Łódź, najmłodsze spośród dużych polskich miast, posiada niezbyt szanowane w naszej narracji narodowej dziedzictwo postindustrialne i zanikającą już w pamięci wielokulturową przeszłość. (więcej…)
O mieście przyjaznym dla rowerzystów opowiada Sara Matthieu, zielona radna Gandawy, w rozmowie z Maciejem Kassnerem. (więcej…)
Jeremy Rifkin, amerykański ekonomista i politolog, doradca m.in. Angeli Merkel i Romano Prodiego oraz autor bestsellerów „Koniec pracy” czy „Europejskie marzenie”. Z jednej strony nazywany wizjonerem i duchowym ojcem przemian energetycznych w Europie, z drugiej – najbardziej znienawidzonym człowiekiem w nauce.
W 2011 roku ukazała się jego „The Third Industrial Revolution” (Trzecia rewolucja przemysłowa, Katowice 2012), w której Rifkin zapowiada rewolucję w gospodarce i społeczeństwie.
Główna przesłanka książki wydaje się oczywista. Wyczerpują się paliwa kopalne, w tym ropa naftowa, technologie nimi napędzane stają się coraz bardziej przestarzałe. Wynika to m.in. z faktu, że paliwa kopalniane są „elitarnymi” i ograniczonymi źródłami energii. Ich eksploatacja wiąże się z powstaniem chroniących je dużych inwestycji przemysłowych oraz militarnych oraz ze stałym, geopolitycznym zarządzaniem zapobiegającym ich szybkiemu wyczerpaniu.
Wymagają one również ogromnego zaangażowania kapitału oraz centralizacji produkcji i dystrybucji, co jest sprzeczne z efektywnością działania systemu jako całości. Co więcej, gospodarka oparta na paliwach kopalnych doprowadza do dewastacji przyrody, nie jest w stanie poradzić sobie z problemem bezrobocia oraz wpędza w nędzę i głód miliony ludzi na świecie.
Wydaje się więc, że czas drugiej rewolucji przemysłowej dobiegł końca. Można byłoby powiedzieć: „nareszcie”, ale do tego potrzebna byłaby nam wiedza, jaki będzie nowy ład.
Energetyczny Internet
Żeby dowiedzieć się, co nastąpi po drugiej rewolucji przemysłowej, należy zadać pytanie, co nastąpiło przed nią i doprowadziło do jej wywołania.
Hipoteza zaproponowana przez Rifkina głosi, że motorem zmian w społeczeństwie i gospodarce jest mariaż technologii komunikacyjnych i energetycznych. Pierwsza rewolucja przemysłowa miała zatem miejsce w momencie rozwoju technologii opartych na maszynach parowych, które zbiegły się w czasie z rozwojem technologii komunikacyjnych opartych na druku, umożliwiających m.in. powstanie szkół publicznych oraz „piśmiennej” siły roboczej.
Druga rewolucja przemysłowa bazowała, z jednej strony, na rozpowszechnieniu się w wieku XX elektryczności oraz takich narzędzi komunikacyjnych jak telefon, radio czy telewizja, które doprowadziły do powstania kultury masowej, z drugiej zaś na rozwoju technologii opartych na ropie naftowej oraz silniku spalinowym.
To, co nadchodzi, czyli trzecia rewolucja przemysłowa, bazuje z kolei na mariażu technologii internetowych oraz odnawialnych źródeł energii. Doprowadzi to zdaniem Rifkina do zmiany sposobu produkcji i dystrybucji energii. W XXI w. miliony ludzi będą produkowac zieloną energię w swoich domach i miejscach pracy oraz dzielić się nią w „energetycz-nym Internecie” na podobnej zasadzie, na jakiej dzielimy się informacjami przez Internet. W konsekwencji dojdzie do demokratyzacji dostępu do energii, co zmieni też sposób zorganizowania społeczeństwa i polityki, które w dobie trzeciej rewolucji przemysłowej przyjmą postać sieci.
Pięć filarów rewolucji
Nowy ład, który ma doprowadzić do pobudzenia gospodarki, utworzenia nowych miejsc pracy i przedefiniowania dotychczasowych stosunków społecznych, uzależniony jest według Rifkina od zaistnienia pięciu podstawowych warunków. Co istotne, muszą one zaistnieć jednocześnie, aby konstrukcja trzeciej rewolucji przemysłowej mogła się utrzymać.
Pierwszym i drugim filarem jest przejście do energii ze źródeł odnawialnych oraz wyposażenie budynków w mikroinstalacje umożliwiające pobieranie odnawialnej energii. Po trzecie, muszą rozwinąć się technologie umożliwiające magazynowanie wyprodukowanej energii, np. pod postacią wodoru.
Po czwarte, należy wykorzystać technologie internetowe do przetransformowania sieci energetycznych w „energetyczny Internet”, działający na zasadzie klasycznego Internetu. Idea jest prosta: jeżeli pojedyncze budynki generują niewielkie nadwyżki wyprodukowanej energii, to już miliony takich budynków mogą sprzedawać swe nadwyżki z powrotem do sieci i dzielić się nią z innymi użytkownikami.
Piątym warunkiem jest przekształcenie środków transportowych w pojazdy na prąd, mogące kupować i sprzedawać „zieloną energię”. Powiązanie tych pięciu warunków, to jest przestawienia się na zindywidualizowaną produkcję i magazynowanie zielonej energii, jej dystrybucję za pomocą Internetu oraz jej wykorzystanie w transporcie, otwiera drogę do trzeciej rewolucji przemysłowej.
Zielona demokracja
Dzięki zindywidualizowanemu sposobowi produkcji i dystrybucji energii, a co najważniejsze, dzięki nieograniczonemu dostępowi do niewyczerpywalnych źródeł energii możliwe staje się według Rifkina przedefiniowanie dotychczasowego modelu gospodarki i polityki.
Demokratyzacja źródeł energii umożliwia demokratyzację samego społeczeństwa, ponieważ każdy może być w nowym systemie producentem i dystrybutorem energii. Pozyskiwanie energii nie będzie skupione w rękach korporacji, ale będzie rozproszone pośród milionów lokalnych punktów. Nie będą potrzebne wysokokapitałowe i kosztowne dla środowiska inwestycje takie jak elektrownie węglowe czy kopalnie odkrywkowe.
Co więcej, dzielenie się energią poprzez „elektryczny Internet” umożliwi optymalizację produkcji energii i zrównoważenie gospodarki, wzmacniając dodatkowo mechanizmy kooperacji w społeczeństwie. Trzecia rewolucja przemysłowa ustanowi również nowy model organizacyjny dla niezliczonej liczby nowych form biznesowych oraz doprowadzi do sprawiedliwszego podziału wygenerowanego bogactwa.
Czy trzecia rewolucja przemysłowa jest możliwa? Odpowiednie technologie już mamy. Wszystko w rękach wyborców i polityków. Czy trzecia rewolucja przemysłowa nastanie? To zależy od tego, czy mamy Rifkina za wizjonera, czy za najbardziej znienawidzonego człowieka w nauce.
W swojej autobiografii Miles Davis stwierdził, że jazz – gatunek muzyczny, w którego historii zapisał się jako jeden z największych innowatorów – „stał się czymś martwym, co wsadza się do muzeum pod szkło i studiuje się”. Podstawą do wydania takiego sądu było przeświadczenie, któremu dawał wyraz słownie i w praktyce, że muzyka musi stale ewoluować, aby nie stać się wtórną i w następstwie bezwartościową.
Historia jazzu stała się żywym potwierdzeniem jego tezy. Od początku XX w. do mniej więcej przełomu lat 60. i 70. jazz stale podlegał radykalnym zmianom stylistycznym. W momencie, gdy one ustały, zaczął powoli przeobrażać się w to, czym jest dzisiaj – oderwaną od rzeczywistości imitację brzmienia sprzed lat. Nie piszę jednak o tym, aby pastwić się nad jego słabą kondycją, ale zwrócić uwagę na fakt, że od kilku lat da się zauważyć podobną, szkodliwą tendencję w szeroko pojętej muzyce rockowej.
Z początku może się wydawać, że jest zupełnie na odwrót. Nie można w końcu zaprzeczyć, że rock, po kilku latach kryzysu, przeżywa okres finansowego urodzaju i wzmożonej popularności. Na rynku płytowym albumy rockowe sprzedają się bardzo dobrze, festiwale i koncerty przyciągają masę fanów, a na każdym rogu spotkać można symbolicznego chłopaka z gitarą, który serwuje przechodniom własną interpretację największych przebojów Dżemu.
Szkopuł w tym, że w żaden sposób nie wiąże się to ze wzrostem jakości muzyki, a tym bardziej z pojawieniem się jakiejś świeżej myśli. Rockowa scena coraz rzadziej wydaje coś ciekawego, zamiast tego zapatruje się w to, jak świetną była dawno temu. Wystarczy spojrzeć na listę przebojów Trójki, aby przekonać się, że dzisiaj dzieli się ona na dwa rodzaje wykonawców: tych starych (niekoniecznie jarych), którzy grają od minimum dwudziestu lat i tych młodych, którzy naśladują brzmienie tych starych. To, że Stonesi czy AC/DC wciąż cieszą się popularnością, nie jest oczywiście niczym złym – świadczy to o ponadczasowości ich muzyki; w najgorszym przypadku mniej życzliwy obserwator oskarży ich o odcinanie kuponów lub zażartuje z ich zaawansowanego wieku. Niepokojące jest to, że młodzi muzycy, którzy w domyśle powinni być motorem zmian, nie wnoszą nic oryginalnego do formuły ustanowionej przez ich poprzedników.
I tak artyści nawiązujący do klasycznego rocka starają się grać jak najlepsze zespoły z lat 60. i 70., ale brakuje im do tego polotu i wiarygodności. Zespoły indie i „alternatywne”(choć dzisiaj ciężko je już nawet nazywać „alternatywnymi” w cudzysłowie) jadą na tym, co w poprzednim wieku robiło Pixies i Radiohead. Cięższe brzmienia mają się jeszcze gorzej. Odkąd metalowcy założyli szczęśliwe rodziny, kupili duże, ładne domy i zamienili garaże na klimatyzowane studia nagraniowe, ciężko im wykrzesać niezbędną agresję i nastawienie fuck the system. W rezultacie w ich muzyce coraz mniej jest energii, a coraz więcej pretensjonalności (dotyczy to zarówno „dinozaurów” pokroju Metalliki, jak i nowych zespołów). Punk, wbrew zapewnieniom nielicznych ostałych fanatyków, nie żyje. Kompletny zastój. Ostatnie przełomowe wydarzenia w muzyce rockowej były związane z najlepszymi dokonaniami takich zespołów jak System of a Down, The White Stripes i Tool, czyli okolicach roku 2000.
Jakie są przyczyny tego zjawiska? Dużą rolę grają tu konserwatywne gusta rockowej audiencji. Większości słuchaczy, w myśl cytatu inżyniera Mamonia z Rejsu „podobają się piosenki, które już raz słyszeli”. Cóż, ich sprawa. Konserwatyzm ten jest jednak na tyle daleko posunięty, że dochodzi do takich absurdów jak cover bands – zawodowe podróby Pink Floyda lub The Beatles, które na horrendalnie drogich koncertach wykonują największe przeboje nieistniejących już zespołów, imitując ich sposób grania, ubiór, manierę sceniczną itd. Nie wiem, czym kieruje się osoba wybierająca się na taką szopkę (chyba rozumie, że to nie jest The Beatles…), ale świadczy to jednoznacznie, że duża część słuchaczy rocka nie przejmuje się za bardzo autentyzmem. A skoro jest popyt, jest i podaż. I tworów muzycznie wstecznych pojawia się coraz więcej.
Dziennikarze również przyczyniają się do tego stanu rzeczy. Większość poważnych mediów – gazet i rozgłośni radiowych (mówię o was, Trójko i Teraz Rocku) jest zdominowana przez dziennikarzy, dla których w języku angielskim wymyślono specjalny termin – rockism. Wychowani na konwencjonalnej odmianie rocka, nie są w stanie zaakceptować niczego, co brzmi odmiennie, jednocześnie głosząc swoje ograniczone gusta jako ostateczny wyznacznik jakości i promując tylko to, co tymże ograniczonym gustom schlebia. Przez to ich odbiorcy dostają bardzo zniekształcony obraz tego, co jest warte posłuchania na rynku muzycznym. I zamiast spróbować czegoś nowego idą na Australian Pink Floyd Show, bo są przeświadczeni, że obecnie nie ma nic bardziej wartościowego.
Trzeba też zwrócić uwagę na to, że samo środowisko rockowe nie jest już tym, co dawniej. Rock zwyczajnie się ustatkował – słucha się go od pokoleń, nikogo już dzisiaj specjalnie nie burzy. Czasy, gdy był on ruchem ideowym, już minęły. A wiadomo, że rock składa się w pięćdziesięciu procentach z muzyki, a w pięćdziesięciu z buntu i obyczajowej kontestacji. W dobie wzrastającego dobrobytu tych drugich czynników zaczyna w nim brakować.
To wszystko składa się na obecną sytuację, ale nie można też zapominać o być może najważniejszym czynniku. Rock istnieje już od sześćdziesięciu lat. Od czasu rock and rollowych przebojów o tematyce nastoletnich miłostek przybierał on tak wiele odmiennych form, że zwyczajnie jego formuła może już być wyczerpana. Nie należy się go kurczowo trzymać tylko dlatego, że się do niego przyzwyczailiśmy, bo jego świetność była nierozerwalnie związana z tym, jak idealnie wpasowywał się w burzliwą atmosferę drugiej połowy XX w. I tak jak minęła era baroku i klasycyzmu, tak samo minie era rocka.
Czy to oznacza, że muzykę rockową definitywnie czeka przywdzianie przysłowiowych bamboszy i udanie się na emeryturę? W końcu wieszczono to już wiele razy, tylko po to, by później odszczekiwać. Można mieć nadzieję, że i tym razem jest to okres przejściowy, który w przyszłości zaowocuje kolejnym stylistycznym przełomem. Trzeba wziąć pod uwagę, że rocka cechuje wyjątkowa elastyczność i przez to jest podatny na zmiany bardziej niż na przykład jazz. Dzięki temu wystarczy mały bodziec ze strony jakiegoś artysty, aby zapoczątkować zupełnie nowy kierunek, tak jak to miało miejsce w przypadku punk rocka. Ale choć wszyscy byśmy sobie tego życzyli, to dziś ta rewolucja będzie znacznie trudniejsza niż zagranie trzech akordów.
Z Patrycją Romaniuk z Polskiej Zielonej Sieci rozmawia Ewa Sufin-Jacquemart. (więcej…)
Jest energia, są pieniądze, brakuje mądrej polityki. (więcej…)
Katarzyna Bienias, liderka zielonogórskich Zielonych i kandydatka do rady gminy Kożuchowa, opowiada o swojej drodze politycznej i dalszych planach w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)
Niemiecka transformacja energetyczna oznacza nie tylko zmiany technologiczne i gospodarcze. Przemianie ulega również społeczny model dystrybucji i produkcji energii. Dobrym tego przykładem są spółdzielnie energetyczne.
Pierwsze spółdzielnie energetyczne zaczęły powstawać zaraz po wejście w 2000 r. ustawy o odnawialnych źródłach energii i liberalizacji niemieckiego rynku energii. Funkcjonowanie spółdzielni inicjują gminy, mieszkańcy oraz podmioty prawne, które mogą wykupywać udziały spółdzielcze oraz czerpać zyski z produkcji i dystrybucji energii. Zaletą takiego rozwiązania jest prostota oraz brak wymogu posiadania specjalistycznej wiedzy z zakresu prowadzenia działalności gospodarczej czy energetyki odnawialnej. Spółdzielnie zapewniają serwis technologiczny, produkują energię odnawialną, zajmują się dystrybucją i sprzedażą energii.
Do początku 2014 r. zarejestrowane były w Niemczech 942 spółdzielnie energetyczne, w tym 690 spółdzielni produkujących energię odnawialną. Instalacje spółdzielcze wyprodukowały w 2012 r. 580 milionów kWh, co statystycznie odpowiada rocznemu zapotrzebowaniu na energię elektryczną 160 tysięcy gospodarstw domowych. Warta zanotowania jest dynamika wzrostu liczby spółdzielni: jeszcze w 2010 r. było 249 spółdzielni energetycznych produkujących energię odnawialną. Spośród wymienionych 690 spółdzielni ponad 480 funkcjonuje w oparciu o ogniwa fotowoltaiczne. Popularna jest również produkcja biomasy (150 spółdzielni) oraz energii wiatrowej (114 spółdzielni). Od 2012 r. w związku ze zmianą prawa energetycznego w Niemczech spada dynamika wzrostu spółdzielni solarnych, a wzrasta ilość spółdzielni opierających swoją działalność na energii wiatrowej.
Większość, bo aż 91% spółdzielni zostało zarejestrowanych od r. 2006. W samym 2013 r. zarejestrowano 177 spółdzielni. Dynamiczny wzrost liczby spółdzielni od 2006 r. związany jest z dwoma czynnikami. Po pierwsze, w Niemczech dokonuje się transformacja energetyczna i zwiększa się świadomość ekologiczna mieszkańców w zakresie produkcji energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. Po drugie, w 2006 r. przyjęto kolejne akty prawne regulujące powoływanie i organizację spółdzielni energetycznych.
Demokracja energetyczna
Większość z niemieckich spółdzielni jest skoncentrowana na oddolnej produkcji energii odnawialnej. Związane jest to przede wszystkim ze wzrostem zainteresowania lokalnymi i zdecentralizowanymi źródłami produkcji energii, ale również z tradycją ruchu spółdzielczego w Niemczech. W konsekwencji spółdzielnie posiadają demokratyczną i otwartą strukturę. Członkostwo jest otwarte tak dla pojedynczych osób, jak i dla stowarzyszeń i podmiotów prawnych. Zgodnie z prawem spółdzielczym każdy członek spółdzielni ma tylko jeden głos na walnym zgromadzeniu, co oznacza, że decyzje podejmowane są demokratycznie, bez względu na to, ile kto wnosi finansowo do danej spółdzielni. Chroni to kooperatywy przed przejęciem lub dominacją pojedynczych udziałowców. W praktyce uniemożliwia również wrogie przejęcie spółdzielni.
Istotna jest również zmiana sposobu myślenia o zyskach. Od innych form biznesowych spółdzielnie odróżniają przede wszystkim skoncentrowanie na wartościach wykraczających poza krótkoterminowy zysk, takich jak samopomoc dla członków spółdzielni. Podstawowym celem jest zapewnienie taniej i ekologicznej energii dla wspólnoty mieszkańców. Spółdzielnie energetyczne mogą być dla nich szczególnie korzystne jako metoda uniezależnienia się od awarii i dostaw ze strony wielkich operatorów.
Posiadając alternatywne źródła energii we własnych, sąsiedzkich czy gminnych rękach, można realnie zwiększyć swoje bezpieczeństwo. Jest to istotne szczególnie w kontekście polskim, gdzie w przypadku małych miejscowości dochodzi do awarii prawie 10-krotnie częściej, a jakość dostarczanej energii jest niska. Standardowe napięcie to 230 V, zaś na wsiach często zdarza się, że jest to poniżej 180 V.
Siła spółdzielni
Większość niemieckich spółdzielni to małe lub średnie organizacje. W r. 2010 ponad 60% spółdzielni liczyło od 3 do 100 członków. Ta liczba się jednak zmienia. Liczba spółdzielni z liczbą członków od 3 do 100 zmniejszyła się w okresie 2010-2012 z 62% do 50%. Wzrosła z kolei liczba spółdzielni z liczbą członków od 101 do 200 – z 23% w 2010 r. do 30% w 2012 r. Spółdzielnie większe niż 200 osób to mniejszość, ale i tak ich udział wzrósł z 15% w 2010 r. do 19% w 2012 r. Pomiędzy rokiem 2010 a 2012 65% spółdzielni zwiększyła liczbę członków. W 2012 r. do niemieckich spółdzielni energetycznych należało 76500 członków. Łączny kapitał zgromadzony przez spółdzielnie energetyczne w 2012 r. w Niemczech to 693 mln euro.
Do 2012 r. 80% spółdzielni miało mniej niż 2 mln euro kapitału, ale od 2006 r. daje się zauważyć wzrost liczby spółdzielni o kapitale powyżej 2 mln. Świadczy to o tym, że możliwy jest długoterminowy zysk spółdzielni oraz zwiększanie ich potencjału ekonomicznego. Większość spółdzielni funkcjonujących między 2010 a 2012 r. cechuje się wysokim poziomem kapitału własnego, przy czym obserwuje się procentowy wzrost tego kapitału, co związane jest ze wzrostem liczby członków. Jedynie 40% spółdzielni posiada mniej niż 30% kapitału własnego. Blisko 20% posiada od 90% do 100% kapitału własnego. Dla porównania średni udział kapitału własnego wśród wszystkich małych i średnich firm wynosił w 2012 r. w Niemczech 23%, a dla dużych firm – 29%.
Funkcjonowanie spółdzielni oparte jest przede wszystkim na kapitale własnym, co jest związane z polityką spółdzielni, aby bazować przede wszystkim na kapitale swoich członków i w miarę możliwości nie korzystać z kapitału podmiotów trzecich. Nie daje się jednak ukryć, że pomimo tego, że spółdzielnie posiadają stosunkowo wysoki poziom kapitału własnego, to konieczne są dodatkowe środki, aby zrealizować kolejne projekty energetyczne. Przy czym głównym dostarczycielem funduszy są w tym przypadku banki spółdzielcze.
Spółdzielnie są opłacalne
Celem spółdzielni nie jest maksymalizacja zysków, ale wsparcie członków spółdzielni. W tym sensie spółdzielnie cechują się inną filozofią organizacji. Nie da się jednak ukryć, że niemieckie spółdzielnie energetyczne to dochodowy interes. Co prawda w roku rejestracji spółdzielni większość, bo 55% spółdzielni generuje brak zysków bądź straty na poziomie 10 tys. euro rocznie. Jedynie 20% generuje zysk do 10 tys. euro rocznie w pierwszym roku rejestracji. Tym samym 80% spółdzielni ma zerową lub negatywną stopę zwrotu inwestycji w pierwszym roku.
Nie jest to jednak nic dziwnego, ponieważ należy najpierw zainwestować, aby osiągnąć zysk. Już jednak w kolejnym roku 73% spółdzielni generuje zyski. Jedna piąta z nich generuje do 10 tys. euro rocznego zysku, 44% – od 10 do 50 tys. euro rocznie w drugim roku działalności. Prawie 60% spółdzielni generuje od 1% do 10% stopy zwrotu inwestycji w ciągu dwóch pierwszych lat. Część z nich, 16% generuje ponad 10% stopę zwrotu inwestycji. Wysoka stopa zwrotu jest jednak po części zasługą dopłat państwa do produkcji energii.
Społeczno-ekonomiczny potencjał spółdzielni
76500 członków i kapitał 693 mln euro to wystarczające sumy, by mówić, że spółdzielnie energetyczne w Niemczech to ważny podmiot zmian społecznych i ekonomicznych. Wprawdzie całość inwestycji w energię odnawialną w Niemczech wynosiła w 2012 r. 19,5 mld euro. Istotna jest jednak dynamika wzrostu ruchu spółdzielczego. W 2012 r. już 20% spółdzielni zgromadziło ponad 200 członków oraz więcej niż 2 mln euro kapitału. Świadczy to o tym, że mają one potencjał rozwoju. Spółdzielnie produkujące zieloną energię są w Niemczech w fazie wzrostu.
Ważny jest przede wszystkim społeczno-ekonomiczny potencjał tych zmian. Spółdzielnie umożliwiają produkcję zregionalizowaną, zdecentralizowaną i lokalną. Są strukturą niepodatną na naciski ze strony dużych podmiotów finansowych. Potrafią dokonywać skutecznej alokacji kapitału przeznaczonego m.in. na produkcję energii oraz posiadają zdolność do łączenia członków, którzy są w stanie skutecznie wspierać biznesowe cele. Nie bez znaczenia jest również to, że zapewniają trwały zwrot poniesionych inwestycji.
Czas na polskie spółdzielnie energetyczne
– Polska wersja ustawy OZE, która została zatwierdzona w dniu 8.04.2014 przez Radę Ministrów, w porównaniu z niemiecką wersją ustawy OZE, nie sprzyja rozwojowi produkcji energii odnawialnej przez zdecentralizowanych producentów – mówił w kwietniu 2014 r. dr Lutz Ribbe, który przeprowadzał ocenę wdrożenia dyrektywy w sprawie odnawialnych źródeł energii w Polsce.
Do tej pory powstała w Polsce jedna spółdzielnia energetyczna. Ideę spółdzielni promuje Waldemar Pawlak, który zastanawia się nad założeniem spółdzielni z sąsiadami w celu budowy biogazowni. Rozwój energetyki realizowanej w modelu spółdzielni energetycznych postuluje również od lat prof. Krzysztof Żmijewski z Politechniki Warszawskiej. Jego zdaniem takie rozwiązania mogą być odpowiedzią na problem spodziewanego niedoboru energii elektrycznej, który już teraz jest zauważalny na obszarach wiejskich. Za szczególnie niekorzystny dla rozwoju ruchu spółdzielczego w Polsce uważa on zapis mówiący o ograniczeniu ceny sprzedawanej energii do 80% hurtowej ceny energii.
Czy rozwój spółdzielni energetycznych w Polsce jest możliwy? Ruch spółdzielczy ma w Polsce bogatą tradycję. W ostatnich latach okresu międzywojennego istniało w Polsce ponad 16 tysięcy spółdzielni. Pozostaje żywić nadzieję, że w przyszłości przynajmniej zbliżymy się do tej liczby. Jeżeli choć część z nich będą stanowiły spółdzielnie energetyczne, to w porównaniu z sytuacją obecną wykonamy milowy krok naprzód.
Źródło danych: Raport Wuppertal Institut für Klima, Umwelt, Energie GmbH, kwiecień 2014.
Czy państwa członkowskie Unii Europejskiej będą płacić firmom odszkodowania za przestrzeganie unijnego prawa? (więcej…)
Tradycja dóbr wspólnych ma bardzo długą historię. Narzucona nam przez neoklasyczną ekonomię definicja homo oeconomicus, nieustannie kalkującej i zachłannej jednostki, jest stosunkowo nowa i można uznać ją bardziej za anomalię niż historyczną regułę. Nawet dziś, kiedy własność prywatna stała się fundamentem nowej neoliberalnej religii, użytkowe dobra wspólne zapewniają utrzymanie 25% ludności Ziemi.
W podręcznikach ekonomii trudno jednak szukać wzmianki o takim sposobie korzystania z zasobów. Nawet jeśli się je dostrzega, to traktuje jako bezwartościowe. Najważniejszy wskaźnik poziomu bogactwa PKB obejmuje tylko to, co wytwarzają rynki. Nic więc dziwnego, że mimo trzykrotnego wzrostu tego wskaźnika od roku 1950 poziom zadowolenia z życia niemal we wszystkich krajach pozostaje niezmiennie na poziomie roku 1975.
Przeciw historycznym obciążeniom
W Polsce debata na temat dóbr wspólnych jest znacznie trudniejsza niż w innych krajach. Po II wojnie światowej to, co wspólne stało się synonimem własności państwowej. Dziś dominującą pozycję w gospodarce mają rynki, państwa zaś, jak się wyraził Michael Bauwens, są tylko „młodszym wspólnikiem sektora rynkowego”. W okresie realnego socjalizmu państwo starało się nie tylko ograniczać znaczenie własności prywatnej, ale również innych form własności. Dobra wspólne były rugowane nie przez prywatnych właścicieli, ale przez państwo, które niechętnie patrzyło na wszelką demokratyczną społeczną samoorganizację.
Nie wszyscy jesteśmy świadomi, w jak dużym stopniu korzystamy z dóbr wspólnych. Oddychamy powietrzem, które jeszcze do nikogo nie należy. Pijemy wodę, do której mamy swobodny dostęp. Możemy swobodnie zbierać w lasach grzyby czy jagody, odpoczywać w przestrzeni publicznej.
Pamięć o dobrach wspólnych żywa jest bardziej na wsi, ponieważ lokalna specyfika życia od zawsze wymuszała tam kooperację. Wzajemna pomoc i dość swobodne, ale oparte na zwyczajowych zasadach korzystanie z własności innych było powszechne. Wymieniano między sobą nasiona, sezonowo wypasano bydło na pastwiskach sąsiada, budowano wspólne studnie, które choć znajdowały się na ziemi konkretnego właściciela, to korzystać z nich mogli wszyscy, nawet rodziny z nim skonfliktowane.
Po okresie realnego socjalizmu zostało nam przekonanie, że „wspólne” znaczy niczyje. Ułatwiło to budowanie gospodarki, która gloryfikuje własność prywatną. Dobra wspólne traktowane są jako „komunistyczny” relikt. Wartość z definicji przypisujemy dobrom, które mają właściciela: prywatnego lub państwowego. Chęć określenia dokładnych zasad zarządzania dobrem wspólnym brzmi utopijnie lub co najmniej niepraktycznie.
Nie tylko zasoby
Ten sposób myślenia po części wynika z tego, że dobro wspólne wiele osób utożsamia tylko z zasobami. Zdaniem Davida Bolliera to powszechny błąd. Oprócz zasobów wymienia on społeczność plus zestaw norm i reguł stosowanych do zarządzania nimi. Jego zdaniem dobra wspólne mają sens tylko w komplecie i zapewne nie będą w stanie przetrwać oddzielnie, bo są od siebie wzajemnie zależne. Punktem odniesienia jest społeczność, co stwarza olbrzymie problemy neoliberalnej ekonomii, w której suwerenem może być tylko jednostka.
U źródeł dóbr wspólnych zawsze leży odpowiedzialność, również za przestrzeń wokół nas. W miejscu, w którym mieszkam coraz częściej mieszkańcy organizują się i przejmują przyblokowe trawniki urządzając na nich kolorowe ogrody. Wszystkie decyzje podejmowane są demokratycznie. Każdy ma swoje miejsce do zagospodarowania i określony zakres obowiązków. W pewien sposób dochodzi do „zawłaszczenia” przestrzeni publicznej, w rzeczywistości jest to jej odzyskiwanie. Każdy może się włączyć w pielęgnację ogrodu, o ile będzie przestrzegać wypracowanych zasad. Miejsca takie nabierają indywidualnego charakteru i stają się miejscem spotkań dla mieszkańców.
Podobnych inicjatyw pojawia się coraz więcej. Ludzie współdziałają, by zaspokajać swoje potrzeby. Wymaga to jednak zmiany w myśleniu. Chcąc mieć dostęp do zdrowej żywności, ludzie organizują się w kooperatywy spożywcze. Rozwija się dynamicznie ruch Slow Food. Zaczynają powstawać towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych, lokalne waluty i rozwija dynamicznie społeczność wolnego oprogramowania. Budżety partycypacyjne, których źródeł należy poszukiwać w dobrach wspólnych, rozprzestrzeniają się niczym wirus. Wprowadza go coraz więcej miast w Polsce, chociaż jeszcze nie do końca wszyscy rozumieją „o co w tym chodzi”.
Jednocześnie rozwijają się ruchy społeczne, które walczą z prywatyzowaniem dóbr wspólnych. W Warszawie przykładem może być prywatyzacja SPEC, przedsiębiorstwa ogrzewającego mieszkania w mieście. Z ideologicznych powodów sprzedano coś, co funkcjonowało bardzo dobrze, przynosząc nawet zyski. Sprzedano mimo, że wcześniej z publicznych pieniędzy przeprowadzono kosztowny proces unowocześnienia infrastruktury. Zjawisko to doczekało się już specjalnego terminu: prywatyzacja zysków.
Korporacje coraz agresywniej starają się rozszerzać stan swojego posiadania kosztem dóbr wspólnych. Doskonale ilustruje to przykład miejskich wodociągów. Pomysły na ich prywatyzację stają się coraz powszechne. Następnym konsekwentnym krokiem jest wprowadzenie opłat za wodę (a nie za jej doprowadzenie). I tak rzeczywiście już się dzieje, co zawsze budzi szeroki społeczny protest. We Włoszech w referendum na temat prywatyzacji miejskich wodociągów i innych zasobów wodnych w kraju aż 94% głosujących odrzuciło możliwość prywatyzacji.
Ramy naszej przyszłości
W trosce o wzrost PKB lub bilans korporacji nie uwzględnia się tego, co John Ruskin nazywa „antybogactwem”. Są to niemierzalne i niezamierzone szkody wyrządzone przez rynki. Koszty „antybogactwa” przenoszone są przede wszystkim na dobra wspólne. Dlatego, jak zauważa David Bollier, działalność rynkowa kłóci się z wartościami ekologicznymi. Dobra natury nie mają nalepki z ceną. Ograniczoność zasobów coraz częściej uświadamia nam, że powszechne w neoliberalnej ekonomii przekonanie, że jak coś nie ma przypisanego właściciela, to nie należy do nikogo, jest na dłuższą metę nie do utrzymania.
Własność prywatna nie jest wrogiem dóbr wspólnych. Potrzebna jest jednak równowaga, która uległa w ostatnich dziesięcioleciach zachwianiu. Przewaga rynków i bierna rola państwa sprawiają, że dobra wspólne są coraz bardziej zagrożone. Jak zauważa David Bollier, musimy wciąż zużywać więcej i więcej nieodnawialnych zasobów, szybciej i szybciej, po to tylko, żeby utrzymać obecny standard życia – jednocześnie tworząc coraz więcej „antybogactwa”, z którym nikt nie chce się zmierzyć. Globalne ocieplenie jest logiczną konsekwencją takiej mentalności.
Idea dóbr wspólnych daje nam ramy dla opisu nowej przyszłości, w której ważną rolę będzie pełnić samoorganizacja i samorząd. Już teraz uzupełnia to, a zarazem stanowi wyzwanie dla działalności państwa. Jak pisze David Bollier: „w dobru wspólnym chodzi o opiekę nad tym wszystkim, co posiadamy wspólnie, jako ludzie. O dbałość, abyśmy to dziedzictwo chronili i przekazali, nieumniejszone, następnym pokoleniom. To obejmuje wszystko, od dziedzictwa wiedzy i kultury, przez spójność naturalnych ekosystemów, przestrzeń publiczną i tradycje społeczności, niezbędne do życia wspólnie użytkowane lasy, łowiska i uprawy, aż do niezliczonych innych zasobów, jakie moralnie lub prawnie współposiadamy”.
Szeregi zwolenników większej równowagi między pracą a życiem poszerzyły się, dość niespodziewanie, o kolejną osobę. Podczas wystąpienia na konferencji biznesowej w Paragwaju w lipcu 2014 r. miliarder z branży telekomunikacyjnej Carlos Slim zasugerował, że nowy, trzydniowy tydzień pracy może i powinien stać się normą. Nieco wcześniej do skrócenia tygodnia roboczego do czterech dni wezwał czołowy brytyjski lekarz John Aston.
Fundacja Nowej Ekonomii od dawna opowiada się za skróceniem i większą elastycznością czasową pracy najemnej, najpierw w raporcie „21 godzin”, a niedawno w książce „Czas po naszej stronie”. Wszelkie kroki w stronę krótszego tygodnia roboczego powinny być wprowadzane stopniowo i muszą im towarzyszyć wysiłki na rzecz wzmocnienia poziomu płac w gospodarce. Zakładając, że spełnione są te warunki, istnieją wyraźne korzyści tego rozwiązania dla środowiska, gospodarki i społeczeństwa.
1. Mniejszy ślad węglowy: Kraje o krótszym średnim czasie pracy mają na ogół mniejszy negatywny wpływ na środowisko. Jako kraj, Wielka Brytania aktualnie zużywa więcej zasobów naturalnych niż powinna. Zwolnienie tempa przesunęłoby od szkodliwego dla środowiska modelu konsumpcji dyktowanej wygodą w stronę bardziej zrównoważonego trybu życia.
2. Silniejsza gospodarka: Przy odpowiednim wdrożeniu, skrócenie tygodnia roboczego poprawiłoby równość społeczno-ekonomiczną, zmniejszając zależność od wzrostu opartego na zadłużeniu – a to kluczowe składniki zdrowej gospodarki. Byłaby to też gospodarka konkurencyjna: Holandia i Niemcy mają krótsze tygodnie robocze niż Wielka Brytania czy USA, a jednak ich gospodarki są równie silne lub nawet silniejsze.
3. Lepsi pracownicy: Ludzie, którzy pracują mniej, są bardziej produktywni godzinowo niż ci, którzy regularnie pracują ponad 40 godzin w tygodniu. Są zdrowsi i rzadziej chodzą na zwolnienia lekarskie, są bardziej stabilni i zaangażowani jako pracownicy.
4. Niższe bezrobocie: Średnie godziny robocze mogą byś różne, ale nie są wyrównane w całej gospodarce – jedni pracują dzień i noc, inni bez powodzenia usiłują znaleźć jakąkolwiek pracę. Krótszy tydzień roboczy pomógłby redystrybuować czas płatnej i bezpłatnej pracy bardziej równomiernie w całym społeczeństwie.
5. Wyższa jakość życia: Danie wszystkim więcej wolnego czasu zmniejszyłoby poziom stresu i poprawiłoby ogólne samopoczucie, a także zdrowie psychiczne i fizyczne. Krótszy tydzień pracy pomógłby nam wszystkim odejść od obecnego modelu: życia dla pracy, pracy dla zarobku i zarobku dla konsumpcji. Pomógłby też poświęcać więcej uwagi i doceniać to, co naprawdę cenimy w życiu.
6. Większa równość kobiet i mężczyzn: Kobiety obecnie spędzają więcej czasu niż mężczyźni wykonując bezpłatną pracę. Powszechne skrócenie tygodnia roboczego pomogłoby zmienić podejście do ról płciowych i promowało wyrównanie pracy płatnej i bezpłatnej. Pomogłoby też ponownie docenić prace tradycyjnie przypisywane kobietom.
7. Wysokiej jakości, dostępniejsza opieka nad dziećmi: Wysokie zapotrzebowanie na opiekę nad dziećmi częściowo wynika z nadmiernie długich godzin pracy. Krótszy tydzień roboczy pomógłby matkom i ojcom lepiej zarządzać czasem, zmniejszając koszty pełnowymiarowej opieki nad dziećmi. Poza redukcją kosztów, krótsza praca dałaby rodzicom więcej czasu na spędzanie ze swoimi dziećmi. Więcej okazji do wspólnych zabaw, doświadczeń i uczenia się od siebie nawzajem byłoby z korzyścią dla matek, ojców, jak i dzieci.
8. Więcej czasu dla rodziny, przyjaciół i sąsiadów: Spędzanie mniejszej ilości czasu w pracy zawodowej dałaby nam więcej czasu na spędzanie ze sobą – rodzicami, dziećmi, znajomymi i sąsiadami. Pomogłoby nam też cenić i wzmacniać związki, które sprawiają, że warto żyć, a także pomogłoby budować silniejsze społeczeństwo.
9. Szczęśliwsze życie w późnym wieku: Krótszy i bardziej elastyczny tydzień roboczy może ułatwić przejście od zatrudnienia na emeryturę, jak też wydłużyć ten proces. Godziny pracy mogłyby być stopniowo skracane przez dekadę albo dłużej. Nagłe przejście od długich godzin pracy na emeryturę może być traumatyczne, często powoduje choroby i wczesną śmierć.
10. Silniejsza demokracja: Wszyscy mielibyśmy więcej czasu na aktywność lokalną, dowiadywanie się, co dzieje się wokół nas, angażowanie się w politykę, lokalnie i na poziomie krajowym, zadawanie pytań, zmienianie świata wokół siebie.
Artykuł 10 reasons for a shorter working week ukazał się na stronie New Economics Foundation. Przeł. Tomasz Szustek.
W jaki sposób możemy tworzyć nowe miejsca pracy i poprawiać jakość życia? Jak przejawia się dziś innowacyjność – i czy koniecznie oznacza ona wykorzystywanie nowoczesnych technologii? (więcej…)