Przywykliśmy uważać, że w kwestii europejskiej Wspólnej Polityki Rolnej warunki gry dyktuje Bruksela. Od naszej akcesji do UE w 2004 r. polskie rolnictwo otrzymało wsparcie finansowe w wysokości ponad 61 miliardów euro, a już od 1992 roku Polska otrzymywała środki przedakcesyjne na podstawie umowy stowarzyszeniowej.
Pieniądze z jednej strony umożliwiły najbardziej niezbędne reformy obszarów wiejskich oraz poprawę społecznej i ekonomicznej sytuacji gospodarstw rolnych rzuconych na głębokie wody rodzącego się kapitalizmu – zaniedbanych w procesie transformacji ustrojowej oraz przez polityki lat 90. Z drugiej jednak strony europejskie fundusze krytykowane były między innymi za to, że narzucają rozwiązania, które nie zawsze są dobrze dostosowane do specyfiki polskiej wsi i rolnictwa.
Obecnie WPR przechodzi kolejny proces transformacji. Jej cele zostały jasno określone. Zgodnie z nimi polityka rolna w latach 2021-27 powinna być spójna z koncepcją Europejskiego Zielonego Ładu, który z kolei ma pozwolić Europie osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku. Europejski Zielony Ład (EZŁ) jest planem działania, nadrzędnym dla całej gospodarki UE i wszystkich jej polityk, w tym WPR. Dla rolnictwa, w ramach EZŁ, kluczowe są dwie strategie. Pierwszą z nich jest strategia „Od pola do stołu”, która pozwala ujmować rolnictwo i łańcuchy żywnościowe w szerszej perspektywie, i dąży do zmniejszenia środowiskowych kosztów produkcji żywności. Drugą jest strategia na rzecz różnorodności biologicznej – jej celem jest wsparcie modelu rolnictwa, które nie degraduje środowiska i nie niszczy siedlisk gatunków dziko żyjących.
Rekomendacje KE dla Polski
Obecna reforma WPR jednak różni się od poprzednich. Cele WPR dla krajów UE pozostają wspólne, ale tym razem państwa członkowskie otrzymują dużą dowolność wyboru działań – biorąc pod uwagę sytuację rolnictwa w danym państwie członkowskim – służących osiągnięciu celów. Diagnozę tej sytuacji, ze wskazaniem problemów do rozwiązania oraz propozycją działań mających w tym pomóc i służących realizacji celów WPR, planuje się w Krajowych Planach Strategicznych. Każde państwo UE ma własny Krajowy Plan Strategiczny dla WPR 2021 – 2027. Obecnie państwa członkowskie są na etapie ich tworzenia, a Komisja Europejska dla każdego z państw osobno przygotowała szczegółowe rekomendacje, opracowane w oparciu o rozległą analizę specyfiki rolnictwa, struktury własności ziemi, danych demograficznych i socjo-ekonomicznych dotyczących obszarów wiejskich.
W rekomendacjach dla Polski KE zwraca uwagę na duże znaczenie, jakie ma sektor rolny dla kraju, tak ze względu na wartość produkcji, jak liczbę osób pracujących w rolnictwie. Z uwagi na przewagę w Polsce mniejszych i posiadających mniejszą siłę ekonomiczną gospodarstw rolnych, ich rozdrobnienie i różnice w średniej wielkości w poszczególnych regionach, Komisja Europejska rekomenduje Polsce, by wsparcie w ramach WPR było przede wszystkim skierowane do gospodarstw małych i średniej wielkości gospodarstw, tak by stały się one bardziej konkurencyjne, dochodowe i odporne np. na konsekwencje zmiany klimatu czy wahania cen na rynkach rolnych. KE zauważa też generalną potrzebę wsparcia pozycji rolników w łańcuchu wartości systemu żywnościowego, często to oni bowiem są najsłabiej wynagradzani w sektorze produkcji żywności.
Niepokojące trendy w polskim rolnictwie
W kontekście celów klimatycznych przyszłej WPR, KE zauważa niepokojące trendy w polskim rolnictwie. Przede wszystkim zwraca uwagę na znaczne emisje – szczególnie CO2 i metanu – oraz coraz częściej powtarzający się problem niedoborów wody związane z intensyfikacją produkcji rolnej. Emisje wynikają w dużej mierze z małej wydajności energetycznej w produkcji rolnej oraz z intensywnej produkcji zwierzęcej (metan pochodzący z układu pokarmowego przeżuwaczy karmionych paszą na bazie ziaren oraz złe zarządzanie obornikiem), a także z tego, że zły stan gleb w Polsce nie pozwala na magazynowanie węgla, a tym samym udział materii organicznej w nich jest bardzo mały. Niedobory wody wynikają między innymi ze słabej retencji wody opadowej – zbyt intensywnie prowadzona gospodarka leśna oraz gleby zniszczone przez chemię rolną powodują szybki odpływ wody z terenów rolnych.
Komisja oceniając sytuację rolnictwa w Polsce zauważa ponadto, że bardzo niepokojący jest trend spadkowy w ekologicznej produkcji rolnej. Podczas gdy celem WPR jest osiągnięcie 25% powierzchni użytków rolnych prowadzonych w modelu ekologicznym, w Polsce od kilku lat spada liczba gospodarstw ekologicznych i użytkowany przez nie areał. Niepokojące jest również, że choć w Polsce znaczny jest udział obszarów użytkowanych ekstensywnie (np. łąki czy pastwiska), problemem jest kiepski stan różnorodności biologicznej, szczególnie jeśli chodzi o gatunki związane z ekosystemami rolniczymi. Komisja zauważa także potrzebę zagwarantowania większego dobrostanu w chowie zwierząt. Szczególnie pilne jest ograniczenie chowu klatkowego kur i zbytniego stłoczenia trzody chlewnej, wiążącego się z nielegalną praktyką obcianania świniom ogonów. Ponieważ celem WPR – związanym z ochroną środowiska, a także poprawą zdrowia publicznego – jest znaczna redukcja zużycia pestycydów, Komisja rekomenduje Polsce działania nastawione na zintegrowaną ochronę roślin.
Poprawa stanu gleby, rozwój obszarów wiejskich i wsparcie małych gospodarstw
Rekomendacje Komisji dotyczą także lepszego gospodarowania składnikami odżywczymi w glebie. Wiąże się to z jednej strony z potrzebą wspierania gospodarstw, które łączą produkcję roślinną i zwierzęcą, gdyż stosowanie nawozów naturalnych pochodzenia zwierzęcego służy budowaniu żyzności gleb. Z drugiej zaś strony, to konieczność ograniczenia zanieczyszczeń pochodzenia rolniczego, w tym przede wszystkim pozostałości nawozów sztucznych, które wymywane są do wód powodując ich eutrofizację.
W dokumencie zauważona jest także potrzeba socjo-ekonomicznego wsparcia struktury obszarów wiejskich. Dla odwrócenia negatywnych trendów na obszarach wiejskich (niskie dochody, starzenie się polskich rolników, opuszczanie wsi przez ludzi młodych) konieczne jest zapewnienie bardziej sprawiedliwego wsparcia finansowego i technologicznego, ze szczególnym uwzględnieniem małych i średnich gospodarstw. Poprawa dochodów, wzrost gospodarczy i przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu na obszarach wiejskich, a także inwestycje w rozwój nowych technologii wraz z dostosowanym do nich doradztwem mogą uczynić z obszarów wiejskich miejsca dobre do życia, a jednocześnie chroniące środowisko.
Innowacje budzące wątpliwości
Komisja zaleca również, by Polska inwestowała w innowacje i nowoczesne rozwiązania technologiczne takie jak np. rolnictwo precyzyjne. To metody, które pozwalają w rolnictwie zmniejszyć zużycie wody czy ograniczyć ilość stosowanych pestycydów. Jednocześnie wymagają one jednak znacznych inwestycji i istnieje ryzyko, że mogą okazać się opłacalne wyłącznie dla dużych, wysokotowarowych gospodarstw. Rekomendacja dotycząca wspierania rolnictwa bezorkowego budzi poważne wątpliwości. Z jednej strony metoda ta pozwala znacznie ograniczyć uwalnianie się węgla z gleby do atmosfery, jednak niestety często wiąże się z szerokim stosowaniem herbicydów, szczególnie tych zawierających glifosat.
Nowa Wspólna Polityka Rolna daje szansę by w najbliższych latach wesprzeć rolników i gospodarstwa, które do tej pory były pokrzywdzone przy podziale unijnych pieniędzy, a jednocześnie realizować ambitne cele środowiskowe. Jednak to od Krajowego Planu Strategicznego zależeć będzie, na ile Polska wykorzysta tę szansę.
Rekomendacje KE dla Polski można przeczytać tutaj w języku polskim i w języku angielskim
Agencja badawcza Kantar na zlecenie Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi przeprowadziła badanie opinii publicznej z którego jasno wynika, iż działania dezinformacyjne producentów i dystrybutorów węgla odnoszą swój negatywny skutek. Aż 66 proc. osób ogrzewających swoje domy węglem jest przekonanych, że jego spalanie może być przyjazne lub neutralne dla środowiska, jeśli używa się węgla wysokiej jakości. W przypadku węgla typu “ekogroszek” prawie połowa (43 proc.) jego użytkowników uważa go za produkt ekologiczny. Tylko 4 proc. ankietowanych spontanicznie wskazało, że nie jest to produkt ekologiczny.
Fundacja ClientEarth apeluje do producentów i dystrybutorów „ekogroszku” o zaprzestanie stosowania praktyki greenwashingu i wzywa Ministerstwo Klimatu i Środowiska do zmiany Rozporządzenia z dnia 27 września 2018 r. w sprawie wymagań jakościowych dla paliw stałych, gdzie stosowana jest myląca nazwa „ekogroszek”.
W badaniu zrealizowanym w grudniu 2020 r. wzięły udział wyłącznie osoby ogrzewające swoje domy węglem, a więc potencjalni konsumenci i konsumentki “ekogroszku”. Z badania Kantaru wynika, że „ekogroszek”, czyli węgiel o niskiej gramaturze, jest stosowany przez 29 proc. gospodarstw domowych korzystających z węgla jako źródła ciepła. “Ekogroszek” jest drugim najpopularniejszym rodzajem węgla stosowanym do ogrzewania domów. Produkt ten reklamowany jest przez wielu producentów i dystrybutorów węgla w sposób, który może sugerować, że jest to paliwo przyjazne dla środowiska. W efekcie kupujący mogą odnosić mylne wrażenie, że kupują produkt, który nie przyczynia się do zanieczyszczenia powietrza.
– W naszej Fundacji przyjrzeliśmy się dokładnie działaniom producentów i dystrybutorów węgla typu „ekogroszek” i stwierdziliśmy liczne przykłady działań promocyjnych i marketingowych, wprowadzających konsumentów w błąd, poprzez sugestię, że produkt ten jest ekologiczny. Oczywiście mija się to z prawdą, ponieważ spalanie każdego węgla wiąże się z emisją dwutlenku węgla, pyłów zawieszonych PM2.5 i PM10 czy tlenków azotu. Substancje te mają szkodliwy wpływ na nasze życie i zdrowie oraz negatywnie oddziałują na klimat. Zlecając badanie, chcieliśmy sprawdzić na ile te pro-ekologiczne przekazy faktycznie trafiają do konsumentów i konsumentek – mówi Kamila Drzewicka, radczyni prawna w Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.
– W badaniu, które przeprowadził dla nas Kantar widać, że promowanie węgla, jako produktu ekologicznego zbiera swoje żniwo, ponieważ niemal co czwarta osoba ogrzewająca swoje domy węglem określiło spontanicznie „ekogroszek” jako produkt ekologiczny. Wśród osób używających ekogroszku taką opinię wyraziła niemal połowa ankietowanych (43 proc.). Badani przypisali mu takie cechy jak: przyjazność dla środowiska, niepowodowanie smogu czy niewywieranie szkodliwego wpływu na zdrowie. Stanowisko naszej Fundacji jest jasne: czysty węgiel nie istnieje, bo nawet niewielkie ilości pyłów emitowanych przy spalaniu węgla są szkodliwe dla zdrowia – dodaje Kamila Drzewicka.
Choć w badaniu Kantaru 43 proc. Polek i Polaków korzystających z węgla przyznaje, że problem zanieczyszczenia powietrza w ich miejscu zamieszkania jest bardzo lub dość poważny, to najwięcej, bo aż 35 proc. badanych wskazało nie spalanie paliw stałych, a transport samochodowy, jako główne źródło zanieczyszczenia powietrza. O ile w miastach transport samochodowy rzeczywiście w znacznym stopniu przyczynia się do zanieczyszczenia powietrza, o tyle w skali kraju to spalanie paliw stałych w gospodarstwach domowych powoduje największe zanieczyszczenie powietrza szkodliwymi pyłami zawieszonymi.
Osoby ogrzewające swoje domy węglem mają świadomość ogólnych negatywnych skutków zdrowotnych spalania węgla, natomiast mniej niż połowa z nich ma świadomość, że instalacja do spalania węgla może powodować emisje także wewnątrz domu, czy pomieszczenia wpływając negatywnie na zdrowie nie tylko sąsiadów, ale samych domowników. Należy zatem rozważyć czy osoby decydujące się na piec węglowy powinny być wyraźnie informowane o możliwych emisjach szkodliwych pyłów zawieszonych wewnątrz ich własnych domów.
Fundacja ClientEarth spytała też osoby ogrzewające domy węglem o kwestie związane z wymianą starych źródeł ciepła. Przytłaczająca większość (83 proc.) respondentów i respondentek przyznaje, że władze w niewystarczającym stopniu lub wręcz w ogóle nie pomagają mieszkańcom, którzy chcieliby wymienić swój piec węglowy. Ten wynik potwierdza głosy krytyki kierowane pod adresem rządowego programu Czyste Powietrze – ludzie, którym jest on dedykowany, często nie wiedzą o jego istnieniu. Co czwarta osoba (27 proc.) zadeklarowała, że chciałaby wymienić swój piec węglowy, jednak nie wie jak to zrobić.
Źródło: ClientEarth
Fot. ZojaZoja23
Diet jest wiele, a do odżywiania powinniśmy podchodzić indywidualnie. Niedobory jednych składników odżywczych należy uzupełnić, niektóre zaś wyeliminować ze swojego jadłospisu. Z dietetyczką Agnieszką Michalską rozmawia Juliusz Adel.
Juliusz Adel: Wegetarianie i weganie różne nazywają swój sposób odżywiania. Dla jednych jest to „dieta” inni traktują to jako „styl życia”. Jak według Ciebie należy nazwać wegetarianizm, weganizm, frutarianizm…?
Agnieszka Michalska: Dla mnie, być może z racji wykształcenia, wegetarianizm, weganizm czy frutarianizm oznaczają po prostu sposób odżywiania. Wiem jednak, że niektórzy traktują te pojęcia szerzej – nie ograniczają się tylko do niejedzenia mięsa czy produktów odzwierzęcych, ale także sprzeciwiają się wykorzystywaniu zwierząt, hodowaniu ich dla skóry czy futra. Dla takich osób jest to coś więcej niż tylko sposób żywienia.
Takim często omawianym problemem w życiu wegan jest niedobór witaminy B12. Jak ją suplementować? Może dodatkowo należałoby dodać wapno i kilka innych witamin i składników mineralnych. Są gotowe multiwitaminy, może to jest rozwiązanie?
Rzeczywiście, w przypadku diety wegańskiej często spotykamy się z niedoborami witaminy B12. Nic w tym dziwnego – jest to witamina, którą czerpiemy niemal wyłącznie z produktów pochodzenia zwierzęcego.
Inną witaminą niedoborową w diecie wegan jest niewątpliwie witamina D3. Co prawda niedobór akurat tej witaminy jest stosunkowo powszechny niezależnie od rodzaju diety, jednak weganie powinni zwrócić na nią szczególną uwagę.
Oprócz witamin u osób na diecie wegańskiej często występują także niedobory żelaza i wapnia. Pokrycie zapotrzebowania na te składniki na diecie wegańskiej jest możliwe, ale jest też dość trudne i wymaga poświęcenia sporej ilości czasu na odpowiednie skomponowanie jadłospisu. W większości wypadków suplementacja jest konieczna. Szczególnie trudne jest to w przypadku żelaza – niestety żelazo ze źródeł roślinnych jest gorzej wchłaniane w naszym organizmie niż to znajdujące się w produktach pochodzenia zwierzęcego.
Choć suplementacja w wielu przypadkach jest niezbędna przy stosowaniu diety wegańskiej nie zalecałabym kompleksów witaminowych. Jeśli zachodzi konieczność suplementacji powinniśmy sięgać po te składniki, których rzeczywiście nam brakuje. Nie ma sensu zwiększać dodatkowo ilości np. witaminy C czy cynku, których w diecie nie brakuje. Dodatkowo zbyt duże ilości niektórych składników (np. witaminy A czy E) mogą kumulować się w organizmie, a nadmiary mogą okazać się toksyczne.
Jeśli decydujemy się na suplementację podstawą powinna być konsultacja z lekarzem i wykonanie badań laboratoryjnych.
A w związku z tym jak często należy robić badania?
Jeśli nie mamy żadnych problemów zdrowotnych, do tej pory nie pojawiły się też niedobory, to myślę, że kontrola raz do roku powinna wystarczyć.
Jeśli suplementujemy określone składniki z powodu stwierdzonych już niedoborów warto robić badania kontrolne co najmniej raz na pół roku, przynajmniej do wyrównania wyników.
W przypadku współistniejących chorób decyzję o ewentualnym częstszym wykonywaniu badań kontrolnych powinien podjąć lekarz.
I jeszcze jedno. Jeżeli witamina B12 nie występuje w roślinach, a jest dostarczana w produktach mięsnych, to w jaki sposób generuje się w mięsie zwierząt, które są zjadane. Większość zjadanych przez ludzi zwierząt to te karmione roślinami.
Witamina B12 produkowana jest głównie przez bakterie żyjące w układzie pokarmowym zwierząt. Co prawda my też te bakterie posiadamy, jednak zamieszkują one nasze jelito grube, czyli miejsce, w którym nie następuje wchłanianie witamin. Cokolwiek więc nasze bakterie wyprodukują, niestety wszystko wydalimy z kałem.
W przypadku zwierząt jest inaczej – one są w stanie wykorzystać wyprodukowaną przez siebie witaminę, a my możemy dostarczyć ją sobie spożywając mięso, mleko czy jaja.
Czy suplement witaminy B12 jest wegański?
Witaminy znajdujące się w suplementach wytwarzane są w laboratoriach przez specjalnie wyhodowane w tym celu bakterie. Do jej produkcji nie wykorzystuje się zwierząt, więc tak, suplement witaminy B12 jest wegański.
Nie tak dawno temu, bo w 2015 roku przez Światową Organizację Zdrowia przetworzone mięso zostało zakwalifikowane jako produkt rakotwórczy, na samym szczycie toksyn obok papierosów i azbestu. Czy nadal można sugerować jego spożywanie?
Zależy, co rozumiemy pod pojęciem „przetworzone”. Jeśli mówimy tu o kupnych gotowych kotletach, nuggetsach czy innych parówkach zdecydowanie nie jest to coś, co można z czystym sercem polecić.
Jeśli z kolei mówimy po prostu o przygotowanym w domu pulpecie czy gulaszu nie ma w tym nic złego – choć oczywiście dużo zależy też od ilości i sposobu przygotowania. Jeśli 2-3 razy w tygodniu zjemy na obiad porcję gotowanego czy pieczonego mięsa raczej nie doprowadzi nas to do przedwczesnego zawału. Ale jeśli 5 razy w tygodniu będziemy jeść smażonego kotleta lub grillowaną kiełbaskę może to negatywnie odbić się na naszym zdrowiu. Bardziej jednak jest to związane ze sposobem obróbki niż z samym faktem, że spożywamy mięso.
Wspomniałaś o tym, że jadłospis powinien być bardzo urozmaicony, jednocześnie wspomnieć warto, iż obecnie każdy szanujący się sklep posiada coraz więcej produktów dal wegan, a jednocześnie często są to ludzie pełni pasji do gotowania, do dobierania produktów, do urozmaicania swojego menu. Niedawno usłyszałem opinię, że jak spotkasz w markecie kogoś, kto czyta skład produktu, to na pewno jest to weganin, lub co najmniej wegetarianin. Czy w swojej pracy często zwracasz uwagę ludzi na czytanie składów?
Nie do końca zgodzę się z tym, że jeśli osoba czyta etykiety to zapewne jest to weganin lub wegetarianin. Etykiety powinniśmy czytać wszyscy – choćby po to, żeby wybierać po prostu zdrowsze produkty (np. takie bez dodatku syropu glukozowo-fruktozowego czy tłuszczy nasyconych). Sama zwracam uwagę na skład kupowanych przeze mnie produktów i z mojego doświadczenia najczęściej na etykiety zwracają uwagę przede wszystkim osoby chore, których stan zdrowia wymaga ograniczeń dietetycznych – choćby alergicy.
Ale przyznasz, że osoba czytająca skład produktu, to w sklepach nadal rzadki widok.
Niestety to prawda, większość osób nie zwraca uwagi na składy – zdecydowanie częściej kierują się ceną. A ta niestety nadal stosunkowo rzadko idzie w parze z jakością.
We wszystkich piramidach żywieniowych najwięcej miejsca zajmują rośliny jako najważniejszy produkt.
Rzeczywiście podstawą naszej diety powinny być warzywa, owoce i zboża. Są to produkty o wysokiej gęstości odżywczej, to znaczy, że zawierają dużo składników odżywczych w stosunku do kaloryczności. Ponadto są także źródłem błonnika pokarmowego.
Osoby chore na cukrzycę także powinny unikać mięsa i jego przetworów, a zwłaszcza tłuszczu zwierzęcego. Czy trudno jest przekonać ludzi chorych do ograniczenia jego spożycia?
Niestety cukrzyca, choć obecnie diagnozowana u coraz młodszych pacjentów, nadal jest chorobą głównie osób w średnim wieku i starszych. A im starszy pacjent, tym trudniej przekonać go do zmian w sposobie odżywiania. O ile jeszcze zmiana chleba z pszennego na razowy czy ryżu białego na brązowy nie jest aż takim wyzwaniem, to często ograniczenie mięsa spotyka się z dużym oporem. Często dużym ustępstwem dla pacjentów jest już zmiana smażonego kotleta na gotowane pulpety lub pieczone mięso.
A ty jaki system żywienia preferujesz?
Uważam, że wszystko jest dla ludzi – oczywiście w odpowiednich ilościach i dostosowane do stanu naszego zdrowia.
Szanuję osoby decydujące się na dietę wegetariańską, choć skrajnym odmianom, takim jak weganizm czy frutarianizm osobiście jestem przeciwna. Sama nie planuję jednak całkowicie zrezygnować z mięsa. Po prostu ograniczam jego ilość w diecie i stosuję odpowiednią obróbkę termiczną.
W nieodległej przyszłości wzrośnie liczba wezbrań na Bałtyku, a za 100 lat może ulec zalaniu duża część Gdańska, Żuław i Półwyspu Helskiego. W wydanym komunikacie ostrzega przed tym interdyscyplinarny Zespół doradczy ds. kryzysu klimatycznego przy prezesie PAN i postuluje podjęcie szeregu działań adaptacyjnych z zakresu gospodarki wodnej oraz „nadanie wyraźnie wyższego priorytetu wydatkom związanym z ochroną wybrzeża”.
Autorzy komunikatu zauważają, że podnoszenie się poziomu wód rozpoczęło się wraz z początkiem rewolucji przemysłowej i wzrostem emisji CO2 do atmosfery. „Globalny poziom morza, po kilku tysiącach lat względnej stabilizacji podniósł się od XIX wieku o ponad 20 cm2. Specjalny Raport IPCC z 2019 r. na temat oceanu i kriosfery stwierdza (…), że tempo wzrostu średniego poziomu morza w latach 2006-2015 wyniosło 3,6 mm/rok, jest bezprecedensowe w ostatnich stu latach i około 2,5 razy większe niż w latach 1901-1990”.
W swoim komunikacie zespół stara się przewidzieć jakie skutki zmiany klimatu będę miały dla poziomu mórz na świecie. Ich zdaniem światło na to rzucają procesy, które zachodziły już wcześniej na Ziemi.
„Badania naukowe wykazują, że w trakcie wychodzenia z ostatniej epoki lodowej, kiedy średnia temperatura planety wzrosła o ok. 5°C w ciągu ok. 10 tysięcy lat, poziom morza podniósł się o ok. 120 m. Występowały wówczas kilkusetletnie okresy o tempie wzrostu poziomu morza przekraczającym 5 cm/rok, do czego przyczyniała się destabilizacja zanikających lądolodów zarówno półkuli północnej, jak i południowej. Najnowsze wyniki badań pokazują, że podobna destabilizacja zarówno lądolodu Antarktydy Zachodniej, jak i Grenlandii jest możliwa w wyniku antropogenicznej zmiany klimatu w bliskiej przyszłości” – piszą naukowcy.
Powołują się na badania, według których wzrost poziomu morza przyspieszył w latach 60-tych ubiegłego wieku. Dalszy rozwój sytuacji będzie zależał od wielkości emisji CO2 do atmosfery. Modelowo można wyobrazić sobie wiele „ścieżek emisji”. Naukowcy w komunikacie skupili się na dwóch: pierwszy zakłada realizację zobowiązań wynikających z Porozumienia Paryskiego (RCP2.6), a drugi emisję na dotychczasowym poziomie (RCP8.5).
„Specjalny Raport IPCC na temat oceanu i kriosfery z 2019r. prognozuje, że poziom morza w ostatnich dwóch dekadach XXI wieku wzrośnie z prawdopodobieństwem 2/3 o 29-59 cm dla RCP2.6 oraz o 61-100 cm dla RCP8.5. Należy pamiętać, że przewidywany wzrost poziomu morza nie zatrzyma się w 2100r. i do 2300 r. prawdopodobny jest jego dalszy wzrost nawet o kilkanaście metrów przy scenariuszu RCP8.5, jednak przy dużej niepewności związanej z dynamiką lądolodu Antarktydy. Spodziewane tempo wzrostu poziomu morza będzie przyspieszać zależnie od scenariusza emisji” – ostrzegają naukowcy.
Procesy zachodzące globalnie dotkną również Morze Bałtyckie. Najgorsza sytuacja prognozowana jest dla wschodniej części polskiego wybrzeża. W rejonie Zatoki Gdańskiej wybrzeże będzie się obniżało o ok. 1 mm/rok, zaś na Żuławach nawet 2 mm/rok, co przy regularnym wzroście poziomu morza przyspieszy jeszcze zalewanie tych terenów. Dużym problemem mogą się stać według naukowców również wezbrania sztormowe. Ich zdaniem w 2050 roku będą one kilkakrotnie częstsze niż w przeszłości.
„W związku z postępującym i przyspieszającym zagrożeniem wzrostem poziomu morza zespół wskazuje na konieczność szybkich działań dostosowujących prawodawstwo i infrastrukturę do wyzwań związanych z tym zjawiskiem w następnych dekadach” – apelują naukowcy.
Przestrzegają również przed bagatelizowaniem zagrożenia i braku realnych działań w celu zmniejszenia emisji CO2.
„Nieuchronny charakter i narastające tempo wzrostu poziomu morza pokazują bezpośrednio niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą postępująca antropogeniczna zmiana klimatu. W razie niepowodzenia w redukcjach emisji, w być może już bliskiej perspektywie historycznej trzeba będzie zmierzyć się z problemem stopniowej utraty infrastruktury w obecnej strefie przybrzeżnej i przygotować się na postępujące zalewanie coraz większej powierzchni lądu” – zakończyli naukowcy swój komunikat.
W skład interdyscyplinarnego Zespołu doradczego do spraw kryzysu klimatycznego przy prezesie PAN wchodzą: prof. Szymon Malinowski (UW), prof. Jacek Piskozub (IO PAN), dr hab. Iwona Wagner (ERCE PAN, UŁ), prof. Irena Wrońska (UM Lublin), prof. Krzysztof Kwiatek (Państwowy Instytut Weterynaryjny), dr hab. Adam Habuda (INP PNA), dr Krzysztof Niedziałkowski (IFiS PAN), dr Agata Goździk (IGF PAN), prof. Tomasz Okruszko (SGGW), prof. Zbigniew Kundzewicz (IŚRiL PAN), dr hab. inż. Andrzej Jagodziński (ID PAN), dr hab. inż. Anna Januchta-Szostak (PP), prof. Jan Kozłowski (UJ), prof. Jan Kiciński (IMP PAN), dr Aleksandra Kardaś (UW), dr Justyna Orłowska (ekspertka Ministerstwa Klimatu), dr hab. Mateusz Strzelecki (członek Akademii Młodych Uczonych PAN).
Całość dostępna jest na stronach Polskiej Akademii Nauk.
Oprac. Marcin Wrzos
Fot. Lukas Plewnia
Dr Matthias Albrecht z Agroscope wspólnie z grupą badaczy z 13 krajów opublikowali na łamach prestiżowego czasopisma naukowego Ecology Letters analizę wpływu pasów kwietnych i zadrzewień śródpolnych na ochronę roślin przed szkodnikami, zapylanie oraz plon roślin. W analizie autorzy wykorzystali dane z 35 innych badań, pochodzących z 529 lokalizacji w Ameryce Północnej, Europie i Nowej Zelandii.
Na wstępie analizy badacze określili trzy główne czynniki wpływające na efektywność zielonej infrastruktury w zakresie usług ekosystemowych. Zaliczają się do nich:
• różnorodność gatunkowa roślin w pasach kwietnych i zadrzewieniach,
• czas, który upłynął od momentu utworzenia rozwiązania ekosystemowego,
• typ krajobrazu, w którym zastosowano rozwiązanie.
Analiza wykonana przez autorów wykazała, że pasy kwietne pozytywnie wpływają na ochronę roślin uprawnych przed szkodnikami (wzrost o 16% w stosunku do pól, przy których nie było rozwiązań ekosystemowych). W większości przypadków widoczny był dobroczynny wpływ na usługi w postaci zapylania roślin. Ustalono, że wpływ pasów kwietnych na zapylanie roślin znacząco wzrasta wraz ze zróżnicowaniem gatunkowym i wiekiem roślin znajdujących się w pasie. Sugeruje to, że jakość pasa kwietnego może być kluczowa w uzyskaniu zakładanego celu. Ważnym przy zakładaniu pasów kwietnych czy zadrzewień śródpolnych wydaje się również ich odległość od pola z rośliną uprawną, ponieważ wraz ze wzrostem dystansu spada efektywność zapylania roślin rolniczych.
Innym ważnym wnioskiem płynącym z tych badań jest to, że istotny jest czas jaki jest niezbędny dla lokalnych gatunków owadów zapylających, aby rozwinąć swoje populacje (np. miejsca zimowania owadów zapylających). Najlepsze rezultaty uzyskano natomiast przy trzyletnich pasach kwietnych. Już przy roślinach dwuletnich zapylenie wzrosło o 27% w porównaniu z roślinami trzymiesięcznymi, Ponadto analiza wskazuje, że wzrost efektywności zapylania roślin uprawnych utrzymuje się nawet po 3 latach od wysiewu pasa kwietnego.
Kolejnym istotnym wnioskiem autorów syntezy jest to, że zwiększona różnorodność gatunkowa kwitnących roślin zastosowanych w pasie kwietnym zwiększa zapylanie roślin w przyległej uprawie. Zwiększenie ilości gatunków roślin z 1 do 25 wpływało na wzrost zapylenia nawet o 52%. Ten wniosek jest bardzo ważny, ponieważ udowadnia, że odbudowywanie różnorodności gatunkowej roślin może nie tylko wspomagać występowanie rzadkich gatunków owadów zapylających i ich różnorodność, ale również samo zapylanie przez te owady. Zwiększona różnorodność kwitnących gatunków roślin zapewnia zasoby pokarmowe dla wielu różnych gatunków owadów zapylających, nie tylko dla pszczół, ale również chrząszczy, much, motyli i wielu innych grup owadów. Biorą one udział w zapylaniu zarówno dziko występujących gatunków roślin, ale również ważnych gospodarczo roślin rolniczych. Badania autorów wykazały, że ekologiczna infrastruktura wpływa pozytywnie na zapylanie roślin, ale tylko w części uprawy przyległej do niej. W odległości 10m od pasa kwietnego czy zadrzewienia efektywność zapylania roślin może ulec spadkowi nawet o 50% w porównaniu do przylegającego bezpośrednio obszaru uprawy.
Dodatkowo analiza autorów na podstawie danych z kilku stref geograficznych wykazała, że usługi ekosystemowe związane z zapylaniem roślin spadają o 12% gdy krajobraz rolniczy jest zdominowany od 50% do 100% przez rośliny uprawne, co pokazuje, że pozytywny wpływ na zapylanie mają nie tylko mieszanki stosowane w tworzeniu pasów kwietnych, ale również proces zmiany krajobrazu rolniczego ze zróżnicowanego (zielona infrastruktura) do uproszczonego (tylko rośliny uprawne).
Opracowanie wykazało zwiększanie efektywności biologicznej ochrony przed szkodnikami przez pasy kwietne w różnych regionach geograficznych, systemach rolnictwa i stosowanych mieszankach. Przedstawiła również wiele niejasności i jednocześnie bardzo zróżnicowanych wyników w zakresie wpływu pasów kwietnych, zadrzewień śródpolnych na efektywność w zapylaniu roślin i wpływu na ostateczny plon roślin uprawnych. Dlatego niezbędne są dalsze badania, które by posłużyły identyfikacji czynników wpływających na efektywność wykorzystania elementów zielonej infrastruktury, szczególnie przy wykorzystywaniu różnych mieszanek roślin w pasach kwietnych i sposobach ich uprawy. Pomogą one w tworzeniu przyszłych standardów wysiewania pasów kwietnych i zadrzewień.
Opierając się na wynikach swojej analizy badacze zdecydowanie zachęcają do zakładania, odpowiedniego zarządzania i przywracania istniejących wieloletnich nasadzeń kwiatowych, które zapewniają dostępność dużej różnorodności kwiatowej przez kilka lat, jako obiecującej ścieżki w kierunku zoptymalizowanych środków dla intensyfikacji ekologicznej.
Raport jest dostępny na stronach Ecology Letters.
Źródło: Pasy kwietne
Zarejestrowano pierwszy w Polsce przypadek zakażenia SARS-CoV-2 u norek. Fermy przemysłowe z tysiącami niemal identycznych genetycznie zwierząt to idealne warunki do rozprzestrzeniania się i kolejnych mutacji wirusów, w tym covid-19 – alarmują naukowcy. Taki scenariusz zrealizował się niedawno na fermach norek w Danii. Fermy przemysłowe to tykająca bomba dla naszego zdrowia, nie możemy tolerować ich dalszej ekspansji – ostrzega Greenpeace.
Nauka od lat alarmuje, że fermy przemysłowe, skupiające tysiące niemal identycznych genetycznie zwierząt na bardzo małej przestrzeni, stanowią dla wirusów idealne środowisko. Fermy norek, świń, krów, drobiu są zbyt dużym zagrożeniem dla zdrowia publicznego, byśmy mogli dalej tolerować ich niekontrolowaną ekspansję. Tym bardziej że ogromna część społeczeństwa już teraz się na to nie godzi. To tykająca bomba, która naraża nas wszystkich na nowe pandemie – mówi Dominika Sokołowska z Greenpeace Polska.
Aby zminimalizować zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi, wszystkie zwierzęta z fermy, na której wykryto koronawirusa, zostaną zabite. To zapewne nie ostatni taki przypadek, ze względu na ogromną skalę chowu przemysłowego w Polsce. Na polskich fermach żyje mniej więcej 6 milionów krów, 11 milionów świń, 181 milionów kur. W 2017 roku, w gminie Żuromin, w której mieszka 14 tysięcy ludzi, w 700 przemysłowych kurnikach wyhodowano 20 milionów kur i kurczaków.
Skala hodowli zwierząt w naszym kraju dawno przekroczyła granice zdrowego rozsądku. Już teraz ma destrukcyjny wpływ – poprzez zanieczyszczenie powietrza, gleby i wody związkami azotu i fosforu, antybiotykami – na zdrowie ludzi mieszkających w okolicach wielkich skupisk ferm przemysłowych. A zagrożenia będą tylko się zwiększać wraz z ich dalszą ekspansją, nad którą całkiem utraciliśmy kontrolę. To dzwonek alarmowy dla polityków w Polsce i Unii Europejskiej, aby w trosce o nasze bezpieczeństwo zmienić sposób funkcjonowania naszego rolnictwa. Musimy przejść z systemu opartego na fermach przemysłowych w stronę małych gospodarstw, produkujących żywność w sposób przyjazny ludziom, zwierzętom i przyrodzie – mówi Dominika Sokołowska z Greenpeace Polska.
SARS-CoV-2 to nie jedyny wirus, który rozprzestrzenia się na fermach: afrykański pomór świń i wirusy ptasiej grypy od lat pojawiają się i rozprzestrzeniają wśród zwierząt hodowlanych. Fermy przemysłowe stanowią dla wirusów idealne środowisko. Mogą w nim mutować, rozwijać się i stawać coraz groźniejsze, również dla człowieka. W Danii po wykryciu nowej, odpornej na opracowywane szczepionki mutacji koronawirusa, która następnie zaczęła zarażać ludzi, tamtejszy przemysł hodowli norek z dnia na dzień musiał zostać zamknięty, a minister rolnictwa podał się do dymisji.
Fot. Andrew Skowron
Źródło: Greenpeace Polska
Minęło 5 lat od podpisania porozumienia paryskiego, a powszechne towarzystwa emerytalne wciąż nie robią nic, aby podejść poważnie do realizacji zawartych w nim celów. Traci na tym klimat, środowisko i przyszli emeryci.
„Fundacja Rozwój Tak – Odkrywki NIE” po raz kolejny przygląda się zawartości portfeli wszystkich prowadzących w Polsce działalność Otwartych Funduszy Emerytalnych, analizując ich zaangażowanie w sektor węglowy. Pięć lat po przełomowym szczycie klimatycznym w Paryżu OFE posiadały ponad 5,5 mld złotych w akcjach spółek z sektora węglowego. To bardzo niewielki spadek w porównaniu do 5,73 mld złotych na koniec 2019 roku.

Ponad 60% akcji, które OFE posiadały w Bogdance, CEZie, Enei, Enerdze, Famurze, ZEW Kogeneracji, PGE, Tauronie, ZE PAK-u, zarządzały trzy największe pod względem wielkości aktywów OFE – Nationale Nederlanden, Aviva oraz PZU „Złota Jesień”. Trzy największe OFE miały zainwestowane w sektor węglowy: 3,46 mld PLN, czyli 63% kwoty pod koniec 2020 w porównaniu do 3,64 mld PLN pod koniec 2019 roku (spadek o 1 pp.). W rozbiciu na poszczególne OFE – NN OFE miało na koniec 2020 roku 1,29 mld złotych w akcjach spółek węglowych, Aviva OFE 1,16 mld, zaś PZU OFE 1,02 mld złotych.
Otwarty Fundusz Emerytalny zarządzany przez PZU posiadał największy udział akcji spółek węglowych w swoim portfelu. Stanowiły one aż 4,99%. Udział ten wzrósł rok do roku z 4,73% pomimo spadku ceny akcji większości spółek węglowych notowanych na GPW w tym samym okresie. Kolejne dwa miejsca zajmowały MetLife OFE: 4,57% oraz Axa OFE: 3,87%. Warto podkreślić, że wszystkie trzy OFE wymienione powyżej zwiększyły swoje zaangażowanie w sektor węglowy od końca 2019 roku. Najmniej nawęglony w ujęciu procentowym na koniec 2019 roku był portfel Allianz OFE, w którym spółki z tego sektora stanowiły 2,36%.
Klienci Otwartych Funduszy Emerytalnych tracą na tym, że część aktywów wartości OFE stanowią spółki opierające swoją działalność na wydobyciu, sprzedaży, transporcie oraz spalaniu paliw kopalnych. Według danych OECD w 2019 roku polskie Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE) były najgorzej inwestującymi funduszami emerytalnymi na świecie i straciły w ciągu roku w sumie 2,7 proc.
Porozumienie tylko na papierze
Pomimo że globalnie coraz wyraźniejszy jest trend odchodzenia instytucji finansowych od inwestycji w sektor węglowy, zarządzający OFE, zamiast gwałtownie redukować swoje zaangażowanie w aktywa spółek węglowych, wspierają brudny przemysł miliardami złotych. Pompują je między innymi w Polską Grupę Energetyczną i to pomimo faktu, że jej wycena spada.
OFE łącznie posiadały aż 17,53% akcji Polskiej Grupy Energetycznej. Udział OFE w akcjonariacie PGE wzrósł w stosunku do końca 2019 roku o 1,58 punktu procentowego z 15,95%. Najwięcej akcji PGE w 2020 roku kupiły Otwarte Fundusze Emerytalne należące do Avivy (prawie 12 mln akcji) oraz PZU (8,2 miliona akcji). Dużych zakupów dokonały też MetLife OFE (3,9 mln akcji) oraz PKO Bankowy OFE (3,42 mln akcji). Tymczasem wycena PGE na koniec 2020 roku spadła do poniżej 2,7 mld euro z 3,5 mld euro pod koniec 2019 roku.

– Warto też pamiętać, że PGE, której akcje tak ochoczo kupują OFE, planuje przedłużenie koncesji wydobywczej dla odkrywki Turów do końca 2044 roku, pomimo że w związku z jej negatywnym oddziaływaniem kolejne skargi trafiają do Komisji Europejskiej. A jedna z nich wkrótce może skończyć się w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości – komentuje Kuba Gogolewski, kampanier finansowy w Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. – PGE dalej nie wycofało się z postępowania o uzyskanie koncesji dla nowej odkrywki Złoczew oraz nie określiło daty zamknięcia największych kopalni i elektrowni. Jest też właścicielem największego emitenta gazów cieplarnianych w Europie – elektrowni Bełchatów.
Wśród OFE dużą popularnością cieszyły się akcje Taurona. Znaczących zakupów akcji tej ostatniej spółki nie dokonywały tylko fundusze zarządzane przez Nationale Nederlanden, Avivę oraz Poczytlion OFE, jak również Allianz OFE, które akcji Taurona nie posiadało w swoim portfelu także pod koniec 2019 roku. Warto zaznaczyć, że Tauron, podobnie jak PGE, nie zobowiązał się do zakończenia pracy wszystkich swoich elektrowni węglowych do 2030 roku.
Źródło: Fundacja Rozwój Tak – Odkrywki NIE
Przedstawicielom rządu znów zabrakło odwagi, żeby w sposób sprawiedliwy i klarowny zakończyć impas w górnictwie. Zabrakło decyzji dotyczących sprawiedliwej transformacji i odejścia od węgla. W zamian mamy niekończące się dyskusje oparte o równie absurdalne propozycje tzw. Umowy Społecznej zakładające dotowanie węgla przez kolejnych trzydzieści lat. A do tego plany wyrzucania pieniędzy w błoto na mrzonki o nieistniejących czystych technologiach węglowych czy budowie nowej elektrowni Ostrołęka C na węgiel.
Rozmowy pomiędzy stroną rządową a przedstawicielami związków zawodowych zamiast skupiać się na zabezpieczeniu interesu społeczeństwa, górników i ich rodzin, skupiają się na interesach polityków koalicji rządzącej dbających o swoje stołki i związkowców, którzy – jak widać – nie reprezentują prawdziwego interesu pracowników branży. Zamiast opracowywania nowych perspektyw dla regionów górniczych mamy kolejną próbę podtrzymywania złudzenia, że status quo w górnictwie może trwać bez końca.
Terminy zamykania kopalń są oderwane od rzeczywistości gospodarczej, a krajowy popyt na węgiel będzie spadał zdecydowanie szybciej niż podawane daty zamknięć. Fikcja, którą generują ciągnące się rozmowy szkodzą interesom pracowników branży górniczej, regionom węglowym a szerzej – polskiemu społeczeństwu. Za te próżne rozmowy rachunek uiszczą obywatelki i obywatele, którzy będą musieli dopłacać do utrzymywania górnictwa przez kolejne lata ale i do coraz droższych rachunków za prąd. Podczas gdy w Unii Europejskiej energia produkowana z OZE wygrywa z tą ze spalania paliw kopalnych, Polska wciąż tkwi w skansenie energetycznym.
Rząd i przedstawiciele związków zawodowych powinni się skupić na tym jak zapewnić górnikom możliwości przebranżowienia i znalezienia miejsc pracy w innych sektorach. Zamiast kompleksowego planu sprawiedliwej transformacji mamy kolejne odwlekanie w czasie kluczowych działań i decyzji. Kluczowe jest zaangażowanie strony społecznej (związki zawodowe nie są wystarczającą reprezentacją) i samorządów tak by zaplanować kompleksową transformację całych regionów.
Fot. Bart Bernardes
Jak pisał Jeremy Bentham: “Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować, ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć”.
Poruszając temat podmiotowości zwierząt innych niż ludzie, właśnie od tego pytania należałoby rozpoczynać wszelkie dyskusje. Pytanie o cierpienie związane jest niezmiennie z pytaniem o doznaniowość, o której mówi m.in. prof. Elżanowski – zoolog, a zarazem etyk. W najprostszym rozumieniu jest ona tym, co doznaje, a więc odczuwa dana jednostka.
Na wstępie należy zaznaczyć, że pisząc o zwierzętach w kontekście podmiotowości, mam na myśli głównie ssaki i ptaki oraz inne, mniej poznane kręgowce, o których wiadomo, że są w stanie doświadczać pozytywnych czy negatywnych stanów umysłu. To jak traktujemy zwierzęta zależy w dużej mierze od tego jak je postrzegamy, co z kolei powiązane jest z tym, w co wierzymy. Nauka powinna tu być dobrym punktem zaczepienia, a jednak nadal znajdują się osoby, które podważają dowody na doznaniowość czy świadomość zwierząt pozaludzkich. Wydaje się to dosyć niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że nawet z prostych, nieinwazyjnych obserwacji jesteśmy w stanie rozpoznać oznaki dyskomfortu czy zadowolenia u naszych współtowarzyszy. Raczej nikt, kto mieszka z psem czy kotem, w to nie wątpi. Jednak nasze własne obserwacje to jedno, zaś naukowe podstawy to już oczywiście co innego.
Patrzenie na zwierzęta inne niż ludzie jako odczuwające podmioty może być niewygodne zarówno dla tych przekonanych o ludzkiej wyjątkowości (w negatywnym znaczeniu), jak i tych, którzy zwierzęta na co dzień wykorzystują do własnych celów – czy to rozrywkowych, czy to konsumpcyjnych. Pozwoliliśmy sobie niestety na wykształcenie się gatunkizmu, postawy dyskryminującej inne gatunki i wywyższającej własny. Jako gatunek, który tak świetnie radzi sobie z szufladkowaniem innych w swoim własnym obrębie, nie gorzej poradziliśmy sobie z wszelkimi pozaludzkimi formami życia. Zamknęliśmy się szczelnie w bańce ludzkiej wspaniałości, przywłaszczając sobie zarówno planetę, jak i wszystko co na niej istnieje.
Bez wątpienia człowiek jest istotą najlepiej rozwiniętą spośród wszystkich nam znanych. Jednak czy fakt ten nie powinien wymuszać na nas większej odpowiedzialności? Uważam wręcz, że to właśnie owa “wyższość” zobowiązuje nas do troszczenia się zarówno o innych ludzi, jak i inne żywe istoty w ogóle. Przywilej wiedzy oraz posiadania rozmaitych zdolności obliguje nas do działania na rzecz innych. W przeciwieństwie do przekonania niektórych, że jest to właśnie czynnik, który usprawiedliwia złe traktowanie.
W starciu człowiek versus zwierzę, to drugie niestety najczęściej przegrywa. I nie jest to już tylko kwestia ludzkiego przetrwania. Wrzuciliśmy zwierzęta na taśmę produkcyjną, wystawiliśmy na cyrkową arenę, aby zabawiały tłumy, stworzyliśmy zamknięte hodowle, gdzie są trzymane tylko po to, aby po kilku miesiącach spędzonych we własnych odchodach mogły zostać obdarte z futra. Odarliśmy je z godności, wmawiając wszystkim, że tak jest okej. W ten oto sposób powstała podmiotowo-przedmiotowa hybryda – „podmiotowy przedmiot”. Żyjące, czujące istoty, które niewątpliwie posiadają wszelkie predyspozycje do bycia podmiotami, są na co dzień traktowane jak rzeczy.
Zarazem udało nam się stworzyć „spójną” klasyfikację, wedle której podzieliliśmy zwierzęta na te gorsze i lepsze. Nie muszę chyba wspominać, że podział ten nie ma żadnych podstaw naukowych, a jedynie kulturowe. W ten sposób człowiek jest w stanie zajadać się na co dzień świnkami, krowami i kurczakami, a jednocześnie troszczyć się o swojego pupila (dajmy na to psa) i traktować go jak członka rodziny. Przecież nie ma w tym nic dziwnego, prawda? Swoją drogą, w takich Chinach to psy się właśnie zjada, co dla przeciętnego Europejczyka jest prawdopodobnie oburzające lub co najmniej odpychające. Pytanie, co gdyby ta sama osoba urodziła się zatem w Chinach?
Obecnie nie podlega już wątpliwości, że ssaki, ptaki oraz część mniej poznanych kręgowców dzielą z nami pozytywne i negatywne doznania, co decyduje o immanentnej wartości ich życia. Jest to taka wartość, która, rozumiana jako wartość wynikająca ze stanów umysłu czy doznań, określa dany podmiot jako cel sam w sobie. Oznacza to, że życie takiego zwierzęcia posiada już pewną z góry przysługującą mu wartość, jedynie ze względu na doznaniowość, która powiązana jest ze świadomością. Na podstawowym poziomie, między doznaniami np. psa a doznaniami człowieka, nie ma żadnej jakościowej różnicy. A zatem immanentna wartość życia ludzkiego nie jest wcale większa niż jakiegokolwiek innego zwierzęcia.
Jeżeli jakieś stworzenie jest w stanie odczuwać np. strach czy cierpienie, jego życie ma niezbywalną wartość, niezależnie do jakiego gatunku przynależy. Oprócz immanentnej wartości życia wyróżnia się również pochodną wartość życia. Wiąże się ona z tym, jak dany podmiot wpływa na życie innych podmiotów. Obrazując to przykładem, jeśli mamy do czynienia z mordercą, który pozbawia życia innych oraz z psem przewodnikiem, który pomaga na co dzień osobie niewidomej, to pochodna wartość życia tego psa będzie większa niż człowieka. Oczywiście jest to przykład bardzo uproszczony. Na pochodną wartość życia może wpływać wiele czynników. Jednocześnie i zawsze patrzy się na końcowy bilans.
Należy sobie również uświadomić, że nasze zdolności (kognitywne i manualne) nie wynikają z tego, że sami na nie zapracowaliśmy. Jest to coś, z czym się rodzimy, kwestia szczęścia. A jednak zachowujemy się tak, jakby to była nasza zasługa, jako zasługa każdego człowieka z osobna. Na drodze ewolucji udało nam się wykształcić pewien szereg zdolności, jednak nie zachowujmy się tak, jakby uprawniało nas to do wykorzystywania innych i pozbawiania ich podstawowych praw. Pozaludzkie podmioty, tak jak i my, odczuwają ból, strach, frustrację czy nawet (w przypadku zwierząt społecznych) dyskomfort związany z odseparowaniem od grupy. Już samo to zaprzecza słuszności przedmiotowego traktowania zwierząt, z jakim spotykamy się na co dzień w różnych sferach życia. To, co nas rzeczywiście wyróżnia to rozwinięta sfera racjonalna i moralna. Chociaż istnieją także dowody na sprawstwo moralne u człowiekowatych (np. szympansy). Nie jest ono tożsame z moralnością charakterystyczną dla gatunku ludzkiego, jednak wskazuje na wysoki stopień rozwinięcia.
A jednak wciąż istnieje pewien paradoks w ludzkim myśleniu, który przedstawił już kiedyś Peter Singer. Wskazał on, że ludzie są w stanie wykorzystywać w eksperymentach np. w pełni rozwinięte szczury, a jednocześnie stawiają opór wobec takiego samego wykorzystania osób z poważnymi uszkodzeniami mózgu, które nie są w stanie odczuwać nawet bólu. Jeżeli nie jesteśmy w stanie zgodzić się na wykorzystanie w eksperymentach kogoś, kto nie jest zdolny do czucia czegokolwiek, to dlaczego zgadzamy się na wykorzystanie kogoś, kto czuje ból i jest świadomy swojej krzywdy? Powyższym przykładem Singer starał się wskazać na pewne nieścisłości w rozumowaniu. A takich jest znacznie więcej. Ocenianie i wyznaczanie czyichś praw jedynie na podstawie przynależności gatunkowej jest brudnym zagraniem.
Wracając jednak do kwestii samej podmiotowości. Nie zapominajmy, że poza wymienionymi już wcześniej negatywnymi doznaniami, zwierzęta pozaludzkie posiadają również szereg doznań pozytywnych. Nie są one tak precyzyjnie zdefiniowane, ale wiemy na pewno, że powstają w tzw. układzie nagrody. Układ ten może być pobudzany zarówno przez bodźce zewnętrzne (ze środowiska), jak i kontakty społeczne, czy własną aktywność. Poszczególne gatunki są w stanie doświadczać różnego rodzaju przyjemności i to okazywać. Przekonanie dotyczące kartezjańskiej maszyny (pogląd Kartezjusza, który przyrównał funkcjonowanie zwierzęcia do maszyny) już dawno zostało obalone. Obecnie wiemy już, że zwierzęta czują i podejmują świadome działania napędzane motywacją. Są w stanie tworzyć, czasem nawet dość skomplikowane, relacje.
Nie ma tu już przestrzeni na patrzenie na te zwierzęta pozaludzkie przedmiotowo. A już na pewno nie ma na to żadnego racjonalnego usprawiedliwienia. Należy się im przynajmniej podstawowe prawo do życia. Godnego życia. To, co zafundował im gatunek ludzki, póki co, dalekie jest od tego pojęcia. Nie oznacza to jednak, że nie jest możliwa zmiana. Skorzystajmy z tego, co oferuje nam nauka i przestańmy traktować obecny stan rzeczy jako „normalny” czy „naturalny”.
Niewolnictwo kiedyś też było uważane za naturalne i normalne, a jednak obecnie dla znacznej większości ludzi jest nie do pomyślenia. W kontekście pozaludzkiej podmiotowości najistotniejszy chyba jest aspekt cierpienia. Na to powinniśmy patrzeć w pierwszej kolejności. Jeżeli jakaś istota zdolna jest cierpieć, to niemoralne jest celowe wywoływanie tego cierpienia. Uznanie podmiotowości zwierząt innych niż ludzie jest ważnym krokiem dla każdej rozwiniętej cywilizacji, za którą jak mniemam się uważamy.
—————
Bibliografia:
- Bentham, J. Wprowadzenie do zasad moralności i prawodawstwa, przeł. B. Nawroczyński,, Warszawa 1958
- Dawkins, M. S. From an animal’s point of view: Motuvation, fitness and animal welfare. BEHAVIORAL AND BRAIN SCIENCES. 1990. s. 1-9
- Elżanowski, A. Wartość życia podmiotowego z perspektywy nauki. Przegląd Filozoficzny — Nowa Seria R. 18: 2009, Nr 3 (71): s. 81–96
- Elżanowski, A. Toward the scientific axiology of life. DIALOGUE AND UNIVERSALISM, No. 11–12/2008. s. 115-121
W ogólnie pojętym społeczeństwie ludzkim powszechne jest przeświadczenie o wyjątkowości gatunku homo sapiens. Według wielu osób istnieje ogromna i nieprzekraczalna granica pomiędzy człowiekiem a wszystkimi innymi zwierzętami. Ludzie odgrodzili się od reszty stworzeń, stawiając siebie na piedestale, a wszystkie inne organizmy zepchnęli na drugi plan, konstytuując je jako swoich poddanych.
Myślenie o zwierzętach jako o „niższych” istotach istnieje w ludzkich umysłach od zamierzchłych czasów. W końcu już sam Arystoteles oddzielił duszę rozumną, którą przypisywał jedynie ludziom, od tak zwanej duszy zmysłowej, czyli zwierzęcej. W późniejszym czasie pogląd ten przejął św. Tomasz z Akwinu, który inspirując się Arystotelesem, w XIII wieku stworzył podwaliny dla teologii chrześcijańskiej. Wykreował on hierarchię, według której człowiek był ponad wszystkim, co żywe, jednocześnie przekazując zwierzęta we władanie ludziom. Przypieczętowało to los braci mniejszych w kulturze świata zachodniego na całe wieki.
Przeświadczenie o podległości zwierząt była na tyle silna, że XVII-wieczny filozof Kartezjusz w myśl swojego motto „myślę, więc jestem” stwierdził, że zwierzęta to jedynie bardzo skomplikowane maszyny, które nic nie czują i nie są świadome swojego życia. Poglądy te uległy zmianie dopiero wraz z pojawieniem się ojca ewolucji – Karola Darwina. Skonstruowana przez niego teoria ewolucji, zakładająca, że wszystkie żyjące organizmy mają jednego wspólnego przodka, ostatecznie zatarła mistyczną granicę pomiędzy człowiekiem i resztą świata ożywionego. Wpisanie „ludzkości” w drzewo filogenetyczne wszystkich organizmów przeniosło pozycję człowieka jako „pana całego stworzenia boskiego” na karty historii, filozofii i teologii.
Dzisiaj już żaden naukowiec nie może zaprzeczyć temu, że ludzie nie tylko bezpośrednio wywodzą się od zwierząt, ale tworzą jedną rodzinę Hominidae wraz z innymi wielkimi małpami. Należą do niej: człowiek (Homo sapiens), szympans zwyczajny (Pan troglodytes), szympans karłowaty – bonobo (Pan paniscus), goryl wschodni (Gorilla beringei), goryl zachodni (Gorilla gorilla) oraz 3 gatunki orangutanów: orangutan sumatrzański (Pongo abelii), orangutan borneański (Pongo pygmaeus) i orangutan tapanuli (Pongo tapanuliensis). Wszystkie te gatunki są sobie bliskie nie tylko pod względem genetycznym czy anatomicznym, ale również cechuje je bardzo wysoka inteligencja oraz umiejętność używania i wytwarzania narzędzi, co dziś uchodzi za jedną z najbardziej wyrafinowanych form przejawiania wysokich zdolności kognitywnych.
Czym zatem jest „człowieczeństwo”, skoro do człowiekowatych zalicza się w sumie aż 8 gatunków naczelnych? Czy użycie tego słowa w odniesieniu tylko do Homo sapiens jest uzasadnione? The Great Ape Project – międzynarodowa fundacja założona w 1994 roku przez Petera Singera i Paola Cavalieri dąży do tego, aby nadać wszystkim naczelnym podstawowe prawa, takie jak wolność od niewoli i prawo do życia. Z formalnego punktu widzenia oznaczałoby to przypisanie im cech podmiotu osobowego, czyli publiczne przyznanie, że cywilizacja zachodnia (a także inne kultury, które uznają wyższość ludzi nad innymi bytami) przez setki lat była w błędzie, spychając zwierzęta na najniższy szczebel.
Obecnie mamy coraz więcej badań i obserwacji potwierdzających niezwykłe zdolności reszty naczelnych. Udowodniono, że wszystkie Wielkie Małpy posiadają empatię, altruizm, tworzą i wykorzystują narzędzia, mają skomplikowane życie społeczne, a także, co najistotniejsze, posiadają samoświadomość refleksyjną, czyli są świadome swojej odrębności od reszty świata. Co ciekawe, mimo iż ze względu na ograniczenia anatomiczne żadne z wielkich małp poza człowiekiem nie jest w stanie posługiwać się językiem mówionym, potrafią one skutecznie nauczyć się i komunikować zarówno między sobą, jak i z ludźmi, za pomocą języka migowego. Idealnym przykładem tego była szympansica Washoe, która nauczyła się wykorzystywać ok. 350 znaków Amerykańskiego Języka Migowego (American Sign Language). Nie tylko komunikowała się ze swoimi opiekunami, ale także uczyła inne szympansy wykorzystywać migania w porozumiewaniu się – między innymi nauczyła ponad 50 znaków swojego adoptowanego syna – szympansa Louisa.
Chociaż z wyglądu bardzo różnimy się od szympansów, a ostatniego wspólnego przodka mieliśmy mniej więcej 6-8 milionów lat temu, nasze DNA jest prawie identyczne, bo aż w 98,8% wygląda ono tak samo. Jednak te zaledwie 1,2% może powodować nawet 35 milionów niewielkich różnic, które w połączeniu wpływają na dużą różnorodność.
Jednymi z najistotniejszych różnic między naszymi dwoma gatunkami są u ludzi: dwunożność, obecność kciuków przeciwstawnych, cofnięcie się szczęki oraz dużo większa pojemność mózgoczaszki (u człowieka zajmuje ona ok. 1350 cm3, podczas gdy u szympansa zwyczajnego Pan troglodytes ok. 420 cm3 ). Szympansy są mniejsze, mają długą i wąską miednicę, wydłużone ramiona w stosunku do kończyn dolnych, które ułatwiają poruszanie się po drzewach oraz stopy z długimi palcami i przeciwstawnym paluchem, umożliwiające silne i precyzyjne chwytanie. Szympansy również posiadają masywną żuchwę i wyraźnie wysunięte kły, co na drodze specjacji utracili ludzie.
Warunki, w jakich tysiące czy nawet miliony lat temu znaleźli się pierwsi przedstawiciele homo, wymusiły na nich zmianę cech jak na tamte czasy charakterystycznych. Nasi przodkowie postawili na bieg długodystansowy oraz wykorzystywanie narzędzi. Wielu naukowców zajmujących się ewolucją twierdzi, że wyjątkowo intensywny rozwój mózgu gatunków homo wynika właśnie z tego, iż stanęliśmy na dwóch nogach i zostaliśmy zmuszeni do całkowitej zmiany swojego dotychczasowego trybu życia, co wiązało się z koniecznością poszukiwania nowych rozwiązań – w przypadku ludzi efektem jest duża inteligencja i samoświadomość.
Jednak wszystkie ludzkie cechy nietypowe dla innych wielkich małp wciąż nakładają się na jedynie około 1,2% różnicy naszego DNA od DNA szympansów i bonobo, 1,6-2% od Goryli, a od orangutanów w przybliżeniu 3,1%. Skoro pod względem genetycznym tak niewiele nas dzieli od naszych „kuzynów”, co tak naprawdę czyni z nas „ludzi”?
Kiedy odwołujemy się do naszej „ludzkości”, od razu przywołujemy pojęcia humanizmu i humanitaryzmu. Obydwa te hasła są niczym innym jak postawami intelektualnymi i moralnymi odwołującymi się do poszanowania wolności i godności życia ludzkiego oraz do rozwoju samej moralności. Jednak dzisiaj te pojęcia nie odnoszą się tylko do sposobu traktowania ludzi, ale także innych zwierząt. Istotna jest tutaj moralność, czyli umiejętność decydowania, co jest dobre, a co złe i na tej podstawie podejmowania właściwych lub intencjonalnie nieodpowiednich zachowań dla danej sytuacji. Ludzka moralność składa się z empatii, poczucia odpowiedzialności wynikającego z samoświadomości, rozumienia związku przyczynowo-skutkowego oraz poczucia uczciwości.
Patrząc na strukturę naszego mózgu, odnosi się to zarówno do emocjonalnej wrażliwości układu limbicznego (który odpowiada za regulowanie emocji i podstawowych uczuć takich jak szczęście/ból), jak i zdolności do abstrakcyjnego myślenia kory nowej (odpowiadającej za inteligencję i myślenie). Wydaje się, że jednym z istotniejszych, a jednocześnie niezbędnym ze wszystkich tych elementów jest empatia, czyli zdolność pozwalająca na rozpoznanie własnych i cudzych uczuć oraz doświadczeń – czyli wrażliwość na potrzeby, cierpienie oraz uczuciowość innych istot.
Empatia bezpośrednio powoduje pojawienie się współczucia i poczucia odpowiedzialności. Bez wątpienia jest to przystosowanie do życia w grupie – bez tych zdolności nie bylibyśmy w stanie żyć w tak dużych i skomplikowanych strukturach jak społeczeństwa i państwa. Należy jednak zauważyć, że samo myślenie abstrakcyjne nie robi z nas ludzi. W bardzo dużej mierze naszymi zachowaniami rządzi układ limbiczny, czyli emocjonalność, która jest wspólna dla większości zwierząt kręgowych (ssaków, ptaków, a także płazów, gadów i ryb).
Chociaż od czasów filozofii starożytnej uważano, że najważniejszy jest rozum, tak naprawdę ogromną rolę odgrywają z pozoru proste i przyziemne emocje. Idąc za tym tokiem rozumowania, jeżeli uznać moralność za cechę identyfikującą nas jako ludzi w rozumieniu humanitarnym, nie można jej przyporządkować tylko i wyłącznie do charakterystycznego dla homo sapiens myślenia abstrakcyjnego, gdyż bez „prymitywnej”, zwierzęcej emocjonalności owa moralność nie byłaby w stanie prawidłowo funkcjonować. Z tego można wyciągnąć wniosek, że nasza zwierzęca część determinuje tę ludzką.
Nie należy jednak uważać, że wszystkie inne zwierzęta posiadają tylko emocjonalność. Kora nowa, w mniejszym lub większym stopniu, znajduje się również w mózgach innych kręgowców. Dla przykładu, w mózgu ludzkim kora nowa stanowi ok. 29% całego mózgowia, a u szympansów 17%.
Najnowsze badania wskazują, że jako ludzie powinniśmy zmienić nasze poglądy na temat naszego miejsca w świecie. Bez wątpienia należymy do królestwa zwierząt razem z tysiącami innych gatunków, z którymi dzielimy planetę. I chociaż nikt nie chce zaprzeczać ludzkim osiągnięciom zarówno kulturowym, jak i technicznym – nie tylko my zasługujemy na posiadanie podstawowych praw. Ścieżkę „gatunkowego równouprawnienia” powinniśmy rozpocząć od naszych najbliższych krewnych – Wielkich Małp. Zdecydowały o tym do tej pory 2 sądy. W 2014 roku sąd w Argentynie uznał, że samica orangutana jako „osoba niebędąca człowiekiem” nie może być pozbawiona wolności i przetrzymywana w zoo, a w 2015 roku sąd w USA na podstawie wniosku organizacji Nonhuman Rights Project nadał dwóm szympansom, Leo’nowi i Herculesowi zdolność prawną.
Na początku 2014 roku indyjskie Ministerstwo Środowiska i Lasów (obecnie: Ministerstwo Środowiska, Lasów i Zmiany Klimatu) wydało zarządzenie, w ramach którego delfinom został przyznany prawny status „osoby niebędącej człowiekiem”.
Decyzja ta dotyczyła nie tylko delfinów, lecz waleni w ogóle. To jednak delfiny zostały wyróżnione jako główni beneficjenci, gdyż to ich najwięcej przetrzymywano w oceanariach na terenie Indii. Wzrastająca troska etyczna o stan osobników trzymanych w niewoli była zresztą podstawowym motorem napędowym działań, których efektem był ten bezprecedensowy akt rozszerzenia praw istot niebędących człowiekiem w stopniu wcześniej niespotykanym. Dlaczego to właśnie delfinom przyznano status osób? Jakie może mieć to konsekwencje dla przyszłości relacji międzygatunkowych? W czym tkwi wyjątkowość tego przypadku?
Od kilkunastu lat naukowcy zwracają uwagę na niezwykłą inteligencję, kompetencje emocjonalne i rozbudowane życie społeczne waleni, jako czynników, które powinny wpływać na ich prawny status. Główną kwestią pozostaje niezwykłe podobieństwo w tych sferach między delfinami i ludźmi. Często przywoływana jest wypowiedź prof. Lori Marinoa z Emory University: Patrząc na mózg orki i na mózg człowieka, bardzo trudno byłoby uznać, że mamy głębsze życie emocjonalne od nich.
Podobieństwa gatunkowe między człowiekiem a innymi zwierzętami stanowią współcześnie główny punkt wyjścia w prawodawstwie. Często pozostawały one jednak sprzężone również z kwestią pokrewieństwa. Pierwszymi bowiem istotami innymi od człowieka, którym przyznano status osoby, były człowiekowate (nazwy taksonomiczne w tym wypadku są niezwykle wymowne). Przeważnie były to jednak sytuacje dotyczące pojedynczych osobników. Dopiero w ciągu ostatnich kilkunastu lat obserwujemy wyłanianie się postanowień o skali gatunkowej, praw nadawanych wszystkim przedstawicielom danego gatunku, pokrewnych z prawami posiadanymi przez nasz własny gatunek.
Za prekursora możemy uznać tutaj Nową Zelandię, która przyznała podstawowe prawa człowiekowatym już w 1999 roku. Wróćmy jednak do waleni – istotnym momentem w historii ich praw jest uchwalenie „Deklaracji Praw Waleni: Wielorybów i Delfinów” 22 maja 2010 roku na konferencji poświęconej tej tematyce odbywającej się w Helsinkach. Deklaracja składa się z 10 postanowień:
-
Każdy waleń ma prawo do życia.
-
Żaden waleń nie powinien być przetrzymywany w niewoli, poddawany okrutnym praktykom, czy odławiany ze środowiska naturalnego.
-
Wszystkie walenie mają prawo do wolności i swobody poruszania się w swym naturalnym środowisku.
-
Żaden waleń nie jest własnością państwa, firmy, stowarzyszenia bądź jednostki.
-
Walenie mają prawo do ochrony ich środowiska naturalnego.
-
Nie można ingerować w kulturę waleni.
-
Prawa, swobody i normy określone w tej deklaracji powinny być chronione prawami międzynarodowymi i lokalnymi.
-
Należy zachować porządek, w którym walenie mogą w pełni korzystać z tych praw, swobód i norm.
-
Żadne państwo, firma, stowarzyszenie czy jednostka nie powinny prowadzić działalności, podważającej te prawa, swobody i normy.
-
Treść tej deklaracji nie może przeszkodzić państwu we wprowadzeniu dokładniejszych regulacji mających na celu ochronę praw waleni.
Deklaracja ta stała się wzorem i punktem odniesienia dla wielu prawodawców, powołały się na nią rządy Chile, Kostaryki i Węgier, zakazując trzymania waleni w niewoli. Tym samym łącznie z Indiami stanęły do walki z wykorzystywaniem delfinów w oceanariach i aquaparkach. Czemu przypadek Indii jest wyjątkowy? Prawodawstwo światowe pełne jest przykładów regulacji relacji człowieka ze zwierzętami, jednak w większości z nich chodzi o realizację interesów człowieka. Musimy spojrzeć prawdzie w oczy, często chronimy inne zwierzęta nie z powodu immanentnej wartości ich życia, lecz jej wartości dla nas samych: gatunki ratujemy dla potomnych, zwierząt nie krzywdzimy, o ile są z nami w bliskich emocjonalnych relacjach lub wtedy gdy krzywdzenie zwierząt może się skończyć krzywdzeniem ludzi – o relacjach decyduje przeważnie dana ludzka kultura.
Kiedy już decydujemy się nadać prawa zwierzętom, ustawiamy siebie w roli sprawczych podmiotów, zwierzęta – pasywnych przedmiotów. Wyjście poza ten schemat wymaga znalezienia w nich czegoś podobnego do nas. Kiedy podobieństwa sięgają odpowiednio daleko: budowa zewnętrzna, społeczny tryb życia, inteligencja, emocje, bliskie pokrewieństwo, podobne zachowania, możliwe staje się wytworzenie trwałej więzi emocjonalnej między przedstawicielami obu gatunków, a to pomaga nam pójść o krok dalej z naszymi postulatami prawnymi.
Moment, w którym nadajemy status osobowy waleniom, jest przełomowy z dwóch powodów: po pierwsze, decyzja ta dotyczy naprawdę wielu różnych gatunków (mówiąc o waleniach, mówimy o blisko 80 gatunkach, nawet jeśli chodzi nam wyłącznie o te, które nazywamy delfinami i wielorybami, ich różnorodność i tak jest znacząca), po drugie, obok podobieństw, na które wskazują naukowcy, jest też wiele cech wyraźnie odróżniających nas od delfinów, które jednak akceptujemy, nie uznajemy ich za przeszkodę. Prawne zbliżenie nawet gatunków tak podobnych jak szympans i człowiek jest bardzo trudne, dlatego też deklaracja, w której idzie się o krok dalej, zbliżając prawnie mniej podobnych człowieka i delfina, staje się dokumentem, do którego będzie można się odnosić w podobnych sytuacjach w przyszłości, jednocześnie jest ona dobrą wróżbą i dobrym narzędziem. W tym sensie decyzja, która zapadła w Indiach w 2014 roku, jest zdecydowanie wyjątkowa.
Znaczenie opisanych przeze mnie zdarzeń dla relacji międzygatunkowych, zwłaszcza w ich wymiarze etycznym, jest wielowątkowe. Przyjrzyjmy się zatem najważniejszym elementom. Kluczowy jest zdecydowanie posthumanistyczny zwrot, który dokonuje się na poziomie prawodawstwa, o którym mówimy. Wytworzenie sytuacji, w której interesy delfina mogą być ocenione na równi z interesami człowieka, co więcej – w której interesy człowieka mogą być mniej istotne niż interesy delfina (w chwili wejścia w życie tego typu deklaracji interesy właścicieli delfinariów stają się mniej istotne niż interesy przetrzymywanych w nich osobników) – sprawia, że nie możemy już automatycznie zakładać naszej wyższości nad innymi gatunkami.
Relacja, przynajmniej w niektórych przestrzeniach, przybiera zatem postać relacji dwóch równych sobie uczestników. Niezbędne jest oczywiście ustalenie i poszanowanie interesów obu stron. Rozważania na ten temat prowadzi np. filozof i etyk David DeGrazia. Problem pojawia się wtedy, gdy z uwagi na różnice międzygatunkowe, ustalenie interesów staje się trudne, lub też podatni jesteśmy na pokusę antropomorfizacji partnera. Już delfiny stanowią wyzwanie, ze względu m.in. na wodny tryb życia i odmienną od naszej percepcję. Pewną drogą może być propozycja filozofki Donny Haraway by na początku zwrócić uwagę na samą relację oraz możliwości ciał jej uczestników, dopiero później zastanawiać się nad tym, kim oni są. Brzmi to może dla niektórych niedorzecznie, jednak właśnie takie podejście, w którym najpierw zastanawiamy się, co mogę ja, co możesz ty i co możemy razem, zanim ustalimy, że ja jestem człowiekiem, a ty jesteś delfinem, może uchronić nas przed wtórnym antropocentryzmem. Może zresztą pomóc to również w rozwiązaniu często stawianego problemu relacji międzygatunkowych, w których to ostatecznie człowiek tworzy „klub”, do którego przyjmuje część gatunków, nie zwracając jednak uwagi na relację z pozostałymi.
Wiąże się to z kolejnym pytaniem – czy kodyfikując prawnie regulacje między sobą i delfinem oraz sobą i szympansem, powinienem uregulować również relację między delfinem a szympansem? Nawet jeśli gatunki te nie wchodzą w naturalne interakcje (nie pomaga fakt, że szympansy nie potrafią pływać), to może tak na wszelki wypadek…? A co jeśli przedstawiciel innego gatunku, np. rekin, zaatakuje delfina? Czy traktować to jak sytuację, w której atakowany byłby człowiekiem? Czy wpisywać to może w naturalny porządek? Pytania te mogą się wydawać absurdalne, jednak jeśli w przyszłości pragniemy, z jednej strony otwierać nasz „klub” na kolejne gatunki, z drugiej zaś coraz bardziej zrównywać prawnie wszystkich „członków”, a wydaje się to ostatecznym celem działań, o których tutaj mówimy, będziemy musieli w końcu na nie odpowiedzieć.
Nieunikniona stanie się jakaś forma regulacji relacji zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Są to wyzwania, którym będziemy musieli stawić czoła w przyszłości. Wyzwania, które zaczynają się już w momencie, kiedy ustawiamy pierwszy znak równości między człowiekiem a przedstawicielem innego gatunku. Wyzwania te nie powinny jednak nas zniechęcać, lecz prowokować nowe pomysły, nowe działania i nowe akty prawne, zwłaszcza służące poprawie warunków życia istot czujących. Warto również, by znak równości jak najszybciej przestawał być znakiem podobieństwa, a stawał się znakiem szacunku.
Pięć lat po uznaniu osobowości delfinów przez Indie, kolejne państwa zmieniają swoje podejście do ochrony zwierząt, coraz więcej mówi się o prawach naczelnych, waleni i małp. Kolejnymi logicznymi „członkami klubu” wydają się krukowate, czekamy więc na następny przełomowy krok. Czy inne państwa pójdą za przykładem? Jaka jest przyszłość relacji międzygatunkowych? Czy doczekamy się momentu, w którym „klub” rozszerzy się na wszystkie istoty doznaniowe? Czy uda nam się ustalić takie zasady, wobec których będziemy mogli uniknąć etycznych dylematów dotyczące tych relacji? Na te pytania oraz wiele więcej może uda nam się odpowiedzieć w przyszłości. Teraz warto wiedzieć, że spotykając delfina w Indiach, mamy przed sobą osobę, a znaczenie tego spotkania wychodzi daleko poza zapis na kawałku papieru.
Władze i obywatele miasta Żytawa (Zittau), a także posłowie do Parlamentu Saksońskiego i powiatu Görlitz złożyli oficjalną skargę do Komisji Europejskiej w sprawie polskiej kopalni odkrywkowej Turów. Przedmiotem skargi jest spadek poziomu wód miasta Żytawy w wyniku odpompowywania przez odkrywkę wód gruntowych, a także obawy o dalsze zniszczenia regionu.
O nieprawidłowościach związanych z procesem międzynarodowych konsultacji społecznych od początku informowali również polscy aktywiści z EKO-UNII i Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. Mimo licznych wątpliwości prawnych oraz napiętej sytuacji społecznej i politycznej, minister klimatu zdecydował o przedłużeniu koncesji na wydobycie o kolejne 6 lat.
Mieszkańcy Trójstyku nie poddają się. Od lat mocno odczuwają działalność kopalni, zmuszeni są naprawiać pęknięte ściany swoich domów. Obawiają się utraty stabilności i wartości ich majątku. Przypominają, że ich zastrzeżenia zostały przez stronę polską zignorowane podczas oceny oddziaływania kopalni na środowisko. Nie wiadomo też, kto ma zrekultywować dziurę w ziemi, która pozostanie po wydobyciu.
– Skarga mieszkańców Żytawy oraz członków niemieckich Zielonych dotyczy negatywnego wpływu odkrywki Turów na wody podziemne po niemieckiej stronie granicy – komentuje Kuba Gogolewski, koordynator projektów w Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. – Jednocześnie PGE cały czas zaprzecza, destrukcyjnemu działaniu odkrywki na wody podziemne zarówno po niemieckiej, jak i po czeskiej stronie, bagatelizując zarzuty stawiane przez rząd czeski. O ile PGE oraz kontrolujący spółkę polski rząd nie zmienią swojego nastawienia, trudno będzie uniknąć eskalacji konfliktu. Dojdzie do sporu przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Warto podkreślić, że te problemy są także problemami PZU, które ubezpiecza elektrownie i kopalnie węglowe należące do PGE, w tym Turów.
To nie jedyna taka sprawa w Komisji Europejskiej. We wrześniu ubiegłego roku Republika Czeska złożyła przeciwko Polsce formalną skargę międzypaństwową dotyczącą kopalni odkrywkowej węgla brunatnego w Turowie. W toku oceny skargi KE doszła do wniosku, że eksploatując kopalnię Turów, Polska narusza europejskie dyrektywy. Teraz Czesi mają otwartą drogę, by pozwać Polskę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
– Od początku w całym procesie brakuje otwartości i jasnej komunikacji. Polski rząd uchyla się od odpowiedzialności nie tylko za sektor energetyczny kraju, ale również za mieszkańców regionów węglowych. Region kompleksu Turów nie podlega unijnemu Funduszowi Sprawiedliwej Transformacji. To powoduje poważne konflikty, ale też naraża mieszkańców na utratę środków finansowych” – podkreśla Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.
Mieszkańcy oraz samorządy, mimo prowęglowego stanowiska polskiego rządu, zaczynają jednak coraz mocniej dostrzegać zagrożenia płynące z działalności kopalni i elektrowni. Zwracają też uwagę na szanse, jakie mogą dać środki finansowe płynące z Unii Europejskiej.
– Dziś już widzimy, że mieszkańcy zaczynają interesować się swoją przyszłością oraz tym, co będzie po węglu. Świadomość, że to ostatnie lata kompleksu Turów jest jednak impulsem do działania, do pracy zbiorowej nad strategią transformacji energetycznej i społecznej. Brakuje jednak w tym procesie jasnego stanowiska rządu oraz PGE, które zaoszczędziłby wielu niepotrzebnych napięć – wyjaśnia Gawlik.
W ramach Funduszu Sprawiedliwej Transformacji przyznana została gigantyczna kwota 556 milionów euro dla Dolnego Śląska, reprezentowanego obecnie przez pobliski subregion wałbrzyski, który do dziś boryka się z konsekwencjami braku takich pieniędzy w latach 90. Region zgorzelecki w związku z niejasnym stanowiskiem Polski dotyczącym przyszłości wydobycia i spalania węgla w Turowie oraz napiętą sytuacją międzynarodową jest jak na razie wykluczony ze środków unijnych na transformację.
Fot. Stop Turów