W dniach 21-30 grudnia na platformie mojeekino.pl odbędzie się 15. edycja festiwalu filmowego AfryKamera, największego wydarzenia kulturalnego w Europie Środkowo-Wschodniej poświęconego Afryce. W sprzedaży dostępne są karnety na pokazy online.

Celem festiwalu jest prezentacja bogatej oferty kina afrykańskiego – wbrew stereotypom Afryka nie jest filmową pustynią, wręcz przeciwnie, wnosi wybitny wkład w światową kinematografię. W programie tegorocznej edycji znalazły się między innymi filmy o tanecznej kulturze Afryki w cyklu Africa Moving, czy blok Chinafryka, w którym przyjrzymy się wspólnie wpływowi Chin na tamtejsze rejony. Ponadto w ramach sekcji Afroszorty odbędą się pokazy filmów krótkometrażowych, organizowane we współpracy z rwandyjskim Mashariki African Film Festival, które jak w soczewce pokazują przemiany społeczne i kulturowe w Rwandzie.

Tegoroczna odsłona festiwalu to między innymi pokazy wyjątkowych filmów dokumentalnych. Wśród nich znalazł się film „Budda w Afryce”, reprezentant sekcji Chinafryka. Nicole Schafer w swoim dokumencie pokazuje funkcjonowanie ośrodka dla uchodźców w Malawi prowadzonego przez chińskich buddystów, których jest w Afryce coraz więcej. Nauka języka chińskiego i kung fu, przyswajanie buddyzmu i diety wegetariańskiej, rygorystyczne reguły dnia codziennego czy zakaz spotykania się z rodziną to tylko niektóre z elementów, których muszą nauczyć się dzieci trafiające do ośrodka. Czy są w stanie przyjąć chiński sposób życia i odciąć się od swej kultury i korzeni? Czy działalność takich miejsc jest tylko kolejnym sposobem kolonizowania Afryki? A może chodzi wyłącznie o edukację i poprawę życia Afrykanek i Afrykanów?

Budda w Afryce, fot. materiały prasowe

Jednym z najciekawszych filmów fabularnych tegorocznej edycji jest „Kanarek” w reżyserii Christiaana Olwagena. RPA, rok 1985. Johan Niemand to młody chłopak, którego pasją jest muzyka, a w przyszłości chciałby zostać projektantem mody. Kiedy zostaje powołany do służby wojskowej i dostaje się do chóru kościelnego wojsk obrony, z którym rusza w trasę po kraju, aby promować wartości religijne i państwowe wśród żołnierzy, zaczyna dostrzegać i kwestionować wiele rzeczy. W tradycyjnej, zamkniętej społeczności w czasach apartheidu, pełnej zakazów i opresji,  nie ma miejsca na indywidualności czy inność, także seksualną. To właśnie brak akceptacji ze strony rodziny i walka z własnymi uczuciami stanie się dla Johana źródłem cierpień, od których będzie uciekał w świat muzyki.

Kanarek, fot. materiały prasowe

Na festiwalu zostaną zaprezentowane również filmy pokazywane w ramach poprzednich edycji wydarzenia, między innymi sudańska produkcja „Umrzesz, mając 20 lat”, która jest tegorocznym kandydatem tego kraju do Oscara. Ponadto w programie zwyczajowo nie zabraknie polskiego punktu widzenia na Afrykę i czarną kulturę. Na tegorocznym festiwalu widzowie będą mogli zobaczyć filmy z całego kontynentu: Wybrzeża Kości Słoniowej, Algierii, Senegalu, Sudanu, Gambii, Republiki Środkowej Afryki, Kenii, Demokratycznej Republiki Konga i nie tylko.

W styczniu i lutym festiwalowe filmy zostaną zaprezentowane publiczności w kinach w największych miastach Polski.

Więcej informacji na temat festiwalu znajduje się na stronie www.afrykamera.pl. Karnety na festiwal online w cenie 79 zł dostępne są w sprzedaży na portalu Going.

Źródło: AfryKamera


 

6 grudnia 2020 roku podczas Europejskiego Kongresu Zielonych głosowano nad rezolucją dotyczącą kopalni węgla brunatnego „Turów”. To kolejny zdecydowany międzynarodowy głos w sprawie działalności kontrowersyjnej odkrywki. Czy usłyszą go polscy decydenci?

„Rezolucja dla europejskiej przyszłość bez węgla – o wstrzymaniu działania kopalni Turów na pograniczu polsko-niemiecko-czeskim ”została przegłosowana 6 grudnia 2020 roku podczas 32 Europejskiego Kongresu Zielonych, który odbył się w Warszawie (online). Czytamy w niej, że partie Zielonych z całej Europy wspierają działaczy, którzy protestują w regionie na rzecz ochrony środowiska. „Zastąpienie kopalni węgla brunatnego Turów miksem odnawialnych źródeł energii jest bez wątpienia korzystne zarówno dla środowiska, jak i dla mieszkańców regionu Dolnego Śląska. Korzyści będą jeszcze większe, jeśli zaplanowane zostanie wspólna transformacja dla trzech regionów, na które wpływa kopalnia” – czytamy w rezolucji.

Zieloni podkreślają negatywny wpływ działalności odkrywki i elektrowni Turów na cel neutralności klimatycznej, a także na wodę, powietrze i gleby. Nie tylko w Polsce, ale także poza jej granicami. „Obniżenie poziomu wód gruntowych o ponad 20 metrów zagraża tysiącom ludzi w czeskim regionie libereckim utratą czystej wody pitnej”. Podkreślają, że najnowsze badania pokazują negatywny wpływ odkrywki także na niemieckie miasto Żytawa.

Zieloni sformułowali zdecydowane żądania dotyczące Turowa. W pierwszym z nich wzywają Komisję Europejską do podjęcia kroków prawnych przeciwko Polsce, jeżeli nie uda się osiągnąć kompromisu ze stroną czeską w trwających obecnie mediacjach.

W najlepszym interesie Polski jest, aby sprawa nie trafiła nigdy przed Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Dlatego rządzący powinni dołożyć wszelkich starań, żeby spełnić żądania strony czeskiej. Zieloni są członkami koalicji rządowej w Austrii, Finlandii, Irlandii, Luksemburga i Szwecji, a więc rezolucja automatycznie oznacza dalsze umiędzynarodowienie sporu związanego z działalnością wydobywczą odkrywki Turów od maja 2020 roku– komentuje Kuba Gogolewski z Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.

Zieloni, podobnie jak strona czeska, uważają, że wydobycie ze złoża Turów powinno zostać niezwłocznie przerwane, do czasu wyjaśnienia wszystkich kwestii prawnych. W rezolucji podkreślono konieczność zapewnienia odpowiednich warunków do stworzenia transgranicznego euroregionu Polski, Niemiec i Czech, który wspólnie, przy finansowym wsparciu z Europejskiego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, będzie wdrażać projekty wspólnotowe w zakresie energii odnawialnej i zmian strukturalnych.

Podkreślono także, że Europa musi odejść od węgla a „decyzje rządów o wycofaniu węgla nie powinny być podważane przez przestarzałe umowy dotyczące ochrony inwestycji, takie jak Traktat Karty Energetycznej, pozwalający inwestorom paliw kopalnych pozwać rządy o odszkodowanie, kiedy zagrożone są ich zyski. Jeżeli w toczących się negocjacjach nie widać żadnej istotnej reformy traktatu, UE powinna od niego odejść”.

Źródło: Fundacja „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”

 

Teraz ten okrzyk, jeden z symboli strajków kobiet w 2020 roku, słyszalny jest już nie tylko w Polsce, ale również i w Europie. W przyjętej w czwartek 26 listopada Rezolucji w sprawie faktycznego zakazu aborcji w Polsce (2020/2876(RSP)), autorstwa Roberta Biedronia, Europosłowie dali upust swojemu zmęczeniu sytuacja panująca w Polsce.

Powiedzieć, ze Rezolucja została przyjęta dużą większością, to nic nie powiedzieć: ‘za’ opowiedziało się 455 posłów czyli 68% wszystkich posłów Parlamentu Europejskiego (do przejścia potrzebne było uzyskanie 301 głosów). Z kolei 145 posłów opowiedziało się przeciw. W tej grupie znajdują się głównie przedstawiciele partii EKR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), do której przynależą członkowie PIS, posłowie partii Marine Le Pen czy posłowie niezrzeszeni (często przedstawiciele ruchów najbardziej ekstremistycznych, na przykład Konfederacji), ale też, co powinno bardziej dziwić, kilku przedstawicieli chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej (do niej należy PO). Zresztą, brukselskie kuluary zdradzają, że przedstawiciele PO do samego końca nie potrafili zdecydować, czy opowiedzieć się ‘za’ czy ‘przeciw’ Rezolucji, gdyż ich sympatie, ponoć, kierują się w kierunku wcześniejszego ‘kompromisu’ aborcyjnego. Aż ciężko byłoby wyobrazić sobie policzek dla reputacji Polski, gdyby członkowie PO stanęli ramię w ramię z PISem i zagłosowali, de facto, przeciwko prawom polskich kobiet.

Rezolucja: w obronie obywatelek/i i ich praw

Europosłowie potępili naruszenie praw seksualnych i reprodukcyjnych kobiet w Polsce i podkreślili prawny obowiązek Unii Europejskiej do ich ochrony. Parlament Europejski stwierdził, ze orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 22 października o zakazie aborcji w przypadkach poważnych i nieodwracalnych wad płodu „zagraża zdrowiu i życiu kobiet”. Co więcej, zniesienie tej opcji, która stanowiło 96% przypadków przerywania ciąży w Polsce w 2019 r. (1074 z 1110), doprowadziłoby do wzrostu nielegalnych „zagrażających życiu aborcji”. W tekście zaznaczono, że decyzję tę podjęli „sędziowie wybierani przez polityków rządzącej koalicji i od nich w pełni zależni”. Zaznaczono również, że prawa kobiet to podstawowe prawa człowieka – zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka: restrykcyjne przepisy dotyczące aborcji naruszają prawa człowieka. Co więcej, posłowie podkreślili, że nieograniczony dostęp do usług w zakresie zdrowia reprodukcyjnego oraz poszanowanie autonomii reprodukcyjnej kobiet i możliwości podejmowania przez nie decyzji, ma kluczowe znaczenie dla ochrony praw i równości kobiet. Przypomniano również, ze prawa kobiet są prawami podstawowymi, a co za tym idzie, instytucje UE i państwa członkowskie są zobowiązane do ich przestrzegania i ochrony. Posłowie zauważyli także, że polscy lekarze coraz częściej odwołują się do klauzuli sumienia, nawet gdy są proszeni o przepisanie środków antykoncepcyjnych lub o uniemożliwienie dostępu do badań prenatalnych. Tysiące Polek jest tym samym zmuszonych do wyjazdów za granicę, aby uzyskać pomoc. Wspierając protestujące/ych, a nie przemocowe działania władz, Europosłowie wyrazili swoje poparcie i solidarność z obywatelami polskimi, w szczególności kobietami i osobami LGBTI+, które „pomimo zagrożenia zdrowia wyszły na ulice, aby zaprotestować przeciwko ograniczeniom ich podstawowych wolności”. Tekst Rezolucji potępia także nadmierne i nieproporcjonalne użycie siły wobec demonstrantów przez organy ścigania, a także skrajnie prawicowe grupy nacjonalistyczne. Zdaniem Parlamentu mamy do czynienia z „kolejnym przykładem politycznego przejęcia władzy sądowniczej i systemowego załamania praworządności” w Polsce. Posłowie zwrócili się także z apelem do Komisji Europejskiej o ocenę nieprawomocności składu Trybunału Konstytucyjnego. Zdaniem Parlamentu, nieprawomocny skład Trybunału stanowi podstawę do kwestionowania jego orzeczeń, a tym samym uniemożliwia mu skuteczne zagwarantowanie konstytucyjności ustaw i stanie na straży Konstytucji RP.

Debata na sesji plenarnej

W trakcie debaty parlamentarnej, wyprzedzającej głosowanie o jeden dzień, Helena Dalli, Komisarz ds Równości, podkreśliła, ze z prawnego punktu widzenia UE nie ma kompetencji w zakresie praw aborcyjnych w żadnym państwie członkowskim, a ustawodawstwo w tej dziedzinie leży wyłącznie w gestii danego państwa członkowskiego. Przypomniała jednak, że we wszczętej przez Komisję w 2017 roku procedurze z tytułu artykułu 7, Komisja poruszyła także kwestię niezależności i legitymacji polskiego Trybunału Konstytucyjnego. „Prawa kobiet są atutem i osiągnięciem, z którego cała Europa musi być dumna. Ale postęp ten jest ciężki do osiągnięcia, za to bardzo łatwy do utracenia”, ostrzegła. Zaapelowała również do europosłów o wspólną walkę o silniejsze prawa kobiet w Unii.

Przedstawicielka największej partii, Europejskiej Partii Ludowej (EPL), Frances Fitzgerald, stwierdziła, że „Polska jest atakowana. Jest atakowana z wewnątrz, od strony własnego rządu, z powodu przekonania, które nie szanuje podstawowych wartości, w tym praworządności i praw kobiet”. Dodała, iż „partia rządząca sabotuje instytucje, które budowały demokratyczną Polskę, przeciwstawiać się naczelnym zasadom ustanowionym po upadku komunizmu”. Wspomniała budzącego się dzisiaj na warszawskich ulicach ducha Solidarności, a także polskie kobiety, takie jak Maria-Skłodowska Curie, Wisława Szymborska czy Edyta Stein. Zadziwiające może być to, że w imieniu EPL głos zabrała Irlandka, a nie żaden z przedstawicieli największej polskiej partii opozycyjnej.

W imieniu Zielonych/ALE przemówiła Sylwia Spurek. „W Polsce już nie ma praworządności i praw człowieka”, powiedziała. „Ta Izba jest być może ostatnim miejscem, gdzie o prawach kobiet można mówić bez strachu, że dostanie się w głowę policyjną pałką albo gazem w twarz. (…) W Polsce brutalnie tłumili demonstracje, ale tutaj w Brukseli nie zamkniecie nam ust, bo tutaj prawa człowieka to fundamentalne wartości, a prawo do aborcji jest prawem człowieka. Nie chcemy dłużej cierpieć przez jedną partię, jedną religię i jedną ideologię”, zaapelowała Spurek.

‘Ciekawym’ elementem debaty były, co pewnie nie jest zaskakujące, wypowiedzi europosłanek PIS. Jadwiga Wiśniewska stwierdziła wszak, ze „dyskutujmy w oparciu o fakty, a nie o imaginację”, bo „Trybunał zbadał zgodność ustawy z konstytucją, konstytucją podpisaną notabene przez byłego lewicowego prezydenta i uchwaloną przez Sejm za rządów lewicy”. Z tego wysnuła wniosek, że „tak zwani obrońcy konstytucji protestują przeciwko de facto nie tylko orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, ale i samej konstytucji”. Dodała również, że „inicjatorzy dzisiejszej debaty chcą za wszelką cenę podtrzymać uliczne protesty, które w czasie pandemii zagrażają życiu i zdrowiu nie tylko protestujących, ale i wszystkich, którzy się z nimi kontaktują”. „Realizacja tej lewicowej agendy będzie okupiona tysiącem zachorowań i zgonów z powodu COVID-19. I to będzie również Państwa odpowiedzialność”, podsumowała.

Beata Mazurek z kolei podkreśliła, że „prawo do życia to jedno z fundamentalnych praw obywatelskich. W tej izbie dużo mówi się o obronie wartości i obronie praw podstawowych. Najważniejszą wartością jest życie. Dziś stajemy w jego obronie, stajemy w obronie tych, którzy sami bronić się nie mogą”. Swoja wypowiedź zakończyła z kolei pytaniem: „jeżeli aborcja jest prawem kobiety, to gdzie są prawa dzieci nienarodzonych”?

Elżbieta Kruk zaznaczyła, że Trybunał Konstytucyjny w Polsce „wypowiedział się za ochroną życia”. Jej zdaniem „w bolszewickiej Rosji – jako pierwszym państwie na świecie – została zalegalizowana aborcja. Następnie prawo takie wprowadziły hitlerowskie Niemcy. Hitler mawiał ponadto: osobiście zastrzelę tego idiotę, który chciałby zabronić aborcji na wschodnich terenach okupowanych”. Posłanka zasugerowała, że w Polsce ta właśnie agendę próbują realizować protestujące kobiety. Dodała, że w Europie mamy do czynienia ze sporem „cywilizacji życia z cywilizacją śmierci” i ‘ostrzegła’: „oby nie oznaczał końca cywilizacji europejskiej”.

Z kolei Beata Kempa zauważyła, że „każdy maleńki człowiek w momencie poczęcia ma swój niepowtarzalny kod genetyczny, który warunkuje wszystko: kolor oczu, intelekt, talenty i niepowtarzalne linie papilarne. Ten maleńki człowiek często dzisiaj w Unii musi się zderzyć z cywilizacją śmierci”. „Quo vadis Europo?”- zapytała na koniec.

Cherry on the cake, Patryk Jaki uznał najwyraźniej, że mądrości wypowiedziane przez jego partyjne koleżanki są niewystarczające dla jasnego przełożenia myśli Partii Rządzącej, więc dorzucił jeszcze swoje pisemne oświadczenie, w którym stwierdził, że „Polacy to mądry Naród, który sam potrafi rozwiązywać swoje wewnętrzne problemy i nie potrzebuje nacisków ze strony instytucji UE, bo tak jedynie można postrzegać to głosowanie. Dzisiejsza Rezolucja przekracza wszelkie demokratyczne standardy, a zawarte w niej zapisy są nawoływaniem do łamania polskiego i międzynarodowego prawa”.

Z ramienia PO w dalszej dyskusji głos zabrała Elżbieta Katarzyna Łukacijewska oraz Andrzej Halicki. Ta pierwsza opowiedziała się za prawem do wyboru, bo „żaden polityk nie ma prawa zmuszać kobiet do heroizmu, bo to jest forma przemocy”. Opowiedziała się również za prawem do rzetelnej edukacji seksualnej.  Halicki z kolei zinterpretował manifestacje jako niezgodę młodzieży „na próbę budowy autorytarnego ideologicznego państwa”. „Chciałem powiedzieć bardzo mocno, że to jest doświadczenie także mojej generacji, kiedy nosiliśmy oporniki, bo była taka władza, która chciała decydować za innych” – dodał.

„Nieme szaty królowej”

W dniu debaty, 25 listopada, na placu Luksemburskim, przed brukselska siedziba Parlamentu Europejskiego, miała miejsce manifestacja, przeciwko ograniczaniu praw aborcyjnych w Polsce. Wzięło w niej udział całkiem sporo osób, jak na warunki COVID-owe, w tym również europosłowie, m.in.: Robert Biedroń, Sylwia Spurek, Magdalena Adamowicz, Elżbieta Łukacijewska, Ewa Kopacz, Andrzej Halicki. Posłowie PO ograniczyli się niestety do ‘niemej’ obecności, nieco na marginesie całego wydarzenia.

Poza składowaniem i wystąpieniami politycznymi, Stowarzyszenie Polek mieszkających w Brukseli „Elles sans Frontieres” zorganizowało ciekawy happening „Nieme szaty królowej”, unaoczniający problem ograniczania praw aborcyjnych.

KOMENTARZ AUTORKI:

Zasadniczo nie ma chyba co komentować. A już na pewno szkoda trwonić słów na wygadywane przez posłów PIS banialuki. Z sadomasochistyczna przyjemnością wyobrażam sobie minę tłumacza, który musiał to przekładać w kabinie z polskiego na europejskie, ze się tak wyrażę. Smutnym jest, ze po raz kolejny w obronie Polek i Polaków muszą stawać przedstawiciele instytucji unijnych. Można się cieszyć tylko z tego, że mamy za sobą takich orędowników i przyjaciół. Rezolucja jest ważnym gestem solidarności i istotnym sygnałem o tym, że prawa Polek liczą się na arenie europejskiej. Niestety, poza wartością symboliczna, rezolucja Parlamentu Europejskiego nie ma żadnej mocy sprawczej ani przełożenia na rzeczywistość. Ale pozostaje promykiem nadziei, że nie wszystko jeszcze stracone, a piłka, jak to się mówi, w grze. Ba, jest szansa na to, że polityków PIS spali ich własna hipokryzja. Otóż okazuje się, że ponoć, przynajmniej część z nich, jest cichymi bohaterami skandalu, który wybuchł w minionym tygodniu w europejskiej stolicy. Okazuje się, że wśród 25 bywalców gorącej orgii, byli również przedstawiciele miłościwie nam panującej partii życzliwe źródła donoszą, że zarówno dyplomaci, jaki i posłowie). Ironia chciała, ze orgia była, podobno, o charakterze jednopłciowym. Co oczywiście nie jest problemem chyba, że.. biorą w niej udział partii jawnie i głośno homofonicznych, takich jak Pis czy Fidesz. No, że już nie zapomnę o takich szczegółach, jak zakaz spotkań (nawet w okresie świątecznym!!) w gronie większym niż mieszkańcy domostwa + jeden (tak jest, JEDEN) gość. Ale to przecież szczegół, bo wiadomo, że ci, którzy najgłośniej krzyczą o równych prawach, tak naprawdę równają je wyłącznie dla siebie, w górę. Taki trochę sowiecko-rosyjski pogląd na egalitaryzm.

 

Źródła:

https://www.politico.eu/article/meps-adopt-resolution-condemning-polands-abortion-bill/

https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/TA-9-2020-0336_PL.html

https://wydarzenia.interia.pl/swiat/news-nieme-szaty-krolowej-demonstracja-przed-parlamentem-europejs,nId,4876967

Autorka: Marta Pabian, członkini Koła Zielonych w Brukseli oraz Rady Programowej ds. Kobiet

Choć debata w kraju  na temat tego, czy Polska powinna przystąpić do strefy euro utknęła i za rządów PiSu raczej nie ruszy do przodu, to samo euro być może już niedługo bardzo się zmieni. Choć transakcje gotówkowe wciąż stanowią przeważającą część płatności, nowe technologie oraz popyt na szybkie transakcje ze strony konsumentów sprawia, że cyfrowe waluty zyskują coraz bardziej na popularności. Europejski Bank Centralny (EBC) już od jakiegoś czasu prowadzi badania nad potencjalnymi konsekwencjami wprowadzenia cyfrowego odpowiednika wspólnej waluty. Kilka tygodni temu EBC opublikował pierwszy raport na ten temat, aby rozpocząć debatę o szansach i wyzwaniach związanych z cyfryzacją euro. Raport ma posłużyć za przyczynek do dyskusji z innymi instytucjami europejskimi oraz obywatelami Unii.

Cyfrowe euro byłoby zobowiązaniem Eurosystemu (systemu banków centralnych strefy euro) funkcjonującym w postaci zapisu elektronicznego. Nie miałoby jednak zastąpić fizycznej waluty funkcjonującej obecnie a zostać wprowadzone równolegle do niej, aby umożliwić obywatelom Unii posługiwanie się cyfrowym odpowiednikiem w zależności od ich potrzeb. Raport wymienia kilka potencjalnych zalet. Cyfrowe euro dałoby dostęp konsumentom do bezpiecznej formy płatności za pośrednictwem cyfrowej waluty – nie musieliby oni polegać na pieniądzu elektronicznym albo kryptowalutach, takich jak Bitcoin. Wprowadzenie cyfrowego euro może okazać się w pewnym momencie koniecznością, na przykład gdyby doszło do drastycznego zmniejszenia się częstotliwości użycia gotówki, którą zastąpiłyby prywatne lub inne zagraniczne waluty cyfrowe. W wymiarze ekologicznym, cyfrowa waluta mogłaby przyczynić się do redukcji kosztów związanych z wytwarzaniem fizycznego pieniądza oraz zmniejszyć ślad węglowy systemów monetarnych i płatniczych.

Raport nie wspiera konkretnego kierunku rozwoju cyfrowego euro, a raczej zarysowuje ogólne zasady, takie jak bezpieczeństwo, pewność obrotu, wydajność czy ochrona prywatności, która taka waluta powinna spełniać, niezależnie od technologii w oparciu, o którą powstanie. EBC zaznacza też, że choć odpowiedzialność za emisję i funkcjonowania waluty pozostałaby kompetencją banków centralnych uczestniczących w Eurosystemie, sektor prywatny miałby do odegrania dużą rolę przy tworzeniu usług dla konsumentów, nowych modeli biznesowych i innowacyjnych zastosowań.

KOMENTARZ AUTORA: Praca nad cyfrowym euro dopiero się rozpoczyna i w najbliższych latach przeprowadzić trzeba będzie wiele badań i analiz nad taką formą pieniądza emitowanego przez EBC, zanim będzie można poważnie rozważać jego wprowadzenie. Niemniej jednak kierunek rozwoju rynków finansowych oraz preferencji konsumentów w stronę coraz szybszych systemów płatniczych oraz zwiększający się udział transakcji bezgotówkowych sprawiają, że wizja wprowadzenia takiej waluty staje się coraz bardziej realistyczna. W kontekście polskich dyskusji nad wadami oraz zaletami wejścia do strefy euro, istnienie jego cyfrowego odpowiednika stałoby się kolejnym argumentem na rzecz takiej akcesji. Polskie systemy płatnicze i bankowe musiałby się dzięki temu stać w pełni kompatybilne z nowym systemem, co przyspieszyłoby prace nad ich unowocześnieniem i rozwojem, a Polkom i Polakom dało dostęp do nowego systemu płatności i rozliczeń finansowych.

Choć w teorii można by oczywiście kontemplować wprowadzenie cyfrowej złotówki przez Narodowy Bank Polski to w praktyce polski bank centralny zdaje się być w tym zakresie całkowicie nieprzygotowany. Poseł Lewicy Przemysław Koperski złożył w tej sprawie interpelację do Ministerstwa Finansów we wrześniu tego roku. Z otrzymanej odpowiedzi wynika dość jasno, że wprawdzie NBP rzekomo obserwuje rozwój wydarzeń w tym obszarze, to “[NBP] nie współpracuje w zakresie prac analitycznych, badawczych czy pilotażowych dotyczących emisji [cyfrowego pieniądza] z  podmiotami zewnętrznymi, w tym z innymi bankami centralnymi. Nie prowadzi również samodzielnie prac nad wprowadzeniem [tego typu waluty] w Polsce”. To niestety kolejny przykład cywilizacyjnego dryfu w jaki w ostatnich latach wpadł nasz kraj i póki co musimy zadowolić się stawianiem potiomkinowskich wiosek w postaci “miliona aut elektrycznych polskiej produkcji do 2025 r.” i tym podobnych.

Źródła: Report on a digital euro; Odpowiedź na interpelację

Autor: Mateusz Krauze, członek Koła Zielonych W Brukseli oraz Rady Programowej ds. Gospodarczych

Jak wszyscy wiemy, Polska i Węgry postanowiły zawetować unijny budżet. Politycy polscy i węgierscy pokrzykują, że nie zgodzą się na żaden kompromis i te pieniądze nie są nam wcale potrzebne. Przyjrzyjmy się zatem kolejnym etapom negocjacji i co nas czeka, w przypadku gdy weto nie zostanie wycofane.

Negocjacje zakulisowe toczą się już od dnia, gdy Polska i Węgry zgłosiły weto. Niemcy, ktore w tym semestrze przewodnicza obradom Rady Europejskiej, za punkt honoru postawiły sobie doprowadzenie do kompromisu i przyjęcia przez wszystkie Państwa członkowskie pakietu opiewającego na 1,8 bilionów euro, na który składają się Wieloletnie ramy finansowe na lata 2021 – 2027 (1,1 biliona euro) oraz nowo utworzony Fundusz Odbudowy (750 miliardów euro). W najbliższym tygodniu w dniach 10 – 11 grudnia odbędzie się ostatni już w tym roku szczyt europejski i stawka tych negocjacji jest bardzo wysoka, a wynik bardzo niepewny.

Orban i Morawiecki upierają się przy swoim stanowisku, że nie zgodzą się na pakiet w obecnym kształcie, dopóki zapisy o praworządności nie zostaną usunięte albo rozwodnione. Tymczasem, Parlament Europejski oraz część Państw członkowskich głośno mówi, że porozumienie o wprowadzeniu mechanizmu praworządności zostało podpisane i nie można go zatem zmieniać. Merkel puszcza natomiast oczko do Morawieckiego i Orbana, że niewielkie ustępstwa na rzecz Polski i Węgier są możliwe, ale tylko pod warunkiem przyjęcia budżetu i Funduszu Odbudowy. Premier Portugalii, która po Niemcach obejmie prezydencję, ma za to dużo twardsze stanowisko. W Unii pojawiają się już głosy, żeby nie oglądać się na Polskę i Węgry i niezależnie stworzyć mechanizm wzmocnionej współpracy, który de facto zastąpiłby proponowany Fundusz Odbudowy. Jedyna niepewność, jaka się pojawia, to co zrobic z udziałem przypadającym na te dwa kraje. A mówimy o niemałych kwotach! Według wstępnych wyliczeń, Polsce mogłoby przypaść 57 miliardów, z czego aż 23 miliardy w bezpośrednich dotacjach, a reszta w tanich pożyczkach.

Polsko-węgierskie weto pokrzyżowało plany przyjęcia budżetu na kolejny rok. Termin na jego zatwierdzenie przez Parlament Europejski oraz państwa członkowskie upływa…7 grudnia!Taka sytuacja zdarza się po raz pierwszy od 1988 roku! Najprawdopodobniej zatem, od 1 stycznia Unia będzie funkcjonować na podstawie prowizorium budżetowego. W praktyce oznacza to, że na każdy miesiąc będzie przypadać maksymalnie taka kwota jak w ramach obecnie obowiązującego budżetu. Żadna nowa inicjatywa, czy pozycja budżetowa nie będzie mogła zatem zostać sfinansowana. Możemy zatem zapomnieć o nowych projektach w ramach Polityki Spójności, czy nowego Horyzontu. A budżet nowej Polityki Spójności na lata 2021-2027 to rekordowe 330 miliardy euro, z których duza czesc mogłaby trafić do Polski. Czy PiS będzie w stanie przejść obojętnie obok tak dużych kwot, które są na wyciągnięcie ręki i na pewno pomogłyby rządzącym wyciszyć niezadowolone głosy i złagodzić skutki pandemii? O tym przekonamy się już w najbliższym tygodniu!

Źrodla: https://www.euractiv.com/section/economy-jobs/news/commission-considers-options-for-recovery-fund-without-hungary-and-poland/

https://www.theparliamentmagazine.eu/news/article/commission-warns-of-significant-spending-cuts-if-no-agreement-reached-on-eu-budget

https://www.politico.eu/article/how-europe-can-bypass-poland-and-hungarys-vetoes/

Autorka: Aleksandra Barańska, członkini Koła Zielonych w Brukseli, oraz Rady Programowej ds. Tranformacji Energetycznej

Europejskie organy regulacyjne odroczyły formalne oceny dwóch najskuteczniejszych szczepionek przeciwko koronawirusowi, opóźniając dystrybucję szczepionek Pfizer/ BioNTech i Moderna w krajach UE na następny rok.

Europejska Agencja Leków (EMA) poinformowała, że planuje wydać opinię na temat szczepionki Pfizer/BioNTech na spotkaniu 29 grudnia. Jednak państwa członkowskie UE będą nadal potrzebować kilku dni na indywidualne zatwierdzenie decyzji organu regulacyjnego, co oznacza, że dystrybucja szczepionki jest mało prawdopodobna do początek stycznia. Regulator opóźnił również ocenę konkurencyjnej szczepionki Moderna do 12 stycznia.

Obie szczepionki miały zostać ocenione przez EMA 22 grudnia. Państwa członkowskich naciskają na EMA, aby nadążała za brytyjskimi i amerykańskimi organami regulacyjnymi.

Panel ekspertów z USA spotka się 10 grudnia, aby ocenić aplikację Pfizera, a tydzień później, aby omówić zgłoszenie dokonane przez Modernę. Ich zalecenia poinformują następnie, czy Urząd ds. Żywności i Leków da zielone światło.

Tymczasem, Brytyjska Agencja ds. Leków zatwierdziła szczepionkę 2 grudnia, czyniąc Wielką Brytanię pierwszym krajem na świecie, który autoryzował szczepionkę Pfizera/BioNTech.  To zdarzenie zostało oczywiście wykorzystane przez sympatyków Brexitu, do powiedzenia że to właśnie wyjście z Uni Europejskiej umożliwiło Wielkiej Brytanie takie szybkie działanie.

Jako to z sympatykami Brexitu bywa, prawda nieczęsto idzie w parze z ich retoryką. Jako, że Wielka Brytania jest jeszcze w fazie przejściowej występowania z Unii, była ona związana dokładnie takim samym reżimem prawnym jak wszystkie inne państwa członkowskie.

Szybkość decyzji brytyjskiej agencji wynika z tego, że zastosowała ona licencje „zezwolenia na stosowanie w nagłych wypadkach”, która była tradycyjnie stosowana do dopuszczania produktów medycznych w stanach nagłych, które nie zostały jeszcze zatwierdzone przez Europejską Agencję Leków (EMA). Ta procedura jest dostępna do stosowania we wszystkich państwach członkowskich, jednakże żadne inne się na nią nie zdecydowało z dwóch powodów.

Po pierwsze, procedura zastosowana przez władze brytyjskie daje spółkom całkowity immunitet od odpowiedzialności prawnej w sprawach cywilnych. Coś na co państwa członkowskie Unii Europejskiej nie chciały się zgodzić.

Po drugie, przyspieszona autoryzacja zaledwie kilka dni po ogłoszeniu wyników trzeciej fazy klinicznej nie pomogłaby w przekonaniu obywateli do szczepień. Ostatnie badania WHO wskazują, że około połowa populacji w niektórych krajach europejskich nie ma pewności co do szczepień przeciwko Covid-19. Europa jest najbardziej sceptycznym kontynentem na świecie, nie tylko jeśli chodzi o szczepionkę przeciwko Covid-19 ale szczepionki w ogóle.

 

KOMENTARZ AUTORA:

Rok 2020 jest rokiem ponownego odkrycia szerokiej wartości szczepień. 2021 będzie rokiem który zobaczy strumień szczepionek COVID-19 wchodzących na rynek. Jednak ich sukces będzie silnie zależeć od skutecznej komunikacji ze społeczeństwem.

Szczepionki uczą układ odpornościowy rozpoznawania części wirusa powodującej chorobę. Szczepionki tradycyjnie zawierają osłabione wirusy lub oczyszczone białka sygnaturowe wirusa. Jednakże, obecnie najbardziej zaawansowane szczepionki (Pfizer / BioNtech i Moderna) wykorzystują pionierską technologię mRNA.

W szczepionkach mRNA zamiast wstrzyknięcia białka wirusowego, osoba otrzymuje materiał genetyczny – mRNA – który koduje białko wirusa. Kiedy te instrukcje genetyczne są wstrzykiwane w ramię, komórki mięśniowe przekształcają je w białko wirusa bezpośrednio w organizmie.

Takie podejście naśladuje to, co SARS-CoV-2 robi w naturze – ale mRNA szczepionki koduje tylko krytyczny fragment białka wirusa. Daje to układowi odpornościowemu podgląd tego, jak wygląda prawdziwy wirus bez powodowania choroby. Ten podgląd daje systemowi odpornościowemu czas na zaprojektowanie potężnych przeciwciał, które mogą zneutralizować prawdziwego wirusa, jeśli osobnik kiedykolwiek zostanie zainfekowany. Chociaż to syntetyczne mRNA jest materiałem genetycznym, nie może zostać przekazane następnemu pokoleniu.

Przyspieszony rozwój szczepionki, ogólny sceptycyzm wobec szczepionek plus fakt, że wykorzystują one nowatorskie technologie oparte o materiały genetyczne, mogą wywołać duże obawy społeczne przeciw szczepieniami.

Przedstawiciele państw europejskich stoją przed arcytrudnym zadaniem przekonania ludności do tego, że szczepionki są bezpieczne. Od ich sukcesu zależy to ile żyć ludzkich uda się uratować i jak szybko nasze społeczeństwo i gospodarka może wracać do normalności.

To jak społeczeństwo ukierunkuje się do technologii mRNA może też ukierunkować perspektywy rozwoju produktów genomicznych w Europie. W opublikowanej w Listopadzie Strategii Farmaceutycznej Komisja Europejska wskazuje na potrzebę rewizji obecnego stanu prawnego, aby usprawnić możliwość wykorzystywania materiałów genetycznych w opracowywaniu produktów medycznych. Zieloni powinni już teraz rozpocząć wewnętrzną debatę na temat tego jak się ustosunkować do tej kwestii, gdyż produkty genomiczne najprawdopodobniej zmienią oblicze medycyny w przeciągu następnej dekady.

Autor: Jarek Świerczyna, współprzewodniczący Koła Zielonych w Brukseli, cżłonek Rady Programowej ds. Polityki Europejskiej i Zagranicznej

W tym wydaniu brukselskiego newslettera oczywiście nie mogło zabraknąć najgorętszego tematu ostatniego tygodnia, jakim był seksskandal z udziałem do niedawna prominentnego działacza węgierskiej partii władzy Fidesz i eurodeputowanego – Józsefa Szájera. Podejrzewam, że każdy zna na pamięć przebieg tego wydarzenia, tak więc w skrócie: w piątek 27/11 węgierski europoseł zaszczycił swoją obecnością 25-osobową gejowską seks-imprezę w centrum Brukseli, o wydarzeniu w środku pandemicznego lockdownu anonimowo poinformowano belgijską policję, po jej przyjeździe europoseł próbował uciec z budynku przez okno, zjeżdżając z rynny, nieszczęśliwie dla niego policja była szybsza, na deser dodam, że znaleziono przy nim ecstasy.

To niecodzienne wydarzenie stało się tematem numer 1 większości rozmów tego tygodnia. Skandal, jaki wybuchł, doprowadził do gwałtownego zakończenia politycznej kariery Józsefa Szájera, członka starej gwardii Fideszu i zaufanego Viktora Orbana, z którym znał się co najmniej od lat 90’. Oczywiście źródłem tego skandalu nie jest sam fakt uczestnictwa w gejowskim gangbangu, sprawa ta ma drugie dno, o którym nie można nie wspomnieć. Szájer, jako wpływowy członek prawicowego Fideszu, był architektem zmian w węgierskiej konstytucji zawężających definicję małżeństwa do par różnopłciowych, wcześniej węgierska konstytucja nie zawierała tej wzmianki. Zdefiniowanie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny było częścią szerszej nagonki na osoby LGBT+ prowadzonej przez rządzący Fidesz w imię „obrony wartości konserwatywnych i chrześcijańskich”, obecnie na przykład procedowany jest projekt wpisania do konstytucji Węgier zakazu adopcji dzieci przez osoby nieheteroseksualne.

Hipokryzja to słowo które najczęściej się słyszy w odniesieniu do tej sytuacji. Konserwatywny prawicowy polityk grzmiący od lat o religii czy tradycji przyłapany na gejowskiej seks-imprezie? Tego nie da się sensownie usprawiedliwić. Czy powinniśmy piętnować takie zachowanie? Moim zdaniem, właśnie z racji pełnionej do niedawna przez niego funkcji, jak najbardziej, o czym mówił niedawno Bart Staszewski w kontekście outowania prawicowych i homofobicznych polityków. Jeżeli jesteś homofobem i otwarcie atakujesz społeczność LGBT+, spodziewaj się, że takie pikantne szczegóły twojego życia prywatnego odbiegające nieco swoim charakterem od oficjalnie głoszonych poglądów staną się tematem publicznym, gdy ujrzą światło dzienne. Hipokryzja polityków powinna być nagłaśniana i piętnowana, szczególnie gdy działają oni otwarcie przeciwko określonym grupom obywateli, w tym przypadku osobom LGBT+, niezależnie od tego czy podpierają to „chęcią ochrony tradycyjnych wartości”, czy wycierają sobie gęby innymi frazesami.

Z drugiej strony, nie jest to pierwszy przypadek prawicowego polityka oficjalnie homofobicznego, a w prawdziwym życiu nieżyjącego tak tradycyjnie, jak by się można było spodziewać. Z europejskiego podwórka, nieżyjący już austriacki polityk neonazistowskiej FPÖ, Jörg Haider, prowadził podwójne życie, oficjalnie jako przykładny mąż i ojciec, nieoficjalnie bywający na gejowskich imprezach i mający romans z mężczyzną. Media za oceanem bardzo często informują o homofobicznych politykach Partii Republikańskiej, kaznodziejach czy piewcach „leczenia homoseksualizmu” posiadających męskich kochanków i lubujących się w gejowskich orgiach, gdzie wybór narkotyków przyćmiłby niejeden berliński klub techno.

Ciekawie prezentuje się kwestia różnego przekazu medialnego w rodzimych Węgrzech i reszcie Europy. Podczas gdy media niewęgierskie informowały o całym zajściu nie oszczędzając czytelnikom i słuchaczom szczegółów, większość portali informacyjnych w kraju byłego już europosła Szájera przekazywała informacje szczątkowe i celowo okrojone. Na przykład węgierskie media publiczne poinformowały o całym zdarzeniu tylko i wyłącznie jako „złamaniu obostrzeń pandemicznych”, w ogóle nie wspominając o drobnym szczególe, jakim była gejowska orgia, w której uczestniczył eks-eurodeputowany, a fakt niemalże błyskawicznego zakończenia przez niego kariery politycznej wyjaśniły mętnie „powodami osobistymi”. Mimo że sytuacja polityczna w Polsce daleka jest od idealnej, na szczęście nad Wisłą wciąż istnieją wolne media i podobna sytuacja z udziałem polityków rządzącego PiS-u raczej byłaby szeroko opisywana w różnych tytułach prasowych.

Myśleliśmy, że w 2020 r. już nic nie będzie mogło nas bardziej zaskoczyć, ale końcówka tego roku brutalnie wyprowadziła nas z tego błędu. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon serialu Ziemia, ten ustawił poprzeczkę bardzo wysoko.

Autor: Dominik Kulczyński, członek koła Zielonych w Brukseli

Nad dawnym uzdrowiskiem – Opolno-Zdrój, wisi widmo zniszczenia. Znajdująca się w pobliżu kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego Turów może pochłonąć znaczną część miasta, nieodwracalnie burząc zabytkowe domy. Greenpeace działa na rzecz powstrzymania procesu rozbudowy odkrywki i apeluje do Ministra Kultury o wpisanie cennych budynków do rejestru zabytków. W ratowanie Opolna-Zdroju zaangażował się również pisarz Filip Springer.

Właściciel kopalni odkrywkowej Turów, spółka PGE GiEK, ubiega się o możliwość ekspansji i przedłużenie działalności do 2044 roku. Oznacza to nie tylko kontynuację destrukcyjnego wpływu kompleksu energetycznego na klimat i środowisko.

PGE promuje się jako zielony i odpowiedzialny koncern, a jednocześnie bez mrugnięcia okiem planuje przez kolejne ćwierć wieku wydobywać węgiel brunatny, przy okazji równając z ziemią połowę unikalnej w skali kraju zabytkowej miejscowości uzdrowiskowej Opolno-Zdrój. Tymczasem, aby uniknąć najbardziej katastrofalnych skutków kryzysu klimatycznego konieczne jest odejście od spalania węgla do 2030 r. Oznacza to, że w ciągu najbliższych 10 lat zarówno odkrywka, jak elektrownia Turów powinny zakończyć swoją działalność, a nie ubiegać o możliwość dalszej ekspansji – mówi Anna Meres, koordynatorka kampanii klimatycznych z Greenpeace Polska.

Greenpeace, będący stroną w postępowaniu odwoławczym w sprawie wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach dla rozbudowy kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów, został poinformowany przez Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska o przedłużeniu postępowania w tej sprawie do 29 stycznia 2021 roku. Greenpeace podkreśla, że rozbudowa odkrywki Turów odbywa się za wszelką cenę – bez względu na koszty środowiskowe, klimatyczne, a także społeczne. Jest ona również nonsensem z ekonomicznego punktu widzenia.

Za dekadę prąd z węgla brunatnego będzie najdroższy w UE, same opłaty za emisję CO2 rozłożą na łopatki turowski kompleks energetyczny i doprowadzą do jego niekontrolowanego upadku. Wiara w miraż kolejnych 25 lat wydobywania i spalania węgla w Turowie to recepta na katastrofę gospodarczą Bogatyni i całego powiatu zgorzeleckiego – analogiczną jak w przypadku Wałbrzycha w latach 90. Te pomysły są sprzeczne nie tylko z polityką klimatyczną Unii Europejskiej, ale także z polską racją stanu, bo pozbawią mieszkańców Dolnego Śląska szans na otrzymanie środków z funduszu sprawiedliwej transformacji – które mogłyby posłużyć np. na rewitalizację zabytków dawnego uzdrowiska Opolno-Zdrój – wyjaśnia dr hab. Leszek Pazderski, ekspert ds. polityki ekologicznej z Fundacji Greenpeace Polska.

Opolno-Zdrój rozwinęło swoją działalność uzdrowiskową w połowie XIX w., dzięki odkryciu wód leczniczych. Na przełomie XIX i XX w. powstawały tu kolejne zakłady kąpielowe, hotele i pensjonaty, w których rocznie przebywało około 1000 kuracjuszy, pochodzących głównie z Saksonii, Śląska i Czech. Niestety odkrywka doprowadziła do zaniku wód zdrojowych, a uruchomienie Elektrowni Turów znacząco zanieczyściło powietrze, przez co Opolno-Zdrój nie reaktywowało swojej działalności po wojnie. Po dawnej świetności zostały jednak liczne zabytki architektury, a Greenpeace zabiega o objęcie ich ochroną prawną poprzez wpis do rejestru zabytków. Postępowania w tej sprawie prowadzi Minister Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu Prof. Piotr Gliński oraz Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków. Dziś ruszyła akcja wysyłania apeli do ministra kultury o uratowanie Opolna-Zdroju przed zniszczeniem. W obronę tej perły architektury uzdrowiskowej przed wyburzeniem zaangażował się również Filip Springer, znany pisarz i reportażysta.

W historii architektury zapisana jest historia ludzi, którzy żyją w danym miejscu. W Opolnie-Zdrój ta historia sięga XV wieku. Trudno sobie wyobrazić, że ona się skończy w wieku XXI, tym, że kopalnia postanowiła wydobywać węgiel, który zaraz i tak musimy przestać wydobywać i eksploatować. To jest absurdalne, że na poczet krótkowzroczności, krótkoterminowych korzyści decydujemy się wymazać historię, która sięga kilku wieków wstecz – mówi Filip Springer.

Link do apelu: https://act.gp/opolno-zdroj

Źródło: Greenpeace Polska


 

Covid-19 doprowadził do największej recesji gospodarczej od czasów II wojny światowej. Rządy zdecydowały się na wprowadzenie miliardów dolarów i euro do gospodarki, a także na przejęcie na siebie obowiązku wynagradzania milionów osób, chroniąc w ten sposób ich miejsca pracy. Państwa członkowskie UE po raz pierwszy zgodziły się na zaciągnięcie wspólnego długu. Krokom tym towarzyszyły śmiałe deklaracje: polityka cięć i zaciskania pasa miała odejść do lamusa, podobnie jak i globalizacja, Unia Europejska z kolei miała uczynić ogromny krok w stronę federalizacji. Czy żyjemy w czasach zmiany paradygmatu ekonomicznego? Na temat prognoz ekonomicznych dla Europy, funduszu odbudowy oraz tego co potrzebujemy dla ekologicznej i cyfrowej transformacji kontynentu rozmawiamy z Guntramem Wolffem, dyrektorem think tanku Breugel.

Roderick Kefferpütz: Koronawirus miał olbrzymi wpływ nie tylko na nasze zdrowie, ale również na gospodarkę w związku z rozlicznymi lockdownami. Co nas jeszcze czeka? W jaki sposób szok pandemii wpłynie na najbliższe lata?

Guntram Wolff: To największy kryzys od czasu II wojny światowej, z którego wciąż jeszcze zresztą nie wyszliśmy. Obserwujemy obecnie bardzo kruchą odbudowę gospodarczą – stopniową i niezwykle ostrożną. Tak też pozostanie aż do momentu, w którym dostępna będzie szczepionka. Wzorce produkcji i konsumpcji pozostaną zmienione aż do czasu jej upowszechnienia. Kondycja gospodarki pozostanie słabsza niż prognozowane dla niej trendy aż do roku 2022. Nawet w momencie, gdy szczepionka w końcu się pojawi, powrót do normy zajmie nam nieco czasu.

Czy na horyzoncie czeka na nas kryzys na rynku pracy?

To kluczowe pytanie. Obawiam się, że w tej materii najgorsze wciąż może być przed nami. Stanowcza odpowiedź Unii Europejskiej oraz zakończone sukcesem mechanizmy wspierania zatrudnienia były w stanie ustabilizować rynki pracy w Europie. Nie będą jednak w stanie chronić miejsc pracy w nieskończoność. Nie wiemy też, jak wiele firm zdecyduje się w przyszłym roku na ogłoszenie bankructwa, co dla pozostających w gotowości do świadczenia pracy oznaczać będzie przejście na bezrobocie. To realne ryzyko, przed którym stoimy.

Uważasz, że unijny pakiet na rzecz odbudowy stanowi wystarczającą odpowiedź? 

Najważniejszym krótkoterminowym celem działań na rzecz odbudowy powinno być stymulowanie popytu. Nie jest to jednak zadanie dla unijnego pakietu, lecz dla instytucji finansowych państw członkowskich, pożyczających pieniądze na rynkach finansowych w celu wsparcia swoich gospodarek. Celem pakietu unijnego powinno być umożliwienie i ułatwienie tego procesu. Plan „Next Generation EU” stara się pomóc krajom z gorszą sytuacją gospodarczą i większymi poziomami zadłużenia, które mogą nie mieć niezbędnej przestrzeni fiskalnej dla pobudzania popytu. Pomaga tym krajom w pożyczaniu i wydawaniu pieniędzy na swoją odbudowę, pełniąc w tych procesach funkcję pomocniczą. Nie powinniśmy jednak myśleć o tym narzędziu jako o czymś krótkoterminowym i przeciwcyklicznym, jako że na wypłaty środków jeszcze chwilę poczekamy.

Jak oceniasz ten pakiet pod kątem jego kształtu oraz wysokości? 

Patrząc się na jego wysokość musimy przyznać, że ten pakiet jest istotnym narzędziem o odpowiedniej skali. Niektóre kraje Europy środkowej i wschodniej otrzymają zastrzyk przekraczający 10% ich PKB, zaś w wypadku krajów południa kontynentu, takich jak Grecja czy Cypr, sięgnie on od 5 do 8% ich PKB. To znaczący transfer finansowy, który pomoże tym krajom w utrzymaniu się na powierzchni. Dodatkowo pakiet ten przyczynia się do obniżenia poziomu stóp procentowych. Rynki finansowe przyjęły go z zadowoleniem, uznając za znak jedności i stabilności Europy, co z kolei pomogło w ograniczaniu skali spreadów. Fakt ten znacząco pomaga krajom, pożyczającym duże sumy pieniędzy.

Znacznie trudniej ocenić jakość tego pakietu ratunkowego. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zostanie on wdrożony. Towarzyszą mu wielkie słowa – ma bowiem być „zielony”, „cyfrowy” i „społeczny” – wciąż jednak brak sprawnej struktury zarządczej która by zapewniła, że pieniądze wydatkowane będą w dobry sposób.

Jej kształt jest wciąż przedmiotem negocjacji. Propozycja, co do której jest zgoda w Radzie Europejskiej, brzmi na zbyt ogólną i technokratyczną. Rzecz jasna jej elementem będzie musiał być proces technokratyczny – mechanizm koordynacji prowadzonych polityk na bazie Semestru Europejskiego – ale unijny pakiet ratunkowy potrzebuje dziś przede wszystkim odpowiedzialności politycznej. Parlament Europejski będzie musiał uważnie patrzeć na sposób wydatkowania fundusz, a w skrajnych przypadkach mieć możliwość wstrzymania ich wpłacania. Unijne pieniądze wymagają odpowiedzialności politycznej na szczeblu unijnym.

Czy państwa członkowskie będą w stanie wykorzystać te pieniądze na gotowe do realizacji projekty?

To ważna wątpliwość. Niektórym państwom członkowskim ciężko będzie je wydawać. Włochy, Hiszpania czy Chorwacja potrzebowały sporo czasu na to, by wykorzystać przeznaczone dla nich fundusze strukturalne. Często nie udaje im się to nawet w trakcie siedmioletnich, wieloletnich ram finansowych UE. Nasza analiza w Breugelu wskazała, że krajom takim jak Włochy udaje się wydać około 40% przeznaczonych dla nich pieniędzy w ciągu wspomnianych siedmioletnich ram. Teraz z kolei unijny pakiet odbudowy stawia sobie za cel szybkie wydanie tych pieniędzy, co z kolei odbić się może na jakości wydawania środków. To dylemat, z którym właśnie się mierzymy.

Niektórzy argumentują, że pakiet odbudowy stanowi dla Europy jej „moment hamiltonowski”, przywołując słynny spór między Alexandrem Hamiltonem i Thomasem Jeffersonem z roku 1790, który przemienił Stany Zjednoczone z luźnej konfederacji w realną federację polityczną. Zgadzasz się z tą opinią?

To bardzo górnolotna deklaracja. Wspomniany pakiet jest oczywiście istotnym wydarzeniem, ale trudno go porównać z tym, co Hamilton zrobił z USA. Jest on istotny, bo zmienia charakter unii walutowej poprzez stworzenie mechanizmu zabezpieczającego, pozwalającego na transfer pożyczanych pieniędzy do państw dotkniętych pandemią. To mechanizm kryzysowy tworzący precedens, dzięki któremu możliwe stanie się jego wykorzystanie w kolejnych wypadkach głębszych recesji, porównywalnych do kryzysu finansowego z minionej dekady.

Czy kiedykolwiek spłacimy te wielkie sumy pieniędzy?

To źle postawione pytanie. Prawdziwe pytanie brzmi następująco: czy kiedykolwiek powinniśmy spłacić te pieniądze? Rada Europejska tego sobie życzy, jednak moim zdaniem za siedem lat, gdy nadejdzie czas na dyskutowanie spłaty w ramach negocjowania kolejnego unijnego budżetu (ram finansowych, rozpoczynających się od roku 2028), zapadnie decyzja o przełożeniu spłaty o kolejne 7 lat. Będzie to słuszna decyzja, jako że dług ten jest tani, długofalowy i pomocny. Pomaga on w stworzeniu wspólnego, europejskiego rynku zadłużenia i kapitału, wzmacnia również międzynarodową pozycję wspólnej waluty.

Nie widzę żadnego powodu do spłacania tego długu. Spójrz na dług na szczeblu krajowym – niemal nigdy nie jest on spłacany, a jedynie rolowany. Koniec końców chodzi o wykorzystanie wzrostu gospodarczego do wychodzenia z zadłużenia.

Ale co z inflacją?

Jaką znowu inflacją? Nie ma jej. Na żadnym rynku finansowym nie widać śladów, mogących sugerować ryzyko inflacyjne. Wręcz przeciwnie – wszystkie wskaźniki rynkowe wskazują na silnie deflacyjny charakter obecnej pandemii.

A zatem z ekonomicznego punktu widzenia nie ma co się martwić o to, że w wyniku unijnego pakietu na rzecz odbudowy zetkniemy się z problemem długu czy inflacji. A co, jeśli chodzi o wybory polityczne? Zadłużenie oraz związana z nią polityka cięć i zaciskania pasa doprowadziła do powstania głębokiego rozdźwięku między Północą i Południem. Uważasz, że ten pakiet unijny może w najbliższych latach na nowo obudzić dyskusję o długu, która zagrażać będzie jedności kontynentu?

Zgadza się. Obawiam się, że Unia nie stworzy silnych mechanizmów zarządczych, zapewniających odpowiedzialność za swe działania. W rezultacie możemy mieć do czynienia z sytuacją, że nowe pieniądze wpłyną na perspektywy wzrostu gospodarczego czy zrównoważonego rozwoju w mniejszy niż oczekiwany sposób. Jasno widać w jaki sposób taki obrót spraw może stać się paliwem dla oponentów tego typu unijnych mechanizmów wydatkowych – szczególnie na północy Europy. Szczególnie istotne w tej układance są Niemcy. Zmiana oficjalnego stanowiska przez rząd Angeli Merkel była olbrzymim krokiem na drodze do ich powstania. Kiedy zaczną pojawiać się doniesienia o nieadekwatnym wydawaniu wspólnych środków szybko może się okazać, że dyskusję zdominuje przekonanie o tym, by nigdy już nie decydować się na użycie takich mechanizmów.

Wspomniałeś, że pakietowi odbudowy towarzyszy szereg górnolotnych haseł, związanych z potrzebą transformacji ekologicznej i cyfrowej. Jak bardzo pakiety tego typu służyć powinny kreowaniu aktywnej polityki przemysłowej?

To jedno z tych trudnych pytań, na które bardzo chciałbym mieć dobrą odpowiedź. W chwili obecnej dyskusja na temat europejskiej polityki przemysłowej ma bardzo niejednoznaczny charakter. Nie ma ona jasno sformułowanych ram, celu czy orientacji – mamy do czynienia z szeregiem pojedynczych dokumentów, które nie składają się na spójną strategię. W niektórych obszarach jasno widać potrzebę aktywnej polityki przemysłowej. Przykładem może być transformacja ekologiczna, mająca kluczowe znaczenie dla naszej przyszłości. Aby zatrzymać niekontrolowane zmiany klimatu musimy mieć dostęp do wszystkich niezbędnych zielonych technologii.

Wycenianie dwutlenku węgla samo z siebie nie wystarczy. Musimy uzupełnić je zieloną polityką przemysłową, która będzie w stanie zapewnić nam dostęp do niezbędnych technologii i wesprzeć opracowywanie nowych modeli biznesowych szybciej, niż gdyby działania te pozostawały w wyłącznej gestii rynku. Europa musi w tym wypadku poczynić realny postęp.

Jestem bardziej sceptyczny, jeśli chodzi o transformację cyfrową. Jak miałaby wyglądać cyfrowa polityka przemysłowa? Potrzebujemy rzecz jasna regulacji, polityki inwestycyjnej czy tworzenia odpowiednich ram dla jej działania. Co jeszcze byłaby jednak taka polityka w stanie zaproponować? Niektórzy decydenci przebąkują o stworzeniu europejskiej chmury – kto jednak by ją stworzył i nią zarządzał? Państwo nie jest dobrym przedsiębiorcą, scenariusz ten nie wydaje mi się zatem realny.

Przekonujesz, że państwo nie jest dobrym przedsiębiorcą, ale w kontekście pandemii odegrało niebagatelną rolę w gospodarce. Czy w najbliższych latach ograniczy ono swoją rolę i dopuści choć trochę, znanej od Schumpetera, „kreatywnej destrukcji”?

To jasne, że państwo ma w trakcie tej pandemii do odegrania olbrzymią rolą. Jego kluczową funkcją jest zapewnienie stabilności w okresie dużego niepokoju jako „pożyczkodawca ostatniej szansy”, wspierający sektor prywatny. To, co instytucje publiczne robiły od początku tej pandemii jest absolutnie adekwatne. Schumpeter nie uważał, by państwo miało się cofać w momencie historycznych szoków w popycie i podaży, pozwalając na zniszczenie olbrzymiej części już istniejącego kapitału. Przekonywał do tworzenia konkurencyjnego otoczenia, w którym nowe firmy mają szansę na powstanie, a te nieproduktywne mogą za pomocą konkurencji zostać wypchnięte z rynku.

Wkraczając w rok 2022 będziemy musieli sprawdzić, czy państwo wciąż pełni tak dominującą rolę, że trudno jest się wybić nowym firmom. Aktualnie nie są one w stanie zaistnieć z powodu pandemii i recesji. Na którym etapie jednak nadejść ma czas na skurczenie poziomów wsparcia publicznego i publicznej własności? To rozmowa, która będzie nas jeszcze czekać, jako że zadaniem państwa nie jest zarządzanie dużymi firmami. To skurczenie roli sektora publicznego będzie nas w którymś momencie czekało, nie sądzę jednak, byśmy byli w tym momencie. To rozmowa bardziej na przełom roku 2021 i 2022. 

W trakcie tej pandemii zobaczyliśmy na własne oczy, jak kruche są międzynarodowe łańcuchy dostaw. Czy stanowi ona szansę na promowanie przez państwo relokalizacji produkcji?

Nie. Relokalizacja produkcji nie jest odpowiedzią z prostego powodu – sprawia, że towary stają się droższe. Będziemy musieli zwiększyć naszą odporność na tego typu kryzysy, musi ona jednak być osiągnięta w najbardziej efektywny kosztowo sposób. Możemy chociażby zwiększyć nasze zapasy krytycznych dóbr, takich jak zapasy medyczne, albo też postarać się o większą dywersyfikacje dostawców. Zdecydowanie się na zamknięcie granic i produkowanie wszystkiego w ramach własnej gospodarki wiązałoby się jednak z ogromnym szokiem cenowym o kiepskich skutkach dla naszego dobrobytu i kondycji ekonomicznej.

Czyli nie czeka nas powrót produkcji paracetamolu do Europy, jak apeluje francuski prezydent Emmanuel Macron?

Omówmy tę kwestie na przykładzie maseczek – produktu, którego bardzo brakowało nam przez pierwsze dwa miesiące kryzysu. Wydaje się zasadne, by Europa miała ich większe zapasy. Czy jednak ma sens rozpoczynanie ich produkcji na kontynencie w sytuacji, gdy kosztowałaby 3 euro za sztukę, czy kupować ze z Chin po 3 eurocenty za sztukę? Nie możemy zapominać o kosztach naszych decyzji politycznych. W tym wypadku lepszą opcją wydaje się zwiększenie zapasów i, być może, znalezienie drugiego poza Chinami dostawcy. Unia Europejska jest dziś eksporterem netto dóbr medycznych – czy na serio chcemy być bardziej protekcjonistyczni i zagrozić naszemu eksportowi?

Globalna gospodarka weszła w fazę geopolityczną, w której coraz silniej łączą się ze sobą kwestie ekonomiczne oraz te, związane z bezpieczeństwem. Bardzo możliwe, że skupianie się na efektywności cenowej może wiązać się z realnymi kosztami geopolitycznymi. Jeśli na przykład jedyną kwestią ma być cena, wówczas Huawei powinien móc budować swe sieci 5G.

Musimy na serio brać pod uwagę kwestie, związane z bezpieczeństwem, czego nie robiliśmy do tej pory w dostateczny sposób. Szczególnie w kwestiach infrastrukturalnych źle by się stało, gdybyśmy zależeli tylko od jednego dostawcy. Jeśli istnieją uzasadnione obawy o bezpieczeństwo istniejącej infrastruktury to jest to wyzwanie, na które musimy pilnie odpowiedzieć.

Zgadzam się również ze stwierdzeniem, że uzależnienie od innych krajów w zakresie importu kluczowych zasobów, takich jak minerały ziem rzadkich, musi zostać wzięte pod lupę, co doprowadzić powinno do znalezienia ich alternatywnych dostawców.

Chęć zupełnego odseparowania Europy od innych gospodarek jest jednak czymś politycznie i ekonomicznie niebezpiecznym. Niebezpiecznym dla gospodarki, bo ogranicza przyszłe możliwości ekonomiczne. Niebezpiecznym politycznie, bo tego typu luzowanie więzi zwiększa ryzyko konfrontacji militarnej. Zamiast tego scenariusza państwa członkowskie powinny wypracowywać wspólne, silniejsze stanowisko, umożliwiające im działania, zwiększające koszty ewentualnych gier geopolitycznych ich partnerów handlowych. Innymi słowy potrzeba nam lepszych, unijnych narzędzi prześwietlania inwestycji, konkurencyjności i pomocy publicznej, jak również silniejszej, międzynarodowej roli dla euro i polityki zagranicznej UE.

Rok 2020 pokazał, jak ważne znaczenie odgrywają sektory, takie jak ochrona zdrowia. Czy pandemia nie pokazała potrzeby szerszego przemyślenia naszych priorytetów gospodarczych? 

Zgadzam się z tym, że już czas na dyskusję nad tym, co naprawdę ważne dla społeczeństwa oraz na zwrócenie większej uwagi na kwestie dobrobytu i jakości życia. Jednym z elementów, na które musimy zwrócić uwagę, są wskaźniki – a właściwie ich brak. Nie mierzymy dziś wpływu rozwoju pandemii na szczeblu europejskim. Eurostat – instytucja odpowiedzialna za dostarczanie danych statystycznych na temat państw członkowskich – nie dysponuje wskaźnikami na ten temat. Byłoby czymś niezmiernie pożytecznym, gdybyśmy przeszli od codziennego zerkania na wysokość PKB w stronę analizowania szerszego obrazu: poziomów nierówności, emisji gazów cieplarnianych czy zabezpieczeń społecznych. Wskaźniki stanu środowiska, zdrowia, społeczeństwa czy nierówności powinny w znaczący sposób wpływać na debatę społeczną i kształtowanie polityk publicznych.

Artykuł „Europe’s New Reality: Covid Economics, Debt and the Future of Trade” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. lmelda / Unsplash

Mobilizacja młodzieży wstrząsnęła sceną polityczną zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Strajki klimatyczne, Extinction Rebellion i organizacje, którym przewodzi młodzież, sprawiły, że zmiana klimatu stała się jednym z najważniejszych tematów politycznych debat, a także pomogły Zielonym odnieść znaczące sukcesy w wielu częściach Europy. Jednak w wielu krajach położonych na wschodzie i południu kontynentu mobilizacja ta była mniejsza, zarówno pod względem skali, jak i ilości protestów, i nie była w stanie spowodować zmiany tradycyjnych priorytetów politycznych dyskusji. Vanessa Lošić i Luka Gudek rozmawiają z aktywistkami, pytając, dokąd zmierza polityka klimatyczna w Chorwacji.

Chorwacja jest jednym z tych krajów. W tym najnowszym kraju członkowskim UE populacja jest starsza w porównaniu do średniej reszty regionu, a frekwencja wyborcza niższa, szczególnie wśród ludzi młodych.  Pomimo że mobilizacja młodzieży w ramach ruchu „Friday For Future” była relatywnie duża, kwestie ekologiczne nie przesunęły się znacząco w górę agendy politycznej. A zatem nie było dla nikogo zaskoczeniem, że w wyborach w 2019 r. kraj stracił swojego jedynego zielonego eurodeputowanego, Davora Skrleca. Był on członkiem partii Zelena Lista, która później przekształciła się w OraH, jedną z wielu małych chorwackich partii Zielonych.

Polityka klimatyczna w Chorwacji

Chorwacja od dawna zmaga się z wieloma problemami ekologicznymi. Raport Ministerstwa Ochrony Środowiska i Energii z marca 2019 r. pokazał, że największym źródłem emisji CO2 w  kraju jest obecnie produkcja energii, następnymi są transport samochodowy, przemysł, rolnictwo i odpady. Projekty takie jak terminal skroplonego gazu ziemnego na wyspie Krk i zanieczyszczenie powietrza w mieście Slavonski Brod, pochodzące z przygranicznej kopalni w Bośni i Hercegowinie, wywołały protesty społeczne i sprzeciw lokalnych społeczności.

Jakkolwiek mobilizacja przeciwko szkodliwym projektom energetycznym zakończyła się tylko częściowym sukcesem, pokazała ona, że obywatele Chorwacji dbają o swoje środowisko. Istotnie, aktywizm na rzecz ochrony środowiska jest najbardziej widoczny na szczeblu lokalnym, gdzie inicjatywa wypływa od tak zwanych zwykłych ludzi. Liczne w tym kraju grupy ekologiczne skupiają się przede wszystkim na rozliczaniu rządu – aktualnie pod przewodnictwem Chorwackiej Unii Demokratycznej (HDZ) –  z poszczególnych projektów lokalnych, nie zajmując się raczej szerszymi problemami, takimi jak zmiana klimatu.

„Jakkolwiek mobilizacja przeciwko szkodliwym projektom energetycznym zakończyła się tylko częściowym sukcesem, pokazała ona, że obywatele Chorwacji dbają o swoje środowisko”.

Jedyną organizacją, która koncentruje się na zmianie klimatu, jest ruch młodzieżowy „Friday For Future Chorwacja” (FFF, w Polsce „Młodzieżowy Ruch Klimatyczny”). Udało im się przyciągnąć uwagę opinii publicznej i wywołać reakcję ze strony rządu. Zdołali zmobilizować setki nastolatków i młodych dorosłych w całym kraju, lecz ich sukces dotyczy raczej wielkich miast niż mniejszych miejscowości i obszarów wiejskich. Powód tego stanu rzeczy leży częściowo w nieco klasowym charakterze zielonego ruchu politycznego. Aktywizm klimatyczny wymaga pewnego stopnia świadomości, a także podstawowej wiedzy naukowej, które są bardziej dostępne w wielkich metropoliach, takich jak Zagrzeb, podczas gdy większość populacji ma niewielki dostęp do tego typu edukacji i informacji.

Niemniej jednak, jeśli chodzi o FFF, panuje przekonanie, że na scenę polityczną wkracza nowy gracz – z nowymi metodami samoorganizacji, nowym modelem zaangażowania politycznego, wzmocniony przynależnością do wielkiego globalnego ruchu społecznego. Ich żarliwość umożliwiła im uzyskanie pewnego uznania ze strony istniejących organizacji ekologicznych i części opinii społecznej. Aby zbadać potencjał chorwackich ruchów młodzieżowych i ich zdolność do wprowadzenia ekologii politycznej do głównego nurtu, rozmawiamy z dwiema młodymi aktywistkami, Leą Šmigmator z „Friday For Future” i Mariją Miletą z „Zelenej akciji”, organizacji ekologicznej działającej już od kilku dekad.

Jakie są cele waszej organizacji i jakimi kwestiami głównie się zajmujecie?

Marija Mileta: Podstawowymi celami „Zelenej akciji” (ZA) są ochrona środowiska naturalnego i zrównoważony rozwój. Główne kwestie, jakimi się zajmujemy, to energia i zmiana klimatu, zarządzanie odpadami, ochrona zasobów naturalnych i dóbr wspólnych, transport i prawo ochrony środowiska, a także tematy takie jak zarządzanie przestrzenią publiczną. Zachęcamy członków i członkinie  naszego społeczeństwa do egzekwowania należnego im konstytucyjnego prawa do zdrowego środowiska i przyrody, i prowadzimy kampanię na rzecz aktywnego udziału obywateli w kształtowaniu polityki ochrony środowiska.

„Głównym celem FFF jest zmiana polityczna. Naszym celem tutaj, w Chorwacji – co może nas różnić od innych krajów – jest edukacja społeczeństwa, szczególnie młodych ludzi, na temat konsekwencji zmiany klimatu.

Lea Šmigmator: Głównym celem FFF jest zmiana polityczna. Naszym celem tutaj w Chorwacji – co może nas różnić od innych krajów – jest edukacja społeczeństwa, szczególnie młodych ludzi, na temat konsekwencji zmiany klimatu. Chcemy włączyć młodych ludzi w działalność polityczną i powiedzieć głośno, że domagamy się udziału w poszukiwaniu rozwiązań, że nie zamierzamy pozostać bierni. FFF działa od marca 2019 r. i współpracuje z większością organizacji działających na rzecz ochrony środowiska, praw zwierząt i  kwestii równościowych w Chorwacji. Do naszego ruchu należą głównie uczniowie i uczennice szkół średnich oraz studenci szkół wyższych

Czy jesteście organizacją polityczną?

Marija Mileta: ZA nie jest organizacją polityczną w sensie opowiadania się za konkretną partią. Jesteśmy pozarządowym, neutralnym politycznie, dobrowolnym obywatelskim stowarzyszeniem non-profit. Jednakże praca, którą wykonujemy, ma zdecydowanie charakter polityczny.

Lea Šmigmator: Absolutnie nie. Chcemy brać udział w podejmowaniu decyzji w sprawach egzystencjalnych – takich jak zmiana klimatu – ale nie jesteśmy organizacją polityczną. Grupy FFF w poszczególnych miastach są autonomiczne, ale kierują się kilkoma podstawowymi zasadami: protesty muszą być pozbawione przemocy, nie mogą służyć działalności zarobkowej, nie mogą mieć charakteru religijnego i są apolityczne. Bycie apolityczną oznacza dla mnie niewiązanie się z określonymi partiami, lecz po prostu działanie na rzecz dobra społecznego. Oznacza nieopowiadanie się za żadną z opcji. Nigdy nie staniemy się częścią żadnej partii – lewicowej, prawicowej ani centrowej.

Jakiego rodzaju działania podejmujecie?

Marija Mileta: ZA osiąga swoje cele poprzez pokojowe akcje bezpośrednie, kampanie, edukację, wspólne działania wolontariuszy i pracowników oraz współpracę z innymi organizacjami na rzecz społecznego zaangażowania. W ciągu ostatnich 30 lat przeprowadziliśmy około 30 kampanii, lokalnych i narodowych, w tym kampanie takie jak “BLJAK” – przeciwko genetycznie modyfikowanym produktom żywnościowym, “Ne damo Varšavsku”  – przeciwko niszczeniu centrum Zagrzebia i korupcji we władzach miasta, “SOS za Jadran” – przeciwko poszukiwaniu ropy i gazu pod dnem morskim, oraz kampanie na rzecz  tworzenia ścieżek rowerowych w Zagrzebiu.

„Największym problemem w Chorwacji jest  brak edukacji, tak więc poza protestami organizujemy wykłady. Staramy się, aby były one jak najszerzej dostępne i interaktywne, a więc używamy quizów, organizujemy warsztaty i wspólne tworzenie banerów”.

Lea Šmigmator: Zorganizowałyśmy pięć protestów, w tym cztery w ramach globalnych strajków dla klimatu. W kwietniu i wrześniu 2019 r. przedstawiłyśmy rządowi, kancelarii premiera i parlamentowi listę naszych postulatów. Największym problemem w Chorwacji jest  brak edukacji, tak więc poza protestami, organizujemy wykłady. Staramy się, aby były one jak najszerzej dostępne i interaktywne, a więc używamy quizów, organizujemy warsztaty i wspólne tworzenie banerów.

Czy otrzymujecie jakieś wsparcie instytucjonalne?

Marija Mileta: Jeśli mówimy o Ministerstwie Ochrony Środowiska i Energii, odpowiedź brzmi nie – od 2013 r. nie otrzymujemy żadnej pomocy. Jednak pomoc państwa dociera do nas m.in. poprzez Narodową Fundację na rzecz Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Biuro Współpracy z Organizacjami Pozarządowymi. Z powodzeniem współpracujemy  z miastami takimi jak Sambor i instytucjami takimi jak Komisarz ds. Informacji.

Lea Šmigmator: Na początku nie otrzymywaliśmy wiele wsparcia, nasze relacje z innymi organizacjami rozwinęły się później. Dzisiaj współpracujemy z rozległą siecią ludzi, szkołami i profesorami uniwersytetów, chociaż wielu z nich mówi nam, że mają związane ręce, jeśli chodzi o udostępnianie nam przestrzeni dla naszych działań. Najbardziej pomogły nam ZA i Greenpeace, następnie dołączyły do nich TERRA HUB i WWF Adria i teraz promuje nas publicznie wiele organizacji ekologicznych i mediów.

Jacy są wasi główni sojusznicy?

Marija Mileta: Naszymi głównymi sojusznikami są inne progresywne organizacje pozarządowe – nie tylko ekologiczne – i inicjatywy obywatelskie. Na przykład, ZA jest częścią narodowej sieci stowarzyszeń ekologicznych „Zeleni Forum”, jak również SEENET-u, Południowoeuropejskiej Sieci na rzecz Energii i Transportu (ang. South East Europe Network for Energy and Transport). Ponadto ZA jest członkinią Friends of the Earth, największej światowej sieci organizacji ekologicznych.

W ciągu tych wszystkich lat braliśmy udział w wielu innych kampaniach, takich jak wsparcie kampanii przeciwko referendum w 2013 r. ws. zdefiniowania na nowo małżeństwa jako związku pomiędzy mężczyzną a kobietą. Tego rodzaju międzysektorowe działania i wzajemne wsparcie mają dla naszej pracy kluczowe znaczenie.

Niestety partie polityczne są mało pomocne, ponieważ rzadko podnoszą  kwestie ekologiczne. Zazwyczaj partie rządzące aktywnie szkodzą klimatowi i środowisku. W niedawnej debacie telewizyjnej kandydatów w wyborach prezydenckich nie padło ani jedno pytanie dotyczące klimatu czy ochrony środowiska.

Lea Šmigmator: Poza organizacjami wymienionymi powyżej, wspiera nas kilka związków zawodowych. Zaprosiły one swoich członków na nasze demonstracje, ponieważ jeden z naszych postulatów dotyczy praw pracowniczych w czasie transformacji na rzecz zielonej gospodarki i stworzenia funduszu, z którego finansowane byłoby przekwalifikowanie pracowników dla potrzeb nowych sektorów.

Czy w aktualnym kontekście politycznym wasze cele są możliwe do osiągnięcia?

Marija Mileta: Prawdopodobnie  w niepodległej Chorwacji nie było idealnego okresu dla pracy na rzecz ochrony środowiska. Dziesięć lat temu w ogóle nie istniała świadomość zmiany klimatu. Dzisiaj jest pod tym względem lepiej. Niepokojące jest to, że zdestabilizowała się sytuacja polityczna i gospodarcza, otwierając przestrzeń dla nowych ruchów prawicowych i populistycznych. Próbują  one umocnić tradycyjne wartości i zagrozić podstawowym prawom człowieka, a także uciszyć krytyczne głosy społeczeństwa obywatelskiego i niekomercyjne media.

 „Dziesięć lat temu w ogóle nie istniała świadomość zmiany klimatu. Dzisiaj jest pod tym względem lepiej. Niepokojące jest to, że zdestabilizowała się sytuacja polityczna i gospodarcza, otwierając przestrzeń dla nowych ruchów prawicowych i populistycznych”. 

Wiele organizacji pracujących na rzecz przestrzegania praw człowieka – szczególnie praw uchodźców – zmaga się z coraz większymi trudnościami i zdarzały się próby kryminalizacji ich działalności. Jest to niezwykle niebezpieczna tendencja – możemy zobaczyć dokąd to doprowadziło kraje takie jak Węgry. Ataki na ZA nie były aż tak brutalne, ale jednak się zdarzają. W 2017 r., po naszej kampanii przeciwko budowie pola golfowego przez przedsiębiorstwo o nazwie Razvoj golfa, pozwało nas ono na 160 000 HRK (około 21 000 euro) i zażądało zakazu działania naszej organizacji w przestrzeni publicznej. Sprawa sądowa jeszcze się nie zakończyła. Największą przeszkodą są Ministerstwo Ochrony Środowiska i Energii oraz obecny rząd. Ministerstwo  zamknęło się na jakikolwiek dialog, a minister Ćorić aktywnie promuje projekty oparte na paliwach kopalnych, poszukiwanie nowych złóż ropy i gazu, a także szkodliwe projekty związane z gospodarką odpadami.

Lea Šmigmator: Wszystkie nasze cele są możliwe do zrealizowania, ale niektóre łatwiej niż inne. Część z nich można traktować indywidualnie, a niektóre są częścią szerszej transformacji od gospodarki opartej na paliwach kopalnych do gospodarki niskoemisyjnej. Przejście do zrównoważonej gospodarki obiegu zamkniętego będzie trudne, ponieważ wymaga przesunięcia i przekwalifikowania pracowników, a także szerszej zmiany systemowej. Jestem przekonana, że taka zmiana jest możliwa. Nie musimy wymyślać nowych rozwiązań i już mamy niezliczone pozytywne przykłady. Jeśli nie będziemy w stanie doprowadzić do zmiany bezpośrednio w Chorwacji, być może uda nam się wywrzeć wpływ na szczebel UE, co z kolei może wpłynąć na sytuację tutaj.

Jak byście oceniły sukces młodzieżowych organizacji klimatycznych w Chorwacji?

Marija Mileta: Friday For Future to nowy ruch i będzie się dalej rozwijać, a my nadal będziemy ich wspierać. Ten ruch odniósł sukces w tym sensie, że grupa młodych ludzi, przede wszystkim dziewcząt, potrafiła się sama zorganizować z powodu obaw związanych ze stanem środowiska i klimatu. Uświadomili sobie, że zmiana klimatu zagraża naszej egzystencji i udało im się zmobilizować część społeczeństwa w sposób, który nie udał się do tej pory żadnej z działających przedtem organizacji. Wprowadzili tę kwestię do mediów i zachęcili społeczność naukową do udziału w publicznej debacie. Były sukcesy, ale wspaniale byłoby zobaczyć bardziej zjednoczony ruch ekologiczny w Chorwacji. Niestety wciąż nie można powiedzieć, że miało to jakieś skutki polityczne. Rząd nadal nie zważa na powagę sytuacji.

Lea Šmigmator: Zajmujemy się przede wszystkim organizowaniem protestów i staramy się, aby wszyscy mogli się do nich przyłączać. Uważam, że są bardzo skuteczne. Wywołały oddźwięk  w mediach i reakcję rządu, wywarły realny wpływ na rzeczywistość. Otrzymaliśmy od rządu  (niesatysfakcjonującą) odpowiedź na nasze postulaty i zostaliśmy zaproszeni do dyskusji, podczas której rozmawialiśmy z politykami odpowiedzialnymi za chorwacką strategię na naszą prezydencję w Radzie  UE. Ta strategia nie była zbyt przekonująca, ale cieszę się, że nas zaprosili i chcieli z nami rozmawiać.

Jakie są główne wyzwania dla mobilizacji młodzieży w Chorwacji?

Marija Mileta: W pierwszym strajku klimatycznym w Zagrzebiu w marcu 2019 r. wzięło udział ponad tysiąc osób. Potem liczba uczestników i uczestniczek zaczęła spadać. Trudno jest wyróżnić jeden powód porażki wielkich mobilizacji społecznych w Chorwacji w porównaniu do niektórych innych krajów.

Pomimo że Chorwacja znajduje się w głębokim politycznym i gospodarczym kryzysie, ludzie nie wyrażają swojego niezadowolenia na ulicach. Obrazy, jakie znamy z Francji, Hiszpanii czy Chile, gdzie miliony ludzi protestują przeciwko neoliberalnej polityce, są tutaj trudne do wyobrażenia. Jest kilka wyjątków i FFF jest jednym z nich.  Ruch ten kładzie  nacisk na edukację: młodzi ludzie nie uczą się w szkole niczego na temat zmiany klimatu i ochrony środowiska – nie mówiąc już o krytycznym myśleniu.

Lea Šmigmator: Kiedyś masę krytyczną, która wychodziła na ulicę, stanowili studenci uniwersytetów. Teraz są to piętnastolatkowie. Głównym problemem jest to, że nasz system edukacji jest przestarzały, i wiele pozostawiono inicjatywie poszczególnych nauczycieli. Studentów uczy się, że protesty są jak walka przeciwko rządowi, lecz jako obywatele mamy prawo domagać się od  rządu, żeby robił to, co my uważamy za słuszne.

Co dalej z ruchem na rzecz klimatu

Zarówno nowe ruchy, jaki i starsze organizacje mają jasną świadomość swojego politycznego kontekstu. Ruch klimatyczny we Wschodniej Europie ma do czynienia ze sceną polityczną, która jest bardzo różna od tej w Europie Zachodniej – przede wszystkim z powodu braku debaty na temat klimatu i coraz bardziej autorytarnych rządów, które w niektórych przypadkach posuwają się do kryminalizacji  organizacji działających na rzecz praw człowieka. Chociaż organizacje ekologiczne nie są obecnie zagrożone kryminalizacją,  próbuje się ograniczać ich pracę za pomocą pozwów sądowych, a także odmawiając im dostępu do funduszy strukturalnych i publicznie je delegitymizując.

Tak „Zelena akcija”, jak i FFF Croatia cieszą się znacznym wsparciem międzynarodowych sieci, do których należą, a UE jest postrzegana jako ważny partner w interakcjach z nagminnie zamkniętymi na dialog instytucjami państwowymi. Te organizacje doskonale wiedzą, że muszą działać politycznie – albo poprzez akcje bezpośrednie, albo poprzez udostępnianie platformy, dzięki której młodzi mogą się zaangażować. Jednakże obydwa ruchy zdecydowanie dystansują się od jakiejkolwiek przynależności politycznej. Panuje przekonanie, że jakikolwiek związek organizacji z partią polityczną delegitymizuje ją, co  świadczy o  głębokim braku zaufania do partii politycznych wzdłuż całego politycznego spektrum. Jest to szerszy problem w Chorwacji, czego dowodem jest niska frekwencja wyborcza.

Pomijając chęć współpracy bądź jej brak, pozostaje pytanie, czy w Chorwacji istnieją prawdziwie progresywne i zielone partie. Nie ma żadnej w parlamencie. Partie parlamentarne, które określają się jako „zielone” i „progresywne”, nie mają na razie programów, które odzwierciedlałyby taki kierunek. Socjaldemokratyczna Partia Chorwacji ogłosiła w 2019 r., że stanie się „partią czerwono-zieloną”, ale jak w praktyce wpłynie to na jej priorytety, pozostaje niejasne.

Potrzeba jeszcze dużo pracy, żeby zbudować zaufanie i wprowadzić kwestie ekologiczne do krajowej strategii politycznej. Powyższe wywiady pokazały gorącego ducha współpracy pomiędzy organizacjami ekologicznymi – i będzie to miało kluczowe znaczenie jako podstawa do dalszych działań. Organizacje takie jak „Zelena akcija” dzięki swoim kampaniom wywarły już pewien wpływ polityczny, ale walczą o przyciągnięcie uwagi szerszej opinii publicznej. Podczas gdy zapewniają one ideologiczny kontekst i wiedzę instytucjonalną, nowe ruchy, takie jak FFF, mogą wzbogacić ruch ekologiczny o nowe przesłania, działania bezpośrednie i, dzięki „efektowi nowości”, o większe zainteresowanie społeczne. Dowodem na ich sukces było przedstawienie postulatów FFF Chroatia rządowi.

„Potrzeba jeszcze dużo pracy, żeby zbudować zaufanie i wprowadzić kwestie ekologiczne do krajowej strategii politycznej”.

Niezbędne są dalsze wysiłki na rzecz zwiększenia potencjału współpracy. Można to zrobić poprzez łączenie zielonych organizacji pozarządowych i aktywistów z urzędnikami rządowymi w ramach partycypacyjnych procesów planowania, podnoszenie świadomości na temat problemów ekologicznych oraz publikowanie informacji dotyczących wpływu na środowisko rozmaitych działań, zarówno gospodarczych, jak i na poziomie codziennego życia. Sukcesy lokalne mogą być prezentowane na poziomie narodowym. Bardzo przydatna byłaby ogólnokrajowa platforma, która służyłaby dwóm jasnym celom: po pierwsze wymianie wiedzy  – ideologicznej, logistycznej oraz dotyczącej rekrutacji – pomiędzy organizacjami, a po drugie – dzieleniu się sukcesami (często odosobnionymi) aktywizmu ekologicznego i wywieraniu wpływu na debatę publiczną. Jest także przestrzeń na bardziej konstruktywną współpracę między ruchami ekologicznymi, pracowniczymi i działającymi na rzecz praw człowieka – szczególnie młodzieżowe ruchy ekologiczne wydają się być bardzo świadome potrzeby poszerzenia swojej sieci sojuszników i bardziej rozumieją ich rolę w procesach politycznych.  Obecnie zarówno ZA, jak i FFF muszą naciskać na rząd poprzez organizowanie protestów, a także dążyć do uzyskania pozycji ekspertów – partnerów biorących udział w opracowywaniu polityki i strategii w zakresie ochrony środowiska.

Lea Šmigmator,  uczennica ostatniej klasy Piątego Gimnazjum w Zagrzebiu, od dzieciństwa zaangażuje się w aktywizm na rzecz ochrony środowiska i powiązanych kwestii. Działa w inicjatywie „Piątka dla przyszłości” od chwili powstania tego ruchu w Chorwacji  w zeszłym roku, na jesieni 2019 r. została jego koordynatorką. Lea jest członkinią projektu online „Green Deal for Youth”, który skupia młodych aktywistów i aktywistki z całego świata.

Luka Gudek jest studentem studiów magisterskich na wydziale nauk politycznych Uniwersytetu w Zagrzebiu. Jest współgospodarzem radiowego programu ekologicznego “A gdje su kitovi?” w Radio Student, studenckiej rozgłośni Uniwersytetu, i członkiem młodzieżowej organizacji ekologicznej „FORa Zeleni prozor”. Od 2018 r. czynnie uczestniczy w międzynarodowym młodzieżowym ruchu zielonych poprzez CDN – the Cooperation and Development Network Eastern Europe. Interesuje się przede wszystkim rolą miast w transformacji klimatycznej i postwzrostem.

Marija Mileta jest szefową ds. komunikacji i asystentką programu klimatycznego w „Zelenej akciji”. Należy do ZA od 2010 r., a od 2014 r. pracuje w tej organizacji. W ciągu ostatniej dekady wzięła udział w wielu kampaniach i inicjatywach, w tym w kampanii przeciwko budowie terminalu gazowego na wyspie Krk. Poza zmianą klimatu i paliwami kopalnymi interesuje się migracją i prawami człowieka. Od kilku lat jest członkinią grupy koordynacyjnej inicjatywy “Dobrodošli!” (“Witajcie!”).

Vanessa Lošić jest studentką studiów magisterskich na wydziale nauk politycznych Uniwersytetu w Zagrzebiu. Jest redaktorką i współgospodynią programu “A gdje su kitovi?” w Radio Student. Interesuje się zrównoważonym projektowaniem, studiami medialnymi i teorią krytyczną.

***

Zielone Wiadomości: w wyborach parlamentarnych, które odbyły się w Chorwacji 5 lipca 2020 roku koalicja zielono-lewicowa Green-Left zdobyła 6,99% głosów i wprowadziła do parlamentu 7 deputowanych (na 151). 

W 2019 r. byliśmy świadkami pewnych realnych, pozytywnych zmian w aktywizmie ekologicznym w Chorwacji. Świeżość i nowatorstwo oddolnych ruchów młodzieżowych,połączone z wiedzą  i doświadczeniem starszych zinstytucjonalizowanych organizacji, mogą dać zielonym kwestiom dynamikę, jakiej potrzebują, by znaleźć się wśród priorytetów krajowej polityki.

Artykuł tłumaczony z Green European Journal z 8 czerwca 2020 r.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

 

Jeśli chodzi o prawa reprodukcyjne, Malta jest konserwatywnym bastionem w Europie. Działania ruchu na rzecz prawa kobiet do aborcji (pro-choice) spotykają się ze zdecydowanym sprzeciwem agresywnego lobby antyaborcyjnego (po-life) wspieranego przez państwo i Kościół. Raisa Galea przygląda się sprzecznościom debaty, która łączy się z pytaniami o moralność, tożsamość narodową i suwerenność w postkolonialnym państwie rozdartym między postępem a tradycją.

Poza Watykanem Malta jest jedynym krajem w Europie, który kryminalizuje aborcję w każdym przypadku. Kodeks karny właściwie nie zmienił się pod tym względem, odkąd wszedł w życie w 1854 roku.

Faktem jest, że kobiety mieszkające w Malcie dokonują aborcji za granicą. Ponieważ prawo uznaje wywołane poronienie jako przestępstwo karane do 3 i 4 lat więzienia odpowiednio dla ciężarnej i lekarza, nie ma oficjalnych statystyk liczby kobiet, które wykonują aborcję za granicą. Maltańska koalicja na rzecz prawa do przerywania ciąży Voice for Choice szacuje, że rocznie takich zabiegów jest około 300. Choć liczba ta jest wyraźnie niższa od średniej europejskiej (wg. Biura Regionalnego WHO dla Europy średnia to 183 aborcje na 1000 żywych urodzeń), szacunki te dowodzą, że kobiety w Malcie nie są wyjątkiem i przeprowadzają aborcję pomimo całkowitego zakazu.

Obie strony sporu uznają wyjątkowy status aborcji w Malcie: organizacje pro-life celebrują obecne rozwiązania, natomiast ruch pro-choice podważa je. Podobnie jak w przypadku debat wokół rozwodów i wiosennych polowań (obie bardzo kontrowersyjne sprawy doprowadziły do referendów), kwestia aborcji wykracza poza wywołujące kontrowersje kwestie praktyczne i zajmuje obszar ideologii i tożsamości.

Zakaz aborcji oczywiście nie może zapobiec wykonywaniu setek zabiegów aborcji rocznie poza granicami Malty. Obrona obecnych rozwiązań prawnych ma więc na celu zablokowanie aborcji na terenie Malty. Głównym argumentem przeciwko dekryminalizacji aborcji jest zachowanie maltańskiej tożsamości narodowej postrzeganej jako zakorzenionej w konserwatywnej polityce, katolickiej moralności i wartościach rodzinnych.

Wyższość moralności narodowej i wartości rodzinnych

W debacie wokół aborcji w Malcie dominują dwie narracje. Ruch pro-choice domaga się uznania prawa kobiety do decydowania o własnym ciele i przerwania niechcianej ciąży. Ruch antyaborcyjny z kolei podkreśla, że życia zaczyna się w momencie poczęcia i zrównuje przerwanie ciąży z zabójstwem. Różne grupy społeczne w Malcie mają wrogi stosunek do kampanii na rzecz prawa do aborcji. Argumenty strony pro-choice są odrzucane, a aktywistki i aktywistów spotykają ataki werbalne.

Zastanawiając się nad powodami tak żarliwego sprzeciwu wobec aborcji w Malcie, antropolożka Rachael Scicluna sugeruje, że w społeczeństwach, w których więzy rodzinne są silne i dominuje konserwatywne postrzeganie ról płciowych, pojęcie zarodka jest mocno powiązane z ideą rodziny. W ten oto sposób – podświadomie – aborcja może być uważana za zagrożenie dla maltańskich rodzin i całego społeczeństwa. Blokowanie dostępu do aborcji jest więc jednoznaczne z obrona wartości rodzinnych i status quo. Choć takie wyjaśnienie pomaga zrozumieć społeczne lęki ruchu antyaborcyjnego, jest jeszcze jedno źródło sprzeciwu wobec aborcji: obawa przed intencjonalnym zwalczaniem głównych wartości maltańskiego społeczeństwa przez osoby z zewnątrz.

W odpowiedzi na pytanie dotyczące wykonywania aborcji przez Maltanki za granicą antyaborcyjna organizacja Malta Unborn Child Platform kwestionuje statystyki: „Wiemy, że około 55 kobiet obywatelstwa maltańskiego dokonało aborcji w Wielkiej Brytanii, ale nie wiemy, ile z nich jest z Malty, a ile mieszka w Wielkiej Brytanii. To mogły też być kobiety innej narodowości mieszkające w Malcie, które udały się do Wielkiej Brytanii w celu przerwania ciąży”. Organizacja sugeruje, że aborcja jest niezgodna z tożsamością narodową Maltanek mieszkających w Malcie.

W mediach społecznościowych i wyobraźni niektórych osób powszechna jest teoria spiskowa, zgodnie z którą zagraniczne siły mają złowieszczy plan narzucenia aborcji maltańskiemu społeczeństwu. Potwierdzają to bezpośrednie ataki na główne feministki, Andreę Dibben i Larę Dimitrijevic. Obie są z Malty, choć mają obcobrzmiące nazwiska. Zdania „wracaj do szatana w swoim kraju” czy „jedź do domu i tam zabijaj swoje dzieci” to częste reakcje na ich działalność. Teoria ta jest również propagowana przez organizację Gift of Life Malta, która twierdzi, że „polityczne sojusze w Malcie i poza jej granicami” są częścią strategii ruchu pro-choice.

Wyrażanie poglądu, że kobieta nie może być zmuszana do donoszenia ciąży wbrew jej woli, wywołuje oburzenie w obozie antyaborcyjnym. Aktywistki pro-choice słyszą, że powinny kontrolować swoją seksualność i brać odpowiedzialność za ciążę, nawet jeśli jest z gwałtu. Pod artykułem w mediach społecznościowych na temat mowy nienawiści używanej przez przeciwników prawa do aborcji można znaleźć komentarz, że gwałty w Malcie są przestępstwem bardzo rzadkim, a jeśli już zgwałcona kobieta zajdzie w ciążę, to „ma prawo wyjechać za granicę i zabić niechciane dziecko”. Oprócz tego, że komentarz ten oparty jest na błędnym założeniu, że gwałtów w Malcie prawie nie ma (obwinianie ofiar przestępstw seksualnych zniechęca do ich zgłaszania), pokazuje on, że można sprzeciwiać się dekryminalizacji aborcji w Malcie i jednocześnie godzić się na „morderstwa”, pod warunkiem, że popełnia się je za granicą.

Potwierdzenia tezy, że zakaz aborcji postrzegany jest jako część maltańskiej tożsamości narodowej, której zagraża niebezpieczeństwo, dostarcza Kościół. Podkreślając, że „nasza praca w służbie życia na każdym etapie leży u podstaw naszej maltańskiej tożsamości”, biskup pomocniczy Joseph Galea Curmi sugerował, że religijność Malty można porównywać tylko z Watykanem, jedynym państwem poza Maltą, który w pełni kryminalizuje aborcję.

Prezydent Malty George Valla pochlebnie wypowiadał się o obecnych przepisach na wydarzeniu zorganizowanym przez organizację Unborn Child Platform. Jego obecność tam  była jednoznacznym wyrazem poparcia władzy dla ruchu antyaborcyjnego, dla narodowej misji, która „stoi po właściwej stronie historii”.

Ponadto prezydent poddawał w wątpliwość moralny autorytet Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który „patrzy krzywym okiem na każdego, kto nie akceptuje aborcji”. W związku z tym, że polityczny kryzys w Malcie oraz głośne afery korupcyjne są przedmiotem zainteresowania środowiska międzynarodowego, wypowiedź prezydenta Velli jest nacechowana politycznie. Osoby z zewnątrz – niemoralni „mordercy dzieci” – nie mają prawa krytykować ostatniego bastionu wartości chrześcijańskich w Europie. Innymi słowy, utrzymanie zakazu aborcji w Malcie dowodzi wyższości moralności narodowej. Wydaje się, że podważając orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, władza skutecznie wykorzystuje tę sytuację do osłabiania międzynarodowej krytyki oraz odrzucenia wezwań do przeprowadzenia reform konstytucyjnych.

Między „postępem” a „tradycją”

Lokalny aktywista i dyrektor organizacji Men against Violence Aleksandar Dimitrijevic słusznie zauważył, że oficjalne apele Komisarzyni Praw Człowieka Rady Europy do zmiany prawa aborcyjnego mają nikłe wsparcie zwolenników rządów prawa w Malcie. Organizacje pozarządowe, które działają na rzecz zbliżenia ustawodawstwa w Malcie do rozwiązań europejskich demokracji liberalnych i które zazwyczaj są bardzo wyczulone na głosy partnerów zagranicznych, ignorują nawoływania do zniesienia zakazu aborcji. Co jest powodem tak wybiórczego traktowania praw człowieka określonych w prawie międzynarodowym?

Obecny układ polityczny w Malcie jest wynikiem kompromisu między „postępem” a „tradycją”. Przez ostatnich kilka dekad ta młoda republika dokładała starań, aby uchodzić za nowoczesne europejskie państwo, ale równocześnie pozostawała w żelaznym uścisku Kościoła katolickiego. Dwoma filarami niejednoznacznego kompromisu między postępem a tradycją okazały się duma narodowa oraz pogoń za zyskiem.

„Postęp” pojawił się razem z kapitałem: gospodarka wolnorynkowa, deweloperski boom, inwestycje w luksusowe nieruchomości i fantazje o „wyspie blockchain”. Znany przedstawiciel branży hotelarskiej nawoływał do tego, by społeczeństwo maltańskie „zawsze akceptowało postęp”, chyba że nie przynosi zysku i podważa autorytet Kościoła, strażnika tradycji konserwatywnych. Liberalne podejście do praw reprodukcyjnych nie budzi u władzy choćby odrobiny entuzjazmu, który wzbudzają w niej „postępowe” elity deweloperskie.

W tym postkolonialnym państwie kwestie suwerenności i obrony tradycji są politycznie bardzo istotne. Prawa reprodukcyjne są kością niezgody w dyskusji między rzekomą wyjątkowością narodu a integracją z Unią Europejską. Zakaz aborcji – którego Kościół strzeże jako wartości głęboko chrześcijańskiej – uchodzi za maltańską tradycję. W niezależnej od imperium brytyjskiego przez nieco ponad pół wieku Malcie restrykcyjne prawo do aborcji jest więc manifestacją suwerenności i oporu wobec zewnętrznych wpływów.

A co z prawem dotyczącym społeczności LGBTIQ? Niektórzy twierdzą, że pierwszy w Europie zakaz terapii konwersyjnej z 2016 roku oraz legalizacja małżeństw homoseksualnych w kolejnym roku dowodzą, że Malta opowiedziała się za progresywną polityką społeczną. Zmiany te były powodem do dumy narodowej i pozwoliły lokalnym konserwatystom odtrąbić międzynarodowy sukces, ponieważ Malta zostawiła w tyle resztę kontynentu. Tęczowe hasło „Przeszliśmy do historii” wyświetlone na budynku siedziby premiera miało pokazać, że Malta jest orędowniczką praw mniejszości w Europie. W 2016 roku kraj ten stał się najbardziej postępowym pod względem praw LGBTIQ krajem w Europie (a rok później – na świecie).

Całkowity zakaz aborcji jest w tym kontekście elementem, który gwarantuje „wyjątkowość” Malty w oczach społeczeństwa i odróżnia ją od innych świeckich państw w Europie. Trzymanie się roli twierdzy moralności oblężonej przez „morderców dzieci” okazuje się pociągającą narracją o własnym bohaterstwie. Ponadto przedstawianie zakazu aborcji jako niezmiennej tradycji rekompensuje ofiary w obszarach dziedzictwa naturalnego i architektonicznego złożone na ołtarzu postępu gospodarczego.

Zinstytucjonalizowana stygmatyzacja kobiet

„Czy nasz prezydent uważa obywatelki, które przerwały ciążę, za morderczynie?” Takie pytanie zadała prezydentowi organizacja Voice for Choice w odpowiedzi na wspieranie przez niego ruchu antyaborcyjnego. Jest to jedno z kluczowych pytań w debacie o aborcji. Kolejne pytanie: jeśli aborcja jest zabójstwem, to dlaczego kara za jej przeprowadzenie wynosi od 18 miesięcy do 3-4 lat więzienia? Czyż nie jest to zbyt łagodna kara?

Maltańska feministka Desiree Attard pisze w swojej pracy doktorskiej, że kodeks karny stanowi, że „życie kobiety ma większą wartość niż życie płodu”. Zgodnie z artykułem 242 kara za przeprowadzenie aborcji, w wyniku której kobieta traci życie to kara dożywotniego pozbawienia wolności. Różnica ta – 4 lata i dożywocie – dowodzi, że prawo uznaje, że płód nie jest równy obywatelce.

Jeśli ustawodawcy nie zrównali aborcji z zabójstwem w 1854 roku, dlaczego jest to argument wykorzystywany w roku 2020? Takie sprzeczności obnażają głęboko ideologiczne podglebie stanowiska antyaborcyjnego, które ma na celu utrwalenie konserwatywnego status quo poprzez odbieranie kobietom ugruntowanego prawa człowieka i przejęcie kontroli nad ich ciałami.

Abstrahując od sprzeczności prawnych, zrównanie aborcji z zabójstwem oznacza, że kobiety, które dokonały zabiegu są zabójczyniami. To nic innego jak zinstytucjonalizowana forma opresji i stygmatyzacji kobiet. Zarówno wsparcie ruchu antyaborcyjnego przez prezydenta, jak i powszechny pogląd, który łączy maltańską tożsamość narodową z narodową moralnością, powodują, że Malta jest konserwatywnym i patriarchalnym państwem.

Społeczeństwo i państwo wywołują w Maltankach poczucie wstydu za każdym razem, kiedy chcą one skorzystać z usług medycznych dostępnych w większości krajów na świecie. Tego rodzaju wykluczenie, głęboka pogarda oraz utrwalanie poczucia winy odciskają się wyraźnym piętnem na zdrowiu psychicznym i komforcie życia społecznego kobiet. Powodują niską samoocenę i lęk przed opuszczeniem. Ruch antyaborcyjny – otrzymawszy błogosławieństwo władzy i społeczeństwa – robi z obywatelek Malty wyrzutki skazane na cierpienie w samotności.

Raisa Galea jest badaczką na Uniwersytecie w Malcie i członkinią Moviment Graffitti. Jest również związana z Isles of the Left.

Artykuł ten jest zmienioną wersją tekstu opublikowanego w Isles of the Left, tłumaczoną z publikacji z 18 września 2020 r. w Green European Journal 

Tłumaczenie: Robert Reisigovà-Kielawski

Gdy region Brukseli dopiero przygotowuje się do zreformowania swojej gospodarki w oparciu o model ekonomii obwarzanka, Amsterdam już teraz daje susa w przyszłość dzięki nowej strategii zrównoważonego rozwoju. Rada miasta zaprosiła do prac nad jej sformułowaniem twórczynię  ekonomii obwarzanka, światowej sławy ekonomistkę Kate Raworth, tak aby przystosowała go do społecznych i ekologicznych problemów Amsterdamu. Poniżej zamieszczamy rozmowę z Marieke van Doorninck,  która jest radną miejską odpowiedzialną za gospodarkę cyrkularną, o tym, co ekonomia obwarzanka będzie w praktyce oznaczała dla Amsterdamu.

8 kwietnia rada miasta Amsterdamu przyjęła pięcioletnią strategię gospodarki cyrkularnej. Strategia ta obejmuje rozmaite środki, które firmy, władze samorządowe, a także obywatele  będą musieli wdrożyć w nadchodzących latach. Na przykład, dobra konsumpcyjne wytwarzane zgodnie z zasadami gospodarki cyrkularnej – takie jak meble, elektronika, farby i tekstylia – muszą być łatwiej dostępne dla lokalnych mieszkańców. Miasto zobowiązało się do zbudowania wspomagającej infrastruktury, w tym platform wymiany, sklepów z używanymi rzeczami, rynków online i serwisów naprawczych. Celem jest zmniejszenie zużycia nowych surowców o połowę do 2030 r. i całkowite przestawienie się na gospodarkę  obiegu zamkniętego do r. 2050.

Amsterdamska strategia gospodarki cyrkularnej opiera się na dostosowanym do warunków lokalnych „modelu obwarzanka”, stworzonym przez brytyjską ekonomistkę Kate Raworth. Obwarzanek ilustruje strategię myślenia o rozwiązaniu ekologicznych i społeczno-gospodarczych wyzwań naszych czasów w sposób spójny i zrównoważony. Podejścia do problemów ekologicznych i gospodarczych są zwykle fragmentaryczne; ten model pokazuje, jak społeczności i firmy mogą przyczynić się do rozwoju gospodarczego, który brałby pod uwagę ograniczenia planety i społeczności. Amsterdamski „miejski obwarzanek” stanowi cel na przyszłość i będzie wsparty ogromną ilością danych. A przede wszystkim oczekuje się, że model obwarzanka posłuży jako narzędzie (kompas) do oceny dobrobytu poza ”tu i teraz”.

Socrates Schouten: Obwarzanek jest przyciągającym uwagę nowym określeniem, ale czy jest to rzeczywiście nowa idea? Na przykład politycy w całym kraju już pracują nad pojęciem dobrostanu.

Marieke van Doorninck: Rzeczywiście istnieje szeroki ruch, który uznaje powiązanie ekologii i sfery socjalnej, a także to, że nie da się oddzielić zielonego zrównoważenia od innych wyzwań. To  podejście do szerokiej koncepcji dobrostanu odzwierciedla się w sposobie, w jaki opracowujemy jego wskaźniki. Obwarzanek pomaga nam opowiedzieć tę historię. Nasza strategia może koncentrować się na Amsterdamie, ale ostatecznie dotyczy  znacznie większej opowieści, która skupia się na strukturach globalnych.

Amsterdam wybrał model obwarzanka Kate Raworth. Co z tego konkretnie wynika?

Obwarzanek łączy dwie główne kategorie problemów naszej społeczności – społeczne i ekologiczne – w jednolite ramy. Nasz fundament społeczny nie jest zdrowy – zbyt wiele osób boryka się z ubóstwem, samotnością i problemami mieszkaniowymi. Jednocześnie wykraczamy poza naturalne ograniczenia naszej planety, co jest konsekwencją naszego stylu życia. Zmiana klimatu i utrata bioróżnorodności mogą sprawić, że Ziemia nie będzie się nadawała do życia. Obwarzanek pozwala na uzyskanie jasnego obrazu tego podwójnego problemu i pomaga zidentyfikować sprzeczności na poziomie miasta. Na przykład ceny nieruchomości  determinują częściowo wyniki gospodarcze: kiedy ceny są wysokie, uważamy, że miasto ma się dobrze. Jednak dla wielu osób oznacza to, że nie stać ich już na mieszkanie w tym mieiscu. Chcemy to zmienić.

Uderzyło mnie, że terminy „model  obwarzanka” i „gospodarka cyrkularna” są używane wymiennie.  Amsterdam wprowadza jednocześnie model obwarzanka i strategię cyrkularną. Jaka jest między nimi różnica? I czy wszystko to zmieści się w teczce jednej radnej?

Obwarzanek z pewnością nie dotyczy pojedynczego radnego.  Cały zarząd miasta opowiada się za tą koncepcją i proponujemy go wspólnie. Projektowanie nowej strategii gospodarki cyrkularnej dla Amsterdamu było najważniejszym powodem przyjęcia teorii gospodarki obwarzanka Kate Raworth. Gospodarka cyrkularna jest podstawowym dossier, na które patrzymy przez soczewkę obwarzanka. Potrzebne będą również działania w innych obszarach polityki, ale to zależy od właściwych radnych.

W jaki sposób obwarzanek wzbogaca gospodarkę cyrkularną?

Już próbujemy być tak cyrkularni, jak tylko jest to możliwe,  kupując produkty oraz zbierając i przetwarzając odpady. Ale formułując tę nową strategię do 2025 r., z wizją do roku 2030, potrzebujemy opowieści, która pozwoliłaby je  połączyć. Model obwarzanka łączy różne środki, które są konieczne, aby nasze miasto stało się bardziej socjalne i nadające się do życia we wszystkich aspektach.

Ilustr.: GEJ-Infographic Raworth

Ilustracja: „[Model obwarzanka] pełni również rolę lustra, w którym możemy zobaczyć, co miasto robi w  miarę dobrze, a  gdzie wyraźnie mamy niedostatki lub przekraczamy granice”. 

Określenia „zrównoważenie” i „cyrkularność” momentalnie sprawiają wrażenie, że robimy dobre rzeczy, zarazem jednak pomijamy zmiany strukturalne, które są konieczne, żeby rzeczywiście działać inaczej. Punktem wyjścia dla naszej strategii było stwierdzenie: „nie musimy robić rzeczy cyrkularnych, musimy robić rzeczy cyrkularnie”. Model obwarzanka świetnie się do tego nadaje. Nie tylko oferuje teorię związku pomiędzy socjalnością a zrównoważeniem, ale pełni również rolę lustra, w którym możemy zobaczyć, co miasto robi w miarę dobrze, a gdzie wyraźnie mamy niedostatki lub przekraczamy granice.

Zatem używamy modelu obwarzanka, aby nasza strategia była bardziej spójna i skuteczna. Oczywiście można mieć gospodarkę cyrkularną bez modelu obwarzanka. Ale wtedy oznacza ona jedynie robienie przyjemnych cyrkularnych rzeczy i nic poza tym – tracimy z oczu większy obraz.

Obwarzanek ma dwie granice: pierścień zewnętrzny (limit ekologiczny) i pierścień wewnętrzny (fundament społeczny). W jaki sposób władze samorządowe wizualizują różnorodne górne i dolne granice  miejskiego dobrobytu?

Zrobiliśmy „miejskie selfie” –  pierwszy szkic, który pokazuje, gdzie przekraczamy zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne granice obwarzanka. Na poziomie społecznym miasto sporządziło sprawozdanie dotyczące niedostępnych cenowo mieszkań, jak również ludzi żyjących w społecznej izolacji, którzy są z tego powodu bardziej narażeni na doświadczanie samotności i depresji. Zrobiliśmy to samo dla kwestii ekologicznych w zakresie zmapowania naszych emisji gazów cieplarnianych i nadmiernego zużycia niezrównoważonych materiałów.

Ponadto opracowaliśmy narzędzia mierzenia wpływu naszej egzystencji jako amsterdamczyków – naszych wzorców konsumpcji – na ludzi i środowisko naturalne w innych krajach. Obwarzanek umożliwia nam zbadanie  społecznych i ekologicznych wpływów, jakie nasza lokalna gospodarka wywiera na miejsca na całym świecie, z których pochodzą używane przez nas produkty i surowce.

„Miejskie selfie” jest naszym punktem odniesienia – pokazuje, gdzie jesteśmy teraz. Pracujemy wciąż nad systemem, który będzie sprawdzał, gdzie możemy wprowadzić zmiany, które pozwolą nam lepiej mieścić się w granicach obwarzanka.

Przypuszczam, że amsterdamczycy zastanawiają się: no dobrze, to piękna historia, ale co właściwie się zmieni?

Konkretne środki to prawie 200 projektów zawartych w programie wdrożeniowym. Dotyczą one szerokiego wachlarza kwestii – od zbierania pozostałości farb lateksowych po wprowadzenie paszportów materiałów, które zawierają szczegółowy opis materiałów użytych  przy konstrukcji budynków, aby ułatwić ponowne użycie ich części składowych.  W dłuższym okresie czasu chcielibyśmy, żeby było to obowiązkowe dla całego sektora budowlanego.  Przez cały czas zaostrzamy wymogi dla budynków w odniesieniu do  standardów zrównoważonego rozwoju i zalecamy stosowanie  zrównoważonych i cyrkularnych materiałów, takich jak drewno.

Za pomocą obwarzanka wspieramy również inicjatywy społeczne. Pierwszą z nich była inicjatywa mieszkanki dzielnicy Zuidoost. Chce ona pomóc ludziom, którzy mieszkają w źle ocieplonych domach, zmniejszyć  rachunki za energię, dostarczając im grube kotary, szyte przez osoby wykluczone z rynku pracy. Niektóre z tych inicjatyw są współfinansowane przez miasto.

Do jakiego stopnia można fundamentalnie zreformować gospodarkę na poziomie lokalnym, jeśli weźmiemy pod uwagę globalne łańcuchy i wzorce konsumpcji?

Celowo wybraliśmy trzy dziedziny, na które mamy jako miasto niezbędny wpływ: żywność, budownictwo i dobra konsumpcyjne. Jeżeli chodzi o żywność, podjęliśmy poważne kroki na rzecz ograniczenia jej marnowania. Ale Amsterdam nie jest stanie zrobić tego sam. Potrzebna jest realna zmiana polityki holenderskiego rządu i Unii Europejskiej.

Weźmy na przykład wymagania, które ustalamy dla dóbr konsumpcyjnych. Wszyscy znają frustrację z powodu problemów z naprawą urządzeń. Jeśli zepsuje się jeden przycisk, musisz wyrzucić całe urządzenie. Co gorsza, części plastikowe często trudno jest zrecyklingować, ponieważ składają się z różnych materiałów. Wielu ludzi ma już dość tej marnotrawnej kultury i jedynym rozwiązaniem jest wprowadzenie odpowiednich regulacji prawnych.

Dyskusja wokół małych plastikowych butelek dowiodła, że rynek nie rozwiąże tego problemu. Po nieudanych próbach nakłonienia przemysłu napojów do zmniejszenia ilości odpadów, rząd holenderski rozszerzył  system kaucji tak, by obejmował również małe butelki PET. W naszym mieście czekaliśmy na tę decyzję od lat.

[…] Amsterdam nie jest  stanie zrobić tego sam. Potrzebna jest realna zmiana polityki holenderskiego rządu i Unii Europejskiej

Lobbujemy też na rzecz zwiększenia przestrzeni na lokalne eksperymenty. Na przykład aktualne prawo rozróżnia pomiędzy odpadami z gospodarstw domowych a odpadami przemysłowymi – te drugie są odbierane przez różne przedsiębiorstwa prywatne. Przyznano nam pilotażowe zwolnienie z przepisów ustawy o zarządzaniu środowiskiem dla amsterdamskiej dzielnicy handlowej  “9 Streets”, co oznacza, że to miasto jest teraz  odpowiedzialne za odbiór i przetwarzanie pochodzących stamtąd śmieci. Pozwoli to  zmniejszyć liczbę przejazdów śmieciarek.

Innym naszym od dawna wyczekiwanym życzeniem jest obniżenie podatków od pracy i wyższe podatki od zużycia surowców. Gospodarka cyrkularna ma potencjał tworzenia nowych miejsc pracy. Jeśli jednak praca pozostaje droga, stanowi to mocną zachętę do nieoszczędnego używania materiałów, unikania precyzyjnego wykonania i napraw oraz hurtowego zakupu produktów z Chin. Chcemy, żeby praca była bardziej ceniona, a zużycie surowców pierwotnych zmniejszone tak, jak tylko jest to możliwe. Zastosowanie prostego środka podatkowego pomoże przedsiębiorstwom, które chcą pracować cyrkularnie.

Guardian napisał nawet w nagłówku, że  Amsterdam przyjmuje model obwarzanka, aby nadać kierunek zdrowieniu gospodarki po pandemii koronawirusa. Czy to nie będzie trudne w czasie, gdy zmniejszyły się zasoby finansowe miasta?

Wyszliśmy z naszą strategią gospodarki cyrkularnej w samym środku ery koronawirusa. Zastanawialiśmy się, czy jest to właściwy czas na przedstawienie tej propozycji i jakie elementy tego planu mogą przetrwać tak poważny kryzys zdrowotny. Ale czy można zagwarantować, że gdy najgorsze będzie już za nami, nie wrócimy do starych praktyk,?  Jak ukształtować miejską gospodarkę, która nie będzie już zależna od ciągłego wzrostu gospodarczego, lecz umożliwi wszystkim godne życie w ramach ograniczeń planety?

Wziąwszy pod uwagę powyższe pytania, Guardian słusznie zauważa, że teraz jest dokładnie właściwy czas. Jednym z powodów,  dla których uważamy, że obwarzanek jest tak znakomitym modelem, jest to, że skupia się on na  wielu różnorodnych kryzysach i łączy problemy, z którymi mamy do czynienie w Amsterdamie – a tak naprawdę na całym świecie. Nadanie priorytetu produkcji, przetwórstwu i konsumpcji na poziomie regionalnym pozwoli na stworzenie miejsc pracy – co jest bardzo ważne w radzeniu sobie z recesją – i sprawi, że gospodarka stanie się bardziej odporna.

Czy model obwarzanka da się również zastosować poza Amsterdamem? Mamy tutaj progresywną większość, a obwarzanek wydaje mi się bardzo zielono-lewicowy. Zielona zewnętrzna powłoka i lewicowy spód: ta kombinacja definiuje Groenlinks jako partię.

Nie musisz być zwolenniczką Groenlinks, żeby opowiedzieć się za ideą cyrkularnej gospodarki. W Obszarze Metropolitalnym Amsterdamu, który jest najbardziej lewicowy spośród 32 gmin, osiągnięto szerokie porozumienie w sprawie gospodarki obiegu zamkniętego. Może nie wszystkie z nich są zgodne z modelem obwarzanka, ale wszystkie są bardzo ambitne pod względem zrównoważenia.

Nasza strategia może koncentrować się na Amsterdamie, ale ostatecznie dotyczy znacznie większej opowieści, która skupia się na strukturach globalnych

Od czasu ukazania się tego artykułu w Guardianie zadano mi wiele pytań na temat obwarzanka. Dyrektor generalny wiodącego amsterdamskiego przedsiębiorstwa powiedział, że bardzo go to zainteresowało i odniósł się do książki ekonomistki Mariany Mazzucato The Value of Everything. Te idee pokazują, że nie trzeba wcale tak wiele poświęcić, by inna gospodarka stała się możliwa. W gospodarce jest więcej wartości, niż nam się wydaje.

Z pewnością nawet bez ram teoretycznych można inicjować projekty, które oswajają ludzi z poglądem, że powinniśmy oszczędnie zużywać surowce pierwotne i że w życiu chodzi o coś więcej niż oferuje  nam kultura konsumpcji i marnotrawstwa. Jednak na  poziomie miejskim konieczny jest model, który łączy elementy społeczne i ekologiczne. Potrzebujemy zarówno praktyki, jak i teorii, by umożliwić większej liczbie  ludzi doświadczenie dobrostanu w czystym świecie.

——–

Marieke van Doorninck od 2018 r. jest radną miejską Amsterdamu odpowiedzialną za gospodarkę obiegu zamkniętego.

Socrates Schouten prowadzi Commons Lab w Waag, fundacji wspierającej eksperymentowanie z nowymi technologiami, sztuką i kulturą a w Amsterdamie w Holandii. Poprzednio pracował dla Bureau de Helling (biuro naukowe Groenlink) i Recycling Network Benelux.

——–

Powyższy wywiad został pierwotnie opublikowany po niderlandzku przez  De Helling.

Wersja angielska: Green European Journal z 15 października 2020

Przełożył: Jan Skoczylas