zwierząt ani też na listę gatunków łownych, czyli tych, na które wolno polować. Każdego roku w naszym kraju odbywa się około 50 tysięcy polowań zbiorowych i ponad milion indywidualnych. Szkodzą naszym polom, łąkom, stawom, jeziorom i lasom, zakłócając życie całych ekosystemów. Zagrażają bezpieczeństwu publicznemu. Zgodnie z nowym prawem, jeśli nie ustąpimy myśliwym z drogi, możemy stać się przestępcami, nawet na własnej ziemi!

Zachodzi podejrzenie, że polujący członkowie Sejmu i Senatu, w sprawach związanych z łowiectwem, głosują zgodnie z interesem swojego myśliwskiego środowiska, a nie większości obywateli. Dlatego informacja o przynależności parlamentarzystów do PZŁ ma istotną wagę społeczną i powinna być jawna. Zgodnie z art. 61 Konstytucji RP obywatel ma prawo do uzyskania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne.

Prawo to obejmuje również uzyskiwanie informacji o działalności Polskiego Związku Łowieckiego i jego członków w zakresie, w jakim wykonują zadania nałożone przez państwo i gospodarują majątkiem Skarbu Państwa. PZŁ jako ustawowo umocowany podmiot do „prowadzenia gospodarki łowieckiej i pozyskiwania zwierzyny oraz prowadzenia działalności na rzecz jej ochrony poprzez regulację liczebności populacji zwierząt łownych”, wykonuje zadania publiczne (art. 32 ust. 1 ustawy z dnia 13 października 1995 r. prawo łowieckie), a zwierzęta łowne w stanie wolnym, jako dobro ogólnonarodowe, stanowią własność Skarbu Państwa (art. 2 Prawa łowieckiego i art. 21 ustawy o ochronie zwierząt). My wszyscy, obywatele i obywatelki, mamy prawo wiedzieć, w jaki sposób państwo tym dobrem zarządza.

Informację publiczną stanowi nie tylko działalność samego PZŁ jako podmiotu, ale także jego skład członkowski, szczególnie jeśli jego członkowie są parlamentarzystami stanowiącymi prawo mające fundamentalny wpływ na polską przyrodę i obowiązujące wszystkich obywateli.

Dlatego w pełni uzasadnione jest udzielenie przez wszystkich posłów, posłanki, senatorów i senatorki informacji o tym, czy polują i przynależą do Polskiego Związku Łowieckiego. Społeczeństwo oczekuje tej elementarnej transparentności i przyzwoitości.

Źródło: Informacja prasowa Koalicji Niech Żyją

Kontakt: Tomasz Zdrojewski, tel.: 735 374 508, media@niechzyja.pl  Mec. Karolina Kuszlewicz, tel.: 693 528 793, karolina.kuszlewicz@adwokatura.pl

Obserwując w mediach protesty Extinction Rebellion w Londynie, miałem wrażenie, że to wszystko już zostało opisane.

Czytałem już o innej rebelii przeciw katastrofie ekologicznej, choć nie klimatycznej – z hasłem „Przestańcie, przez was giniemy!” i symbolem czaszki, tak podobnymi do przekazu XR mówiącego wprost o wymieraniu. Rebelii również działającej poza prawem, trochę mniej pokojowo niż XR, ale mimo to posiadającej skryte poparcie społeczeństwa. Z tym że ten drugi bunt nie zdarzył się naprawdę. Opisał go w 1972 roku John Brunner w powieści „Ślepe stado”.

Od dawna siedzę w fantastyce, zwłaszcza w SF. Trochę krócej interesuję się klimatem, a jeszcze krócej próbuję jakoś w jego sprawie działać. Te dwa obszary są w moim przypadku ściśle powiązane. Za moje „klimatyczne nawrócenie” odpowiada w znacznym stopniu Peter Watts, mistrz twardego SF i pesymistycznych wizji przyszłości. Na swoim blogu umieścił on kiedyś link do artykułu „The Uninhabitable Earth” Wallace- -Wellsa, który pierwszy raz przeraził mnie perspektywą globalnego ocieplenia. Jestem więc dowodem na to, że literatura może być narzędziem służącym do przekazu proekologicznych treści, a wobec tego pisanie może być aktywizmem.

Fantastyka ma kilka zalet w porównaniu do tekstów naukowych czy publicystyki. Po pierwsze, zmiana klimatu jest na tyle złożona i wszechogarniająca, że bardzo trudno ją sobie wyobrazić – a literatura oferuje tę możliwość. Możemy przeczytać o suszach tak długotrwałych, że przeżycie wymaga odzyskiwania wody z własnego moczu, a miasta USA zaczynają walczyć ze sobą o wodę („Wodny nóż” Paola Bacigalupiego). Albo o tym, jak nasi potomkowie, wściekli na nas za sprowadzenie na nich katastrofy, postanawiają osądzić całe nasze pokolenie pod kątem śladu węglowego i skazują wiele osób na wymyślne kary typu uduszenie dwutlenkiem węgla w szklarni („Precedens” Seana McMullena). Takie obrazy zapadają w pamięć zdecydowanie bardziej niż naukowe prognozy na temat temperatur i ekstremalnych zjawisk pogodowych, choć przecież z tych prognoz wyrastają. Po drugie, literatura ma szansę przebić naszą lewicowo-wielkomiejską bańkę. Myślę, że dla wielu czytelników ważniejsze od poglądów politycznych autora są dobra fabuła czy światotwórstwo, w związku z tym proklimatyczny przekaz może trafić też do osób niezwiązanych z ruchami ekologicznymi. Oddziałując na nich na poziomie bardziej pierwotnym niż fakty, bo samo wczucie się w dobrze skonstruowany świat przesuwa okno Overtona określające, co w ogóle jest wyobrażalne, a co nie.

Ale kiedy już przerazimy się perspektywą klimatycznej zagłady – co dalej? Ci, którzy wcześniej nie mieli styczności z aktywizmem, mogą mieć problem z wyobrażeniem sobie siebie jako osoby działającej. Jeśli o mnie chodzi, tutaj również literatura była pewną inspiracją, prezentując jednostki, z którymi mogłem się identyfikować. Jako że na co dzień zajmuję się nauką, szczególnie trafiają do mnie postaci naukowców. Myślę tu o zaangażowanych badaczach z powieści Brunnera, w tym o Austinie Trainie, inspiratorze rebelii ze „Ślepego stada”. Ale także o Franku Vanderwalu z „Forty Signs of Rain” Kima Stanleya Robinsona, który swoim listem, napisanym trochę pod wpływem osobistego kryzysu, inicjuje bunt w amerykańskiej National Science Foundation, wskutek czego – wobec bierności polityków – organizacja bierze przeciwdziałanie zmianom klimatu w swoje ręce. Sporo postaci aktywistów dostarczają też opowiadania solarpunkowe, o których za chwilę.

Na tym obecność katastrofy klimatycznej w SF się nie kończy. Autorzy zastanawiają się np. nad rolą technologii w walce ze zmianami klimatu. Dla aktywistów ważniejsza jest chyba jednak inna kwestia: co chcemy osiągnąć naszym działaniem? Jakiego świata pragniemy? To może być równie trudne do wyobrażenia sobie jak sama katastrofa. Dlatego powstał solarpunk – podgatunek SF próbujący tworzyć pozytywne czy wręcz utopijne wizje przyszłości, gdzie niskoemisyjne technologie współgrają ze zmianami społecznymi. „Wyobraź sobie architektów permakultur planujących na dziesiątki lat i stulecia w przyszłość, niczym budowniczy katedr” – pisze Adam Flynn w tekście „Solarpunk. Notatki do manifestu” (tłum. Paweł Ngei). Solarpunk jest w tej chwili bardziej programem niż ugruntowanym gatunkiem. Niemniej jego możliwości zostały dostrzeżone przez Arizona State University, który wydał krótką antologię „The Weight of Light”, gdzie pisarze wspólnie z ekspertami rozważają różne warianty rozwoju energetyki słonecznej i ich konsekwencje dla społeczeństwa.

Mapy przyszłości szkicowane przez fantastykę składają się jednak wciąż przede wszystkim z białych plam. Zwłaszcza w Polsce, gdzie wątki klimatyczne – przynajmniej według mojej wiedzy – dopiero zaczynają się pojawiać w pojedynczych opowiadaniach. Dlatego tych, którzy posądzają siebie o zdolności literackie, zachęcam do spróbowania swoich sił w tym gatunku. Nie tylko po to, aby na chwilę odpocząć od aktywizmu.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.