Zagrożenie dla Wisły staje się faktem – Minister Klimatu i Środowiska ogłosił zakończenie postępowania odwoławczego w sprawie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach budowy nowej zapory na dolnej Wiśle w Siarzewie. Koalicja Ratujmy Rzeki wskazuje na absurdalność tej inwestycji.
Po 3 latach od złożenia przez organizacje ekologiczne odwołań od decyzji środowiskowej dla budowy zapory w Siarzewie, wydanej przez Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Bydgoszczy, Minister Klimatu i Środowiska ogłosił zakończenie zbierania dowodów w postępowaniu administracyjnym. I choć minister wielokrotnie przesuwał termin zakończenia postępowania odwoławczego, tłumacząc to „skomplikowanym charakterem sprawy”, teraz dał stronom zaledwie 7 dni na zapoznanie się z dokumentacją.
To kpina z demokracji i praworządności – komentuje Jacek Engel z Fundacji Greenmind. – Nie tylko organizacje społeczne, ale również mieszkańcy doliny Wisły – właściciele domów i gruntów, które zostaną zalane przez zbiornik Siarzewo, muszą udać się osobiście do siedziby ministerstwa, żeby zapoznać się z setkami stron dokumentów.
Wiceminister Infrastruktury Marek Gróbarczyk prawdopodobnie już wie, jaką decyzję podejmie Minister KiŚ, bo ogłosił, że 15 marca rozpocznie procedurę wyłonienia wykonawcy projektu budowlanego.
Koalicja Ratujmy Rzek (KRR) przypomina, że plan budowy Kaskady Dolnej Wisły powstał w okresie międzywojennym. Władysław Gomułka i Edward Gierek go odkurzyli, a teraz rząd usiłuje nadać mu wrażenie innowacyjnego projektu energetyczno-żeglugowego. Budowa nowej zapory w Siarzewie nie tylko jest szkodliwa dla środowiska, ale nie ma też żadnego uzasadnienia ekonomicznego i społecznego. Co więcej, stopień wodny, zbudowany we Włocławku w roku 1970 jako pierwsza inwestycja komunistycznego, megalomańskiego planu, generuje tyle zagrożeń, strat i kosztów, że należy go rozebrać, zamiast planować budowę kolejnych zapór.
Budowa stopnia Włocławek drastycznie zwiększyła częstotliwość powodzi zatorowych w rejonie Płocka. W styczniu 1982 r. spiętrzona zatorem lodowym woda zalała ok. 10 000 ha gruntów, ponad 2 tysiące gospodarstw. Ewakuowano tysiące ludzi. W lutym tego roku byliśmy o krok od podobnego nieszczęścia – przypomina dr inż. Marta Majka Wiśniewska, ekspertka ds. gospodarki wodnej. I dodaje: Znaczenie przeciwpowodziowe stopni na dolnej Wiśle to mit. Obliczenia i wyniki modelowania fal powodziowych udowodniły, że zarówno istniejący zbiornik Wocławek, jak i planowany w Siarzewie nie ochronią przed powodzią, bo mają zbyt małą objętość w stosunku do przepływów Wisły i objętości fali powodziowej.
Jedynym beneficjentem stopnia Włocławek jest właściciel elektrowni wodnej, podobnie będzie w przypadku stopnia w Siarzewie. Zdaniem KRR nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy właściciel elektrowni Energa OZE czerpie z zapory korzyści finansowe, podczas gdy koszty ekonomiczne i społeczne są po stronie polskich podatników i mieszkańców doliny Wisły.
Budowa stopnia Siarzewo spowoduje degradację przyrody doliny Wisły, łamiąc polskie i unijne prawo, bo teren ten jest chroniony siecią obszarów Natura 2000. To inwestycja wbrew polskiej racji stanu, którą jest uwolnienie Wisły i likwidacja zapory we Włocławku oraz porzucenie planów zamiany Wisły w kanał – dodaje dr Jarosław Krogulec z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.
Źródło: Fundacja Greenmind
Fot. Adam Guz / KPRM
„Piątka dla zwierząt” uruchomiła w Polsce pierwszą od dawna dyskusję o stanie ochrony zwierząt. Jak gdyby przy okazji ukazała, jak bardzo mentalnie nie jesteśmy gotowi do zmiany myślenia o naszych podopiecznych. Wciąż bliżej nam do Kartezjusza, niż Singera. Co musi się stać, by proces ten przyspieszyć?
Krajobraz po jesiennej bitwie parlamentarnej wygląda następująco: Prawo i Sprawiedliwość schowało projekt do szuflady, prawdopodobnie z obawy o rozpad koalicji oraz protesty rolników. Opozycja, nie mając tak naprawdę pojęcia o ochronie zwierząt, przejęła po prostu hasła z „piątki” i na nich oparła swoją taktykę, polegającą głównie na domaganiu się od Jarosława Kaczyńskiego kontynuowania prac nad projektem nowelizacji ustawy. Organizacje społeczne, które walczą o dobrostan zwierząt, zachowały się typowo dla ludzi emocjonalnie przywiązanych do tematu: najpierw nieufnie badały teren, następnie rzuciły się z nadzieją, entuzjazmem do promowania projektu, a po jego wycofaniu złapały się brzytwy, to jest obietnicy kolejnego projektu.
Wygrali rolnicy i właściciele ferm futrzarskich, którzy zachowali swoje przywileje, a jednocześnie pokazali smutny obraz polskiego społeczeństwa – że wciąż ludzi myślących o zwierzętach przedmiotowo jest więcej, niż tych, dla których pies, kot czy krowa to istoty żyjące, mające swoje prawa.
Przegrały, jak zwykle, zwierzęta.
Dlaczego tak się dzieje? Jak to możliwe, że pomimo tak ogromnego skoku naukowego wciąż mentalnie tkwimy w XIX-wiecznym przekonaniu, że zwierzęta to de facto maszyny; przedmioty, które co najwyżej służyć nam mogą za obiekt sympatii, ale nie dostrzegamy w nich samoistnej, świadomej istoty o własnych potrzebach, celach i marzeniach?
Medycyna weterynaryjna ze sztuki polegającej w głównej mierze na podawaniu ziół królewskim koniom doszła do momentu, w którym wysoko wyspecjalizowani lekarze przeszczepiają organy, wszczepiają implanty, wykonują inne, tak podobne do medycyny ludzkiej operacje. Już nie tylko lokalny weterynarz ocenia stan ukochanego psa – normą stają się wizyty u kardiologów, ortopedów, czy neurologów.
Targowanie życiem w XXI wieku
Coraz więcej wiemy o umysłach zwierząt. W żaden sposób nie da się już obronić teorii etycznych odwołujących się do prymatu człowieka nad zwierzęciem ze względu na posiadanie duszy. Wiemy (nie – domyślamy się), że zwierzęta czują, myślą, śnią, słowem – robią to, co my. Być może w ograniczonym zakresie, pewnie inaczej i co pewne – w innym, nieznanym nam języku. Ale czy nie oznacza to, że to my, ludzie, jesteśmy ułomni? W końcu pies jest w stanie zrozumieć nasze polecenia, słucha, wchodzi z nami w dialog. To my mamy problem z odczytaniem jego emocji i słów.
A pomimo wszystkich powyższych argumentów, faktów, wciąż nie mamy problemu z mordowaniem miliardów zwierząt na świecie, a wielu milionów w Polsce – co roku. Bijemy i głodzimy psy i koty, w ubojniach podrzynamy gardła i gazujemy, utrzymujemy ptaki w tłoku i chorobie po to, by zjeść jajecznicę albo kebaba. Strzelamy do pięknych, niewinnych zwierząt dla rozrywki.
„Piątka dla zwierząt” pokazała naszą ludzką hipokryzję jak w soczewce – i to po wszystkich stronach barykady. Debata nad projektem ustawy wyglądała jak targ niewolników – usiedli Władcy i kupczyli. Zakaz hodowli na futra? Pierwsi krzyczą – nie! Bo my tu zarabiamy. Inni – OK! Ale bez przesady z tym zamykaniem tak prędko, nie można się spieszyć. A najlepiej, gdyby wyłączyć króliki, bo ciężko ustalić, ile ich jest, nie utrudniajmy. Wolność psów wyceniono na 5 metrów albo 10m2, a debata nie toczyła się bynajmniej nad tym, czy pies w ogóle powinien znajdować się na łańcuchu, czy też nie, a właśnie nad przestrzenią jego więzienia.
To wszystko przy górnolotnych oświadczeniach o „miłości do braci mniejszych” oraz dbania o ich los. Jak gdyby w ogóle nie rozumiano sensu zdania, że „zwierzę to istota żyjąca, odczuwająca cierpienie”.
Słowa, które znaczą
W tych sześciu słowach kryje się klucz do zmiany paradygmatu myślenia o zwierzętach w Polsce. Olga Tokarczuk w swoich dziełach wspomina o cesze wykraczającej poza empatię – o wglądzie. By zrozumieć i wiedzieć, jak zapewnić zwierzętom stan optymalny dla nich samych, nie wolno zaczynać, a potem toczyć dyskusji myśląc po „człowieczemu”.
Relację zwierzę-człowiek można wyobrazić sobie jako suwak. Przesunięcie go w stronę zwierząt, oznacza ograniczenie dla ludzi i na odwrót. Sztuką jest znalezienie tzw. „złotego środka”, gdzie interesy jednych i drugich są wyważone i obie obiektywnie posiadają wystarczający komfort. Dziś problem polega na tym, że w wyobraźni większości ludzi suwak znajduje się pośrodku. A tak z pewnością nie jest, bowiem o ile pewne negocjacje co do pomniejszych praw i obowiązków są możliwe, o tyle kwestie podstawowe, jak życie, zdrowie oraz warunki bytowania to kwestie zero-jedynkowe. Nie da się „trochę żyć”.
Dlaczego tego nie rozumiemy? Właśnie ze względu na brak empatii, czy szerzej wglądu. O ile osoby LGBTQ+, czy czarnoskórzy niewolnicy mogli sami wyrażać swoje emocje, potrzeby, racje i żądania, to zwierzęta takiej możliwości nie posiadają. Nie są w stanie zorganizować protestu pod Sejmem, napisać obraźliwych haseł na transparentach, rzucić ludzkiego truchła na środek ulicy, nie podpalą opon i nie odmówią wykonywania obowiązków.
Ludzie muszą się samoograniczyć, zatrzymać, zastanowić, uruchomić te wyjątkowe, ponadinstynktowne układy w mózgu.
Dobrze obrazuje to dyskusja dotycząca Rzecznika Ochrony Zwierząt oraz zakresu kompetensji organizacji społecznych interweniujących w przypadku znęcania się nad zwierzętami. Dla większości ludzi prawo do nienaruszalności mieszkania jest ważniejsza, niż prawo zwierzęcia do przeżycia. Powołanie urzędu, którego zadaniem byłoby chronienie interesu zwierząt jest nie do pomyślenia, bo zakłada, że zwierzęta w ogóle jakieś interesy posiadają!
Podobnie sama ustawa o ochronie zwierząt w artykule dotyczącym możliwości uśmiercania zwierząt wskazuje, jaka nie miłość, a egoizm kierował ustawodawcą. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że o ile domowego przyjaciela rodziny możemy uśmiercić wyłącznie u weterynarza przeprowadzając profesjonalny zabieg, to już sarnę w lesie możemy napchać kulami dla lepszego samopoczucia?
Tylko nasze własne samoograniczenie ma szansę zmienić los zwierząt w praktyce. Bo ostatecznie to w parlamencie kilkuset wybrańców Narodu decyduje o wszystkich kwestiach naszego i zwierzęcego życia.
Zatem należałoby głosować na partie, które prezentują program dający nadzieję na realizację powyższych rozważań. Posiadający postulaty sugerujące „zwierzęco-centryczne” myślenie. Ale nie robimy tego, ponieważ odsuwając od siebie wyzwanie wglądu nawet w los naszych osobistych podopiecznych, wybieramy partię ze względu na program dotyczący przede wszystkim nas samych.
500 PLN dodatku dla dziecka lub 100 PLN kosztów miesięcznie na obowiązkowe ubezpieczenie psa. Taki to dylemat.
Nie złością, a czułością i rozumem zło zwalczaj
Empatia lub wręcz Tokarczukowski „wgląd”. Na tym powinny się skupić organizacje społeczne, to jest zadanie dla systemu edukacji, dla dziennikarzy, ludzi dobrej woli. Jeśli zrozumiemy wielkość, prawdziwość i ciężar moralny zdania „zwierzę to istota żyjąca, odczuwająca cierpienie” (możemy już dodać do tego „myśląca”), wtedy dyskusja o zakresie ograniczenia hodowli, myślistwa czy łańcucha staną się proste i oczywiste.
Zatem nie twórzmy petycji do zobojętniałych władz, dotyczących pojedynczych zmian w prawie, przestańmy tracić energię na lobbowanie wśród osób, które nie mają za grosz empatii w sercu.
Piszmy książki o zwierzętach. Róbmy promocje ich umiejętności, wartości, niezwykłej natury. Promujmy empatię i wgląd w atykułach i wywiadach. Uczmy nasze dzieci. Wywierajmy presję ekonomiczną i społeczną na firmy, które empatii uczą się od nas. Głosujmy na ludzi, którzy reprezentują zwierzęta.
Szerzmy czułość.
Czy jesteśmy w stanie to zrobić?
W lutym br. Fundacja Konsumentów i Instytut Spraw Obywatelskich zaprezentowali raport dotyczący jakości kasz gryczanych dostępnych w polskich sklepach. W publikacji pt. „Konsumenci testują: Kasza gryczana – czy zawiera glifosat” wykazano, że w jednej z przebadanych kasz, marki Sonko, przekroczono najwyższy dopuszczalny poziom (NDP) glifosatu.
Glifosat to główny składnik Roundupu – kontrowersyjnego środka chwastobójczego, szkodliwego dla ludzkiego zdrowia. Swoją złą sławę glifosat zawdzięcza efektywności z jaką niszczy wszystkie żywe organizmy. Stosuje się go zarówno w rolnictwie (m.in. do dosuszania zbóż), przestrzeniach miejskich, jak i w prywatnych ogródkach.
Najnowszy raport zawiera wyniki badań tych samych 10 kasz gryczanych, które były przedmiotem analiz kilkanaście miesięcy temu (raporty dostępne są bezpłatnie na stronie testy.konsumenci.org). Wśród przebadanych kasz znalazły się produkty następujących marek: Ekowital, NaturAvena, Auchan, Carrefour, Kupiec, Melvit, Janex, Cenos, Kuchnia Lidla i Sonko. Wybrane do badania produkty zakupiono tzw. metodą „konsumencką” – losowo z półek sklepowych lub sklepu internetowego. Próbki zostały zabezpieczone, wysłane do laboratorium, a następnie przebadane przez specjalistów z Zakładu Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach.
– Chcielibyśmy podkreślić, że publikowane przez Fundację Konsumentów raporty konsumenckie mają na celu poprawę jakości i bezpieczeństwa żywności w Polsce. Choć firma Sonko zarzuciła nam, że badania, które przeprowadziliśmy są obarczone współczynnikiem niepewności, co „uniemożliwia formułowanie jakichkolwiek kategorycznych twierdzeń na temat ewentualnej zawartości substancji szkodliwych w produkcie”, jesteśmy pewni, że glifosat niestety jest obecny w przebadanej kaszy gryczanej tej firmy.
Dysponujemy sprawozdaniem z badania kaszy gryczanej Sonko, w którym wynik zawartości glifosatu znajduje się na poziomie wskazanym w przedstawionym raporcie, czyli 0,27 mg/kg. W związku z tym, nawet przy niepewności rozszerzonej do poziomu 50%, norma (0,1 mg/kg.) w badanej kaszy została bezwzględnie przekroczona. Co więcej, laboratorium w którym wykonano badania posiada odpowiednią akredytację oraz ma status laboratorium urzędowego, które współpracuje z PIORiN, GIS oraz laboratorium WSSE w Warszawie , więc nie ma tutaj mowy o błędzie – mówi Paweł Rokicki, prezes Fundacji Konsumentów.
Autorzy raportu powiadomili w dn. 20 stycznia br. firmę Sonko o wykryciu w jej kaszach glifosatu przekraczającego najwyższy dopuszczalny poziom. Firma odpowiedziała na to zawiadomienie dopiero w dn. 26 lutego, 3 dni po publikacji raportu z wynikami badań.
Celem raportu pt. „Konsumenci testują: Kasza gryczana – czy zawiera glifosat” i innych raportów Fundacji Konsumentów oraz Instytutu Spraw Obywatelskich jest danie Polakom dostępu do niezależnej informacji konsumenckiej, nieopłacanej przez reklamodawców, rzetelnej i wiarygodnej. Pokazanie które produkty są „czyste” od szkodliwych substancji, a na które trzeba uważać. Pocieszające jest to, że w porównaniu z sytuacją z 2019 r., podniosła się̨ jakość́ kasz od pięciu producentów. „Czysty” wynik miały również produkty ekologiczne, a także dwóch marek własnych dużych sieci handlowych, których próbki nie zawierały glifosatu w obu edycjach badania. Oznacza to, że monitoring konsumencki ma sens!
Źródło: Fundacja Konsumentów
Fundacja Białoruski Dom w Warszawie uprzejmie informuje o rozpoczęciu zbiórki podpisów pod petycją na rzecz uwolnienia dwóch dziennikarek telewizji Biełsat – Kaciaryny Andrejewej (Bachwaławej) i Darii Czulcowej. Petycja do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen oraz przywódców Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanady ma na celu zachęcenie do wykorzystania wszystkich dostępnych środków w celu uwolnienia obu dziennikarek Biełsatu, jak również przestrzegania zasad prawa i przyspieszenia rozwiązania kryzysu politycznego na Białorusi.
Kacia i Dasza zostały skazane na dwa lata więzienia w procesie o „organizację zamieszek” w Mińsku, po śmierci zakatowanego przez funkcjonariuszy łukaszenkowskiego reżimu Ramana Bandarenki. Dwie młode dziennikarki jedynego niezależnego białoruskojęzycznego kanału telewizyjnego relacjonowały na żywo wydarzenia upamiętniające tę kolejną już ofiarę protestów, z podwórka, z którego został on porwany. Sprawa to pokazowy wyrok, mający na celu zastraszenie dziennikarzy i, co za tym idzie, odcięcie całego narodu białoruskiego oraz społeczności międzynarodowej od informacji o tym, co się dzieje w kraju od ponad ćwierć wieku rządzonym przez Łukaszenkę.
Serdecznie zapraszamy wszystkich do okazania solidarności i wsparcia dla Kaci i Daszy poprzez podpisanie petycji i promocji petycji tak, aby dotarła ona do jak najszerszego grona odbiorców. Gorąco zachęcamy do udostępnienia linku petycji w języku polskim, białoruskim albo angielskim https://www.change.org/uwolnić-kacię-i-daszę oraz udostępniania zdjęć i postów z hashtagami #UwolnicKacieiDasze #ReleaseKatsiaAndDasha
W sprawię Kacii i Daszy powstała także uchwała Sejmu RP ws. pozbawienia wolności dziennikarek Biełsat TV oraz pogarszającej się sytuacji białoruskich mediów i dziennikarzy, która została przyjęta jednogłośnie.
Źródło: Białoruski Dom w Warszawie
Co wspólnego mają domy jednorodzinne z zieloną polityką budownictwa jednorodzinnego?
W ostatnim czasie w całych Niemczech rozgorzała dyskusja o tym, że politycy niemieckich Zielonych – Die Grünen chcą zakazać budowy domów jednorodzinnych.
Zieloni nie chcą zakazać swoich własnych czterech ścian
Gwałtowne reakcje przeszły przez cały kraj i wstrząsnęły sceną polityczną. Mimo że Anton Hofreiter – przewodniczący grupy parlamentarnej Bündnis 90/Die Grünen nigdy nie powiedział o zakazie budowy domów jednorodzinnych, a wprost zapewnił, że „Zieloni nie chcą zakazać swoich własnych czterech ścian”, to jednak wielu ludzi zastanawia się, co przyniosłaby taka regulacja? Skąd ta wyjątkowo ostra reakcja i ogólnoniemiecka dyskusja na temat budowania domów jednorodzinnych w ogóle?
Dla przedstawicieli frakcji parlamentarnej CDU/CSU jednorodzinny dom posiada status „świętej krowy” porównywalny do ograniczenia prędkości na niemieckich autostradach.
W wywiadzie opublikowanym 12 lutego 2021 w niemieckim serwisie spiegel.de Hofreiter rozmawiał o tym, czy niemieccy Zieloni rzeczywiście chcieliby zakazać budowy domów jednorodzinnych. Rozmowę sprowokowała decyzja polityków komunalnych SPD i Zielonych/Die Grünen w jednej z dzielnic Hamburga, Hamburg-Nord, o niewydawaniu już więcej pozwoleń na zabudowę jednorodzinną. Politycy komunalni niemieckiej SPD i Zielonych w Hamburgu-Nord zdecydowali bowiem, że zamiast domów jednorodzinnych w tej dzielnicy budownictwo mieszkaniowe będzie się skupiać przede wszystkim na zabudowywaniu istniejących luk i dodawaniu kondygnacji, ponieważ budownictwo jednorodzinne zajmuje zbyt wiele miejsca. W nowych planach zagospodarowania przestrzennego nie będzie w związku z tym już miejsca na domy jednorodzinne.
Oczywiście nie jest też tak, że domów jednorodzinnych nie będzie można już tam budować wcale, ani że Zieloni są całkowicie przeciwni zabudowie jednorodzinnej. Można je budować tam, gdzie miejscowy plan zagospodarowania pozwala na taką zabudowę. Na nowych terenach już nie, ponieważ – jak mówił Hofreiter – „W Hamburgu również brakuje mieszkań. Aby stworzyć przystępną cenowo przestrzeń życiową dla wszystkich, ta niewielka dostępna przestrzeń musi być wykorzystana w jak najlepszy możliwy sposób. To centralna kwestia społeczna, zwłaszcza w naszych dużych miastach. Ile domów jednorodzinnych znajduje się w dzielnicy Berlin-Mitte? Prawie żadnych.”
Hofreitera interesują rozwiązania, które działają, kiedy przestrzeni miejskiej nie można powiększyć. Twierdzi, że lokalni politycy chcą mieć pewność, że normalni ludzie o przeciętnych dochodach również będą mieli możliwość w przyszłości pozwolić sobie na mieszkanie. A „domy jednorodzinne wykorzystują dużo miejsca, dużo materiałów budowlanych, dużo energii, powodują rozrastanie się miast, a tym samym jeszcze większy ruch. Żyjemy w czasach kryzysu klimatycznego i wymierania gatunków. ” A jednocześnie ofiarą tego rozrostu osiedli domów jednorodzinnych według niego padają żyzne gleby rolne.
Problemem jest również to, że z jednej strony w miastach brakuje mieszkań, a z drugiej – wsie popadają w ruinę, ponieważ prawie dwa miliony mieszkań stoi tam pustych. Zielony polityk jest zdania, że rola domów jednorodzinnych w przyszłości „będzie się różnić w zależności od regionu i miejsca. Trzeba dać gminom możliwość podejmowania decyzji.”
Już samo to zdanie wystarczyło, żeby wzniecić ogień oburzenia. Przewodniczący CDU w Turyngii Christian Hirte grzmiał o „Zielonej Partii Zakazów z negatywnym wizerunkiem domu jednorodzinnego.” Wtórował mu Daniel Föst, rzecznik FDP ds. Polityki budowlanej i mieszkaniowej, mówiąc, że „Zieloni chcą zrujnować marzenia ludzi o posiadaniu domu.”
W podobnym tonie wypowiedział się Kai Warnecke – prezes stowarzyszenia właścicieli Haus & Grund, który uważa, że Zielonym chodzi jedynie o ideologię i o to, żeby „wszyscy obywatele żyli tak samo”, oraz Felix Pakleppa, Dyrektor Generalny Centralnego Związku Niemieckiego Przemysłu Budowlanego (ZDB), mówiący, że „ideologicznie kształtowana polityka zakazu to zupełnie zła droga.”
Anton Hofreiter w wywiadzie dla spiegel.de nie szczędził krytyki modelu domu jednorodzinnego, ale tak naprawdę nie to jest przyczyną wybuchu obecnego sporu. Słowa polityka były tylko zapalnikiem dyskusji, ponieważ Niemcy, których miasta energicznie się rozrastają, potrzebują coraz więcej mieszkań i w związku z tym – równie pilnie prawdziwej debaty nad przyszłością zabudowy jednorodzinnej.
Hofreiter zauważa również, że postulaty Fridays for Future co do zmniejszania powierzchni mieszkalnej na na osobę, żeby nie przekroczyć wzrostu temperatury o 1,5 stopnia, mogą być trudne politycznie do przeprowadzenia: „Zadaniem polityki jest zapewnienie w 100% odnawialnych źródeł energii i budynków neutralnych dla klimatu. Polityka musi wyznaczać ramy – ale każdy sam decyduje, jak żyje lub jakim samochodem jeździ.”
Dla Hofreitera idealne zielone miasta i wsie to takie z żyjącym centrum i krótkimi drogami. Z rozbudowaną komunikacją miejską czy podmiejską, drogami rowerowymi i ścieżkami dla pieszych. Jest zdania, że ponieważ obecnie jest zdecydowanie łatwiej wyznaczyć nowe tereny zabudowy na obrzeżach, niż w centrum, nawet jeśli jest tam dużo pustej przestrzeni, ważne jest, aby gminy mogły temu przeciwdziałać.
Co zrobić w takim razie, jeśli ktoś mimo wszystko chce mieć własny dom jednorodzinny? „Zwiększyć atrakcyjność starych domów” – twierdzi przewodniczący. “Można to zrobić przez większe dotacje dla gmin, ponieważ wielu ludzi nie stać na kosztowne remonty starych domów, które często są objęte ochroną zabytków.”
Zapytany o to, jak Zieloni chcą pozyskać wyborców CDU, mówiąc jednocześnie o zakazie posiadania domów jednorodzinnych, ogrzewaniu olejem czy wywłaszczeniach, odpowiada:”Tkwimy w kryzysie klimatycznym. Nic nie może pozostać takie, jakie było. Naszym zadaniem jest realistyczne pokazanie sprawiedliwych społecznie sposobów wyjścia z kryzysu klimatycznego. Ignorowanie rzeczywistości nie będzie już działać dla żadnej ze stron.” Zdaniem Hofreitera jednym z największych obecnie problemów społecznych jest z jednej strony ogólny brak mieszkań w miastach, a z drugiej – sporo wolnego miejsca w wielu centrach. To temat do poważnych rozważań. „W przeciwnym razie” – uważa – „jako społeczeństwo nie mamy szans na opanowanie problemów.”
Wypowiedzi przewodniczącego grupy parlamentarnej Bündnis 90/Die Grünen spotkały się nie tylko z krytyką. Podobnego zdania jest również Franz Pesch – wieloletni profesor urbanistyki i projektowania na Uniwersytecie w Stuttgarcie oraz dyrektor Instytutu Rozwoju Miast, dla którego to, że poszczególne społeczności lub dzielnice, w których występuje skrajny niedobór mieszkań – na przykład Hamburg-Nord – robią wszystko co w ich mocy, aby zaradzić tej sytuacji, jest absolutnie zrozumiałe. Tylko jak pogodzić marzenia wielu ludzi o domu jednorodzinnym z ogrodem z wszystkimi jego ekologicznymi konsekwencjami?
Prof. Pesch, tak jak Hofreiter, widzi potrzebę zmiany kulturowej: „Na poziomie globalnym jest to oczywiście wkład w walkę ze zmianami klimatycznymi, ale lepszy rozwój infrastruktury może również wynikać z większej gęstości zaludnienia.” Zauważa również, że działania polityczne na rzecz bardziej przyjaznego dla środowiska budownictwa nie zostały jeszcze w pełni wyczerpane.
Na krytykę odpowiedział rzecznik partii Zielonych, odrzucając zarzuty i podkreślając, że wspierają nabywanie nieruchomości mieszkalnych, opowiadają się za niskimi czynszami, a także promują renowacje i budownictwo ekologiczne oraz że celem Zielonych jest to, żeby ludzie z szerokiego spektrum społecznego, w miastach i na wsiach, mogli znaleźć dobre mieszkania, i to w przystępnej cenie. „Dla wielu ludzi ważne są własne cztery ściany – dotyczy to także domu jednorodzinnego. Tak będzie również w przyszłości – domy w zabudowie szeregowej, domy wielorodzinne i domy czynszowe” powiedział niemieckiej Agencji Prasowej.
Również przewodniczący Zielonych Robert Habeck podkreślał na konferencji prasowej, że Zieloni nie są za zakazem budowania domów jednorodzinnych, a wprost przeciwnie: „Chcemy ułatwić prywatnym właścicielom zakup nieruchomości”. Habeck życzyłby sobie również, „aby ta debata była zróżnicowana”. Zieloni domagają się obniżenia podatku od przeniesienia własności, chcą ograniczyć opłaty maklerskie i wprowadzić rejestr nieruchomości. Chcą też zatrzymać trend ostatnich lat, w którym ceny domów jednorodzinnych w miastach podwoiły się i zapewnić tańsze grunty budowlane.
Stanowisko Zielonych poparł współprzewodniczący niemieckiej Lewicy Bernd Riexinger, mówiąc redakcji “Redaktionsnetzwerk Deutschland”, że „trzeba redukować zużycie gruntów ze względów społecznych i ze względu na ochronę klimatu” i „dlatego nie możemy dalej budować domów rodzinnych tak jak dotychczas.(…) Zamiast tego działki muszą być tak zabudowywane, żeby powstawało więcej mieszkań, przede wszystkim mieszkań tańszych.”
Anton Hofreiter, przestrzegając przed ekologicznymi skutkami jednorodzinnej zabudowy, wywołał tak intensywne dyskusje w całych Niemczech, że redakcja tygodnika “Die Zeit” postanowiła zapytać o zdanie swoich czytelników. W ciągu zaledwie kilku godzin dostali ponad tysiąc odpowiedzi. Od zdania, że nie chcieliby rezygnować z chęci posiadania domu jednorodzinnego ze względów ekologicznych, a polityka ochrony środowiska powinna być prowadzona w inny efektywny sposób, do wręcz przeciwnych, oburzonych zabetonowywaniem kolejnych obszarów. Wielu jest pod wrażeniem sugestii Hofreitera i pyta, czy naprawdę chcemy i musimy niszczyć kolejne tereny pod zabudowę jednorodzinną i rezygnować z ziemi uprawnej?
Są i tacy, którzy piszą, że rzadko albo nigdy nie zgadzają się z Zielonymi, ale w tym przypadku przyznają im całkowicie rację, nawet jak to się komuś nie podoba. Jeden z głosów zwraca uwagę, że taka krytyka domów jednorodzinnych może i jest niepopularna, ale co jest w niej złego? I zwraca uwagę na to, że Zielonym, którym wcześniej zarzucano, że chcą zlikwidować konsumpcję mięsa, teraz zarzuca się chęć zakazania marzeń o własnym domu jednorodzinnym. Dojrzali i odpowiedzialni obywatele nie doszukiwaliby się zakazów tam, gdzie ich nie ma, a raczej dostają impuls do myślenia, i to w świecie, w którym nasze niepohamowane i nieskrępowane spełnianie własnych marzeń może zniszczyć naszą podstawę życia – twierdzi czytelnik.
Ktoś inny pisze, że niewydawanie zezwoleń na zabudowę jednorodzinną na nowych obszarach to nie tylko pomysł Zielonych, ale przede wszystkim głos rozsądku. O wiele ważniejsze jest zlikwidowanie spekulacji czynszami, stworzenie miast bardziej przyjaznych dla życia i dla dzieci, odnawianie opuszczonych domów i mieszkań wymagających remontu w mieście i na wsi. Jeśli nowa przestrzeń życiowa stanie się również przystępna cenowo, problem mieszkań może się rozwiązać bez dalszego zagrabiania przyrody.
Fakty w sprawie:
- Hofreiter został zapytany w wywiadzie dla spiegel.de o decyzję urzędu dzielnicy Hamburga, która nie uwzględniła w planach zabudowy domów jednorodzinnych.
- Lider grupy uzasadnił ten ruch „dramatycznym brakiem mieszkań” w okolicy. Dzielnica postanowiła stworzyć przestrzeń życiową dla wielu, a nie dla kilku.
- Hofreiter powiedział również: „Oczywiście Zieloni nie chcą zakazać swoich własnych czterech ścian”.
Zieloni w Niemczech a domy jednorodzinne:
- https://www.spiegel.de/politik/deutschland/anton-hofreiter-ich-finde-es-richtig-dass-die-gemeinde-enteignen-darf-a-00000000-0002-0001-0000-000175304168?fbclid=IwAR3TvSsMLHYEvQonQfi8U96ZQDULW7TGEr_Cw7-ux6PqQm-syUiDxJHT9Vw
- https://www.focus.de/politik/deutschland/gestoertes-verhaeltnis-zur-lebensrealitaet-klimaproblem-einfamilienhaus-weiter-geht-es-richtung-gruene-verbotspartei_id_12977367.html
- https://www.focus.de/politik/deutschland/nach-streit-um-hofreiter-aeusserungen-gruenen-peitsche-oder-echte-loesung-was-verbot-des-einfamilienhauses-bringen-wuerde_id_12983044.html
- https://www.tagesspiegel.de/politik/nach-hofreiter-aussage-so-gefaehrlich-kann-die-einfamilienhaus-debatte-fuer-die-gruenen-werden/26918072.html
- https://www.welt.de/politik/deutschland/article226347177/Hofreiter-Interview-Einfamilienhaeuser-Verbot-Gruene-nennen-Behauptungen-falsch.html
- https://www.spiegel.de/politik/deutschland/einfamilienhaeuser-linken-chef-bernd-riexinger-unterstuetzt-anton-hofreiter-a-4b05a497-316a-4e1f-ad0e-9ca6188d3ce6
- https://www.zeit.de/politik/2021-02/einfamilienhaeuser-anton-hofreiter-die-gruenen-neubau-klima-umwelt?fbclid=IwAR1jsXFaKSW0F07QqndAfJj5hJEH4DF9oj5lvZGFYZ71uK9TMzuXwIklwgM&page=39#comments
Koalicja Ratujmy Rzeki domaga się likwidacji stopnia wodnego na Wiśle we Włocławku. To jedyny sposób, aby pozbyć się zagrożenia zimowymi powodziami zatorowymi w rejonie Płocka. Zdaniem KRR nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy operator elektrowni wodnej czerpie korzyści z istnienia zapory, podczas gdy koszty ekonomiczne i społeczne są po stronie polskich podatników i mieszkańców doliny Wisły.
Mieszkańcy i służby ratunkowe zmagają się z kolejną powodzią zatorową w rejonie Płocka. Tymczasem Wody Polskie ignorują bezpieczeństwo powodziowe Polek i Polaków, nie przyznając, że główną przyczyną powstawania zatorów lodowych na tym odcinku Wisły jest stopień we Włocławku. Co gorsza, planują budowę dalszych stopni na dolnej Wiśle, co może generować takie zagrożenie na kolejnych obszarach.
Po zbudowaniu stopnia Włocławek częstotliwość powodzi zatorowych w rejonie Płocka wzrosła wielokrotnie, co udowodnił zmarły niedawno znakomity glacjolog badający zjawiska lodowe na Zbiorniku Włocławskim, prof. Marek Grześ. To jest obecnie najbardziej zatorogenny odcinek dolnej Wisły, a powodem jest spowolnienie nurtu w zbiorniku i osadzanie się kry oraz śryżu, co w konsekwencji powoduje powstanie zatorów. Tak się stało w 1982 roku, kiedy wody Wisły spiętrzone zatorem w rejonie Duninowa – Skoków przerwały zapory boczne na lewym brzegu i zalały dziesięć tysięcy hektarów gruntów i ponad dwa tysiące gospodarstw.
Fakt zatrzymywania przez zbiornik Włocławski około 90% rumowiska wleczonego, szczególnie grubszych frakcji sprawia, że w okolicy Płocka odkłada się średnio i gruboziarnisty piasek. Stąd szeroko rozlana i płytka Wisła, spowolniony nurt i zjawiska lodowe nieodłącznie związane z każdym okresem mrozowym. W konsekwencji tego mamy do czynienia ze znacznie częstszymi zatorami lodowymi, a w ich następstwie z większym zagrożeniem powodziowym, które nasiliło się przez wybudowanie tamy we Włocławku.
„Tegoroczny i wcześniejsze przypadki pokazują, że zimowe powodzie zatorowe to realne zagrożenie dla mieszkańców doliny dolnej Wisły, więc powinny być zdiagnozowane w aktualizacji planu zarządzania ryzykiem powodziowym w dorzeczu Wisły” – twierdzi dr inż. Marta Majka Wiśniewska, ekspertka Fundacji Greenmind ds. gospodarki wodnej. „Jako remedium na to zagrożenie należy rozpatrzyć likwidację stopnia i zbiornika Włocławek, bo tylko tak można zlikwidować zatory lodowe na tym odcinku Wisły. Należy też porzucić plany budowy kolejnych stopni na dolnej Wiśle, których realizacja spowoduje, że więcej ludzi żyć będzie w zagrożeniu” – dodaje Marta Wiśniewska.
Piotr Nieznański z WWF Polska mówi wprost: „Jedynym sposobem realnej redukcji zagrożenia powodziami zatorowymi jest docelowo wyłączenie stopnia z eksploatacji i stopniowa likwidacja piętrzenia z zachowaniem funkcji przeprawy mostowej. Zanim to nastąpi należy zmodernizować dolne stanowisko stopnia i wdrożyć procedurę tzw. „karmienia rzeki”. Koncepcja tych rozwiązań opracowana przez multidyscyplinarny zespół polskich ekspertów czeka na wdrożenie ponad 20 lat”.
Za budowę dwóch najnowszych lodołamaczy obywatele zapłacili solidarnie 37 mln zł. Za wcześniejszą modernizację stopnia i zbiornika – ponad 100 mln. Stopień Włocławek to klasyczny przypadek niesprawiedliwości społecznej przy okazji budowy i eksploatacji zapór. Korzyści z piętrzenia czerpie operator elektrowni, natomiast znaczną część kosztów utrzymania obiektów ponoszą podatnicy, a cierpią zalewani powodziami mieszkańcy. Najwyższy czas to zmienić!
„Zanim rozbierzemy stopień i zlikwidujemy zbiornik, Wody Polskie powinny wdrożyć zasadę „korzystający płaci” i obciążyć spółkę Energa OZE wszystkimi kosztami utrzymania stopnia i zbiornika” – uważa Jacek Engel z Fundacji Greenmind i Koalicji Ratujmy Rzeki.
Źródło: WWF Polska
Rosyjskie służby potwierdziły pierwsze przypadki zakażenia człowieka nowym wirusem ptasiej grypy A(H5N8). To kolejny przykład na to, jakim zagrożeniem dla zdrowia publicznego są fermy przemysłowe. Muszą odejść do historii – podkreśla Greenpeace.
Wirusem zaraziło się siedmiu pracowników kurzej fermy na południu Rosji. Według oficjalnych informacji, na razie nie zanotowano przypadków zarażenia się nawzajem przez ludzi, ale jak zaznaczyła rosyjska urzędniczka “czas pokaże, na ile szybko kolejne mutacje będą w stanie pokonać i tę barierę”. Rosyjskie władze poinformowały już WHO.
– To kolejny dowód na to, jakim zagrożeniem dla zdrowia publicznego są fermy przemysłowe. Niedawno Dania przeszła poważny kryzys z powodu zakażenia ludzi zmutowaną wersją koronawirusa na fermach norek. Krótko potem covid pojawił się też na polskiej fermie. Obserwujemy scenariusz, przed którym od lat ostrzegali nas naukowcy. Fermy przemysłowe to tykająca bomba, która powinna jak najszybciej przejść do historii – mówi Dominika Sokołowska z Greenpeace Polska.
Przypadek zakażenia koronawirusem wśród norek na polskiej fermie oraz w kilku innych krajach czy ostatnie doniesienia o zakażeniu człowieka nowym wirusem ptasiej grypy w Rosji to nie są jednostkowe zagrożenia, ale część ogromnego problemu, jaki fermy przemysłowe stanowią dla naszego zdrowia. Rośnie liczba nowych chorób zakaźnych, pochodzących od zwierząt. W ostatnich latach były to m.in. ptasia grypa, SARS, Covid-19 czy MERS. Naukowcy alarmują, że przemysłowa hodowla, nawet jeśli nie zawsze jest bezpośrednim źródłem choroby, odgrywa ogromną rolę w mutowaniu i rozprzestrzenianiu się wirusów oraz innych patogenów. A to tylko jeden z wielu problemów wynikających z postępującej koncentracji produkcji zwierzęcej.
Niekontrolowana ekspansja ferm przemysłowych doprowadziła nas na do szeregu kryzysów – od zagrożenia dla zdrowia, poprzez zanieczyszczanie powietrza amoniakiem, a wody azotanami i pestycydami, antybiotykooporność aż po kryzys bioróżnorodności. Nie mówiąc o tym, że wielkie fermy wypychają z rynku małe gospodarstwa. Tymczasem drobni rolnicy, produkujący żywność w sposób przyjazny ludziom i planecie, są niezbędni do pokonania tych kryzysów – podkreśla Dominika Sokołowska.
A nawiązując do wypowiedzi ministra Pudy, dodaje – Płaskoziemcami nie są ci, którzy ostrzegają przed zagrożeniami, wynikającymi z przemysłowej hodowli zwierząt, tylko raczej ci, którzy w XXI wieku uparcie kwestionują jej jakąkolwiek szkodliwość w imię doraźnych zysków wąskiej grupy baronów chowu przemysłowego.
Źródło: Greenpeace Polska
Fot. Andrew Skowron/ Anima International
Ponad 140 naukowców wzywa Komisję Europejską do zakazania hodowli klatkowej. Swoim listem wspierają oni Europejską Inicjatywę Obywatelską „Koniec Epoki Klatkowej – End the Cage Age”, prowadzoną przez międzynarodową fundację Compassion i podpisaną przez niemal 1 400 000 miliona Europejek i Europejczyków.
List140_KoniecEpokiKlatkowej
Wśród sygnatariuszy listu znajdują się światowe autorytety naukowe i autorzy głośnych książek wydanych także w Polsce: dr Jane Goodall, profesor Marc Bekoff, prof. Raj Patel czy prof. Dave Goulson. Na liście znaleźli się również profesorowie z Polski, m.in. Andrzej Elżanowski, Zbigniew Karaczun, Hanna Mamzer oraz Wojciech Pisula. Wszyscy naukowcy podpisali się pod listem wspierającym postulaty Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej „Koniec Epoki Klatkowej – End the Cage Age”. Najważniejszym z nich jest całkowite wygaszenie chowu klatkowego zwierząt w krajach Unii Europejskiej i przejście na systemy alternatywne, które już istnieją i są opłacalne.
Tylko w Polsce w klatkach trzymanych jest ponad 40 milionów zwierząt hodowlanych. To więcej, niż liczba obywateli i obywatelek naszego kraju, a Polska jest 1. krajem unijnym w którym zamyka się najwięcej kur w klatkach. Realia życia zwierząt zostały udokumentowane przez polski oddział organizacji Compassion Polska. Organizacja działa w Polsce i pokazuje okrutne praktyki hodowlane z krajowych ferm świń, cieląt, kur czy królików. W skali całej UE w warunkach chowu klatkowego żyje ponad 300 milionów zwierząt.
– Kilka dni temu skończyły się konsultacje dotyczące krajowego planu strategicznego Wspólnej Polityki Rolnej. Jestem zdziwiona i rozczarowana, że w tym ważnym dokumencie problem hodowli klatkowej nie został w żaden sposób zaadresowany. A przypominam, że WPR ma wyznaczonych 9 celów i jednym z nich jest poprawa rolnictwa ze szczególnym uwzględnieniem dobrostanu zwierząt. I do realizacji tych celów Polska dostanie kwotę 30 miliardów euro – podkreśla Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion Polska i członkini Komitetu Obywatelskiego „Koniec Epoki Klatkowej”.
Wedle sondażu YouGov dla Compassion Polska za całkowitym zakazem hodowli klatkowej zwierząt opowiada się 63% dorosłych Polaków i Polek. Wnioskodawcy ze wspomnianego Komitetu Obywatelskiego są już po spotkaniu z Komisją Europejską, czeka ich teraz wysłuchanie w Parlamencie Europejskim.
Źródło: Compassion Polska
Komisja Europejska opublikowała pakiet naruszeniowy, w którym wezwała Polskę do wywiązania się z przepisów wynikających z Dyrektywy 2008/50/WE w sprawie jakości powietrza i czystszego powietrza dla Europy. Dyrektywa ustala dopuszczalne wartości dla pyłów zawieszonych oraz dwutlenku azotu (NO2). Komisja zwraca uwagę, że w Polsce występują przekroczenia dopuszczalnych wartości dwutlenku azotu w czterech strefach, w których prowadzone są pomiary jakości powietrza: w aglomeracjach górnośląskiej, krakowskiej, warszawskiej i wrocławskiej. Emisje NO2 pochodzą przede wszystkim z ruchu drogowego, w szczególności z samochodów z silnikiem diesla.
Komisja zwróciła również uwagę, że dotychczas wdrażane środki nie pozwoliły skutecznie rozwiązać problemu podwyższonych stężeń NO2 w powietrzu. Dwutlenek azotu ma działanie drażniące dla dróg oddechowych, może powodować lub wzmagać ataki astmy, jest szczególnie niebezpieczny dla osób cierpiących na schorzenia układu oddechowego w tym przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POCHP). Polska ma dwa miesiące na odniesienie się do wezwania i zaproponowanie skutecznych środków, w przeciwnym razie Komisja może wnieść sprawę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Komentuje Agnieszka Warso-Buchanan, radczyni prawna w Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi, liderka programu Czyste Powietrze na Europę Środkowo-Wschodnią:
„Komisja zwróciła uwagę na kwestię, która przez lata była ignorowana przez polskie władze. Mamy poważny problem z zanieczyszczeniem powietrza powodowanym przez transport drogowy. Emisje dwutlenku azotu pochodzą w szczególności z silników diesla i mają bardzo negatywny wpływ na układ oddechowy, co w połączeniu z niską emisją z domowych pieców na węgiel powoduje kryzys zdrowotny w Polsce”.
„Rząd musi przyspieszyć prace nad przepisami dot. stref czystego transportu i umożliwić eliminowanie w miastach pojazdów najbardziej zanieczyszczających powietrze. Liczymy na to, że nowelizacja ustawy o elektromobilności wdroży uwagi zaproponowane przez stronę społeczną, w tym uzależnienie stawki akcyzy od emisyjności silnika czy uwzględnienie nie tylko wieku, ale i poziomu emisyjności silnika w definiowaniu stref. Rządzący mają teraz szasnę uchwalić prawo, które ograniczy szkodliwe emisje i będzie skutecznie chronić nasze zdrowie”.
„Ponadto potrzebne są tanie i dostępne alternatywy dla transportu indywidualnego w postaci rozbudowanych sieci niskoemisyjnego transportu zbiorowego – także na obszarach słabiej zurbanizowanych – i dobra infrastruktura dla zeroemisyjnego ruchu rowerowego i pieszego. Ograniczając indywidualny transport samochodowy redukujemy nie tylko zanieczyszczenie powietrza, ale i emisje dwutlenku węgla powodujące kryzys klimatyczny”.
Źródło: ClientEarth Prawnicy dla Ziemi
Fot. Radek Kołakowski
Kilkanaście organizacji społecznych z całej Polski złożyło oficjalną petycję o wstrzymanie trwających aktualnie prac nad planowaną drogą ekspresową S16 przez Mazury i Biebrzański Park Narodowy i domaga się przeprowadzenia brakującej strategicznej oceny oddziaływania na środowisko dla całej inwestycji.
Planowana droga ekspresowa S16 na przygotowywanym aktualnie do realizacji odcinku Mrągowo-Ełk-Knyszyn byłaby włączona do krajowego i europejskiego systemu sieci dróg ekspresowych i autostrad, w tym „Via Baltica” i „Via Carpatia”. Spowodowałoby to skumulowanie ruchu tranzytowego do państw bałtyckich przez Mazury i Biebrzański Park Narodowy. To z kolei doprowadzi do znaczącego wzrostu natężenia ruchu pojazdów ciężarowych, wzrostu hałasu i zniszczenia unikatowych na skalę europejską walorów przyrodniczych przecinanych obszarów. Zdewastowany zostanie atrakcyjny krajobraz i miejsca licznie odwiedzane przez turystów, co napędza dziś lokalną ekonomię. Kosztowna budowa na podmokłych terenach czteropasmowej drogi niepotrzebnie obciąży zwielokrotnionymi kosztami kieszeń podatników.
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad złożyła już do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Olsztynie wniosek o wydanie decyzji środowiskowej dla odcinka Mrągowo-Ełk. Zignorowano protesty, które od półtora roku przetaczają się przez Mazury angażując mieszkańców, samorządy, ekologów i turystów. Dla dalszego odcinka S16 w kierunku Białegostoku analizowane są jedynie warianty przecinające Biebrzański Park Narodowy. Przeciwko temu protestują mieszkańcy okolic największego polskiego parku narodowego wraz z przyrodnikami i naukowcami. Ci ostatni określili taki wariant budowy jako ekstremalnie szkodliwy dla przyrody. Internetowe apele o wstrzymanie prac na obu odcinkach i opracowanie rozwiązania alternatywnego omijającego cenne tereny, podpisało do tej pory łącznie blisko 80 tys. osób!
– Wysokie ryzyko tych inwestycji w związku z silnymi protestami społecznymi, negatywnym oddziaływaniem na obszary prawnie chronione i realnym konfliktem z instytucjami europejskimi jest dobrze znane inwestorowi. Dlatego po raz kolejny apelujemy do niego i odpowiedzialnych za rozwój infrastruktury i ochronę środowiska ministrów o przygotowanie tej inwestycji zgodnie ze sztuką projektowania inwestycji liniowych i w zgodzie z prawem ochrony przyrody. – mówi Małgorzata Górska z Fundacji Greenmind – Niezbędne jest przeprowadzenie strategicznej oceny oddziaływania na środowisko dla całej inwestycji zamiast sztucznego cięcia jej na krótkie odcinki. Decyzja o wyborze przebiegu tej inwestycji liniowej powinna zapaść w oparciu o analizy społeczne, ekonomiczne, środowiskowe i transportowe wszystkich możliwych tras alternatywnych.
– Nie można mówić o jakichkolwiek standardach ochrony przyrody w Polsce jeśli pozwoli się na budowę międzynarodowego korytarza tranzytowego przez park narodowy. Jaka to ochrona dobra narodowego? Tak jak buduje się obwodnice miast, tak musi powstać obwodnica Wielkich Jezior Mazurskich i doliny Biebrzy dla ruchu ciężarowego a mieszkańcy i turyści powinni mieć dostęp do dobrej jakości dróg lokalnych. Ominięcie Biebrzańskiego Parku Narodowego jest jak najbardziej możliwe. Nasza fundacja przedstawiła taką koncepcję Generalnej Dyrekcji Dróg i nie rozumiemy dlaczego nie została ona jeszcze poddana analizom – mówi Małgorzata Stanek z Fundacji dla Biebrzy.
– Wbrew nieprawdziwym stwierdzeniom należy podkreślić, że „Sadyba” i „Ratujmy Mazury” nie skupiają przeciwników nowoczesnych i bezpiecznych dróg, lecz przeciwników drogi ekspresowej S16 przecinającej serce Mazur (a od niedawna okazuje się, że także Biebrzański Park Narodowy!), będącej w zamierzeniu trasą tranzytową pomiędzy wschodem a zachodem Europy! Od lat powtarzamy, że tranzyt ciężarowy powinien omijać Krainę Wielkich Jezior i być kierowany poniżej Puszczy Piskiej, południowym pograniczem Mazur (co umownie nazwaliśmy „obwodnicą Mazur”) oraz że wybudowanie drogi przez znajdującą się tam piaszczystą równinę sandrową, pozbawioną większych kompleksów leśnych, jezior i bagien, obszarów chronionych i cennych obszarów turystycznych będzie z pewnością tańsze niż budowanie nowej drogi przez środek Mazur – podkreśla Krzysztof Worobiec z Inicjatywy Społecznej Ratujmy Mazury i Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba” – Nie ma żadnego uzasadnienia dla realizacji tej inwestycji w proponowanym kształcie. Miliardy złotych pochłonie budowa drogi, która zniszczy unikatowy obszar Mazur i Doliny Biebrzy.
– Budowa drogi S16 w proponowanym wariancie jest dla nas nie do przyjęcia. Realizacja tej inwestycji spowoduje nie tylko nieodwracalne straty w najcenniejszych obszarach naszej przyrody, ale naruszona zostanie także integralność ważnych korytarzy ekologicznych. Jesteśmy na etapie, na którym możliwe jest jeszcze wypracowanie kompromisu z korzyścią dla środowiska naturalnego oraz lokalnej społeczności, której zależy na jak najszybszym zrealizowaniu inwestycji – mówi Dawid Kaźmierczak z Fundacji Dzika Polska.
– Tysiące ton betonu wylane nad Biebrzą i na Mazurach zaszkodzą przyrodzie tych miejsc i ludziom, którzy tam mieszkają. Jeśli ta droga powstanie, będzie absurdalnym pomnikiem wybujałego ego odpowiedzialnych za nią polityków. Polityków, którzy nie rozumieją zagrożenia, jakim są kryzys klimatyczny i dewastacja środowiska. To nie kosztowne inwestycje świadczą o byciu dobrym włodarzem, tylko odpowiedzialne podejście do zapewnienia bezpiecznej przyszłości ludziom i przyrodzie – powiedział Krzysztof Cibor z Greenpeace.
– Pomysł budowy drogi S16 prowadzącej tranzyt przez Krainę Wielkich Jezior Mazurskich i Biebrzański Park Narodowy jest kardynalnym błędem w projektowaniu polskiej sieci drogowej. Nie możemy dopuścić do zniszczenia tak unikatowych ekosystemów. Kolejną kontrowersją jest fakt, że droga przez Mazury została zgłoszona do dofinansowania z Funduszu Odbudowy na walkę ze skutkami COVID za kwotę 5,5 mld zł. Tymczasem badania naukowe dowodzą, że przyczyną przenoszenia się patogenów, takich jak koronawirus, naturalnie występujących w dzikiej przyrodzie, jest nasza nadmierna ingerencja w nią. Dlatego za wszelką cenę trzeba chronić takie tereny jak Mazury i Biebrza przed zniszczeniem – mówi Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
– Postępujący kryzys klimatyczny i szybki spadek różnorodności biologicznej wymagają zasadniczej zmiany podejścia w zarządzaniu przestrzenią i potraktowania w sposób priorytetowy ochrony naturalnych ekosystemów – zarówno w celu ochrony dzikich gatunków, jak i zabezpieczenia „świadczonych” przez nie „usług” – takich jak regulacja klimatu, oczyszczanie wód, czy umożliwianie człowiekowi obcowania z naturalną przyrodą. – tłumaczy dr hab. Wiktor Kotowski, profesor Uniwersytetu Warszawskiego – Na kontynencie europejskim, gdzie wpływ człowieka na strukturę krajobrazu był szczególnie znaczący, duże obszary naturalnej przyrody należy uznać za nienaruszalne. O niezbywalnej wartości takich terytoriów jak Biebrzański Park Narodowy, czy planowany Mazurski Park Narodowy, stanowią też ich „dzikość”, ograniczona dostępność dla człowieka i oddalenie od mogących wywrzeć negatywny wpływ elementów infrastruktury, takich jak ruchliwe drogi międzynarodowe. Dokładanie kolejnych, coraz większych obciążeń uznajemy za sprzeczne nie tylko z celami ochrony tych obszarów, ale też z konstytucyjną zasadą zrównoważonego rozwoju.
Kilkanaście organizacji z całej Polski podpisanych pod dzisiejszą petycją domaga się wstrzymania prowadzonych aktualnie prac dla dwóch fragmentów S16 (przez Krainę Wielkich Jezior Mazurskich i przez Biebrzański Park Narodowy), przeprowadzenia strategicznej oceny oddziaływania na środowisko dla całego odcinka S16, przygotowania wspólnie ze wszystkimi zainteresowanymi stronami alternatywnego przebiegu trasy oraz modernizacji i remontu istniejącej sieci dróg służących społecznościom lokalnym i turystom co nie pozwoli zostać tym regionom wykluczonym komunikacyjnie. Dzięki temu możliwa będzie budowa niezbędnych połączeń drogowych tam, gdzie jest to uzasadnione i nie będzie kolidować z potrzebami lokalnych społeczności i wymogami ochrony przyrody.
Źródło: Fundacja Greenmind
Fot. Mariusz Cieszewski/Flickr
Przyszłość odkrywki Złoczew wciąż bez ostatecznego rozstrzygnięcia. Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie nakazał ponownie zbadać prawidłowość dokumentów planistycznych gminy Złoczew, które przewidywały budowę odkrywki. Oznacza to, że sprawa studium przestrzennego wraca do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który już raz stwierdził jego nieważność. Wydanie koncesji na wydobycie węgla jest wciąż niemożliwe.
Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) w Warszawie uchylił wyrok sądu niższej instancji stwierdzający nieważność studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy Złoczew, które przewidywało budowę odkrywki. Sąd nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy przez Wojewódzki Sąd Administracyjny. Wciąż nie ma także ostatecznej decyzji środowiskowej, dlatego wydanie koncesji na wydobycie węgla ze złoża Złoczew nadal jest niemożliwe.
– Wyrok NSA oznacza, że cały proces rozstrzygnięcia sprawy będzie musiał rozpocząć się od nowa. Wystawia on na próbę cierpliwość mieszkańców i władz samorządowych, mając na uwadze ile lat i pieniędzy gminy straciły już przez spółkę PGE przez sam fakt planowania tej kontrowersyjnej inwestycji. Tajemnicą poliszynela jest, że PGE tak naprawdę nie zamierza budować odkrywki. Sam prezes PGE mówił niedawno, że jej budowa w obecnych warunkach rynkowych byłaby działaniem na szkodę spółki. Dalsze mamienie ludzi wizją tej inwestycji byłoby nieodpowiedzialne wobec mieszkańców Złoczewa i całego regionu. PGE powinno jak najszybciej ogłosić definitywny koniec planów budowy odkrywki Złoczew oraz ogłosić harmonogram wygaszania wszystkich swoich elektrowni węglowych – komentuje Anna Meres, koordynatorka kampanii klimatycznych w Greenpeace Polska.
Mieszkańcy, wspierani przez Fundację Frank Bold, sprzeciwiają się budowie odkrywki Złoczew. Zaskarżyli uchwalony w listopadzie 2017 dokument, potrzebny PGE GiEK do uzyskania przez nią koncesji na wydobycie węgla brunatnego ze złoża Złoczew. Zarzuty przeciwko studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego dotyczyły zarówno jego treści, jak i uchybień proceduralnych przy jego uchwalaniu. Swoje uwagi wniosły również organizacje pozarządowe m.in. Fundacja Greenpeace Polska i Stowarzyszenie „Nie dla kopalni Złoczew”.
– Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego nie kończy sprawy i nie przesądza o jej wyniku. Sprawę skargi mieszkańców na studium Złoczewa ponownie rozpozna sąd w Łodzi. Oznacza to, że NSA nie uwzględnił w pełni skargi kasacyjnej miasta Złoczewa – w skardze kasacyjnej wniesiono bowiem o uchylenie wyroku WSA i odrzucenie, względnie oddalenie skarg mieszkańców – komentuje radca prawny Miłosz Jakubowski z Fundacji Frank Bold.
Zdaniem mieszkańców i organizacji pozarządowych studium stworzono na podstawie wadliwie sporządzonej dokumentacji planistycznej. W prognozie oddziaływania na środowisko studium pominięto zupełnie oddziaływanie na ludzi i powietrze eksploatacji złoża Złoczew, nie rozważono należycie też jej wpływu na wody. Kolejną poważną wadą studium było także naruszenie procedury dotyczącej rozpatrzenia uwag mieszkańców, którzy wzięli udział w konsultacjach społecznych.
Zaskarżone studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania gminy Złoczew to nie jedyna przeszkoda do uzyskania przez PGE GiEK S.A. koncesji na wydobycie. Inwestor wciąż nie otrzymał również ostatecznej decyzji środowiskowej. Od ponad dwóch lat Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska rozpatruje prawidłowość decyzji środowiskowej wydanej dla planowanej odkrywki przez dyrekcję regionalną. Na początku lutego GDOŚ poinformowała, że zakończyła postępowanie dowodowe w tej sprawie. Ogłoszenie decyzji spodziewane jest na początku marca.
Źródło: Greenpeace
Fot. Anton Lefterov
Akcja Wentylacja to działania grupy uczniów jednego z wrocławskich liceów. Kiedy dorośli zawodzą, młodzież bierze sprawy w swoje ręce.
W ciągu ostatnich lat, kiedy rozwinęły się internetowe komunikatory i świat wkroczył w dobę social mediów, człowiek zyskał możliwość swobodnego kontaktu z ludźmi oraz nieograniczonego przepływu informacji między użytkownikami danych stron i portali. Postęp ten z kolei pozytywnie wpłynął na nagłaśnianie problemów dotykających naszą planetę oraz ułatwił poszukiwanie rozwiązań na nie. Dlatego też śmiało założyć można, że każda z osób czytających ten tekst choć raz, przeglądając jeden z wielu portali, natknęła się na wiadomości o dwutlenku węgla i niebezpieczeństwach, jakie się z nim wiążą. Lecz o co właściwie chodzi z tą substancją? Jakie zagrożenia dla człowieka i środowiska może stwarzać ten gaz?
JEDNA SUBSTANCJA, WIELE FUNKCJI
Dwutlenek węgla, tlenek węgla(IV), ditlenek węgla, CO2 to nieorganiczny związek chemiczny z grupy tlenków, w którym węgiel występuje na IV stopniu utlenienia. W temperaturze pokojowej jest bezbarwnym i niepalnym gazem o kwaskowatym smaku, rozpuszcza się w wodzie. Występuje w organizmie człowieka i jest w nim wytwarzany, odgrywa ważną rolę w utrzymaniu równowagi kwasowo-zasadowej organizmu. Bez niego istnienie Ziemi i jej mieszkańców nie byłoby możliwe. Nie sposób więc odmówić mu istotnej roli w funkcjonowaniu świata.
Ditlenek węgla w atmosferze występuje w stanie gazowym, a także jako składnik gazów wulkanicznych i innych gazów podziemnych. Wchodzi w skład obiegu węgla w przyrodzie, jest produktem spalania i oddychania. Poza tym znajduje także zastosowanie w życiu codziennym, np. zawarty w powietrzu wywołuje twardnienie zaprawy wapiennej, w cukrownictwie wykorzystuje się go do wytrącania resztek wodorotlenku wapnia z soku buraczanego. Cząsteczki CO2 są także ośrodkiem czynnym w laserze molekularnym.
W aspekcie biologicznym tlenek węgla (IV) jest końcowym produktem oddychania komórkowego w organizmach aerobowych – uzyskują one energię poprzez rozkład cukrów, tłuszczów i aminokwasów w reakcji z tlenem w ich metabolizmie. Proces ten dotyczy wszystkich roślin, glonów, zwierząt, a także grzybów i bakterii tlenowych. Usuwanie nadmiaru dwutlenku węgla z organizmu jest więc częścią oddychania zewnętrznego.
Stężenie dwutlenku węgla odgrywa także ważną rolę w utrzymaniu równowagi kwasowo-zasadowej organizmu człowieka. Prawidłowe średnie ciśnienie parcjalne tego gazu w krwi tętniczej wynosi 40(±4) mmHg, w krwi żylnej – 46 mmHg. Dwutlenek węgla jest głównym czynnikiem chemicznej kontroli oddychania.
Analizując powyżej wymienione funkcje dwutlenku węgla, można dojść do wniosku, iż tlenek ten jest niezwykle istotny dla świata, jest gazem występującym naturalnie, obecnym w atmosferze, istniał na długo przed pojawieniem się na Ziemi człowieka. Rośliny potrzebują go do życia, dzięki niemu mogą przeprowadzać proces fotosyntezy. Więc jak to jest możliwe, że CO2 uznaje się za zanieczyszczenie oraz śmiertelne zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi, a także jeden z największych wrogów dla długożyjącej planety?
GWARANT ŻYCIA CZY ZAGROŻENIE?
Zacznijmy od kwestii związanych z Ziemią, gdyż, jak głoszą hasła powtarzane na wystąpieniach członków strajków klimatycznych – nie ma życia na martwej planecie. Ludzkie zdrowie może okazać się być niczym w perspektywie możliwej destrukcji naszego wspólnego domu. Jako jedną z szerszych definicji zanieczyszczeń podaje się sformułowanie, iż są to substancje, których emisja do środowiska powoduje niestabilność albo zaburzenia w ekosystemie. W ciągu ostatnich 10 tysięcy lat poziom dwutlenku węgla w atmosferze pozostawał mniej więcej na stałym poziomie. Sytuacja jednak uległa zmianie, gdy do atmosfery zaczął dostawać CO2 emitowany w wyniku działalności człowieka, co początek miało mniej więcej wraz z wynalezieniem maszyny parowej w 1769 roku. Wtedy to gaz zaburzył zachowywaną przez lata równowagę. Nadmiar ditlenku węgla w atmosferze jest przyczyną między innymi zakwaszania pochłaniającej go wody, co ma znaczenie dla wielu ekosystemów morskich. Przede wszystkim jednak wzrost koncentracji dwutlenku węgla powoduje wzmocnienie efektu cieplarnianego. To prowadzi nie tylko do wzrostu temperatury powierzchni Ziemi, ale także wielu innych konsekwencji. Jak się okazuje, pozytywne następstwa wzrostu stężenia (np. lepsze możliwości rozwoju rolnictwa w wysokich szerokościach geograficznych) są dużo mniej istotne od tych negatywnych. Ludziom zasiedlającym strefy nadbrzeżne zagraża wzrost poziomu morza. Zanikają lodowce, co z kolei oznacza problemy z zaopatrzeniem w wodę dla setek milionów ludzi z całego świata. Ponadto poszczególne gatunki roślin i zwierząt wymierają szybciej niż kiedykolwiek w historii.
Jak się okazuje, zwiększone stężeniu tlenku węgla (IV) w powietrzu jest groźne nie tylko dla klimatu i roślin, lecz także bezpośrednio dla człowieka. Podwyższona koncentracja dwutlenku węgla we wdychanym powietrzu jest jednym z najpoważniejszych czynników, zaraz obok niewystarczającej wentylacji płuc oraz upośledzenia funkcji układu oddechowego, mogącym spowodować podwyższenie stężenia CO2 we krwi oraz płynie mózgowo-rdzeniowym. W sytuacji takiej pobudzone zostają receptory centralne. Obniżone pH krwi, na które wpływa między innymi koncentracja tlenku węgla (IV) w niej samej pobudza chemoreceptory obwodowe. Impulsy z receptorów docierają do centrum wdechowego. Celowa lub wywołana stresem hiperwentylacja prowadząca do obniżenia stężenia dwutlenku węgla we krwi (hipokapnia) powoduje zaburzenia takie jak: oszołomienie, osłabienie, bóle głowy, zaburzenia wzrokowe, a nawet omdlenie.
WARTOŚCI STĘŻEŃ A LUDZKI ORGANIZM
Dwutlenek węgla zawarty w powietrzu w stężeniu do około 500 ppm (ang. parts per milion, ilość cząsteczek CO2 przypadających na milion cząsteczek powietrza) nie jest szkodliwy dla ludzi. W większych stężeniach zaś uniemożliwione zostaje usuwanie ditlenku węgla z organizmu, przez co jest on szkodliwy dla zdrowia, a nawet zabójczy. Jego działanie wywołuje duszności, powoduje powstawanie hiperkapnii, a co za tym idzie kwasicy oddechowej i w następstwie obrzęku mózgu. Ciężka kwasica nasila działanie przywspółczulnej aktywności nerwowej, co powoduje osłabienie oddychania i krążenia. Stężenie powyżej 1000 ppm skutkuje znacznym upośledzeniem zdolności intelektualnych, z kolei stężenie 2500 ppm niemal całkowicie pozbawia człowieka wyższych zdolności umysłowych, a także znaczenie zmniejsza zdolności fizyczne, również w prostych czynnościach. Wysokie stężenia dwutlenku węgla mogą powodować także drgawki, śpiączkę i śmierć, w stężeniu przekraczającym 30% CO2 zawartego w powietrzu gaz działa szybko, prowadząc do utraty przytomności w ciągu kilku sekund. Stężenia w powietrzu śmiertelnych przypadków zatrucia CO2 wahają się między 14,1 a 26% tego gazu, co ważne – tolerancja na stężenie dwutlenku węgla spada wraz z wiekiem.
ZDOLNOŚCI POZNAWCZE NA CELOWNIKU
Opisane wyżej przypadki wydają się być skrajnie ekstremalne. Dwutlenek węgla działa jednak na nas każdego dnia i pewnym jest, iż wszyscy odczuliśmy negatywne skutki zbyt wysokiego stężenia tego gazu w powietrzu. Tak, jak wspomniano, podwyższone stężenie CO2 powoduje zaburzenie ludzkich procesów poznawczych, jednak już stężenie osiągnięte po kilkugodzinnych zajęciach lekcyjnych prowadzonych w zamkniętej sali ma negatywny wpływ na efektywność uczenia się i koncentracji. W 2015 roku, dzięki badaniom przeprowadzonym w USA, udowodniono, że przebywanie przez uczniów w słabo wentylowanych salach lekcyjnych jest powiązane z gorszą pamięcią, koncentracją, a nawet spadkiem średnich wyników testów. Z kolei w 2016 roku naukowcy z Harvardu odkryli, że podwyższony poziom dwutlenku węgla w pomieszczeniu, nierzadko do poziomu 950 ppm, doprowadził do spadku zdolności poznawczych znajdujących się w nim osób. Okazało się nawet, iż na różnych poziomach – od podejmowania prostych decyzji po skomplikowane myślenie strategiczne. Im wyższe stężenie dwutlenku węgla, tym słabsza nasza zdolność myślenia. Przy stężeniu 1400 ppm zdolności umysłowe badanych spadały jeszcze bardziej, szczególnie te dotyczące bardziej złożonych zadań.
„Za próg bezpieczeństwa podczas 8-godzinnego dnia pracy przyjmuje się stężenie CO2 równe 5000 ppm. Jest to jednak próg bezpieczeństwa, a nie komfortu i wpływu na zdrowie. Narzekania na jakość powietrza z reguły pojawiają się w sytuacji w której stężenie CO2 przekracza 600-800 ppm, a nasilają powyżej 1000 ppm. Według różnych standardów międzynarodowych zalecane stężenie CO2 dla bardzo dobrej jakości powietrza to poniżej 600 ppm, dla dobrej jakości powietrza jest rzędu 600-1000 ppm, a akceptowalne 1000-1400 ppm przy czym stężenie CO2 przekraczające 1000 ppm często interpretuje się jako powód konieczności poprawy wentylacji w budynku” – stwierdza redaktor portalu Nauka o klimacie.
MUSIMY DZIAŁAĆ!
Podsumowując, dwutlenek węgla jest substancją, bez której życie na Ziemi oraz funkcjonowanie organizmów nie byłoby możliwe. Problemem nie jest samo jego istnienie, lecz wzrost stężenia, który następuje w zastraszającym tempie. Skupianie się na pojedynczych pozytywnych efektach tego procesu jest jednak błędem – negatywne następstwa mające wpływ na środowisko i warunki życia organizmów są zbyt poważne, by móc je ignorować. Jeśli chcemy uratować naszą planetę i ocalić istnienie przyszłych pokoleń, musimy zacząć działać już teraz.
W tym celu właśnie powstała Akcja Wentylacja – organizacja, w której skład wchodzi kilkoro uczniów jednego z wrocławskich liceów. Jako grupa młodych ludzi, chcemy poszerzyć wiedzę społeczeństwa na temat dwutlenku węgla, pozytywów i zagrożeń z nim związanych, zaznaczyć, jak ważna jest skuteczna wentylacja pomieszczeń, w których na co dzień przebywamy (choć warto wspomnieć, iż wentylacja zda się na nic, jeśli atmosferyczne stężenie CO2 podniesie się do niebezpiecznego poziomu) i pokazać, że na dobro świata wpływ ma każdy z nas. Więc jeśli chcesz działać, nie obawiaj się. Jesteś ważnym ogniwem w łańcuchu tej walki. A teraz powiedz sobie, że chcesz pomóc światu. I to zrób – po prostu.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o nas oraz działaniach, które podejmujemy, zapraszamy na nasze social media:
witryna internetowa – akcjawentylacja.pl;
Facebook – Akcja Wentylacja;
Instagram – akcjawentylacja;
YouTube – Akcja Wentylacja;
Twitter – AkcjaWentylacja.
Projekt realizowany jest w ramach olimpiady Zwolnieni z Teorii.
Zuzanna Madurska – uczennica drugiej klasy Liceum Ogólnokształcącego nr XIV im. Polonii Belgijskiej we Wrocławiu. Mieszkanka małej miejscowości Bolków, pasjonatka poezji, sztuki, podróży. Jedna z członkini organizacji Akcja Wentylacja działającej w ramach olimpiady Zwolnieni z Teorii.
Źródła:
– http://sekrety-zdrowia.org/oddychaj-mniej-zyc-dluzej/;
– http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/homo-sapiens-w-swiecie-wysokich-stezen-co2-57;
– https://pl.wikipedia.org/wiki/Dwutlenek_węgla;
– https://diagnozujmy.pl/dwutlenek-wegla/;
– http://www.linde-healthcare.pl/pl/images/dwutlenek%20w%C4%99gla_tcm289-270815.pdf;
– https://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-dwutlenek-wegla-nie-jest-zanieczyszczeniem-39.