Dziś, rok po zdarzeniu, które zainspirowało powstanie głównej części tego tekstu, czyli spektakularnego spławu dwóch cystern Odrą, w czasie suszy w maju 2020 roku, rybacy z Zalewu Szczecińskiego zestawili wyniki połowowe sprzed dwóch lat i obecne.
Magiczne technologie z naturą nie wygrały, i nie wygrają. Za to kosztują słono – i ekonomicznie, i społecznie, i środowiskowo. Komu robimy prezent?
Akt ekobójstwa pod tytułem „szerszy i głębszy tor wodny do Szczecina”
Dziś wszyscy rybacy na tym akwenie łowią mniej, niż dwa lata temu, czyli przed rozpoczęciem aktu ekobójstwa złowiła jedna łódka!!!!
Dziękujemy za ten „prezent”, zaraz dołączą zapewne społeczności znad Bałtyku od Świnoujścia po Kołobrzeg, a może i dalej, gdy im sinice zamkną wszystkie plaże. Zakwity sinic to efekt uruchomienia ogromnych ilości biogenów dotąd zablokowanych w osadach dna Zalewu. Do ogromnego ładunku Odry doszła nowa, znaczna porcja.
Cała Społeczność oraz Przyroda regionu odczuwamy i będziemy odczuwać skutki tej chorej inwestycji.
Od pewnego czasu różne portale, szczególnie Wód Polskich, ale także inne pretendujące do racjonalnych, głoszą zachwyty nad drogami wodnymi i inną infrastrukturą hydrotechniczną jako rzekomymi nośnikami rozwoju krajów takich jak Niemcy czy inne państwa zachodnie. Trudno się nie zgodzić, że od początku naszej cywilizacji, ale przecież i tych znacznie wcześniejszych, rzeki były osiami rozwoju społeczeństw nad nimi żyjących. Niektóre z krajów dzisiejszej Europy położone są w klimacie o wiele łagodniejszym, bez zim skuwających rzeki lodem, z lodowcami zasilającymi rzeki znacznie większe pod względem ilości niesionej wody. Są to okoliczności sprzyjające wykorzystaniu rzek jako dróg wodnych. Nasze zresztą historycznie także były żeglowne w zakresie pasującym do ich parametrów, a przez wieki także Wisła była taką osią rozwoju. Jej żeglowność skończyła się, gdy wzięli się za nią polepszacze tego, co Natura wypracowała przez tysiące lat. Nasze rzeki były żeglowne, póki płynęły stanami średnimi przez większość roku. A płynęły tak, ponieważ większość ich zlewni była naturalna, nikt nie pomagał im spływać do morza. Dopiero ostatnie stulecia przyniosły znaczące ingerencje, powodowane chęcią użytkowania większych ilości gruntów, wykorzystania energii wód i tym podobnymi pomysłami na „kontrolowanie” lub “wykorzystanie” natury wód płynących.
Do pewnego stopnia te zachowania ówczesnych ludzi można zrozumieć – stała za nimi konieczność zaspokojenia rosnących potrzeb w sposób zgodny z ówczesną wiedzą. Początkowe zmiany nie były jednak dość znaczące, by zwrócić uwagę na ich skutki. W końcu jednak dobrnęliśmy jako cywilizacja do granicy, zza której wyziera katastrofa. Społeczna, ekologiczna i ekonomiczna.
Coraz więcej krajów zauważa ten problem. Szkoda, że my, Polacy, zauważamy go nie dość licznie, by zatrzymać pomysły powielania błędów poczynionych w krajach tzw. rozwiniętych. U nas nadal trwają kampanie na rzecz wykorzystania rzek zgodnie z technokratycznym modelem rozumowania. Szkoda, że niewielu zwolenników tego kierunku realnie odpowiada za forsowane ingerencje w środowisko naturalne, czy chociaż partycypuje w kosztach. Może te czynniki wywołałyby nieco refleksji? Niestety, w naszym dziwnym modelu ani politycy, ani wspierający ich urzędnicy nie ponoszą żadnych konsekwencji popełnianych błędów. To chyba główny powód forsowania działań w interesie wąskich grup, kosztem większości społeczeństwa, włączając w te koszty przyszłe pokolenia.
Nie twierdzę, że nasze rzeki nie mogą pełnić także funkcji żeglugowych w rozmiarze dostosowanym do ich możliwości. Jednak nawet na największej rzece czynnikiem limitującym tę funkcję jest obecność wody. I tu mamy problem. Uwaga entuzjastów rozwoju żeglugi, skupiona na „drogach wodnych”, pomija kluczowy dla ich funkcjonowania aspekt – zapewnienie wody. Bez niej żadne techniczne cuda nie pomogą. I tu tkwi podstawowa różnica w rozumieniu przez nas funkcjonowania rzeki. Człowiek zaślepiony technologią widzi w rzece drogę wodną, gdy w rzeczywistości pełni ona znacznie więcej funkcji, sama będąc częścią złożonych systemów hydrologicznych. Nie mówię o kanałach, choć i one skądś wodę wziąć muszą.
Wykorzystanie naturalnych systemów rzecznych do żeglugi wiąże się z wieloma ryzykami, które zaczęto zauważać stosunkowo niedawno, kilka dekad temu, nie tylko na naszym kontynencie. Skutkiem tego jest wprowadzenie Ramowej Dyrektywy Wodnej w Europie, ale też kilka podobnych programów w Ameryce. Na Łabie niedawno zakończono badania, na bazie których Niemiecki Federalny Urząd Żeglugi podjął decyzję o zaprzestaniu prób dalszej kanalizacji rzeki, gdyż obecnie nie daje ona już nic, a ostatnie susze na pewnych odcinkach pozwalały na żeglugę tylko kilku leciwych jednostek z napędem łopatkowym… Oczywiście, pewne formy utrzymania są tam realizowane, jako podtrzymanie skanalizowanego koryta rzeki, jednak podstawowe działania skierowane są na odzyskiwanie zniszczonej retencji w zlewniach. Rozumiem, że przy pływaniu po europejskich czy innych drogach wodnych nie da się tego zaobserwować, jednak dziś społeczeństwa tamtych krajów największy problem zgodnie widzą w braku wody, nawet w Renie. W przeciwieństwie do forsowanego u nas archaicznego modelu kaskadyzacji i alimentacji, Niemcy (ale nie tylko oni) od ponad 3 dekad wykonują mnóstwo działań, których z drogi wodnej nie widać, ale widać ich efekty w postaci stabilizacji dostawy wody do systemów rzecznych dzięki odtwarzanej retencji w zlewniach.
Wracając na nasze podwórko – jak można sobie wyobrażać żeglugę na Odrze obecnie? Dla spławu dwóch składów z kilkoma cysternami spuszczono miliony kubików wody, jaz za jazem, by dać falę, która poniosła te barki w dół Odry. Co jakiś czas taka akcja się uda, jednak nikt nie powie chyba, że w takim modelu możliwa jest obecnie regularna żegluga? Poza tym proszę mi przedstawić choć jeden argument ekonomiczny na rzecz wydatkowania na te pomysły miliardów złotych pożyczonych na konto przyszłych pokoleń. Proszę ponadto wytłumaczyć, jak połączyć potrzeby rolnictwa z alimentacją żeglugi? Program żeglugi, w zakresie możliwym dla rzek takich jak Odra czy Wisła, możliwy jest tylko poprzez odzyskanie zniszczonej pojemności retencji naturalnej zlewni, i to znacznej większości, bo punktowe akcje typu jaz czy zbiornik na korycie rzeki to iluzja retencji. Niewielka rzeka o zlewni rzędu 2 000 km2 to ok. 1 km3 pojemności retencyjnej, którą utraciliśmy przez drenaże, kanalizację dopływów, uszczelnianie powierzchni, czyli generalnie działania na rzecz tzw. „utrzymania” wód. A celem tych działań jest zapewnienie spływu nadmiaru wód opadowych, który stale rośnie wraz z kontynuacją tych akcji utrzymaniowych – zamiast wsiąkać w gleby i dopływać do rzeki 20 razy wolniej.
Kwadratura koła! Przyspieszamy działaniami technicznymi spływ wód, których i tak mamy najmniej w Europie. 1 km3 utraconej objętości retencynej to jest bardzo delikatny szacunek dla 2 m zdrenowanych profili, a w wielu regionach straty są znacznie wyższe. Wystarczy policzyć, ile wody kosztował ostatni spław Odrą!!! Rzeki żeglowne muszą płynąć głównie stanem średnim, a nie na przemian powodziami i niżówkami, jak nasze od lat. Ten stan nie jest efektem zmian klimatu, tylko coraz szerzej zakrojonych działań w zlewniach dopływów wszystkich rzędów, od najwyższych począwszy. Znamienne jest, że dziś, po dwóch dniach opadów na południu kraju, mamy już podtopienia, a jednocześnie susza trwa nadal.
Poza tym rzeki to nie tylko pole działania jednego sektora, jak się niektórym wydaje. To mnóstwo innych, znacznie ważniejszych usług ekosystemowych, stanowiących łącznie o dostępie SPOŁECZEŃSTWA do wody oraz o jego bezpieczeństwie. Obecny model to prosta droga do jeszcze większej katastrofy – i suszy, i powodzi. Nie chciałbym być w skórze decydentów prących do kontynuacji tej błędnej drogi “zarządzania wodą”, gdy rolnicy, mimo obecnej kampanii „jazów” i innych bajek, zobaczą suche dna rzek i zrozumieją, jak ich zrobiono w konia.
A skoro pada zarzut, że przeciwnicy kanalizacji rzek są manipulowani przez jakichś „przeciwników” Polski, to proszę wskazać, gdzie w całej tej układance jest korzyść polskiej żeglugi? Czy wymieniony przykład spławu dla operatora niemieckiego to jest ten nasz „biznes”? Po to mamy skanalizować jeszcze bardziej nasze rzeki, by korporacje żeglugowe mogły mieć korzyści kosztem kilku pokoleń Polaków? Właśnie jedyny częściowo polski operator zbył znakomitą większość udziałów na rzecz tychże Niemców. To dla kogo ten biznes jest, za nasze i naszych dzieci pieniądze?
Instytucja kontrolna i informowanie obywateli o inwigilacji – wszystkie opozycyjne kluby parlamentarne zgadzają się, że kontrola nad służbami jest konieczna i trzeba ją wprowadzić jak najszybciej. Klub Parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości jako jedyny nie odpowiedział na pytania Fundacji Panoptykon o to, czy inwigilacja prowadzona przez polskie służby wymaga kontroli. Ale i tak ten temat go nie ominie. Na biurko premiera, prezydenta, a także marszałków Sejmu i Senatu trafiła właśnie petycja z postulatami zmian.
W 2021 r. słowo inwigilacja tylko z mównicy sejmowej padło 43 razy – problem jest zatem posłom i posłankom znany. I przynajmniej w opozycji panuje zgoda co do tego, jak go rozwiązać. „W odpowiedzi na pytania zadane przez Fundację Panoptykon wszystkie partie opozycyjne zgodziły się, że niezbędne są zmiany legislacyjne w obszarze, który reguluje to, co mogą służby i komu się ze swoich działań sprawozdają” – podkreśla Wojciech Klicki, ekspert Fundacji Panoptykon.
Partie zgadzają się też co do tego, że obywatele i obywatelki powinni być informowani o inwigilacji, zauważają jednak potrzebę stworzenia wyjątków od tej ogólnej zasady. Jak pisze w swojej odpowiedzi do Panoptykonu Koalicja Polska, „czasem wręcz takie działanie (np. w stosunku do osoby podejrzewanej o szpiegostwo) trudno by nazwać inaczej niż głupotą”. Z tym zastrzeżeniem zgadza się oczywiście Wojciech Klicki: „Nie chodzi nam o ograniczenie skuteczności policji i służb, tylko o równowagę między ochroną praw i wolności obywatelskich a przeciwdziałaniem zagrożeniom dla bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego. Społeczne zaufanie do instytucji państwa jest na bardzo niskim poziomie, a jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy są kolejne afery taśmowe. Wiele osób w Polsce uważa bowiem, że to »ktoś inny rządzi w państwie«. Brak nadzoru nad działaniami służb tylko pogłębia to przekonanie i strach obywateli przed tymi, którzy mają działać na rzecz ich bezpieczeństwa. Nadzór nad służbami to po prostu element sprawnie funkcjonującego państwa”.
Fundacja Panoptykon złożyła do Sejmu i Senatu petycję, w której zawarła swoje postulaty dotyczące kontroli nad inwigilacją. „To idealna okazja dla polityków i polityczek, żeby przekuli swoje słowa w czyn i doprowadzili do zmiany przepisów” – mówi Wojciech Klicki. „Konkretne propozycje (powołania instytucji kontrolującej działania służb i nałożenia na nie obowiązku informowania osób poddanych inwigilacji o tym fakcie), przygotowane przez ekspertów we współpracy z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, są gotowe. Teraz piłka po stronie parlamentarzystów i parlamentarzystek” – dodaje. Zgodnie z ustawą o petycjach ci ostatni na rozpatrzenie postulatów mają trzy miesiące.
Petycja trafi też do prezydenta i premiera. Przedstawiciele PiS nie unikną więc odpowiedzi na pytania zadane przez Panoptykon. Pamiętamy również obietnicę Andrzeja Dudy z 2016 roku: „Prezydent złożył deklarację, że rozpocznie się dyskusja nad stworzeniem ustawy, która ureguluje pracę służb specjalnych” (Małgorzata Sadurska, szefowa prezydenckiej kancelarii, źródło: samorzad.pap.pl: Małgorzata Sadurska, Potrzeba dialogu, 7 lutego 2016 r.).
Do wszystkich parlamentarzystów i parlamentarzystek trafił przygotowany przez Panoptykon wzór powiadomienia o inwigilacji prowadzonej przez nieistniejącą Agencję Bezpieczeństwa Narodowego. W ten sposób Fundacja pokazała parlamentarzystom i parlamentarzystkom, jak w praktyce mogłyby działać postulowane przez nią rozwiązania.

CO ODPOWIEDZIAŁY PARTIE
Polska 2050 zdecydowanie popiera koncepcję powołania niezależnej instytucji kontrolnej, jak również nałożenie na służby obowiązku informowania osób poddanych inwigilacji o tym fakcie, pod warunkiem „że przekazanie takich informacji nie stworzy zagrożenia dla zdrowia i życia innych obywateli (np. funkcjonariuszy) ani dla bezpieczeństwa narodowego państwa”. Mówi też o konieczności nowelizacji ustawy antyterrorystycznej i kodeksu postępowania karnego (polegającej na usunięciu art. 168 pozwalającego na wykorzystywanie w postępowaniu karnym dowodów zdobytych nielegalnie, tzw. owoców zatrutego drzewa).
Koalicja Polska podkreśla konieczność stworzenia katalogu czynności operacyjno-rozpoznawczych, które „w praktyce i tak są już prowadzone, a ich wprowadzenie do obiegu prawnego umożliwi tworzenie narzędzi kontrolnych różnego rodzaju”. Informuje, że „prace nad ustawą zobowiązującą służby do informowania obywateli o zakończonych, prowadzonych wobec nich czynnościach operacyjno-rozpoznawczych, prowadzonych za zgodą odpowiednich sądów, zostały jak na razie zawieszone”, a „jest całkowicie gotowy tekst ustawy uwzględniający także te czynności, o których ze względu na bezpieczeństwo państwa informować się nie powinno”.
Koalicja Obywatelska (Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Zieloni) podkreśla, że aktualne przepisy umożliwiają prowadzenie inwigilacji w sposób, który nie tylko narusza konstytucyjne i wynikające z konwencji o ochronie praw człowieka prawo do prywatności, ale także prawo do skutecznego środka odwoławczego. Dlatego zdaniem KO ważnym zadaniem nowego organu eksperckiego kontrolującego służby powinno być rozpatrywanie skarg obywateli.
Lewica zwraca uwagę na konieczność lepszej kontroli nad technicznymi narzędziami inwigilacji używanymi przez służby i ograniczenie liczby służb posiadających uprawnienia do prowadzenia „inwigilacji”. Deklaruje też, że obecnie prowadzi prace koncepcyjne w tym obszarze.
Konfederacja uważa, że „w Polsce uprawnienia policji i służb specjalnych do inwigilowania przypadkowych, niewinnych osób są zbyt obszerne”. Popiera koncepcję stworzenia instytucji kontrolnej i nałożenia na służby obowiązku informowania osób poddanych inwigilacji o tym fakcie. Jest otwarta na współpracę w zakresie projektów zmian legislacyjnych.
Koło Parlamentarne Prawa i Sprawiedliwości (do którego należą minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński, sekretarz kolegium ds. służb specjalnych Maciej Wąsik, a także minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro) nie odpowiedziało na pytania zadane przez Panoptykon. Jednak poglądy koalicji rządzącej nie są tajemnicą – rozwiązania zawarte w ustawie inwigilacyjnej i w przyjętej równe pięć lat temu ustawie antyterrorystycznej realizują koncepcję: więcej uprawnień dla służb, mniej kontroli.
O KAMPANII „PODSŁUCH JAK SIĘ PATRZY”
Przepytywanie partii z ich pomysłów na rozwiązania w zakresie kontroli nad służbami, petycja do Sejmu, Senatu, prezydenta i premiera oraz powiadomienie o inwigilacji prowadzonej przez nieistniejącą Agencję Bezpieczeństwa Narodowego są elementem kampanii „Podsłuch jak się patrzy” Fundacji Panoptykon. Celem kampanii jest uświadomienie jak największej liczbie osób, że kontrola nad służbami to element sprawnie funkcjonującego państwa. Władza w dojrzałym systemie demokratycznym, szanującym prawa człowieka, powinna chronić swoich obywateli i swoje obywatelki przed zagrożeniami zewnętrznymi czy przestępczością, ale też przed sobą samą – przed nadużyciami władzy – za pomocą specjalnie powołanych instytucji, które kontrolują np. działanie policji i służb. Polska odstaje od innych państw Unii Europejskiej czy od Ukrainy, która niedawno wprowadziła mechanizmy silnej kontroli nad służbami. Niebawem zapadnie wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie skargi m.in. aktywistów Panoptykonu, którzy zaskarżyli zasady inwigilacji w Polsce. Przegrana postawi Polskę – jeśli chodzi o brak nadzoru nad służbami – w jednym rzędzie państw z Węgrami i Rosją.
Strona kampanii „Podsłuch jak się patrzy”
Źródło: Panoptykon
Fot. Burst
Parlament Europejski wezwał dziś Komisję Europejską do delegalizacji klatek dla zwierząt hodowlanych w całej Unii Europejskiej do 2027 r., przyjmując rezolucję w sprawie europejskiej inicjatywy obywatelskiej „End the Cage Age – Koniec Epoki Klatkowej”. Oczekuje się, że Komisja – która ma ostateczny głos i możliwość wydania nowych przepisów prawnych – ma ogłosić, jakie kroki podejmie w tej sprawie 30 czerwca br.
Autorem i pomysłodawcą tej inicjatywy jest międzynarodowa organizacja Compassion in World Farming ze swoim polskim oddziałem Compassion Polska. Organizacja rozpoczęła formalny proces zmierzający do wprowadzenia zakazu w UE we wrześniu 2018 roku. Członkinią komitetu założycielskiego inicjatywy jest Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion Polska.
Rezolucja została przyjęta przytłaczającą większością głosów: 558 posłów i posłanek do Parlamentu Europejskiego wezwało Komisję do przeglądu przestarzałej dyrektywy unijnej 98/58/WE w sprawie zwierząt w celu wycofania systemów klatkowych hodowli. Obecnie w UE kury nioski i króliki są zamknięte w klatkach na przestrzeni wielkości jednej kartki papieru A4. Dorosłe samice świń muszą spędzać prawie połowę każdego roku w ciasnych klatkach, w których nie mogą się nawet obrócić. Cielęta, gęsi i przepiórki są również umieszczane w klatkach, co uniemożliwia im wykonywanie podstawowych naturalnych zachowań. W Polsce hoduje się w ten sposób prawie 43 miliony zwierząt – to więcej niż mamy mieszkańców.
Parlamentarzyści UE zgodzili się co do konieczności zakończenia takich okrutnych praktyk. Zwrócili również uwagę na fakt, by wszystkie produkty wprowadzane na rynek UE – w tym importowane – spełniały przyszłe normy hodowli bezklatkowych. Podkreślili potrzebę zapewnienia odpowiednich zachęt i programów finansowych wspierających rolników w okresie przejściowym. Ponadto Parlament Europejski wezwał Komisję do „przedstawienia propozycji zakazu okrutnego i niepotrzebnego przymusowego tuczu kaczek i gęsi w produkcji foie gras”.
Parlamentarzyści naciskali również na Komisję, aby przyspieszyła przegląd unijnych przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt, prosząc o zakończenie tego do 2022 r., a nie do końca 2023 r., jak obecnie planowano. Pomogłoby to zapewnić wprowadzenie zakazu w ramach mandatu obecnej Komisji, która opuści urząd w 2024 r. Na dzisiejszej porannej sesji Parlament debatował również najpierw nad rezolucją, gdzie nadzwyczajna liczba 45 posłów zabrała głos opowiadając się za wprowadzeniem zakazu hodowli klatkowej.
W debacie wzięła udział komisarz ds. zdrowia Stella Kyriakides, która wyraziła poparcie dla inicjatywy „End the Cage Age”. Stwierdziła, że zaangażowanie Komisji w poprawę dobrostanu zwierząt „pozostaje imperatywem moralnym, zdrowotnym i ekonomicznym”. „A dla mnie dążenie do zmian jest osobistym zobowiązaniem” – dodała. Wcześniej, podczas kwietniowego przesłuchania w Parlamencie, unijny komisarz ds. rolnictwa Janusz Wojciechowski podkreślił, że Komisja obiecuje intensywnie pracować nad Końcem Epoki Klatkowej – to wskazówka, że propozycja jest przygotowywana.
Komentując dzisiejszą rezolucję, Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion Polska powiedziała: „Od ośmiu lat prowadzę tę kampanię w Polsce i wiem, że polscy obywatele i obywatelki czekają niecierpliwie na wprowadzenie zakazu. Bardzo mnie cieszy, że Parlament Europejski dziś zajął zdecydowane stanowisko w tej sprawie. Teraz nadszedł czas, aby politycy przekuli słowa w czyn – wszyscy czekamy na decyzję Komisji i ogłoszenie ambitnego planu jak zakończyć używanie tych przestarzałych narzędzi tortur zwanych klatkami”.
Źródło: Compassion Polska
Pięć osób zdecydowało się pozwać polskie władze za bezczynność w sprawie kryzysu klimatycznego, którego skutki odczuwają już teraz. Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi i Kancelaria GESSEL wspierają od strony prawnej pozywających, którzy domagają się od rządu podjęcia zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu, m.in. osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2043 roku i zredukowanie emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 60 proc. do 2030 roku.
– Zmiany klimatu dotyczą nas wszystkich. Wraz z moją rodziną robimy wiele, by ograniczać nasz wpływ na planetę. I jest dla mnie niezrozumiałe, że polskie władze nie przeciwdziałają kryzysowi klimatycznemu. Obarczają odpowiedzialnością nas, zwykłych obywateli, obarczają odpowiedzialnością górników, pracowników energetyki. Chcę, żeby to rządzący wzięli odpowiedzialność za naszą klimatyczną przyszłość – powiedziała Monika Stasiak, która w trosce o przyszłość kilkuletniego syna pozywa Skarb Państwa za zaniechania w ochronie klimatu.
– Kryzys klimatyczny jest faktem tu i teraz: w Polsce w 2021 roku. W naszym kraju już teraz na skutek zmiany klimatu cierpią konkretni ludzie: rolnicy, którym susza niszczy plony, rodzice obawiający się o bezpieczną przyszłość dla swoich dzieci, osoby, których mienie narażone jest na niszczycielski wpływ gwałtownych ulew czy trąb powietrznych. To są namacalne szkody i będą one tylko rosły, jeśli odpowiedzialni za kształtowanie rzeczywistości gospodarczej rząd nie zrobi nic, aby zapobiec katastrofie klimatycznej – powiedział dr Marcin Stoczkiewicz, prawnik z Fundacji ClientEarth.
Polski rząd zaniedbuje politykę klimatyczną
Klimat się ociepla i nawet w kraju strefy umiarkowanej, jakim jest Polska, odczuwalne są już skutki podniesienia średniej temperatury. Zmiana klimatu objawia się w takich formach jak padające co roku nowe rekordy ciepła i coraz dłuższe fale upałów latem, przedłużające się susze czy gwałtowne zjawiska pogodowe, skutkujące lokalnymi podtopieniami i zniszczeniem mienia.
Tymczasem eksperci wytykają polskiemu rządowi poważne zaniedbania w polityce klimatycznej. Polska ma nie tylko jedne z najmniej ambitnych celów redukcji emisji w UE, ale, jak wskazuje think-tank Instrat, nawet już przyjęte, niewystarczające programy klimatyczne nie są realizowane skutecznie. W porozumieniu wynegocjowanym z górnikami pod koniec kwietnia polski rząd zagwarantował wydobycie węgla w Polsce aż do 2049 roku, co opóźni potrzebne działania na rzecz klimatu o kolejne dekady.
– Zjawisko globalnego ocieplenia klimatu to też nowe wyzwania dla prawników. Nasza Grupa GESSEL FOR CLIMATE postanowiła aktywnie uczestniczyć w ochronie klimatu na drodze prawnej. Tradycyjne instytucje prawne są redefiniowane, aby sprostać nowym wyzwaniom klimatycznym w wielu sądach na świecie, jak choćby Urgenda czy ostatnia sprawa Shella. Śledzimy te zmiany, dzielimy się nimi na naszym specjalnym koncie w serwisie LinkedIn i staramy się wykazywać, że także polski system prawny musi odzwierciedlać te nowe potrzeby społeczne i je efektywnie chronić. Temu służy też tych pięć pozwów – powiedziała dr hab. Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz, senior partner w Kancelarii GESSEL.
Czego żądają pozywający?
Pozywający nie starają się o odszkodowania, będą walczyć przed sądem o uznanie odpowiedzialności państwa za zapewnienie bezpieczeństwa klimatycznego oraz o zobowiązanie przez sąd rządu – reprezentowanego przez Skarb Państwa – do podjęcia działań, które sprawią, że Polska wejdzie na ścieżkę redukcji krajowych emisji CO2 zgodnych ze wskazaniami nauki i naszymi międzynarodowymi zobowiązaniami.
Szczegółowe żądania zawarte w pozwach wynikają z m.in. z analizy działań i zaniechań polskich rządów w dziedzinie ochrony klimatu oraz analizy aktualnych i przewidywanych skutków zmian klimatycznych w Polsce. Pozywający oczekują, że Polska zobowiąże się do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2043 roku i nieprzekraczania przysługującego jej w latach 2020-2043 budżetu emisyjnego w wysokości 4,1 Gt CO2eq, a także zredukuje emisje gazów cieplarnianych do 2030 roku o co najmniej 60 proc. (w stosunku do poziomu z 1990 roku).
Zmiana klimatu dotyka Polki i Polaków już teraz
– Zdecydowałem się wystąpić na drogę sądową, bo nie widzę możliwości działania w inny sposób, by zwrócić uwagę rządzących na zagrażającą nam wszystkim katastrofę klimatyczną. Chcę bezpiecznej przyszłości dla moich dzieci i moich wnuków, a rząd niedostatecznie poważnie podchodzi do tego problemu – powiedział Piotr Nowakowski, właściciel lasu z Wielkopolski, który obserwuje pogarszającą się na skutek zmiany klimatu kondycję drzewostanu.
– Skończył się czas na gadanie, przyszedł czas na działanie. Uważam, że rządzący zbyt długo byli bierni nie podejmując działań, które będą chroniły nas, obywatelki i obywateli, przed zmianami klimatu. Kryzys klimatyczny to największe wyzwanie ludzkości, a ze strony polityków potrzebne są konkrety – wyjaśnia Małgorzata Górska, której dom narażony jest na podtopienia w czasie coraz częstszych i gwałtowniejszych nawalnych deszczy.
– Moje pokolenie jest pierwszym, które ma styczność ze skutkami kryzysu klimatycznego od urodzenia oraz ostatnim, które może coś jeszcze zrobić. Świat jest już o 1,2 stopnia Celsjusza cieplejszy w porównaniu do epoki przedindustrialnej. Chciałabym, żeby rządzący słuchali głosu nauki, który mówi o tym, że ocieplanie atmosfery musi zatrzymać się na 1,5 stopnia. Tylko taki poziom da milionom Polek i Polaków szansę na bezpieczną przyszłość – mówi licealistka i działaczka klimatyczna Maya Ozbayoglu.
– Od 40 lat mieszkam na Warmii i prowadzę gospodarstwo rolne o profilu ekologicznym. Obserwuję zmiany klimatu na własnej skórze. Między innymi tracę wodę – w moim gospodarstwie są trzy stawy, wszystkie trzy są praktycznie suche. Boję się o przyszłość moich dzieci, mojego gospodarstwa i chciałbym wywrzeć presję na rząd, by ten podjął odpowiednie działania – swoją decyzję o złożeniu pozwu tłumaczy Piotr Romanowski.
Pierwsze obywatelskie pozwy klimatyczne w Polsce
Pozwanym jest Skarb Państwa, który w tym wypadku reprezentują ministrowie odpowiedzialni za prowadzenie polityki ochrony środowiska, polityki energetycznej państwa, transportu, krajowych inwestycji energetycznych oraz zrównoważonego rozwoju. Co do zasady Skarb Państwa jest w polskim postępowaniu cywilnoprawnym podmiotem odpowiedzialnym za działania władzy państwowej.
Złożone pozwy dotyczą naruszenia przez władze państwowe dóbr osobistych pozywających. Fundacja ClientEarth – występująca w roli powoda reprezentującego osoby fizyczne – przy wsparciu Kancelarii GESSEL będzie wykazywać przed sądem, że prawa tych osób zostały naruszone przez władze państwowe. Te, zdaniem skarżących, poprzez swoje działania i zaniechania dopuściły do nadmiernych emisji w Polsce na poziomie prowadzącym do zmian klimatu niebezpiecznych dla ludzi i ekosystemów.
Historie osób, które zdecydowały się pozwać rząd za bierność w sprawie klimatu opowie w ramach cyklu #KlimatNaszaSprawa portal Noizz.
Źródło: Fundacja ClientEarth
Fot. Roman Ranniew
PZU wciąż ubezpiecza nowe oraz działające nielegalnie kopalnie węgla brunatnego – np. odkrywkę Turów, która zgodnie z postanowieniem wiceprezes TSUE od 21.05.2021 powinna wstrzymać wydobycie. TUW PZUW należące do grupy PZU ubezpiecza też kopalnię węgla brunatnego Bełchatów oraz wszystkie duże elektrownie węglowe w Polsce, w tym Bełchatów i Turów. Organizacje społeczne uznają to za skandal i kierują do zarządu PZU apel.
9 czerwca 2021 roku Fundacja „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, Akcja Demokracja i Rodzice dla Klimatu udostępniły w sieci apel skierowany do zarządu PZU SA. Sygnatariusze apelu wzywają ubezpieczyciela do publikacji strategii inwestycyjnej i ubezpieczeniowej, która będzie zgodna z aktualnym stanem wiedzy naukowej, wymaganiami porozumienia paryskiego i celami klimatycznymi UE.
– To skandal, że w obliczu narastającego kryzysu klimatycznego największy polski ubezpieczyciel – PZU nie ma polityki odejścia od ubezpieczania węgla! W zaprezentowanej w tym roku strategii firma mówi, że dba o to, co w życiu jest najważniejsze. To hipokryzja. Rozpoczynamy tę kampanię, aby powiedzieć, pani prezes i zarządowi PZU, że najważniejsze w życiu jest samo życie, a brak strategii odejścia od węgla to bezpośrednie zagrożenie dla naszej przyszłości. Ogromny nacisk społeczny spowodował, że wszyscy najwięksi światowi ubezpieczyciele odchodzą od ubezpieczania węgla. Sprawimy, że dołączy do nich PZU – zaznacza Piotr Antoniewicz, Zastępca Kierownika Kampanii w Akcji Demokracji.
Apel jest jasnym znakiem, że rośnie świadomość społeczna dotycząca finansowania i ubezpieczania inwestycji, które przyczyniają się do pogłębienia kryzysu klimatycznego. Zdają sobie z tego sprawę największe firmy ubezpieczeniowe na świecie, które deklarują rezygnację z inwestycji w sektor węglowy. Ogłaszają daty zakończenia ubezpieczania oraz sprzedaży wszystkich aktywów związanych z sektorem węglowym. PZU – wciąż nie podąża za światowymi trendami. Taka postawa budzi coraz większe oburzenie i będzie przyczyniać się do spadku liczby klientów.
– Jako matka jestem przerażona, w jaki sposób PZU dysponuje naszymi środkami. Wciąż ubezpiecza kopalnie i elektrownie węglowe takie jak Bełchatów czy Turów, które są jednymi z największych trucicieli w Europie i systematycznie przyczyniają się do katastrofy klimatycznej. Wiem już, że nasze codzienne decyzje, również w obszarze wyboru ubezpieczyciela, są bardzo ważne i każdy z nas mając wiedzę o bierności PZU wobec zmian klimatu, może dokonać właściwego wyboru – komentuje Dorota Herman, z ruchu Rodzice dla Klimatu.
– Nie możemy zgodzić się na to, żeby przyszłość, zdrowie i życie naszych dzieci i kolejnych pokoleń były przez PZU pomijane i mniej ważne niż doraźne gwarancje udzielane na rozwój i działalność kopalni – dodaje Marzena Wichniarz z Rodziców dla Klimatu.
PZU ma jeszcze czas na podjęcie odpowiedzialnej decyzji. Walne Zebranie Akcjonariuszy PZU S.A., które odbędzie się 16.06.2021 stanowi doskonałą okazję, by zarząd spółki potwierdził, że zakończy ubezpieczanie kopalni i elektrowni węglowych, które niszczą nasze zdrowie, zanieczyszczają wody i powietrze.
– PZU w trosce o miliony klientów oraz małych i średnich firm powinno odwrócić się od węgla i przestać ubezpieczać spółki z sektora paliw kopalnych, rezygnując z krótkoterminowych zysków na rzecz zwiększenia długofalowego bezpieczeństwa swoich klientów – komentuje Kuba Gogolewski, kampanier finansowy w Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE” – Kroki w tym kierunku podjęły już wszystkie inne duże towarzystwa ubezpieczeniowe w Europie, a brak polityki w tym zakresie oraz ubezpieczanie elektrowni i kopalni węglowych takich jak Turów czy Bełchatów czyni z PZU klimatyczną czarną owcę.
Link do apelu: https://dzialaj.akcjademokracja.pl/campaigns/pzu-odejdz-od-wegla
Źródło: informacja prasowa Rodzice dla Klimatu, RT-ON, Akcja Demokracja
Organizacje pozarządowe domagają się lepszej ochrony Odry i jej dorzecza przed szkodliwym działaniem kopalni węgla brunatnego. 2 czerwca wysłały list otwarty do instytucji zarządzających wodą w Polsce, Czechach i Niemczech, w którym żądają, aby w aktualizowanych właśnie krajowych i międzynarodowych Planach Gospodarowania Wodami dla dorzecza Odry, zajęto się oddziaływaniami wydobycia węgla brunatnego. Dotyczy to m.in. kopalni Turów.
List został wysłany także do delegatów Międzynarodowej Komisji Ochrony Odry przed Zanieczyszczeniem, którzy w dniach 8-9 czerwca spotykają się we Wrocławiu w celu omówienia aktualizacji międzynarodowego Planu Gospodarowania Wodami. Organizacje mają nadzieję, że komisja pochyli się nad ich rekomendacjami.
Kondycja wód w dorzeczu Odry jest daleka od dobrej. Mniej niż 40% Jednolitych Części Wód Powierzchniowych[1] jest w dobrym stanie chemicznym, a dobrego stanu ekologicznego nie osiągnęło nawet 20% jezior i rzek[2] znajdujących się na tym obszarze. Za taki stan rzeczy odpowiadają między innymi kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego znajdujące się w dorzeczu Odry w Niemczech i Polsce. A żadne z nich nie chroni właściwie wód przed oddziaływaniem górnictwa, choć zobowiązuje je do tego unijne prawo – Ramowa Dyrektywa Wodna.
– Problemem są tak zwane derogacje, czyli odstępstwa od celów środowiskowych Ramowej Dyrektywy Wodnej, które są hojnie przyznawane kopalniom i elektrowniom węglowym. W efekcie między innymi przekraczane są bezpieczne limity emisji toksycznych substancji, m.in. rtęci – komentuje Katarzyna Czupryniak, koordynatorka kampanii wodnej w Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. – Drugim problemem jest masowy pobór wody przez kopalnie i elektrownie. Nie zgadzamy się na przyznawanie derogacji podmiotom, których działanie prowadzi do wysychania gruntów rolnych i leśnych oraz ujęć wód podziemnych, zanikania rzek i jezior, a także degradacji mokradeł.
Odwodnienia górnicze tylko trzech polskich kopalni – Bełchatów, Szczerców i Turów – są odpowiedzialne za zły stan ilościowy w jednolitych częściach wód podziemnych o powierzchni ok. 3000 km2.
Kolejnym palącym problemem są zwolnienia z opłat za wodę. Ramowa Dyrektywa Wodna wymaga, aby kraje członkowskie wdrożyły polityki opłat za usługi wodne. Tymczasem Prawo Wodne zwalnia polskie kopalnie z opłat za odwodnienia kopalń węgla brunatnego. Podobnie jest w niemieckiej Saksonii, a w Brandenburgii firmy górnicze płacą tylko jeśli woda jest dalej wykorzystywana. Z kolei w Republice Czeskiej Prawo Górnicze pozwala operatorom korzystać z wody pobranej w ramach odwodnienia za darmo.
Istniejące kopalnie węgla brunatnego już teraz powodują tragiczne konsekwencje dla wody, a mamy jej w Europie coraz mniej. Dlatego sygnatariusze listu stanowczo sprzeciwiają się budowie nowych i rozbudowie istniejących odkrywek. Zamiast tego już teraz powinno się zaplanować jak przywrócić czystą wodę w zdegradowanych przez górnictwo regionach.
– Im dłużej kopalnie węgla brunatnego będą funkcjonowały, tym trudniejsze będzie zalanie ich wyrobisk i zapewnienie dobrego stanu jednolitych części wód – zaznacza Katarzyna Czupryniak. – A ochrona wód powinna być dla nas teraz priorytetem. Jasno pokazuje to ostatnia decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zobowiązująca Polskę do natychmiastowego wstrzymania działalności Turowa. Dla Unii dostęp ludzi do czystej wody jest ważniejszy niż interes firm węglowych.
List podpisały: Zielone Wiadomości, Fundacja “Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, Greenpeace Czech Republic, Stowarzyszenie Ekologiczne “EKO-UNIA”,Polski Klub Ekologiczny, Towarzystwo Przyjaciół Rzek Iny i Gowienicy, , European Environmental Bureau, Europe Beyond Coal, Coalition Clean Baltic (CCB), ClientEarth, Greenpeace Polska, Federacja Zielonych “GAJA”, Poland, Fundacja Zielone Światło, Alliance of Associations Polish Green Network, Arnika (Czech Republic), Koalice pro řeky (Czech Republic), Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Przyjezierze (Poland), Vides aizsardzības klubs, Latvija, Lithuanian Fund for Nature, APB-BirdLife Belarus, Association SOFIA
List dostepny jest tu: https://rozwojtak-odkrywkinie.pl/publikacje?download=23:list-otwarty-do-mkoo-przed-konferencj-8-czerwca1
Objaśnienia:
1. Jednolitą częścią wód powierzchniowych jest oddzielny i znaczący element wód powierzchniowych: jezioro i naturalne zbiorniki, np. naturalne stawy, sztuczny zbiornik wodny, ciek (struga, strumień, potok, rzeka, kanał), a także fragment morskich wód wewnętrznych, przejściowych lub przybrzeżnych
2. A także innych Jednolitych Części Wód Powierzchniowych
Źródło: Fundacja „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”
Fot. Dolina dolnej Odry, Tomasz Przywecki, CC BY 3.0, via Wikimedia Commons
Czy UE otworzy furtkę nowym roślinom genetycznie modyfikowanym? Polski rząd chciałby aby KE otworzyła tę furtkę szeroko, także dla modyfikowanych genetycznie mikroorganizmów i zwierząt.
W instytucjach unijnych toczy się od kilku miesięcy debata nad tzw. NGT (New Genomic Technics, po polsku nowe techniki genomowe). Od tradycyjnych GMO opartych zasadniczo na technikach tzw. transgenezy, nowe techniki różnią się technologicznie tym w jaki sposób dokonuje się manipulacji genów. Mówi się o mutagenezie i cisgenezie. Za najsławniejszą z metod, znaną pod nazwą CRISPR-Cas9 czy „nożyce genowe” jej autorki otrzymały w 2020 roku Nagrodę Nobla.
Komisja Europejska opracowała raport nt. nowych technik genomowych (NGT) opublikowany 29 kwietnia 2021, w którym stwierdziła, że techniki te mają potencjał, aby przyczynić się do bardziej zrównoważonego systemu żywienia w UE, jednak nie wyjaśniając w jaki konkretnie sposób oraz nie precyzując, że mimo licznych zapowiedzi przemysłu bioTech, na razie tylko dwie rośliny wyprodukowane przy pomocy nowych technik są komercjalizowane na świecie, więc KE opiera się na obietnicach i planach przemysłu, a nie na konkretach. KE stwierdziła też, że regulacje unijne dotyczące GMO wprowadzone w 2001 roku nie przystają do aktualnych technologii oraz wypowiedziała opinię, że niektóre produkty manipulacji genomowej praktycznie nie różnią się od produktów tradycyjnej selekcji.
Przesyłając raport do Prezydencji portugalskiej KE zapowiedziała w towarzyszącym liście, że zamierza podjąć prace nad nową specyficzną legislacją, którą proponuje objąć wyłącznie rośliny (bez mikroorganizmów i zwierząt) oraz tylko wybrane techniki modyfikacji genomowej: celową mutagenezę oraz cisgenezę.
Prezydencja wrzuciła temat na agendę Rady Europejskiej ministrów ds. rolnictwa 26 maja 2021 roku. Reprezentującym poszczególne kraje członkowskie ministrom lub ich przedstawicielom przewodniczący obrad zadał cztery pytania pod dyskusję:
1. Jaka jest reakcja kraju członkowskiego na raport KE, w tym na stwierdzenie w nim, że istniejąca legislacja dotycząca GMO nie jest dostosowana do nowych technik genomowych?
2. Czy kraj członkowski zgadza się z zakresem nowej legislacji proponowanym przez KE, czyli, że nowa legislacja będzie dotyczyła wyłącznie roślin (bez mikroorganizmów i zwierząt) i obejmie tylko wybrane typy modyfikacji: przez celową mutagenezę oraz cisgenezę?
3. Czy kraj członkowski zgadza się ze stwierdzeniem KE, że trzeba wziąć pod uwagę nie tylko ryzyka związane z wprowadzeniem na pola nowych technik genomowych, ale także korzyści ekonomiczne oraz ułatwienia w realizacji celów strategii „Od pola do stołu” Europejskiego Zielonego Ładu, jak również oczekiwania producentów oraz punkt widzenia opinii publicznej?
4. Jak można zapewnić otwartą partycypacyjną debatę w tworzeniu nowego prawodawstwa i jego realizacji?
Wszystkie kraje członkowskie oczywiście „wyraziły zadowolenie” z wykonanej przez KE pracy i „wyważonej” konkluzji. Jednakże były też zdecydowane różnice w przekazie i wyrażane przez niektórych ogólne lub konkretne rezerwy. Kraje bardziej sceptyczne (jak Słowacja, Luksemburg, Estonia, Cypr, Irlandia, Austria i in.) kładły w szczególności nacisk na unijną „zasadę przezorności”, która musi pozostać priorytetem, na konieczność uszanowania głosu opinii publicznej, która może nie zostać przekonana przez zapewnienia naukowców o bezpieczeństwie nowych technik genomowych (NGT) dla zdrowia ludzi i środowiska, szczególnie w dłuższej perspektywie. Zwracano uwagę na możliwą sprzeczność rozwoju nowych technik genomowych (NGT) z celem strategii „Od pola do stołu” rozwoju rolnictwa ekologicznego i agroekologii. Podkreślano konieczność wyboru dla konsumentów i rolników, a więc należny obowiązek odpowiedniego etykietowania produktów i samych nasion. Wreszcie przypomniano wyrok TSUE z 2018 roku, który uznał technikę mutagenezy za GMO, które powinno podlegać legislacji dla GMO z 2001 roku. Francja wyszczególniła natomiast jako nieakceptowalną modyfikację genów powodującą uodpornienie na działanie herbicydu. Słowacja zaznaczyła natomiast, że aktualnie nie dopuszcza GMO w rolnictwie w swoim kraju i chce mieć prawo utrzymania tego zakazu dla wszystkich produktów i technik GMO.
Ku naszemu zdumieniu, przedstawiciel polskiego rządu był najbardziej radykalnym obrońcą nowych technik genomowych (NGT), wzywającym KE do znacznie dalej idących zmian legislacyjnych, aby otworzyć Unię na wszystkie produkty nowych technik genomowych i wszystkie techniki, nie wykluczając żadnego sektora, a dzięki odpowiedniej kampanii medialnej „edukować” obywateli, aby nie stawiali szkodliwego sprzeciwu.
Polski przedstawiciel był w wyrażonym stanowisku jeszcze bardziej radykalny niż entuzjastyczna dla nowych technik genomowych (NGT) przedstawicielka Niemiec. Jest to tym bardziej zdumiewające, że jest to stanowisko rządu tego samego Prawa i Sprawiedliwości, które latami walczyło z GMO i poruszało cały swój elektorat i wszystkie „swoje” samorządy, broniąc Polskę i polskie rolnictwo, konsumentów i ekosystemy przed zagrożeniami jakie niesie kukurydza „Roundup ready” i inne rośliny GMO na otwartych polach, a wreszcie, gdy taka możliwość powstała, dołączyło Polskę do listy krajów członkowskich, które dobrowolnie wybrały zakaz stosowania materiału siewnego GMO na swoim terytorium.
Tak bardzo ten fakt jest zdumiewający, że cytuję wystąpienie polskiego przedstawiciela w całości (niestety nazwiska mówcy nie podano). W otoczce dyplomatycznego języka i sloganów o bezpieczeństwie i konsultacjach, przekaz jest jednoznaczny, nacisk jest położony na rozwój gospodarczy i konieczne usunięcie jakichkolwiek jego prawnych ograniczeń:
„Bardzo dziękuję panie przewodniczący.
Odpowiadając na pytanie pierwsze: szanowni państwo, Polska uważa, że analiza problemu wykonana przez Komisję Europejską jasno wykazała, że przepisy prawne w UE wymagają zmian. Szczególnie ważne jest to dla zapewnienia kontroli urzędowych przy identyfikacji produktów, które powstały przy użyciu nowych technik genomowych.
Aby wypracować zakres zmian w przepisach prawnych i ustalić zasady obowiązujące przy wykrywaniu takich produktów, niezbędne są szerokie konsultacje z ekspertami, ośrodkami naukowymi oraz organizacjami producentów i konsumentów.
Zmieniając prawo trzeba mieć na uwadze by wciąż było ono gwarantem bezpieczeństwa biologicznego i możliwości rozwoju.
Jeśli chodzi o pytanie drugie to zdaniem Polski nowe techniki genomowe stanowią różnorodną grupę technik, z których każda może być stosowana do realizacji różnych celów i różnych produktów. Do realizacji celów Europejskiego Zielonego Ładu, a w szczególności strategii „Od pola do stołu” i na rzecz bioróżnorodności, ważne są nie tylko produkty roślinne, ale również inne produkty, które mogą być tworzone przy użyciu tych technik. Stoimy zatem na stanowisku, że angażowanie ekspertów z wielu instytucji i praca nad zmianą przepisów są uzasadnione wówczas, jeśli będzie się to przekładać na wszystkie sektory, a nie wybiórczo tylko na produkty roślinne i wybrane techniki.
Poza tym w naszej ocenie taki wysiłek będzie nieskuteczny wobec problemów z identyfikacją produktów powstałych przy użyciu tych technik. Wynika to między innymi z braku metod wykrywania zmian w produktach, które powstały w oparciu o te techniki.
Odnosząc się do pytania trzeciego: Uważamy, że wszystkie decyzje związane z nowymi technologiami, na przykład z rozwojem sektora rolno-spożywczego, powinny być podejmowane w oparciu nie tylko o wyniki badań naukowych, ale również o opinię społeczeństwa oraz rozwój gospodarczy. Ważna jest jednak edukacja społeczeństwa, aby myśl naukowa nie przegrała konkurencji z dezinformacją i strachem.
Jeśli chodzi o pytanie czwarte, to uważamy, że ważna i potrzebna jest otwarta debata, aby wypracować wspólne stanowisko, które będzie podstawą stosowania Nowych Technik Genomowych i korzystania przez różne sektory z produktów powstałych z ich zastosowaniem. Potrzebne jest całościowe, globalne podejście do tego problemu i wzmocniona współpraca w oparciu o naukowe podejście. Eksperci, którzy będą pracowali nad tym zagadnieniem muszą być gotowi odpowiedzieć na szereg pytań.
Szczególnie istotne są pytania dotyczące bezpieczeństwa produktów, które powstały w oparciu o te techniki. Społeczeństwo europejskie nie jest przychylne modyfikacjom genetycznym. Jeśli dziś eksperci nie wytłumaczą jasno na czym polegają różnice pomiędzy GMO a produktami, które powstały w oparciu o nowe techniki genomowe i nie uspokoją emocji społecznych oraz niepewności jakie się z tym wiążą, to jest duża szansa, że społeczeństwo nie posłucha głosu nauki i odrzuci tą technologię”.
Debata i walka wokół nowych i starych GMO dopiero się zaczyna. Kalendarz prac nad nową legislacją jest długi i nie należy się spodziewać propozycji nowych przepisów wcześniej niż na początku 2023 roku, za prezydencji szwedzkiej. Będzie do tej pory wiele ciekawych momentów i możliwych „zwrotów akcji”, na przykład możliwe porozumienie koalicyjne po jesiennych wyborach w Niemczech między CDU/CSU a Zielonymi, a do tego możliwy wybór Annaleny Baerbock, współprzewodniczącej partii Bündnis 90/Die Grünen (niemieckich Zielonych) na następczynię Angeli Merkel.
W Polsce też nie wiadomo jak się potoczą starania rządu aby „edukować” obywateli dla nowych technik genomowych (NGT), w tym przede wszystkim swój własny prawicowy i wiejski elektorat, bardzo sceptycznie nastawiony do GMO, przede wszystkim z obaw o zdrowie ludzi i zwierząt – w odróżnieniu od Greenpeace czy Zielonych, którzy bronią przede wszystkim ekosystemów, bioróżnorodności, agroekologii i rolnictwa ekologicznego oraz zwalczają ideę przywłaszczania i patentowania świata żywego przez światowe korporacje.
Nowy temat dla żądnych sensacji mediów? Jest szansa.
Wystąpienie polskiego przedstawiciela na Radzie Europejskiej 26.05.2021 można odsłuchać tu (ok. 19:38:00): https://video.consilium.europa.eu/event/en/24610?start_time=0
Wielokulturowość przestrzeni miejskich zazwyczaj kojarzona jest przede wszystkim z widzialnością mniejszości etnicznych lub religijnych. Tymczasem pejzaż tej wielokulturowości tworzą także obecne w mieście społeczności osób nienormatywnych płciowo i/lub seksualnie, to jest na przykład społeczności lesbijek, gejów, osób biseksualnych, osób transseksualnych, interseksualnych czy niebinarnych – wobec nich wszystkich czasem dla uproszczenia używa się „przechwyconego” słowa queer[i]. Społeczności te posiadają własne wzory i kody kulturowe, które współtworzą mozaikę miejskiej różnorodności.
O czym mowa, czyli pojęcia
Zacznijmy najpierw od uporządkowania terminologicznego. W naukach społecznych pojęcie kultura oznacza zazwyczaj system wyrażonych w języku norm i wartości, a także artefakty z owym systemem powiązane. Ów system nie powstaje oczywiście „samorzutnie”, ale jest zazwyczaj efektem wielorakich procesów władzy, w wyniku których jedne wzory kulturowe zyskują pozycję dominującą (wówczas mówimy o kulturze dominującej), natomiast inne „zepchnięte” są (z wielu różnych powodów: od demograficznych do normatywnych) na pozycje podporządkowane. Wówczas mówimy o kulturze mniejszościowej i/lub o kulturze podporządkowanej. Właściwe jednak wyartykułowanie społecznej pozycji osób o nienormatywnej identyfikacji płciowej i/lub seksualnej wymaga specyficznego ujęcia terminologicznego, umożliwiającego właściwe powiązanie tej pozycji ze specyficznym kodem kulturowym oraz sposobem, w jaki kody te stają się widzialne w przestrzeni miejskiej.
Z pomocą przychodzą nam dwa terminy. Pierwszy to pojęcie subkultury, które obejmuje system znaczeń i powiązanych z nim artefaktów odmiennych, ale, co istotne dla naszych rozważań, nie zawsze sprzecznych z kulturą dominującą. Przykładem może być subkultura kibicowska czy też innego typu subkultura fanowska: modele ich zachowań i artefakty, jakimi się posługują, nie są powszechne i dlatego należą do modeli mniejszościowych, ale nie są normatywnie sprzeczne ze wzorami kultury dominującej. Są zatem akceptowane jako już to hobby, już to nieszkodliwe „dziwactwo” (jak w przypadku subkultur fanów „Gwiezdnych wojen”, którzy nie tylko organizują swoje zjazdy, gdzie przebierają się w kostiumy wzorowane na ulubionych postaciach, ale przenoszą także do życia codziennego elementy tych kostiumów, a czasem posługują się szczególnego rodzaju kodem moralnym lub nawet tworzą religię poświęconą kultowi postaci filmowych). Drugie pojęcie to kontrkultura, które oznacza mniej lub bardziej radykalną kontestację całości wzorów kultury zastanej i postulatach ich zmiany.
Jest ono o wiele bliższe treściom symbolicznym tworzonym z pozycji seksualnej i/lub płciowej nienormatywności, z tą wszakże różnicą, że nie można powiedzieć w sposób uprawniony, że osoby LGBTQ+ jako takie kontestują całokształt kultury dominującej. Oczywiście osoby te tworzą subkultury (na przykład subkultura „skórzaków” – zazwyczaj cis[ii] gejów ubierających się w skóry i odtwarzających stylizację z grafik słynnego Toma of Finland), tworzą także kontrkultury (należy do nich na przykład lesbijki separatyzm, zakładający konieczność zniesienia patriarchalno-heteronormatywnej kultury, czy też ruch osób anarchoqueer).
Niemniej jednak, jak widać, te dwa pojęcia (subkultury i kontrkultury) opisywać mogą część osób ze społeczności LGBTQ+, ale nie całość. Dlatego w badaniach queer[iii] posługujemy się raczej pojęciem kultury nienormatywnej, które oznacza kultury podporządkowane (mniejszościowe), wytwarzające system znaczeń i artefaktów wyrażających sprzeciw wobec niektórych norm i wartości kultury dominującej. Konsekwentnie nienormatywne kultury płciowe/seksualne to takie, które wytwarzane są jako podporządkowane systemy symboliczne, a których artefakty wyrażają sprzeciw wobec dominujących norm płci i seksualności oraz powiązanego z nimi systemu segregacji.[iv]
Dopiero takie określenie wzorów kulturowych wytwarzanych przez miejskie społeczności osób nieheteroseksualnych i/lub transpłciowych pozwala nam przyjrzeć się strategiom, przy pomocy których starają się one być widoczne w przestrzeni miasta.
Strategie bycia widzialnym
W 1968 roku francuski socjolog Henri Lefebvre opublikował niezwykle istotny tekst „Le Droit à la ville” („Prawo do miasta”)[v]. Stwierdził w nim, że przestrzeń miejska jest przestrzenią społeczną (a nie tylko, na przykład, architektoniczną), a zatem jest przestrzenią regulowaną między innymi przez relacje władzy i oporu. Należy do owych relacji, dodajmy od razu, także proces wytwarzania, internalizowania i kontrolowania norm płciowych i seksualnych oraz różnego typu wysiłki związane z oporem wobec tych procesów. Dalej Lefebvre pisze o tym, iż ludzie, którzy czują się w jakikolwiek sposób dyskryminowani czy wykluczeni wykorzystują przestrzeń miejską do zasygnalizowania swoich niezrealizowanych potrzeb oraz aspiracji, a także emocji z tym związanych: rozpaczy lub gniewu. Dlatego, powiada francuski socjolog, prawo do miasta analizować należy w kategoriach jednego z elementów praw człowieka. Ideę prawa do miasta podchwycił między innymi David Harvey, którego przetłumaczona także na język polski książka „Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja”[vi] stała się dla wielu polskich działaczek i działaczy miejskich bardzo ważnym teoretycznym i politycznym punktem odniesienia.
Aplikując natomiast idee Lefebvre’a do problematyki osób LGBTQ+ możemy stwierdzić co następuje: przestrzeń miejska jest przestrzenią społeczną, w której jednostka jest lokalizowana przez społeczne, regulacyjne, normatywne stosunki produkcji i reprodukcji[vii]. Owa lokalizacja, mająca wymiar symboliczny (oznaczenie pewnych cech jednostki jako nienormatywne) lub materialny (wyznaczenie jej konkretnego miejsca do życia, na przykład na obrzeżach miast czy w wyznaczonej dzielnicy lub zakaz jej widzialności w przestrzeni miejskiej) jest skutkiem działania władzy rozumianej jako sieć nakładających się na siebie relacji normalizacji.
Jednostki i grupy dotknięte owym wykluczeniem, lokalizującym je w przestrzeni społecznej miasta, starają się poprzez zróżnicowane praktyki oporu wrazić swój przeciw wobec przemocy symbolicznej i fizycznej. A ponieważ wykluczenie możliwe jest miedzy innymi dzięki mechanizmom zmuszania do niewidzialności i niesłyszalności podporządkowanych Innych, stąd praktyki oporu tak oznaczonych społeczności związane są (między innymi) z odzyskiwaniem przestrzeni miejskiej. Działania takie podejmują także osoby LGBTQ+.
Pierwszym przykładem takich działań niech będzie znakomicie przygotowany pod względem edytorskim przewodnik „HomoWarszawa”[viii]. Przewodnik ten podzielony jest na „spacery”, które biegną trasami wyznaczonymi przez miejsca teraźniejszej lub przeszłej obecności osób nieheteroseksualnych i transpłciowych. Pierwszy z nich, na przykład, rozpoczyna się przy dworcu kolejowym Warszawa Ochota przy al. Jerozolimskich, a to dlatego że w tamtejszej toalecie dworcowej urzędowała w dekadach PRL słynna przyjazna gejom babcia klozetowa – Józia. Spacer dalej wiedzie ul. Tarczyńską, gdzie w latach 50-tych znajdowało się jedno z warszawskich mieszkań Mirona Białoszewskiego, którego homoseksualność stała się publicznie jawna po publikacji jego „Dzienników”. Opodal zaś, przy pl. Starynkiewicza znajdowały się „Łaźnie przy Filtrach”, a łaźnie stanowiły ważne miejsce spotkań dla gejów w czasach PRL. Dworzec Centralny to kolejny punkt spaceru: w jego podziemiach znajdowała się kultowa ze wspomnianych wyżej powodów toaleta publiczna, a przy niej rozpoczynał się ważny w czasach PRL „Broadway” czyli wiodąca od Dworca Centralnego wzdłuż Pałacu Kultury i Nauki trasa, gdzie osoby nieheteroseksualne mogły się poznawać. Spacer prowadzi także do dwóch teatrów zlokalizowanych w budynku Pałacu: Teatru Dramatycznego i Teatru Studio, oba uchodzą dziś za instytucje bardzo przychylne i otwarte na osoby LGBTQ+, organizujące wiele wydarzeń kulturalnych dedykowanych tej społeczności.
Przewodnik prowadzi nas dalej do budynku byłej lecznicy rządowej, z okna której wyskoczył (lub wypadł) Jerzy Zawieyski, katolicki, nieheteronormatywny pisarz i publicysta. Nieopodal, przy Pięknej 66a, znajdowała się instytucja ważna dla polskich i warszawskich lesbijek: OŚKA (Ośrodek Informacyjny Kultury Kobiecej), w siedzibie której odbywały się spotkania jednej z pierwszych grup lesbijskich po 1989 roku: OLA-Archiwum. Przewodnik prowadzi nas jeszcze do (historycznej dziś) siedziby najstarszej polskiej organizacji LGBTQ+: Stowarzyszenia Lambda Warszawa, prowadzącej tam także ośrodek kultury „Rainbow”.

Fot. Lech Mergler
Przywołałem (fragment) jednego z proponowanych przez przewodnik spacerów, by pokazać jego „metodologię”: ukazuje on miejsca historyczne i współczesne, oficjalne i (bardzo) nieoficjalne, ale zawsze wiążące się z okruchami najczęściej bardzo „zakonspirowanej” widzialności osób nieheteroseksualnych. Odkrywanie nie tylko teraźniejszości queerowych kultur obecnych w mieście, ale także ich przeszłości: symbolicznych miejsc, budynków, ulic, placów, dworców itp. to bardzo ważny zabieg budowania pamięci o nieheteronormatywnej przeszłości miasta, dotychczas starannie przemilczanej. Pamięć ta ma także znaczenie polityczne: pozwala wskazać, że osoby LGBTQ+ „były, są i będą” częścią miejskiej przestrzeni społecznej (a tym samym, przestrzeni społecznej toutcourt), co winno mieć wpływ między innymi także na strategie dotyczące zarządzaniem miastem.
Marsze równości, tęcza, pomniki
Widzialność osób LGBTQ+ w przestrzeni miejskiej to oczywiście przede wszystkim marsze i parady równości, które na całym świecie organizowane są od czasów pierwszego marszu, który miał miejsce w Nowym Jorku, w pierwszą rocznicę „wydarzeń Stonewall”. Chodzi o trzydniową bitwę z policją, która w czerwcu 1969 roku urządziła nalot na bar mieszczący się przy Christopher Street. Bar ten był miejscem spotkań osób nieheteroseksualnych i przede wszystkim transpłciowych, w tym w dużym stopniu Czarnych osób trans. Do takich właśnie barów wpadała bardzo często policja, aresztując tam obecnych za „nieobyczajne” zachowanie. Celem tych marszów jest zatem wyrażenie „dumy lesbijsko-gejowskiej i transpłciowej” (gay-trans pride): sprzeciwu wobec przemocy, dyskryminacji i uprzedzeń. Same marsze, kolorowe zwykle przede wszystkim od tęczowych flag – symbolu queerowej rewolucji – zmieniają krajobraz miasta nie tylko wtedy, kiedy przechodzą jego ulicami, ale także później, na fotografiach i filmach. Widok tęczowej flagi na przykład na tle Pałacu Kultury i Nauki, historycznego symbolu radzieckiej dominacji, bardzo wiele mówi o przemianach w historii Warszawy i całej Polski.
Tęcza i tęczowa flaga to najbardziej oczywisty symbol obecności i widzialności osób LGBTQ+ w społecznej przestrzeni miasta. Flagi te lub inne tęczowe symbole znajdują się zazwyczaj przy siedzibach pozarządowych organizacji osób nieheteroseksualnych, ale także przy klubach, dyskotekach, saunach, księgarniach, sklepach i wielu innych miejscach dedykowanych tym osobom. Nie tylko flaga: w wielu miastach powstała moda na tęczowe pasy na przejściach dla pieszych, zazwyczaj upamiętniające miejsce lub okolicę związaną z nieheteronormatywną historią. W polskich miastach miejsc takich jest bardzo niewiele, stąd i flagi tęczowe nie są zbyt widoczne. Choć zmieniło się to w ostatnich latach.

Fot. Marcin Wrzos
W geście sprzeciwu przeciwko homofobicznej mowie nienawiści części sceny politycznej w Polsce wiele osób decyduje się na wywieszenie w oknach i na balkonach flagi tęczowej. Wiedziony zapewne tego samego rodzaju pobudkami anarchoqueerowy kolektyw „Stop Bzdurom”, którego członkinią jest słynna działaczka Margot, postanowił zrobić zdjęcia wybranych warszawskich pomników (np. Syrenki czy Mikołaja Kopernika) z flagą tęczową właśnie. Szczególne kontrowersje wzbudziło zdjęcie z tęczową flagą umocowaną na pomniku Chrystusa dźwigającego krzyż przy kościele św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Zresztą w wyniku tej akcji doszło do swoistego rodzaju walki na symbole i „egzorcyzmowania” pomnika – Prezydent RP złożył tam kwiaty oraz znicz, który kolektyw „Stop Bzdurom” przeniósł na Most Łazienkowski, skąd skoczyła transpłciowa aktywistka Milo Mazurkiewicz, popełniając samobójstwo w wyniku presji psychicznej związanej z transfobią. Całe to wydarzenie pokazuje dobitnie, jak przestrzeń miejska i symbolika miejska mogą okazać się ważnymi obszarami walki o równe traktowanie, wolność i szacunek dla osób LGBTQ+.
A skoro o pomnikach mowa: niech to one będą ostatnim przykładem tego, w jaki sposób społeczność queer stara się o widzialność w przestrzeni miasta. Otóż w wielu miejscach na świecie postawiono pomniki upamiętniające walkę osób nieheteroseksualnych i transpłciowych. I tak w Berlinie istnieje pomnik upamiętniający homoseksualnych mężczyzn będących ofiarami nazistowskiej homofobii, w wyniku której byli oni zsyłani (razem z „rasami podludzi”) do obozów koncentracyjnych i obozów zagłady. Podobny pomnik (w formie różowego trójkąta, który w tychże obozach był symbolem więźniów-gejów) znajduje się w Amsterdamie.
W Nowym Jorku zaś znajduje się duży i budzący kontrowersje w samej społeczności nieheteroseksualnej pomnik wydarzeń w barze Stonewall. Przedstawia on dwie pary: jedną siedzącą na ławce parę kobiet i stojącą parę mężczyzn. Pomnik wykonany jest z białego kamienia, którego kolor jest pierwszym z powodów kontrowersji: w walkach na Christopher Street brały udział przede wszystkim osoby Czarne. Były to także w znacznym stopniu osoby trans, a pomnik zaś przedstawia dwie pary cis osób – stąd druga kontrowersja. Jak zatem widać spory wokół sposobu widzialności osób LGBTQ+ w przestrzeni miejskiej mogą być oznaką przemian w samej polityce queer.
W Warszawie jeden z działaczy LGBTQ+ przedstawił propozycję upamiętnienia tablicą słynnego, nieistniejącego już, „grzybka” na pl. Trzech Krzyży. Grzybek, czyli toaleta publiczna w charakterystycznej, okrągłej formie, zbudowany został w 1892 roku i można przypuszczać, że służył jako miejsce męsko-męskiego seksu od początku swojego istnienia. Najstarsze spisane wspomnienia o takiej jego funkcji sięgają okresu tuż przed 1918 rokiem. „Grzybek” rozebrany został w 2005, a władze Warszawy nie zgodziły się, by upamiętnić jego długą historię stosowną tablicą.
* * *
Podałem naturalnie jedynie wybrane przykłady widzialności osób nieheteroseksualnych i transpłciowych w przestrzeni miejskiej. W wielkich miastach amerykańskich (i niektórych europejskich) po drugiej wojnie światowej powstały całe dzielnice, które do dziś pozostają zamieszkane przede wszystkim przez społeczność queer. Równocześnie w wielu miastach na świecie powstają nielegalne „koczowiska” dla przede wszystkim młodych, bezdomnych osób, które rodzina wyrzuciła z domu z powodu ich nieheteronormatywności. To przykłady już najbardziej znaczących przejawów obecności osób LGBTQ+ w społecznej przestrzeni miasta. Zwracałem uwagę na to, że społeczności osób transpłciowych i nieheteroseksualnych bardzo często pomijane są w analizach dotyczących miejskiej wielokulturowości, co uwzględniając przedstawione w pierwszej części tego tekstu uwagi dotyczące nienormatywnej kultury (nie tylko miejskiej) tworzonej przez osoby LGBTQ+ nie wydaje się właściwe. Można zasadnie domniemywać, że rozwój widzialności osób queer oraz ich zaangażowanie w polityczną walkę o równość i wolność będą w Polsce wzrastać, dlatego istotne będzie uwzględnianie tych społeczności w studiach miejskich.
W całym tekście konsekwentnie podkreślam słowo widzialność, ponieważ osoby interseksualne i transpłciowe, osoby biseksualne, lesbijki i geje są obecne w tych miastach i, jak pokazuje choćby przywoływany tu przewodnik po HomoWarszawie, były obecne od dekad i stuleci, jednak z powodu dominującej kultury heteronormatywnej były ukryte, niewidzialne i niesłyszalne.
Widzialne czy walczące o widzialność osoby queer współtworzą miejską mozaikę wielokulturowości, a jeśli uwzględnimy teorię przestrzeni społecznej Lefebvre’a, toczą w tej przestrzeni swoją walkę o równouprawnienie, w tym i prawo do miasta. Dlatego pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że zarówno teoretyczki/ycy, jak i praktyczki/ycy zajmujące się miastem, jego rozwojem i zmianami, będą uwzględniać w swoich analizach i w swoich strategiach rozwoju także perspektywę queer.
Przypisy:
[i]Zaznaczyć jednak trzeba, że nie wszystkie z osób, które są określane słynnym ostatnio akronimem LGBT zgadzają się na takie określenie, ale w literaturze naukowej bardzo często mowa jest o „queerowych przestrzeniach” czy „queerowych miejscach”.
[ii]Cis to odwrotność trans. Nie wgłębiając się w genealogię tego słówka wyjaśniam tylko, że każda osoba, która nie jest transseksualna, interseksualna, niebinarna itp., określana jest mianem osoby cis lub osoby cispłciowej.
[iii]Badania queer poświęcone są analizie społecznych i kulturowych uwarunkowań związanych z doświadczeniami osób płciowo i/lub seksualnie nienormatywnych, zob. Jacek Kochanowski, „Socjologia seksualności. Marginesy”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2013.
[iv]Chodzi o system segregacji seksualnej, który nagradza lub karze osoby w związku z ich płciowymi lub seksualnymi identyfikacjami. Opisała go Gayle Rubin w swoim tekście „Rozmyślając o seksie: zapiski w sprawie radykalnej teorii polityki seksualności” (tłum. Joanna Mizielińska, „Lewą nogą. Polityka Artystyka”, 16/04, s. 164-224.
[v] Henri Lefebvre, „Le Droit á la ville”, Edition du Seuil, Paris 1968.
[vi] David Harvey, „Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja”, tłum. Ewa Kowalczyk i inni, Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2021.
[vii]Nawiązuję tu do pojęcia biopolityka Michela Foucault („Wola wiedzy”, w, tenże, „Historia seksualności”, t. I, tłum. Bogdan Banasiaki Krzysztof Matuszewski, Czytelnik, Warszawa 2000). Obejmuje ona zarówno materialne, jak i niematerialne (symboliczne) aspekty oddziaływania rozproszonej władzy normatywnej na jednostkę.
[viii] „HomoWarszawa. Przewodnik kulturalno-historyczny”, red. Yga Kostrzewa et all., Abiekt.pl, Otwarte Forum, Lambda Warszawa, Warszawa 2009; dodam, że przewodnik został przygotowany w wersji polsko- I anglojęzycznej.
Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Kongresu Ruchów Miejskich
Fot. Lech Mergler
31 maja 2021 r. 22 organizacje społeczne zaapelowały w liście do Komisarza ds. Rolnictwa UE Janusza Wojciechowskiego, aby spalanie biomasy leśnej zostało usunięte z listy źródeł energii odnawialnej w Dyrektywie o Odnawialnej Energii (Renewable Energy Directive). Lasy trzeba chronić, a nie promować ich traktowanie jako paliwa wykorzystywanego do osiągnięcia celów klimatycznych.
W ramach ogłoszonej w 2019 r. polityki Europejskiego Zielonego Ładu, Komisja Europejska zapowiedziała rewizję dyrektywy o odnawialnych źródłach energii (RED II) w celu umożliwienia osiągnięcia nowych, podwyższonych celów redukcji emisji gazów cieplarnianych Wspólnoty do 2030 i neutralności klimatycznej do 2050 r. Obecnie dyrektywa ta uznaje spalanie biomasy leśnej za zrównoważone i odnawialne źródło energii. Wytworzona tak energia jest więc zaliczana do osiągania celów Państw Członkowskich dotyczących udziału odnawialnych źródeł w ich miksie energetycznym. Jest także subsydiowana (w 2017 r. suma dotacji w 15 krajach UE przekroczyła 6.5 mld EURO ) a pierwszy akt delegowany Taksonomii UE uznaje inwestowanie w nią za działalność zgodną z zasadami zrównoważonego rozwoju.
Na chwilę obecną połowa zużywanego w Unii Europejskiej drewna jest spalana. Dążenie do osiągnięcia coraz bardziej ambitnych celów klimatycznych przez palenie lasami w elektrowniach z pewnością dodatkowo podwyższy ten odsetek. Europa już raz została niemal zupełnie wylesiona na skutek nadmiernego wykorzystania biomasy leśnej na cele energetyczne. W połowie XIX w. niemal cała zachodnia część Starego Kontynentu była z tego powodu ogołocona z drzew. Dziś znów lasy są zagrożone rosnącą presją ze strony bioenergetyki – mówi Augustyn Mikos z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
Spalanie biomasy leśnej nie jest neutralne klimatycznie w perspektywie czasowej w jakiej musimy podjąć zdecydowane działania, aby zatrzymać postępujący kryzys klimatyczny. Zamiana paliw kopalnych na biomasę leśną wiąże się wręcz ze zwiększeniem emisji CO2. Pozyskiwanie drewna na cele energetyczne zagraża również lasom i ich różnorodności biologicznej. W związku z tym realizacja podwyższonych celów dotyczących udziału energii z odnawialnych źródeł w miksie energetycznym Państw Członkowskich UE poprzez zwiększanie spalania biomasy leśnej stoi w sprzeczności z założeniami dotyczącymi dążenia do neutralności klimatycznej i zachowania różnorodności biologicznej wyrażonymi w polityce Europejskiego Zielonego Ładu. Skutkować będzie ona rosnącą presją na lasy oraz jeszcze większymi emisjami CO2, które powinniśmy pilnie i znacząco ograniczać.
Najprostszym rozwiązaniem tego problemu jest wykreślenie biomasy leśnej z listy odnawialnych źródeł energii w dyrektywie RED II. Ograniczy to boom na niezrównoważone wykorzystanie biomasy, jednocześnie pozwalając wykorzystywać ją w mniejszej skali i tam, gdzie jest rzeczywiście potrzebna. Należy również zaprzestać subsydiowania biomasy, a zaoszczędzone środki przeznaczyć na wsparcie prawdziwie neutralnych klimatycznie źródeł energii.
Źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
Usługa monitorowania atmosfery programu Copernicus śledzi pożary lasów na półkuli północnej na początku sezonu borealnych pożarów lasów. Podczas gdy aktywność pożarów we wschodniej Syberii była poniżej średniej, to silnie dotknięte pożarami regiony zachodniej Syberii budzą niepokój naukowców na tym wczesnym etapie sezonu.
Naukowcy z Copernicus Atmosphere Monitoring Service (CAMS) bacznie obserwują Syberię, gdyż pierwsze pożary na tym obszarze oznaczają początek borealnego sezonu pożarowego. Regiony wokół Omska i Tiumenu w zachodniej Syberii zostały szczególnie dotknięte pożarami od połowy kwietnia, podczas gdy inne intensywne pożary wybuchły w środkowej Kanadzie w połowie maja. CAMS, wdrożony przez Europejskie Centrum Prognoz Średniozakresowych (ECMWF) na zlecenie Komisji Europejskiej, konsekwentnie monitoruje intensywność i emisje pożarów na całym świecie.
Dane CAMS pokazują, że w okresie od 1 kwietnia do 24 maja liczba pożarów i dzienne szacunkowe całkowite emisje dla Omska i Tiumenu w zachodniej Syberii były znacznie powyżej średniej z poprzednich lat (w zbiorze danych – 2003-2020). Całkowite szacowane emisje w tym okresie w 2021 r. są drugie co do wielkości w Tiumenie po 2008 r. i trzecie co do wielkości w Omsku, po 2008 i 2014 r. Z kolei szacunkowe emisje pożarów na wschodnich terytoriach Rosji, takich jak obwód amurski i sąsiednie regiony na Dalekim Wschodzie. Okręg Federalny nie był tak aktywny pod względem pożarów od kwietnia do maja jak w poprzednich latach.

Dzienna całkowita moc promieniowania w okresie od 1 kwietnia do 24 maja 2021 r. (Czerwona) i średnia dzienna w latach 2003-2020 (szara) dla Syberii Zachodniej (po lewej) i Dalekowschodniego Okręgu Federalnego (po prawej).
Źródło: Usługa monitorowania atmosfery programu Copernicus / ECMWF
Ten wzór zaobserwowanej aktywności pożarów odzwierciedla wzór anomalii wysokiej i niskiej temperatury powierzchni w kwietniu w tych regionach: aktywność pożaru była wyższa w regionach z dodatnimi anomaliami temperatury powierzchni i niższa w regionach, w których anomalie temperatury powierzchni były generalnie neutralne lub ujemne.

Szacunkowa emisja węgla w okresie od 1 kwietnia do 24 maja 2021 r. dla Syberii Zachodniej (po lewej) i Dalekowschodniego Okręgu Federalnego (po prawej).
Źródło: Usługa monitorowania atmosfery programu Copernicus / ECMWF
Ponadto w połowie maja w Manitobie i Ontario w Kanadzie zaczęły się palić duże pożary, wytwarzając gęste smugi dymu. Naukowcy z CAMS donoszą, że pożary wykazują dzienną moc promieniowania (FRP) znacznie powyżej średniej z lat 2003-2020, emitując szacunkowo 0,88 megaton węgla do atmosfery. Smugi dymu z tych pożarów były transportowane przez Atlantyk na odległość setek mil.

Po lewej: Dzienna całkowita moc promieniowania w okresie od 1 maja do 24 maja 2021 r. (Czerwona) i średnia dzienna w latach 2003–2020 (szara) dla całej Kanady. Po prawej: Szacunkowa emisja węgla między 1 maja a 24 maja 2021 r. Dla Kanady w porównaniu z pełnym miesiącem maja poprzednich lat (2003-2020) Źródło: Copernicus Atmosphere Monitoring Service / ECMWF
Sezon pożarów borealnych trwa zazwyczaj od maja do października, a szczyt aktywności przypada między lipcem a sierpniem. Poprzednie lata wykazały specyficzny wzrost i intensywność ognia w kole podbiegunowym, szczególnie w azjatyckiej Rosji. Dane z monitoringu pożarów CAMS wyraźnie wskazują na duży wzrost liczby pożarów w 2019 i 2020 roku w porównaniu z pozostałymi danymi z 2003 roku, co prowadzi do nowego rekordu całkowitej rocznej szacowanej emisji CO2 w 2020 roku na kole podbiegunowym: 244 megaton, w porównaniu do 181 megaton w 2019 roku.
Podczas gdy w niektórych lasach i obszarach roślinnych ogień jest istotnym składnikiem, który może wzbogacić glebę, usunąć martwą roślinność i rozmnażać nasiona, pożary na Arktyce są powodem do niepokoju, ponieważ spalanie gleby torfowej uwalnia węgiel, który został uwięziony w ziemi tysiące lat. Wiele pożarów w 2020 r. tliło się w glebach torfowych, ale także w wiecznej zmarzlinie lub w jej pobliżu z dużą zawartością lodu.
Pożary na dużą skalę i długotrwałe w okresie od czerwca do sierpnia 2020 r. odzwierciedlały bardzo suche i ciepłe warunki panujące na Arktycznej Syberii przez całe lato. Miesięczny Biuletyn Klimatyczny serwisu partnerskiego CAMS, Copernicus Climate Change Service, wykazał w kwietniu 2021 r. ujemną wilgotność gleby i dodatnie temperatury powierzchni nad północną Syberią, co może dawać wczesną wskazówkę co do sprzyjających warunków dla pożarów w tym roku. Anomalie w maju i inne zmienne, takie jak pokrywa śnieżna, będą miały krytyczne znaczenie, a miesięczny biuletyn klimatyczny C3S za maj pomoże dać jaśniejsze wyobrażenie o tym, czego możemy się spodziewać tego lata.
Mark Parrington, starszy naukowiec i ekspert ds. pożarów w ECMWF Copernicus Atmosphere Monitoring Service, komentuje: „Jest jeszcze wcześnie, aby oszacować wpływ i zasięg tegorocznego sezonu pożarów borealnych i pożarów w regionie arktycznym i subarktycznym. Chociaż nierzadko zdarza się, że wiosną występują pożary lasów na dużych szerokościach geograficznych, trudno jest przewidzieć, czego możemy się spodziewać latem. Będziemy uważnie obserwować ten obszar, aby zobaczyć, czy znowu dostaniemy kolejny rekordowy sezon. Dane z naszego Globalnego Systemu Asymilacji Pożarów pokazują, że pożary za kołem podbiegunowym zwykle występują w lipcu i sierpniu. Będziemy nadal monitorować aktywność pożarów w tym regionie i na całym świecie, a także intensywność pożarów i wynikający z nich dym”.
CAMS monitoruje globalne pożary i szacuje emisje, które powodują za pomocą swojego Globalnego Systemu Asymilacji Ognia (GFAS), wykorzystując instrumenty na satelitach i dane in-situ. Szacunkowe emisje są połączone z systemem prognoz pogody ECMWF, który modeluje transport i skład chemiczny zanieczyszczeń atmosferycznych, aby przewidzieć, jak wpłynie to na jakość powietrza na świecie do pięciu dni naprzód.
Źródło: Copernicus
Reforma wspólnej polityki rolnej (WPR), zgodna z Europejskim Zielonym Ładem, to szansa dla małych i średnich gospodarstw, mówi komisarz UE ds. rolnictwa Janusz Wojciechowski w rozmowie z EURACTIV.com. Wczoraj (25 maja) przedstawiciele Parlamentu Europejskiego, Rady UE i Komisji Europejskiej rozpoczęli rozmowy trójstronne, których celem jest zawarcie porozumienia w sprawie reformy WPR.
Gerardo Fortuna, EURACTIV.com: Oczekuje się, że rozmowy trójstronne (25-26 maja) będą ostatnim elementem przygotowywania nowej wspólnej polityki rolnej (WPR). Obecna portugalska prezydencja w Radzie UE była krytykowana za bardzo defensywną postawę w związku z zawieraniem umowy na ostatnią chwilę. Czy zgadza się Pan z taką opinią?
Janusz Wojciechowski: Jestem optymistą jeśli chodzi o zakończenie rozmów z sukcesem i osiągnięcie ostatecznego kompromisu, a portugalska prezydencja jest bardzo aktywna żeby to osiągnąć.
Oczywiście nie jest to dla nich łatwe, ponieważ reprezentują wszystkie 27 państw członkowskich UE. Ich mandat jest ograniczony i rozumiem ich stanowisko, ale zmierzamy we właściwym kierunku i nie pozostały już żadne poważne sprzeczności.
GF: Jednym z najbardziej drażliwych problemów, który pozostał do omówienia w negocjacjach ws. reformy WPR, jest kwestia odpowiedzialności społecznej [propozycja uzależnienia dopłat dla rolników od przestrzegania praw pracowniczych – red.]. Co Pan o tym sądzi?
JW: Jako przedstawiciel KE zadeklarowałem swoje poparcie dla tego pomysłu. Ważnym jest, aby wziąć pod uwagę nie tylko standardy środowiskowe, klimatyczne, czy też dotyczące dobrostanu zwierząt, ale także to w jaki sposób beneficjenci WPR traktują prawa pracowników.
Problemem jest to w jaki sposób można włączyć tę odpowiedzialność w WPR z powodu zróżnicowanych systemów weryfikacji instytucji zajmujących się kontrolą pracy. Dyskutujemy na temat tych technicznych aspektów i jestem optymistycznie nastawiony, że ostatecznie uda się zawrzeć odpowiedzialność społeczną w nowej WPR.
GF: Jeśli chodzi o programy ekologiczne, wydaje się, że Parlament i Rada w końcu dojdą do porozumienia. Czy ostatnia propozycja portugalskiej prezydencji jest satysfakcjonująca dla Komisji?
JW: Kompromis między Radą a Parlamentem będzie prawdopodobnie konieczny. Rada domaga się 20 proc. płatności bezpośrednich na programy ekologiczne, a Parlament oczekuje 30 proc. Komisja popiera rozwiązanie proponowane przez PE, ponieważ programy ekologiczne stanowią bardzo ważny element „zielonej” architektury nowej WPR.
GF: Co odpowiada Pan tym, którzy sugerują, że programy ekologiczne nie są zgodne z wytycznymi Światowej Organizacji Handlu (WTO)?
JW: 19 maja rozmawiałem z dyrektor generalną WTO Ngozi Okonjo-Iweala na temat Europejskiego Zielonego Ładu w rolnictwie, jak również o ekoprogramach.
Wyjaśniłem jej, że nie powinny być one rozpatrywane jako wsparcie dla produkcji rolniczej, ale raczej jako pomoc dla rolników w ich działaniach na rzecz klimatu, środowiska i dobrostanu zwierząt.
Nie powinno to stanowić problemu przy zasadach WTO, ponieważ jest to wsparcie dla rolników, którzy ponoszą dodatkowe koszty za wyższe środowiskowe i klimatyczne standardy.
GF: Czy uważa Pan, że reforma WPR oferuje wystarczające wsparcie dla małych gospodarstw rolnych?
JW: Wzmacnianie wsparcia dla małych i średnich gospodarstw rolnych to jeden z moich priorytetów jako komisarza. Jednak takie gospodarstwa są coraz bardziej poddawane presji ze strony intensywnego rolnictwa, z którym nie są w stanie konkurować.
Reforma to nowa szansa dla małych i średnich gospodarstw. Dzięki wsparciu instrumentów Zielonego Ładu mają one szansę stać się konkurencyjne jako gospodarstwa ekologiczne, uczestniczące np. w krótkich łańcuchach dostaw.
Większość rolników zyskuje dodatkowe możliwości dzięki „zielonej” architekturze WPR. Być może rolnicy przemysłowi nie będą usatysfakcjonowani, ale myślę, że skoro europejski model rolnictwa opiera się na gospodarstwach rodzinnych, będzie to dla nich korzystne.
GF: Czy pańska krytyka wobec wad poprzedniej WPR została uwzględniona?
JW: Ogólnie WPR jest sukcesem. Dzięki tej 60-letniej polityce w UE mamy zagwarantowane bezpieczeństwo żywnościowe, nawet podczas pandemii. Istnieje jednak problem z koncentracją terenów. W obecnej sytuacji 52 proc. gruntów należy do zaledwie 3 proc. właścicieli. Straciliśmy 4 mln małych gospodarstw w ciągu ostatniej dekady.
W poprzedniej WPR było kilka błędów, na przykład system inwestowania w rozwój dużych farm zwierzęcych, takich jak hodowla trzody chlewnej. W Polsce 15 lat temu było ich 800 tys., a teraz jest 10 razy mniej.
Proces ten idzie w jednym kierunku – jest mniej gospodarstw, ale pozostają te większe. Musimy lepiej kontrolować to zjawisko i zapewnić możliwości przetrwania małym gospodarstwom. Odnosi się to również do produkcji zwierzęcej, ponieważ istnieje wiele negatywnych skutków ich zbyt dużej koncentracji i to także stanowi problem dla bezpieczeństwa żywnościowego.
Potrzebujemy bardziej zrównoważonego rozwoju naszego rolnictwa i wydatków na WPR. Fundusze z drugiego filaru powinny być przeznaczane dla małych i średnich gospodarstw ponieważ wielokrotnie były one wykluczane ze wsparcia finansowego, a duże gospodarstwa były traktowane lepiej.
GF: W związku z tym, że negocjacje ws. WPR dobiegają końca, czy sądzi Pan, że ta reforma ma potencjał do tego, aby być zgodna z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu?
JW: Negocjacje odbywają się w zgodzie z Zielonym Ładem. Najważniejsze elementy „zielonej” architektury będą uwzględnione w reformie WPR, ale oczywiście nie wszystkie. Zielony Ład to bardzo ambitny plan, ale myślę, że idziemy we właściwym kierunku.
Trzeba zauważyć, że nie wszystko zostanie zawarte na poziomie legislacji – ważną częścią tej reformy będą narodowe plany strategiczne. Wiem, że dyskusje z państwami członkowskimi będą trudne, ponieważ jednym z najbardziej poważnych problemów jest fakt, że mamy różne uwarunkowania w poszczególnych krajach, na przykład w zakresie emisji gazów cieplarnianych.
Problemem będzie odnalezienie sprawiedliwego podejścia do naszych wymogów ze strony państw członkowskich. Oczekuję, że państwa z wysokim poziomem emisji, zużyciem pestycydów, nawozów itd. będą bardziej ambitne i podejmą więcej działań.
GF: Co sądzi Pan o tym, że niektóre regiony Wielkiej Brytanii postanowiły zrezygnować z płatności bezpośrednich i zamiast tego skupić się bardziej na rozwoju obszarów wiejskich i płatnościach za usługi ekosystemowe? Czy jest to właściwy ruch dla przyszłości rolnictwa? Czy widzi Pan podobny kierunek dla przyszłości WPR?
JW: Musimy utrzymać system płatności bezpośrednich ponieważ jest to bardzo ważny sposób wspierania rolników.
Kluczowym problemem w UE jest zastępowalność pokoleń – bardzo trudno jest zachęcić młodych ludzi do tego, aby zostali rolnikami, ponieważ to ciężka praca, obciążona wysokim ryzykiem.
A bez wsparcia nie będziemy mieć rolników w UE. Nie ma innego wyboru, niż ich wspieranie.
Źródło: EURACTIV.pl
Fot. European Parliament
26-27 maja 2021 roku wszystkie oczy zwrócone będą na decydentów i decydentki, którzy/re mogą odegrać bardzo ważną rolę by ochronić zwierzęta, ludzi, bioróżnorodność i pomóc powstrzymać kolejne pandemie. To wtedy odbędzie się kluczowe głosowanie w Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności w Parlamencie Europejskim nad sprawozdaniem dotyczącym różnorodności biologicznej.
COVID-19 jasno pokazał, że nie możemy dłużej zajmować się zdrowiem publicznym, ignorując sposób w jaki traktowane są zwierzęta, to w jaki nimi handlujemy, trzymamy lub hodujemy, a także sposobem, w jaki chronimy ich naturalne siedliska.
Rolnictwo należy zreformować tak, aby środki publiczne były wykorzystywane do pomocy rolnikom w przechodzeniu na mniej intensywne, wysokobudżetowe metody produkcji rolnej, które pomagają w odbudowie różnorodności biologicznej, a tym samym wspierają strategię „Różnorodność biologiczna 2030”.
Kolejna pandemia może również łatwo pojawić się w wyniku tego, co jest obecnie normą w produkcji żywności w większości rozwiniętych części świata: intensywnego rolnictwa.
W UE setki milionów świń i miliardy kurczaków są hodowane w warunkach przemysłowych, są inkubatorami chorób odzwierzęcych, które mają poważny wpływ na zdrowie publiczne.
Wiele takich chorób jest coraz trudniej leczyć. Niewłaściwe stosowanie antybiotyków w intensywnej hodowli w znacznym stopniu przyczynia się do powstawania oporności na środki przeciwdrobnoustrojowe.
W tym czasie krajach UE średnio aż 80% produkowanych antybiotyków jest konsumowane właśnie przez zwierzęta hodowane na mięso, jaja lub mleko, a 70% pojawiających się chorób zakaźnych u ludzi pochodzi od zwierząt i nie inaczej jest w przypadku COVID-19.
Zmiany w użytkowaniu gruntów i mórz oraz utrata siedlisk dla celów rolniczych, a zwłaszcza intensyfikacja hodowli zwierząt, powodują częstsze i ściślejsze interakcje między zwierzętami zarówno hodowlanymi, jak i dzikimi, ludźmi i ekosystemami. W rezultacie 77% naszych chronionych gatunków i 84% siedlisk przyrodniczych w samej UE zniknęło lub jest w bardzo złym stanie. Te gatunki i siedliska nie tylko mają nieodłączne prawo do ochrony, ale w rzeczywistości powinny być o wiele lepiej chronione, ponieważ razem pomagają zdrowiu ludzkiemu, zapewniając istotne usługi ekosystemowe, takie jak czyste powietrze i woda oraz ochrona przed erozją i suszą.
COVID -19 mógł równie dobrze rozwinąć się tutaj, w Europie. UE jest głównym celem podróży dla egzotycznych zwierząt domowych, w tym naczelnych, gadów i płazów, które są legalnie i nielegalnie sprzedawane i przewożone w celu sprzedaży i trzymania w domach Europejczyków, w większości przypadków przy niewielkiej kontroli sanitarnej lub jej zupełnym braku. Stanowi to nie tylko zagrożenie dla zdrowia ludzkiego, ale również dla różnorodności biologicznej, co zostało uwzględnione w europejskiej strategii dotyczącej inwazyjnych gatunków obcych.
Dlatego Green REV Institute razem z Eurogroup for Animals wzywa Posłów i Posłanki do PE, zasiadających w Komisji ENVI (Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności), do głosowania dla ludzi, zwierząt i bioróżnorodności. Bartosz Arłukowicz, Marek Balt, Premier Ewa Kopacz, Adam Jarubas, Joanna Kopcińska, Ryszard Legutko, Anna Zalewska, Róża Thun und Hohenstein, Grzegorz Tobiszowski, Jadwiga Wiśniewska to decydenci/tki, którzy i które mogłyby przyczynić się do ochrony bioróżnorodności, zdrowia ludzi, życia zwierząt.
Co należy zrobić by poprawić obecne zagrożenie pandemiczne i znikające w zastraszającym tempie bioróżnorodność? Należy wspierać wysiłki na rzecz promowania roślinnych alternatywnych źródeł białka w diecie człowieka, pomagając środowisku naukowemu i rolnikom w lepszym opracowywaniu i wprowadzaniu na rynek produktów zawierających białko roślinne.
Zwalczanie pandemii oznacza zwalczanie okrucieństwa wobec zwierząt, teraz i na zawsze.
Źródło: Green REV Institute
Fot. Andrew Skowron