Komisja Europejska pod koniec stycznia 2014 r. opublikowała Białą Księgę dotyczącą polityki energetyczno-klimatycznej. Zawarto w niej dwa cele, które mają zostać osiągnięte do 2030 r.: redukcja CO2 do 40% oraz wzrost udziału OZE w rynku energii do 27% w stosunku do poziomu z 1990 r. Warto przypomnieć, że rząd Polski – poprzez trzykrotne zgłoszenie weta – przyczynił się do opublikowania dokumentu w obecnym kształcie. Dokumentu, który pierwotnie był proponowany jako „Mapa drogowa” do 2050 r.

W dyskusji zabrała głos Koalicja Klimatyczna, związek 23 znaczących polskich organizacji ekologicznych, wskazując, że te cele Komisji Europejskiej i tak są bardzo mało ambitne. Koalicja wskazuje na dane pochodzące od samej Komisji, mówiące, że w sytuacji kontynuowania już przyjętych rozwiązań w Europie w 2030 r. udział OZE będzie wynosił 24%. To oznacza, że Komisja poprzez wdrożenie nowych działań proponuje zwiększenie udziału OZE o zaledwie 3 punkty proc. To raczej niewiele! Podobnie wygląda sytuacja redukcji CO2. Utrzymanie obecnego trendu gospodarki i polityki energetyczno-klimatycznej w Europie przyniesie w 2030 r. redukcję dwutlenku węgla o 32% w stosunku do 1990 r. Zatem Komisja proponuje efektywne, dodatkowe działania oznaczające redukcję CO2 o następne 8 punktów proc. Taki postęp wydaje się dość skromny.

Stać nas na więcej

Koalicja Klimatyczna proponowała podniesienie powyższych wielkości do 55%, jeśli chodzi o redukcję CO2, oraz 45% w przypadku udziału OZE. Dodatkowo sugerowała, aby Unia przyjęła wiążący cel dotyczący efektywności energetycznej, określający jej poprawę o 40% (podwojenie tego, co planujemy na 2020 r.).

Podkreślić tu należy, ze względu na nasze doświadczenia, sformułowanie „cel wiążący”. Polska ustawa o efektywności energetycznej, która pełni obecnie funkcję wyłącznie edukacyjną, jest martwa, jeśli chodzi o konkretne rozwiązania. Nie przynosi żadnego postępu w kraju, którego energochłonność gospodarki jest niemal cztery razy większa niż Niemiec i dwa razy większa w stosunku do pierwszych 15 państw członkowskich UE. Kraju, którego rząd nie tak dawno zadeklarował wsparcie budowy węglowej elektrowni Opole oraz pierwszej elektrowni atomowej ze środków podatników!

Proponowane przez Komisję i naszą Koalicję cele stanowią średnie wielkości dla całej UE. To oznacza, że w rzeczywistości jedne kraje przyjmą i uzyskają lepsze, a inne gorsze rezultaty. Związane to będzie np. ze strukturą energetyczną danego kraju, jego zamożnością i możliwościami wsparcia ze wspólnego unijnego budżetu.

W oparciu o dostępne ekspertyzy naukowe Koalicja Klimatyczna wyliczyła, jakie są realne cele dla Polski na 2030 r. Warto zauważyć, że ani rząd, zgłaszając weto wobec unijnej polityki klimatycznej, ani niektórzy naukowcy i publicyści, apelujący o jego zgłoszenie, nigdy nie pokazują podobnych wyliczeń, mówiąc jedynie, że taka polityka „jest dla nas nierealna”.

Otóż w odniesieniu do redukcji emisji CO2 i innych gazów cieplarnianych badania wykonane przez Instytut Badań Strukturalnych wykazały, że Polska do 2030 r. może zmniejszyć emisję do poziomu 210 Mt CO2eq, co oznacza ograniczenie emisji o 53% w stosunku do roku 1990. W odniesieniu do rozwoju OZE w perspektywie 2030 r. możliwe jest natomiast osiągnięcie 28,4-procentowego udziału OZE w zużyciu energii finalnej.

Jeśli chodzi o poprawę efektywności, to – według szacunków Fundacji Efektywnego Wykorzystania Energii – do 2030 r. można osiągnąć zmniejszenie zużycia energii finalnej o 25%, i to bez wprowadzania dodatkowych działań, a jedynie kontynuując obecną politykę w tym zakresie.

Te dane świadczą, iż spokojnie możemy się włączyć we wspólną politykę klimatyczną UE, bo redukcje i tak mają miejsce. Możemy negocjować i wynegocjować wielkości tych redukcji. Po co nam samotne weto i skazywanie się na rolę „skamieliny” w UE?

Kto naprawdę stawia na efektywność?

Warto w tym miejscu skomentować raport Climate Strategies, zarejestrowanej w Londynie organizacji pozarządowej skupiającej ekspertów z różnych krajów, zajmujących się ekonomiczną i polityczną analizą europejskiej i światowej polityki klimatycznej. W raporcie stwierdzono, że to innowacyjność i efektywność energetyczna, a nie ceny energii decydują o konkurencyjności Unii Europejskiej.

Autorzy zauważają, że w 2013 r. już w 66 państwach świata funkcjonowały taryfy gwarantowane na sprzedaż prądu z energii odnawialnej (coś, co przeraża nasz rząd i państwowe monopole energetyczne), tj. sprawdzony sposób dający stabilne podstawy do rozwoju tego sektora. W niektórych krajach zaczął się boom w przemianie gospodarki na niskowęglową.

Przykładowo Indie, Tajlandia czy Chiny stały się liderami w zmniejszaniu energochłonności produkcji cementu, która w skali świata odpowiada aż za 5% emisji CO2. W 2012 r. aż 70% nowych mocy w elektrowniach wiatrowych zainstalowano poza Unią. Liderami w sprzedaży samochodów elektrycznych są Stany Zjednoczone, Japonia i Chiny.

Wydatki na energię w stosunku do PKB są w Europie na podobnym poziomie co w Stanach Zjednoczonych czy w innych gospodarkach będących głównymi konkurentami UE. W przypadku Niemiec dla 92% przedsiębiorstw koszty energii stanowią średnio tylko 1,6% wszystkich kosztów. W Polsce te koszty są niewątpliwie większe, bo nasz „liberalny” rząd, w przeciwieństwie do Niemiec, podtrzymuje swoich monopolistów energetycznych.

Dlatego straszenie biznesu wzrostem cen energii w Polsce to straszenie samych siebie. Podtrzymujemy monopol węglowy i terytorialny czterech koncernów, mamy drogie (nie)bezpieczeństwo energetyczne i nie dopuszczamy dopłat do OZE, bo wzrosną nam ceny energii. Ta logika jest bałamutna, szczególnie w kontekście sankcjonowania tzw. współspalania węgla i biomasy przez państwowych monopolistów. W ostatnich latach podatnicy zasponsorowali im dotacje w wysokości 12 mld zł w formie „zielonych certyfikatów”.

Nie uchwalamy ustawy o OZE, nie rozwijamy tego sektora, który wszędzie dookoła już się rozwija, ale wspieramy państwowe monopole węglowe w aferalnym procederze współspalania. To kwintesencja polityki klimatycznej rządu, która ma być kontynuowana. W nowej ustawie o OZE zręcznie podtrzymuje się współspalanie – polski „wynalazek”, niestosowany nigdzie indziej w Europie.

Tymczasem eksperci Climate Strategies przekonują, że Unia powinna nadal przodować w walce ze zmianami klimatu, gdyż zwiększy to jej bezpieczeństwo energetyczne, przyciągnie długofalowe inwestycje i zapewni wzrost innowacyjności, która z kolei przełoży się m.in. na wzrost zatrudnienia.

Jest lipiec 2014…

Rząd nie powiedział otwarcie „Nie” celom UE. Ale nie zmienił też ani trochę swojej polityki energetycznej. Gorzej – premier oficjalnie mówi o subwencjonowaniu z kieszeni podatników górnictwa i budowy elektrowni węglowych. W strategii solidarności energetycznej, którą lansuje Tusk w Europie, nie istnieją odnawialne źródła energii. Kopać węgiel z narażeniem życia górników na głębokości 1000 m i spalać go – dobrze, korzystać z bezpłatnych, nieograniczonych zasobów słońca i wiatru – źle. Można zadawać sobie pytanie: czy to głupota, czy sabotaż?

Ponownie pojawia się kwestia, jak długo rząd RP może prowadzić swoją politykę energetyczną dyktowaną przez monopole energetyczne, opartą na węglu, a jednocześnie blokować lub pozorować działania na rzecz oszczędzania energii, uchwalenia ustawy o OZE oraz polityki klimatyczno-energetycznej W ten sposób zaczniemy coraz bardziej odstawać, stając się skansenem i tracąc konkurencyjność. Kiedy władza to usłyszy?

Artykuł pierwotnie opublikowany w „Przeglądzie Komunalnym” w kwietniu 2014 r. Wersja zaktualizowana.

Na zachodnim brzegu Wisły rozciągają się czyste tereny znane z wysokiej jakości gleb i produkcji rolnej oraz walorów turystycznych i przyrodniczych. Tymczasem właśnie tu, we wsi Rajkowy niedaleko Pelplina zaplanowano inwestycję, która całkowicie kłóci się z dotychczasowym charakterem regionu – węglową Elektrownię Północ.

Elektrownia Północ o mocy 1600 MW to flagowy projekt grupy energetycznej Polenerga i jedna z największych tego typu inwestycji w Polsce. Główne elementy elektrowni, w tym potężne, 160-metrowe chłodnie kominowe, rozmiarami i powierzchnią przewyższą największe budynki w Polsce. Przekształcenia krajobrazu dopełnią towarzyszące jej drogi, rurociągi do transportu wody z Wisły i ścieków z powrotem do rzeki oraz wielokilometrowe linie wysokiego napięcia.

Projekt ten od początku budził silny opór społeczności lokalnej, która domaga się rezygnacji z inwestycji w obawie, że jej realizacja na terenach o unikalnej wartości krajobrazowej i historycznej nieuchronnie doprowadzi do ich degradacji. W tym celu zawiązana została koalicja organizacji przyrodniczych i społecznych, które wraz z mieszkańcami prowadzą kampanię Stop Elektrowni Północ oraz stronę internetową o inwestycji www.stopep.org.

Obawy mieszkańców potwierdzili liczni specjaliści, którzy wskazali na szereg poważnych
konsekwencji środowiskowych i społecznych, związanych z budową Elektrowni Północ.

Według raportu ekspertów z międzynarodowej organizacji HEAL, badającej wpływ zanieczyszczeń na zdrowie ludzi, elektrownie węglowe stanowią dziś najważniejsze źródło przemysłowe przyczyniające się do skażenia powietrza. Spalanie milionów ton węgla oznacza emisje szkodliwych związków, takich jak tlenki siarki i azotu, metale ciężkie i pyły zawieszone. Substancje te stanowią poważne zagrożenie dla ludzi w promieniu setek kilometrów, szczególnie dzieci i osób starszych. Na długiej liście schorzeń, do których mogą prowadzić, są choroby serca i płuc, astma, alergie, nowotwory, przedwczesny poród czy upośledzenie rozwoju dziecka.

Poważne kontrowersje budzi też sam fakt lokowania elektrowni węglowej w rolniczym regionie o czystym środowisku. Rolnicy obawiają się przede wszystkim skażenia plonów metalami ciężkimi. Na alarm biją też hydrolodzy – w wyniku prac budowlanych wyschnąć może nie tylko jedna z miejscowych rzek, ale i lokalne ujęcia wody, w innych natomiast woda może stać się niezdatna do użytku, co dla produkcji rolnej oznaczałby katastrofę, a dla wielu rodzin – utratę podstawowego źródła utrzymania.

Zagrożony jest też zamek krzyżacki w Malborku, leżący zaledwie 23 km od wytypowanego miejsca budowy. Ten bezcenny zabytek jest jednym z największych zamków na świecie, a jego bezdyskusyjna wartość kulturowa i historyczna zadecydowała o wpisaniu go na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Choć według dyrekcji Muzeum Zamkowego sytuacja zabytku będzie dramatyczna, wpływ zanieczyszczeń z elektrowni na zamek został całkowicie pominięty w procesie inwestycyjnym.

Pobieżnie potraktowane zostały także położone w promieniu oddziaływania elektrowni rezerwaty przyrody oraz obszary Natura 2000. Najważniejszy z nich – Dolna Wsła – jest siedliskiem wielu rzadkich i zagrożonych gatunków oraz kluczowym korytarzem ekologicznym. Żyją tu m.in. chronione ryby, z których najcenniejszą jest łosoś. Naukowcy alarmują, że wpływ elektrowni na przyrodę Wisły będzie kolosalny. Szczególnie niszczycielski będzie zrzut toksycznych ścieków do rzeki oraz zabijanie ton narybku przez system pobierający wodę do chłodzenia elektrowni.

Elektrownia Północ została zaplanowana z dużym rozmachem. Pierwotnie miała się składać z dwóch bloków o łącznej mocy 2000 MW i była największą z nowych
elektrowni węglowych planowanych w Europie. Wiosną 2014 r. inwestor zmienił plany i „odchudził” instalację o 400 MW. Wielokrotnie przesuwano też termin rozpoczęcia prac budowlanych.

Nie jest wykluczone, że zmiany te są wynikiem poważnych błędów, którymi projekt ten jest obarczony od początku procesu inwestycyjnego. W wyniku interwencji lokalnych mieszkańców i koalicji StopEP, które wskazały na poważne zagrożenia dla regionu generowane przez elektrownię, unieważniony został szereg kluczowych decyzji i pozwoleń, bez których budowa nie może się rozpocząć. Inwestycji nie pomaga też polityka największych światowych banków, które wycofują się z finansowania elektrowni węglowych ze względu na ochronę klimatu, zdrowia ludzi i środowiska oraz dlatego, że takie instalacje są coraz mniej opłacalne i przynoszą olbrzymie straty.

Nie ulega wątpliwości, że zapewnienie społeczeństwu dostępu do energii ma obecnie kluczowe znaczenie, jednak rozwój nowych technologii stworzył szereg alternatyw dla węgla. Inwestycje w odnawialne źródła energii i zwiększenie efektywności energetycznej to tylko część dużego, dotąd niewykorzystanego potencjału Pomorza. Tymczasem decyzja o budowie Elektrowni Północ jednoznacznie określi przyszłość i kierunek rozwoju całego regionu. Biorąc pod uwagę analizę zysków i strat związanych z budową elektrowni, należy zadać pytanie, czy będzie to decyzja właściwa.

Więcej informacji: www.stopep.org.

Rządy państw członkowskich mogłyby walczyć o ochronę usług publicznych w ramach TTIP (transatlantyckiej umowy o wolnym handlu). Ale tak się składa, że tego nie robią. (więcej…)

Jeden obraz płonącej wody z kranu w domostwie w Pensylwanii dotarł do ludzi na całym świecie. W sposób działający na wyobraźnię demonstruje on fakt, że na terenach, gdzie znajdują się duże złoża gazu naturalnego, metan w prywatnych instalacjach wodociągowych może osiągnąć poziomy zagrażające wybuchem.

Żadna inna ilustracja nie zrobiła więcej dla ostrzeżenia ludzi przed zagrożeniem skażeniem wody pitnej na skutek szczelinowania hydraulicznego (fracking, technologia stosowana przy wydobyciu gazu i ropy łupkowej – przyp. tłum.). Międzynarodowy przemysł wydobywczy oszacował, że sam ten wizerunek i spowodowane przezeń oburzenie opinii publicznej stały się przyczyną kilku lat opóźnień i miliardów dolarów straconego dochodu, jak również dodatkowych kosztów poniesionych w celu odzyskania zaufania.

Po jego publikacji w filmie dokumentalnym „Gasland” przemysł uruchomił potężną maszynerię public relations. Prawdopodobnie więcej jest stanowisk pracy w reklamie i „zazielenianiu” przemysłu wydobywczego niż w faktycznej produkcji. Zalew pseudonaukowych artykułów z pretensjonalnymi, kolorowymi ilustracjami i efekciarskich stron internetowych próbuje nam sprzedać tylko jedną wiadomość: wydobycie gazu niekonwencjonalnego jest bezpieczne i nie wyrządzi szkody naszym zasobom wody pitnej. Lecz wielu ludzi sądzi inaczej.

Nawet przedstawiciele wielomiliardowego przemysłu wydobycia gazu łupkowego i ropy łupkowej przyznają, że pytanie o bezpieczeństwo wody pitnej ma kluczowe znaczenie dla przyszłości tej branży w USA. Nigdzie indziej szczelinowanie nie jest prowadzone na skalę tak olbrzymią, że skutki ekologiczne można zaobserwować na wielkich obszarach. Boom łupkowy wspomagany jest nieograniczonymi funduszami wydawanymi na kształtowanie opinii publicznej, a także na dyskredytację przeciwników, często poprzez uciekanie się do zatrudniania byłych wojskowych, specjalistów od „wojny psychologicznej” w celu złamania opozycji.

Jak więc możemy dowiedzieć się prawdy? Jaki jest rzeczywisty wpływ szczelinowania na naszą wodę picia? Czy naukowcy są w stanie wyjaśnić tę kontrowersję? Czy nauka jest na tyle niezależna, by móc pełnić rolę arbitra?

EPA Water Risks in Fracking (1)

Istnieje pięć etapów szczelinowania, które wpływają zazwyczaj na wodę: 1. pobór wody, 2. mieszanie z chemikaliami, 3. wtryskiwanie do odwiertów, 4. płyn zwrotny (flowback) i ścieki, 5. oczyszczanie ścieków i składowanie odpadów.

1. Ogromny pobór wody – w świecie, w którym już występują jej niedobory

Szczelinowanie hydrauliczne z definicji wiąże się ze zużyciem ogromnych ilości wody, która wraz z piaskiem i chemikaliami pod olbrzymim ciśnieniem wtłaczana jest pod ziemię, aby rozkruszyć skały i uwolnić zawarte w nich gaz lub ropę.

Całkowita ilość wody potrzebna do jednego szczelinowania i liczba operacji szczelinowania wykonywanych na jednym odwiercie bardzo się różnią. Zapotrzebowanie na wodę zależy przede wszystkim od głębokości i długości szybu wiertniczego, która może wynosić 6 km na odwiert, włączając w to jego część horyzontalną, szerokości otworu, typowo 20 cm lub więcej, oraz wielu innych czynników związanych ze specyfiką środowiska geologicznego.

Konsumpcja wody jest jak do tej pory najbardziej newralgiczną kwestią w związku ze szczelinowaniem. Ogólnie rzecz biorąc typowy otwór wiertniczy na złożu Marcellus Shale w USA może zużyć do 20 mln litrów. Stanowi to często poważne zagrożenie dla lokalnych zasobów wody. Na terenach ubogich w wodę, takich jak Texas lub Kalifornia podniosło to temperaturę debaty. Szczególnie rolnicy walczą o szybko zmniejszające się jej zasoby. W południowoafrykańskim Karru woda w takich ilościach jest w ogóle niedostępna. Z tego powodu musi być dowożona z odległych obszarów, ze wszystkimi towarzyszącymi temu kosztami i zagrożeniami dla infrastruktury i zasobów.

2. Transport i magazynowanie ogromnych ilości substancji chemicznych zagraża zasobom wody pitnej

Miliony litrów toksycznych płynów do szczelinowania, jeszcze zanim zostaną wtłoczone do otworów wiertniczych, stanowią poważne zagrożenie dla zasobów wody pitnej. Większość odnotowanych do tej pory przypadków skażenia miało związek z nieodpowiednim obchodzeniem się z tymi płynami przez dostawców.

3. Skażenie wód gruntowych podczas wtłaczania płynu do szybu w procesie szczelinowania

Mimo że szczelinowanie jako technologia używana w celu zwiększenia wydajności odwiertów konwencjonalnej ropy i gazu stosowane jest od 65 lat, dostępnych jest zaskakująco niewiele danych, na których można by się oprzeć. Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency – EPA) przygotowuje obecnie studium zatytułowane Potencjalny wpływ szczelinowania hydraulicznego na zasoby wody pitnej, jednakże jego rezultaty będą znane najwcześniej w 2016 r.

Należy zwrócić uwagę na to, że odwierty horyzontalne z zastosowaniem szczelinowania hydraulicznego zaczęły się mniej niż 10 lat temu w Teksasie. Lecz rozpoczęto je z takim rozmachem, że do dzisiejszego dnia nie ma nawet jednego, pojedynczego obszaru wydobycia gazu, dla którego przeprowadzono by odpowiednie badania podstawowe (analizy stanu wyjściowego) dotyczące jakości wody przed pojawieniem się przemysłu gazowego.

Pomimo zapewnień przemysłu, że otwory wiertnicze są całkowicie nieprzepuszczalne, ostatnie badania pokazują, że w rzeczywistości wiele z nich zawodzi i zaczyna przeciekać. Dlatego nie budzi zdziwienia fakt, że odnotowano liczne przypadki skażenia wody metanem w całej Pensylwanii. Kolorado ma długą historię słabych i dość nieodpowiedzialnych uregulowań prawnych dotyczących szczelinowania na wrażliwych obszarach działów wodnych i w regionach, w których znajdują się rezerwuary wody pitnej. Badacze nie zdziwili się, gdy znaleźli hormony zmieniające płeć (estrogeny i androgeny) w ciekach wodnych spływających z pól gazowych w Kolorado.

Istnieje wiele anegdotycznych relacji dotyczących kwestii zdrowia publicznego. Lekarze w Pensylwanii byli wściekli, gdy początkowo zabroniono im nawet poinformowania pacjentów, jakie substancje chemiczne znajdujące się w płynie do szczelinowania mogli wchłonąć. Niedawno zaś bardzo starannie przeprowadzone badania wykazały związek między szczelinowaniem a odkrytymi w górskich strumieniach w całej Pensylwanii radioaktywnymi minerałami zawierającymi uran. Do strumieni i zbiorników wody pitnej przedostały się również inne toksyczne substancje zawarte w płynie do szczelinowania, takie jak biocydy.

Analiza tysięcy przypadków naruszenia przepisów ochrony wody w USA pokazuje, że większość z nich spowodowana była niewłaściwym wykonaniem obudowy szybów wiertniczych. Są to podwójne lub nawet potrójne rury wypełnione wodoodpornym cementem. Punktem newralgicznym jest odcinek przecinający płytki zbiornik z którego pobierana jest woda pitna. Zwykle te odcinki są bezpieczne, lecz – jak to zawsze w życiu – sprawy mogą nie potoczyć się po naszej myśli.

Jeszcze bardziej niepokojąca jest perspektywa tysięcy i tysięcy opuszczonych otworów wiertniczych, które w końcu zaczną przeciekać, niekiedy zaledwie za kilka dziesięcioleci. Ostatecznie popsuje się większość z nich. W samej Pensylwanii znamy lokalizacje 8 257 opuszczonych szybów naftowych i gazowych – szacuje się, że jest to 2 do 4% wszystkich opuszczonych szybów w tym stanie. Szczególnie te skutki długoterminowe, których jeszcze nigdzie i nigdy przedtem nie widziano, powinny niepokoić nas najbardziej.

4. Płyn zwrotny (flowback) i ścieki – większość z tego co wtłaczamy pod ziemię, wraca z powrotem, z pewnymi dodatkowymi niespodziankami

Większość płynów do szczelinowania wypłynie z powrotem pod ciśnieniem gazu naturalnego lub będzie musiała być wypompowana, aby pozwolić na przepływ gazu. Te ogromne ilości płynów, często 80% tego, co zostało wtłoczone pod ziemię, muszą być oczyszczone, przetworzone lub w bezpieczny sposób usunięte. Również w tym przypadku przyczyną największych zagrożeń są ludzkie błędy, lecz błędy są nieuniknione w przemyśle, który działa w warunkach zaciekłej konkurencji, zatrudnia tysiące wykonawców i podwykonawców, a także przy słabym nadzorze państwowym.

Większość złóż gazu naturalnego zawiera płyny, które w końcu przedostaną się do otworu wiertniczego, i będą musiały zostać usunięte. Podczas gdy można dokładnie wiedzieć, co zawiera sam płyn do szczelinowania, skład płynu zwrotnego jest często nieznany, i może on przynieść nam nieprzyjemne niespodzianki, takie jak arszenik, bor lub nawet uran.

Proces szczelinowania – w sposób niezamierzony – uwalnia substancje chemiczne, które przez miliony lat były bezpieczne zmagazynowane w minerałach pod ziemią. W rezultacie, rzeki w Pensylwanii zawierają teraz substancje radioaktywne, z potencjalnie katastroficznymi skutkami zdrowotnymi. Nawet niewielkie ilości substancji radioaktywnych mogą spowodować raka, jeśli zostaną wchłonięte.

5. Oczyszczanie ścieków i usuwanie odpadów

Podczas gdy prawdą jest, że w interesie przemysłu leży przetworzenie tak dużej ilości ścieków, jak to tylko możliwe, zawsze pozostaną ogromne ilości wody, która jest zbyt zanieczyszczona, by można ją było dalej używać w procesie produkcyjnym, i musi ona zostać usunięta.

W Niemczech na przykład płyn po szczelinowaniu był transportowany rurociągami do oczyszczalni lub do szybów wiertniczych w innych miejscach. Nikt nie zauważył, gdy w 2006 r. pękł rurociąg w pobliżu wsi Söhlingen i jego toksyczna zawartość rozlała się do miejscowego zbiornika wodnego. Musiano w wielkiej tajemnicy wymienić miliony metrów sześciennych cennej ziemi. Po dziś dzień całkowite rozmiary tego poważnego wypadku nie zostały w pełni ujawnione. Udokumentowano o wiele więcej podobnych zdarzeń.

Kiedy ścieki są ponownie wtłaczane do otworów wiertniczych, zwiększa się ryzyko wstrząsów sejsmicznych. Doprowadziło to ostatnio do setek dodatkowych trzęsień ziemi w Oklahomie. Również w tym przypadku odpowiednie obchodzenie się z tymi płynami może pozwolić na uniknięcie dużej części zagrożeń, lecz pomimo to ścieki stanowią końcowe i bardzo poważne obciążenia dla środowiska. W Colorado płyn po szczelinowaniu jest po prostu wpompowywany do specjalnych stawów dla wyparowania, często niezabezpieczonych, a parowanie jest często wspomagane przez armatki wodne. Część osadu ostatecznie trafia do cieków wodnych – przerażający koktajl toksycznych chemikaliów.

Zużycie wody i jej zanieczyszczanie pozostają piętą achillesową przemysłu wydobycia niekonwencjonalnych paliw kopalnych. Mimo tego, że nastąpił postęp technologiczny pozwalający zmniejszyć zużycie wody i zastąpić toksyczne chemikalia substancjami mniej niebezpiecznymi, nie znaleziono dotąd prawdziwego rozwiązania problemu, i prawdopodobnie nie zostanie ono nigdy znalezione, w każdym bądź razie nie za życia obecnego przemysłu wydobycia gazu łupkowego. Nowe materiały, takie jak propan czy dwutlenek węgla, są albo zbyt drogie albo po prostu niemożliwe do zastosowania. „Zielone szczelinowanie”, jak to branża lubi nazywać, to jeszcze kwestia odległej przyszłość i na pewno nie znajdzie zastosowania w obecnej pogoni za łatwym gazem.

Przeł. Jan Skoczylas

Na warszawskim Muranowie trwają dyskusje i przygotowania do wdrożenia pierwszej w Warszawie dzielnicowej strefy tempo 30. Propozycja napotkała na wątpliwości tych, którzy posiadają samochody i chcieliby poruszać się nimi po dzielnicy z prędkością większą niż 30 km/h. Tak się jednak składa, że Tempo 30 jest skrojone na miarę samochodu przy wąskich ulicach w mieście. Jakie zalety oferuje ta prędkość kierowcom?

Tempo 30 – większa płynność ruchu

Wielu kierowcom płynność ruchu kojarzy się zapewne wyłącznie z rozwiązaniem typu „zielona fala” w sygnalizacji świetlnej. Jednak sygnalizacja świetlna to nie jest rozwiązanie dla każdej ulicy i każdego skrzyżowania, a przy gęsto rozmieszczonych skrzyżowaniach może być wręcz szkodliwe dla płynności ruchu. O ile bowiem sygnalizacja pozwala kierowcom rozwijać większe prędkości podczas zielonego światła, o tyle ceną za zwiększoną prędkość jest zwiększona liczba zatrzymań na czerwonym świetle.

Na kilku głównych ciągach można zsynchronizować sygnalizację w wybranym kierunku, na pozostałych jednak w efekcie ruch drogowy jest rwany: szybko – szybko – postój – szybko – postój itd. Efekt jest taki, że jak zmierzymy średnią prędkość pojazdów w ruchu miejskim, i tak otrzymujemy wartości w granicach 20-35 km/h w zależności od miasta.

Alternatywą dla rwanego tempa ruchu z zastosowaniem sygnalizacji świetlnej jest stała jazda z prędkością 30 km/h przy zastosowaniu uspokojenia ruchu, dzięki czemu osiągamy cel w tym samym czasie.

Tempo 30 – większa przepustowość ulic i skrzyżowań

Uważny czytelnik na pewno zauważy, że w ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu stała jazda z prędkością 30 km/h nie uwzględnia wpływu skrzyżowań na ruch pojazdu. Na tym właśnie polega magia Tempo 30. Przy dojeździe do skrzyżowania przy 30 km/h widoczność z samochodu (pod warunkiem dobrej widoczności na drodze) pozwala na dobrą ocenę sytuacji na skrzyżowaniu i bezpieczny wybór dwóch możliwych rozwiązań:

  • kontynuowania jazdy przez skrzyżowanie (także w relacji skrętnej!) w przypadku, gdy sytuacja na to pozwala bez konieczności zwalniania (utrzymujemy Tempo 30),
  • albo bezpiecznego hamowania, gdy sytuacja na skrzyżowaniu jednak tego wymaga, np. nadjedzie pojazd z prawej strony.
  • W przypadku konieczności podjęcia nagłego hamowania droga hamowania wyniesie zaledwie ok. 8 m (a doliczając opóźnienie reakcji kierowcy 13 metrów), a więc w granicach, które zawsze są rezerwowane przed skrzyżowaniem lub przejściem dla pieszych dla zapewnienia widoczności nadjeżdżających pojazdów lub nadchodzących pieszych z kierunku poprzecznego do jezdni.

    Jaki to ma związek z przepustowością ulic i skrzyżowań? Taki, że przy jeździe z prędkością 30 km/h znacznie rzadziej faktycznie zatrzymujemy się przy skrzyżowaniu. Przy prędkości 30 km/h także znacznie rzadziej niż przy 50 km/h zatrzymamy się, aby wypuścić inny pojazd z miejsca postojowego lub wyjazdu bramowego, albo autobus z zatoki przystankowej, albo przepuścić pieszego na pasach, bo jest to prędkość, która umożliwia innym wykonanie tych manewrów jeszcze zanim zdążymy do nich dojechać. A jeśli inni zdążyli przejechać lub przejść, a ty nie musiałeś się zatrzymywać, to oznacza, że przepustowość wzrosła. Każde zatrzymanie to strata przepustowości.

    Tempo 30 – oszczędza paliwo

    Główną zasadą jazdy w celu minimalizacji zużycia energii (paliwa) każdym pojazdem, nie tylko samochodem, jest jazda w sposób niewymagający używania hamulca. Każde bowiem hamowanie jest marnowaniem energii, którą wcześniej zużyliśmy na niepotrzebne przyspieszenie. Oto cytat z instrukcji mojego samochodu:

    Rada 1. Podczas przyspieszania samochód zużywa większą ilość paliwa, dlatego należy jeździć przewidując, dzięki czemu można mniej hamować i co za tym idzie – mniej przyspieszać. Ponadto, jeśli to możliwe, wyłączać bieg, np. gdy na najbliższym skrzyżowaniu świecą się czerwone światła.

    Zasada ta nazywa się jazdą z przewidywaniem. W ruchu po mieście oznacza ona mniej więcej tyle, że jeśli wiem, iż za nie więcej niż 300 metrów od skrzyżowania, z którego ruszam, jest kolejne skrzyżowanie, na którym mogę stanąć, raczej nie warto, abym przyspieszał do prędkości większej niż 30 km/h. Dlaczego? Bo przy wyłączonym biegu sprawny samochód powinien zwolnić od prędkości 50 km/h do prędkości 30 km/h przejeżdżając nawet więcej niż 500 metrów, a więc przed skrzyżowaniem musiałbym hamować i spalić więcej paliwa, niż gdyby utrzymać po ruszeniu ze skrzyżowania prędkość 30 km/h.

    Krzywa spalania

    Krzywa spalania

    Pokazana w instrukcji obsługi mojego samochodu funkcja ilości spalonego paliwa w zależności od prędkości pokazuje, że zarówno utrzymując stałą prędkość 30 km/h, 50 km/h, 70 km/h, czy 90 km/h spalam praktycznie taką samą, najmniejszą z możliwych przy pracującym silniku, ilość paliwa, a przy prędkościach powyżej 100 km/h spalanie szybko rośnie osiągając nawet 4-krotność tej bazowej wartości.

    Artykuł ukazał się na stronie stowarzyszenia Zielone Mazowsze. Dziękujemy Autorowi za zgodę na przedruk.

    Miejska legenda głosi, że w zasięgu dwóch metrów od miejsca, gdzie usiadłaś, by przeczytać ten artykuł, znajduje się co najmniej x szczurów (ile dokładnie wynosi owo x, nie pamiętam). Jest też bez wątpienia faktem, że w zasięgu kilku mil od twojego domu przebywa kilku naprawdę interesujących współczesnych artystów, nadgryzających listwę podłogową życia. Szczury i artyści są wszędzie i, podobnie jak szczury, jesteśmy nierzadko płochliwi i osobliwie trudni do znalezienia – jeśli ktoś nie wie, gdzie patrzeć, rzecz jasna.

    Nie powinienem nadmiernie eksploatować tej analogii, ale… tak, to prawda, warto czasami zajrzeć do piwnicy albo przyjrzeć się, któż to myszkuje w twoim koszu do recyklingu, jeśli chcesz poszukać artysty – zwłaszcza takiego, który uprawia sztukę publiczną z ekologicznym nachyleniem.

    Jako artysta nie przestaję się dziwić temu, jak wiele godnych uwagi „zielonych” działań można napotkać w świecie sztuki. Młodzi brytyjscy artyści i artystki tworzą dziś tyle niewiarygodnych rzeczy, że niemal oblewa mnie zimny pot, ilekroć spotykam ludzi nieświadomych tego, co dzieje się tuż za ich progiem.

    Z pewnością na północy kraju (mieszkam w Manchesterze) możemy czuć się rozpieszczani. Edycja Manchester International Festival w 2013 r. po raz kolejny eksperymentuje z permakulturowymi projektami artystycznymi „pionowego ogrodnictwa”. Robyn Woolston, tworząca z odzyskiwanych odpadów przemysłowych projekty w przestrzeni publicznej, zasłużenie wygrała Liverpool Art Prize w 2012 r. Warto również wspomnieć o prowadzonym przez kolektyw Ultimate Holding Company projekcie tatuaży extInked (2009) – zielona członkini Izby Lordów Jenny Jones jest ambasadorką jednego z uwzględnionych w projekcie gatunków pszczół. (W ramach projektu extInked 100 rysunków zagrożonych wyginięciem brytyjskich gatunków zostało wytatuowanych na setce wolontariuszy – przyp. red.)

    Szkopuł w tym, że większość ludzi alergicznie reaguje na etykietę „sztuka”. Dlaczego? No cóż, świat sztuki zmaga się ze swoim przestarzałym wizerunkiem, jaki ma w szerokich kręgach – włącznie z tą mniejszością opinii publicznej, która zaangażowana jest w zieloną politykę i aktywizm. „Sztuka” kojarzy się dość pretensjonalnie, czyż nie? Inaczej mówiąc, produkcja artystyczna wydaje się czymś elitarnym, stręczeniem towarów na rynek dla superbogatych. W najlepszym razie jej wytwory robią wrażenie nieodgadnionych, autotematycznych, pozbawionych społecznej doniosłości i treści. W ten sposób większa część, jeśli nie całość współczesnej twórczości artystycznej łatwo zbyć jako kontrrewolucyjne badziewie.

    No dobrze. Przyznaję, że ogromna nibyrzeźba wzniesiona przez Anisha Kapoora w londyńskim parku olimpijskim (tak, chodzi mi o tamtą konstrukcję podobną do olbrzymiej kiszki, zbudowaną z tysięcy ton stalowych rur) faktycznie była ohydna. Ale naprawdę powinniśmy przestać oceniać całą sztukę przez pryzmat takich nieudanych wybryków, które ludzie piszący listy do gazet określają jako „wrzody w oku”. Wokół jest wszak mnóstwo dobrej sztuki. Choćby performance Ambasada Palestyny zaprezentowany przez norweski duet Goksøyr & Martens na biennale w Liverpoolu w 2013 r. Artystki zaprosiły komentatorów politycznych na dyskusję w Ambasadzie Palestyny – wielkim balonie w barwach palestyńskiej flagi! Trzeba było tam być, i naprawdę nie ma wymówki, jak ktoś nie był. Wydarzenie było widowiskowe, za darmo, i na świeżym powietrzu. Można było wziąć dzieci. I nie było kolejki.

    Pora by aktywiści ekologiczni działający na rzecz lepszego, bardziej zielonego świata odłożyli na bok przestarzałe wyobrażenia i rozejrzeli się za dobrą sztuką współczesną. Podobnie reszta z nas, artystów, powinna odsunąć swoje lęki i podjąć wysiłek działania na rzecz przyrody, zamiast tylko malować jej piękne obrazy.

    Gdy tak sobie siedzę i myślę o ostatniej dekadzie, którą spędziłem na mozolnym dłubaniu przy niemal zupełnie zapoznanym projekcie artystyczno-aktywistycznym, po tym jak wcześniej, w latach 90., spędziłem 10 lat blokując prace buldożerów, nie mogę się powstrzymać przed dziwaczną refleksją, że działalność ekologiczna i współczesna sztuka ekologiczna mogą mieć ten sam problem wizerunkowy. Postrzega się je potocznie jako zamknięte w swoim światku, nieprzeniknione, ekskluzywne i oderwane od codziennych problemów większości ludzi.

    Podobnie jak aktywiści polityczni, artyści mają zdolność pojawiania się gdziekolwiek i kiedykolwiek. Domyślam się, że dotyczy to również szczurów. Jesteśmy częścią tego samego ekosystemu i mamy do odegrania swoją rolę. Mamy w sobie potencjał, by nagle z czymś wyskoczyć i zmienić dynamikę sytuacji, może nawet nieoczekiwanie na wieczornym przyjęciu? W twoim domu?

    Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, widać oczywiście jeszcze jeden punkt wspólny. Potrzebujemy skoordynować naszą komunikację ze światem zewnętrznym. Nie chodzi tylko o „zareklamowanie”, że istniejemy, lecz o zakomunikowanie znaczenia tego, co wnosimy, naszej gotowości do działania oraz tego, że jesteśmy bebechowo, pierwotnie, nieuleczalnie słodziutcy. Myślę, że powinniśmy połączyć siły. I może zaprosić szczury do kompanii.

    Artykuł Artists and Activists ukazał się w piśmie „Green World”.

    W kwietniu 2014 r. FCA (Financial Conduct Authority, brytyjski urząd nadzoru finansowego – przyp. red.) wydało stanowisko w sprawie crowdfundingu, określając, które fragmenty tego obszaru będzie odtąd regulować. W tekście, obejmującym pożyczki społecznościowe (peer to peer lending) i crowdfunding oparty na inwestycjach, wymienia się zarówno korzyści, jak i ryzyka tego stosunkowo młodego sektora.

    Zważywszy na coraz większą obecność crowdfundingu w mainstreamie, warto zastanowić się nad tym, jak różni się on od tradycyjnej bankowości. Jakie zmiany mogą nas czekać, jeśli, jak się przewiduje, sektor ten będzie nadal rosnąć?

    Koniec banków, jakie znamy?

    Na wielu głównych brytyjskich ulicach wciąż stoją wzniesione z kamienia monumentalne budynki banków, nawet jeżeli wewnątrz coraz częściej można znaleźć puby i winiarnie. Jednym z głównych narzędzi marketingowych wczesnych banków było komunikowanie wiarygodności, zaufania i profesjonalizmu za pomocą architektury swoich siedzib. Zdawało się, że mówiły one: „Zostawcie to nam, my się wszystkim zajmiemy”.

    Dziś coraz więcej osób i firm nie chce oddawać pieniędzy bankierom, niezależnie od tego, jak imponujące mają budynki. Zamiast tego chętniej pożyczają i inwestują na wirtualnych rynkach, bezpośrednio z ludźmi, których pewnie nigdy nie spotkają. UK Crowdfunding Association (Brytyjskie Stowarzyszenie Crowdfundingu) wyróżnia trzy rodzaje tej metody: inwestycje, kredyt (pożyczki społecznościowe) oraz darowizny (co obejmuje również finansowanie w zamian za nagrodę). Liczba platform rozrasta się, przewiduje się, że globalne przychody sektora za rok 2013 wyniosą 5,1 mld dol.

    Czy pojawienie się crowdfundingu i zmniejszenie odgrywanej przez banki roli pośredników oznacza koniec bankowości?

    „Zmniejszenie roli pośredników” (disintermediation) to brzydkie słowo (szczególnie dla pośredników). Oksfordzki słownik języka angielskiego definiuje je następująco: „redukcja używania pośredników między producentami a konsumentami, np. bezpośrednie inwestowanie na rynku papierów wartościowych zamiast poprzez bank”.

    Zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Pierwsze angielskie towarzystwa budowlane były z pewnością niczym innym, jak pewnego rodzaju wczesnym systemem crowdfundingowym. Nie bazowały na Internecie, lecz na XVIII-wiecznej technologii Tawerny. Pierwsze towarzystwo budowlane założył w 1775 r. Richard Ketley, właściciel karczmy Golden Cross Inn w Birmingham.

    A może powrót do korzeni bankowości?

    Crowdfunding można tedy postrzegać jako mile widziany powrót do korzeni detalicznych instytucji finansowych. Platformy crowdfundingowe są chyba przecież pośrednikami?

    Ich minimalna oferta to miejsce spotkania: internetowa tablica ogłoszeń, umożliwiająca szukającym i oferującym finansowanie znalezienie się nawzajem – oraz technologia do przeprowadzenia transakcji, w tym przekazania pieniędzy.

    Zazwyczaj jednak oferują dużo więcej. Pożyczkodawcy społecznościowi sprawdzają zdolność kredytową potencjalnych pożyczkobiorców, odsiewają tych mało wiarygodnych, zaś pozostałych szeregują w zależności od poziomu ryzyka. Platformy te coraz częściej oferują rynek wtórny dający płynność tym, którzy chcą wcześnie spieniężyć swoje inwestycje. Brytyjski crowdfunder BankOfTheFuture zamierza nawet aplikować o pełną licencję bankową, aby poszerzyć ofertę swoich produktów.

    Czy banki będą zmuszone próbować nadążyć z bardziej przejrzystymi produktami? Oby tak było.

    Co nas czeka?

    Przewiduję, że gdy tylko branża crowdfundingowa zacznie mieć naprawdę znaczący udział w rynku, będzie już tylko kwestią czasu, kiedy zobaczymy przejęcia większych graczy przez duże banki. Zatem może ciekawszym pytaniem jest to, jak crowdfunding może zmienić sektor bankowy. Oto trzy najbardziej potencjalnie znaczące kwestie.

  • 1. Sercem crowdfundingu jest przejrzystość i kontrola. Można by twierdzić, że najlepsze z banków też już to osiągnęły. Wystarczy spojrzeć na bank Triodos, który ujawnił pełną listę swych kredytobiorców. Banki etyczne i społeczne dają też klientom nieco kontroli nad tym, jak używane są ich pieniądze. Jednak crowdfunding wynosi to na zupełnie nowy poziom, co dla konsumentów może być tylko dobrą wiadomością. Czy banki będą zmuszone robić więcej, by nadążać za znacznie bardziej przejrzystymi produktami? Miejmy taką nadzieję.
  • 2. Większa przejrzystość i kontrola mogą doprowadzić do zmiany natury tego, co będzie finansowane. Czy decyzje milionów osób, motywowane korzyściami społecznymi i ekologicznymi równie często, jak finansowymi, będą skutkować znacznie bardziej pozytywnym całkowitym wpływem na społeczeństwo niż system finansowy kontrolowany przez stosunkowo małą elitę?
  • 3. Najtrudniej przewidzieć wpływ crowdfundingu na ilość pieniędzy w obiegu. Banki przyjmujące depozyty mają władzę kreowania pieniędzy. Tylko pożyczki bankowe mogą poszerzyć (lub zmniejszyć) całkowitą podaż pieniądza w gospodarce przez tworzenie nowych depozytów bankowych. To jest istota systemu rezerw cząstkowych. Nie możemy łatwo przewidzieć, jaki będzie makroekonomiczny wpływ przejścia z kredytów bankowych na crowdfunding na podaż pieniądza.
  • Wybitni ekonomiści od dawna wzywają do oddzielenie kreacji pieniądza od kredytowych funkcji banków, a więc do zniesienia bankowości opartej na rezerwach cząstkowych. W USA propozycją taką zawierał Plan Chicagowski z 1930 r. Nigdy nie została ona wprowadzona w życie. Jednak jedną z intrygujących możliwości crowdfundingu jest to, że rynek odniesie sukces tam, gdzie zawiedli politycy. Wówczas będziemy mieli do czynienia nie tyle z utratą przez banki ich roli pośredników, co z końcem opartej na rezerwach cząstkowych bankowości, jaką znamy.

    Artykuł Crowdfunding: the end of banking as we know it? ukazał się na stronie New Economics Foundation. Przeł. Tomasz Szustek.

    Dwa lata po prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej o jej skutkach w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem opowiada Piotr Ciompa. (więcej…)

    Unia Europejska znajduje się w wyjątkowo trudnym okresie. Gospodarcza recesja i kryzys finansowy doprowadziły do punktu, w którym rozstrzyga się przyszłość rozwoju i współpracy krajów wspólnoty. Ciężkie czasy charakteryzują się niepokojami społecznymi, niedostatkami w infrastrukturze socjalnej oraz pogarszającą się sytuacją na rynku pracy. Zapotrzebowanie na pracę wyraźnie przekracza liczbę oferowanych miejsc, przez co wskaźniki bezrobocia osiągają krytyczny poziom.

    Dotyczy to szczególnie młodzieży, która zawsze znajdowała się w bardziej niepewnej sytuacji. Widoki tej grupy na zatrudnienie są znacznie niższe w stosunku do reszty zdolnej do pracy ludności. Czyż mają być to najlepsze warunki do rozpoczęcia dorosłego życia? Jak kształtuje się bezrobocie wśród młodzieży w krajach Unii Europejskiej? Jakie rozwiązania mogłyby odwrócić te negatywne trendy?

    Bezrobocie polega na niezdolności rynku pracy do zaoferowania zatrudnienia tym, którzy go poszukują. Jego powody bywają różne i mogą prowadzić do różnych odmian zjawiska: klasycznego, strukturalnego, cyklicznego, funkcjonalnego itd. W obecnej sytuacji coraz więcej ludzi jest bezrobotnych mimo że chcą pracować. Mimo ich chęci i zdolności do podjęcia pracy brak dla nich ofert, bądź są tylko takie, które nie odpowiadają ich wykształceniu i już nabytemu doświadczeniu, Bywa też, że proponowane wynagrodzenie nie wystarcza do zabezpieczenia godnego standardu życia.

    Według danych Eurostatu poziom bezrobocia w UE wynosił 10.4% (dane z lipca 2012 r.), co oznacza, że 25,1 milionów Europejczyków i Europejek było pozbawionych pracy. Różnica pomiędzy strefą euro a Unią jako całością utrzymuje się od wybuchy kryzysu na stałym poziomie, chociaż przed kryzysem strefa euro notowała niższe bezrobocie. Jednakże jego stopa wśród młodych jest z zasady wyższa od średniej, często nawet dwa razy. Obecnie szacuje się ją na 22.6%, czyli prawie 5,5 miliona osób poniżej 25. roku życia.

    Wskaźniki różnią się w zależności od kraju. W Hiszpanii aż 52.9% osób poniżej 25. roku życia nie ma pracy. Wysoki poziom występuje też w Grecji, Portugalii, Słowacji i na Litwie. Z kolei w Niemczech, Austrii i Holandii jest on niższy. Z drugiej strony należy pamiętać, iż liczby są zaniżone za sprawą osób zajmujących się wyłącznie studiowaniem. Niepracujący studenci plasują się poza statystykami siły roboczej według definicji Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO). (Bazując na definicji ILO, Eurostat do grupy bezrobotnych zalicza osoby w wieku od 17 do 74, które: (a) nie mają stałego zatrudnienia, (b) są gotowi do rozpoczęcia pracy w ciągu dwóch tygodni, (c) aktywnie poszukiwały zatrudnienia podczas ostatnich czterech tygodni).

    W związku z powyższym Eurostat szacuje poziom bezrobocia wśród młodzieży wedle reszty populacji, przez co nie otrzymujemy pełnego obrazu (w Hiszpanii 19%, w pozostałych krajach ok. 10%). Pogarszająca się sytuacja nie skłania do optymistycznego patrzenia w przyszłość, zwłaszcza biorąc pod uwagę wzrost ludności. Postęp technologiczny i racjonalizacja muszą tedy skupiać się na kreowaniu alternatywnych form zatrudnienia, albo nasze całościowe podejście do pracy musi się zmienić.

    Jak już zauważyliśmy, statystyki są niepokojące i z tego powodu wielu młodych poszukuje wyjścia z pogarszającej się sytuacji. Punktem, na który należy zwrócić szczególną uwagę, jest ogólna strategia makroekonomiczna. Młodzi powinni mieć wsparcie polityki zatrudnienia, której celem byłaby ich lepsza integracja z rynkiem pracy i podwyższenie poziomu aktywności w życiu społecznym.

    Obecnie UE posługuje się różnymi narzędziami otwarcia rynku pracy: Europejskim Funduszem Socjalnym, Programem PROGRESS 2007-2013, siecią EURES oraz programem uczenia się przez całe życie (Life Long Learning). Istnieją też inne użyteczne inicjatywy na polu młodej przedsiębiorczości: programy szkoleniowe, staże. Jednakże ich zakres i skuteczność są niedostateczne, aby rozwiązać wszystkie problemy, a nadto mają one i skutki negatywne: nadużywanie taniej siły roboczej, przewaga tymczasowych i gorzej płatnych posad czy niedostateczne finansowanie wspomnianych programów.

    Pomijając już istniejące inicjatywy, możliwości takie jak edukacja, programy pomocy psychologicznej, wyższy stopień współpracy pomiędzy państwami, firmami i organizacjami pozarządowymi oferuje nowe perspektywy w borykaniu się z kryzysem zatrudnienia. Nie możemy ignorować negatywnego wpływu bezrobocia na kondycję psychiczną, a tym samym zdrowie młodzieży. Poczucie niemocy i niemożność wejścia na rynek zatrudnienia pchnęły tysiące w depresję, niskie poczucie własnej wartości, co z kolei często prowadzi do uzależnień i wejścia na drogę przestępczą. Takie położenie zabija entuzjazm, marzenia, pozytywne podejście do życia, hamuje osobisty i zawodowy rozwój oraz odbiera nadzieję na godziwe życie. Czyż może być to przyszłość, jakiej chcemy? Czy w takich warunkach można mieć nadzieję na dalszy rozwój? W najlepszym przypadku jest to wątpliwe.

    W związku z tym musimy poszukać alternatywnych rozwiązań, na których będziemy w stanie budować naszą przyszłość. Przyszłość, której poprzednie pokolenia nie są w stanie sami nam zapewnić w ramach rozchwianej gospodarki. Przyszłość, w której będą mogli rozwijać się nasze dzieci i wnuki.

    Chcąc znaleźć wyjście z kryzysu zatrudnienia, jesteśmy siłą rzeczy zmuszeni myśleć poza ramami obecnego, niewydajnego systemu, jak i postarać uczynić coś więcej, niż po prostu zwalczać anemiczny status quo, w którym wiele z naszych potrzeb i postulatów jest zwyczajnie ignorowanych. Z jednej strony nowe bodźce w polityce zatrudnienia, szkolenia zawodowego, a także wsparcia dla młodych przedsiębiorców są pożądane i nieuniknione, jeżeli chcemy osiągnąć zamierzony cel. Ale to wszystko nie wystarczy. Obecnie borykamy się z rynkiem pracy, na którym podaż miejsc pracy jest nieadekwatna do zapotrzebowanie, jak i z wadliwym systemem edukacji, nieprzystającym do potrzeb ekonomicznych społeczeństwa. Młodzi ludzie z wyższym wykształceniem nie są w stanie znaleźć pracy odpowiadającej ich kwalifikacjom, ambicjom i zainteresowaniom, podczas gdy ci z niższym wykształceniem mają jeszcze mniejsze perspektywy godziwego zatrudnienia.

    Niezbędna jest restrukturyzacja systemu edukacji na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym, umożliwiająca młodym zdobycie wiedzy i praktycznych umiejętności, mogących przysłużyć się całemu społeczeństwu. Powinno to się stać w mniej formalny i bardziej egalitarny sposób, czerpiąc z doświadczeń wielokulturowych. Takie podejście byłoby niewyczerpanym źródłem doświadczenia, motywacji, tolerancji i osobistego rozwoju. Dodatkowo, edukacja z zakresu środowiska naturalnego powinna być nieodłącznym elementem szkolnictwa. Musimy zadbać, aby dzieci uczyły się społecznej i ekologicznej odpowiedzialności celem ograniczenia obecnie panującego zobojętnienia wobec własnego otoczenia. Być może przyczyni się to też do wzrostu zainteresowanie zieloną gospodarką.

    Problem bezrobocia nie może być rozwiązany wyłącznie za pomocą scentralizowanych działań; wcielanie w życie praktycznych założeń musi odbyć się w sposób zdecentralizowany. To zaś z samej definicji wymaga współpracy pomiędzy różnymi poziomami administracji instytucji państwowych, przedsiębiorstwami, organizacjami, a także poszczególnymi jednostkami.

    Biznes nie może opierać się wyłącznie na prawach rynku, unikając odpowiedzialności wobec reszty społeczeństwa – musi włączyć się w budowę sprawnie działającej, opartej na zasadach sprawiedliwości wspólnoty obywateli. Niestety, trudno o tego rodzaju odpowiedzialność w systemie kapitalistycznym. W związku z tym współpraca jednostek w ramach szerszej społeczności jest kluczowa dla zaspokojenia wspólnych potrzeb. Stowarzyszenia i organizacje młodzieżowe muszą mieć w tym wszystkim ważny głos, na równi z pozostałymi uczestnikami procesu: samorządem, przedsiębiorczością i pozostałymi grupami demograficznymi, wspólnymi siłami szukając i wcielając w życie projekty poszerzenia rynku pracy.

    Budowanie sieci oraz aktywności w ramach podejścia open source mogą dostarczyć bogatej wiedzy oraz propagować społeczno-ekologiczną postawę. Budowanie atmosfery nacechowanej poczuciem wspólnoty, samoświadomości, łatwo dostępnej wiedzy oraz, jednoczesne udostępnianie przestrzeni, w ramach której można rozwijać własną kreatywność, zaangażowanie w społeczno-ekonomiczny rozwój, a także współpracy ponad granicami jest kluczowe dla młodych. Obecny klimat, oparty na chciwości, rywalizacji, trosce wyłącznie o zysk i nieodpowiedzialnej eksploatacji zasobów i pogardzie dla środowiska nie może zapewnić młodym odpowiednich warunków do rozwoju. Tak samo brak stałych dochodów, powszechnie dostępnej socjalnej infrastruktury stanowią przeszkody na drodze do osiągnięcia samodzielności i dojrzałości. Tylko wspólne projekty są w stanie skłaniać ku zaangażowaniu i stworzyć przestrzeń, w której można będzie stawić czoła wszechobecnej izolacji, alienacji i wyniszczającej konkurencji. Takież projekty mogą również przynieść szersze szanse ekonomiczne dla lokalnych społeczeństw.

    Aby zabezpieczyć wystarczający poziom projektów społecznych, potrzebny jest stały dopływ inwestycji do danej społeczności, zarówno ekonomicznych, jak i socjalnych. Zróżnicowanie poziomu rozwoju w poszczególnych krajach i regionach bywa znaczne. Wyrównywanie poziomu jest podstawowym celem UE. Jednakże jest to bardzo złożony proces. Pomimo zasobów oraz mechanizmów działania, trudno określić dystrybucję jako przejrzystą czy zwyczajnie sprawiedliwą, przez co biedniejsze regiony pozostają biednymi.

    Nowym, lepszym sposobem zabezpieczenia napływu niezbędnego kapitału do mniej rozwiniętych regionów może okazać się wprowadzenie alternatywnego systemu monetarnego i wymiany dóbr. Taki system musi oddawać autentyczną wartość produktów i usług, na co z kolei powinny mieć wpływ decyzje lokalnych władz i obywateli. Idąc dalej tym tropem, należy ustanowić system bezprocentowych banków publicznych i pożyczek jako podwaliny stabilnego systemu finansowego, generującego wystarczające zasoby kapitałowe dla inwestycji publicznych.

    Młodzi muszą działać wspólnie, aby zbudować lepszą przyszłość, jak i teraźniejszość. Musimy współdziałać z sojusznikami na wszystkich szczeblach, wypracowując wspólne strategie. Jest wiele deklaracji oddających potrzeby tej grupy, m.in. unijny Raport o Młodzieży, stawiający za priorytet zwalczanie bezrobocia wśród młodzieży, godziwą opiekę zdrowotną, poszerzenie rynku oraz wzywający do podjęcia większych wysiłków przez kraje członkowskie.

    Jednakże potrzebne jest coś więcej niż polityczne deklaracje. Stowarzyszenia i grupy reprezentujące interesy młodych ludzi, w tym młodych liderów i przedsiębiorców oraz instytucji społecznych, powinny pracować w kierunku utworzenia kontaktów, wymiany idei i współpracy. Młodzi aktywiści mogą skutecznie propagować te założenia wśród lokalnych instytucji, takich jak szkoły, samorządy, przedsiębiorstwa itd. Rozwój technologii cyfrowej ułatwia wymianę doświadczeń i idei na odległość. Współpraca, w przeciwieństwie do współzawodnictwa, jest kluczowa w tworzeniu nowych możliwości. Musimy wytworzyć przestrzeń dla wzajemnego zrozumienia, musimy uznać wzajemną niezależność, a zarazem zachować indywidualną godność i autonomię.

    Warto raz jeszcze podkreślić, iż rozwiązanie problemu bezrobocia wśród młodych oraz wynikających z niego negatywnych skutków wymaga siłą rzeczy poważnych zmian strukturalnych. Zwyczajnie nie możemy dłużej akceptować uproszczonej dychotomii. Potrzebujemy trwałego systemu komunikacji pomiędzy wszystkimi zaangażowanymi grupami, organizacjami i osobami. Decyzje podejmowane na międzynarodowym, krajowym i lokalnym szczeblu nie będą wystarczające, o ile nie będą odzwierciedlały współpracy wszystkich podmiotów oraz ich potrzeb. Muszą także uwzględniać lokalną autonomię oraz poszerzanie szans młodzieży.

    Artykuł „Youth Unemployment; Foundation for our Future?” ukazał się w publikacji Federacji Młodych Europejskich Zielonych „Reclaim the Future!”. Przeł. Krzysztof Pacyński.

    Historyk Tomasz Pudłocki odpowiada na pytania Bartłomieja Kozka o wiedzę i pamięć o I wojnie światowej w Polsce i w Europie. (więcej…)

    Dzięki aktywności frakcji Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego w Parlamencie Europejskim poprzedniej kadencji udało się dokonać paru wyłomów w ortodoksyjnym podejściu do kwestii gospodarczych. Wciąż jednak grozi nam kolejny systemowy kryzys. Sektor finansowy wciąż szantażuje rządy i tradycyjne partie. Podatnicy wciąż płacą za błędy banków. Poniżej wywiad z Philippem Lambertsem, zielonym europosłem i członkiem Komisji Gospodarczej i Monetarnej. Obok Svena Giegolda jest on jednym z posłów najgłośniej sprzeciwiających się ortodoksji finansowej głównego nurtu. (więcej…)

    Już tylko jeden szok dzieli nas od kolejnego kryzysu – taki werdykt na temat brytyjskiej gospodarki znaleźć można w znakomitym raporcie How serious a threat is the UK’s financialised economy? autorstwa Jima Cuthberta opublikowanym przez think tank Jimmy Reid Foundation. Jest to zwięzła, metodyczna analiza, ukazująca stopień przeciążenia naszej gospodarki, a przy tym stanowiąca świetną ilustrację zalet podejścia bilansowego do wielkich problemów ekonomicznych.

    Finansjalizacja – pompowanie sektora finansowego i kolonizacja przez niego wszystkich obszarów życia – doprowadziła do katastrofy w 2008 r. Od tej pory, jak dowodzi Cuthbert, osobliwie niewiele zrobiono, aby chociaż ograniczyć ten proces. Krótkie tąpnięcie, po którym gospodarstwa domowe i firmy podjęły pewne próby spłacenia swoich długów – co bezpośrednio odpowiadało za brak ożywienia w latach 2009-2012 – i koniec końców jesteśmy tu, gdzie byliśmy, zanim zaczął się kryzys. Powrót wzrostu budowanego na górze długów oznacza, że gromadzimy jeszcze większe ryzyko na przyszłość.

    Warto raz jeszcze podkreślić, że znaczenie długu publicznego jest w tym wszystkim minimalne. Zadłużenie rządów zaczęło gwałtownie rosnąć dopiero w bezpośrednim następstwie załamania, natomiast przez całą dekadę przed kryzysem pozostawało bardzo stabilne. Według danych Cuthberta wynosi ono obecnie 105% PKB. To poziom wysoki, i bez wątpienia wyższy niż historyczna przeciętna, ale całkowicie nieistotny w porównaniu z poziomem całkowitych zobowiązań brytyjskiego sektora finansowego, wynoszących 1.364% PKB.

    New Economics Foundation w przeszłości podawała znacznie niższe szacunki. Z pełną świadomością przyjęliśmy zachowawcze podejście w naszych szacunkach, odwołując się do metody użytej w raporcie ogłoszonym przez McKinsey Global Institute w lipcu 2011 r. Debt and deleveraging: The global credit bubble and its economic consequences. Nawet przy tych ostrożnych szacunkach widać bowiem klarownie niezbędność transformacji. Dane Cuthberta są wyższe, gdyż uwzględnia on w rachunku derywaty finansowe, które rozpleniły się szeroko w pierwszej dekadzie XXI w.

    Są to (w przeważającej mierze) zobowiązania sektora prywatnego wobec (w przeważającej mierze) prywatnych instytucji finansowych. Obraz ten do pewnego stopnia zakłóca, oczywiście, na poły publiczny status dwóch największych brytyjskich banków. Ale kryzys roku 2008 ujawnił, że forma własności nie musi mieć znaczenia. W wypadku poważniejszego załamania to całe społeczeństwo może być zmuszone ponieść koszty, za które odpowiada prywatny system finansowy. I tak się właśnie stało, wraz z pakietami ratunkowymi dla banków i recesją.

    Jak sugeruje Cuthbert, wyjaśnieniem widocznie nieracjonalnej polityki zaciskania pasa nie jest wcale potrzeba zmniejszenia długu publicznego tu i teraz (co tak czy owak zupełnie się dotąd nie udało). Chodzi raczej o to, by – na ile to tylko możliwe – przygotować sobie pole manewru na wypadek przyszłego załamania. Pakiety ratunkowe ostatnim razem doprowadziły nas na skraj bankructwa, nie ma najmniejszej szansy, by przy następnej okazji mogły być równie hojne. A „następna okazja” może według dostępnych danych nadejść szybciej, niż byśmy sobie życzyli.

    Wszystko to potwierdza diagnozę, jaką w ostatnich latach prezentuje New Economics Foundation. Bez zasadniczej zmiany reguł naszej gospodarki i wyraźnej zmiany kierunku skazani jesteśmy na powtórkę ze scenariusza, który doprowadził nas do kryzysu w 2008 r. Nie możemy pozwolić sobie na banki na rynku mieszkań, na wzrost napędzany długiem zamiast dochodów, ani na rosnącą zależność od pieniędzy pożyczanych od reszty świata.

    Tak naprawdę jesteśmy w sytuacji gorszej niż w 2008 r., ponieważ nie oczyściliśmy gruntu. Ogólny poziom długu troszkę spadł w okresie po załamaniu, ale nowe długi dodają się po prostu do już sięgającej nieba góry zobowiązań. Punktem zapalnym może być cokolwiek – w kraju, np. wstrząs na rynku nieruchomości albo wycofanie się banku centralnego z luzowania ilościowego, albo za granicą, powiedzmy jakiś szok w Chinach bądź w strefie euro. Bez dogłębnej zmiany w funkcjonowaniu gospodarki Wielka Brytania będzie wystawiona na rosnące ryzyko.

    Artykuł Another crash around the corner? ukazał się na stronie New Economics Foundation.