Kiedy myślimy o budowaniu społeczeństw, które byłyby przygotowane na pandemie i odporne na wstrząsy, częścią obrazu musi być dochód podstawowy. Brak bezpieczeństwa i trudności spowodowane ekonomicznymi skutkami kryzysu COVID-19 wywołały apele o wprowadzenie tymczasowego dochodu podstawowego. Propozycja może okazać się niezbędna dla ludzi w wielu różnych sytuacjach: bez pracy, pracujących w ograniczonym wymiarze godzin lub pracujących w niebezpiecznych warunkach.

Winstonowi Churchillowi przypisuje się twierdzenie, że nie można pozwolić, aby dobry kryzys poszedł na marne. Podczas gdy pandemia COVID-19, co jest zrozumiałe, kieruje naszą uwagę bezpośrednio na to, co jest tu i teraz, warto zastanowić się też, w jaki sposób nasza obecna sytuacja wpłynie na nasze relacje społeczne i przyszłe struktury.

Na początku maja br. w reakcji na pandemię  88 krajów na całym świecie ogłosiło 130 programów transferów pieniężnych. Większość programów ma charakter tymczasowy, a ich średni czas trwania wynosi 3 miesiące. Około jednej czwartej programów oferuje tylko jednorazową pomoc. Jak można się było spodziewać, programy te są w dużym stopniu skierowane do aktualnych pracowników i są uzależnione od poziomu zamożności, więc istnieją istotne luki w ich zasięgu. Jednym z bezpośrednich skutków globalnej reakcji na pandemię jest nagły wzrost poparcia obywatelskiego, medialnego i politycznego dla tego, co najczęściej nazywa się awaryjnym dochodem podstawowym ADP (po angielsku: emergency basic income, EBI). Niezależnie od tego, czy jest to apel premier Szkocji do Wielkiej Brytanii, aby przekazała uprawnienia fiskalne temu krajowi w zakresie realizacji tej polityki, czy są to ogólnoeuropejskie petycje w tej kwestii, czy zainteresowanie mediów propozycją hiszpańskiego rządu wprowadzenia minimalnego dochodu (co nie jest dochodem podstawowym), jest oczywiste, że pomysł ADP znalazł się w centrum debaty politycznej w całej Europie.

Dochód podstawowy w nagłych wypadkach: wadliwy, ale wciąż istotny

Pomysł jest dość prosty. W czasie, gdy znaczna część ludzi jest zmuszona do pozostania w domu, a osoby i rodziny, a także małe firmy przeżywają trudności ekonomiczne, pomoc rządowa powinna bezpośrednio rozwiązać najpilniejszy problem – utratę dochodów. ADP jest takim instrumentem: oferuje natychmiastową pomoc gotówkową (bez opóźnień związanych z weryfikacją kwalifikowalności), jest skierowany do osób najbardziej narażonych na kryzys gospodarczy (gdyż nawet powszechna płatność ma największy wpływ na najbardziej potrzebujących) oraz zwiększa solidarność. Kluczową zaletą proponowanego wsparcia jest to, że obejmowałoby nie tylko osoby pracujące w standardowym zatrudnieniu, ale także oferowałoby dochód pilnego wsparcia osobom samozatrudnionym, osobom w niepewnej sytuacji oraz osobom zajmującym się opieką – paradoksalnie w wielu przypadkach obecnie uważanych za „pracowników kluczowych”.

Propozycja ADP ma jednak kilka wad. Po pierwsze, jest to zasadniczo środek tymczasowy, jedynie na okres poważnych skutków gospodarczych spowodowanych zamknięciem ludzi w domach. Zakłada się, że ADP byłby krótkoterminowym wsparciem na kilka miesięcy. Istnieje jednak duża niepewność co do tego, jak długo potrwają odczuwalne skutki gospodarcze. Ekonomiści przewidują, że COVID-19 doprowadzi nas do najpoważniejszego kryzysu gospodarczego od lat trzydziestych XX wieku, a zatem jego wpływ, zwłaszcza na najsłabszych i znajdujących się w niekorzystnej sytuacji członków naszego społeczeństwa, może trwać znacznie dłużej niż początkowo przewidywano. Ta niepewność osłabia poczucie bezpieczeństwa, jaki powinien przynieść ADP. Ponadto, gdy gospodarka wróci do tego, czym będzie „nowa normalność”, utrzymujące się skutki będą odczuwane bardzo różnie przez różne osoby i grupy. Niektórym może przywrócić ich życie do czegoś przypominającego jego poprzednią jakość, ale wielu będzie musiało stawić czoła dalszym trudnościom, gdy tylko wsparcie wygaśnie.

Drugą wadą jest to, że obecne apele o wdrożenie ADP napotykają zarówno praktyczne, jak i polityczne przeszkody, podczas gdy potrzebne są natychmiastowe środki zaradcze. Nawet w czasie, gdy pracownicy są skutecznie zmuszani do redukcji godzin lub rezygnacji z pracy, odruchową reakcją polityków na ideę  bezwarunkowego wsparcia jest unikanie „dawania pieniędzy za nic” i zamiast tego opieranie się na już istniejących programach, niezależnie od tego, na ile się one sprawdzają w obecnych warunkach kryzysowych. Istnieją również praktyczne przeszkody. W wielu krajach zapewnienie, że każda osoba trafi do rejestru uprawniającego ją do takiego wsparcia, jest trudne do spełnienia, zwłaszcza w sytuacji, gdy moce biurokratyczne są nadwerężone. To samo dotyczy mechanizmu dostarczania ADP, biorąc pod uwagę zaskakująco dużą liczbę osób bez rachunków bankowych lub stałego miejsca zamieszkania. Są to praktyczne przeszkody, które można z czasem pokonać, ale czas jest właśnie tym, co jest na wagę złota w środku pandemii COVID-19.

Krótko mówiąc, Awaryjny Dochód Podstawowy jest dobrym pomysłem i potencjalnie istotnym narzędziem w kompleksowej reakcji politycznej na pandemię, ale raczej nie zostanie wprowadzony w wielu jurysdykcjach. Ale pomyślmy przez chwilę o przyszłości. COVID-19 zaskoczył świat, mimo że urzędnicy zdrowia publicznego, epidemiolodzy i wiele innych osób od lat ostrzegają nas o możliwości scenariusza pandemii i jej katastrofalnych skutkach społeczno-ekonomicznych. W dużej mierze z powodu naszego trwale destrukcyjnego stosunku do środowiska i naszej silnie połączonej organizacji społecznej, ci sami specjaliści przewidują, że COVID-19 jest tylko pierwszą – choć właściwie nie pierwszą, gdy pomyślimy o SARS i MERS – epidemią wirusową w dłuższej perspektywie. Oznacza to, że musimy myśleć z wyprzedzeniem, przyznając, że nowa normalność może być światem, w którym rodzaj wstrząsu gospodarczego, którego doświadczamy dzisiaj, prawdopodobnie powtórzy się – być może wcześniej niż oczekiwano i prawdopodobnie w postaci jeszcze bardziej śmiertelnej i niszczycielskiej choroby. Dlatego należy zastanowić się nad reakcjami politycznymi, które promują odporność społeczną i gospodarczą oraz gotowość na wypadek pandemii. Odporność (resilience) polega na zapewnieniu, że społeczeństwo zachowa zdolność odpowiedniego reagowania na nagły szok wywołany pandemią wirusową. Odporna polityka zagwarantuje, że w czasie kryzysu pandemicznego pilne potrzeby ludzkie będą nadal zaspokajane w sposób odzwierciedlający kluczowe wartości społeczne – współczucie, uczciwość, solidarność.

Dochód podstawowy jako narzędzie odporności i gotowości

Dochód podstawowy odegrałby ważną rolę w promowaniu odporności społecznej i gospodarczej w ramach polityki gotowości na wypadek pandemii. Możemy o tym myśleć na dwa sposoby. Jednym jest przygotowanie się do wdrożenia ADP, gdy tylko sytuacja tego wymaga. Oznacza to przeprowadzenie wymaganych debat politycznych teraz, a nie w trakcie następnego kryzysu. Obecny kryzys pokazuje, że politycy i inni kluczowi interesariusze są bardzo świadomi potrzeby solidnego programu wsparcia gospodarczego. Zalety ADP w tym kontekście można omówić z wyprzedzeniem i głosować nad prawodawstwem umożliwiającym jego wprowadzenie w razie pandemii. Podobnie, praktycznymi aspektami można zająć się z dużym wyprzedzeniem, wyznaczając w adekwatnym procesie decyzyjnym to, w jaki sposób odpowiednie środki byłyby podjęte w okresie zmniejszonej zdolności do pracy.

Należałoby jednak rozważyć silniejszą strategię. Najlepszym sposobem na przygotowanie społeczeństwa na pandemię jest ustanowienie odpowiedniego stałego dochodu podstawowego: niewielkiej miesięcznej dotacji pieniężnej wypłacanej wszystkim osobom bez żadnych zobowiązań. Posiadanie faktycznego dochodu podstawowego, już wdrożonego, eliminuje potrzebę debaty politycznej lub szukania rozwiązań problemów związanych z jego wdrażaniem w środku kryzysu. Może być tak, że zaczniemy od niewielkiej kwoty dochodu podstawowego, która będzie wymagała podwyższenia w środku kryzysu pandemicznego, ale będzie to wymagało jedynie politycznej decyzji co do finansowania, podczas gdy sam instrument będzie już dostępny. Prawdziwy przykład tej strategii znajdujemy w Brazylii. Na początku 2020 r. Gmina Maricá w pobliżu Rio de Janeiro ustanowiła niski dochód podstawowy, który zapewniał miesięczny dochód w wysokości 130 reali (około 21 euro) dla około 42 000 mieszkańców – nie do końca uniwersalny, ale obejmujący 25% populacji, no i planuje z czasem przybliżyć go do idealnego podstawowego dochodu. Gdy tylko COVID-19 zaatakował, Maricá oparła się na istniejącym systemie dochodu podstawowego i obecnie płaci tym samym osobom 300 reali (prawie 50 euro) w ramach reakcji na pandemię. Doświadczenie Maricá stanowi doskonały przykład tego, jak możemy wdrożyć szybką reakcję na sytuację awaryjną poprzez wzmożenie działania w ramach wcześniej istniejącego schematu.

Posiadanie podstawowego dochodu zwiększa odporność na wiele innych sposobów. Efekty bezpieczeństwa ekonomicznego dla zdrowia publicznego są już dobrze udokumentowane i prawdopodobnie będą jeszcze większe w przypadku dodatkowego stresu związanego z kryzysem pandemicznym. Istnienie bezpiecznego poziomu dochodów i doświadczenie z nim związane  zapewnią, że osoby i rodziny stawią czoła potencjalnemu kryzysowi pandemicznemu – w tym przedłużającym się ograniczeniom związanym z zamknięciem w domach – znacznie lepiej przygotowane i mniej zatroskane o swoje bezpieczeństwo ekonomiczne. Oczekiwanie utrzymania bezpiecznej bazy ekonomicznej będzie miało bardzo istotny pozytywny wpływ na stres i zdrowie psychiczne, zarówno na początku, jak i podczas kryzysu pandemicznego.

Istnienie minimalnego poziomu bezpieczeństwa ekonomicznego może również wzmocnić relacje społeczne poprzez zwiększenie zaufania i solidarności, będących kluczowymi cechami radzenia sobie z pandemią na poziomie społeczności. Zwiększone zaufanie i solidarność byłyby również kluczowymi cechami budowania odporności systemów politycznych, które są obecnie pod presją populizmu, polaryzacji i stronniczości.

W czasach COVID-19 wiele rządów na całym świecie wdraża krótkoterminowe transfery pieniężne, choć są one głównie skierowane do pracowników i często nie obejmują osób samozatrudnionych lub o niestabilnym zatrudnieniu. Te krótkoterminowe, skierowane do ograniczonych grup podejścia nie mogą zapewnić długoterminowej odporności i bezpieczeństwa, jakie może zapewnić i zapewniłby dochód podstawowy, ale otwierają wyjątkową okazję do przedstawiania argumentów za dochodem podstawowym.

Rządy muszą tworzyć warunki, które pozwolą nam nie tylko przetrwać obecny kryzys, ale także odbudować społeczeństwa silniejsze, które będą się mogły rozwijać w przyszłości. Rozwijając już teraz argumentację za stałym dochodem podstawowym, tworzymy fundament, który lepiej przygotuje nas na przyszłe pandemie.


Jamie Cooke jest szefem Królewskiej Szkockiej Akademii oraz wiodącym rzecznikiem, autorem i wykładowcą na temat dochodu podstawowego. Zasiada w Komitecie Wykonawczym Basic Income Earth Network (BIEN) oraz w zarządzie Citizens’ Basic Income Network Scotland (CBINS).

Jurgen De Wispelaere jest teoretykiem, badaczem i wykładowcą nauk politycznych w Instytucie Badań Politycznych na Uniwersytecie Bath (Wielka Brytania) i stypendystą wizytującym w Stockholm School of Economics w Rydze.

Tłumaczenie:  Ewa Sufin-Jacquemart, z Green European Journal www.greeneuropeanjournal.eu – skróty redakcji.

Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków (OTOP) opublikowało nową edycję Czerwonej listy ptaków Polski. Wypełnia ona ważną lukę w naszej wiedzy o aktualnym statusie zagrożenia krajowej awifauny i spełniać będzie w najbliższych latach istotną rolę w planowaniu działań związanych z ochroną przyrody.

POBIERZ CZERWONĄ LISTĘ PTAKÓW POLSKI

Czerwone listy to opracowania, w których analizowane jest ryzyko wymarcia gatunków. W Polsce ostatnie takie opracowanie wydano w 2002 roku, więc od długiego czasu brak było aktualnej syntezy statusu zagrożenia ptaków Polski. OTOP, wspólnie z naukowcami z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN oraz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, podjął się przygotowania aktualnej czerwonej listy. Analizy przeprowadzono w oparciu o metodykę Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), wykorzystując ok. 1,4 miliona obserwacji z lat 2010-2019, pochodzących głównie z programu Monitoringu Ptaków Polski oraz z portalu Ornitho.pl.

Wyniki aktualnej edycji Czerwonej listy ptaków Polski nie napawają optymizmem. W ciągu ostatnich 200 lat w Polsce wymarło 16 gatunków ptaków, a liczba ta niemal podwoiła się od czasu wydania poprzedniej czerwonej listy. Kolejnych 47 gatunków zagrożonych jest wymarciem – o 30% więcej niż dwie dekady temu. Aż 12 spośród nich zakwalifikowano jako krytycznie zagrożone. Wśród gatunków, które po raz pierwszy wskazywane są jako zagrożone w naszym kraju, są m.in. płaskonos, mewa siwa, zausznik czy błotniak łąkowy, ale także tak dobrze znane ptaki jak głowienka, gawron oraz słowik szary.

Czerwona lista identyfikuje także przypadki odbudowy populacji i obniżenia statusu zagrożenia, które – choć nieliczne – dają nadzieję, że odpowiednio wdrażane programy ochrony mogą zmieniać na lepsze los gatunków zagrożonych. Przykładem może być sokół wędrowny, w przypadku którego intensywny program reintrodukcji pozwolił na obniżenie kategorii zagrożenia.

Źródło: Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków

Rys. Agnieszka Ciszewska


 

Lutowa okładka amerykańskiego Cosmopolitan przedstawia roześmianą kobietę o dużym rozmiarze ciała w sportowym stroju, ćwiczącą jogę. Napis na zdjęciu brzmi „This is healthy” czyli „To jest zdrowe”. Internet zawrzał. Pojawiły się głosy zaniepokojonych o zdrowie publiczne, że to bardzo szkodliwe społecznie prezentować słowo „zdrowe” obok otyłego ciała i że całość działa jak tzw. promocja otyłości.

Chciałam zatem uprzejmie poinformować wszystkich rycerzy i obrończynie zdrowia publicznego (a nie rzeczywistych specjalistów i ekspertki w tej dziedzinie), że na okładce Cosmopolitan nie jest napisane, że otyłość jest zdrowa. Tam jest napisane, że THIS, czyli TO jest zdrowe. A „TO” z pewnością nie jest kobietą na okładce ani nie musi być otyłością. To może być aktywność fizyczna, to może być uśmiech i energia kobiety na zdjęciu. Tak samo jak tzw. modelki plus size (swoją drogą podział przedstawicieli jednego zawodu na grubych i chudych jest okropny), które reklamują odzież sportową, nie promują otyłości i nie mówią, że to jest bardzo zdrowe mieć otyłość lub nadwagę, ale że osoby o dużym rozmiarze ciała mogą być aktywne i nosić wygodną odzież sportową, a nie stare t-shirty i maksymalnie rozciągnięte legginsy. Ponad rok temu firma Nike została oskarżona przez internautów za promowanie otyłości, gdy wprowadziła do swoich sklepów manekiny w rozmiarach plus (a raczej “normal”, ponieważ ogromna liczba kobiet ma właśnie takie ciała i są one normalne).

Reakcje na tę okładkę pokazują, że osoby grube w całej swojej złożonej tożsamości dla społeczeństwa mają jedną etykietkę – otyłość.

Gdyby na okładce była osoba z wirusowym zapaleniem wątroby, schizofrenią, cukrzycą, ale kształtem ciała w kanonie, napis by nie raził, nie wypadałoby oburzyć się napisem „This is healthy”. Jednak w przypadku osoby z otyłością czujemy się w obowiązku przypomnieć jej, że otyłość to choroba. Mimo że nie wiemy czy ta osoba właśnie leczy zaburzenia odżywiania, bierze leki powodujące tycie czy np. jest w trakcie odchudzania i już dużo schudła. Nie wiemy, czy ta osoba akurat wychodzi z dołka i uczy się akceptacji siebie.

Chudnięcie to trudny i wymagający proces. Żeby w ogóle się go podjąć, paradoksalnie niezbędna jest samoakceptacja, miłość własna i przekonanie, że jest się ważnym i wartym poświęceń. Jeśli nienawidzi się i nie akceptuje siebie, to zmiana nawyków, podejmowanie wyzwań i przezwyciężanie trudności jest niemożliwe. Niestety, akceptacja siebie, radość z własnego ciała, wiara, że jest ono ważne i piękne to uczucia, które bywają obce osobom grubym. Nic dziwnego – od dzieciństwa są przezywane, etykietowane, zawstydzane. Słyszą „schudnij”, ale jedzenie jest potężnym narzędziem regulacji emocji i sprawowania władzy w rodzinach, a w szkole nie ma przedmiotu „zdrowie” i jeśli nie ma się wzorców zdrowego stylu życia w domu, to problemem jest samodzielne zdobycie rzetelnych informacji i przebicie się przez diety cud, płatne programy odchudzające, głodówki i debilne porady ciotek i wujów.

Silna wola działa i rozwija się jak mięsień – można ją wzmacniać pomału, drobnymi sukcesami, osłabić brakiem jakichkolwiek wyzwań lub przeciążyć i nadwerężyć tak, że będzie do niczego. Więc kolejne nieudane (supermodne, ale nierealistyczne i nierozsądne) diety powodują, że „mięsień silnej woli” (czyli obszar płata czołowego) się nadweręży i wysiądzie dosłownie w kilka dni. A to z kolei prowadzi do poczucia porażki i daje osobie próbującej schudnąć kolejne argumenty, że nic jej nigdy nie wyjdzie, nic nie potrafi, nie ma nad sobą kontroli. To obniża poczucie sprawczości i kontroli nad własnym życiem.

Zdrowy styl życia to przywilej osób, które mają:

  • dostęp do wiedzy (o żywieniu, o składnikach odżywczych, o psychologii, a również o tym, że w reklamach nie mówią prawdy, trzeba czytać etykietki, bo jogurt owocowy dla dzieci i keczup mają cukier, że mleczna kanapka Kinder to nie jest naprawdę kanapka, a słodycz),
  • dostęp do bezpiecznej infrastruktury do aktywności fizycznej,
  • czas i/lub pieniądze na zdrową żywność, strój i buty sportowe
  • wsparcie bliskich, doświadczenia sukcesów w życiu, życzliwość od świata (mówię tu np. o różnicy w postrzeganiu – szczupła objadająca się fastfoodami dziewczyna wygląda pociesznie i słodko, natomiast otyła dziewczyna jedząca normalny posiłek wzbudza śmiech, pogardę, żarty).

Tania, dostępna żywność to zazwyczaj wysokokaloryczne, wysokoprzetworzone węglowodanowo-tłuszczowe produkty bez witamin i błonnika, które uzależniają. W Polsce to jeszcze nie jest tak widoczne, ale spróbujcie w Wielkiej Brytanii i Irlandii zrobić „zdrowe” zakupy w supermarkecie wydając mało pieniędzy. Za tę samą kwotę można kupić symbolicznie kilka świeżych owoców i warzyw lub wielką paczkę mrożonych frytek/gotowej pizzy w takiej ilości, żeby się najeść do syta.

Żeby cokolwiek zmienić w życiu, musi pojawić się motywacja, a o nią ciężko, gdy nienawidzi się i nie wierzy się w siebie. Gdy się wstydzi swojego ciała i gdy zawsze czuje się na nim nieprzyjazne spojrzenia.

Nasze społeczeństwo, niestety, stygmatyzuje mnóstwo cech i chorób. Jednak wiele z nich da się ukryć – choroby zakaźne, łuszczycę, choroby psychiczne, orientację, leworęczność, nawet płeć. Osoby otyłe nie mogą schować swojego „problemu” nigdy. Nie bywają w sytuacjach, w których nie są oceniane przez pryzmat kształtu ich ciała. Nie dostrzega się ich różnych ról życiowych w oderwaniu od ich wyglądu. Z pewnością zdarzało wam się słyszeć lub powiedzieć:

„Nie zatrudnimy grubej baby jako recepcjonistki, chociaż ma najlepsze kwalifikacje.”
„Ale te dzieci mają grubą matkę, biedne, pewnie się jej wstydzą.”
„Szok, że taki gruby, a tak świetnie tańczy.”
„Widziałeś, jaką grubą laskę ma ten koleś? Jak oni uprawiają seks?”
„Ten grubas zaraz złamie ten rower.”
„Taka tłusta psycholożka to chyba sama sobie nie radzi z własnym życiem.”

A lekarze często na każdy problem osoby o dużej masie ciała mają jedno remedium: „proszę schudnąć”, bez skierowania do dietetyka, psychologa, endokrynologa, udzielenia wsparcia czy zapewnienia ważnych informacji.

Rozwijamy się, poszerzamy horyzonty. Mówimy osobom z nowotworem „rak to nie wyrok”, osobom z HIV, że mogą normalnie żyć. Zachęcamy osoby z niepełnosprawnościami do pokonywania ograniczeń ciała. Ale totalnie nie radzimy sobie, gdy osoba gruba chce być aktywna, szczęśliwa, sławna, bogata, mieć udane życie seksualne, uprawiać sport. I pilnie przypominamy, jej i reszcie świata, że:

  1. otyłość jest chorobą
  2. pokazywanie osób otyłych jest promocją otyłości.

Często przy punkcie b) pojawia się fatalnie błędny argument, że „otyli są sobie sami winni”, że to co innego niż inne choroby czy niepełnosprawność. Jest jednak mnóstwo innych chorób nabytych, w których tak gwałtownie nie reagujemy, a wręcz mamy inne zdanie. Nie uważamy przecież, że nałogowy palacz z rakiem powinien umierać w zamknięciu, bo promuje raka. Nie sądzimy, że paraolimpijczyk, który stał się niepełnosprawny z własnej nieodpowiedzialności, promuje niepełnosprawność pokazując się publicznie. A internauci nie bulwersują się, gdy uzależniona od alkoholu lub narkotyków modelka jest na okładce gazety, bo to promuje alkoholizm.

Zastanówmy się, czy naprawdę „sama jest sobie winna” młoda dorosła osoba, która np. w domu zamiast zdrowego stylu życia nauczyła się objadać w stresie lub była ofiarą dorosłej osoby, która zmuszała ją do jedzenia do końca, “bo nie wstanie od stołu”, “bo babci będzie przykro, jak wnusia nie zje” (to dość powszechny rodzaj przemocy). Miała beznadziejnych wuefistów, którzy zamiast zachęcać do aktywności, zawstydzali ją przed całą klasą. Próbowała się odchudzać, ale zaliczała porażki (bo nikt jej nie powiedział, że nie musi być na diecie cud lub głodówce), aż jej samoocena i przekonanie o własnej skuteczności spadło do zera. Tak wstydzi się swojego ciała, że z trudem wychodzi z domu, a co dopiero miałaby odważyć się uprawiać sport.

Jeśli wciąż uważacie, że taka osoba jest sama sobie winna, to spróbujcie przez zaledwie 30 dni codziennie robić kilka nowych dla was rzeczy. Na przykład nie zaglądać na social media, nie jeść nic słodkiego ani nic z tłuszczami nasyconymi, nie pić alkoholu, codziennie robić trening, uczyć się języka obcego przez 15 minut, robić wszystko ręką niedominującą. Wprowadzenie choćby jednego nowego restrykcyjnego nawyku w życie jest niebywale trudne. Dlatego zaakceptujcie fakt, że otyłość nie jest czyjąś winą, ale raczej wynikiem genetyczno-społeczno-rodzinnej loterii.

Chcąc pokonać nadwagę lub otyłość, trzeba zgodzić się na życiową rewolucję składającą się z dziesiątek małych rzeczy. Osoba, która zmienia swoje życie, zazwyczaj musi:

  • zdobyć motywację, wiarę w siebie, polubić siebie na tyle, żeby zacząć
  • zdobyć gigantyczną wiedzę dotyczącą np. aktywności fizycznej i żywienia
  • zmienić formę spędzania wolnego czasu
  • zwalczyć przywiązanie do cukru lub innych ulubionych potraw (a to bywa bardzo nieprzyjemne na początku, powoduje senność, zmęczenie, ból głowy, rozdrażnienie)
  • zwalczyć przywiązanie do soli (odstawienie soli powoduje, że na początku nic nie smakuje dobrze)
  • próbować wciąż nowych potraw i smaków, do których nie jest przyzwyczajona (a nie każdy lubi nowości)
  • zastanowić się, jak spiąć wydatki na nowy rodzaj żywności, aktywność fizyczną, dietetykę, fizjoterapię w budżecie miesięcznym
  • nauczyć się gotować w nowy sposób oraz nabyć nowe nawyki w kuchni i przy stole
  • zwalczyć uzależnienie behawioralne od np. podjadania w konkretnych sytuacjach
  • znaleźć nową, inną niż jedzenie formę radzenia sobie z emocjami, stresem i trudnościami
  • znaleźć nowe, inne niż jedzenie przyjemności w życiu
  • pokonać wstyd i zmusić się do pierwszego marszu czy pierwszej gimnastyki
  • pokonać trudności rodzinne, np. złośliwość, przemoc, kuszenie (są rodzice i partnerzy, którzy naśmiewają się z grubości i słabej woli, a jednocześnie podsuwają niezdrowe jedzenie albo np. zabraniają korzystać dzieciom z kuchni).

To jest tak trudny projekt, że zazwyczaj podchodzi się do niego wiele razy i jeśli nie ma się naprawdę wspaniałego wsparcia albo pewnych cech osobowości (znów wygranych na genetyczno-wychowawczej loterii), to być może się nigdy nie uda.

Zdrowie to pewne kontinuum, jego definicja jest płynna, zmienia się w czasie i różni się w różnych kulturach. Ale jeśli osoba na okładce Cosmo pokonała traumę, fobię społeczną lub wstyd, to dla mnie THIS IS HEALTHY. Jeśli kocha i akceptuje swoje ciało, bo wie, że dzięki niemu może sobie chodzić, śmiać się, słuchać, pisać, to dla mnie THIS IS HEALTHY.

Nie ma mojej zgody na komentarze osób, które nie mają wiedzy o kampaniach społecznych, promocji zdrowia ani nie śledzą dyskursu na temat definicji zdrowia, że otyłość nie powinna być kojarzona ze słowem „zdrowie”, że „wyszło niefortunnie” i „nieodpowiedzialnie użyto słowa “zdrowie” przy osobie otyłej i to może być fatalne w skutkach, rodzić złe skojarzenia, promować otyłość”.

Wyszło dokładnie tak, jak miało wyjść – osoby o dużym rozmiarze ciała mogły zobaczyć, że mogą mieć zdrowe nawyki, że ich aktywność, ich uśmiech są zdrowe, że nie muszą się wstydzić.

Od 12.01.2021 r., w każdy wtorek i środę o godzinie 18:00 Fundacja Agro-Perma-Lab zaprasza
na wykłady otwarte dotyczące zachowywania nasion. tworzenia społecznościowych domów nasion,
a także szerszego kontekstu (ekonomicznego, politycznego) wokół nasion.

Łącznie odbędzie się 10 takich wykładów. Trenerzy szkolenia pochodzą z Polski oraz kilku krajów Europy (Hiszpania, Włochy, Wielka Brytania). Pierwszy wykład już we wtorek 12 stycznia. Będzie dotyczył nasion w kontekście agroekologii, permakultury i suwerenności nasiennej.

Harmonogram wszystkich spotkań oraz informacje o tym, jak dołączyć
do transmisji spotkań, można znaleźć TUTAJ.

Wykłady są częścią projektu ,,Agro-Perma-Lab: NASIONA”, współfinansowanego
przez Community Seed Banks Academy. ,,Zielone Wiadomości” są patronem medialnym projektu.

Najnowsze dane opublikowane przez Copernicus Climate Change Service pokazują, że w skali globalnej rok 2020 był porównywalny z najcieplejszym rokiem w historii. Był także częścią najcieplejszej w historii dekady. W 2020 roku odnotowano również dalszy wzrost stężenia CO2.

Temperatura powietrza na wysokości dwóch metrów w 2020 r. przedstawiona w stosunku do średniej z lat 1981–2010. Źródło: ERA5. Źródło: Copernicus Climate Change Service/ECMWF

Serwis Copernicus Climate Change Service (C3S) ujawnił dzisiaj, że rok 2020 był najcieplejszy, podobnie jak poprzedni najcieplejszy rok 2016. Czyni to rok 2020 szóstym z serii wyjątkowo ciepłych lat rozpoczynających się w 2015 r. i częścią najcieplejszej dekady odnotowanej w latach 2011-2020. Tymczasem w Europie był to najcieplejszy rok w historii, o 0,4° C cieplejszy niż rok 2019, który poprzednio był najcieplejszym odnotowanym rokiem. Razem z Copernicus Atmosphere Monitoring Service (CAMS), C3S informuje również, że stężenia CO2 w atmosferze nadal rosły w 2020 r., w tempie około 2,3 ppm/rok osiągając maksymalnie 413 ppm w maju 2020 r.

C3S, jak i CAMS są zrealizowany przez Europejskie Centrum Średnich Prognoz Pogodowych na zlecenie Komisji Europejskiej przy dofinansowaniu Unii Europejskiej.

Średnie dekadowe globalnej temperatury powietrza na wysokości dwóch metrów według różnych zbiorów danych: ERA5 (ECMWF Copernicus Climate Change Service, C3S); GISTEMPv4 (NASA); HadCRUT5 (Met Office Hadley Centre); NOAAGlobalTempv5 (NOAA), JRA-55 (JMA); and Berkeley Earth. Credit: Copernicus Climate Change Service/ECMWF

Zbiór danych C3S dotyczący temperatur powietrza na powierzchni pokazuje, że:

• Globalnie rok 2020 był na poziomie rekordu z 2016 roku
• Rok 2020 był o 0,6° C cieplejszy niż standardowy okres odniesienia 1981–2010 i około 1,25° C powyżej okresu przedindustrialnego 1850–1900
• To sprawia, że ​​ostatnie sześć lat było najcieplejszymi sześcioma latami w historii pomiarów
• Europa odnotowała najcieplejszy rok w historii pomiarów – aż o 1,6° C powyżej okresu odniesienia 1981-2010 i 0,4° C powyżej 2019 r., czyli poprzedniego najcieplejszego roku
• Największe roczne odchylenie temperatury od średniej z lat 1981-2010 wystąpiło na Arktyce i północnej Syberii, osiągając ponad 6° C powyżej średniej

Ponadto pomiary satelitarne globalnego stężenia CO2 w atmosferze pokazują, że:

• Globalne uśrednione maksimum CO2 w kolumnie osiągnęło 413 ppm
• Poziom CO2 nadal wzrastał w 2020 r., zwiększając się o 2,3 ± 0,4 ppm, nieco wolniej niż w roku poprzednim

W niektórych częściach Arktyki i północnej Syberii odnotowano jedne z największych rocznych odchyleń temperatury od średniej w 2020 r., przy czym w dużym regionie odnotowano odchylenia nawet o 3° C, a w niektórych lokalizacjach nawet powyżej 6° C przez cały rok. W ujęciu miesięcznym największe dodatnie anomalie temperaturowe w regionie wielokrotnie przekraczały 8° C. Zachodnia Syberia doświadczyła wyjątkowo ciepłej zimy i wiosny, podobnie jak lato i jesień była wyjątkowo ciepła w Syberyjskiej Arktyce i na dużej części Oceanu Arktycznego.

Ponadto sezon pożarów był niezwykle aktywny, a pożary wykryte po raz pierwszy w maju trwały przez całe lato aż do jesieni. W rezultacie pożary uwolniły rekordową ilość 244 megaton dwutlenku węgla w 2020 roku, ponad jedną trzecią więcej niż rekord z 2019 roku. W drugiej połowie roku poziom lodu morskiego w Arktyce był znacznie niższy, niż średnia dla tej pory roku, przy czym w lipcu i październiku odnotowano najniższy zasięg lodu morskiego w tym miesiącu.

Ogólnie rzecz biorąc, na półkuli północnej temperatury przez cały rok były wyższe niż średnie, z wyjątkiem regionu nad środkowym Atlantykiem Północnym. Dla kontrastu, w niektórych częściach półkuli południowej temperatury były niższe od średnich, zwłaszcza nad wschodnim równikowym Pacyfikiem, co jest związane z chłodniejszymi warunkami La Niña rozwijającymi się w drugiej połowie roku. Warto zauważyć, że rok 2020 jest równy rekordowemu 2016 pomimo ochłodzenia La Niña, podczas gdy 2016 był rokiem, który rozpoczął się od silnego ocieplenia El Niño.

Roczne średnie globalnej temperatury powietrza na wysokości dwóch metrów – szacowana zmiana od okresu przedindustrialnego (oś lewa) oraz w stosunku do lat 1981-2010 (oś prawa) według różnych zbiorów danych: Czerwone słupki: ERA5 (ECMWF Copernicus Służba ds. Zmian Klimatu, C3S); Kropki: GISTEMPv4 (NASA); HadCRUT5 (Met Office Hadley Center); NOAAGlobalTempv5 (NOAA), JRA-55 (JMA); i Berkeley Earth. Źródło: Copernicus Climate Change Service/ECMWF

2020 rok w Europie – najcieplejszy w historii pomiarów

Rok 2020 był najcieplejszym rokiem w Europie, a zima 2019/20 i jesień 2020 również były najcieplejsze. Zima 2020, czyli grudzień 2019 do lutego 2020, przekroczyła poprzedni najcieplejszy rok 2016 o prawie 1,4 ° C, a jesień (wrzesień-listopad 2020) przekroczyła stary rekord z 2006 roku o 0,4 ° C. Ponadto w Europie Zachodniej pod koniec lipca i na początku sierpnia doszło do silnej fali upałów. Kolejne cztery najcieplejsze lata dla Europy miały miejsce również w ostatniej dekadzie.

Pełna i szczegółowa analiza klimatu w Europie zostanie opublikowana w kwietniu, kiedy program Copernicus przedstawi swój coroczny europejski stan klimatu 2020.

Carlo Buontempo, dyrektor Copernicus Climate Change Service (C3S), komentuje: „Rok 2020 wyróżnia się wyjątkowym ciepłem w Arktyce i rekordową liczbą burz tropikalnych na północnym Atlantyku. Nic dziwnego, że ostatnia dekada była najcieplejsza w historii pomiarów i jest kolejnym przypomnieniem, jak pilna jest potrzeba ambitnych redukcji emisji, aby zapobiec niekorzystnym skutkom klimatycznym w przyszłości”.

Stężenie CO2 nadal rośnie w 2020 roku

Miesięczne globalne stężenia CO2 z satelitów (górny panel) i pochodne średnie roczne stopy wzrostu (dolny panel) w latach 2003-2020. U góry: CO2 (XCO2) uśredniony w kolumnie na podstawie C3S/ Obs4MIPs (v4.2) skonsolidowanych (2003-2019) i wstępnych rekordów CAMS w czasie zbliżonym do rzeczywistego (2020). Wymienione wartości liczbowe zaznaczone na czerwono wskazują roczne średnie wartości XCO2. U dołu: średnie roczne stopy wzrostu XCO2 pochodzące z danych przedstawionych w górnym panelu. Wymienione wartości liczbowe odpowiadają szybkości wzrostu w ppm/rok. Źródło: University of Bremen dla programu Copernicus Climate Change Service i Copernicus Atmosphere Monitoring Service / ECMWF

Analiza danych satelitarnych ujawnia, że ​​stężenia dwutlenku węgla nadal rosły w 2020 r., osiągając bezprecedensowe globalne maksimum uśrednione w kolumnie wynoszące około 413,1 ppm. Szacowana roczna średnia stopa wzrostu XCO2 w 2020 roku wyniosła 2,3 ± 0,4 ppm/rok. To mniej niż tempo wzrostu w 2019 r., które wyniosło 2,5 ± 0,2 ppm/rok, a także mniej niż wzrost o 2,9 ppm/rok w 2015 i 2016 r. Jednak w latach 2015 i 2016 doszło do silnego zdarzenia klimatycznego El Niño, co spowodowało większe tempo wzrostu w atmosferze ze względu na słabsze niż zwykle pochłanianie atmosferycznego CO2 przez roślinność lądową i duże emisje CO2 w wyniku pożarów, szczególnie w Indonezji, w tamtych latach. Pożary w Arktyce i Australii w 2020 r., chociaż miały bezprecedensową skalę, stanowią jedynie niewielki ułamek globalnej emisji pożarów.

Vincent-Henri Peuch, dyrektor Copernicus Atmosphere Monitoring Service (CAMS), komentuje: „Chociaż stężenia dwutlenku węgla wzrosły nieco mniej w 2020 r. niż w 2019 r., nie jest to powód do samozadowolenia. Dopóki globalna emisja netto nie spadnie do zera, CO2 będzie nadal gromadził się w atmosferze i będzie powodować dalsze zmiany klimatyczne”.

W kontekście pandemii COVID-19, Global Carbon Project oszacował, że nastąpiła redukcja o około 7% emisji CO2 z paliw kopalnych.

W jakim stopniu był to czynnik wpływający na niższy całkowity wzrost jest jednak dyskusyjny, ponieważ zmiany w globalnym tempie wzrostu są zdominowane przez procesy naturalne. Musimy kontynuować wysiłki na rzecz zmniejszenia emisji netto CO2, aby zmniejszyć ryzyko zmian klimatycznych”, dodaje Vincent-Henri Peuch.

Niezwykłe wydarzenia klimatyczne z 2020 roku i dane z serwisu Copernicus Climate Change Service pokazują, że nie mamy czasu do stracenia. Musimy zjednoczyć się jako społeczność globalna, aby zapewnić sprawiedliwe przejście do przyszłości zerowej netto. Będzie to trudne, ale koszt bezczynności jest zbyt wysoki, dlatego zobowiązania podjęte w ramach naszego Europejskiego Zielonego Ładu są tak bardzo potrzebne”, podkreśla Matthias Petschke, dyrektor ds. Przestrzeni kosmicznej w Dyrekcji Generalnej Komisji Europejskiej ds. Przemysłu obronnego i kosmosu.

Więcej informacji odnośnie zebranych danych: https://climate.copernicus.eu/sites/default/files/2021-01/C3S-Annual-end-of-year-2020_notes-to-editors.pdf

Miesięczny Biuletyn Klimatyczny za grudzień jest dostępny tutaj: https://climate.copernicus.eu/monthly-climate-bulletins

Źródło: ECMWF

Fot. UN Photo/Mark Garten


 

Mamy coraz więcej dowodów, że obecny model pracy się nie sprawdza. Brakuje nam mechanizmów powstrzymania dewastacji dobra wspólnego, łącznie z tym najcenniejszym: biosferą naszej planety umożliwiającą nam wszystkim przeżycie. Jednakże nasz destruktywny wpływ na planetę nie jest skutkiem naszego człowieczeństwa, ale globalnego systemu społecznego, w którym wszyscy żyjemy. Zaś nierówna relacja pomiędzy kapitałem a pracą stanowi istotę tego systemu.

Monika Kostera: Pod koniec XIX wieku amerykański inżynier Frederick Taylor zaproponował system zarządzania produkcją przemysłową, który nazwał „naukowym zarządzaniem”. To była nazwa, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, sexy i rynkowa – miała wywołać pozytywne skojarzenia z rygorystycznym, uporządkowanym podejściem do produkcji. Nie był naukowy w tym sensie, że nie prowadziły do jego sformułowania żadne badania naukowe. Był to system czysto techniczny, inżynierski, mający na celu maksymalną efektywizację pracy. Opierał się na podziale pracy na najmniejsze części składowe i dokładnym opisie czynności niezbędnych do wykonania pracy, wraz z precyzyjnym określeniem czasu trwania każdej czynności. Następnie przydzielano bardzo rudymentarne zadania pracownikom. Nie wymagało to żadnej wiedzy, żadnego doświadczenia, nawet żadnej inteligencji. Pracownik był mikro-sterowany przez przełożonego i niemal idealnie wymienny, a więc tani. Płaciło się mu mało, a dominującą formą wynagrodzenia stał się od tej pory akord.

System rozpowszechnił się w całym uprzemysłowionym świecie, także w Związku Radzieckim po rewolucji. Lenin początkowo krytykował taylorowski system pracy, ale bardzo szybko sam go wprowadził, włącznie z akordem, symbolizującym wszak dla ruchu związkowego absolutny wyzysk i zniewolenie. Ten system miał w założeniu dotyczyć tylko stanowisk wykonawczych, czyli robotników, ale wkrótce rozpowszechnił się na pracowników biurowych, a potem także na profesje: nauczycieli, medyków, naukowców.

Obecnie mamy do czynienia z rozpowszechnionym systemem zarządzania pracy wzorowanym na obozie pracy przymusowej, jak argumentuje australijski profesor zarządzania Peter Fleming. Praca w niemal dowolnym miejscu pracy jest fragmentaryzowana, mikro-zarządzana, nudna, pozbawiona jakiejkolwiek inwencji i coraz rzadziej – godności.

Z jednej strony stała się czymś w rodzaju złotego cielca, wielkiego idola – dyskurs społeczny każe wypowiadać się o niej jak o świętości absolutnej. Każdy musi pracować, a wszelki odpoczynek jest podejrzany. Relaks stał się tym, czym seksualność była za czasów Wiktoriańskich – wielkim tabu. Pracownik musi wyrażać entuzjazm dla najbardziej nudnej a nawet plugawej pracy, twierdzić, że kocha to co robi, prezentować ekstatyczny wyraz twarzy. Już nie wystarczy uśmiech, trzeba śmiać się całą gębą.

Z drugiej strony – system zarządzania oparty na obozie pracy, który sprawia, że każda praca jest przykra, nieciekawa, bezsensowna, jak pisze antropolog David Graeber. To tak jakby z definicji praca miała być karą biblijnych proporcji, którą trzeba przyjąć bez szemrania i z masochistyczną wdzięcznością; jakby wykroczeniem było odczuwać prawdziwą przyjemność ze swojej pracy. Mówimy dziś o „antropocenie”, epoce zdominowanej przez działalność człowieka. Niszczymy środowisko, zatruwamy życie na naszej planecie. W tym nasze własne. Czy jest ratunek, czy można coś zrobić z ludzką pracą?

Jerzy Kociatkiewicz: Warto zauważyć, że kilka dekad przed Taylorem i spółką, Fryderyk Engels swoją i Marksa propozycję socjalizmu również nazwał naukową, w kontrze do utopijnych, jego zdaniem, propozycji swoich poprzedników. Można uznać, że takie były czasy, że naukowość (przynajmniej w nazwie) popłacała, ale wydaje mi się, że chodziło jednak o coś więcej: o podzielaną tak przez Engelsa, jak i Taylora wiarę, że wybór właściwej metody analizy umożliwi znalezienie bezsprzecznie trafniejszych rozwiązań. Frederick Taylor szczerze chyba wierzył, że jego podejście zwiększy zarówno dobrostan, jak i szczęśliwość pracownika, którego wyższa efektywność przełoży się na wyższe dochody i lepsze warunki życia. Henry Ford, przedsiębiorca i kapitalista, którego trudno posądzić o jakiekolwiek lewicowe sympatie, i który z entuzjazmem wprowadzał zasady naukowego zarządzania w swoich fabrykach, mógł nie czuć się hipokrytą pisząc w swojej biografii:

Kapitał, który nie tworzy coraz to nowych i lepszych stanowisk pracy jest bardziej bezużyteczny niż piasek. Kapitał, który nie poprawia nieustannie warunków codziennej pracy i nie przyczynia się do bardziej sprawiedliwej zapłaty za pracę nie spełnia swojej najwyższej funkcji. Najwyższa funkcją kapitału nie jest generowanie pieniędzy, ale umożliwienie pieniądzom lepiej służyć poprawie życia.

Dziś słowa Henry’ego Forda brzmią jak marzenia utopijnego socjalisty: w miejscach pracy widzimy skutek uboczny działalności kapitału, dla którego zatrudnienie pracownika stanowi ostateczność, wciąż jeszcze nie do uniknięcia w procesie generowania zysków.

Doskonale to widać na rynkach finansowych, gdzie wiadomość o zwolnieniach bardzo często powoduje wzrost wartości firmy. Tę zmianę w nastawieniu widać również w medialnych dyskusjach o robotach przemysłowych: nie oczekujemy już, że uwolnią one pracowników od nudnej i ciężkiej harówki (jak wyobrażali to sobie dwudziestowieczni futuryści), ale spodziewamy się, że zajmą miejsca pracy i „zabiorą pracę” niechętnym do jej oddania pracownikom.

Kiedy pracę postrzegamy jako kaprys pracodawcy, a nie jedyny społecznie dopuszczalny sposób wykorzystania kapitału, jako naturalne jawi się nam dążenie kapitału (właścicieli, akcjonariuszy, inwestorów) do maksymalnego możliwego wyzysku, ograniczanego jedynie (choć i to nie zawsze) obowiązującymi przepisami prawa. Trudno przychodzi nam zauważenie, że nasz system prawny, którego prawo pracy jest jedynie małą cząstką, w dużej części zajmuje się ochroną kapitału przed pracownikami. Daje wszak możliwość dowolnego prawie gromadzenia kapitału i dysponowania takowym, chroni nierówności majątkowe i umożliwia ich przekuwanie w relacje władzy. Polska konstytucja deklaruje „społeczną gospodarkę rynkową” opartą na solidarności, jednak dalej w porządku prawnym solidarność owa pojawia się wyłącznie jako hamulec dla możliwych ekscesów, nieśmiało wykrojony z obszaru „wolności gospodarczej.”

Mamy coraz więcej dowodów, że ten model się nie sprawdza. Brakuje nam mechanizmów powstrzymania dewastacji dobra wspólnego, łącznie z tym najcenniejszym: biosferą naszej planety umożliwiającą nam wszystkim przeżycie. Nie przypadkiem wielu naukowców, jak filozof Donna Haraway czy ekonomista Daniel Ruccio, proponują rozmowę nie o antropocenie, ale o kapitałocenie (okropne słowo do opisu okropnej rzeczywistości): nasz destruktywny wpływ na planetę nie jest skutkiem naszego człowieczeństwa, ale globalnego systemu społecznego, w którym wszyscy żyjemy. Zaś nierówna relacja pomiędzy kapitałem a pracą, pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, stanowi istotę tego systemu.

I dlatego, moim zdaniem, nie możemy rozmawiać o pracy nie rozmawiając o relacjach władzy: o swobodzie działania, którą daje bogactwo i o zniewoleniu nieodłącznie towarzyszącemu pracy najemnej. Kiedy coraz mniej opiekuńcze państwo stawia wielu z nas przed wyborem znalezienia pracy bądź utraty środków do życia, efektem nie jest motywacja, a desperacja. Dlaczego świat pełen desperatów wydaje się tak wielu z nas światem nie tylko normalnym, ale i pożądanym? Czy pomysł powszechnego dochodu gwarantowanego może dać nam kolektywną szansę na życie bez desperacji? Czy i jak bylibyśmy w stanie odróżnić prace konieczną od pracy bez sensu?

Jarosław Niemiec: Oto są pytania! Nie wiem czy na obecną sytuację świata pracy kształtowaną i uzasadnianą językiem nauki nie należy odpowiedzieć językiem wartości. Zastrzegam przy tym, że tę naukę momentami mam ochotę brać w cudzysłów, gdyż trudno już odróżnić pewne teorie od ideologii. Nawet zakładając, że potraktujemy to jako naukę rzetelną, to mnogość nurtów i kierunków skłania mnie do pewnego neopozytywistycznego poznawczego aktu desperacji i kapitulacji w obliczu braku możliwości ustalenia obiektywnej prawdy, który postulował Popper, mianowicie że trzeba coś wybrać. Nie podzielam tego poglądu, ale rzeczywiście świat pracy chyba nie ma wyjścia. Uwikłanie się w udowadnianie, która teoria społeczno-ekonomiczna jest naukowo i obiektywnie lepsza, przekracza nasze możliwości i powoduje, że tracimy dystans jako pracownicy do uciekającej nam światowej ekonomii i reagujemy zbyt wolno na zbyt szybkie zmiany.

Język wartości jest takim uniwersalnym językiem świata pracy i żądanie „pracy i chleba” zawsze będzie aktualne. Wobec tego, dokonując wyboru, odpowiadam, że podstawowy dochód gwarantowany jest na ten moment najlepszym, ale tylko pierwszym krokiem ku zniesieniu bezwzględnego darwinizmu społecznego i ekonomicznej przemocy. Jednocześnie musimy sobie zdawać sprawę, że nie daje z automatu gwarancji życia bez desperacji, bo nie zapewnia wprost poczucia przynależności społecznej, poczucia sprawczości czy przydatności, a więc tych potrzeb, które zapewnia praca wytwórcza o charakterze społecznym w pełnym tego znaczeniu. O ile sprawiedliwy podział dóbr można sobie wyobrazić, choć bardzo trudno wprowadzić w życie, to wyzwaniem pozostaje społeczna organizacja pracy zapewniająca z jednej strony jakość i efektywność dla społeczeństwa, a z drugiej strony satysfakcję dla pracownika.

Na pewno warto wziąć tu pod uwagę rozwój technologii z technologią cyfrową i transformacją energetyczną na czele, które z czysto ekonomicznego punktu widzenia są dla świata pracy śmiertelnym zagrożeniem, ale też przez swoją wydajność otwierają wielkie możliwości uniezależnienia się od przyrodniczej walki o byt. Do tego należy otworzyć dyskusję o motywacji społecznej i przywołać tę już może banalną, ale z aksjologicznego punktu widzenia skuteczną i atrakcyjną, humanistyczną teorię piramidy potrzeb. Posługiwanie się językiem wartości w nauce nie oznacza popperowskiej rezygnacji z poznania obiektywnej prawdy, ale jest jak najbardziej poprawnym uzupełnieniem jej statusu metodologicznego nauk społecznych o cel aplikacyjny. A więc – o to wszystko, co zostało z czasem utracone bądź zapomniane w teoriach zarządzania, które opisujecie, gdyż w ostatecznej instancji rozstrzygało kryterium zysku. Świat pracy jest tą strona stosunków społeczno-ekonomicznych, który musi mówić, że praca ma służyć ludziom, a nie zyskom, bo nie wyobrażam sobie, żeby mówił o tym właściciel największej sieci sprzedażowej i bilioner.

Monika Kostera: Nie wierzę w naukę w pełni obiektywną, udzielającą trafnych odpowiedzi na każde pytanie. Ursula Le Guin pisała kiedyś, że prawda jest jak ocean. My zarzucamy nań nasze sieci i wyciągamy drobne fragmenty, mgnienia czegoś, co przekracza nasze rozumienie. Myślę, że to bardzo dobry pomysł, żeby rozmawiać językiem wartości także o nauce, a już na pewno o tym, co aplikacyjnego nauka może wnieść w nasze życie.

Tak jak mówisz, Jarku, technologia może sprawić, że nierówności jeszcze bardziej wzrosną, ale może też dać nam wreszcie wolność od przymusu pracy na masową skalę. Amerykański psycholog James Gibson ukuł pojęcie afordancji na oznaczenie sposobu, w jaki ludzie i zwierzęta postrzegają elementy swojego środowiska – czyli potencjalność używania czegoś, powtarzających się sposobów wykorzystania. Ten sam element może służyć człowiekowi np. jako narzędzie rolnicze do produkcji żywności i jako broń do atakowania sąsiada – afordancja tego elementu oznacza przejście od tej pojedynczej możliwości do systematycznego stosowania, które staje się częścią np. struktury społecznej. Element staje się stałą częścią większego wzorca, systemu. Gibson podał jako przykład pisanie listu. Korespondowanie listowne wymaga osoby, która chce i umie list napisać. Ale to zdecydowanie za mało. Aby był to list w takim znaczeniu, w jakim go rozumiemy, potrzebna jest też skrzynka pocztowa i sam system pocztowy, który zapewni, że list dotrze do adresata. Afordancja nie jest ani obiektywną, ani subiektywną właściwością, ale moim zdaniem bardzo elegancko rozprawia się z redukcjonizmem i determinizmem. Nie jest prawdą, że technologia z koniecznością wymusza takie czy inne porządki społeczne. Nie jest też prawdą, że nie ma żadnych skutków. Ma takie skutki, jakie przystają do systemu społecznego.

Chodzi więc o to, by te nowe technologie i inne fragmenty wielkiego oceanu prawdy przyrody, schwytane w nasze naukowe sieci, przyniosły nam i planecie coś dobrego, żebyśmy byli w stanie przy ich pomocy stworzyć lepsze społeczeństwo, lepszy świat – coś, co chwytamy w sieci nauk społecznych. Co to znaczy lepszy? To właśnie jest kwestia wartości, język wartości. Nam tu w trójkę chodzi o lepszy dla planety i lepszy dla ludzi pracy. Czy to się da połączyć? Oczywiście – ocena prawdy jest nieskończona. Ale w jaki sposób? To już jest pytanie o wartości. Jeśli dla kogoś istnieją tylko finansowe, to odpowie na nie inaczej niż np. nasza trójka. Więc ja zaryzykuję pierwsza to, co nam wszystkim chyba chodzi po głowie. Jerzy pytał: „Czy pomysł powszechnego dochodu gwarantowanego może dać nam kolektywną szansę na życie bez desperacji?” Odpowiem na to pytanie tak: nie mam pojęcia, ale uważam, że koniecznie musimy spróbować.

Dochód podstawowy chyba sam w sobie wartością nie jest, bo może być używany przez kapitalistyczne państwo jako coś w rodzaju zasiłku mizerii dla bezrobotnych mas. Ale może być dobrym środkiem do celu, jakim jest podważenie kapitalistycznego dogmatu o przymusie pracy. Koniec masochizmu. Koniec totalnego uzależnienia od „pracodawcy” – czyli, tak naprawdę – pracokupca. Ludzie zyskują jakąś przestrzeń do robienia innych rzeczy, w tym być może użytecznej społecznie pracy, jaką jest opieka nad innymi, a może do odpoczynku. To – oprócz dania pracownikom możliwości oddechu, co samo w sobie jest cenne – może być tym podmuchem wiatru historii, który ostatecznie wykolei kapitalistyczną machinę, w końcu opartą na wyzysku, na czerpaniu korzyści z cudzej, pracy. A co wy o tym myślicie?

Jerzy Kociatkiewicz: Pytanie o to, czym może być dochód podstawowy, dotyka, moim zdaniem, sedna problemu. Nie możemy spytać, czym jest, bo obecnie to wyłącznie pomysł, poddany dotąd tylko kilku ograniczonym próbom. Najbardziej znany z nich i zakrojony na najszerszą skalę był fiński eksperyment, w którym grupa dwóch tysięcy bezrobotnych otrzymywała przez dwa lata dodatkowe stypendium w wysokości kilkuset euro (niezależnie od innych form zasiłku i pomocy społecznej). Jako że programem objęte były wyłącznie osoby bezrobotne (w chwili rozpoczęcia eksperymentu), trudno tu analizować wpływ bezwarunkowego dochodu na pracę. Wiadomo, że nie miał on większego wpływu na zdolność objętych nim osób do jej podjęcia (w jedną bądź drugą stronę), co nie powinno szczególnie dziwić, jako że ich bezrobocie wynikało często z przyczyn zdrowotnych lub rodzinnych. Nie dziwi również, że otrzymywanie dochodu bezwarunkowego wpłynęło pozytywnie na samopoczucie i dobrostan uczestników eksperymentu. Wyniki innych, mniejszych eksperymentów są równie niekonkluzywne. Ale chyba nie powinno nas to dziwić, przecież problem mamy z samym zadaniem pytania, na które odpowiedzią byłby powszechny dochód gwarantowany.

Choć może nie powinno to nas dziwić. Już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku badacze zarządzania, Michael Cohen, James March i Johan Olsen, opublikowali wyniki swoich badań nad zbiorowym podejmowaniem decyzji. Argumentowali, że uporządkowany model, w którym dopiero po identyfikacji problemu zaczynamy szukać sposobu jego rozwiązania, to w najlepszym wypadku drastyczne uproszczenie, a najczęściej całkowita iluzja. Zamiast tego zaproponowali barwnie nazwany model kosza na śmieci: nowe rozwiązania pojawiają się i zyskują poparcie niezależnie od problemów, a wdrażane są, gdy grupy decyzyjne uznają, że pasują do rozważanych właśnie trudności. Innymi słowy, odpowiedzi znajdujemy niezależnie od pytań, a dopasowywanie jednych do drugich odbywa się zawsze w warunkach niepewności.

Wydaje mi się, że dochód gwarantowany jest właśnie taką odpowiedzią na nie do końca sprecyzowane pytanie. Większość oceniających zgadza się, że wdrożony na szeroką skalę na pewno w radykalny sposób zmieniłby relacje pracy, relacje władzy i system ekonomiczny. Nie mamy jednak narzędzi modelowania systemów tak skomplikowanych jak ludzka społeczność, więc wszystkich średnio- i długookresowych skutków po prostu nie potrafimy zrozumieć. Powinniśmy jednak pamiętać, że podobna niepewność towarzyszyła wszelkim istotnym zmianom społeczno-ekonomicznym, niezależnie od tego, czy wdrażane były na skutek działań centralnych władz, czy na skutek ruchów oddolnych. Nie myślę tu jedynie o przewrotach i rewolucjach, politycznych i przemysłowych, ale także o wprowadzeniu powszechnych emerytur, opieki zdrowotnej czy płatnych urlopów.

Sądzę, że możemy się zgodzić, że dochód podstawowy w znaczący sposób, choć nie całkowicie, podważa utowarowienie relacji pracy, czyli możliwość zrównania pracy z jej wartością rynkową. To potraktowanie serio przywołanego przez Jarosława żądania „pracy i chleba”, zrozumienie, że nie jest ono pragnieniem wyłącznie materialnym. Jeśli praca nie jest jedynie sposobem uzyskiwania przychodu, do czego próbuje nas przekonać kapitalizm, to po uzyskaniu chleba, potrzeba pracy wciąż pozostanie. Nie tylko przedsiębiorcom i kapitalistom, ale wszystkim z nas. To, czego wciąż nie wiemy, to ile pracy naprawdę potrzebujemy i ile potrzebuje jej nasza wymarzona gospodarka.

Trzeba przyznać, że kapitalizm oferował tu prostą, dwuczłonową i całkiem wiarygodną odpowiedź: wszystko można utowarowić, czyli przeliczyć na wartość finansową, a nasze pragnienia nie mają granic. Dlatego gospodarka miała rozwijać się w nieskończoność, a Henry Ford snuł marzenia o ciągłym tworzeniu coraz to lepszych miejsc pracy. Dopóki potrzeba chleba pozostaje niezaspokajalna, w długim okresie niewyczerpana pozostaje zarówno podaż pracy, jak i popyt na nią. Dziś wiemy, że istnieją granice wzrostu, a co do możliwości utowarowienia całego ludzkiego życia wciąż mamy wątpliwości.

Jak więc myślicie: czy dochód podstawowy to krok w kierunku znalezienia niekapitalistycznej odpowiedzi na pytanie o podaż i popyt pracy, czy też odwrotnie: zbadanie chęci do pracy społeczeństwa pozbawionego ekonomicznego przymusu jest warunkiem koniecznym do wprowadzenia dochodu gwarantowanego?

Jarosław Niemiec: Dochód gwarantowany nie może być celem samym w sobie, z czym w zasadzie dotąd się zgadzamy. Wszyscy zwróciliśmy uwagę, że poza żądaniem zaspokojenia potrzeb materialnych, mamy żądanie godnej, konstytuującej nasze człowieczeństwo pracy. Wobec tego może popełnię akademickie faux pas i dam odpowiedź rozstrzygającą na wstępie: dochód podstawowy to krok w kierunku znalezienia niekapitalistycznej odpowiedzi na pytanie o podaż i popyt pracy.

Z punktu widzenia interesu klasowego, często praktyka wymaga, byśmy stawiali żądania zmiany, nie mając dokładnej wiedzy o możliwych efektach. Musimy polegać na uprawdopodobnieniu na podstawie przesłanek, a takie przesłanki mamy. Można do nich zaliczyć choćby wspomniane przez Jerzego eksperymenty z dochodem podstawowym. Można posiłkować się dialektyką, która opisuje wzajemne relacje pomiędzy praktyką, a teorią społeczną, czy klasycznie mówiąc bazą i nadbudową i podobnie jak praktyka działacza, również opiera się na uprawdopodobnieniu, a nie determinizmie przyczynowo skutkowym. Wobec mnogości teorii dość dobrze udowodnionych przez nauki społeczne, wskazujących na pozamaterialne potrzeby ludzkie związane z pracą, mnogości teorii dotyczących organizacji społeczeństwa warunkowanego przez organizację pracy, a te już są oparte na historycznych i empirycznych dowodach, możemy założyć, że wielce prawdopodobne jest, że dochód gwarantowany pozwoli na zaspokojenie potrzeb podstawowych z pewnością, a zgodnie z piramidą potrzeb Maslowa, jest wielce prawdopodobne, że pracownik mający pewnie zabezpieczone potrzeby podstawowe będzie tym chętniej poszukiwał w pracy czegoś więcej, niż tylko zarobku, a mianowicie tzw. potrzeb wyższego rzędu, z samorealizacją na czele. Wizja jest na tyle kusząca, że grzechem byłoby nie spróbować.

Przytoczona przez Monikę teoria afordancji, która jest bardzo dialektyczna, może z kolei pomóc uporać się z pewnymi obawami przed niepożądanymi efektami, które może wywołać powszechny dochód gwarantowany. Jeśli zostanie wdrożony w system społeczny jako realizacja wartości jaką jest humanistyczny wymiar pracy, to pobudzi do aktywnego i twórczego działania. Jeśli będzie wypłacany tylko po to by zepchnąć pewne grupy społeczne do gett czy enklaw dla świętego spokoju i izolacji od klas zamożniejszych, aktywnie biorących udział w życiu społecznym, bo takie zagrożenie często wskazują krytycy dochodu gwarantowanego, to rzesze ludzi skaże na wegetację za minimum socjalne. Niestety bez praktyki nigdy się tego nie dowiemy. Nie doświadczymy nawet innych form organizacji życia społecznego i pracy niż formy oparte na utowarowieniu i przymusie. Zbadanie efektów powszechnego dochodu gwarantowanego będzie możliwe, jeśli zacznie on funkcjonować, tak jak opis kapitalizmu był możliwy dopiero wtedy, kiedy kapitalizm zaczął się rozwijać.

Pewnych przesłanek dostarcza nawet polska praktyka polityczna obozu rządzącego i nietrafiona krytyka tej praktyki wyrażana przez opozycję. Wyszło dokładnie odwrotnie niż zakładały plany rządu i kasandryczne prognozy opozycji. 500 plus miało w założeniach rządu zwiększyć dzietność, a w wersji opozycji miało być rozdawnictwem, które spowoduje, że ludzie przestaną pracować, a obciążenie budżetu zrobi z Polski drugą Grecję. Okazało się, że zakresie demografii nic się nie zmieniło i już dawno zapomniano o tych celach, za to w mizerii polskiej polityki społecznej stało się poważnym świadczeniem socjalnym i nic strasznego nie wynikło z tego dla budżetu, a sytuacja na rynku pracy wręcz poprawiła się. 500 plus jako świadczenie bezwarunkowe w pewnym zakresie zadziałało, tak jak spodziewamy się tego po dochodzie gwarantowanym. Uwolniło ludzi od podejmowania z przymusu pracy za nieprzyzwoicie niską płacę i w warunkach urągających ludzkiej godności. Zmusiło tym samym zatrudniających do poprawy warunków pracy i płacy. Organizacje biznesu ogłosiły wręcz, że mamy rynek pracownika, co oczywiście jest wielką przesadą. Powtórzę więc: wdrażać i dokonywać krytycznej ewaluacji, żeby w trakcie nie zmienił się założony przez nas charakter powszechnego dochodu gwarantowanego tak, jak to się zdarzyło z 500 plus, choć akurat w tym przypadku z korzyścią, bo dostarczyło dobrych argumentów na rzecz podobnych bezwarunkowych świadczeń.

Realizację powszechnego dochodu gwarantowanego już można całkiem sensownie planować i włączać w system społeczno-ekonomiczny w procesie, w którym bierze udział moja branża – górnictwo. No właśnie, tu można się zastanowić czy bierze udział, czy może powinna naprawdę wziąć udział. Postulatem związkowym jest transformacja branży energetycznej, w której podmiotem i wykonawcami będą pracownicy. Drogą do tego celu jest naszym zdaniem zagwarantowanie dochodu i pracy osobom odchodzącym z górnictwa, co jest zupełnie odmienne od dotychczasowych praktyk transformacji polegających na odgórnych restrukturyzacjach ekonomicznych bez udziału załóg pracowniczych. Te gwarancje siłą rzeczy muszą być nadrzędne wobec kryterium opłacalności ekonomicznej. Z drugiej strony postulat ekologów o dotacjach, gwarancjach dochodów i zapewnienia potrzeb ludności krajów o niskim poziomie uprzemysłowienia w zamian za zachowanie cennych dla całego świata obszarów biosfery jest przykładem modelu dochodu gwarantowanego w skali globalnej, co więcej niezbędnym, żeby powstrzymać np. wycinkę lasów deszczowych w Brazylii w celu wypasu bydła, którego hodowla jest tam jedną z kluczowych gałęzi gospodarki.

Na tym przykładzie można wymownie pokazać, że cele dochodu gwarantowanego to coś więcej niż prosty zasiłek. Może być też drogą do zmiany paradygmatów ekonomicznych, niezbędnym warunkiem rozwoju cywilizacji, o ile ta cywilizacja ma przetrwać i być choć trochę lepsza.


 

Miasta i regiony – od Barcelony po Grenoble – przejmują demokratyczną kontrolę nad kluczowymi usługami, takimi jak woda czy ochrona zdrowia. Rozmawiamy z Lavinią Steinfort, ekspertką Transnational Institute, o tym, jak – w kontrze do trwającego kilka dekad „zdrowego rozsądku” — odwrót od prywatyzacji skutkuje bardziej dostępnymi, przystępnymi i efektywnymi kosztowo usługami publicznymi. Biorąc pod uwagę trwającą pandemię ich powrót pod kontrolę samorządu (municypalizacja) może być drogą wyjścia z aktualnego kryzysu w sprawiedliwy społecznie i ekologicznie sposób.
Green European Journal: Od połowy drugiej dekady XXI wieku miasta i regiony zaczęły odzyskiwać władzę nad usługami publicznymi i przekazywać ją pod demokratyczną kontrolę. Jakie cechy ma ten trend?

Lavinia Steinfort: Obywatele, władze i związki zawodowe na całym świecie mobilizują się do przywracania kluczowych usług oraz infrastruktury – wody, energii, ochrony zdrowia czy edukacji – w ręce sektora publicznego. Trend ten określamy mianem remunicypalizacji. Nie mówimy tu wyłącznie o przejęciu własności już sprywatyzowanych usług. Wiele samorządów decyduje się na stworzenie zajmujących się nimi podmiotów po raz pierwszy w swej historii.

Badania Transnational Institute pozwoliły nam na zidentyfikowanie 1408 przykładów tego trendu, realizowanych przez przeszło 2,4 tysiąca samorządów – wszystkie z nich nowe i do tej pory szerzej nieznane. Wśród nich znalazły się co najmniej 142 przypadki nowoutworzonych bądź przejętych instytucji świadczących usługi na rzecz zdrowia publicznego. Od roku 2010 malajski stan Selangor oferuje skierowany do kobiet program, w ramach którego daje darmowy dostęp do mammografów dla kobiet po 35. roku życia i subsydiuje usługi zdrowotne dla gospodarstw domowych o niskich dochodach. W roku 2015 chilijski samorząd Recoleta w stolicy – Santiago – utworzył pierwszą w tym kraju publiczną aptekę, sprzedającą leki nawet do 70% taniej niż inne. 3 lata później w Chile działało już 40 nowych placówek tego typu.

Remunicypalizacja najczęściej ma miejsce w sektorze produkcji energii, przesyłu wody i odpadowym.

Od połowy pierwszej dekady XXI wieku postępujący kryzys klimatyczny – ale też ruch na rzecz transformacji energetycznej w Niemczech – były powodem odzyskiwania sieci energetycznych i tworzenia nowych, publicznych firm energetycznych. Odzyskanie przez samorząd Grenoble kontroli nad wodociągami na początku stulecia zainspirowało wiele francuskich (i nie tylko) władz lokalnych do podobnego kroku. W roku 2017 przeszło 100 norweskich samorządów zdecydowało się na przejęcie odbioru odpadów po tym, gdy bankructwo ogłosiła zajmująca się tym do tej pory firma RenoNorden.

Dlaczego coraz więcej władz lokalnych decyduje się na przejęcie spraw w swoje ręce?

Proces remunicypalizacji stanowi strategiczną odpowiedź na porażki prywatnych dostawców, stawiających na zysk bez oglądania się na kwestie społeczne i środowiskowe. W większości wypadków zachodzi on w momencie zakończenia umowy ze świadczącą te usługi firmą. W krajach o scentralizowanych systemach, takich jak Grecja czy Polska, gdzie władze lokalne nie mają aż tyle władzy i zasobów, odzyskiwanie infrastruktury publicznej może nie być możliwe. W wypadku krajów, w których miała miejsce decentralizacja – często w połączeniu z okrojeniem lokalnych zasobów finansowych – wiele miast zdecydowało się na porozumienia z prywatnymi firmami, obiecującymi im niższe koszty i wzrost efektywności. Wkrótce jednak okazało się, że rezultaty takich umów były zupełnie inne. Otrzymując koncesję na świadczenie usług prywatne firmy często generowały więcej problemów niż rozwiązań, przyczyniając się do podwyżek cen, zwolnień i pogorszenia warunków pracy pozostałych w świadczącym usługi przedsiębiorstwie,  jak również rezygnując z realizacji obiecanych inwestycji. Oznaczało to wyższe koszty dla władz lokalnych, zmuszonych do interwencji za każdym razem, gdy prywatny operator nie stawał na wysokości zadania. Przez lata stawało się dla samorządów jasne, że tego typu układ przyczyniał się do pogorszenia jakości usług publicznych, ograniczenia ich dostępności oraz do otrzymywania kiepskiej jakości w stosunku do ponoszonych kosztów.

Jak pokazała nam obecna pandemia i inne kryzysy im bardziej zauważalne okazują się negatywne skutki uboczne prywatyzacji, tym głośniejsze stają się wołania o demokratycznie zarządzaną własność publiczną. W ostatnich miesiącach widzieliśmy na przykład, w jaki sposób pełzająca prywatyzacja publicznej służby zdrowia w Wielkiej Brytanii (NHS) przyczyniała się do tego, że w niedostateczny i nieefektywny sposób testowano tak personel medyczny, jak i mieszkańców tego kraju. Skutkiem tego stanu rzeczy były dziesiątki tysięcy możliwych do uniknięcia zgonów.

Sporo przykładów remunicypalizacji ma miejsce w sektorze energetycznym. W jaki sposób może stać się ona środkiem do celu, jakim jest bardziej przyjazny dla środowiska system energetyczny?

To prawda że większość przykładów tego trendu ma miejsce w dziedzinie energii – w latach 2017-2019 obserwowaliśmy tu wzrost przykładów remunicypalizacji o niemal 20%. Badania TNI wskazują na to, że walka z kryzysem klimatycznym – na przykład poprzez zwrot w stronę energetyki odnawialnej i redukcji emisji gazów cieplarnianych – był kluczowym motywem odzyskania kontroli nad tą usługą publiczną w co trzecim przypadku. Stanowi to odzwierciedlenie wyzwania, jakim jest przeciwdziałanie zmianom klimatu w sytuacji, gdy prywatne firmy konkurują ze sobą o zyski z kontrolowanej przez siebie infrastruktury i świadczonych usług.

Władze lokalne mogą bardziej niż międzynarodowe korporacje przejmować się długofalowymi skutkami ekologicznymi, a nie jedynie krótkoterminowym zyskiem.

Podam kilka przykładów. W roku 2018 bułgarskie miasto Dobricz odzyskało kontrolę nad swym oświetleniem ulicznym. Zastąpiło następnie 1,5 tysiąca starych żarówek efektywnym oświetleniem LED-owym, zmniejszając użycie energii elektrycznej z tego źródła o 47%. Ociepliło również 71 budynków miejskich i 41 bloków mieszkalnych, zapewniając 2,4 tysiącom żyjących w nim rodzin cieplejsze domy i oszczędności na ich rachunkach za elektryczność rzędu 30-60%. W położonym nad Morzem Czarnym Burgas program termomodernizacji (finansowany przez Unię Europejską, rząd Bułgarii oraz z lokalnego budżetu) przyczynił się do poprawy efektywności energetycznej 300 budynków mieszkalnych oraz (wciąż rosnącej) ilości należących do miasta obiektów. Rachunki za energię obniżyły się tu o 30%, a inwestycje poprawiły jakość życia. W samej strukturze planu zawarta była możliwość otrzymywania na bieżąco informacji od mieszkańców, co umożliwiało kontrolowanie jego przebiegu.

Około 3 tysiące kilometrów na zachód rządzący stolicą Katalonii ruch obywatelski Barcelona en Comú stworzył w roku 2018 firmę Barcelona Energia, mającą za cel kupno energii bezpośrednio ze źródeł odnawialnych. Po części zarządza nią otwarta na mieszkańców i ich grupy rada partycypacyjna, która ma prawo do zgłaszania propozycji dotyczących strategicznego kierunku działań firmy, opiniowanie kwestii takich jak wysokość oferowanych taryf energetycznych czy planowanych inwestycji, a także do kształtowania polityk edukacyjnych. To nowe, publiczne przedsiębiorstwo dostarcza energię do budynków miejskich i dodatkowo obsługiwać może do 20 tysięcy gospodarstw domowych. Zapewnia dostęp do energii osobom, znajdujących się w trudnych warunkach mieszkaniowych (a tym również nieudokumentowanym mieszkańcom) i naciska na prywatne firmy energetyczne, by postępowały podobnie.

Czy remunicypalizacja pomaga w walce z kryzysem klimatycznym również na Globalnym Południu?

Wiele społeczności na Globalnym Południu już od dłuższego czasu znajduje się na klimatycznej linii frontu. Władze lokalne Dumangas, Gerony czy Siargao na Filipinach utworzyły szkoły klimatyczne, wspierające rolników oraz społeczności rybackie w monitorowaniu zmian pogodowych i dostosowywaniu do nich swoich praktyk, czego efektem jest np. wzrost lokalnej produkcji ryżu. Znajdująca się w tym samym kraju miejscowość Lanuza powołała do życia jednostkę do spraw redukowania ryzyk oraz naprawiania szkód związanych z klęskami żywiołowymi. Wzmocniła swoją społeczno-ekologiczną odporność na katastrofy dzięki stworzeniu kompleksowej ramy działania, biorącej pod uwagę cały ekosystem – lasy, zbiorniki wodne czy namorzyny – jak również zależne od ich kondycji społeczności, stawiając jako priorytet potrzeby kobiet, dzieci, osób starszych czy z niepełnosprawnościami.

Jak kształtują się powiązania między trendem, o którym teraz mówimy, a polityką realizowaną na szczeblach krajowych? Czy stanowi on realizację ambicji politycznych sił progresywnych, które w wielu miejscach znajdują się z dala od władzy na poziomie centralnym?

Remunicypalizacja wiąże się z realizowaną na szczeblu państwowym polityką na różne sposoby. Z jednej strony obserwujemy brak wizji, koordynacji i zapewniania przez władze centralne odpowiednich środków na walkę z kryzysem klimatycznym oraz skandalicznymi nierównościami. Siły progresywne w wielu miejscach pozostają z dala od władzy z powodu upodobnienia się do neoliberalnej, rasistowskiej wręcz prawicy. W rezultacie tego procesu niemało osób zaangażowanych w aktywizm polityczny zwróciło się w stronę działań na poziomie lokalnym w celu osiągnięcia oddolnej zmiany społecznej. Doprowadziło to do powstania żywych, kwitnących ruchów społecznych w europejskich miastach. Z drugiej strony warto pamiętać o tym, że te lokalne walki na rzecz transformacji nie ograniczają swojego horyzontu wyłącznie do najbliższego otoczenia. Nie dzieją się również w izolacji od siebie.

W Hiszpanii i jej wspólnotach autonomicznych jasno widać, że tego typu grupy – działające zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz korytarzy władzy na przykład na rzecz uczciwej, czystej i demokratycznej transformacji energetycznej – są ze sobą dobrze powiązane. Platforma na rzecz Nowego Modelu Energetycznego na przykład walczy o nowe, sprawiedliwe społecznie i ekologicznie podejście do tematu, domagając się zerwania z dotychczasowym oligopolem na rynku energii, który nie tylko utrudnia taką transformację, ale również odpowiada za rosnący poziom ubóstwa energetycznego. Jedną z poddawanych pod dyskusję kwestii jest deprywatyzacja i demokratyzacja regionalnych sieci przesyłu energii. Jako że zostały one sprzedane, a nie oddane do zarządzania prywatnej firmie na czas określony (jak ma to miejsce w Portugalii czy w Niemczech), tego typu działanie możliwe jest do zrealizowania wyłącznie z poziomu centralnego.

Jako że krajem rządzi obecnie koalicja partii lewicowych – PSOE i Podemos – to dobry moment, by naciskać na rząd na zastąpienie polityki prywatyzacji infrastruktury energetycznej taką, której najważniejszymi elementami będą własność publiczna, głęboka demokracja i priorytetowa rola współpracy.

Jednocześnie musimy przyznać, że odzyskanie kontroli społecznej nad usługami publicznymi musi oznaczać również zmiany w systemach energetycznych na poziomie regionalnym, krajowym i międzynarodowym. Koordynacja na tych dwóch ostatnich poziomach są niezbędne do osiągnięcia prawdziwie globalnych zmian. Tak długo, jak będziemy rządzeni przez „uwolniony” rynek, zmonopolizowany bądź pozostający w rękach oligopoli energetycznych, mniejsze, bardziej zielone i demokratyczne inicjatywy będą najczęściej przegrywać, jak widzieliśmy to już w Danii czy w Niemczech.

A co z Unią Europejską? Czy stanowi ona przeszkodę, czy może umożliwia przejmowania demokratycznej kontroli nad usługami publicznymi?

Unia Europejska przyczyniała się do liberalizacji i prywatyzacji usług publicznych. Liberalizacja unijnego rynku energii elektrycznej zaczęła się już w roku 1996, a w 2006 dyrektywa usługowa umożliwiła całościową liberalizację rynku usług w UE. W latach 2011-2018 Komisja Europejska naciskała państwa członkowskie łącznie 63 razy, by te ograniczały wydatki na ochronę zdrowia, prywatyzowały bądź outsourcowały usługi medyczne. W roku 2018 z kolei organizacja Corporate Europe Observatory odkryła, że Komisja Europejska szykować zaczęła dyrektywę, dotyczącą notyfikowania usług, która może jeszcze bardziej wiązać ręce samorządom. Wymagać by bowiem miała od nich informowania Komisji na temat nowych regulacji prawnych i czekania z ich wprowadzeniem w życie na zgodę KE. Zagroziłoby to planom, stojącym w sprzeczności z interesami korzystających na prywatyzacji usług publicznych firm. Choć plany te zostały odłożone na półkę z powodu rozbieżności między państwami członkowskimi, wyrażanymi na poziomie Rady Europejskiej, to zaprezentowanie w marcu roku 2020 planu działania na rzecz egzekwowania jednolitego rynku pokazują, że Komisja pozostaje przywiązana do idei wspomnianej dyrektywy.

Rola, jaką Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny (we współpracy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym) odegrały w ograniczeniu greckiej suwerenności, pogorszeniu poziomu życia mieszkańców tego kraju oraz sprzedaży publicznej własności po to, by zaspokoić żądania wierzycieli pokazuje, że Unia potrafi być przeszkodą w ochronie i promowaniu demokratycznie zarządzanych usług publicznych. Bez spójnego oporu przeciwko takim działaniom podobne niesprawiedliwości mogą się powtarzać w przyszłości.

Tak w Europie, jak i na całym świecie swój złoty wiek przeżywają wielkie metropolie, podczas gdy mniejsze miejscowości, obszary wiejskie i podmiejskie muszą zmagać się z cięciami świadczonych w nich usług oraz zapaścią gospodarczą, co często wiąże się z poczuciem rozczarowania dotychczasowym systemem politycznym. Czy odzyskanie kontroli nad usługami publicznymi może pomóc w odbudowie lokalnych gospodarek i przywracaniu wiary w demokrację?

Odzyskiwanie usług publicznych daje szereg szans na rozkwit lokalnych gospodarek. Może przyczyniać się do odbudowy demokratycznych fundamentów danych społeczności, do redystrybucji bogactwa i zasobów. Może też pomóc w zapewnieniu, iż te lokalne zasoby będą inwestowane i reinwestowane w najbliższej okolicy, przyczynić się do obniżki rachunków osobom mierzącym się z problemami finansowymi, a także umożliwić realizację kreatywnego potencjału mieszkańców dzięki zaoferowania im sensownego zatrudnienia i możliwości ich włączenia w procesy decyzyjne.

Jednym z jego modeli mogą być usługi dostępu do szerokopasmowego Internetu, zaoferowane przez szereg samorządów w USA, np. będące publiczną własnością Community Network Services w Thomasville (Georgia), które wsparły rozwój małego biznesu oraz poprawę sytuacji w centrum miasta.

Miejska ciepłownia w czeskim Hostětín może być innym przykładem. Od roku 2000 jej nowy kocioł na biomasę, wykorzystujący do działania odpadki drewniane z okolicznych tartaków, zapewnia ciepło 85% mieszkańców tej miejscowości. Nie zapominając o szeregu zastrzeżeń środowiskowych co do wykorzystywania biomasy w ten sposób warto odnotować, że ogólne poziomy zanieczyszczeń spadły do 6% dotychczasowych wskaźników, cena ciepła wynosi 2/3 krajowej średniej, powstały nowe miejsca pracy, a istotna część pieniędzy i zasobów pozostała w ten sposób w okolicy.

W roku 2013 brytyjskie miasto Plymouth pomogło w stworzeniu Plymouth Energy Community – spółdzielni, mającej na celu walkę z ubóstwem energetycznym i redukcję emisji gazów cieplarnianych. Jej ramię, zajmujące się zieloną energią – PEC Renewables – finansuje, instaluje i zarządza lokalnymi projektami, związanymi z wytwarzaniem energii ze źródeł odnawialnych. Do roku 2019 umożliwiła przeszło 20 tysiącom gospodarstw domowych zaoszczędzenie ponad miliona funtów na swoich rachunkach, wygenerowała również dostatecznie dużo czystej energii elektryczne, by zaspokoić potrzeby 2 tysięcy domów. Oczekiwane w jej cyklu życia dochody rzędu 1,5 miliona funtów będą reinwestowane w działania na rzecz wspomnianego już zmniejszania emisji oraz walki z ubóstwem energetycznym – zjawisko, które w niektórych dzielnicach Plymouth dotyczy nawet 30% mieszkańców.

Wiele świadczonych w miastach usług publicznych zależy od okolicznych obszarów i dostępnych tam zasobów, takich jak woda, energia czy na potrzeby gospodarki odpadowej. Czy nowe podejście do usług publicznych wpływa na zmianę relacji między obszarami miejskimi a ich otoczeniem?

Usługi publiczne opierają się często na jakiejś formie naturalnej bądź stworzonej przez człowieka infrastruktury, np. zasobach wodnych, sieciach energetycznych czy placówkach pocztowych pokrywających większy obszar. Własność publiczna może być potężnym narzędziem promowania solidarności między różnymi rejonami – choćby poprzez inwestowanie nadwyżek środków z obszarów miejskich w okoliczne obszary wiejskie czy poprzez zmianę regresywnego taryfikacji w progresywną, tak, aby osoby korzystające z danej usługi rzadziej płaciły za nią mniej.

Realizowane wspólnie przez okoliczne samorządu procesy remunicypalizacji obserwować możemy szczególnie wyraźnie w obszarach, takich jak wodociągi, energetyka czy transport. Francuska Nicea odzyskała swe wodociągi w roku 2013, po czym szereg okolicznych samorządów przyłączył się do nowej, publicznej spółki wodnej Eau d’Azur. Najważniejszym powodem, dla którego miasto zdecydowało się na ten krok, była chęć praktycznej realizacji zasady „solidarności terytorialnej”. W roku 2016 z usług tej nowej spółki korzystało już 80% mieszkańców obszaru metropolitarnego.

Pandemia koronawirusa pokazała, jak bardzo kluczowe dla naszego życia są usługi publiczne. Przyczyniła się również do załamania gospodarczego i ekonomicznego lockdownu – i to akurat wtedy, kiedy ruch klimatyczny zdawał się osiągać pewne sukcesy. Czy remunicypalizacja może być drogą wyjścia z aktualnego kryzysu w sprawiedliwy społecznie i ekologicznie sposób?

Odzyskiwanie usług publicznych na szczeblu lokalnym, regionalnym i krajowym może pomoc rządom i społeczeństwom w podniesieniu się po pandemii oraz w tym, by w efekcie stały się bardziej równe, odporne na wstrząsy i demokratyczne.

Ogólnym celem usług publicznych jest zapewnienie ludziom opieki. Kiedy są one prywatną własnością lub pozostają pod prywatnym zarządem prawo ludzi do życia w godności musi ustąpić pola pogoni za zyskiem.

Usługi publiczne słyną również z tego, że mają niewielki ślad węglowy. Ich pozostanie w publicznych rękach może wspierać osiąganie celów społecznych i środowiskowych, takich jak niższe opłaty dla mieszkańców czy powszechny dostęp do lepszych warunków pracy, lepsza zdolność do budowania dobrobytu lokalnych społeczności, zwiększenie skali inwestycji, lepszy stosunek jakości do ceny czy nowe sposoby na walkę z kryzysem klimatycznym. Musimy być ostrożni i nie pozwolić rządom na powtórzenie błędów z kryzysu po roku 2008, który to czas wyznaczyły polityki cięć i zaciskania pasa, zmniejszania wydatków publicznych oraz sprzedaży publicznej własności, znane już wcześniej z Globalnego Południa. Takie działania jedynie pogłębią recesję, zwiększą już spore poziomy nierówności i przyczynią się do zwiększenia skali ludzkiego cierpienia.

Zamiast tego powinniśmy użyć narzędzi, takich jak podatki, finanse, zamówienia oraz inwestycje publiczne do zmniejszania poziomów naszej zależności od szkodliwych sektorów i praktyk, takich jak górnictwo, spekulacje finansowe, masowa turystyka czy konsumpcjonizm wykraczający poza zaspokajanie podstawowych potrzeb. Możemy pójść jeszcze dalej, wzywając rządy do podzielenia się uprawnieniami do podejmowania decyzji z użytkownikami oraz pracownikami sektora usług publicznych – tak, by zmienić ich w prawdziwą, opartą na demokratycznych wartościach, siłę na rzecz zmiany. Aktualna pandemia unaoczniła naszą zależność od wysokiej jakości usług publicznych. Wiemy też, że kryzys klimatyczny nabiera tempa. Remunicypalizacja może pomóc w tym, by wspomniane usług działały dla ludzi i zapewnić, że transformacja w stronę bardziej zielonej gospodarki przebiegać będzie w sprawiedliwy sposób.

Artykuł „Taking Back Control: The Future of Public Services” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk.

Zdj. Panorama Barcelony. Autor: Enes / Unsplash

Związek między kryzysem klimatycznym, trwającą pandemią a naszymi systemami żywnościowymi jest coraz bardziej widoczny. To nie tylko argument ekologów, to rzeczywistość, z którą borykają się rolnicy, udowodniona przez świat nauki, którą  uznają sami konsumenci. Xavier Poux z AScA i IDDRI postrzega agroekologiczną Europę jako alternatywę dla systemu żywnościowego, który szkodzi i naszemu zdrowiu, i środowisku. Trudności w zdobyciu poparcia rolników i przezwyciężeniu wad Wspólnej Polityki Rolnej UE wciąż pozostają ogromną przeszkodą w realizacji takiej przyszłości.
Clara Dassonville: W czasie lockdownu po wybuchu pandemii covid-19 Europejczycy rzucili się w panice do sklepów spożywczych. Co to mówi, pana zdaniem, o europejskich systemach żywnościowych?

Xavier Poux: To, co uderzyło mnie w tym kryzysie, to równoczesne wzmocnienie dwóch sprzecznych modeli: systemu produktywistycznego i systemu zrównoważonego. Podpisuję się bez problemu pod krytykami ekologów wobec produktywistycznego i intensywnego rolnictwa, ale musimy przyznać, że przemysł rolny we Francji i Europie dobrze przetrwał ten kryzys. Supermarkety są dobrze zaopatrzone, nawet jeśli w niektórych miejscach pojawiały się drobne obawy co do niektórych produktów. Jeśli chodzi o zaopatrzenie w żywność, system nie wykazał słabości, choć może życzyliby sobie tego niektórzy ekolodzy.

Równie uderzająca okazała się  odporność systemów lokalnych, krótkich łańcuchów dostaw i produkcji żywności ekologicznej. Na przykład we Francji minister rolnictwa wezwał do pomocy rolnikom w zbieraniu plonów. Rolnicy ekologiczni powiedzieli jednak, że nie potrzebują pomocy, bo już poczynili odpowiednie przygotowania. To dowód na silną odporność organizacyjną, przynajmniej we Francji. Krótko mówiąc, Covid-19 udowodnił zarówno odporność organizacyjną obu systemów, jak i związek między sposobami produkcji, systemami organizacyjnymi oraz długoterminowym ryzykiem zdrowotnym.

Jak można powiązać kryzys zdrowotny z systemami żywnościowymi?

Xavier Poux:  Pandemia ujawniła wzajemne powiązania między naszymi modelami produkcji a problemami zdrowotnymi w skali globalnej i lokalnej. Covid-19 pokazał, jak wielkie są wyzwania związane ze zdrowiem, które można powiązać ogólnie rzecz biorąc z naszym środowiskiem. Na przykład nawożenie i rozpryskiwanie pestycydów generuje drobne cząstki, które mają wpływ na nasze układy oddechowe, co z kolei zwiększa ryzyko zarażenia wirusem.

Główne zmiany na świecie są związane z wylesianiem i globalnym niewłaściwym zarządzaniem różnorodnością biologiczną. Wylesianie naraża nas na działanie rezerwuarów wirusów w określonych ekosystemach. Oczywiście te czynniki są nieuchwytne i złożone: nie sposób udowodnić, że pandemia zaczęła się, ponieważ produkujemy mleko sojowe. Nie ma więc rozstrzygającego argumentu łączącego wylesianie, modele produkcyjne i systemowe ryzyko dla zdrowia. Ale systemowe związki przyczynowe są teraz bardziej widoczne.

Komisja Europejska niedawno opublikowała swoją strategię „Od pola do stołu”, która stara się odpowiedzieć na wyzwania wynikające z powiązań między żywnością, środowiskiem i zdrowiem. Czy ta strategia to krok naprzód, czy też ma pan wątpliwości co do jej skuteczności?

Xavier Poux:  Strategia „Od pola do stołu” to dokument ramowy opracowany przez Komisję Europejską pod przewodnictwem jej nowej przewodniczącej Ursuli von der Leyen. Mocne strony tej strategii leżą w jej holistycznym podejściu do środowiska i powiązaniu go z systemem żywienia. Pozostawiono jednak podejście do ochrony środowiska oparte na zasadniczej logice ekonomicznej Wspólnej Polityki Rolnej, a nie na czymś o bardziej  obligującym i wiążącym charakterze.)?

Musimy pamiętać, że istniejące historyczne ramy myślenia o rolnictwie są w dużej mierze oparte na Wspólnej Polityce Rolnej (WPR). Zagadnienia związane z rozwojem rolnictwa zawsze były rozpatrywane przez pryzmat dochodów gospodarstw rolnych, a więc czysto ekonomicznie. Od czasu reform z 1992 r. dodano aspekty środowiskowe, zasady typu ekowarunkowości dotyczące płatności, rozwiązania agrośrodowiskowe i tak dalej. Jednak dominującym podejściem było nakładanie rozwiązań prośrodowiskowych na podstawowe uzasadnienie ekonomiczne WPR, ograniczając w ten sposób ich skuteczność.

Innym potencjalnie ważnym aspektem jest to, że strategia ta działa równolegle ze strategią UE na rzecz bioróżnorodności. Zajmuję się kwestiami rolnośrodowiskowymi od prawie 30 lat, koncentrując się w szczególności na różnorodności biologicznej. Przez wiele lat mówiono mi, żebym wracał do moich „żabek i ślimaczków”, że bioróżnorodność może i jestciekawa, ale tak naprawdę mało ważna. A potem pojawiła się kwestia klimatu i wszystko zmieniła. Różnorodność biologiczna, która była przez długi czas martwym punktem w polityce europejskiej, stała się nagle kwestią  fundamentalną.

Jakie są ograniczenia unijnej strategii „od pola do stołu”?

Xavier Poux: Jest obiecująca, ma jednak ograniczenia, no i są to tylko ogólne wytyczne. Główna debata nadal koncentruje się na rolnictwie przemysłowym, które w przeszłości było silnie ukierunkowane na eksport. Warto zauważyć, że komisarzem ds. handlu został Phil Hogan, były komisarz UE ds. rolnictwa, który oświadczył, że nie widzi, co pandemia Covid-19 miałaby zmieniać w celach eksportowych. [Komisarz zrezygnował w sierpniu 2020 r. po złamaniu zasad kwarantanny Covid-19.]

Gdybyśmy rzeczywiście podążali za logiką „od pola do stołu”, mielibyśmy całkiem inną WPR. To jest kwestia polityczna wewnątrz samej Komisji. Przewodnicząca Komisji chciałaby, aby Dyrekcja Generalna ds. Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich zmieniła swoją linię, ale nie dysponuje politycznymi środkami, aby to wymusić. Podobne ograniczenia polityczne istnieją we Francji i innych krajach: trudno jest walczyć z niezwykle potężnym lobby konserwatywnego rolnictwa, aby zainicjować zmianę kursu.

Dopóki istnieje brak spójności między strategią przewodnią z jednej strony a Wspólną Polityką Rolną, niezależną decyzyjnie, w ramach której wydaje się miliardy euro – z drugiej, faktyczny efekt strategii „Od pola do stołu” pozostaje wątpliwy, tym bardziej, że WPR nie jest jednoznaczna odnośnie jej  strategicznych wyborów.

Wasze badanie „Dziesięć lat dla agroekologii w Europie” dowodzi, że w ciągu 10 lat  Europa może dokonać przejścia w kierunku agroekologii. Jakie narzędzia polityczne służą do osiągnięcia tego celu?

Xavier Poux:  Nasze badanie ma na celu wyjaśnienie, jak jest możliwe przejście na agroekologię w Europie, jednocześnie wskazując na rozwiązania  fałszywe. Wyjaśnia, o co musimy walczyć, czego powinniśmy się trzymać.

Obecnie polityka UE wywodząca się z WPR jest polityką wyboru, a nie wyraźnych zobowiązań środowiskowych. Obrońcy WPR twierdzą, że nie przeszkadza nam ona w przejściu na agroekologię, że WPR pozwala zarówno na produktywizm, jak i rolnictwo ekologiczne i lokalne. Ale jeśli pozostawisz to jako wybór, interesariusze, którzy w przeszłości byli zaangażowani w rolnictwo produktywistyczne, przechwycą środki na te właśnie cele.

Nasze badania wyjaśniają, dlaczego agroekologiczna Europa jest możliwa: pole manewru, jakie daje extensyfikacja hodowli, jest ogromne. Hodowla wszelkiego rodzaju jest odpowiedzialna za połowę naszych problemów środowiskowych: jednym z takich przykładów jest zjawisko zielonych alg w Bretanii. Dwie trzecie zbóż uprawianych w Europie służy do karmienia zwierząt. Zmniejszając przemysłową produkcję mięsa o tonę, zmniejszasz popyt na zboża o trzy tony, co oznacza, że możesz obejść się bez niszczącego środowisko intensywnego rolnictwa. Istnieje bardzo silny efekt dźwigni.

Hodowla sama w sobie nie jest problemem. Należy raczej kwestionować całkowitą produkcję na poziomie europejskim i rodzaj hodowli. Zrównoważona hodowla zwierząt na pastwiskach może wnieść istotny wkład w odżywianie gleby żywą materią organiczną. Użytki zielone są również istotne dla Europy agroekologicznej.

Jaki jest obecny stan systemów rolniczych w Europie? Jak daleko jesteśmy od  Europy agroekologicznej?

Xavier Poux:  Niektóre rzeczy zmierzają w dobrym kierunku. Rolnictwo ekologiczne się rozwija, a świadomość społeczna, ale też polityczna, zaczyna stawiać ważne pytania, których nie doceniano jeszcze 10 lat temu, szczególnie w odniesieniu do różnorodności biologicznej i dobrostanu zwierząt. Ale paradygmat musi się zmienić – nadal orzemy łąki, używamy pestycydów i dążymy do budowania zbiorników do nawadniania.

Celem nie jest postępowanie lepiej w ramach tego, co mamy, ale ponowne przemyślenie systemów rolniczych. Jeśli chcemy pozwolić ekosystemom się odrodzić, to nie chodzi po prostu o zmniejszenie zużycia pestycydów o połowę, bo nawet przy małej dawce niszczą one środowisko ze względu na ich długotrwałość, efekt koktajlu i problemy z rozkładem. Zdecydowanym i rozsądnym żądaniem jest ich całkowite wyeliminowanie. Celem rolnictwa precyzyjnego jest „robić rzeczy lepiej”. Rolnictwo precyzyjne twierdzi, że oferuje czystą produkcję za pomocą technologii. Jednak w rolnictwie precyzyjnym nie ma myślenia ekologicznego, pozostaje ono w logice wielkich parcel przemysłowych [czytaj więcej o rolnictwie precyzyjnym].

Czy zmierzamy w kierunku bardziej zrównoważonego systemu żywnościowego na poziomie globalnym? Trudno na to odpowiedzieć, gdyż ogólne trendy są nadal niepokojące. Jest jednak realna nadzieja: jeśli pewnego dnia system będzie musiał przestawić się na coś innego, będziemy wiedzieli, co robić, bo myślimy o tym od 30 lat i mamy przykłady, więc nie będziemy mieli przed sobą pustej kartki. Wszystko inne jest kwestią organizacji politycznej. Ale z technicznego punktu widzenia będziemy mieli przed sobą ścieżki, którymi będziemy mogli podążać.

Co zrównoważony system rolniczy bierze pod uwagę, co nasz obecny system  lekceważy?

Xavier Poux: System żywnościowy oparty na agroekologii zmienia paradygmat produkcji. Istnieje wiele sposobów brania pod uwagę środowiska. Możesz na przykład przyjąć podejście administracyjne, w którym jakiś procent ziemi uprawnej będzie przeznaczony na żywopłoty, bez zrozumienia dlaczego. Podejście ekologiczne zakłada jednak, że ​​żywopłot będzie sprzyjał bioróżnorodności; musisz pozwolić mu rosnąć w określony sposób, aby stał się domem dla pożytecznych owadów i ptaków, musisz go posadzić tu, nie tam. Zaczynasz zwracać uwagę na ekosystem.

To podejście integruje w sposób zasadniczy to, co uważam za trzy poziomy ekologii. Podstawą ekologii jest postawienie pytania: co może wesprzeć glebę bez dodatku pestycydów czy nawozów mineralnych? Druga kwestia to równowaga między produkcją roślinną i zwierzęcą. To drugi poziom integracji ekologii i rolnictwa, obejmujący na przykład cykle płodności między łąkami a ziemią uprawną. Dochodzimy do fundamentów rolnictwa ekologicznego, ze słynną komplementarnością upraw i hodowli zwierząt gospodarskich poprzez nawożenie organiczne. Trzeci poziom dzieje się na poziomie krajobrazu i różnorodności biologicznej: jak ten rodzaj rolnictwa przekłada się na krajobraz? Co stanowi o jego biologicznym bogactwie?

Europa agroekologiczna jest możliwa, ale czy ludzie chcą innego systemu żywnościowego i innej diety? Jak przekonać ludzi do mniejszego spożycia mięsa?

Xavier Poux:  Cóż, nasz system żywnościowy zawsze się zmieniał, szczególnie od czasów drugiej wojny światowej. Przewidujemy długoterminową transformację. Zachowania się zmieniają i zmierzają w kierunku spożywania mniejszej ilości mięsa. Jednak mięso z najgorszym wizerunkiem to mięso czerwone, wołowina, a mięso z najlepszym wizerunkiem to kurczak. Jest wiele do zrobienia, aby zmienić to błędne przekonanie. Przede wszystkim musimy przestać obwiniać krowy. Musimy pokazać, że kurczak i wieprzowina są znacznie bardziej niebezpieczne dla środowiska, ponieważ napędzają globalną produkcję.

To, co jest pożądane, jeśli chodzi o jedzenie, może wynikać z tego, co rozumiemy i wiemy o naszej żywności. Istnieje całe wyobrażenie i narracja na temat tego, czym jest dobre jedzenie i jego ekologiczny sens, co pomoże zmienić sytuację. Uderza mnie fakt, że postulat dobrostanu zwierząt i ruchy klimatyczne prowadzą do znaczących zmian w spożyciu mięsa. Podtrzymywanie tej debaty będzie miało reperkusje polityczne. Nie wierzę, że wchodzenie do debaty z rozwiązaniami technicznymi jest skuteczne. Interesujące jest wchodzenie do debaty ze zrozumieniem,dlaczego jest to wyzwaniem i jak ten problem  rozwiązać.

Co rolnicy myślą o agroekologii?

Xavier Poux:  Otrzymałem kilka opinii na ten temat. Przedstawiliśmy nasze badania stowarzyszeniu producentów pszenicy, buraków i kukurydzy. Bez niespodzianek – nazwali mnie „zielonym Khmerem” i ekofaszystą. Ta reakcja nie była dla mnie zaskoczeniem, bo agroekologia jest sprzeczna z modelem, który stosowali od dekad.

Z drugiej strony, na spotkaniu w departamencie Yonne rolnicy powiedzieli, że doszli do technicznych  i ekonomicznych limitów swojego modelu. Staje się to oczywiste, gdy oglądamy krzywą zmian dochodowości upraw pszenicy od 1815 do 2018 roku. Od 2000 roku plony spadają i stały się niestabilne. Francuska Krajowa Akademia Rolnicza, która jest wykładnią dla starych „produktywistów”, przyczyn tych malejących plonów upatruje w ograniczeniach środowiskowych. Jednakże fakty są jasne: klimat wymknął się spod kontroli, w ekosystemach są zakłócenia, gleby już nie pełnią swoich funkcji, krajobrazy już nie pełnią swoich funkcji. Wzywa to świat rolnictwa do działania.

Czy rolnicy odniosą wystarczające korzyści finansowe z wdrażania zrównoważonych praktyk?

Xavier Poux:  Dziś jest to wyraźnie nieopłacalne, ponieważ nie płacimy za inicjatywy ekologiczne. Jednak gdy rolnicy dokonują katastrofalnych wyborów środowiskowych i ekonomicznych, takich jak intensyfikacja produkcji mleczarskiej po zniesieniu kwot mlecznych, to my za to płacimy, mimo że konsekwencje ich wyborów były przewidywalne. Płatności w ramach WPR w oparciu o mieszane systemy polikultury roślinnej i hodowli zwierząt gospodarskich z pewnością zmieniłyby sytuację.

W agroekologii fundamentalne znaczenie ma związek między konsumentami, ich troską o własne zdrowie, środowisko i bioróżnorodność, a rolnikami, którzy poważnie traktują ich oczekiwania.

Europa agroekologiczna to ogólnie rzecz biorąc opcja, która się broni, ale tylko w przypadku zmiany linii politycznej. Nieuchronnie będą też przegrani. Gdyby żywność kosztowała więcej, to być może mieszkanie powinno kosztować mniej. Obecnie na żywność przeznacza się 15 procent budżetów domowych: jeśli ma to być 25 procent ze względu na środowisko, miejsca pracy i zdrowie, musi to być opcja pod rozwagę. Płacenie czynszu w wysokości 2000 euro w mieście takim jak Paryż stałoby się wówczas niemożliwe i właściciele mieszkań mogliby stracić. Przewidywanie wszystkich zmian w równowadze ekonomicznej jest skomplikowane, ale nie możemy zabronić sobie myślenia o zmianach w sposobie podziału wartości i bogactwa tylko dlatego, że dziś mamy system, który działa w określony sposób. Historia jest pełna przykładów, gdzie linia między zwycięzcami a przegranymi z czasem się przesuwa.

Jaką rolę widzi Pan dla miast w agroekologii?

Xavier Poux:  Istnieje podejście do agroekologii miejskiej typu: „moje małe grządki warzywne, mój pas ogrodów wokół miasta i moje produkty lokalne”, aby zadowolić 10% zielonych wyborców (do których sam należę). To jest absolutnie za mało pod względem powierzchni i nie przystaje do populacji, którą trzeba wykarmić. To, co mnie interesuje w miastach, to świadomość związku między żywnością, rolnictwem i środowiskiem. Mamy do czynienia z rodzajem  edukacji obywatelskiej wokół wyzwań. Jeśli miejskie ogrody mogą tu pomóc, tym lepiej. [czytaj o ogrodach miejskich].

Miasta borykają się z określonymi problemami. Weźmy na przykład fale drobnych cząstek, które docierają w marcu na skutek rozprowadzania nawozów w regionie paryskim, ponieważ Paryż jest otoczony rozległymi polami. Te drobne cząsteczki spowodowały szczyt zanieczyszczenia w Paryżu w marcu, w czasie pełnego lockdownu. Podobnie, w miastach istotnym wyzwaniem jest zaopatrzenie w wodę pitną, a to ma związek z rolnictwem. Jest to kwestia współżycia między rolnictwem a mieszkańcami, która nie dotyczy bezpośrednio żywności. Aby stosunki między dużymi miastami, małymi miasteczkami i rolnikami były pokojowe, należy zająć się kwestią jakości wody, powietrza i krajobrazu.

Artykuł tłumaczony z Green European Journal z 4 września 2020 r.

Tłumaczenie z oryginału w j. francuskim: Ewa Sufin-Jacquemart


Clara Dassonville jest redaktorką naczelną stowarzyszenia studenckiego Eurosorbonne i byłą stażystką w Green European Journal. Jest absolwentką Unversité Paris 3 Sorbonne Nouvelle po napisaniu pracy magisterskiej na temat think thanków i wyborów europejskich.

Xavier Poux specjalizuje się w rolnictwie, antropogenicznych systemach ekologicznych oraz polityce rolnej i środowiskowej. Jest asystentem naukowym w instytucie badawczym IDDRI i od 30 lat pracuje w AScA (Francja). W swojej pracy łączy analizę systemów rolniczych – z organizacyjnego, ekonomicznego i środowiskowego punktu widzenia – z analizą publicznych decyzji dotyczących rozwoju rolnictwa i zarządzania środowiskowego.

„Sposób, w jaki polskie służby prowadzą inwigilację, narusza prawo do prywatności, w szczególności aktywistów, obrońców i dziennikarzy” – uważają aktywiści z Fundacji Panoptykon i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz adw. Mikołaj Pietrzak, którzy złożyli skargi na niekontrolowaną inwigilację do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. „W czasach, w których na ulicach widzimy rażące przypadki nadużywania przemocy przez policję, trudno nie uciec od pytania, w jaki sposób policja i służby wykorzystują swoje uprawnienia inwigilacyjne, nad którymi nikt nie sprawuje kontroli” – napisali. Skargę poparły międzynarodowe organizacje społeczne i specjalny sprawozdawca ONZ, a skarżący właśnie wysłali obszerne wyjaśnienia do ETPC i oczekują na wyrok.

Widoczna ostatnio na polskich ulicach przemoc ze strony policji to tylko jeden z aspektów problemu nadużywania uprawnień. „Istnieje także niewidzialna przemoc: możliwość niejawnej inwigilacji i wykorzystywania zdobytych w ten sposób informacji przeciwko każdemu z nas” – wyjaśnia Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon, jeden ze skarżących. „Choć inwigilacja nie zostawia – w przeciwieństwie do pałki teleskopowej – widocznych śladów, także może mieć wpływ na nasze życie. Jednocześnie widząc nadużycia, które zostawiają ewidentne dowody, trudno uwierzyć, że policja i służby nie nadużywają swoich uprawnień do niejawnej inwigilacji” – dodaje.

Rząd w swojej odpowiedzi na skargę aktywistów i adwokata twierdzi, że nie doszło do naruszenia Konwencji o Ochronie Praw Człowieka, a skarżący powinni złożyć wcześniej do służb wnioski o udostępnienie informacji publicznej, czy byli inwigilowani. „W obszernym, niemal 100-stronicowym piśmie krok po kroku przekonujemy Trybunał, że wbrew twierdzeniom rządu polskie przepisy nie dają osobom podejrzewającym o bycie inwigilowanym jakiejkolwiek możliwości ochrony” – tłumaczy adw. Małgorzata Mączka-Pacholak, która reprezentuje skarżących. „Wskazaliśmy m.in., że zgodnie ze statystykami publikowanymi przez MSWiA i Prokuratora Generalnego, jeśli służby i policja chcą założyć komuś podsłuch, to uzyskają na to odpowiednią zgodę sądu w ok. 98% przypadków. Teraz rząd ma kilka tygodni na odniesienie się do naszych argumentów, a następnie należy oczekiwać na decyzję Trybunału” – dodaje jedna ze skarżących, Barbara Grabowska-Moroz z Uniwersytetu w Groningen oraz zewnętrzna ekspertka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Wagę sprawy pokazuje zaangażowanie międzynarodowych organizacji. „Obok polskich instytucji: Rzecznika Praw Obywatelskich, Naczelnej Rady Adwokackiej i Fundacji e-Państwo naszą sprawę poparły najważniejsze organizacje zajmujące się prawem do prywatności: Privacy International, Article 19, Electronic Frontier Foundation, a także Międzynarodowa Komisja Prawników i specjalny sprawozdawca ds. promocji i ochrony praw człowieka oraz podstawowych wolności w związku z przeciwdziałaniem terroryzmowi działający przy Komisji Praw Człowieka ONZ” – wymienia Dominika Bychawska-Siniarska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i jedna ze skarżących. „Privacy International zwróciło uwagę, że wprowadzenie obowiązku informowania osób poddanych inwigilacji – oczywiście po zamknięciu sprawy – jest niezbędne, aby zapewnić brak nadużywania uprawnień przez służby. Z kolei specjalny sprawozdawca ONZ podkreślił konieczność ścisłej sądowej kontroli nad działaniami służb, w szczególności prowadzonych wobec aktywistów i obrońców” – wyjaśnia.

Stawką jest nie tylko prawo do prywatności. „Fundamentem relacji adwokata z klientem jest zaufanie, które może powstać wyłącznie w warunkach poufności” – wyjaśnia adwokat Mikołaj Pietrzak. „Jako adwokaci mamy obowiązek chronić tajemnicę adwokacką, a szczególnie obrończą. Obecne przepisy nam to uniemożliwiają. Uderza to w prawa i wolności naszych klientów, a szczególnie w ich prawo do obrony” – wyjaśnia Pietrzak.

Źródło: Fundacja Panoptykon

Fot. Council of Europe


My rodzice, obywatelki i obywatele wzywamy polski rząd do realizacji zobowiązań porozumienia klimatycznego, które zapewnią bezpieczeństwo i godną przyszłość naszym dzieciom! Zapisy Porozumienia Paryskiego, 5 lat po jego podpisaniu, wciąż są jedynie pustą obietnicą, która nie przełożyła się na konkretne działania.

Zaniepokojeni brakiem działań polskich władz w zakresie niewywiązywania się z zapisów Porozumienia Paryskiego, Rodzice dla Klimatu, przy wsparciu aktywistów Strajku dla Ziemi i innych ruchów klimatycznych, w dniu 9 grudnia o godz. 14:00 wręczyli Premierowi RP, Prezydentowi RP oraz Ministrowi Klimatu kartki pocztowe z życzeniami, które napłynęły od rodziców i dzieci z całej Polski. Na symbolicznych pocztówkach najmłodsi wypisali między innymi takie życzenia: „Żebyśmy wszyscy umieli słuchać naukowców” (Justyna, 11 lat), “Żeby starczyło wody i rosło dużo kwiatków” (Zosia, 4 lata), “Przestańcie myśleć tylko o sobie i o pieniądzach. Nie zabierajcie nam przyszłości” (Leon, 11 lat), “Żeby dbać o drzewa i grzyby w lasach” (Maciek, 6 lat), “Żeby planeta była bezpieczna dla nas i dla zwierząt” (Zosia, Olek, Marysia).

Pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów przedstawiono również treść listu otwartego do Premiera Mateusza Morawieckiego, w którym sformułowane były przede wszystkim oczekiwania względem polskiego rządu, co do celów realizacji zobowiązań Porozumienia Paryskiego oraz stanowiska naszego kraju na nadchodzącym szczycie państw UE.

Po odczytaniu życzeń i listu grupka rodziców z dziećmi została otoczona ogromnym kordonem policyjnym. Wszyscy uczestnicy zostali wylegitymowani, mimo że zachowane były niezbędne środki ostrożności – maseczki i dystans. Przedstawicielce Rodziców dla Klimatu udało się jednak wejść do Kancelarii Premiera i złożyć tam pocztówkę z życzeniami oraz list.

Równolegle, pod hasłem #MakeParisReal rodzice z całego świata prowadzą kampanię, skierowaną do wszystkich decydentów, polityków i przedstawicieli rządów. W dniach 7.12 – 11.12.2020 rodzice wraz ze swoimi dziećmi wysyłają okolicznościowe kartki pocztowe z umieszczonymi na nich życzeniami. Piszą o swoich obawach związanych z katastrofą klimatyczną oraz przypominają o odpowiedzialności polityków za wypełnienie postanowień Porozumienia Paryskiego. Akcja prowadzona jest także w mediach społecznościowych pod hashtagiem #PorozumienieParyskieTeraz.

Czego oczekują zatroskani rodzice?

Nie możemy biernie czekać i przyglądać się jak przyszłość naszych dzieci i kolejnych pokoleń zostaje zaprzepaszczana. Martwimy się, że kryzys klimatyczny jest coraz bardziej realny. Ekstremalne zjawiska pogodowe, susze, pożary, topnienie lodowców – to wszystko konsekwencje ludzkiej nieodpowiedzialności. Od pięciu lat rządzący jedynie debatują, zastanawiają się, ale nic nie robią, nie słuchają naukowców. Konieczne jest w Polsce przeprowadzenie przekształceń energetycznych już teraz. Musimy przestać spalać węgiel jak najszybciej! Musimy przestać zanieczyszczać środowisko! Żądamy wdrożenia konkretnych rozwiązań, by zapisy Porozumienia Paryskiego nie były tylko kolejnym bezużytecznym “papierkiem”, a stały się planem, który jest realizowany krok po kroku” – komentują Rodzice dla Klimatu.

Przypomnijmy: 12 grudnia 2015 r. w Paryżu podczas 21. Konwencji Klimatycznej Narodów Zjednoczonych podpisano pierwsze na świecie wiążące porozumienie klimatyczne, które zobowiązuje państwa sygnatariuszy do realnych działań w celu przeciwdziałania skutkom zmian klimatu. Dołączyło do niego 196 państw, w tym największe światowe gospodarki na czele ze Stanami Zjednoczonymi oraz Chinami, czyli dwoma największymi emitentami gazów cieplarnianych. Dołączyła także Polska, która ratyfikowała porozumienie w 2016 roku. Każde z państw zadeklarowało swój wkład w redukcję emisji CO2 w celu utrzymania wzrostu temperatury globalnej poniżej 2 st. C i dążąc do nieprzekroczenia 1.5 st C. Polska, jako kraj członkowski UE, powinna to zobowiązanie realizować zgodnie z planem dla całej Unii. Czy przez ten czas polski rząd podjął jakiekolwiek działania zbliżające nas do osiągnięcia celów?

Jesteśmy zawiedzeni, wręcz wściekli na polski rząd, który od momentu przyjęcia postanowień Porozumienia Paryskiego realizuje politykę sprzeczną z jego zobowiązaniami. Bardzo niepokoi nas fakt, że przyszłość naszych dzieci stoi pod ogromnym znakiem zapytania w związku z pogłębiającym się kryzysem klimatycznym. Nasi przedstawiciele w rządzie nie tylko ignorują wezwania i apele ekspertów, ale też wyłamują się z międzynarodowego konsensusu oraz torpedują starania wszystkich państw członkowskich UE, które solidarnie zobowiązały się do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 roku” – mówi Marzena, mama Marysi, Olka i Zosi.

Żadne zapisy Porozumienia Paryskiego, 5 lat po jego podpisaniu, nie zostały w Polsce zrealizowane. Emisje gazów cieplarnianych rosną zamiast spadać. Podążając dalej w tym kierunku, z pewnością nie osiągniemy założonego celu – wzrost średnich temperatur globalnych przekroczy zakładane 1,5 stopnia Celsjusza. To nie do zaakceptowania. Składane obietnice topnieją, zamieniają się w puste słowa – a wraz z nimi topnieją lodowce, płoną lasy, kończy się świat, który znamy.

„Widzimy, jak nasze dzieci wychodzą na ulice, walcząc o swoją przyszłość – zamiast beztrosko cieszyć się dzieciństwem. Tak być nie powinno! Ludzie potrzebują zielonych i sprawiedliwych globalnych reform, które przyczynią się nie tylko do powstawania miejsc pracy, ale przede wszystkim do tworzenia bardziej bezpiecznego świata i przyszłości dla naszych dzieci” – dodają Rodzice dla Klimatu.

Źródło: Rodzice dla Klimatu

Fot. Karolina Zięba/XR Polska


 

Dobiegła końca kolejna edycja Ekologicznej Akademii Kobiet, projektu skierowanego do kobiet działających na rzecz ochrony klimatu na Górnym Śląsku i w Wielkopolsce Wschodniej. Projekt ten stanowi przestrzeń wzajemnego wsparcia, wspólnej edukacji i realizacji przedsięwzięć mających na celu dbałość o środowisko i ekologię. Za jego realizację odpowiadają Fundacja Rzecz Społeczna i Fundacja im. Heinricha Bölla w Warszawie.

Jako fundacja wsparliśmy ten projekt ideowo i finansowo, bowiem wpisuje się on w DNA naszych działań na rzecz ekologii, klimatu, zrównoważonej transformacji, ale i równości płci uwzględniając mocne wsparcie kobiet. Uczestnictwo w akademii umożliwiło działaczkom wzajemne wzmocnienie, wsparcie i wymianę wiedzy poprzez warsztaty, spotkania rozwojowe, grupową superwizję i indywidualne spotkania doradcze. Sprawi to, że głos kobiet będzie wyraźniej słyszalny w debatach energetyczno-klimatycznych” – mówi Joanna Maria Stolarek, Dyrektorka Fundacji im. Heinricha Bölla.

Idea Ekologicznej Akademii Kobiet powstała na bazie doświadczeń naszej Fundacji. Pokazują one, że chociaż kobiety stanowią zdecydowaną większość osób pracujących na rzecz zmiany społecznej, to na przykład podczas tematycznych konferencji naukowych są już w mniejszości. To zjawisko możemy obserwować w szczególności w działaniach mających na celu ochronę klimatu, gdzie zagadnienia takie jak energetyka czy górnictwo wydają się być typowo męską domeną. W ramach projektu chcemy wzmocnić kobiety działające dla środowiska czy klimatu, by czuły, że ich głos jest niezbędny i ważny” – mówi Dagmara Kubik, Prezeska Fundacji Rzecz Społeczna.

Jesienią 2019 roku przeprowadzono pilotażową, pierwszą edycję projektu Ekologiczna Akademia Kobiet. Wzięło w niej udział 11 aktywistek z Górnego Śląska i Wielkopolski Wschodniej. Projekt bazował na spotkaniach badawczych przeprowadzonych przez Fundację im. Heinricha Bölla, podczas których zdiagnozowano potrzeby liderek społecznych i klimatycznych z obu regionów.

Jako działaczki ekologiczne działamy w bardzo trudnych warunkach, z pełną świadomością nadchodzącej katastrofy klimatycznej. Do projektu zgłosiłam się, żeby być w otoczeniu kobiet, które robią podobne rzeczy, aby dzielić się wiedzą, doświadczeniem, pomysłami i wsparciem. W projekcie najbardziej podobała mi się możliwość poznania i współpracy z fantastyczną grupą kobiet, które robią podobne rzeczy i mają dużo pasji, energii i zapału, a jednocześnie podzielenia się swoimi obawami, wątpliwościami, a czasem po prostu zmęczeniem – ładując się do dalszej walki ze zmianami klimatu” – mówi Miłosława Stępień, uczestniczka Ekologicznej Akademii Kobiet, Prezeska Stowarzyszenia Akcja Konin.

W drugiej edycji Ekologicznej Akademii Kobiet, która rozpoczęła się z początkiem roku 2020 i była kontynuacją działań pilotażowych w szerszym wymiarze i dłuższej perspektywie, wzięło udział 12 aktywistek z województw śląskiego i wielkopolskiego. W ramach tej edycji zrealizowano między innymi zajęcia warsztatowe i prelekcje z zakresu energetyki, sprawiedliwej transformacji regionów górniczych, prawa w obszarze ochrony klimatu czy kompetencji miękkich, takich jak komunikacja w silnie patriarchalnej rzeczywistości.

Agata Otrębska, Koordynatorka Ekologicznej Akademii Kobiet tak podsumowuje projekt: „Przede wszystkim Akademia dała mi bliskie koleżanki. Ta bliskość wynika ze wspólnoty idei, podzielanych wartości i wspólnoty wielkich celów (zahamowanie katastrofy klimatycznej, Sprawiedliwa Transformacja). Mamy gotowość do prowadzenia ważnych rozmów i refleksji. Wspieramy się nawzajem: wymieniamy się ważnymi informacjami, dzielimy wiedzą, doświadczamy wspólnie, w kontakcie ze sobą szukamy wartościowych i właściwych sposobów działania. Mamy też gotowość do bycia razem w trudnych momentach„.

Z początkiem roku 2021 planowana jest kolejna edycja projektu Ekologicznej Akademii Kobiet, która tym razem będzie wspierać działaczki i aktywistki klimatyczne również z innych regionów Polski.

Kontakt w sprawie projektu: Agata Otrębska

Projekt Ekologiczna Akademia Kobiet jest realizowany przez Fundację Rzecz Społeczna we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie.

Źródło: Fundacja Rzecz Społeczna


 

Kwarantanna nie jest częstym zjawiskiem. Na przedmieściach, w domu z ogrodem, może nawet być czymś przyjemnym. Dla osób mieszkających w mieście dostęp do odpowiednio dużej przestrzeni może być wyzwaniem – zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz mieszkania. Pandemia zmieniła sposób, w jaki używamy przestrzeń miejską i o niej myślimy. Czy będzie to wystarczająca zmiana do tego, by stworzyć bardziej sprawiedliwe, zdrowsze miasta? Paola Hernández rozmawia z urbanistką Helen Cole o nierównościach w mieście w czasach COVID-19, a także potencjale związanych z nim zmian.

Paola Hernández: W jaki sposób pandemia wpływa na jakość życia w miastach?

Helen Cole: Pandemia zmieniła sposób, w jaki o nich myślimy – w tym o wadach i zaletach mieszkania na ich obszarze. Na początku kryzysu zdawały się one kiepskimi przestrzeniami do życia, bo kojarzyły się nam z wyższym ryzykiem zachorowań związanym z wysoką gęstością zaludnienia. Z upływem czasu okazało się jednak, że prawdziwym problemem są przeludnione mieszkania, w którym ludzie zmuszeni są do życia. Ryzyka te nie są w mieście rozdzielone po równo – ryzyko zakażenia zależy od zróżnicowanych, wzajemnie ze sobą powiązanych wymiarów życia społecznego, takimi jak rasizm, seksizm czy nierówności ekonomiczne.

W moim rodzinnym mieście – Barcelonie – żyją społeczności osób, przybywających z północy Afryki, Pakistanu, Maroka czy zachodu Afryki, które z powodu strukturalnego rasizmu i przeszkód biurokratycznych znajdują zatrudnienie w nisko płatnych zawodach i często żyją w dzielnicach miast z gorszymi warunkami mieszkaniowymi. Wszystkie te kwestie łączą się ze sobą, zwiększając poziomy ryzyka dla konkretnych grup ludności. Nie rozmawiamy w Europie zbyt wiele na temat kwestii rasowych, tymczasem systematyczny, międzyludzki rasizm pozostaje tu obecny, wpływając na jakość życia poszczególnych grup i całego społeczeństwa. Jeśli chodzi o kwestie genderowe, to choć nie dysponujemy dziś badaniami, dotyczącymi poziomów przemocy domowej w trakcie koronawirusowej kwarantanny to historyczne trendy wskazują, że w trakcie recesji dochodzi do wzrostu przypadków przemocy domowej. W wypadku żyjących w izolacji rodzin tego typu ryzyko staje się jeszcze wyższe – szczególnie dla kobiet, które znacznie częściej niż mężczyźni padają ofiarami przemocy domowej.

Wiele miast zmaga się ze znaczącymi deficytami mieszkaniowymi. Co kryzys, związany z rozprzestrzenieniem się koronawirusa, pokazał w kwestach dostępu do bezpiecznych i przystępnych cenowo mieszkań w Europie?

Tak jak w wypadku wielu innych kwestii pandemia wpłynęła na to, że problem ten stał się zarazem bardziej dotkliwy, jak i bardziej widoczny. Jego dotkliwy charakter pogłębia fakt, iż ci sami ludzie, których i tak nie było do tej pory stać na odpowiedniej jakości, bezpieczne i dostępne mieszkanie szczególnie dotkliwie odczuli pandemię i lockdown. Widoczność tej kwestii zwiększa z kolei to, że obecny kryzys zachęcił nas do zmiany myślenia o naszych domach i ich prawdziwej wartości. Stało się jasne, że dom, który jest bezpieczny, wygodny i gwarantuje przestrzeń dla prywatności jest najlepszą ochroną przed pandemiami oraz pogłębianiem się nierówności zdrowotnych i ekonomicznych. Przeprowadzone już wcześniej badania pokazały powiązanie między nieodpowiednimi warunkami mieszkaniowymi a gorszym stanem zdrowia, gdy nie chronią one osób w nich mieszkających przed mrozem czy upałami lub gdy narażają na kontakt z pleśnią czy zawartym w farbie ołowiem.

Dom nie zawsze jest najbardziej zdrową przestrzenią, w którą możemy przebywać.

Biorąc pod uwagę długość i dotkliwość obecnego kryzysu zdrowotnego i ekonomicznego powinno dojść do odtowarowienia mieszkalnictwa. Niektóre miasta czy państwa próbowały już to zresztą zrobić. W Wiedniu mieszkanie uważa się za podstawowe prawo człowieka. Tu w Barcelonie nowe prawo, dotyczące regulacji czynszów weszło w życie we wrześniu roku 2020. Ustanawia ona maksymalną wysokość czynszów, możliwych dla domów i mieszkań. Na szczeblu krajowym możliwe jest odwrócenie przez rządy trwających długimi latami cięć w finansowaniu infrastruktury mieszkaniowej – w szczególności budownictwa publicznego – charakteryzujących np. politykę Wielkiej Brytanii.

Innym sektorem, na który pandemia miała przemożny wpływ, jest dziś transport publiczny. Jakie są główne kwestie, z którymi musi się on mierzyć?

Utrzymywanie transportu publicznego w czystym i bezpiecznym stanie staje się prawdziwym wyzwaniem. To kluczowe, by utrzymywać kluczowe usługi – szczególnie skierowane do osób bez własnych, zmotoryzowanych środków transportu oraz osób o niskich zarobkach, które dojeżdżają do pracy za pośrednictwem transportu zbiorowego. Niepokoje, związane z lękiem przed zakażeniem koronawirusem w środkach komunikacji dodatkowo podgrzały atmosferę debaty o prawie do przestrzeni publicznej w miastach. Musimy pomyśleć o nich w kategoriach politycznej okazji do zainwestowania w transport zbiorowy, podtrzymania jego jakości oraz tworzenia bezpieczniejszych systemów transportowych. Już dziś spora ich część cierpi z powodu polegania na starzejącej się infrastrukturze.

Choć długofalowo zwrot ten może przyczynić się do większej równości społecznej, to zauważalny dziś z powodu pandemii spadek użytkowania transportu publicznego generuje większe napięcia polityczne i ograniczenia finansowe. Miejscy planiści i eksperci od zdrowia publicznego analizują obecnie, w jaki sposób zwiększyć udział aktywnych środków komunikacji – poruszania się pieszo bądź rowerem – poprzez zmniejszenie przestrzeni, udostępnianej pojazdom zmotoryzowanym. Pojawia się tu jednak kolejne, kluczowe pytanie o równość: kto będzie w stanie poruszać się pieszo bądź rowerem na krótkich dystansach? Aktywnie podróżują osoby, które mieszkają blisko swoich miejsc pracy, a więc takie, które dysponują środkami finansowymi, umożliwiającymi im życie w mieście i tym samym cieszenie się dostępem do nowych tras rowerowych, budowanych w centrach miast takich jak Barcelona czy Mediolan. Osoby żyjące na ich obrzeżach (lub jeszcze dalej) nie mają luksusu poruszania się na nogach czy na rowerze. Aktywne formy komunikacji nie zaspokoją ich potrzeb transportowych, potrzebować zatem będą innych form transportu – opłacalnych i o niskim ryzyku zakażenia. 

Zajmujesz się obecnie badaniem znaczenia dostępu do przestrzeni zielonych. Jaka jest ich wartość dla miast – szczególnie w czasach Covid-19? 

Tereny zielone w miastach odgrywają istotną rolę dla zdrowia publicznego. W trakcie pandemii ludzie na serio zaczęli dostrzegać nierówności w dostępie do zieleni – szczególnie w miastach w Hiszpanii, gdzie lockdown miał bardzo surowy charakter. Przeprowadziliśmy jako Barcelońskie Laboratorium Miejskiej Sprawiedliwości Środowiskowej oraz Zrównoważonego Rozwoju badanie, zrealizowane we współpracy z badaczami z Portugalii. Wykazało ono, że w trakcie zamknięcia w Portugalii, kiedy to dopuszczano krótkie przechadzki do miejskich terenów zielonych, podtrzymanie czy zwiększenie częstotliwości przebywania w och obrębie, a nawet obserwowanie przyrody z domu wiązało się z niższym poziomem stresu. W Hiszpanii, gdzie tego typu przechadzki nie były dozwolone, mniejszy stres odnotowano wśród ludzi, którzy wchodzili w różnego rodzaju interakcje z zielenią na terenach prywatnych, np. ogrodową.

Badania te potwierdzają tezę, że nierówny dostęp do zielonych przestrzeni w bezpośredni sposób wiąże się z nierównościami zdrowotnymi w obrębie miast – szczególnie zaś ze stanem zdrowia psychicznego.

Osoby mieszkające w miastach w Hiszpanii, mające dostęp do prywatnych terenów zielonych (najczęściej te z zamożniejszych ich dzielnic) zapewne mogły sobie radzić lepiej z lockdownem. Podobne obserwacje z miast w Niemczech – Berlina, Lipska czy Halle – ale też Oslo i Sztokholmu pokazują, że ta społeczno-przestrzenna nierówność w dostępie do zieleni (wyrażająca się w różnicach w jakości, ilości i wielkości terenów zielonych) powiązana jest również z innymi nierównościami, istniejącymi na poziomie transportu i mieszkalnictwa. Mam nadzieję, że ochrona i odbudowa terenów zielonych, połączona ze zrozumieniem jej znaczenia dla odporności miast na stojące przed nimi przyszłe wyzwania, stanie się rosnącym na znaczeniu trendem.

Czy koronawirus przyspieszy działania na rzecz walki z kryzysem klimatycznym i utratą bioróżnorodności w miastach?

Jedną rzeczą, o której nie wspomniałam, jest związek między zanieczyszczeniem powietrza a ryzykiem, związanym z koronawirusem. W trakcie kwarantanny obserwowaliśmy spadek poziomów zanieczyszczeń w wielu miastach, w tym w Barcelonie i Madrycie. W listopadzie 2018 roku ruszyła inicjatywa, skupiająca się na poprawie jakości powietrza w centrum stolicy Hiszpanii poprzez ograniczenie poziomów ruchu ulicznego i zakazie wjazdu do środka miasta najbardziej trującym pojazdom. Na początku pochwalić się ona mogła niemałymi sukcesami. W trakcie pandemii podobne inicjatywy wcielone zostały w życie na całym świecie. Odbudowie po kryzysie towarzyszy niemało nadziei i ciekawości co do tego, co stanie się dalej.

Przed decydentami i politykami stoi tak wiele priorytetowych kwestii, związanych ze zdrowiem publicznym, że działanie w ostrożny i powolny sposób staje się coraz bardziej skomplikowane. Ludzie są coraz bardziej zdesperowani – chcą bowiem na nowo uruchamiać gospodarkę i wracać do „normalności” tak szybko, jak to tylko możliwe. Naprawdę warto jednak przystanąć i zastanowić się nad fantastycznymi możliwościami, które przed nami stoją, takimi jak inwestycje w lokalne, naturalne rozwiązania. Przemyślenie roli dachów i stworzenie z nich przestrzeni publicznych (na potrzeby miejskiego ogrodnictwa bądź rekreacji) czy tworzenie „parków kieszonkowych” to dwie możliwości obejścia wyzwań przestrzennych, zwiększających dostęp do przestrzeni publicznych w gęsto zabudowanych miastach.

Dostęp do takich przestrzeni musi być otwarty dla nas wszystkich. Wiele miast zmaga się z trendem prywatyzowania niewielkich terenów zielonych, za zagospodarowanie których płacą deweloperzy. W niektórych wypadkach oznacza to wykluczenie z dostępu do nich osób, które nie żyją na danym, prywatnym osiedlu. Powstaje przy tym iluzja równego dostępu do terenów zielonych, która nie zawsze ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Mamy obecnie dobry czas na to, by móc przemyśleć tę kwestię.

Przez całe dekady znaczne części miast zostały przeznaczone na potrzeby handlu oraz przestrzeń biurową. Czy większa rola pracy zdalnej i zakupy internetowe, zauważalne w trakcie pandemii, dają nam szansę na odmianę przestrzeni publicznej?

To dobre pytanie, na które przez jakiś czas nie będziemy jeszcze znać odpowiedzi. Choć byłoby miło uznać, że sposób użytkowania przestrzeni miejskich można łatwo zmienić w zależności od okoliczności, to już w praktyce nie zawsze jest to takie proste. Z jednej strony wraz z rekultywacją terenów poprzemysłowych mogliśmy się cieszyć odzyskaniem nieużywanej przestrzeni na użytek publiczny.

W tym samym czasie proces decyzyjny, tyczący się przestrzeni miejskiej, wciąż zależy od ekonomii i władzy – sił, które pozostają w sporej i rosnącej nierównowadze. Wzorzec ten raczej nie zmieni się z powodu nowych trendów w pracy zdalnej czy zakupach internetowych.

Mogę w tym momencie wskazać na dwa czynniki, pokazujące trudności w zmianie charakteru przestrzeni miejskiej. Pierwszym jest luksusowe budownictwo mieszkaniowe, którego rozkwit możemy obserwować w ostatnich latach – niekiedy wręcz pod płaszczykiem zaspokajania niezbędnych potrzeb mieszkaniowych. Spora część tych mieszkań, pomimo pogarszającego się kryzysu, pozostaje pusta. Pokazuje to, że decyzje nie zostały oparte na potrzebach społecznych i nie uznają za priorytet potrzeb osób mniej uprzywilejowanych. Kolejną ważną kwestią jest fakt, iż opisane wcześniej trendy, takie jak gentryfikacja, są w dużym stopniu zależne od nierównomiernego rozwoju przestrzeni miejskich. Obserwowane w trakcie pandemii zjawisko, w którym bogatsi mieszkańcy – ci, którzy mają większe szanse skorzystać z możliwości pracy i zakupów z domu – zainteresowani są wyprowadzką z centrów miast ma istotny wpływ na finanse samorządu, w dużej mierze zależne od dochodów z podatków. Nawet jeśli dostępna jest zatem nowa przestrzeń nie możemy automatycznie zakładać, że miasta będą w stanie z łatwością dostosować się do zachodzących zmian.

Co sądzisz o pomyśle 15-minutowego miasta, spopularyzowanym przez burmistrzynię Paryża, Anne Hidalgo – pomyśle na to, by w obrębie kwadransa drogi od naszego miejsca zamieszkania mieć pod ręką dostęp do terenów zielonych, placówek zdrowotnych i kulturalnych, miejsc pracy czy innych, niezbędnych elementów życia miejskiego?

Brzmi on dobrze w teorii, ale praktyka przyniesie mu szereg wyzwań. Jeśli budowalibyśmy nasze miasta od nowa, przy użyciu klocków Lego, to pomysł ten byłby całkiem łatwy do wdrożenia w praktyce. W rzeczywistości jednak istniejące obszary miejskie mierzą się z podwójnym wyzwaniem dużego zagęszczenia (z czym wiąże się brak dostępnych gruntów dla nowych zasobów miejskich) i nierówności. Przychodzi mi do głowy szereg przykładów na to, jak w praktyce wygląda tu konkurencja o przestrzeń i zasoby.

Pierwszym z nich jest Atlanta w USA, tworząca „zieloną autostradę” BeltLine dzięki wykorzystaniu nieużywanych torów kolejowych, przecinających centrum miasta. Projekt ten powinien teoretycznie służyć mieszkańcom różnych dzielnic, których ma dotyczyć. Jeszcze zanim jednak w ogóle rozpoczęły się nad nim prace ceny gruntów położonych na jego trasie gwałtownie wzrosły, co oznaczało, że miasto nie było już stać na ich wykup i ukończenie projektu. Efekt inwestycji i spekulacji okazał się zbyt silny. BeltLine mierzy się również z faktem, iż nie był w stanie uwzględnić zróżnicowanych potrzeb społeczności, na które ma wpływ. Choć stało za nim założenie, że byłby on cennym zasobem dla wszystkich okolicznych dzielnic wiele zamieszkujących je osób miało co do niego zastrzeżenia czy wręcz nie miało poczucia, że w jakikolwiek sposób odpowiadał na ich potrzeby.

Drugim przykład pochodzi z barcelońskiej dzielnicy Raval – jednej z najgęściej zaludnionych w Europie. Jej potrzeby zdrowotne zaspokaja tylko jeden, przepełniony ośrodek zdrowia. Całymi latami pracujące w nim osoby walczyły o drugą klinikę w okolicy, ale znalezienie wolnej przestrzeni pozostaje bardzo trudne. Pracownicy wskazali na należący do samorządu budynek, który mógłby zostać przeprojektowany na potrzeby zdrowotne, ale miasto zdążyło już go wynająć muzeum sztuki, planującemu swoją ekspansję. Zamiast tego jako alternatywę zaproponowało okoliczny plac – tyle że zgoda na to rozwiązanie oznaczałaby utratę cennej, otwartej przestrzeni, nawet jeśli na cele zdrowotne. Efekt jest taki, że ostatecznie udało się otrzymać dostęp do budynku miejskiego. Los placu pozostaje niepewny.

Rzeczywistość, w której potrzeby różnych grup – tak jak w Atlancie – pozostają odmienne, może być wyzwaniem dla koncepcji miasta 15-minutowego.

Wraz ze zmianami, dziejącymi się na poziomie miejskim i dzielnicowym, zmieniają się również pragnienia zamieszkujących je osób. Prowadzone przeze mnie badania wskazują na to, że gentryfikacja wiąże się ze zwiększoną presją na placówki zdrowotne – wraz z nasilaniem się tego procesu poddane mu obszary stają się coraz bardziej złożone społecznie, a to z kolei przekłada się na czynniki, determinujące stan zdrowia. Wypychanie z dotychczasowych miejsc zamieszkania ich dotychczasowych mieszkańców oznacza dla nich ryzyko zerwania ciągłości opieki medycznej. Przypuszczam, że zwolennicy koncepcji 15-minutowego miasta stwierdzą, że można zapobiec gentryfikacji poprzez równomierny podział miejskich zasobów, ale dotychczasowe wysiłki pokazują, że zapobieganie temu procesowi jest trudne – próby tworzenia społeczności, zamieszkiwanych przez osoby o różnych dochodach, napotykają na szereg wyzwań. Miasta to koniec końców dynamiczne twory. Nie wiem, na ile model miasta 15-minutowego bierze to pod uwagę.

Jak wyobrażasz sobie miasta, które będą w przyszłości lepiej przygotowane do mierzenia się z wyzwaniami, związanymi z kwestiami zdrowotnymi i klimatycznymi?

Dla pracujących nad poprawą życia w miastach niezwykle ważne jest spójne myślenie o związanych z klimatem interwencjach, takich jak tworzenie przestrzeni zielonych, jak również innych istotnych elementów zdrowych miast – transportu, mieszkań czy przestrzeni publicznych – i poszukiwanie rozwiązań systemowych w miejsce silosowych. Oznacza to konieczność zrozumienia, iż zmiany w fizycznej przestrzeni miast wpływać będą na ich kontekst społeczny – i vice versa. Patrząc się z perspektywy historycznej możemy stwierdzić, że zaniedbane, niedoinwestowane przestrzenie publiczne, często oddzielone fizycznie i społecznie od dostępu do ważnych surowców i zmagające się z gorszym stanem środowiska, mają zarazem mniej przestrzeni zielonych i innych ważnych udogodnień. Nierówności te muszą zostać naprawione. Musimy myśleć o społecznym i politycznym wpływie nowych inwestycji – jak również o tym jakie narzędzia planistyczne mogą zostać użyte do tego, by zapobiec takim negatywnym zjawiskom, jak zielona gentryfikacja, rosnące koszty życia czy wymuszone sytuacją przeprowadzki.

Patrząc się w przyszłość mam nadzieję, że miasta i ich decydenci będą w przemyślany sposób zabierać się za odbudowę po pandemii i wymyślenie się na nowo, decydując się na podjęcie kroków chroniących do tej pory zmarginalizowane społeczności miejskie. W kwestii fizycznego kształtu przestrzeni miejskich chciałabym utrzymania przynajmniej części z tych tymczasowo stworzonych na potrzeby pieszych, a także podtrzymania działań na rzecz ograniczenia zanieczyszczeń wody i powietrza. Dodatkowo liczę na skupienie się na kwestiach społecznych, które do tej pory traktowane były po macoszemu, takich jak bezdomność, ubóstwo energetyczne, kryzys mieszkaniowy czy nierówny dostęp do ochrony zdrowia i edukacji. Zwrot ten jest nam dziś bardzo potrzebny. Wszystko to staje się jednak niemałym wyzwaniem w kontekście wciąż nieznanych, długofalowych skutków pandemii dla miejskich finansów i zasobów własnych.

W jaki sposób możemy uczynić z kwestii mieszkaniowej temat sprawiedliwości społecznej i powstrzymać trend, w którym miasta stają się przestrzeniami konkurencji i wykluczenia?

To pytanie krąży w środowiskach aktywistycznych w wielu miastach, już dziś działających na rzecz skutecznej odpowiedzi na nierówności na rynku mieszkaniowym i negatywne skutki gentryfikacji. Raz za razem, wraz z przedstawicielami samorządów, podkreślają fakt, że rozwiązania polityczne często wdrażane są zbyt późno. W miastach, takich jak Seattle w USA, nowe rozwiązania próbują łączyć zasady równości i włączania wszystkich w procesy decyzyjne, ale mimo tych szlachetnych intencji ceny mieszkań już doprowadziły do wyprowadzki sporej części najbardziej zmarginalizowanych osób, które do tej pory tam mieszkały. W miastach najróżniejszej wielkości ceny mieszkań wzrosły znacznie bardziej niż płace – szczególnie w związku z tym, że rosną nierówności w zakresie wynagrodzenia. Zmagają się one z koniecznością równoważenia pragnienia promowania innowacji i modernizacji z potrzebą włączania społecznego, przystępnych kosztów życia czy dostępu do najważniejszych usług. Nie ma tu prostych odpowiedzi. Możemy jednak, jako pierwszy krok, brać pod uwagę przy podejmowaniu każdej decyzji osoby najmniej uprzywilejowane oraz krótko-, średnio- i długookresowe skutki potencjalnych posunięć politycznych dla różnych grup społecznych. Miasta nieustannie się zmieniają, o czym często zdarza się nam zapominać przy kształtowaniu polityki.

Dziękujemy za wsparcie Francesc Baró oraz Galii Shokry z ICTA – Instytutu Nauki o Środowisku i Technologii Uniwersytetu Autonomicznego w Barcelonie oraz członków Barcelońskiego Laboratorium Miejskiej Sprawiedliwości Środowiskowej oraz Zrównoważonego Rozwoju.

Artykuł „Liveable Spaces for All: Covid-19 in the City” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Gabe Pierce / Unsplash