Zamiast utrzymywać stare reaktory jądrowe, wielkim kosztem i z narażeniem bezpieczeństwa ludzi w Belgii i sąsiednich krajach, nowy koalicyjny rząd Belgii potwierdził zamknięcie swoich elektrowni jądrowych do 2025 roku, wprowadzając jednocześnie to, czego poprzednicy nie potrafili – bardzo ambitną, wszechstronną i systemową transformację w zgodzie z Europejskim Zielonym Ładem, nie tylko samej energetyki, ale całego systemu gospodarczego, społecznego i podatkowego.

(Komentarz do decyzji nowego rządu Belgii, potwierdzającej zamknięcie wszystkich reaktorów jądrowych do 2025 roku).

Nowy rząd Belgii, którego skład tworzą m.in. dwie partie belgijskich Zielonych, bardzo słusznie potwierdził wdrażany od 2015 plan ostatecznego zamknięcia w 2025 roku obydwu belgijskich elektrowni jądrowych, Tihange (2 985 MW) i Doel (2 839 MW). Dlaczego?

Bezpieczeństwo, koszty utrzymania i stabilność dostaw

Wszystkie belgijskie reaktory są mocno leciwe, powstały między 1974 a 1985 rokiem i ich średni wiek przekroczył 40 lat. Koszt ich utrzymania jest bardzo wysoki, bo starzenie się reaktorów jest pełne niespodzianek i wiąże się z licznymi wyłączeniami, co powoduje straty i zagrożenia dla  bezpieczeństwa dostaw. W październiku i listopadzie 2018 r. tylko jeden z siedmiu reaktorów jądrowych w Belgii działał, po przymusowym wyłączeniu kilku reaktorów z powodu odkrytych anomalii w ich betonowych strukturach, a średni współczynnik obciążenia belgijskiej floty EJ spadł w 2018 roku do 48,6 procent. Sytuację dużymi nakładami z czasem ustabilizowano, jednakże nie wiadomo na jak długo, bo ryzyko dalszych awarii i wyłączeń stale rośnie, w miarę fizycznego starzenia się reaktorów (degradacja konstrukcji, układów i komponentów) i postępujących zmian klimatu.

Powołując się na Odę Becker, ekspertkę ds. bezpieczeństwa jądrowego (prezentacja na konferencji NEC2020), zwracam uwagę, że zapewnienie bezpieczeństwa starych reaktorów jest bardzo trudne i niezwykle kosztowne, a w kryzysie jak ten spowodowany Covid-19 operatorzy odkładają inwestycje na lepsze czasy. W miarę postępujących szybko i w nieprzewidywalny sposób zmian klimatu, ryzyka awarii wzrastają, a efektywność elektrowni maleje. Analiza przeszłości nie pozwala już przewidzieć przyszłości. Rośnie ilość dni koniecznych wyłączeń z powodu upałów i albo zbyt wysokiej temperatury wody w rzece służącej chłodzeniu, albo zbyt niskiego jej poziomu, jak i ryzyka związane z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, które mogą spowodować awarię zasilania elektrycznego lub systemu chłodzenia.

Francuska EJ Blayais została w grudniu 1999 roku częściowo podtopiona z powodu burzowych ulewnych deszczy (a mamy ich dziś dużo więcej niż 20 lat temu). Wiatr zepchnął wodę na groblę, woda wdarła się do podziemnych tuneli serwisowych i przedarła się przez drzwi (operator EdF deklarował uprzednio, że podziemne tunele są całkowicie bezpieczne), po czym zalała i zniszczyła pompy i inny sprzęt. Przed tą powodzią EdF planowała podwyższenie grobli o 50 cm, zgodnie z wymaganiami, prace się opóźniały, a w rzeczywistości fala była o 1 m powyżej grobli. TEPCO nie wyciągnęło wniosków z wydarzeń w Blayais, co tłumaczono po katastrofie w Fukushimie tym, że uważano, że poważny wypadek był „bardzo mało prawdopodobny” i obawiano się, że modernizacja systemów bezpieczeństwa „zwiększy niepokój wśród społeczeństwa”. Jest wielce prawdopodobne, że po prostu nie chciano narażać firmy na „zbędne” koszty, zbędne wg. kalkulacji prawdopodobieństwa zdarzenia ekstremalnego na podstawie dotychczasowych doświadczeń. Niestety, ani operatorzy EJ, ani regulatorzy bezpieczeństwa jądrowego nie nadążają za bardzo szybko zmieniającą się sytuacją klimatyczną.

Transformacja energetyczna i Europejski Zielony Ład

Ogłaszając wejście ich partii do rządu, współprzewodniczący walońskiej partii Zielonych Ecolo powiedzieli m.in., że „jasne potwierdzenie przez nową koalicję rządzącą wyjścia z energii jądrowej w 2025 roku, wraz z wyrażoną silną wolą przeprowadzenia i osiągnięcia transformacji energetycznej, wysłało bardzo jasny sygnał inwestorom i pracownikom zajmującym się efektywnością energetyczną i energią odnawialną” – bo takie mają być kluczowe kierunki tej transformacji. W samym porozumieniu czytamy: „W zakresie energetyki rząd przede wszystkim rozwinie źródła odnawialne – w szczególności wiatr i energię słoneczną []. Będzie działać tak, aby energia odnawialna i oszczędność energii w większym stopniu przyczyniały się do zastępowania zanieczyszczających źródeł energii, w tym energii jądrowej.”. Przewiduje się podwojenie mocy farm wiatrowych offshore, aby osiągnąć 4 GW do 2030 r. Czytamy również: „Transformacja energetyczna stworzy nowe miejsca pracy i rozwinie nowe umiejętności w sektorach przyszłości. Daje to perspektywę reorientacji zawodowej i dodatkowego szkolenia pracowników.” Te sektory przyszłości to odnawialna i innowacyjna energia na morzu, „zazielenienie” gazu, power-to-x, produkcja energii elektrycznej z tlenków azotu, produkcja wodoru o niskiej zawartości węgla oraz wychwytywanie, ponowne wykorzystanie i składowanie CO2. Zmianie ma ulec cały model energetyki: „Magazynowanie, zarządzanie popytem, elastyczność i wzajemne połączenia będą miały kluczowe znaczenie w przyszłym, elastycznym i zdecentralizowanym systemie energetycznym, w którym odnawialne źródła energii i efektywność energetyczna będą kluczowe.” Można się też spodziewać, że szczególny nacisk zostanie położony na rozwój energetyki obywatelskiej, tzw. Rescoop, czyli kooperatyw energetycznych, gdyż jest już ich w Belgii kilkadziesiąt, a inicjatywy z zakresu tzw. gospodarki Dóbr Wspólnych (the Commons) rozwijają się bardzo dynamicznie w różnych sektorach i są programowo mocno wspierane przez Zielonych.

Zatrzymanie studni bez dna, jaką jest utrzymanie coraz starszych reaktorów jądrowych w warunkach galopującej zmiany klimatu, otworzy przestrzeń na ambitny i kompleksowy plan wdrażania polityk Europejskiego Zielonego Ładu, w ich jak najambitniejszej wersji, dla osiągnięcia redukcji emisji CO2 o 55% do 2030 r. (w stosunku do roku 1990) i pełnej neutralności klimatycznej do 2040 roku. Państwo federalne ma być na pierwszej linii, budynki publiczne mają być niskoenergetyczne, a firmy państwowe mają zapewnić sobie własne zrównoważone dostawy energii odnawialnej. Obok samej energii (w tym walce z ubóstwem energetycznym) mowa jest oczywiście także o gospodarce obiegu zamkniętego, budownictwie czy  mobilności, ale również o solidnej zmianie systemu podatkowego, w kierunku zbliżonym do dywidendy ekologicznej. Na potrzeby transformacji ekologicznej zostanie stworzony specjalny fundusz i wieloletni plan inwestycyjny. „Kryzys koronawirusa i konieczność reorientacji zawodowej wielu pracowników to historyczna szansa dla naszego kraju na przejście na inny model ekonomiczny, bardziej odporny i zrównoważony” czytamy w programie koalicyjnym.

Co do kompetencji w zakresie energetyki jądrowej, rząd Belgii nie ma zamiaru ich tracić – Belgia ma stać się liderem w zakresie demontażu elektrowni jądrowych, ma też kontynuować badania podstawowe w tej dziedzinie (w tym projekt reaktora badawczego MYRRHA). No i oczywiście postanowiono zmierzyć się z problemem zgromadzonych odpadów radioaktywnych, razem z obywatelami, np. poprzez panel obywatelski. Inny zespół roboczy, tym razem instytucjonalny, zajmie się tym, jak zapewnić długofalową ciągłość finansowania polityki dotyczącej odpadów, pomimo zaprzestania działalności przez wielu wytwórców odpadów promieniotwórczych.

Benelux od dekad inicjował i testował ważne zmiany w Unii Europejskiej. Wygląda na to, że również tym razem mała Belgia pokaże drogę, jak dokonać głębokiej transformacji na rzecz klimatu, odchodząc jednocześnie od przestarzałego atomu.

Europa wdraża plan naprawczy po recesji spowodowanej pandemią koronawirusa. W lipcu Szefowie Państw UE uzgodnili kwotę 750 mld EUR na działania naprawcze mające pomóc UE w walce z kryzysem spowodowanym przez COVID-19. Negocjacje porozumienia w sprawie nowego wieloletniego budżetu UE i funduszu odbudowy gospodarczej wkraczają w decydującą fazę.

Tak jak to w procesach unijnych bywa, ostateczny kształt paczki kryzysowej jest szczegółowo negocjowany i jej ostateczny kształt a zwłaszcza “kto i na co dostanie”, okaże się dopiero po tym jak Parlament Europejski zatwierdzi ostateczny dokument. Negocjacje maja zakończyć się jeszcze w październiku. W tym czasie Parlament wciąż walczy o większe środki dla 15 programów, które mają pomóc w postawieniu Europy na nogi. Nie wszystko jednak jest niewiadomą. Podstawy już znamy, i warto je poznać, aby nasz region nie stracił “będąc mądrym po szkodzie”.

Jest już pewnikiem, że odbudowa Europy opierać się ma na nowej strategii unijnego rozwoju określanej jako Europejski Zielony Ład. Obejmuje on między innymi masową renowację naszych budynków i infrastruktury, czystszy transport, lepszą logistykę, gospodarkę obiegu zamkniętego, i wdrażanie projektów w zakresie energii odnawialnej, zwłaszcza wiatrowej, słonecznej i uruchomienie gospodarki czystego wodoru w Europie, dzięki której UE ma się stać pierwszym neutralnym klimatycznie kontynentem na świecie do 2050 roku.

Wiadomo też, że nie wszystkie regiony Unii są w równie dobrej pozycji. Dla tych słabszych powstał specjalny Fundusz na rzecz sprawiedliwej transformacji, zawierający środki bezzwrotne oraz pożyczki. W Unii aż 108 regionów zakwalifikowało się do tego programu, w Polsce 6: śląskie, dolnośląskie, wielkopolski, lubelskie, łódzkie i małopolskie. U nas kwalifikuje się Wielkopolska Wschodnia, czyli subregion koniński, w którym znajdują się odkrywki węgla brunatnego i powiązane elektrownie opalane węglem należące do ZE PAKu.

To jak go w Wielkopolsce wdrożymy, zadecyduje o tym, czy skorzystamy na funduszach naprawczych i przyszłych unijnych środkach. Jest jeszcze jeden warunek dla pełnego skorzystania z tych możliwości: Polska musi zaakceptować unijne cele klimatyczne, przeciwko czemu uparcie oponuje strona rządząca.

Subregion koniński prawdopodobnie będzie tym, w którym proces transformacji przebiegnie najszybciej, gdyż sam ZE PAK ogłosił na początku października, kierując się realną oceną swojej sytuacji finansowej, że elektrownie i kopalnie zostaną zamknięte do 2030 r. oraz że odkrywka w Ościsłowie raczej nie powstanie. W raportach specjalistycznych ocenia się zresztą, że ta data będzie jeszcze wcześniejsza, gdyż jest prawdopodobne, że w obecnie istniejących kopalniach węgla starczy przy takim scenariuszu tylko do 2025 r. Oznacza to, że będzie to region pionierski w Polsce, gdyż przejdzie najszybciej proces transformacji i odchodzenia od węgla w ramach nowych planów Unii Europejskiej. Ważne jest, aby był to proces udany, rzeczywistej sprawiedliwej transformacji, gdyż niejako wytyczy drogę dla innych regionów w kraju.

Jest jednak problem: regiony leżące w państwach, które są przeciwne aktywnej polityce klimatycznej Unii dostaną maksymalnie tylko połowę pieniędzy, jeśli w ogóle. Nie ma jednak wątpliwości, że sami Polacy chcą, aby zajęto się poważnie ochroną klimatu. Aż 81% Polaków popiera plan Zielonego Ładu dla Europy a zdecydowana większość jest zgodna, że rząd powinien poprzeć́ plan zero emisji dwutlenku węgla do 2050 roku.

Kluczowym pytaniem jest jak zapełnić lukę na rynku pracy wynikającą z transformacji. Zgodnie z danymi Komisji Europejskiej działalność związana z węglem jest w Polsce źródłem zatrudnienia dla blisko 237 000 osób, podczas gdy przy wydobyciu torfu pracuje prawie 10 000 osób, a około 6 000 jest zatrudnionych w branży łupkowej. W Wielkopolsce na koniec 2019 r. w całej grupie ZE PAK zatrudnionych było na etacie 4550 osób; przy wydobyciu pracowało ponad 1 000 osób. Jak i gdzie tworzyć nowe, dogodne miejsca pracy i zawody przyszłości godne XXI wieku dla tych osób?

Zgodnie z obliczeniami Komisji do 2030 r. można stworzyć do 315 000 miejsc pracy w regionach węglowych dzięki zastosowaniu technologii czystej energii, zwiększając do 2050 r. liczbę miejsc pracy do ponad 460 000. Stanowiłoby to ponad dwukrotność obecnej liczby miejsc pracy związanych z bezpośrednią działalnością związaną z węglem, prowadząc do modelu wielobranżowego, przyczyniając się do bezpieczeństwa energetycznego, tworzenia miejsc pracy i wartości gospodarczej dla ludzi i społeczności lokalnych. I do tego właśnie ma służyć Fundusz Sprawiedliwej Transformacji.

Fundusz będzie też wspierał rozwój Małych i Średnich Przedsiębiorstw, jak i w tworzenie nowych firm. Włącznie z pożyczkami i inwestycjami wspierającymi zwiększenie zatrudnienia i wzrostu gospodarczego oraz podnoszenie kwalifikacji pracowników czy ich przekwalifikowanie. To podstawa dla takich regionów jak koniński. I choć kopalnie i elektrownie nie zatrudniają już aż tak wielu ludzi jak w latach 80 tych (obecnie ok. 1 000 w porównaniu z ponad 10 000 w 1989 r.), to nadal wiele osób pracuje w firmach świadczącym kopalniom usługi. Te będą mogły skorzystać z funduszy na badania i innowacje. Wdrażanie technologii związanej z rozwojem czystej „zielonej” energii i obniżanie emisji gazów cieplarnianych oraz zwiększenie efektywności energetycznej (jak ocieplanie budynków) będzie premiowane.

Te czynniki wspólnie, sprawiają, że Konin ma w końcu realną szansę stać się „zielonym miastem energii”. Po raz pierwszy otwiera się całe pole finansowania dla budowy farm słonecznych powstałych w miejscu kopalni odkrywkowych, systemów magazynowania energii cieplnej, farm wiatrowych, konstrukcji centrów logistycznego dla farm fotowoltaicznych. Oraz całej infrastruktury dla produkcji, magazynowania i dystrybucji wodoru. Sama produkcja paneli fotowoltaicznych i ich montaż to tysiące miejsc pracy.

Ale Fundusz to nie “tylko” to. Bo zawiera także środki na odwracanie negatywnych skutków środowiskowych dziesięcioleci kopalnianego niszczenia, czyli na rewitalizację. W tym podwyższenie wartości gleby poprzez naturalne nawadnianie, niezbędne aby zapobiegać katastrofalnym ostatnio suszom. Wysychające Pojezierze Gnieźnieńskie i Noteć niech będą tu ostatnim znakiem ostrzegawczym tego co powodują odkrywki. Dodatkowo warto wspomnieć o potencjale inwestycji w „gospodarkę obiegu zamkniętego” czyli takiego przetwórstwa odpadów w którym wszystko trafia do recyklingu a nie na wysypiska czy do spalarni.

Fot. RTON

Fot. RTON – zagrożenie dla zasobów wód powierzchniowych, jeziora Wielkopolski Wschodniej wysychają

To czy jako Wielkopolska wykorzystamy tę szansę zależy od wielu czynników. Podstawowym jest to, czy regionalne plany i wnioski będą przygotowane z udziałem samych zainteresowanych: przedsiębiorców, górników, rolników i ekspertów. Ale także czy obecna strona rządowa, przestanie z Unii robić stracha na wróble. Jedno i drugie zależy od nas wszystkich.

13 października 2020 roku w Kole odbyła się konferencja poświęcona jednemu z najpoważniejszych problemów, z jakimi zmaga się odchodzący od górnictwa region – niedoborom wody. Fot. RTON


Autorki:

dr Miłosława Stępień – Prezeska Stowarzyszenia Akcja Konin, członkini panelu koncyliacyjnego Europejskiej Partii Zielonych.

Aleksandra Garlińska – Doradczyni w Parlamencie Europejskim ds. Ekonomii i Zielonego Ładu.

Szacuje się, że w Europie 37% gatunków ryb słodkowodnych zagrożona jest wyginięciem. Wśród powodów tego stanu rzeczy wymienia się zanieczyszczenie wód, przeławianie, utratę siedlisk, obce gatunki i działalność człowieka polegająca na budowie tam, co uniemożliwia migrację wielu gatunkom ryb.

Światowy Dzień Migracji Ryb to globalne święto, które ma na celu podniesienie świadomości na temat znaczenia swobodnie płynących rzek. W tym roku wyjątkowo z powodu pandemii Covid-19 zostało ono przeniesione z 16 maja na 24 października. Tego dnia tysiące szkół, organizacji i społeczności na całym świecie organizuje wydarzenia, aby edukować i zachęcać ludzi do zadbania lokalnie o migrujące gatunki ryb. Tworzenie świadomości jest podstawowym pierwszym krokiem do wprowadzenia prawdziwej zmiany. Dopiero wtedy ludzie na całym świecie skutecznie mogą organizować się i wymuszać tworzenie prawa chroniącego gatunki migrujące ryb i odtwarzanie ciągłości ekologicznej rzek.

Wydarzenia odbywać się będą również w Polsce. Wolne Rzeki we współpracy z Regionalnym Centrum Promocji Obszaru Natura 2000, Fundacją WWF Polska oraz Koalicją Ratujmy Rzeki organizują w Tarnobrzegu wykład o rzekach i wędrówkach ryb oraz wycieczkę nad rzekę Łęg w celu obejrzenia budowli, które taką wędrówkę uniemożliwiają.

Zachęcamy wszystkich do udziału, a organizatorów innych wydarzeń do rejestrowania ich na stronie World Fish Migration Foundation, która koordynuje obchody na całym świecie. Świętujmy razem.

Zachęcamy również do udziału w seminarium internetowym „Rzeki pełne ryb”, które odbędzie się 22 października w Plymouth (Stany Zjednoczone). Prelegenci przedstawią swoje doświadczenia i opowiedzą o realizowanych projektach. Webinar jest darmowy, ale wymaga wcześniejszej rejestracji. Więcej informacji na stronie: riversfulloffish.com.


 

Czyli o tym, jak na styku nauki, sztuki, wiedzy intuicyjnej oraz aktywizmu, projekt ,,Agro-Perma-Lab: Nasiona” przywraca właściwą wagę zagadnieniu nasion.

Nasiona w rękach ludzi

Projekt ,,Agro-Perma-Lab: Nasiona” powstał w reakcji na to, jakie jest obecnie podejście do nasion w tak zwanym głównym nurcie oraz w wielkoprzemysłowym rolnictwie. Właśnie – jak się mają ,,nasiona w rękach ludzi” w naszych czasach? Są przejmowane przez wielkie firmy (10 światowych firm kontroluje 55% globalnego rynku nasion), są patentowane, są modyfikowane genetycznie (GMO) oraz tworzone laboratoryjnie. Rolnik, kupując nasiona, dostaje cały wykaz środków chemicznych, którymi ma za zadanie w całym cyklu życia ,,potraktować” roślinę (więcej na temat patentowania nasion i monopolizacji rynku w artykule Jana Skoczylasa).

Foto: Joanna Bojczewska

Ludzie w rękach nasion – wiedza

Zanim nasiona trafiły w ręce ludzi, ci byli już od dawna ,,w rękach nasion”. Świat roślin jest doskonały i idealnie przystosowany do środowiska naturalnego – korzysta z wiatru, słońca, wody oraz innych otaczających istot – z flory i fauny. Czy pamiętasz może jak, gdy szłaś po łące, przyczepił ci się do swetra rzep ostu, łopianu albo rzepienia? Czy wiesz, co to zdarzenie naprawdę oznacza? Znaczy to, że pasażer na gapę, zupełnie niezauważony i bez własnego wysiłku, przemieścił się za pomocą twojej energii wiele metrów/kilometrów dalej, tak, by przetransportować swoje nasiona i tym samym poszerzyć obszar występowania swojego gatunku. Jak powiedział nam w wywiadzie Paweł Kobielus: ,,…nam się wydaje, że rośliny to jest coś takiego na niższym poziomie niż ludzie czy zwierzęta, czy jakieś inne tam części tej natury, ale być może wcale tak nie jest, być może one są na tyle inteligentne, że one, żeby się rozmnażać, wcale nie potrzebują się ruszać, nie potrzebują się tam jakoś manifestować wielce, tylko się posługują nami i innymi istotami do tego wszystkiego. Także na jakim one są poziomie, to jest dla mnie zagadką, ale nie uważam, że to są jakieś prymitywne istoty, tylko wręcz odwrotnie”. To właśnie ta wypowiedź Pawła zainspirowała nas do stworzenia jednego z haseł projektu ,,Agro-Perma-Lab: Nasiona” – ,,Ludzie w rękach nasion”.

Pierwszym etapem projektu ,,Agro-Perma-Lab: Nasiona” były wywiady z doświadczonymi osobami, które już od lat prowadzą  swój bank nasion. Do tej pory, zespół Fundacji Agro-Perma-Lab, przy wsparciu współpracujących ochotników, przeprowadził pięć tego typu wywiadów. Na ich podstawie powstanie publikacja dotycząca domów nasion (studium przypadku). Nasiennicy, z którymi zostały przeprowadzone wywiady, to prawdziwe kopalnie życiodajnej wiedzy – mądrości zdobywanej własnymi obserwacjami, własnymi zmysłami. Jak powiedział nam w wywiadzie Paweł Kobielus: ,,powiem szczerze, większość tak intuicyjnie, z racji tego, że już od dziecka obcuję z tymi roślinami różnymi, to jakoś tak się tego powiedzmy nauczyłem, skończyłem też średnią szkołę ogrodniczą, ale tam akurat nie miałem kierunku nasiennictwa, także ze szkoły nie wyniosłem takich wiadomości, tylko już sami się tam po prostu z żoną zaczęliśmy zagłębiać w te tematy”.

Ludzie w rękach nasion – sztuka

Dysproporcje pomiędzy tym, jaką wagę ma zagadnienie nasion, a tym, jak większość ludzi straciło z tym tematem łączność, jest zadziwiająca. W odpowiedzi na taki stan rzeczy, projekt ,,Agro-Perma-Lab: Nasiona” korzysta z artystycznych środków przekazu, by spopularyzować temat nasion, przesunąć to zagadnienie choć trochę bliżej głównego nurtu zainteresowań opinii publicznej. Jednym z artystycznych elementów projektu jest serial podcastowy ,,Ludzie w rękach nasion”, który oparty jest na wywiadach przeprowadzonych z nasiennikami. Z serialu wyłaniają się inspirujące portrety osób, ich historie, doświadczenia, głęboko ekologiczna wiedza i życiodajne postawy.

,,Renata” – Pierwszy sezon serialu-ma obecnie swoją premierę. Archiwalne, jak i nowo powstające odcinki serialu można odsłuchać na stronie Fundacji Agro-Perma-Lab. Innym środkiem przekazu, jakim Agro-Perma-Lab próbuje kształtować narrację w temacie nasion, jest film – obejrzyj tutaj.

Ludzie w rękach nasion – aktywizm

Na szczęście, przez ostatnie trzydzieści lat, aktywizm w dziedzinie suwerenności nasiennej na świecie staje się coraz bardziej słyszalny. Fundacja Agro-Perma-Lab chce wzmacniać ten trend. W grudniu 2020 organizujemy Trening  Liderów i Edukatorów Społecznościowych Domów Nasion. Trening ten prowadzony będzie przez polskich specjalistów-nasienników oraz międzynarodowych trenerów (połączenie online). Uczestnicy będą wybierani na zasadzie rekrutacji, bowiem szkolenie przeznaczone będzie dla osób, które mają potencjał, by przekazać swoją nowo zdobytą wiedzę i umiejętności dalej – multiplikować ją. W ramach programu uczestnicy zgłębią zagadnienia z zakresu standardów i technik zachowywania nasion oraz metod i podejść w uczeniu innych w tym temacie. W dialogu z ekspertami dowiedzą się również o blaskach i cieniach prowadzenia wspólnotowej inicjatywy oraz pracy z ludźmi i organizowania społecznych działań wokół nasion. W ramach treningu grupa wspólnie odbędzie twórcze sesje i ćwiczenia z opracowywania potrzebnych struktur, ról, harmonogramów i procesów dla prowadzenia i utrzymania społecznościowych domów nasion. Trening, tak jak cały projekt „AgroPermaLab: Nasiona”, współfinansowany jest ze środków CSB Academy. Wydarzenie odbędzie się w Domu Spotkań Twórczych ,,Ptasia Dolina”.

Foto: Joanna Bojczewska

Co w Twoich rękach?

Zacznij zbierać nasiona w swoim ogrodzie. Zwracaj uwagę, jakie warzywa i owoce kupujesz. Czy są to warzywa i owoce z dobrego źródła? Czy ich producent wspiera bioróżnorodność? Pomyśl – przechodząc obok monokulturowej przemysłowej uprawy jakiegoś warzywa (najpewniej z nasion hybrydowych, wspartych wieloma środkami chemicznymi) – czy bije z tego pola jakiekolwiek życie? Czy widać ptaki, owady, inne współistniejące rośliny? Jak pięknie nakreśliła nam to w wywiadzie Renata Korn: ,,nie ma bogactwa tego życia, mówię tu o życiu glebowym i na przykład owadach – nie ma bogatej flory i fauny. Natomiast w ogród, jak mój, jak ja go odbieram (może się tutaj będę chwalić), ale po prostu jak wchodzę do niego, to czuję, że ciarki chodzą po plecach… Są zapachy, jest energia, tętni życie, brzęczą pszczoły i to też dodaje aurę. Po prostu naprawdę odczuwa się to w każdej komórce ciała. Na mnie, na człowieka działa to tak, że moja istota odbiera sygnał – tutaj po prostu jest prawdziwe życie przez duże „Ż”. Co więcej, wierzę, że taki właśnie system może sam sobie dawać radę, może przetrwać w przeciwieństwie do tamtego sztucznego, który jest na kruchych nogach”.

Co jeszcze jest w Twoich rękach? Włącz się w nasze działania –napisz do nas, jeżeli chcesz działać z nami – wesprzeć nas w promocji tematyki nasion. Szukamy osób, które przeprowadzą (według naszej ankiety) pogłębione wywiady z większą liczbą nasienników. Ponadto, szukamy osób, które chciałyby się włączyć w pisanie artykułów, montowanie filmików i podcastów. Dodatkowo, możesz też przekazać darowiznę na nasze cele statutowe – po to, żeby Fundacja mogła sprawnie działać i przepychać się łokciami z ważną tematyką nasion do głównego nurtu.

Dodajmy, że projekt „Agro-Perma-Lab: Nasiona” współfinansowany jest ze środków Community Seed Banks Academy. ,,Zielone Wiadomości” są natomiast patronem medialnym projektu.

Fundacja Agro-Perma-Lab działa na rzecz rozwoju edukacji w dziedzinie permakultury, agroekologii, suwerenności żywnościowej i głębokiej ekologii. Numer KRS: 0000862195. Odwiedź naszą stronę: https://agropermalab.org/

Myślistwo w Polsce ma się znakomicie. Niezależnie od sytuacji politycznej, ekonomicznej czy społecznej państwa, strzelanie do zwierząt zawsze znajdowało się w komfortowej sytuacji – nie nękane, w żaden sposób nie powstrzymywane.

Dziś sprzeciw wobec tego procederu deklaruje około 90% społeczeństwa. Coraz lepiej rozumiemy zwierzęta – naukowcy co chwila ogłaszają kolejne, rewolucyjne wręcz odkrycia na temat układu nerwowego zwierząt, ich umiejętności postrzegania rzeczywistości, posiadania i korzystania ze świadomości. Innymi słowy, zwierzęta pod względem biologicznym oraz etycznym zbliżają się do nas jako gatunku. Nie możemy już ignorować faktu, że ich ból jest taki sam jak nasz.

Mimo to, z jakiegoś powodu, dyskusja w tzw. mainstreamie nie toczy się wokół czasu zakończenia polowań, a dokładnie odwrotnie – obecnie z pompą ogłoszono otwarcie pierwszego „myśliwskiego” kierunku w jednym z liceów, w Sejmie niedawno głosowano w sprawie udziału dzieci w polowaniach, a myśliwi wciąż nie mają problemu w prowadzeniu np. pogadanek dzieci w szkołach.

Dotychczas walka z myślistwem toczyła się na gruncie przede wszystkim praktycznym. Aktywiści blokowali polowania, organizowali protesty i manifestacje – bezskutecznie.

„Etyczne potępienie myślistwa”, której pomysłodawczynią jest prof. Dorota Probucka – wiceprzewodnicząca Polskiego Towarzystwa Etycznego – to pozycja otwierająca zupełnie nowy nurt w dyskusji o sensie polowań, bowiem do armii ludzi walczących z okrucieństwem wobec zwierząt dołącza tak potrzebny głos – płynący ze środowiska naukowego.

Książka jest pracą zbiorową pod redakcją prof. Doroty Probuckiej, w której znajdziemy artykuły ekspertów o ogromnym autorytecie, będących przedstawicielami różnych dziedzin. Poza pomysłodawczynią książki swoje opinie przedstawiły takie autorytety, jak prof. Andrzej Elżanowski, Dariusz Gzyra, czy Zenon Kruczyński.

Nie nazwiska robią jednak największe wrażenie, a raczej fakt, że wszyscy autorzy wspólnie, jednym głosem podpisali się pod tytułem oraz, co może nawet istotniejsze, pod treścią książki.

Nie sposób bowiem nie zwrócić uwagi na jednoznacznie brzmiący, prowokujący do refleksji tytuł. Rzeczywiście trudno znaleźć w treści książki tak często spotykaną w naukowym dyskursie wstrzemięźliwość i zachowawczość w ocenach. Rzetelnie wykonana analiza poszczególnych aspektów myślistwa – pod kątem prawnym, etycznym, biologicznym i psychologicznym – prowadzi autorów do jednoznacznych wniosków, a ich ocena jest, czego nie ukrywają, brutalnie szczera.

Jak w filmach Hitchcock’a – zaczyna się od trzęsienia ziemi. We wstępie prof. Probucka, jak gdyby chcąc zachęcić obojętnego na początku czytelnika, bezlitośnie punktuje hipokryzję oraz absurdalną argumentację myśliwych dot. polowań. I nie przebiera w środkach. Rolą recenzji nie jest zdradzanie fabuły książki, ale niech za przykład szokujących faktów wynikających z analizy przeprowadzonej przez autorkę będzie konstatacja, iż można śmiało znaleźć analogię pomiędzy myśliwymi a seryjnymi mordercami oraz psychopatami, i to nie z powodów emocjonalnych, a po prostu porównując fakty.

Autorzy bardzo rzetelnie podeszli do swojej pracy – nie jest konieczna znajomość wszystkich dokumentów, które są analizowane i oceniane. W większości przypadków znajdziemy doskonale zacytowane fragmenty wraz ze wskazaniem źródła, dzięki czemu z łatwością jesteśmy w stanie znaleźć interesujące nas zagadnienia. Ma to ogromne znaczenie, bowiem mocna teza oraz szokujące fakty przedstawiane przez autorów mogłyby sprawić, że naraziliby się oni na śmieszność bądź co najmniej  zwątpienie, gdyby nie mnogość publikacji naukowych oraz znakomite nazwiska autorytetów wielu dziedzin naukowych, przytaczanych przy okazji omawianego tematu.

Każdy artykuł „Etycznego potępienia myślistwa” szokuje, utrzymując czytelnika w wyraźnym dyskomforcie – mieszance sceptycyzmu walczącego z dojmującym uczuciem, że oto należy go porzucić pod ciężarem dowodów, a także  w pewnym rozdwojeniu jaźni.

Jak to bowiem możliwe, że kodeks etyki łowieckiej prawi o ochronie zwierzyny, skoro celem polowania jest zabicie zwierzęcia? Jak można jednocześnie realizować przepis dot. ochrony środowiska oraz przepis nakazujący kultywowanie tradycji, której celem jest zabijanie zwierząt w tym środowisku żyjących? Jak w końcu można pogodzić etycznie i moralnie miłość do natury, szacunek do zwierzęcia z chęcią jego zamordowania?

Na te oraz na wiele innych pytań odpowiedź czeka w książce.

Pozostaje pytanie, dla kogo przygotowana została ta pozycja? Zazwyczaj bowiem prace naukowe nie trafiają do mainstreamu, pozostając cennym źródłem dla studentów, badaczy oraz osób głęboko zainteresowanych daną tematyką.

Nie tym razem. „Etyczne potępienie myślistwa” powinno trafić przede wszystkim do osób dotychczas obojętnych wobec tematu. Język, którym posługują się autorzy, nie należy do ciężkich, więc nie trzeba być zaprawionym w bojach miłośnikiem czytelnictwa. Fabuła zaś wciąga niczym dobry kryminał. Przede wszystkim jednak nie trzeba wskazywać, że każdy znajdzie „jakiś interesujący go fragment” – książka jako całość doskonale nadaje się na lekturę zarówno dla zapalonego aktywisty, jak i dla zupełnie niezorientowanego czytelnika, który pragnie poszerzyć swoje horyzonty intelektualne. Słowem – kierować ją należy tak szeroko, jak tylko się da.

„Etyczne potępienie myślistwa” to tabletka, która uwalnia z Matrixa. Po jej przeczytaniu świat, a w szczególności nasze jego postrzeganie, nie jest już takie samo.

„Etyczne potępienie myślistwa”– Wydawnictwo Universitas, Kraków, 2020

30 organizacji obywatelskich UE i 250 organizacji działających w koalicjach w siedmiu państwach członkowskich wystosowało pismo do przywódców instytucji UE, wyrażając niepokój wobec rozbieżności między trwającymi negocjacjami w sprawie reformy Wspólnej Polityki Rolnej a celami Europejskiego Zielonego Ładu.

Sygnatariusze wspólnego listu otwartego, reprezentujący miliony obywateli z ruchów związanych z żywnością, rolnictwem, rozwojem, klimatem, środowiskiem i zdrowiem publicznym, podnoszą alarm w związku z niepowodzeniem negocjacji reformy WPR w celu wprowadzenia pilnych zmian w systemie żywnościowym UE. Wzywają czołowych przywódców UE, aby przełożyli swoje zaangażowanie na rzecz Zielonego Ładu na działania, upewniając się, że zreformowana WPR odpowiada celom strategii „Od pola do stołu” i strategii na rzecz różnorodności biologicznej.

Wyzwania, którym Europa musi sprostać, są liczne i złożone – od kryzysu klimatycznego i kryzysu różnorodności biologicznej, po wyludnianie się terenów wiejskich, rosnący eurosceptycyzm i widmo kryzysu ekonomicznego. Wszystkie one wymagają silnego przywództwa i spójnej wizji politycznej. Europejski Zielony Ład może zapewnić zarówno przywództwo jak i wizję, ale tylko pod warunkiem, że kluczowe instrumenty polityki i zasoby zostaną zmobilizowane, oraz że wszystkie poziomy zarządzania pracować będą wspólnie, by spełnić jego obietnice.

Sygnatariusze listu zwracają się do przywódców instytucji UE z wezwaniem do zmiany propozycji reformy WPR z 2018 r., aby dostosować ją do strategii „Od pola do stołu” i strategii na rzecz różnorodności biologicznej zgodnie z trzema nadrzędnymi priorytetami.

  1. Nadanie WPR jasnego kierunku i zdecydowanego zarządzania.
  2. Zapewnienie, że WPR nie wspiera ani nie zachęca do jakichkolwiek szkodliwych praktyk, ani praktyk, które nie są zgodne z Zielonym Ładem.
  3. Wzmocnienie pozycji rolników i innych aktorów z obszarów wiejskich, by mogli stać się motorem pozytywnych zmian

Pismo, skierowane do liderów instytucji UE, wzywające do zmiany propozycji reformy WPR z 2018 r. w celu dostosowania do strategii „Od pola do stołu” i strategii ochrony różnorodności biologicznej jest dostępne tutaj
Polskie tłumaczenie przygotowane przez Koalicję Żywa Ziemia jest dostępne tutaj

Wyobraźcie sobie następującą sytuację: idziecie po chodniku. Po obu stronach ulicy urocze kamieniczki, wszechobecne knajpki zachęcają do odwiedzin zapachem świeżo upieczonych rogalików. Miejscowy artysta umila czas grając melodyjnie na skrzypcach. Podnosicie wzrok, by przez chwilę podziwiać zabytkowe dachy i sklepienie lokalnego kościoła. I wtedy… dostajecie fekaliami w twarz. Prosto w Wasze rozdziawione z zaskoczenia usta spływa mocz nagromadzony przez lokatora kamienicy z 3 piętra. Co robicie?

Zaczynacie krzyczeć. Że jak tak można?! Czy komuś do końca już odbiło?!

A w odpowiedzi słyszycie: To jest kultywowanie tradycji! Ja tu podtrzymuję starodawne zwyczaje! Dbam o dziedzictwo – nasi prapradziadowie tak czynili, tak i ja czynię! A w ogóle to nawożę trawniki pod domem.

I tak jest z myślistwem.

Średniowiecze

Wszyscy jesteśmy spacerującymi po uliczkach ludźmi, a myślistwo to jedno wielkie wiadro fekaliów wyrzucanych na nas w imię „kultywowania tradycji”.

Przez lata w dyskusji pojawiło się już mnóstwo argumentów za ograniczeniem, czy nawet za zakazem tzw. myślistwa rekreacyjnego, mniej lub bardziej radykalnych. I chociaż pewnie w jakimś stopniu argumenty te przebijały się do opinii publicznej, to wciąż myśliwi cieszą się ogromną swobodą w działaniu.

Chciałbym w związku z tym dodać nowy argument, który być może pomoże nam wszystkim w ostatecznej ocenie myślistwa, a co za tym idzie – da impuls do zmiany.

Otóż myślistwo jest głupie.

Wiem. Każdy może tak powiedzieć, niewiele jednak z tego wynika. Zatem kontynuuję. Myślistwo jest głupie, ponieważ polega na strzelaniu do zwierząt, bo tak się komuś przywidziało, żeby iść do lasu ze strzelbą i postrzelać.

Przecież to jest idiotyczne. Nie chodzi tu o gospodarkę, bezpieczeństwo, nawet o tę nieszczęsną tradycję. Chodzi o hobby, które polega na zabijaniu żywych, czujących (tak jak my!) istot. Co jeszcze śmieszniejsze, myśliwi sami przyznają, że oni wiedzą o tym, że te zwierzęta czują. A i tak je zabijają. Czy przyszło Wam kiedyś do głowy, żeby wziąć strzelbę, pójść do lasu i sobie postrzelać? Może do Waszego psa? Czym się bowiem różni pies od sarny w kontekście zdolności do cierpienia spowodowanego posiadaniem ołowiu w brzuchu? Na wszelki wypadek odpowiem. Niczym.

Nie ma absolutnie żadnego logicznego powodu, by uprawiać w Polsce myślistwo. Zwierzęta wolnożyjące nas nie atakują, nie budują ruchu oporu. Owszem, czasem zdarzy im się zniszczyć np. pola uprawne, ale po pierwsze – po to są odszkodowania, po drugie – to nie wojna, że za zniszczone pole musimy się zemścić i zabić wroga. Pomijam już argumenty naukowe za zakazem polowań, których jest dostatecznie dużo, żebyśmy się pogubili. Zwierząt nagle nie zrobi się za dużo, bo jak przestanie się je dokarmiać (a myśliwi robią to nagminnie), to te nie będą się tak chętnie rozmnażać (spokojnie – nie umrą też z głodu). O tym, że dzik jest zły tylko w wierszyku nie muszę chyba mówić. Dzik ucieka, bo to cżłowiek jest zły.

Załóżmy jednak, że przez chwilę odrzucimy tak błahe powody do zaprzestania polowań, jak kwestia cierpienia ofiar. Weźmy pod uwagę klasyczne argumenty za tym, by polowania podtrzymać.

Według myśliwych polowania są koniecznie, bo:

  1. koniecznie musimy regulować populację zwierząt w lasach,
  2. jeśli nie będziemy jej regulować, to zwierzęta nam wejdą do miast i będą nas terroryzować swoim porożem,
  3. myślistwo pozwala na rozwój miłości do przyrody,
  4. a w ogóle to jest tradycja i trzeba ją podtrzymywać.
Współczesność

Rozprawmy się od razu z ostatnim argumentem. Jak wiadro z fekaliami, tak myślistwo faktycznie kiedyś było ważnym elementem kultury. Na przykład sto tysięcy lat temu ciężko byłoby przeżyć, gdyby nie dzida i zwierzę, które można było za pomocą dzidy zabić, a potem zjeść. Już w XIX wieku była to jednak bardziej zabawa dla szlachty. Ale wiecie co? Kiedyś, kiedy nie było kanalizacji, wyrzucało się fekalia przez okno.

Miłość do przyrody możemy rozwijać na różne sposoby. Możemy iść na spacer, przy okazji ćwicząc skłony przy zbieraniu grzybów. Mamy możliwości techniczne – wystarczy wziąć telefon z aparatem, założyć gumiaki i zanurzyć się w głęboki las w poszukiwaniu tzw. „zwierzyny łownej”. I teraz Was zaskoczę. Jak zrobicie zdjęcie jeleniowi, to możecie wrzucić je na Instagram i macie gwarantowane kilkaset serduszek. Wy będziecie szczęśliwi i dostaniecie dawkę endorfin oraz adrenaliny, bo bliskie spotkanie z tak pięknym zwierzęciem to niezwykłe uczucie (mi udało się to tylko kilka razy, a pamiętam doskonale każde z nich). Brzmi nieźle? To teraz zastanówcie się, tak po ludzku, po jaką cholerę należy ładować w tego jelenia kulę? Co takiego zmieni się w Waszym życiu? Ba! Żebyście jeszcze, jak to na filmach bywa, trafili biedaka w głowę, żeby nie cierpiał zbyt długo. Ale to tak nie działa. Zazwyczaj (i przyznają to sami myśliwi!) taki strzał powoduje, że jeleń ucieka, zraniony, cierpiący, wrzeszczący z bólu i umiera w męczarniach – długo.

Pytanie, celowo pozbawione elementu emocjonalnego – po co?

Skoro już ustaliliśmy, że tradycja jako argument odpada, to może to mityczne bezpieczeństwo? Mamy w końcu Afrykański Pomór Świń, który zabija świnki w chlewniach. Zatem dziki są złe. Jak nie ASF, to przecież kto by chciał, żeby np. łoś, czy nie daj Boże lis albo bażant, wchodził do miasta i chodził po ulicach?!

ASF roznoszą myśliwi. I to nie tak, że to ja sobie wymyśliłem, tylko wszystkie statystyki, wyniki badań etc. mówią jedno – to nie dziki roznoszą ASF, tylko ludzie. Owszem, dziki mogą być zakażone, ale one nie wchodzą sobie do chlewni i nie przytulają się do świń. Najczęściej to myśliwy babrze się w krwi dzika, zanosi ją do siedzib ludzkich i dalej już leci.

A co do jeleni na ulicach, to po pierwsze po prostu, zwyczajnie nie prawda – zwierzęta niespecjalnie pchają się do miast, bo boją się ludzi. A jeśli już się tu znajdą, to istnieje 10 sposobów na ich odłowienie i bezpieczne (dla zwierzaka i człowieka) odwiezienie do lasu. Mieszkańcy przedmieść i osiedli przyleśnych również mają możliwość bezpiecznego pielenia ogródka. Rozwiązaniem jest… ogrodzenie.

Logika (żart!) myśliwych jest więc następująca: musimy strzelać do zwierząt, bo jeśli tego nie zrobimy, to będzie ich za dużo, więc zaczną przychodzić do miast, roznosić choroby i gwałcić nasze dzieci. Musimy temu przeciwdziałać!

W związku z powyższym bohaterowie obrońcy ludzkich siedzib jadą do lasu, masowo dokarmiają zwierzęta (powodując wzrost ich populacji, bo jak się ma dużo żarcia od człowieka, to można się rozmnażać), siadają na wieżyczce a’la Sobibor i, podziwiając piękno przyrody i wspaniałość natury, ładują ołowianą kulę w Bambi.

Proceder zwany polowaniem nie jest kontrowersyjny. Nie jest dwuznaczny, skomplikowany moralnie i etycznie.

On jest głupi.

Przyszłość

Dlaczego więc wciąż działa? Jak to możliwe, że masowe zabijanie żywych istot bez, podkreślmy to – ŻADNEGO powodu poza kaprysem człowieka, jest w ogóle w Polsce legalne?

Na to pytanie postaram się znaleźć odpowiedź podczas czwartkowego spotkania z autorami książki „Etyczne potępienie myślistwa”, pod redakcją prof. Probuckiej.

Dlaczego, choć większość z nas wie doskonale, że to głupie, nie robi z tym absolutnie niczego? Czy, a jeśli tak to dlaczego seryjne, hobbystyczne mordowanie zwierząt odczuwających w takim samym stopniu jak my jest możliwe na gruncie obowiązujących przepisów? Jak to jest, że garstka ludzi tworzących sektę bez problemu może zamknąć przed nami kawałek lasu, bo ma ochotę podziwiać przyrodę, mordując ją?

Na te, i na wiele innych pytań mam nadzieję otrzymać odpowiedź już w czwartek o 18:00, na spotkaniu w ramach Wspólnoty Idei.

Dołączcie. Bo to temat już nie dla zapalonych ekologów. Ta niebezpieczna głupota dotyczy nas wszystkich. I tylko wspólnymi siłami ludzi zazwyczaj mających obojętny stosunek do przyrody zdołamy powstrzymać tę idiotyczną i niebezpieczną społecznie zabawę.

Na koniec pewna refleksja. Czy pozwolilibyście zabić swojego psa, gdyby miał poroże?

 

W 2018 roku w raporcie specjalnym Międzyrządowego Zespołu ONZ ds. Zmian Klimatu (IPCC) stwierdzono, że ograniczenie globalnego ocieplenia poniżej 1,5 °C jest konieczne, aby uniknąć groźnych konsekwencji dla praw człowieka w nadchodzących latach.

Do 2030 r. emisje gazów cieplarnianych muszą zostać zmniejszone o 45% w stosunku do poziomów emisji z 2010 r., aby uniknąć osiągnięcia i przekroczenia średniej temperatury o 1,5 ° C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej. Raport pokazał również, że zobowiązania państw wynikające z Porozumienia Paryskiego są niewystarczające, ponieważ mogą doprowadzić do wzrostu średniej temperatury globalnej o 3,2 ° C do 2100 r.

Organizacja Narodów Zjednoczonych zauważa, że ocieplanie klimatu jest globalnym problemem praw człowieka; wpływa na prawa do życia, zdrowia, mieszkania, wody i wiele innych. Wpływa nieproporcjonalnie na osoby i społeczności, które są zmarginalizowane lub dyskryminowane, w tym kobiety i dziewczęta, społeczności rdzenne oraz młodzież, która najdotkliwiej odczuje przyszłe skutki zmian klimatu. Ryzyka związane ze ociepleniem klimatu dotyczą jednak każdego i każdej z nas.

1558 osób w 50 krajach zginęło z powodu swojej działalności na rzecz środowiska i swoich ziem w latach 2002-2017. Obrońcy i obrończynie środowiska to ludzie zaangażowani w ochronę ziemi, lasów, wody i innych zasobów naturalnych. To aktywiści i aktywistki lokalnych wspólnot, członkowie i członkinie ruchów społecznych, prawnicy i prawniczki, dziennikarze i dziennikarki, pracownicy i pracownice organizacji pozarządowych, ludność rdzenna, przedstawiciele i przedstawicielki tradycyjnych wspólnot chłopskich i rolniczych oraz ci, którzy opierają się przymusowym eksmisjom lub innym gwałtownym interwencjom. Ludzie ci podejmują pokojowe działania, wolontariacko lub zawodowo, mające na celu ochronę środowiska lub prawa do ziemi. Mogą być bezpośrednio zaangażowani w pracę w terenie, reprezentować tych, którzy to robią, lub być rzecznikami i rzeczniczkami ochrony siedlisk lub gatunków.


Ursula von der Leyen
Przewodnicząca Komisji Europejskiej
Rue de la Loi / Wetstraat 200
1049 Bruksela
Belgia

Szanowna Pani Przewodnicząca,

Zmiany klimatu powodują nie tylko negatywne konsekwencje dla świata przyrody, jest to także dewastacja, która stanowi poważne zagrożenie dla praw człowieka całej ludzkości. Zmiany klimatu zwiększą i pogłębią istniejące nierówności, a ich skutki będą z czasem rosnąć i pogłębiać się, rujnując przyszłość obecnych i następnych pokoleń. Dlatego niepowodzenie rządów w podejmowaniu działań w sprawie zmian klimatycznych w obliczu przytłaczających dowodów naukowych, może być największymi przypadkiem międzypokoleniowego łamania praw człowieka w historii.

Państwa są zobowiązane do łagodzenia szkodliwych skutków zmian klimatycznych poprzez podejmowanie możliwie najbardziej ambitnych środków, aby zapobiec lub ograniczyć emisję gazów cieplarnianych w możliwie najkrótszym czasie. Choć to zamożne państwa muszą wziąć na siebie przewodnictwo w tym zakresie, i to zarówno wewnętrznie, jak i w ramach współpracy międzynarodowej, to jednak wszystkie kraje muszą podjąć wszelkie kroki leżące w zakresie ich możliwości w celu maksymalnego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych.

Państwa muszą także podjąć wszelkie niezbędne kroki, aby pomóc wszystkim osobom podlegającym ich jurysdykcji w przystosowaniu się do przewidywalnych i nieuniknionych skutków zmian klimatycznych, minimalizując w ten sposób niekorzystny wpływ zmian klimatycznych na ich prawa człowieka.

Państwa muszą podjąć kroki w celu jak najszybszego i jak najbardziej humanitarnego przeciwdziałania zmianom klimatu. W swoich wysiłkach na rzecz przeciwdziałania tym zmianom nie mogą uciekać się do środków, które bezpośrednio lub pośrednio naruszają prawa człowieka. Na przykład obszary chronione lub projekty energii odnawialnej nie mogą być tworzone na ziemiach ludności rdzennej bez konsultacji z nią i uzyskania zgody. We wszystkich działaniach państwa powinny szanować prawo wszystkich poszkodowanych osób do informacji i partycypacji, a także ich prawo dostępu do skutecznych środków prawnych w przypadku naruszeń praw człowieka.

Obecne zobowiązania złożone przez rządy w celu złagodzenia zmian klimatu są całkowicie nieadekwatne, ponieważ doprowadziłyby do katastrofalnego wzrostu średniej temperatury globalnej o 3 ° C do 2100 r. w stosunku do poziomów sprzed epoki przemysłowej. Ludzie w krajach takich jak Francja, Holandia i Szwajcaria pozywają swoje rządy do sądu za uchybienia w wypełnianiu zobowiązań państwa w zakresie łagodzenia zmiany klimatu.

Wzywam Panią, jako Przewodniczącą Komisji Europejskiej do podjęcia odpowiednich kroków, by instytucje i państwa UE:

– przejęły wiodącą rolę w przyjęciu progów redukcji emisji, które umożliwią członkom UE zmniejszenie emisji o połowę przed 2030 r. i osiągnięcie zerowej emisji netto na długo przed 2050 r., z celem ograniczenia wzrostu średniej światowej temperatury do 1,5 ° C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej;

– zaprzestania wykorzystywania wszystkich paliw kopalnych i jak najszybsze przejście w całości na odnawialne źródła energii, w tym poprzez zakończenie wszystkich (nie tylko nieefektywnych) dopłat do paliw kopalnych, ustanawiając regulacje i polityki, w tym obowiązkowe procedury należytej staranności dla firm w zakresie praw człowieka, by zapewnić, że przedsiębiorstwa przeszły w kierunku zerowej emisji netto;

– szanowały, chroniły i realizowały prawo do informacji i partycypacji oraz zapewniały dostęp do skutecznych środków prawnych osobom, na których prawa negatywnie wpłynęły zmiany klimatyczne. Ponadto, by gwarantowały swobodę wypowiedzi i zgromadzeń na etapie projektowania, wdrażania, monitorowania i oceny wszystkich polityk i strategii klimatycznych (zgodnie z 16 Celem Zrównoważonego Rozwoju).

– finansowały i wspierały zgodne z prawami człowieka inicjatywy klimatyczne, w tym transfery technologii do krajów rozwijających się, które nie byłyby w stanie samodzielnie skutecznie łagodzić zmian klimatu i dostosować się do nich, a także zapewniły wsparcie i dostęp do środków prawnych ludziom, na których prawa negatywnie wpłynęła zmiana klimatu, szczególnie w krajach Globalnego Południa.

Z poważaniem,

Źródło: Amnesty International

Ostatni (lipcowy) unijny szczyt odbył się w sytuacji kryzysu praworządności i kryzysu klimatycznego, po kilkumiesięcznej pandemii. Decyzje podjęte przez Radę Europejską są niezwykle istotne także z innych powodów – kształt Wieloletnich Ram Finansowych zdecyduje m.in. o wysokości i sposobie wydatkowania w najbliższych latach środków unijnych przeznaczonych na realizację celów przewidzianych w Europejskim Zielonym Ładzie, a także o funkcjonowaniu Wspólnej Polityki Rolnej, kluczowej dla realizacji Green Deal.

O ile z satysfakcją należy przyjąć podniesienie procentowego udziału unijnych wydatków na działania klimatyczne z 25%, sugerowanych przez KE, do 30%, to wiele z zaprezentowanych przez Radę propozycji uznać trzeba za zdecydowanie niesatysfakcjonujące w kontekście kryzysu klimatycznego. Warto wskazać tu chociażby znaczną redukcję wysokości Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, brak określenia listy sektorów, które ze względu na generowane zanieczyszczenia nie będą mogły być wspierane ze środków unijnych, czy w końcu fakt, że Rada popiera co prawda wyznaczone przez Komisję cele redukcji emisji na 2030, nie zauważa jednak, że są one niewystarczająco ambitne w świetle wiedzy naukowej.

Co szczególnie dla mnie istotne, konkluzje Rady są niestety kolejnym dokumentem przygotowanym w ostatnich miesiącach przez instytucje unijne, w którym pomijany jest problem przemysłowej hodowli zwierząt. A przecież to właśnie sektor produkcji zwierzęcej, jak zauważa nawet sama KE, jest odpowiedzialny za około 70% emisji gazów cieplarnianych, pochodzących z europejskiego rolnictwa. Odpowiadając także za uwalnianie zanieczyszczeń do powietrza, wód i gleby, stanowi jednocześnie jedną z głównych przyczyn zaniku bioróżnorodności w skali globalnej i europejskiej i jest przyczyną cierpienia miliardów zwierząt rocznie.

W konkluzjach Rady na próżno szukać informacji dotyczącej nie tylko zaprzestania wspierania, w tym finansowego ze środków publicznych, branży mięsnej i mlecznej, ale także planów w zakresie przeznaczenia środków na rzecz badań i wspierania rozwoju sektora alternatyw dla mięsa. A przecież, zgodnie z komunikatem Komisji dotyczącym strategii „Od pola do stołu” w ramach programu „Horizon Europe”, planowane było przeznaczenie 10 mld EUR na badania naukowe i innowacje m.in. w zakresie żywności, biogospodarki, zasobów naturalnych, rolnictwa, rybołówstwa, akwakultury i środowiska. Kluczowym obszarem tych badań ma być m.in. zwiększenie dostępności alternatywnych białek, takich jak białka roślinne czy substytuty mięsa.

We wnioskach z unijnego szczytu zabrakło także jakichkolwiek uwag co do możliwości wprowadzenia podatków lub opłat od emisji zanieczyszczeń i gazów cieplarnianych, związanych z produkcją poszczególnych produktów spożywczych. A wprowadzenie takiego rozwiązania, zgodnie z komunikatem dotyczącym strategii „Od pola do stołu”, miała rozważać Komisja Europejska. Z jednej strony można by uznać, że wnioski dotyczące tak wąskiego tematu nie miały szans znaleźć się w tym dokumencie, z drugiej jednak – umieszczono w nim zapisy dotyczące ustanowienia nowego źródła dochodów własnych UE, nad którym pracować ma w najbliższym czasie Komisja, a mianowicie opłaty od każdego kilograma plastiku, który nie został poddany recyklingowi. Problem konieczności wprowadzenia w Unii tzw. „podatku od mięsa” poruszony został m.in. w liście do Fransa Timmermansa z dnia 25 czerwca 2020, którego byłam inicjatorką, gdzie wskazujemy, że konieczne jest wprowadzenie ogólnounijnego precyzyjnego systemu, który pozwalałby na wyliczenie cen uwzględniających m.in. zużycie ograniczonych zasobów naturalnych, emisje zanieczyszczeń oraz gazów cieplarnianych. System, o którym mowa, powinien objąć zarówno mięso, jak i inne produkty pochodzenia zwierzęcego. Podatek od plastiku jest ważny, ale co z podatkiem od mięsa?

W dokumencie wspomniane i docenione zostały także plany Komisji dotyczące reformy Europejskiego Systemu Handlu Emisjami w odniesieniu do sektora lotniczego i transportu morskiego. Plany te należy ocenić oczywiście pozytywnie – zmiany te postulowane są od lat. Niestety, nadal nie podjęto dyskusji na temat możliwości efektywnego wprowadzenia w ramach Wspólnej Polityki Rolnej traktatowej zasady „zanieczyszczający płaci”, tak aby ceny emisji dwutlenku węgla objęły także rolnictwo przemysłowe, zarówno w przypadku unijnych producentów, jak i eksporterów z państw trzecich. Wielokrotnie zwracałam na to uwagę Komisji, w szczególności w moich interpelacjach. Na razie – bezskutecznie…

Brak kompleksowych zmian w zakresie funkcjonowania Wspólnej Polityki Rolnej, obejmujących przemysłową hodowlę zwierząt, drastycznie zmniejszy szanse Wspólnoty na osiągnięcie do r. 2050 celu neutralności klimatycznej. Konieczne jest zaprzestanie przez UE wspierania sektorów mających negatywny wpływ na klimat i środowisko, a sektor hodowlany jest bez wątpienia jednym z nich. To, co jemy, jest polityczne. Przywódczynie i przywódcy unijni zdają się jednak tego nie dostrzegać.

Fot. Su Westerman


 

Ocieplający się klimat i degradacja środowiska stają się coraz większym zagrożeniem dla świata. Europejski Zielony Ład stawia sobie za cel takie przekształcenie gospodarki, aby zagrożenia zmieniły się w wyzwania, a konieczna transformacja była sprawiedliwa i miała inkluzywny charakter. Z polskiej perspektywy jego cele wydają się bardzo ambitne, ale w większości krajów Unii Europejskiej postrzegany jest jako konieczność i wzór dla reszty świata, jak należy sobie radzić ze zmianami klimatu.

Wizja przyszłości, jaka się z niego wyłania, ma mieć swoje źródło w idei zrównoważonego rozwoju. Dotychczas rozwój opierał się na energii pozyskiwanej z paliw kopalnych, których podaż miała być właściwie nieograniczona, a eksploatacja zwiększać się w zależności od potrzeb. Takie podejście doprowadziło do dużych emisji CO2 do atmosfery i zmian klimatu. Europejski Zielony Ład ma przestawić gospodarkę na bezemisyjne tory, a jednocześnie zachować możliwie najpełniej dotychczasowy model życia. Źródłem zmian ma być więc przede wszystkich technologia. Energetyka oparta na paliwach kopalnych ma być zastępowana odnawialnymi źródłami energii (OZE). Zasadniczo chodzi więc o to, aby zmiany były jak najmniejsze, ale jednocześnie żeby przeciwdziałały w sposób wystarczający zmianom klimatu. Idea zrównoważonego rozwoju występuje więc tu w bardzo okrojonej wersji. Kluczowy pozostaje „rozwój”, natomiast „zrównoważony” ma być jedynie sposób pozyskiwania energii.

Europejski Zielony Ład przedstawiany jest jako niezwykłe wydarzenie, które w historii ludzkości dorównuje lądowaniu człowieka na księżycu. Niestety jest to projekt znacznie skromniejszy jeśli chodzi o śmiałość wizji, a przede wszystkim ze względu na poniesione nakłady. Janis Warufakis i David Adler w artykule pod bardzo wymownym tytułem: Europejski Zielony Ład to świetny przykład greenwashingu zestawiają dane, według których na ratowanie sektora finansowego Europy wydano 4,2 bln euro. Na ratowanie świata przed katastrofą klimatyczną planuje się wydać znacznie mniej.

Przyszłość, w której zamieniamy samochody spalinowe na elektryczne i zrezygnujemy tylko z niektórych egzotycznych przyjemności jest bardzo kusząca. Niestety, ratowanie świata w oparciu o filozofię, która doprowadziła do aktualnych problemów, nie wydaje się najlepszym pomysłem. W bardzo wielu obszarach osiągnęliśmy już granice wzrostu i Europejski Zielony Ład z tej perspektywy jest tylko kupowaniem sobie czasu przed zmianami, które i tak muszą nastąpić. O tym, jak ważne jest odejście od obecnej wersji kapitalizmu napędzanej przez nieuzasadnioną konsumpcję, przekonuje pandemia COVID-19. Lockdown doprowadził w krótkim czasie do znaczącego zmniejszenia emisji CO2. Dzień Długu Ekologicznego przesunął się z 29 lipca w 2019 roku na 22 sierpnia w tym roku. Niestety wraz z osłabieniem pandemii wszystko wróciło do starej, prowadzącej do katastrofy klimatycznej normy.

W świecie iluzji

Poważnym problemem jest również nieaktualność założeń, które leżały u podstaw zawartych w Europejskim Zielonym Ładzie wyliczeń. Dane IPCC już w momencie ich przedstawiania były bardzo optymistyczne. Dziś jesteśmy już pewni, że nie mamy szans na powstrzymanie wzrostu temperatury o 1,5 stopnia zapisanej w porozumieniu paryskim. Modele, które zostały wykorzystane przez IPCC mówią teraz o 2 stopniach. Niestety, również one są mało wiarygodne, ponieważ gdzieś mniej więcej od 2014 roku wzrost temperatury na Ziemi nie ma już stałego charakteru. Nie uwzględniane wcześniej sprzężenia zwrotne, takie jak topnienie lodowców i wiecznej zmarzliny, masowe wycinki lasów, ogrzewanie się oceanów itp. powodują, że wzrost temperatury ma już charakter wykładniczy. Mamy więc znacznie mniej czasu na wprowadzenie bezemisyjnej gospodarki i nie mamy żadnej pewności, czy nasze działania cokolwiek zmienią. Katastrofa klimatyczna już się wydarzyła, tylko jej efekty zostały odłożone w czasie.

Z tej perspektywy Europejski Zielony Ład jest oderwany od rzeczywistości. Stwarza iluzję, że wszystko jest pod kontrolą. Wystarczy punkt po punkcie realizować zawarte w nim cele, aby na końcu czekała nas nagroda. Ten optymizm może nas jednak drogo kosztować. Tylko pozornie jest to bardzo ambitny projekt i może robić wrażenie jedynie na tle bierności wobec zmian klimatu w innych częściach świata. W rzeczywistości u jego podstaw leży blokowanie głębszych zmian, bez których nasze przetrwanie wydaje się coraz bardziej wątpliwe. Dlatego należy szybko odejść od powielania leżącego u jego podstaw przekonania, że unikniemy poważniejszych skutków zmian klimatu.

Obserwując, jak świat podchodzi do zmian klimatu, niełatwo być optymistą. Alternatywą dla Europejskiego Zielonego Ładu jest w tej chwili „negacjonistyczna” polityka amerykańska czy „krótkowzroczny pragmatyzm” władz chińskich. Wyraźnie widać, że najwięksi gracze na światowym rynku nie chcą zmieniać reguł gry. Niestety nie chcą tego również ludzie, ponieważ zmiany godziłyby w konsumpcyjny model życia. Znacznie łatwiej jest udawać, że nic wielkiego się nie dzieje, niż podjąć wysiłek przemyślenia na nowo zasad określających nasze społeczne i indywidualne systemy wartości.

Radzenie sobie z traumą

Istnieje wiele sposobów racjonalizowania sobie zagrożeń związanych z katastrofą klimatyczną. Niektórzy je negują, inni godzą się z tym, co nieuchronne, ponieważ uznają, że „mały” człowiek nie może odpowiadać za zmiany czegoś tak „wielkiego” jak klimat. Wiele osób targuje się ze sobą, w zamian za segregację odpadów i sadzenie drzew pozwala sobie na lot na zakupy do Paryża lub większy i bardziej paliwożerny samochód. Inni pokładają nadzieję w technice opartej na czystej energii lub przywołując coraz to nowe geoinżynieryjne pomysły, które może świetnie wyglądają w powieściach science fiction, ale same w sobie rodzą wiele zagrożeń.

Polityka chowania głowy w piasek ma się zaskakująco dobrze, zważywszy na pojawiające się coraz częściej alarmistyczne wyniki badań nad klimatem publikowane przez naukowców. Trudno dopuścić do siebie myśl, że przespaliśmy moment na działanie. Od szczytu Ziemi w Rio de Janeiro podczas którego przyjęto Ramową konwencję Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, minęło już 28 lat, a emisje gazów cieplarnianych przez ten czas systematycznie rosły. Czy w tym kontekście porozumienie paryskie wynegocjowane w grudniu 2015 roku, które stało się punktem odniesienia do celów zapisanych w Europejskim Zielonym Ładzie, ma szansę coś realnie zmienić? Nawet pandemia Covid-19 tylko na chwilę spowodowała zmniejszenie emisji CO2 do atmosfery. Prawdopodobnie na koniec roku spadek ten będzie mniejszy tylko o 4-7%. To zdecydowanie za mało, aby zahamować zmiany klimatu, tym bardziej, że w przyszłym roku gospodarka może wrócić do poziomu sprzed pandemii i emisje mogą się zwiększyć.

Zbliżający się kryzys klimatyczny sprawia, że polityka nabiera w coraz większym stopniu konserwatywnego charakteru. Nawet małe zmiany mogą pociągnąć za sobą rewolucję, a dotychczasowy model gospodarczy może posypać się jak domek z kart. Wśród polityków nie ma chętnych na przedstawienie wizji nowego świata, ponieważ na pewno będzie to wizja przerażająca. Dlatego w coraz szybciej zmieniającej się rzeczywistości debata publiczna toczy się głównie wokół tematów historycznych. Tyle tylko, że w tym przypadku niemożliwe jest zrobienie kroku w tył, a następnie podążenie inną ścieżką.

Głęboka adaptacja

Jonathan Lear opisywał w wydanej w 2008 roku książce „Radical Hope: Ethics in the Face Cultural Devastation”, w jaki sposób rdzenni Amerykanie radzili sobie z zamknięciem w rezerwatach i nieuchronnością upadku ich kultury. Opisał zjawisko, które nazwał „ślepotą” każdej kultury, czyli niezdolność do wyobrażenia sobie własnej zagłady i ryzyka wyginięcia. Wyobraźnia społeczna ma ograniczenia. Dla wielu ludzi nazwa ruchu Extinction Rebellion jest grubą przesadą, nieudolną prowokacją. Lear badał takie formy nadziei, które nie opierałyby się ani na zaprzeczeniu, ani ślepym optymizmie, i stworzył model kreatywnej adaptacji. Jego rozważania wydają się dziś bardziej interesujące niż stojąca u podstaw Europejskiego Zielonego Ładu idea zrównoważonego rozwoju, która może miałaby szansę na realizację, gdyby realne zmiany zainicjowano w 1992 roku.

Koncepcja głębokiej adaptacji wychodzi z zupełnie innych przesłanek niż opracowane przez organizacje międzynarodowe cele zrównoważonego rozwoju. Jem Bendell opiera ją na trzech filarach: rezyliencji, rezygnacji i rewitalizacji. W rezyliencji chodzi o odpowiedź na pytanie, co chcemy ocalić i co będzie nam przydatne do adaptacji do zachodzących zmian. Rezygnacja to wszystko to, z czego trzeba zrezygnować, aby nie pogłębiać katastrofy klimatycznej. W rewitalizacji zaś odwrotnie, chodzi o przywrócenie tego wszystkiego, co może nam pomóc w przetrwaniu. Głęboka adaptacja jest niezwykle potrzebna, ponieważ zmiany klimatu przyspieszają. Kolejne badania pokazują, że sami odczujemy skutki zmian klimatu, których spodziewaliśmy za życia naszych wnuków.

Takie podejście może nie jest aż tak spektakularne jak Europejski Zielony Ład i z pewnością nie da się go powiązać z lądowaniem człowieka na księżycu. Wymaga jednak dużej odwagi, ponieważ realnie odpowiada na stojące przed nami wyzwaniami. Rozumiejąc zachodzące zmiany, możemy lepiej się na nie przygotować i ograniczyć ich zakres. W przeciwnym razie gros naszego wysiłku idzie na działania pozbawione zupełnie sensu, które tylko przybliżają nas do katastrofy.

Europejski Zielony Ład ma jedną poważną zaletę: kończy okres rozmów o zmianach klimatu i wprowadza nas w czas działania. To jest bardzo ważne, ponieważ każde ograniczenie emisji CO2 może ograniczyć skutki katastrofy klimatycznej. Dlatego potrzebny jest coraz większy społeczny nacisk, aby jego cele realizowane były szybciej, niż to jest zapisane w strategii. Z całą pewnością lepiej coś robić, niż udawać, że problem nie istnieje. Tylko czy w ten sposób wykorzystujemy dobrze ten czas, który nam jeszcze pozostał? Mam co do tego bardzo poważne wątpliwości.

Fot. Frank Wassmann


 

Zaproponowany przez PiS projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt wywołał skrajne emocje. Organizacje prozwierzęce oraz „miłośnicy zwierząt” podeszli do tematu entuzjastycznie. Lobby futrzarskie i rolnicy poczerwienieli z wściekłości. Lubimy skrajności. Dla nas, ludzi, wszystko musi być czarne albo białe. Dobre lub złe.

Przy okazji debaty nad zaproponowanym projektem zapytano mnie przewrotnie: jak myślisz, co o tym projekcie myślą króliki?

Stajnia Augiasza

Małgorzata Tracz, przewodnicząca Partii Zieloni, podsumowała projekt jako „idący w dobrym kierunku”. Rzeczywiście tak jest. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że PiS szykuje nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, zamarłem. Spodziewałem się przepisów ograniczających działalność organizacji pozarządowych i absurdalnych pomysłów na reorganizację schronisk. Tymczasem do Sejmu trafia projekt, który… I tu zaczynają się komplikacje. Chciałbym napisać, że zakazuje chowu zwierząt na futra, ale muszę uzupełnić, że z zakazu wyłączono hodowlę królików. Dodałbym, że zabroniono wykorzystywania zwierząt w cyrkach. Owszem, ale przy okazji rozdano wysokie odszkodowania ludziom, którzy przez lata zarabiali na cierpieniu zwierząt. To projekt, który mógłby rozwiązać problem schronisk – wprost przekazuje gminom zarówno obowiązek jak i odpowiedzialność za jego wykonanie w tym zakresie. Ale nikt nie wziął pod uwagę, że powstanie ponad 3000 niedofinansowanych, marnej jakości schronisk gminnych, ponieważ w projekcie nie wskazano źródeł dodatkowego finansowania tego rozwiązania. Wspomniano jedynie o „pewnych” kosztach, jakie samorządy poniosą przy okazji reformy.

I tak wygląda cały projekt. Zaproponowane zmiany są bardzo dobre, ale już widać, że na etapie ich realizacji pojawi się jakiś absurdalny, zły element, który zupełnie wypaczy stojącą za nim ideę. Jak w przypadku zakazu trzymania psa na uwięzi: projektodawca usunął część dotychczasowego przepisu, który mówił o maksymalnie 12 godzinach na uwięzi w ciągu doby i zamienił na termin „tymczasowo”. Jaki będzie efekt takiej zamiany?

Gdybym dziś nagrał psa przywiązanego na łańcuchu przez 12 godzin i jedną minutę, mógłbym wykazać, że złamano przepisy. Po nowelizacji opiekun psa może powiedzieć, że choć dla mnie „tymczasowo” oznacza godzinę, dla niego to miesiąc. I nic nie będę mógł zrobić.

Sądzę jednak, że króliki nie są tym wszystkim zainteresowane. A to właśnie one są największą ofiarą reformy.

Zabawa w Boga

Króliki wyłączono z zakazu chowu zwierząt na futra. Tak po prostu. Vacatio legis wydaje się rozsądnie krótkie – na zamknięcie ferm przewidziano zaledwie rok. Zakazuje się hodowli zwierząt futerkowych. Ale króliki pominięto.

Nie przepadam za królikami. Opiekowałem się kiedyś jednym – sikał pod biurko, załatwiał się, gdzie popadnie i gryzł jak opętany. Ale nie życzę w związku z tym królikom śmierci! Zacząłem więc słuchać i dowiedziałem się, że objęcie nowelizacją również królików byłoby bez sensu, bo UE pracuje nad zakazem chowu klatkowego i lepiej poczekać na tę regulację. Oraz, że w Polsce mamy 30 tysięcy gospodarstw, które hodują króliki i ciężko stwierdzić, które zwierzęta przeznaczone są na mięso, a które na futra. A poza tym, króliki to nie drapieżniki i lepiej znoszą niewolę w klatce.

Ludzie to uwielbiają. Bawią się Boga i władcę, który daje i zabiera. To MY decydujemy, które zwierzę ma prawo nie być trzymane w klatce i obdzierane ze skóry, a które nie. Możemy tak działać – bo co niby zrobią nam króliki?

Czyste lenistwo autorów projektu, którym nie chciało się usiąść i spokojnie pomyśleć nad rozwiązaniem, jest wystarczającym powodem, żeby dla zysku zabijać tysiące niewinnych stworzeń.

Pozorny progres

Przykład królików pokazuje, jak wciąż daleko jesteśmy od tak często przytaczanych „praw zwierząt”. Jak bardzo ludzie powołujący się na „ochronę praw zwierząt” nie mają pojęcia, o czym mówią. Gdybyśmy choć w części na poważnie myśleli o prawach zwierząt, nikt nie śmiałby wyłączać królików z zakazu chowu na futra. Zastanawiałby się raczej, jak przekonać ludzi do nie zabijania zwierząt w ogóle.

Tymczasem wciąż znajdujemy się w miejscu, w którym to człowiek – arbitralnie i często bezmyślnie – decyduje o życiu i śmierci, o losie zwierzęcia. Nie rozważa zlikwidowania łańcucha przy budzie, bo to kłopot dla właściciela. Nie myśli o wprowadzeniu zakazu transportu zwierząt na duże odległości, bo to zabije biznes. Nawet, gdy zakazuje wykorzystywania zwierząt w cyrkach, to wciąż pozwala na ich „pokazywanie”, a cyrkowcom oferuje odszkodowania.

Prawa zwierząt to przede wszystkim ich prawna podmiotowość. To uznanie, że są podmiotem praw. Dziś nie ma o tym mowy. Pokazuje to projekt ustawy, która tak bardzo ucieszyła wszystkich „zwierzolubów”.

Wiedzcie zatem, że żadne prawa zwierząt nie są w tym projekcie realizowane. To wciąż tylko człowiek arbitralnie wskazuje, jaką prawną ochronę zwierzętom przydzieli. Nie ma miejsca dla praw zwierząt w antropocentrycznej perspektywie. Dopóki człowiek nie nauczy się, że nie jest pępkiem świata, nie będzie żadnych praw dla zwierząt. Będą wyłącznie rozdawane przez nas przywileje.

Króliki najlepiej o tym wiedzą. Kiedy więc następnym razem ktokolwiek będzie chciał użyć hasła „prawa zwierząt”, niech pomyśli o królikach i ugryzie się w język.

Tym artykułem zaczynamy cykl: „Przepisy zwierzęce” – komentarze do rzeczywistości prawnej ochronie zwierząt.
Bartek Lech zadaje pytanie co się dzieje z naszą demokracją? Czy zasady dane nam są raz na zawsze, czy ktoś nam demokrację kradnie?

Kiedy zamawiamy pizzę, w menu jest zawsze opcja: stwórz własną! Można wtedy dobrać składniki, sosy, grubość i typ ciasta. Wyjątkowość napędem współczesności! A co by było, gdyby przy zamówieniu powiedzieć: poproszę pizzę ze spodem zrobionym z utartych ziemniaków. Jako sos wezmę śmietanę, a jako składnik duszone pieczarki”. Takie danie, w zależności od regionu, nazywamy różnie, ale jedno jest pewne: nie jest to już pizza.

I dokładnie to dzieje się dziś z demokracją, przy której majstrują niektórzy przywódcy, w obawie że ta prawdziwa, oparta na filarach współpracy, wolności i prawa, pozwala na zbyt daleko idącą konkurencję, która w efekcie może pozbawić ich władzy. Niestety jest to zjawisko uniwersalne – dotyczy zarówno różnych regionów świata, jak i różnych wymiarów organizowania się ludzi: państwa, organizacji społecznych, związków zawodowych i także partii politycznych. I wbrew pozorom nie jest to, jak chciałaby władza, “problem wewnętrzny”.

Brunatnieje Ameryka

Donald Trump właściwie zmienił oblicze tego, co nazywamy dziś “wolnym światem”. I to do tego stopnia, że ten “wolny świat” oddala się coraz bardziej od demokracji. Jeden z komentatorów po wyborze Trumpa na Prezydenta USA powiedział: “Gratuluję Pani Merkel, od dziś to ona jest liderem wolnego świata”. To symboliczne, ale polityka to przede wszystkim starcie symboli. Te jednak biorą się z konkretów. I tak, od dziesięcioleci w USA trwa przecież konflikt kompetencyjny, w którym konstytucjonaliści zarzucają kolejnym prezydentom, że ci próbują stanowić prawo poprzez “decyzje wykonawcze”, czyli rozporządzenia, pomijając Kongres. I choć Trump tego nie wymyślił, to sam w sobie jest skutkiem właśnie tego przesuwania granicy pomiędzy tym, co w demokracji jest dopuszczalne, a tym, co nie jest.

Sama jego prezydentura to ciągłe przesuwanie “okna dyskursu”[1] – to strategia wielu autokratów, którzy raz na jakiś czas powiedzą coś tak skrajnie niedopuszczalnego, że reszta ich decyzji jawi się jako normalna. Naśmiewanie się podczas kampanii z osoby niepełnosprawnej oczyściła późniejsze maczystowskie zachowania Trumpa, które w porównaniu do pierwszego wybryku nie jawiły się już tak skrajnie. Podobnie z demokracją – ostre słowa pod adresem gubernatorów stanowych, którzy wprowadzili nakaz noszenia maseczek koronawirusowych, stworzył większą akceptację dla pomysłów wysłania armii (która leży w gestii prezydenta), aby ta “pomogła gubernatorom w uspokojeniu” protestów Black Lives Matter.

Pomijając “brunatność” treści polityki Trumpa, to sam jego centralizm i zamach na federacyjność, lokalność czy regionalność w tworzeniu demokracji to kwintesencja skrajnej prawicy. Ta choroba centralizmu, znana w Polsce z poprzedniego ustroju, przechodzi odnowę. I to właśnie za sprawą przesuwania granic przez autokratów, którzy uzasadniają swoją pełnię władzy argumentem, że “przecież mnie wybrano”.

Najbardziej niebezpieczne jest w tym jednak to, że zaczyna się takie oszustwo uważać za “real politics”, do której aspirują mierni pseudoprzywódcy, bojący się prawdziwej konkurencji. Ta trwa cały czas, nie tylko w okresie kampanii wyborczej. Żadna władza w demokracji nie jest przecież stanem stałym, a długość mandatu jej sprawowania jest umowna.

Ponad wszystko, warto pamiętać, że to co dziś nazywamy “kadencyjnością”, przez wieki było osiągane ścięciem głowy królowej bądź króla z dnia na dzień i bez ostrzeżenia. Stworzenie ustrojów pozwoliło na rozwiązania bardziej humanitarne. Ustroje opierają się na prawie i zaufaniu w to, że władza nie szkodzi “za bardzo” ludowi. Nie ma jednego bez drugiego. Taki konsensus to bardzo cienka ścianka wielu naczyń połączonych, której w obecnym kryzysie nie warto próbować przesuwać.

Europa (jednak) Demokracji

Europa kontynentalna, a przez to cała Unia, jest mniej erupcyjna niż USA. Rozwinięta biurokracja, będąca codzienną zmorą i powodem do krytyki polityki w Europie, nakłada wiele filtrów na konflikty i de facto je łagodzi. Skonfliktowane strony uczestniczą w takiej ilości forów i procesów, że zanim konflikt napęcznieje, jest zdemobilizowany. Stąd przecież skrajna prawica, żyjąca konfliktem, szczyci się koalicją z ultra-libertarianami, którzy marzą o świecie przedpaństwowym.

Nie ma lepszego przykładu na to niż lipcowy szczyt Unii Europejskiej. Przecież to, że liderki i liderzy 27 państw stosują się do zasady, że nie wyjadą z Brukseli, dopóki się nie dogadają” nie jest takie oczywiste. I tak do rekordu z negocjacji Traktatu w Nicei zabrakło dwóch godzin. To znaczy też, że Unii jednak warto bronić. Oczywiście, że łatwo byłoby to zbyć cynizmem – jako że ten szczyt dotyczył podziału funduszy. Ale nie jest to takie proste: to, “kto ile dostanie kasy”, to tylko połowa rozmowy, druga część natomiast dotyczy tego, na co je może wydać. A to drugie to już wspólnota polityczna.

Pomimo fake newsowej kampanii pisowskiej warunek praworządności jest w porozumieniu budżetowym i ma się dobrze. Mało tego, to, co kiedyś było jedynie artykułem 7 Traktatu i wymagało operacji na poziomie głów państw, teraz de facto skierowano do Komisji Europejskiej, która jest o wiele mniej podatna na chwilowe interesy rządów. Warto zwrócić uwagę, że Parlament Europejski (PE) chce jeszcze bardziej demokratycznych i jednoznacznych rozwiązań, i między innymi dlatego zawiesił przegłosowanie budżetu unijnego 2021-2028.  Negocjacje pomiędzy unijnymi instytucjami i na forum PE mogą trwać miesiącami (włącznie z możliwością prowizorium budżetowego na 2021r., jeśli do grudnia nie dojdzie do porozumienia) Praworządność jako wartość nadrzędna UE będzie w tych debatach podstawowa – ale nie tylko w tym kontekście.

Lepiej późno niż wcale

Pomimo że Europa może się jawić jako mniej “wybuchowa”, nie oznacza to jednak, że skrajna prawica jest u nas mniej niebezpieczna. Antyunijne ruchy szowinizmu narodowościowego, wspierane zza wschodniej granicy, mają się dobrze. Aż za dobrze.

W kampanii europejskiej 2019 prezydent Francji i kanclerzyni Niemiec opublikowali listy o swoich planach co do przyszłości Unii. Prezydent Macron w swoim wystąpieniu, po raz pierwszy w historii Unii, wskazał na potrzebę wspólnotowego podejścia do zagrożeń zewnętrznych dla europejskich procesów wyborczych. Jak się później okazało, nie było to nieuzasadnione.

Po wyborach do PE Komisja Europejska alarmowała o prowadzonej “ciągłej i trwałej działalności dezinformacyjnej” państw trzecich w kontekście kampanii do europarlamentu. Ta obejmowała “tłumienie frekwencji i wpływanie na preferencje wyborców”. Obecnie baza danych Grupy Zadaniowej ds. Dezinformacji ,  powołanej przy Europejskiej Służbie Zagranicznej, zawiera aż 6 500 tysiąca konkretnych przykładów nieprawdziwych przekazów, płynących z “prokremlowskich źródeł”.

Fake newsy i dezinformacja – czyli wpływanie na percepcję poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji – skierowane na zmianę preferencji wyborczych po myśli interesów geopolitycznych państw trzecich i/lub grup interesów to tylko część manipulacji naszych procesów demokratycznych.

O wiele bardziej skomplikowane na poziomie unijnym będzie ustalenie wspólnych zasad finansowania kampanii wyborczych. Nie mniejszym przecież skandalem niż Cambridge Analytica był fakt zaciągnięcia 9,4 miliona euro pożyczki przez skrajnie prawicowy Front Narodowy Marine Le Pen w rosyjskim banku. W podobny zresztą sposób sfinansowano kampanię na rzecz Brexitu.

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę przestarzały stan europejskich infrastruktur wyborczych. Brzmi technicznie, ale wystarczy zobrazować sobie, jak wygląda karta wyborcza w wyborach powszechnych w Polsce: kserokopia, której jedynym zabezpieczeniem jest… pieczątka. W innych państwach starego kontynentu wcale nie wygląda to lepiej. Systemy wyborcze w państwach Unii oparte są w zbyt dużym stopniu na zaufaniu obywateli wobec państwa, które w ostatnich dekadach stopniało. Biorąc pod uwagę zewnętrzne zagrożenia, reformy wydają się nieuniknione. Ale im starszy system, tym trudniej o reformę.

PE na swoim czerwcowym posiedzeniu powołał speckomisję, która ma zbadać holistyczne podejście do sprawy. Jej mandat jest ograniczony do zagrożeń zewnętrznych dla procesów demokratycznych w Unii, ale bez wątpienia w swojej pracy komisja nie obędzie się bez zerknięcia do wewnątrz.

Polska

Nasz kraj znajduje się na liście 10 demokracji na świecie, które obecnie doświadczają największego demokratycznego regresu[2]. A pozytywna ocena naszego ustroju spadła w Polsce o ponad 25%[3] – to największy spadek w naszej części Europy. Tragicznie też wypada index równowagi pomiędzy trzema władzami (ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą)[4]. I niby jest to jasne, bo jesteśmy na ulicach, pod sądami, śledzimy ustawkę strony rządowej w Sądzie Najwyższym i Trybunale Konstytucyjnym czy zamach na wolności obywatelskie i prawa kobiet, LGBTQIA i  wszystkich innych, którzy nie pasują do “narodu PiS”. Oczywistości jednak mają to do siebie, że należy je powtarzać, bo inaczej można się nazbyt do nich przyzwyczaić.

Gdy ktoś każe mi streścić to, na czym polegają demokratyczne wybory, mówię, że zaczynają się one w szkole. I tak jak złożoność “zagrożeń hybrydowych”, których obecnie doświadczają europejskie demokracje, w tym Polska, odpowiedź na nie będzie złożona do tego stopnia, że wymaga osobnej Polityki Demokracji. Naprawa “małych usterek” da ulgę na chwilę, a dziura w postaci deficytu demokratycznego będzie się tylko powiększać.

O ile nie ma co upatrywać całego ratunku w procesach wspólnotowych Unii, to będą one elementem pomagającym w reformie. Ale tylko tam, gdzie będzie z kim na rzecz tych reform pracować. Tu nie obędzie się bez działań w kraju. Nasza polska demokracja już dawno nie była okraszona aktualizacją i całościowym spojrzeniem. A to wymaga nie tylko larum tuż przed czy tuż po wyborach, które jeśli już, to są konsekwencją całości ignorowania demokracji przez władzę od dziesięcioleci.


Przypisy

[1] Inaczej zwanym “Oknem Overtona”.

[2] International Institute for Democracy and Electoral Assistance: https://www.idea.int/sites/default/files/publications/the-global-state-of-democracy-2019.pdf

[3] Bennett Institute for Public Policy – University of Cambridge:

https://www.bennettinstitute.cam.ac.uk/media/uploads/files/DemocracyReport2020.pdf

[4] Bertelsmann Stiftung: https://www.bti-project.org/content/en/reports/global-report-d/global_findings_democracy_2020_EN.pdf