Fundacja „Rozwój TAK – Odkrywki NIE” zaprasza do udziału w bezpłatnym webinarze „Ochrona złoża. Czy węgiel brunatny powinien podlegać specjalnej ochronie?”, który odbędzie się 22 lipca 2021, w godz.12.00 – 13.30.

Koniec planów budowy odkrywek, to nie koniec problemów mieszkańców gmin położonych na złożach węgla brunatnego.

Społeczności lokalne, które przez całe lata borykały się z zagrożeniem budową kopalni odkrywkowych, mierzą się z kolejnym problemem. Hamulcem do swobodnego rozwoju gmin stała się tzw. ochrona złoża przed zabudową. Na terenach, gdzie występują udokumentowane złoża węgla brunatnego, mieszkańcy i samorządowcy często mierzą się z odmową uzgodnienia warunków zabudowy czy rozpoczęcia inwestycji komunalnych przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska.

Dlaczego węgiel brunatny, który odchodzi do lamusa, wciąż podlega specjalnej ochronie? Czy mieszkańcy są całkowicie bezradni? Co tak naprawdę oznacza ochrona złoża? Kogo dotyczy? Jak bronić się przed niesprawiedliwymi decyzjami? Odpowiedzi na te i szereg innych pytań poznają Państwo podczas webinaru, który poprowadzi radca prawny Sebastian Czwojda.

Do kogo skierowany jest webinar? 

Webinar kierowany jest przede wszystkim do urzędników, samorządowców i mieszkańców gmin, którzy borykają się z problemem ograniczenia potencjału rozwojowego w związku z ochroną złóż oraz z miejscowości, które mogą być narażone na podobne trudności ze względu na ujawnione na ich terenie złoża kopalin.

Prowadzący: Sebastian Czwojda, radca prawny w Kancelarii Prawnej „Primum Lex”

Moderacja: Tomasz Waśniewski, prezes Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”

Data: 22 lipca 2021 r., w godz.12.00

Jak się zapisać?

Jeżeli chcesz wziąć udział w webinarze, wypełnij formularz online.

Wydarzenie na Facebooku: https://www.facebook.com/events/880370389358313

Na zgłoszenia czekamy do 20 lipca 2021 r.

Webinar odbędzie się na platformie ZOOM. Link zostanie przesłany uczestnikom po rejestracji. Udział w webinarze jest bezpłatny.

W moim osobistym rankingu najbardziej absurdalnych komentarzy udających argumenty, znajduje się tekst o wiatrakach przyczyniających się do zagłady owadów. Według autora pobudowano je w korytarzach ekologicznych i teraz masowo wybijają wszystko, co się w ich pobliżu pojawia. Oczami wyobraźni ujrzałam stada migrujących ważek[1] siekanych na pył łopatami wiatraków.

Wszystko niby się zgadza, ale to tylko chwytliwy (szczególnie emocjonalnie) slogan, a nie sensowny argument. Wiatraki w Polsce od dawna mają robiony czarny PR, więc winę za wymieranie owadów też można na nie zrzucić. Choć mogą przyczyniać się do pogarszania sytuacji, to kluczem zawsze są proporcje – czy jest to w 90% czy w 0,009%? Bo gdy skupiamy się na czymś, co całościowo nie jest istotne, łatwo możemy stracić z oczu sedno problemu.

Za zagładę owadów na naszych szerokościach odpowiedzialne są głównie pestycydy (nie tylko insektycydy, ale też herbicydy). Potwierdzają to od dekad setki badań naukowych, co roku dokładane są nowe. Można próbować rozmywać tą informację różnymi mądrze brzmiącymi, ale pustymi merytorycznie zdaniami, jednak nie zmieni to faktu, że pestycydy to substancje bardzo szkodliwe dla wszystkich żywych organizmów. W tym kontekście, jako „kontrargument”, często przytaczana jest zasada Paracelsusa, o tym, że to dawka czyni truciznę i że wszystko może być trucizną. Podobnie – niby logiczne, a jednak nieprawda.

Paracelsus żył w XVI w. i w swojej praktyce zalecał min. leczenia syfilisu[2] rtęcią. Sam też ją łykał, w wyniku czego miał wyniszczony organizm. Jednak faktycznie, te dawki, które zażywał nie zabiły go od razu. Rtęć jest obecnie uznawana za jedną z najbardziej toksycznych substancji dla żywych organizmów. Do tego, o ile w przypadku zwierząt nerki i wątroba pomagają poradzić sobie z (niektórymi) truciznami, a ich metabolity, podobnie jak metabolity leków, mogą być usuwane[3], to z ekosystemu nic nie może zostać ot tak „wydalone”. Jeśli nie zostanie zneutralizowane, to gdzieś się skumuluje. Problemem jest gdzie, w jakiej ilości oraz komu i jak bardzo to szkodzi. Raport Europejskiej Agencji Środowiskowej[4] z zeszłego roku pokazuje, że w glebie oraz wodach gruntowych i powierzchniowych na terenie Unii Europejskiej nadal znajdowane są pozostałości DDT, ekstremalnie szkodliwego pestycydu wycofanego z użycia w UE około 30 lat temu[5]. Towarzyszą mu dziesiątki innych toksycznych substancji, których łącznego wpływu na istoty żywe nie da się praktycznie zbadać[6].

Lanie trucizn na rośliny, gleby, rozpylanie w powietrzu prowadzi do tego, że – co chyba nie jest dla wszystkich oczywiste – mamy ich coraz więcej w otoczeniu. Owadów – może poza tymi, które żywią się krwią i są mniej narażone przez to na zatrucie poprzez kontakt z rośliną czy glebą – za to coraz mniej. Producenci pestycydów jednak uspakajają: wystarczy wysiać łąkę kwietną, wybudować ul na biurowcu, postawić domek dla owadów albo – mój faworyt! – edukować dzieci[7] żeby „uratować zapylacze”. Kiedy sprzedaje się środki wyjaławiające glebę i zabijające znajdujące się w niej larwy (np.: trzmieli) nie pozostaje oczywiście nic innego jak bezczelny greenwashing z drogą ludzkiemu sercu pszczołą miodną w tle. Której, swoją drogą – jak i większości zwierząt hodowlanych – wyginięcie bynajmniej nie grozi.

Takim odwracaniem uwagi są też chwytliwe teksty rozpowszechniane w internecie (jak ten o wiatrakach siekających owady). Stopień ich bzdurności może być naprawdę dowolny. Pokazują to idealnie artykuły Lasów Państwowych o „groźnych” chrząszczach czyhających na ludzkie życie pod sosnami i brzozami. Które to chrząszcze trzeba w związku z tym eksterminować lejąc pestycydy z samolotów. Zapewniam was jednak, że te i podobne im absurdy poniosą dalej w świat „pożyteczni pidioci”. A także ci, którzy żyją z ich rozpowszechniania, ci, którzy robią to w ramach dziwacznie pojmowanej misji „informowania” świata, czy ci, którym to pasuje do wyznawanej ideologii. Oraz cała rzesza ludzi, którzy sami już nie wiedzą co ma sens a co nie, bo w zaśmieconej infosferze, jaką mamy, wszystko staje się równouprawnione. Oczywiście ze szkodą dla wiedzy. Sedno problemu rozmywa się w ten sposób w morzu bzdur i absurdów, a szkodliwe substancje dorzucane do środowiska dalej zatruwają owady. I nas samych. Bo w walce o interesy nie liczą się nie tylko trzmiele czy motyle, ale i ludzkie zdrowie.

Przypisy

[1] Nie wiem czy po XIX w. obserwowano w Polsce większe migracje ważek, ale kiedyś (kiedy sporo różnych istot zamieszkiwało nasz kraj) całe ich „stada” potrafiły przelatywać na duże odległości.

[2] Sformułował również sporo innych zasad m.in. hormezy – leżącą u podstaw współczesnej homeopatii.

[3] Substancje znajdujące się w ludzkim moczu także mają wpływ na inne organizmy, przykładem są znajdowane w rzekach pozostałości niesteroidowych leków przeciwzapalnych, które – chcąc nie chcąc – zażywają ryby.

[4] ETC/ICM Report 1/2020: Pesticides in European rivers, lakes and groundwaters.

[5] Jednak był dłużej produkowany (na eksport)

[6] Duża ilość metali ciężkich, w tym rtęci, jest też uwalniana z depozytów gromadzonych dziesiątkami lat w wiecznej zmarzlinie. Gdy topnieje ona wraz z ocieplaniem się planety, to trucizny nawiewane dekadami na północ globu spływają do oceanów.

[7] Takie pomysły przesyłało np.: Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin (zrzeszające producentów i importerów pestycydów).

Zasada „zanieczyszczający płaci” wymaga, aby koszty zanieczyszczeń były pokrywane przez tych, którzy te zanieczyszczenia spowodowali. W UE nie zawsze tak się jednak dzieje – wynika z opublikowanego sprawozdania Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Wspomniana zasada została wprawdzie uwzględniona w unijnych strategiach w dziedzinie środowiska, ale zakres jej stosowania jest nadal niepełny, a ponadto jest ona wdrażana nierównomiernie w różnych sektorach i państwach członkowskich. W konsekwencji, jak podkreślają kontrolerzy, działania mające na celu usuwanie zanieczyszczeń są niekiedy finansowane ze środków publicznych, choć ich koszt powinien ponieść zanieczyszczający.

Niemal 3 mln terenów w UE jest potencjalnie zanieczyszczonych, głównie wskutek działalności przemysłowej oraz przetwarzania i unieszkodliwiania odpadów. W przypadku wód powierzchniowych, takich jak rzeki i jeziora, stan chemiczny i ekologiczny sześciu na dziesięć zbiorników nie jest dobry. Zanieczyszczenie powietrza, które stanowi poważne środowiskowe zagrożenie dla zdrowia w UE, powoduje również straty w roślinności i ekosystemach. Wszystkie te elementy łącznie generują znaczne koszty dla obywateli UE. W myśl zasady „zanieczyszczający płaci” zanieczyszczający ponoszą odpowiedzialność za spowodowane przez siebie zanieczyszczenia i szkody wyrządzone w środowisku. To oni – a nie podatnicy – powinni również pokrywać wszystkie powiązane koszty.

Aby zapewnić efektywną i sprawiedliwą realizację ambitnych celów wyznaczonych w Europejskim Zielonym Ładzie, zanieczyszczający mają obowiązek płacić za szkody wyrządzone przez siebie w środowisku – powiedział Viorel Ștefan, członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego odpowiedzialny za sprawozdanie. – Jak dotąd zdecydowanie zbyt często koszty te zmuszeni byli jednak pokrywać europejscy podatnicy.

„Zanieczyszczający płaci” to jedna z kluczowych zasad leżących u podstaw przepisów i polityki UE w dziedzinie środowiska. Z ustaleń kontrolerów wynika jednak, że jest ona wdrażana nierównomiernie i w różnym zakresie. Większość zanieczyszczających instalacji przemysłowych objęta jest wprawdzie dyrektywą w sprawie emisji przemysłowych, jednak duża część państw członkowskich nadal nie pociąga sektora przemysłu do odpowiedzialności w przypadku, gdy szkody w środowisku wynikają z emisji dozwolonych. W dyrektywie nie nałożono też na przemysł obowiązku pokrywania kosztów spowodowanych wpływem zanieczyszczeń rezydualnych, które sięgają setek miliardów euro. W unijnych przepisach dotyczących gospodarowania odpadami uwzględniono zasadę „zanieczyszczający płaci”, która jest wdrażana przykładowo za pośrednictwem tzw. rozszerzonej odpowiedzialności producenta. Kontrolerzy podkreślają jednak, że często potrzebne są znaczne inwestycje ze środków publicznych, aby wyeliminować lukę w finansowaniu.

Zanieczyszczający nie ponoszą również pełnych kosztów zanieczyszczenia wody. W UE większość kosztów usług zaopatrzenia w wodę pokrywają zwykle gospodarstwa domowe, mimo że zużywają one jedynie 10% wody. Zasada „zanieczyszczający płaci” jest ponadto w dalszym ciągu trudna do wyegzekwowania w przypadku zanieczyszczeń pochodzących ze źródeł rozproszonych, zwłaszcza z rolnictwa.

Bardzo często zdarza się, że tereny zostały zanieczyszczone tak dawno temu, że nie ma już możliwości ustalenia, kto jest za to odpowiedzialny, bądź też dany podmiot zawiesił już działalność i nie można go pociągnąć do odpowiedzialności. Tego typu zanieczyszczenia, w przypadku których kosztami nie można obciążyć sprawców, są jednym z powodów finansowania przez UE projektów remediacji środowiska, których koszt powinien był ponieść zanieczyszczający. Co gorsza, unijne środki publiczne są wykorzystywane również niezgodnie z zasadą „zanieczyszczający płaci”, na przykład w sytuacji, gdy organy w państwach członkowskich nie wyegzekwowały przepisów dotyczących ochrony środowiska i nie pociągnęły do odpowiedzialności podmiotów, które spowodowały zanieczyszczenie.

Kontrolerzy zwracają ponadto uwagę, że w przypadku gdy podmioty gospodarcze nie posiadają wystarczającego zabezpieczenia finansowego (np. polisy ubezpieczeniowej obejmującej zobowiązania z tytułu odpowiedzialności za środowisko), istnieje ryzyko, że koszty usunięcia zanieczyszczeń ze środowiska spadną na podatników. Jak dotąd jedynie siedem państw członkowskich (Czechy, Irlandia, Hiszpania, Włochy, Polska, Portugalia i Słowacja) wymaga zabezpieczenia finansowego w odniesieniu do części lub całości zobowiązań z tytułu odpowiedzialności za środowisko. Na szczeblu UE takie gwarancje nie są jednak obowiązkowe, co w praktyce oznacza, że jeśli przedsiębiorstwo, które wyrządziło szkody w środowisku, zgłosi upadłość, koszty interwencji i usunięcia zanieczyszczeń muszą pokryć podatnicy.

Źródło: Europejski Trybunał Obrachunkowy


 

W tym roku BIG JUMP odbędzie się 11 lipca (niedziela) o godzinie 15.00. Każdy, może dołączyć do europejskiej akcji BIG JUMP i wejść do wody w najbliższej okolicy, a przynajmniej zanurzyć w niej dłonie czy stopy! Pokażmy, że obywatelkom i obywatelom zależy na ochronie polskich rzek i innych akwenów. Klub Gaja, Koalicja Ratujmy Rzeki, WWF Polska i kolektyw Siostry Rzeki zapraszają każdego, komu zależy na rzekach, jeziorach, mokradłach i Bałtyku do włączenia się w akcję BIG JUMP. Jak co roku, punktualnie o 15.00 Klub Gaja i partnerzy wejdą do Wisły w Warszawie na wysokości Płyty Desantu!

Spotkania nad wodą w tym samym czasie mają miejsce w całej Europie, bo tak Europejczycy manifestują swoje poparcie dla ochrony rzek i innych akwenów, potrzebnych ludziom i przyrodzie.

Woda jest źródłem życia. To my jesteśmy wodą. Nie zapominajmy jednak, że rzeki, jeziora, morza i oceany to dom wielu zwierząt. To skomplikowany ekosystem, bez którego życie na ziemi byłoby niemożliwe. W splecionej ze sobą sieci zależności jesteśmy tylko gośćmi na naszej Błękitnej Planecie. Wejdźmy do wody we wspólnej intencji chronienia jej zasobów nie tylko dla nas ale i dla innych nieludzkich mieszkańców obszarów wodnych” – mówi Jacek Bożek z Klubu Gaja (Koalicja Ratujmy Rzeki), który koordynuje akcję BIG JUMP w Polsce.

XXI wiek to wiek gwałtownych i niebezpiecznych zmian klimatycznych, masowego wymierania gatunków i kryzysu różnorodności biologicznej. Środowiska wód słodkich to jedne z najbardziej przekształconych i najbardziej zdegradowanych ekosystemów na świecie. Nie mamy już czasu na stosowanie przestarzałych, nieefektywnych sposobów gospodarowania wodą, takich jak regulacja rzek czy przegradzanie ich tamami. Trzeba od tego odejść natychmiast. Natychmiast też trzeba zacząć naprawianie tego co latami bezmyślnie psuliśmy, czyli zacząć w końcu, na masową skalę renaturyzować rzeki i przywracać ich naturalny bieg. Dzięki naukowcom wiemy jak to robić. Czas zacząć wdrażać Krajowy Program Renaturyzacji Rzek” – mówi dr Alicja Pawelec z Fundacji WWF Polska (Koalicja Ratujmy Rzeki).

Ochrona polskich rzek przed dewastacją staje się naszym patriotycznym i obywatelskim obowiązkiem. Przykładem regulacji i betonowania jest powrót do idei budowy Kaskady Dolnej Wisły i stopnia wodnego Siarzewo. Nie możemy troski o dobry stan wód zostawić tylko rządzącym, o rzeki musimy zadbać też sami. BIG JUMP – a raczej wejście do wody w intencji ochrony rzek, może zrobić każdy, indywidualnie lub grupowo. Jest to gest, który wykonany jednocześnie przez wielu ludzi z całej Europy zwraca uwagę na problemy i zagrożenia dla obszarów wodnych. Nie można w czasie katastrofy klimatycznej korzystać z betonowych rozwiązań pogłębiających skutki gwałtownych opadów czy ekstremalnych susz.

Jacek Engel z Fundacji Greenmind (Koalicja Ratujmy Rzeki), komentuje – „Tegoroczny Big Jump jest wyjątkowy – właśnie trwają konsultacje  aktualizacji planów zarządzania ryzykiem powodziowym i planów gospodarowania wodą w dorzeczach.  Podczas gdy Unia Europejska promuje renaturyzację rzek i naturalną retencję, jako odpowiedź na katastrofę klimatyczną, Wody Polskie proponują nam budowę setek zbiorników i regulację setek kilometrów rzek i potoków. Wejdźmy do rzek protestując przeciwko ich niszczeniu, przeciwko zwiększaniu zagrożenia powodziowego, przeciwko trwonieniu naszych pieniędzy. Powiedzmy NIE betonozie i zbiornikozie!„.

BIG JUMP W WARSZAWIE – wejście do Wisły, na wysokości Płyty Desantu!

W stolicy, spotykamy się 11 lipca, punktualnie o godz. 15.00 wchodzimy do Wisły (na wysokości Płyty Desantu). Jak co roku nad bezpieczeństwem czuwać będzie Stołeczne Wodne Pogotowie Ratunkowe. Pobierz >>> plakat BIG JUMP WARSZAWA

ZORGANIZUJ WŁASNY BIG JUMP – ratuj z nami rzeki!

Swój symboliczny gest na rzecz ochrony polskich rzek może wykonać każda osoba, niezależnie gdzie się znajduje, nad rzeką, jeziorem czy Bałtykiem, a nawet w domu z miską wody. Zapraszamy do wejścia do wody całe rodziny, grupy przyjaciół, miłośników rzek, kajakarzy, żeglarzy, wędkarzy, artystów, działaczy społecznych, samorządowców, wszystkich, dla których rzeki są ważne!

Jak zorganizować własny BIG JUMP?

– Dołącz do wydarzenia BIG JUMP 2021 na FACEBOOKU Klubu Gaja.
– Zaproś na wydarzenie rodzinę, przyjaciół, współpracowników, sąsiadów, zabierzcie ze sobą zwierzęta! – – Pobierz >>> plakat BIG JUMP
11 lipca 2021 (niedziela), o godz. 15.00 wejdź do wody sam/sama lub ze znajomymi (wystarczy zanurzyć stopy lub dłonie). BIG JUMP można zorganizować wszędzie nawet nad basenikiem w ogrodzie czy na balkonie.
– Zrób zdjęcie, nagraj film i umieść w swoich kanałach social media z #ratujmyrzeki #bigjump. Wyślij informacje (miejscowość, nazwa akwenu, ilości osób, zdjęcie, film) na adres klubgaja@klubgaja.pl.
– Pamiętaj – bądź ostrożny nad wodą!

W Polsce BIG JUMP koordynowany jest przez Klub Gaja przy współpracy z pomysłodawcą akcji European Rivers Network oraz partnerami – Koalicją Ratujmy Rzeki, WWF Polska, Siostry Rzeki.
Przeczytaj więcej informacji o BIG JUMP w Polsce.


 

To historyczna decyzja Komisji Europejskiej. W odpowiedzi na Europejską Inicjatywę Obywatelską „Koniec Epoki Klatkowej – End the Cage Age”, zainicjowaną przez organizację Compassion in World Farming oraz Compassion in World Farming Polska, Komisja zobowiązała się do wycofania klatek w hodowli zwierząt w całej UE. Komisja planuje wprowadzić zakaz stosowania klatek dla kur, matek świń, cieląt, królików, kaczek, gęsi i innych zwierząt hodowlanych, przewidując datę ich wycofania na rok 2027.

Komisarz UE ds. zdrowia Stella Kyriakides wraz z wiceprzewodniczącą Komisji Věrą Jourovą ogłosiły to na konferencji prasowej, podczas której przedstawiły odpowiedź Komisji na Europejską Inicjatywę Obywatelską „Koniec Epoki Klatkowej – End the Cage Age”, której postulatem był zakaz stosowania klatek w chowie zwierząt hodowlanych. Inicjatywa została podpisana przez 1,4 mln obywatelek i obywateli we wszystkich państwach członkowskich UE. Jest to pierwsza tego typu udana inicjatywa na rzecz zwierząt hodowlanych.

Ponad 300 milionów zwierząt hodowlanych w UE nadal spędza całe swoje życie lub jego część w klatkach, kojcach lub zagrodach. Powoduje to ogromne cierpienie. Zwierzęta nie mogą wyrażać w nich swoich podstawowych, naturalnych zachowań, w klatkach nie mogą się często nawet obrócić czy rozpostrzeć skrzydeł.

Komisja ogłosiła, że do końca 2023 r. zamierza „przedstawić wniosek ustawodawczy mający na celu wycofanie i ostateczny zakaz stosowania klatek w odniesieniu do wszystkich gatunków i kategorii zwierząt, o których mowa w Inicjatywie„.

Komisja zajmie się również kwestią produktów importowanych z państw spoza UE, zobowiązując się do rozważenia „wprowadzenia zasad lub norm dotyczących produktów importowanych, które byłyby równoważne z zasadami obowiązującymi w UE”.

Komisja oceni szczegóły dotyczące sposobu wprowadzenia zakazu do końca przyszłego roku, a jej celem będzie dokonanie rewizji odpowiednich przepisów do końca 2023 r.

Nadszedł naprawdę długo oczekiwany dzień – czekaliśmy na tę decyzję prawie 3 lata, bo tyle zajął cały proces związany z naszą inicjatywą obywatelską. To wielki sukces i dziś Komisja Europejska zrobiła duży krok, żeby pewna epoka dla zwierząt się skończyła – komentuje Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion Polska i członkini komitetu obywatelskiego „Koniec Epoki Klatkowej”.

Obywatele domagali się zmian, a Komisja usłyszała ich głos wyraźnie i podjęła jednoznaczne zobowiązanie do stopniowego wycofywania klatek. Myślę, że to historyczny moment dla całego ruchu prozwierzęcego i od dziś rozpoczyna się nowa podróż. Dziś świętujemy, ale jutro wracamy znowu do ciężkiej pracy, bo naszym zadaniem będzie monitorowanie całego procesu legislacyjnego. Pozostaniemy skoncentrowani na instytucjach europejskich, dopóki nie zostanie zrealizowany dzisiejszy ambitny plan. Klatki muszą odejść do historii i dziś wiem, że tak się stanie – dodaje Małgorzata Szadkowska.

Decyzja Komisji jest także wynikiem m.in. zdecydowanego poparcia przez Parlament Europejski rezolucji dotyczącej Inicjatywy, przyjętej przez PE 10 czerwca. Wezwano w niej Komisję Europejską do wycofania klatek dla zwierząt hodowlanych do 2027 r. oraz do zagwarantowania, że wszystkie produkty importowane do UE będą spełniały normy dotyczące hodowli bezklatkowej.

Źródło: Compassion Polska


 

Wyobraź sobie, że idziesz przez sosnowy bór o poranku. Słońce z rzadka przenika igliwie nad twoją głową, w podszycie gęstwią się podrosty sosen i jałowce, wokół nóg plączą się krzewinki jagód – wodzą na pokuszenie, choć przecież stworzone zostały dla myszy i niedźwiedzi – wśród poszycia uwijają się mrówki budując swoje leśne miasta, na leżących gałęziach błyszczą pancerzyki chrząszczy wędrujących w sobie tylko znanym celu, w górze rozbrzmiewają wielogłosy ptaków, kłótnie, trele i nawoływania, gdzieś w oddali przebiega sarna, znikając i pojawiając się za pniami, niewzruszonymi niczym filary katedry; na starszych drzewach zieleni się wilgotny mech, pod nim, w glebie, nieustannie kłębi się życie, prześlizgując między korzeniami, odżywiając pozostałościami pozostawionymi przez dumnie pozostające w świetle dnia rośliny i zwierzęta; niezliczone organizmy, niepomne na rozwój cywilizacji człowieka, nie rozumiejące prawideł polityki i ekonomii, żyjące każdym dniem, nie zdające sobie sprawy, że odkąd człowiek zaczął spalać węgiel, średnia temperatura powierzchni Ziemi o wzrosła już o ponad jeden stopień Celsjusza. Świat dziki. Świat różnorodny. Świat, w którym każdy organizm żyjąc i ginąc bierze udział w wielkim cyklu życia.

A teraz przenieś się o 50 lat, do roku 2071. Boru już nie ma. Sosny i świerki wyschły lub spłonęły, tak w lasach gospodarczych, jak i w rezerwatach. Powierzchnia Ziemi jest cieplejsza średnio o 3 stopnie. Oceany ogrzewają się powoli, więc na lądzie temperatura wzrosła dwa razy bardziej. Słońce przenika aż do gleby, susząc ją i paląc. Nie ma drzew i krzewów. Gdzieniegdzie spośród kęp trawy przeziera goły piasek. Cisza. Żadne zwierzę nie chce trudzić się w upale. Na dnie wyschniętej rzeki grzeją się jaszczurki. Wzdłuż drogi plenią się opuncje i agawy. Kozy i gryzonie chronią się w cieniu kolców. Spieszysz się, bo słońce coraz wyżej. Najlżejszy powiew podnosi z pola pył. Przy silnym wietrze przenosi go na setki kilometrów. Zabiera glebę. Zaćmiewa Słońce i przysypuje rośliny. Piasek dostaje się do oczu i ust. Zatyka pompy irygacyjne. Rujnuje i tak ciężko doświadczonych rolników. Pustoszy.

Świat odmieniony. Pusty. Rozbity niczym upuszczona doniczka. Zredukowany do garstki prostych gatunków – szczurów i karaluchów świata przyrody. Świat zwierząt i ludzi żyjących z dnia na dzień. Korzystających z czego popadnie. Doświadczonych klęskami i niepewnych jutra. Trwożących się suszy, powodzi i głodu.

Raporty i wykresy nie oddają obrazu rzeczywistości, do jakiej prowadzimy naszą planetę. Zmiana jest trudna do wyobrażenia. Jest taka scena w filmie „Można Panikować”, gdzie profesor Malinowski, badacz atmosfery i klimatu, stoi nad brzegiem Bałtyku i pokazuje ręką na sosnowy las. „W świecie chłodniejszym o 5 stopni w tym miejscu nie było piasku ani drzew, tylko pokrywa lodowa gruba na trzy kilometry. Nam grozi 5-6 stopni zmiany temperatury do końca stulecia. Wyobraźcie sobie, jak ten świat będzie inaczej wyglądał jeśli do tego dopuścimy”. Już za kilkadziesiąt lat jedna trzecia ludzkości znajdzie się na terenach gorętszych niż dzisiaj Sahara. Niepoliczalna liczba ludzi będzie musiała przenieść się z powodu podniesienia poziomu morza. Prawie wszystkie gatunki roślin i zwierząt będą musiały znosić warunki, w jakich nigdy dotąd nie musiały egzystować.

Znamy zapis klimatu Ziemi w przeszłości. Wiemy, że planeta potrafiła być znacznie gorętsza niż warunki, do których przywykliśmy i w których umiemy wykarmić 8 miliardów ludzi. Wiemy, że gdy zmieniał się klimat, wiele gatunków nie mogło się przystosować i ginęło do ostatniej sztuki. Wielkie wymierania zawsze korelowały z nagłymi zmianami temperatury, a tempo, w jakim teraz ogrzewa się planeta, jest niespotykane od milionów lat.

Nie pozwólmy, aby katastrofa klimatyczna zaszła tak daleko. Dzika przyroda poniosła już wskutek naszych działań wielkie straty. Wiemy, jaki wpływ na dzikie zwierzęta wywarło wycinanie lasów, kłusownictwo, fragmentacja siedlisk i plastikowe odpady. Trzy czwarte naszych lasów to drzewa szczególnie narażone na zmianę klimatu – sosna pospolita, świerk pospolity, modrzew europejski i brzoza brodawkowata. – Postępujące zmiany klimatu sprawią, że wspomniane drzewa zaczną tracić swoje optimum klimatyczne w naszym regionie, a w konsekwencji znikać z polskich lasów. Wraz z nimi wymrą setki gatunków roślin, zwierząt i grzybów. To rewolucyjna zmiana dla ekosystemów i zatrważający scenariusz – tłumaczy dr Jagodziński, dyrektor Instytutu Dendrologii PAN. Zmiana klimatu dotyczy nie tylko lasów, ale też naszych pól. Wspomnijmy na suszę rolniczą z lat 2018-19 i pietruszkę kosztującą 20 zł/kg.

Przyroda nie jest w stanie sobie poradzić z kolejnym szokiem. Na wolności pozostało mniej tygrysów niż trzyma się w niewoli w samych tylko Stanach Zjednoczonych. Wszystkie gatunki słoni są w podobnej sytuacji – dwa z nich są uznawane za zagrożone, a najmniejszy afrykański słoń leśny za krytycznie zagrożony. Według Living Planet Report publikowanego co roku przez WWF tylko od 1970 roku straciliśmy 68% dzikich zwierząt. Najbardziej ucierpiały organizmy słodkowodne, które nie tylko przetrzebiliśmy przez nadmierne połowy, ale też zatruliśmy ich środowisko i ustawiliśmy na drodze migracji zapory nie do pokonania.

Zmiana klimatu to zagrożenie obejmujące całą planetę, przed którym nie da się uciec, ani zatamować jak ścieków czy plastiku spływającego do mórz. Warto chronić polską przyrodę przed wycinką i zanieczyszczeniami, ale od tego, na jakim etapie zatrzymamy zmianę klimatu zależy jaka część w ogóle będzie jeszcze miała warunki do przeżycia.

Artykuł powstał w ramach projektu „Europe in Solidarity” finansowanego ze środków Parlamentu Europejskiego.

Polski Klub Ekologiczny w Krakowie Koło Miejskie Gliwice dziękuje za wsparcie finansowe Unii Europejskiej. Wyłączna odpowiedzialność za treść materiału spoczywa na Polskim Klubie Ekologicznym w Krakowie Koło Miejskie Gliwice. Niniejszy materiał nie odzwierciedla opinii Unii Europejskiej. Parlament Europejski nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w materiale.

Fot. Nam Anh


 

Krytyka współczesnego szkolnictwa na różnych poziomach edukacji staje się na całym świecie coraz powszechniejsza. Pojawiają się próby reformy systemu nauczania, wychowania i samej pracy nauczyciela. Wśród powtarzających się zarzutów wymienia się autorytaryzm nauczycieli, sfeminizowany zawód, encyklopedyzm, małą praktyczność zdobywanych wiadomości, przedmiotowe traktowanie uczniów. Z tego powodu coraz częściej powstają szkoły alternatywne. Szuka się sposobów na taką zmianę szkoły, aby była ona otwarta na to, co ją otacza, co postępowe, twórcze, rozwija zainteresowania, czyli w szerokim rozumieniu sprzyja wielostronnemu rozwojowi dzieci i młodzieży. Tak samo przyszłych kobiet, jak i mężczyzn. Idealna byłaby szkoła prawdziwie zorientowana na dziecko. Jednym z takich nurtów jest pedagogika waldorfska.

Jej założenia opierają się przede wszystkim na dialogu, prawie do indywidualności, chęci rozwoju wyobraźni i wolności. Szkoła ma wspierać rozwój każdego dziecka, niezależnie od płci i statusu, zarówno z jego talentami, jak i słabościami. W intencji twórcy takiej pedagogiki, Rudolfa Steinera, szkoła to swoista republika, wewnątrz której, aby mogła prawidłowo funkcjonować, realizowane są zasady wolności, równości i braterstwa.

W Polsce jest ona wciąż relatywnie mało znana, w porównaniu do takich krajów jak Niemcy, Szwajcaria czy Wielka Brytania. Zasady pedagogiki waldorfskiej cieszą się jednak coraz szerszym uznaniem również w naszym kraju. Unikatowe jest samo funkcjonowanie takiej szkoły. Niezmiernie ważną rolę pełni nauczyciel – wychowawca, który naucza uczniów wszystkich przedmiotów humanistycznych i ścisłych przez 6 lat. W szkole realizowane są przedmioty artystyczne przez cały okres edukacji, dla wszystkich uczniów takie same. Spośród tych najważniejszych należy wymienić: malowanie, szycie, stolarstwo, ogrodnictwo, muzyka, eurytmia, teatr. Nie ma podziału na grupy, zajęcia są koedukacyjne.

Szkoła zarządzana jest kolegialnie, nie ma hierarchii wśród nauczycieli. Dyrektor ma inny zakres obowiązków niż w tradycyjnych szkołach. Jego rola sprowadza się do funkcji reprezentowania szkoły na zewnątrz, kontaktu z urzędami, sprawowania nadzoru nad pracownikami administracyjnymi i niepedagogicznymi.

Dobro całej społeczności złożonej ze współpracujących ze sobą ludzi jest tym większe, im mniej poszczególny człowiek chce zostawić dla siebie z plonów swej pracy, to znaczy im więcej z tych plonów oddaje swoim współpracownikom, i im bardziej jego własne potrzeby zaspokajane są nie z osiągnięć jego pracy, lecz z osiągnięć pracy innych.

Rudolf Steiner

Idea szkoły waldorfskiej opiera się na ścisłej współpracy z rodzicami, których aktywność koresponduje z działaniami nauczycieli i odgrywa znaczącą rolę w kształtowaniu całego procesu edukacyjnego oraz organizacyjnego życia szkoły.

Szkoły waldorfskie muszą być wolne od ograniczeń gospodarczych, politycznych i społecznych. Nauczyciel nie musi kurczowo trzymać się treści programowych. Ta swoboda w interpretacji realizowanego materiału, brak nadzoru pedagogicznego na wzór tego obowiązującego w szkołach publicznych i rozproszona pomiędzy całe grono nauczycielskie odpowiedzialność za szkołę generuje wiele sprzecznych opinii.

Rudolf Steiner w funkcjonowaniu państwa wyróżnił trzy obszary: gospodarczy, który ma do czynienia ze wszystkim co reguluje stosunek materialny człowieka do świata zewnętrznego; prawny, dotyczący stosunków między ludźmi oraz duchowy, obejmujący wszystko, co dotyczy poszczególnych indywidualności. Według Steinera, w obszarze życia gospodarczego nadrzędnym ideałem powinny być solidarność i braterstwo społeczności ludzkich, w przeciwieństwie do powszechnego dzisiaj egoizmu. W obszarze życia prawnego powinna to być równość wszystkich wobec prawa, a w obszarze życia duchowego – zasada wolności jednostki. W ten sposób Steiner niejako rehabilituje słynne hasło Rewolucji Francuskiej „wolność, równość, braterstwo”. Przyporządkował je określonym funkcjom życia społecznego: wolność duchowa w życiu religijnym i kulturalnym, demokratyczna równość w życiu prawnym i społeczne braterstwo w życiu gospodarczym.

Czy polski system edukacji jest gotowy na to, by tworzący go ludzie kształtowali w sobie te postawy i potrafili w umiejętny i naturalny sposób implementować je w każde spotkanie z młodym człowiekiem? Czy jesteśmy dostatecznie otwarci na wspólne prowadzenie dziecka odważnego, empatycznego, wolnego i sprawiedliwego. Wychowanie to sztuka. Ludzi wolnych, prawdziwych, tolerancyjnych i mądrych potrzebuje polska szkoła.

Fot. Stefan Klocek


 

Mieszkańcy Atterwasch wierzą w smoki. I mają powody się ich bać. Wieś leży na jednym z największych złóż węgla brunatnego w Niemczech i jest zagrożona planami dalszego wydobycia. Kilka kilometrów dalej zaczyna się urwisko pogłębiane nieustannie przez gigantyczne koparki. Ich cielska, podobne do platformy wiertniczej, suną w żółwim tempie do przodu wśród zgrzytu stali. Co sekundę zębate paszcze zjadają kilka ton urobku. Ziemia, na której rosło niegdyś zboże i mieszkali ludzie, trafia na ciągnący się po horyzont taśmociąg.

Smoki, które suną w stronę Atterwasch żywią się węglem brunatnym, a dokładniej prądem produkowanym w stojącej opodal elektrowni. Walka o przetrwanie małej niemieckiej wioski symbolizuje zmagania Unii Europejskiej z kryzysem klimatycznym. Spalanie węgla zapewnia prawie jedną piątą unijnego prądu. Przyczynia się jednak do wzmocnienia efektu cieplarnianego, przez co ogromne połacie naszej planety mogą znaleźć się w strefie tak suchej lub gorącej, że nie będzie możliwe przetrwanie tam ludzi i mieszkających obecnie zwierząt. Marsjański krajobraz kopalni odkrywkowej przypomina, jak destrukcyjny potrafi być wpływ człowieka na środowisko.

Mieszkańcy Atterwasch wiedzą, że węgiel zagraża ich przyszłości. Postawili panele słoneczne i biogazownię jeszcze zanim Unia Europejska podpisała się w 2015 roku pod Porozumieniem Paryskim, zobowiązującym wszystkie kraje do zrobienia, co tylko możliwe, aby ograniczyć ocieplenie do 1,5°C. Co roku organizują protesty w obronie swojej małej ojczyzny. Chcą pokazać, że życie bez paliw kopalnych jest możliwe. Już od kilku lat produkują ze źródeł odnawialnych więcej prądu niż zużywają na swoje potrzeby. Unijny plan z 2007 roku zakładał na zeszły rok tylko 20% odnawialnej energii i 20% redukcję emisji gazów cieplarnianych. Pozostała część miała pochodzić ze źródeł nieodnawialnych – węgla, ropy, gazu i uranu. To właśnie wtedy powstał plan, aby rozbudować kopalnię odkrywkową i sięgnąć po węgiel pod Atterwasch.

Kopalnia z każdym rokiem zbliża się do wioski zmieniając kolejne hektary pól w księżycowy krajobraz. Zmiana klimatu powoduje pustynnienie znacznie większych obszarów, a do tego zagraża rafom koralowym, lasom tropikalnym i bardzo wrażliwym na zmiany temperatury ekosystemom polarnym. Międzynarodowe zobowiązania są zbyt słabe abyśmy mogli uniknąć katastrofy. Podczas grudniowego szczytu Rady Europejskiej zdecydowano o rewizji celu na 2030 rok – redukcja emisji ma wynieść 55%. To znacznie więcej niż dotychczas planowano. Aby umożliwić szybsze odejście od paliw kopalnych zaplanowano szereg mechanizmów wsparcia. W budżecie Unii Europejskiej na lata 2021-27 aż 30% środków ma zostać wydane na cele przyczyniające się do zażegnania kryzysu klimatycznego. Cała reszta ma zostać wydana w sposób, który nie powoduje w środowisku istotnych szkód. Te same kryteria dotyczą liczącego 750 miliardów euro Funduszu Odbudowy i Zwiększania Odporności, stanowiącego dodatkowe, jednorazowe wsparcie dla dotkniętej przez kryzys pandemiczny gospodarki.

Podstawowym narzędziem polityki klimatycznej Unii pozostaje ETS (system handlu uprawnieniami do emisji). Należą do niego obowiązkowo wszyscy duzi emitenci CO2, w tym elektrownie, huty, a nawet część lotnictwa. Rosnące ceny uprawnień są nadzieją dla Atterwasch, bo czynią wydobycie węgla brunatnego nieopłacalnym. W maju tego roku ceny uprawnień osiągnęły nigdy dotąd nienotowany poziom 56 euro za tonę. Przy takich cenach elektrownie węglowe obniżają produkcję do minimum, bo koszty spalania węgla są wyższe niż czerpania energii z gazu ziemnego, słońca czy biomasy. Środki z systemu handlu emisjami trafiają dzisiaj do budżetów państw, ale już wkrótce część zostanie użyta do spłaty zobowiązań zaciągniętych przez Unię Europejską na Fundusz Odbudowy.

Bardzo ważne są fundusze dedykowane na konkretne cele – m.in. na innowacyjne badania oraz na sprawiedliwą transformację regionów węglowych. Rezygnacja z paliw kopalnych wciąż jest ogromnym wyzwaniem – potrzebujemy gromadzić energię odnawialną na czas, gdy wiatr i Słońce nie dają jej zbyt wiele, musimy też sprawić, aby transport, rolnictwo i przemysł przestały wpływać na klimat. Po części będzie to wymagało rozwinięcia nowych technologii, a po części wsparcia tego, co już działa, ale jest niekonkurencyjne. Regiony węglowe mogą dołączyć do transformacji i dostać duże środki na stworzenie nowych miejsc pracy, pod warunkiem, że określą jasną ścieżkę odejścia od spalania węgla.

Region Koniński zgodził się na przyjęcie pomocy. Dzięki współpracy właściciela kopalni, związkowców górniczych i samorządowców uzgodnione zostało zamknięcie kopalń i elektrowni do 2030 roku. Wsparcie w Unii Europejskiej w wysokości 500 mln euro pomoże przekwalifikować się osobom zatrudnionym w kompleksie energetycznym oraz stworzy nowe źródła dochodów dla mieszkańców. Losy Turowa potoczyły się inaczej – PGE zamierza tam wydobywać węgiel do 2044 roku, co oznacza, że pieniądze przejdą bokiem. Łącznie Polska może uzyskać z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji 3,5 mld euro, ale ile faktycznie dostaniemy, będzie zależało od zadeklarowanej daty zamknięcia kopalń. Unia płaci za transformację energetyczną, nie za obietnice.

Stalowe smoki wciąż pożerają ziemię koło Atterwasch, w Turowie i w regionach Konińskim i Bełchatowskim. Dzięki działaniom Unii Europejskiej ich tytaniczna praca jest nam jednak coraz mniej potrzebna. Ścieżka odejścia od węgla (a potem również od ropy i gazu) rysuje się coraz wyraźniej. Następne pokolenie może znać węglowe smoki już tylko z opowieści.

Artykuł powstał w ramach projektu „Europe in Solidarity” finansowanego ze środków Parlamentu Europejskiego.

Polski Klub Ekologiczny w Krakowie Koło Miejskie Gliwice dziękuje za wsparcie finansowe Unii Europejskiej. Wyłączna odpowiedzialność za treść materiału spoczywa na Polskim Klubie Ekologicznym w Krakowie Koło Miejskie Gliwice. Niniejszy materiał nie odzwierciedla opinii Unii Europejskiej. Parlament Europejski nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w materiale.

Fot. Dominik Vanyi


 

28 czerwca 2021 ministrowie rolnictwa krajów UE, na posiedzeniu Rady ds. Rolnictwa i Rybołówstwa w Luksemburgu, przypieczętowali porozumienie w sprawie Wspólnej Polityki Rolnej (2021-27) wypracowane przez Parlament, Komisję i przedstawicieli państw członkowskich w ostatni piątek (25 czerwca). Choć oficjalne komunikaty nazywają reformę bardziej zieloną i sprawiedliwszą, nie została ona powiązana w żaden sposób z celem neutralności klimatycznej Europejskiego Zielonego Ładu, a przewidywane działania na rzecz środowiska i klimatu nie mają nic wspólnego z ambicjami z początkowej fazy projektowania reformy.

Audytorzy z Europejskiego Trybunału Obrachunkowego jasno stwierdzili w ostatnim raporcie (czerwiec 2021), że choć w latach 2014-20 na rolnicze działania na rzecz ochrony klimatu i przyrody przeznaczono 25% budżetu Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), emisje gazów nasilających efekt cieplarniany z sektora rolnego nie spadły. Wszystko wskazuje na to, że nowe działania będą równie nieskuteczne. Przede wszystkim nie zostało ograniczone wsparcie finansowe dla przemysłowego sektora hodowlanego, który napędza kryzys klimatyczny, choć emisje z intensywnej produkcji zwierzęcej stanowią połowę emisji z rolnictwa. Przyjęta wersja reformy WPR nie zakłada także wprowadzenia mechanizmu pozwalającego pociągnąć państwa członkowskie do odpowiedzialności za dalsze pogarszanie stanu środowiska naturalnego.

Projekt reformy WPR ogłoszony w 2018 roku był ambitny. Zakładał m.in. redukcję użycia pestycydów o 50% oraz osiągnięcie 25% użytków rolnych prowadzonych metodami ekologicznymi do 2030 roku, a także powiązanie polityki rolnej ze strategiami proponującymi zrównoważone i całościowe podejście do systemów żywnościowych i ochrony różnorodności biologicznej. Jednak w uzgodnionej wersji niewiele pozostało z pierwotnych ambicji. Budżet dla ekoschematów, które mają być jednorocznymi zobowiązaniami służącymi ochronie środowiska, został określony na kompromisowe 25% dopiero od 2025 roku, wcześniej będzie to 20% płatności w I filarze. Zabrakło też jasnej definicji ekoschematu, co może oznaczać wsparcie dla praktyk pogłębiających kryzys.

Tak sprawę skomentował Ariel Brunner, starszy dyrektor ds. polityki BirdLife Europe: „Taka WPR jest zdradą rolników, którzy próbują dostosować się do zmian klimatycznych, wyrokiem śmierci dla przyrody, otwartym zaproszeniem dla oligarchów do dalszego plądrowania publicznej kasy i policzkiem wymierzonym młodym ludziom, którzy proszą o godną przyszłość. Jest to hańba, której nie ukryje żadna ilość krętactw, propagandy i greenwashingu„.

Sposób wdrażania WPR w poszczególnych państwach określą Plany Strategiczne. Polski plan dla WPR, opublikowany w grudniu 2020, wrócił do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi po fazie konsultacji, w których strona społeczna – organizacje społeczne, związki branżowe, rolnicy i konsumenci – przekazała około 4 tysięcy uwag. Jego poprawiona wersja powinna ukazać się jesienią. Ponieważ Polska była w gronie państw, które nie chciały, by reforma WPR w rzeczywisty sposób zmieniła dzisiejsze rolnictwo, nie należy spodziewać się przyjęcia w drugiej wersji Planu Strategicznego rozwiązań, których istotą byłaby ochrona zasobów (w tym wody), przyrody krajobrazu rolniczego czy wsparcie społeczności wiejskich, a zwłaszcza małych, rodzinnych gospodarstw.

Po raz kolejny, zarówno instytucje UE, jak i rządy państw członkowskich pokazały, że Wspólna Polityka Rolna to przede wszystkim skarbonka dla gigantycznego agroprzemysłu. Najgorsze jest to, że wkładamy do niej pieniądze podatników, zwrotnie otrzymując degradację środowiska, kryzys klimatyczny i żywność, która coraz bardziej staje się trucizną” – komentuje Justyna Zwolińska, koordynatorka ds. rzecznictwa Koalicji Żywa Ziemia.


 

21 czerwca 2021, tuż przed planowanym na koniec miesiąca sfinalizowaniem rozmów dotyczących ostatecznego kształtu Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), ukazał się raport specjalny Europejskiego Trybunału Obrachunkowego (ETO) na temat wpływu WPR na klimat. Jego główny przekaz jest prosty: działania na rzecz klimatu prowadzone w ramach dotychczasowej WPR nie zdołały przyczynić się do redukcji emisji z sektora rolniczego, choć pochłonęły niemal 25% jej budżetu w latach 2014-2020.

Emisje w europejskim sektorze rolnym pochodzą z trzech głównych źródeł: hodowli zwierząt gospodarskich, nawozów chemicznych i nawozów naturalnych oraz użytkowania gruntów (gruntów uprawnych i użytków zielonych), a produkcja żywności odpowiada w sumie za 26% światowych emisji. W komunikacie prasowym do raportu czytamy o przyczynach nieskuteczności WPR w realizacji celów klimatycznych UE: “większość środków finansowanych w ramach wspólnej polityki rolnej (WPR) ma niewielki potencjał łagodzenia zmiany klimatu, a WPR nie oferuje zachęt do stosowania skutecznych praktyk przyjaznych dla klimatu (…). Emisje, których źródło stanowi hodowla zwierząt gospodarskich, stanowią około połowę emisji z rolnictwa, a ich poziom nie zmalał od 2010 r. Są one bezpośrednio związane z wielkością stada zwierząt gospodarskich, a dwie trzecie z nich pochodzi od bydła. Udział emisji przypadających na hodowlę zwierząt gospodarskich jest jeszcze większy, jeśli weźmie się pod uwagę emisje pochodzące z produkcji paszy dla zwierząt (w tym z przywozów). W ramach WPR nie dąży się jednak do ograniczenia pogłowia zwierząt gospodarskich ani nie stwarza zachęt do zmniejszenia ich liczby. Środki rynkowe WPR obejmują promocję produktów pochodzenia zwierzęcego, których konsumpcja nie zmniejszyła się od 2014 r. Przyczynia się to do utrzymania dotychczasowych poziomów emisji gazów cieplarnianych, a nie do ich ograniczenia. Emisje z nawozów chemicznych i nawozów naturalnych, stanowiące prawie jedną trzecią emisji z rolnictwa, wzrosły w latach 2010–2018.”

Jednocześnie każda kolejna runda rozmów na temat przyszłej WPR obniża jej ambicje środowiskowe oraz budżet na ich realizację oddalając politykę rolną od zawartego w Europejskim Zielonym Ładzie celu osiągnięcia neutralności klimatycznej (zerowy bilans emisji) w 2050 roku. Upadają kolejne projekty ambitnych zmian, m.in. w zakresie redukcji pestycydów, ograniczenia przemysłowej produkcji zwierzęcej czy wzrostu powierzchni upraw ekologicznych. Ustawicznie podejmowane są próby zmniejszenia kwoty pieniędzy na ekoschematy. Nawet powiązanie dopłat bezpośrednich (płaconych do hektara) z wymaganiami stosowania prostych praktyk rolniczych, mających przyczyniać się do ochrony gleb, budzą sprzeciw.

Są państwa, które nie chcą jakichkolwiek zmian WPR, chroniąc ten sposób obecny stan rzeczy korzystny dla przedstawicieli potężnych agrokorporacji, choć jasne jest, że obecny model nie jest sprawiedliwy przede wszystkim dla rolników – 80% środków WPR trafia zaledwie do 20% producentów rolnych. Coraz bardziej prawdopodobne jest, że zostanie utrzymane status quo, które przyczynia się do promocji wielkoskalowego i zorientowanego na eksport przemysłowego modelu rolnictwa, kosztem bardziej zrównoważonej produkcji rolnej.

“Jeśli naprawdę chcemy, by unijne rolnictwo w rzeczywisty sposób przyczyniło się do ochrony środowiska i klimatu, to przede wszystkim środki finansowe powinny iść na tzw. “Złotą Trójkę” czyli:

– ochronę gleb i zwiększenie ich potencjału pochłaniania dwutlenku węgla,
– transformację przemysłowej produkcji zwierzęcej na produkcją opartą na dobrostanie zwierząt gospodarskich;
– rozwój rolnictwa ekologicznego

Należy odejść od szukania rozwiązań w promowaniu rolnictwa precyzyjnego czy integrowanej produkcji roślinnej, gdyż zakładają one dalsze użycie chemii w rolnictwie. Nie ma czasu na takie półśrodki. Pieniądze WPR powinny być w pierwszej kolejności skierowane na upowszechnianie praktyk w pełni ekologicznych czy agroekologicznych jako najlepiej i najszybciej redukujących poziom emisyjności rolnictwa” – komentuje Justyna Zwolińska, koordynatorka ds. rzecznictwa Koalicji Żywa Ziemia.

Źródło: Koalicja Żywa Ziemia

Fot: Andrew Skowron (Chlewnia w Kleszczowie)


 

Rządowe propozycje zmian zasad wspierania energetyki prosumenckiej grożą destabilizacją rynku, obniżeniem jakości oraz bezpieczeństwa produktów i usług. To piach w tryby jedynego dynamicznie rozwijającego się w Polsce segmentu energetyki odnawialnej.

We środę 23.06 kończą się trzytygodniowe konsultacje społeczne rządowych propozycji zmian w prawie energetycznym i ustawie o odnawialnych źródłach energii. Projekt zakłada, że już za pół roku nowi właściciele domowych instalacji fotowoltaicznych (tj. zarejestrowani od 1 stycznia 2022 roku) byliby zmuszeni kupować energię od operatora praktycznie po dwukrotnie wyższej cenie, niż ta, po jakiej będą mu sprzedawać nadwyżki energii z ich instalacji fotowoltaicznej; nadwyżki oddawane w dziennym szczycie zapotrzebowania, gdy rynkowa cena energii jest najwyższa.

Proponowana zmiana, wbrew zapewnieniom przedstawicieli resortu klimatu i środowiska, znacząco obniżyłaby opłacalność inwestycji w domową instalację fotowoltaiczną i wywołałaby szereg bardzo negatywnych skutków dla energetyki prosumenckiej – najlepiej rozwijającego się sektora energetyki odnawialnej w Polsce, dającego nam pod względem dynamiki czwarte miejsce w Europie (Raport IEO 2021). Dlatego organizacje pozarządowe działające na rzecz rozwoju energetyki obywatelskiej wydały wspólne stanowisko, które wraz z uwagami szczegółowymi przekazano rządowi w ramach konsultacji społecznych.

Gwałtowna – w perspektywie 6 miesięcy – zmiana zasad wsparcia i pogorszenie opłacalności takich inwestycji, spowodowałaby przede wszystkim destabilizację rynku – potencjalni prosumenci będą chcieli za wszelką cenę podłączyć nową instalację do końca bieżącego roku. Skokowy wzrost popytu podwyższyłby ceny a na rynek dopuściłby również produkty i usługi najgorszej jakości, mogące stanowić zagrożenie dla prosumentów. Z wielkim prawdopodobieństwem, przesunięcie przyszłorocznych inwestycji na koniec bieżącego roku, spowoduje załamanie popytu z chwilą wejścia w życie mniej atrakcyjnych zasad rozliczania energii.

Mniejsza opłacalność własnej instalacji fotowoltaicznej wydłuży okres zwrotu inwestycji i sprawi, że stanie się ona dostępna – nawet z pomocą publiczną w postaci dotacji i ulg podatkowych – tylko dla najbardziej zamożnej części społeczeństwa, negując zarówno ideę demokracji energetycznej jak i zasadność tak adresowanej pomocy publicznej.

Zmiana przepisów tłumaczona jest koniecznością transpozycji unijnej dyrektywy o jednolitym rynku energetycznym (IEMD), na co kraje członkowskie miały czas do końca ubiegłego roku. Niezależni eksperci jednym głosem mówią jednak, że prawdziwym powodem zmian są rosnące kłopoty operatorów sieci dystrybucyjnych i przesyłowych – czyli spółek państwowych – z odbiorem nadwyżek energii od prosumentów i stąd próba spowolnienia przyrostu liczby prosumentów.

Trudności operatorów sieci nie mogą usprawiedliwiać działań hamujących rozwój OZE i energetyki obywatelskiej w Polsce. Nie pozwalają nam na to ani zobowiązania unijne, ani obywatele, którzy od kilku lat pokazują rosnące zainteresowanie wytwarzaniem odnawialnej energii”.

Trudności operatorów sieci nie mogą usprawiedliwiać działań hamujących rozwój OZE i energetyki obywatelskiej w Polsce. Nie pozwalają nam na to ani zobowiązania unijne, ani obywatele, którzy od kilku lat pokazują rosnące zainteresowanie wytwarzaniem odnawialnej energii – podkreśla Zuzanna Sasiak, koordynatorka ruchu Więcej Niż Energia w Polskiej Zielonej Sieci.

Ani treść zmian ani ich gwałtowność nie jest tymczasem nigdzie uzasadniona w dyrektywie IEMD. Daje ona krajom członkowskim na wdrożenie zmian jeszcze 2 i pół roku – do początku 2024 roku. Tymczasem niestabilność i nieprzewidywalność polskiego rynku energii od lat jest wskazywana jako największe ryzyko inwestycyjne. Ustawy o OZE oraz Prawo energetyczne są jednymi z najczęściej nowelizowanych aktów prawnych w Polsce.

Rządowy projekt zawiera więcej kontrowersyjnych propozycji, m.in. zmianę definicji prosumenta w Ustawie o OZE, opisującą go jako odbiorcę wytwarzającego energię, ale już nie „wyłącznie” (to wykreślono) ze źródeł odnawialnych. Zawiera też propozycję co do zasady słusznych, ale bardzo nieprecyzyjnych nowych przepisów dotyczących tzw. „obywatelskich społeczności energetycznych„, zapowiadając bardzo ogólnie ich odpowiedzialność finansową za niezbilansowanie, które spowodują w systemie elektroenergetycznym. Tak nieprecyzyjne przepisy budzą obawy, że zaproponowane zasady rozliczenia nadwyżek wyprodukowanej przez społeczności energii (nie sprecyzowano czy wyłącznie z OZE) mogą być podobnie niekorzystne jak proponowane równolegle dla prosumentów indywidualnych. Jeśli zniechęcą potencjalnie zainteresowanych obywateli i podmioty do zakładania takich form zarządzania energią, to staną się równie martwym prawem, jak przepisy dotyczące spółdzielni energetycznych, z których po 2 latach nie uruchomiono w Polsce ani jednej (jedną zarejestrowano).

Wprowadzenie społeczności energetycznych (wspólnot energetycznych) do polskich przepisów to bardzo pilna potrzeba, ale konieczne jest doprecyzowanie, że muszą one funkcjonować wyłącznie w oparciu o odnawialne źródła energii, z jednoczesnym założeniem zapewnienia efektywności energetycznych tych społeczności. O takich bowiem społecznościach mówi dyrektywa RED II o promocji odnawialnych źródeł energii, której termin transpozycji upływa z końcem czerwca.

Stabilność i przejrzystość prawa oraz zdrowy rozsądek wymagają, by ustawodawca wprowadził regulacje dotyczące jednego, a nie dwóch typów społeczności energetycznych w Polsce. Transpozycja obu dyrektyw – IEMD oraz RED II – powinna być spójna i nie generować dublujących się rozwiązań prawnych.

Wspólne stanowisko podpisały:

Fundacja Instrat,
Fundacja WWF Polska,
Stowarzyszenie Branży Fotowoltaicznej Polska PV,
Stowarzyszenie na rzecz efektywności im. prof. Krzysztofa Żmijewskiego,
Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi,
Fundacja Frank Bold,
Polski Klub Ekologiczny oddział mazowiecki
Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć,
Więcej Niż Energia


 

16 czerwca, w dniu Walnego Zgromadzenie Akcjonariuszy PZU organizacje pozarządowe i ruchy klimatyczne protestowały przed siedzibą największego polskiego ubezpieczyciela. Mają dość bierności spółki, która w obliczu katastrofy klimatycznej nie robi nic[1], aby poprawić przyszłość polskich obywatelek i obywateli.

Protestujący żądają wycofania się PZU z ubezpieczania kopalni i elektrowni węglowych. Domagają się także, aby zarząd przedstawił w końcu strategię inwestycyjną i ubezpieczeniową, która będzie zgodna z aktualnym stanem wiedzy naukowej, wymaganiami porozumienia paryskiego, najnowszym scenariuszem Międzynarodowej Agencji Energetycznej „Net zero by 2050” oraz celami klimatycznymi UE. Pod tymi żądaniami w internetowej petycji podpisało się blisko 3000 osób.

— Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres wzywa towarzystwa ubezpieczeniowe do natychmiastowego zakończenie inwestycji i ubezpieczania nowych projektów wydobywczych ropy, gazu i węgla. Tymczasem PZU zakłada, że jego klienci ubezpieczeniowi i inwestycyjni osiągną neutralność klimatyczną do 2050 roku. To absolutny brak odpowiedzialności — komentuje Kuba Gogolewski, kampanier finansowy w Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.  — Energetyka w krajach OECD ma być wolna od węgla do 2030 roku, a od paliw kopalnych 5 lat później. Bezczynność PZU wspiera chaos klimatyczny.

— PZU jako największy ubezpieczyciel w Polsce i spółka z udziałem Skarbu Państwa powinien dbać o interesy wszystkich obywateli oraz przewidywać i odpowiednio reagować na pojawiające się ryzyka i zagrożenia. Tymczasem brak jakiejkolwiek reakcji i jawne ignorowanie niebezpieczeństw wynikających z dalszego utrzymywania sektora paliw kopalnych, szczególnie kopalni i elektrowni węglowych, nie tylko zaprzecza ich misji, ale też pcha nas coraz głębiej w ramiona postępującego kryzysu klimatycznego  — zaznacza Marzena Wichniarz, z ruchu Rodzice dla Klimatu. — Nie możemy zgodzić się na to, że przyszłość naszych dzieci i kolejnych pokoleń, ich zdrowie i życie, jest przez PZU pomijana i mniej ważna niż doraźne gwarancje udzielane na rozwój i działalność kopalni.

— Jako Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, nie zgadzamy się na stawianie życia milionów ludzi niżej niż pieniędzy. Mamy dosyć tego, że osoby decyzyjne udają, że ich działania nie są szkodliwe. — oburza się Tosia z MSK Warszawa.  — Dlaczego młodzież musi walczyć o naprawienie rzeczy, które zepsuły poprzednie pokolenia? Dorośli zawsze uczą nas, że należy ponosić konsekwencje własnych działań. Tymczasem kolejny raz to my musimy stać i protestować przeciwko ich działaniom, za które to my zapłacimy najdotkliwiej. Jaki przykład nam dajecie?

— Od węgla trzeba odejść natychmiast!  — podkreśla Anna Lan ze Strajku dla Ziemi. — PZU przestańcie ubezpieczać sektor węglowy: elektrownie Bełchatów, Turów, Opole, Kozienice; kopalnie: Bełchatów, Turów i Szczerców! To wy macie największy wpływ na kierunek rozwoju polskiej energetyki!

Pod siedzibą PZU protestują osoby z Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, Strajku dla Ziemi, Extinction Rebellion i Rodziców dla Klimatu, Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. W samym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy bierze udział akcjonariusz mniejszościowy PZU Kuba Gogolewski.

— Jak co roku, od czterech lat, zamierzam zwrócić uwagę zarządu na konieczność przywiązania przez PZU dużo większej wagi do kwestii wpływu decyzji inwestycyjnych oraz ubezpieczeniowych grupy PZU S.A. na tempo transformacji sektora energetycznego w Polsce  — podkreśla Gogolewski. — Zapytam zarząd między innymi o to, jakie kroki podjął do tej pory w celu redukcji emisji gazów cieplarnianych. Może w tym roku doczekam się odpowiedzi.

Odwołania:

1. Grupa PZU a sektor węglowy w 2021 roku, do pobrania tutaj.

Zdjęcia: Rodzice dla Klimatu