Nad strefą euro zawisło widmo deflacji. Dlaczego spadające ceny to niekoniecznie dobra wiadomość? (więcej…)

Ósma runda negocjacji TTIP rozpoczęła się w poniedziałek 2 lutego 2015 r. po czterech miesiącach przerwy związanej z procesem powoływania nowej Komisji. Amerykańscy i europejscy negocjatorzy będą rozmawiać w Brukseli do piątku. Najważniejszym tematem rozmów jest prawdopodobnie kontrowersyjny temat „współpracy regulacyjnej”.

Idea współpracy regulacyjnej

Komisja uparcie powtarza, że aż do 2/3 domniemanych „korzyści” z TTIP ma być skutkiem eliminacji tzw. pozataryfowych barier handlowych. Ich usunięcie lub ograniczenie ma być efektem ścisłej współpracy regulacyjnej między Unią Europejską a USA. Choć na pierwszy rzut oka wygląda to niewinnie, współpraca taka może w istocie oznaczać fundamentalną zmianę w procesach podejmowania decyzji po obu stronach Atlantyku, gdy projekty ustaw i regulacji będą obowiązkowo analizowane przez drugą stronę, zanim będą mogły wejść w życie.

Za taką prewencyjną analizę odpowiadać miałaby nowa instytucja: Rada Współpracy Regulacyjnej (Regulatory Cooperation Body). Jej zadaniem byłoby orzekanie, czy istniejące bądź planowane regulacje ekologiczne, społeczne lub konsumenckie mogą mieć negatywny wpływ na handel.

Podczas przesłuchania przed Komisją Handlu Międzynarodowego i Komisją Prawną Parlamentu Europejskiego 27 stycznia 2015 r. główny negocjator ds. współpracy regulacyjnej Fernando Perreau de Pinninck przedstawiał projektowaną Radę Współpracy Regulacyjnej jako wygodne forum, na którym szefowie agencji regulacyjnych z USA i UE mogliby omawiać możliwe wspólne rozwiązania problemów technicznych.

Taki obraz kłóci się jednak z oczekiwaniami zawartymi w ocenie skutków ekonomicznych TTIP. To się po prostu nie dodaje, jeśli aż do 2/3 gospodarczych korzyści z TTIP ma wynikać ze współpracy regulacyjnej.

Ukryte zagrożenia

Niewiele wiadomo o stanowisku negocjacyjnym Stanów Zjednoczonych, gdyż ani państwa członkowskie, ani europosłowie nie mają dostępu do żadnych propozycji negocjacyjnych przedstawianych przez stronę amerykańską. Natomiast wizja współpracy regulacyjnej zaproponowana przez Unię Europejską spotkała się już z wyrazistą opozycją. Kolejne projekty tekstu zmieniały się od grudnia kilkakrotnie, co wskazuje na wewnętrzny dyskomfort państw członkowskich na poziomie Rady.

Pierwsze szkice tekstu wzywały do objęcia współpracą regulacyjną prawodawstwa państw członkowskich i przepisów lokalnych. Oznaczałoby to, że Rada Współpracy Regulacyjnej miałaby prewencyjnie analizować i potencjalnie mogłaby kwestionować wszelkie projekty lokalnych przepisów, takich jak przyjmowane przez miasta programy walki ze smogiem albo inne ekologiczne i społeczne regulacje na poziomie miast i regionów.

Projektowane prawo lub regulacja musiałoby być przedstawione Radzie Współpracy Regulacyjnej z rocznym wyprzedzeniem. Rada miałaby prawo zażądać wprowadzenia zmian w każdym projekcie. To samo w sobie spychałoby inicjatorów wprowadzania nowych przepisów na pozycję defensywną. Wywarłoby to „mrożący wpływ” na nowe regulacje w całym szeregu obszarów, od pestycydów i chemikaliów przez bezpieczeństwo żywności po przepisy służące walce ze zmianami klimatu.

Społeczeństwo mówi NIE

Koncepcja Rady Współpracy Regulacyjnej wzbudziła niepokój społeczeństwa obywatelskiego. Wiele osób uważa, że jej utworzenie dałoby bezprecedensowy wpływ lobby biznesowym po obu stronach Atlantyku, zaś handel i inwestycje zyskałyby przewagę nad każdą próbą tworzenia prawa w interesie publicznym.

Podczas ósmej rundy negocjacji w Brukseli spotkają się również organizacje pozarządowe i obywatelskie inicjatywy z całego kontynentu. Będą zwracać uwagę na zagrożenia związane ze współpracą regulacyjną i wzywać do zupełnego usunięcia jej z negocjowanego porozumienia.

Na środę 4 lutego 2015 r. zaplanowano protest. W czasie spotkania negocjatorów z „interesariuszami” z organizacji biznesowych i społeczeństwa obywatelskiego naprzeciw siedziby Komisji Europejskiej stanie olbrzymi… koń trojański. Lokalni aktywiści i aktywistki będą się ponadto spotykać ze swoimi europosłami, pytając o ich stanowisko w kwestii TTIP i arbitrażu inwestycyjnego (ISDS) i o to, jak zamierzają głosować w tych sprawach.

TTIP_trojan_horse_FoE

Nowe otwarcie?

Podczas gdy Unia Europejska szumnie obwieściła „nowe otwarcie” w negocjacjach, strona amerykańska daje do zrozumienia, żeby nie spodziewać się wielkich postępów przed jesienią. Prezydent Obama może mieć kłopoty z uzyskaniem od Kongresu zgody na „szybką ścieżkę” wcześniej niż latem, co oznacza, że negocjacje w kluczowych obszarach, takich jak zamówienia publiczne, mogłyby się posunąć do przodu najwcześniej od września.

To zaś z kolei oznacza, że niezbyt prawdopodobne jest zamknięcie negocjacji jeszcze w 2015 r. Możliwe wręcz, że przesunie się to jeszcze bardziej, na czas po wyborach prezydenckich w USA w listopadzie w 2016 r. Te opóźnienia budzą frustrację wśród europejskich zwolenników porozumienia, którym trudno poszczycić się jakimkolwiek mierzalnym postępem rozmów od czasu ich rozpoczęcia ponad półtora roku temu.

Mimo to należy spodziewać się, że propozycje współpracy regulacyjnej będą cyzelowane przez unijnych negocjatorów przez pierwszą połowę 2015 r. Współpraca regulacyjna, podobnie jak głośniejsza kwestia arbitrażu (ISDS), należy do najbardziej krytykowanych przez Zielonych aspektów TTIP – bo to właśnie z powodu takich zapisów TTIP stanowi zagrożenie dla demokracji.

Artykuł pochodzi ze strony ttip2014.eu.

STOP_TTIP_tlo

Świat znów dyskutuje o nierównościach. Książka francuskiego ekonomisty Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku” sprawiła, że temat znów znalazł się na tapecie. To dobra wiadomość. Zielone i lewicowe partie rozpływają się w zachwytach nad tą książką. Niewiele jest jednak pomysłów na to, jak ukrócić nierówności u ich źródła. Aby to uczynić, potrzebujemy idei z zupełnie innego świata.

Większość lewicowych partii w dzisiejszej Europie albo za bardzo pogodziła się z rzeczywistością, albo zbyt kurczowo trzyma się znikającego już świata, by samodzielnie wypracować taką ideę. Imponujący zbiór danych empirycznych zgromadzonych przez Piketty’ego też za bardzo w tym nie pomaga.

Tym, czego potrzebujemy, jest głębsza analiza okoliczności, w których żyjemy. Pora na odnowę lewicowego myślenia. W tym celu najlepiej wrócić do źródeł: dzieła Karola Marksa. Zielone i lewicowe partie muszą ponownie zinterpretować obecny porządek ekonomiczno-polityczny, jeśli naprawdę chcą go zmienić. Dobrze by było zatem ponownie odczytać Marksowski „Kapitał”. Ćwierć wieku po upadku muru berlińskiego powinno być możliwe świeże spojrzenie na dzieło Marksa, bez wikłania go w geopolityczne i ideologiczne potyczki zimnej wojny.

W sukurs zielonym politykom i polityczkom może przyjść nowa generacja europejskich ekonomistek i filozofów, używających dziś Marksa do rozwikłania logiki dzisiejszej globalnej gospodarki. Trochę czasu może minąć, nim przyzwyczaimy się do tego, żeby słów takich jak „kapitalizm” używać nie jako politycznego emblematu, lecz po prostu naukowego pojęcia, opisującego porządek gospodarczy, w którym kapitał jest naczelną zasadą organizacji: wszelka wartość wyraża się w pieniądzu bądź w ten czy inny sposób się do niego odnosi.

Marks klarownie wyjaśnił, że kapitalizm może przetrwać jedynie wówczas, gdy gospodarka nieustannie rośnie. Znajdujemy coraz nowe metody, by to umożliwić, takie jak handel produktami finansowymi, w oderwaniu od rzeczywistej produkcji. To była jedna z przyczyn rozpoczętego w 2008 r. kryzysu, z którego wciąż nie możemy się wydobyć.

Marks był jednym z pierwszych, którzy wniknęli w naturę kryzysów w kapitalizmie, a jego spostrzeżenia pozostają aktualne. Przyjrzyjmy się na przykład jego słynnej teorii „fetyszyzmu towarowego”. Zgodnie z tą teorią relacja między pracownikami a kapitalistami leżąca u źródeł powstania danego produktu wydaje się być obiektywną właściwością tegoż produktu. Dobra wytworzone w ramach relacji społecznych mylnie jawią się jako naturalne i obiektywne. Weźmy choćby przemysł odzieżowy. Doskonale wiemy, ile para dżinsów kosztuje i gdzie ją można najtaniej kupić. Jak wielu jest jednak świadomych tego, kto wytworzył ich nowe dżinsy, i w jakich warunkach ten ktoś pracował?

To samo tyczy się gospodarki jako całości. Wydaje się czymś obiektywnym i niezmiennym, czymś, co po prostu istnieje, stanowiąc jeden z głównych czynników określających ramy naszego życia. Marks pomaga nam zrozumieć, że gospodarka jest tak naprawdę wytworem człowieka. Stała się tym, czy jest, pod wpływem historycznych okoliczności, a zartem i w przyszłości będzie się zmieniać.

Już to byłoby dostatecznym powodem, by zielone i lewicowe partie czytały Marksa. Marks przypomina, że obecny porządek może i musi się zmienić, tak więc nie powinniśmy postrzegać go jako naturalnego systemu, do którego musimy się dostosować. Czytając Marksa, znajdujemy energię i odwagę niezbędne, aby wyobrazić sobie świat inny niż ten, w którym rzadzą pieniądze, wzrost i gospodarka miotająca się od kryzysu do kryzysu.

Artykuł Green and Left-wing parties should re-read Marx przedrukowujemy za „Zielonym Magazynem Europejskim” (Green European Journal). Pierwotnie ukazał się po niderlandzku w internetowym wydaniu gazety „De Volkskrant” i na stronie kwartalnika „De Helling” wydawanego przez fundację polityczną holenderskiej Zielonej Lewicy.

Wybory do Parlamentu Europejskiego, połączone z samorządowymi, okazały się punktem zwrotnym dla irlandzkich Zielonych. Na szczeblu lokalnym, szczególnie w Dublinie, udało im się powrócić do politycznej gry, byli również bardzo blisko zdobycia mandatu europosła. Rolę w tej odbudowie odegrała również Zielona Fundacja Irlandii (Green Foundation Ireland – GFI).

Wiele zielonych aktywistek i aktywistów gromadziło się przez ostatnie dwa i pół roku na organizowanych przez fundację wydarzeniach, by zapoznać się ze świeżymi pomysłami i znaleźć wspólny grunt z Zielonymi z innych części Europy. Stworzyliśmy forum wymiany idei poza ścisłymi ramami partyjności. Wydarzenia te stały się okazją do ponownej refleksji nad tym, co to w praktyce znaczy być Zieloną/Zielonym. Imprezy kulturalne stały się integralną częścią naszych szkół letnich, a wśród nich znalazło się miejsce na zachwycanie się miastem czy przestrzenią, w której przyszło nam się gromadzić.

Choć udało się nam zanotować umiarkowany, ale jednak sukces, w tym samym czasie trwa negatywna reakcja społeczeństw na polityczne elity – zarówno na szczeblu krajowym, jak i unijnym. Dominuje poczucie, że spowodowane przez recesję cięcia w usługach publicznych zostały narzucone osobom, które nie były odpowiedzialne za kryzys. Powrót do dobrobytu uważany jest za pożądany, choć niewystarczający, warunek powrotu do pozytywnego podejścia wobec Unii Europejskiej. Nawet jeśli Zielonym udało się odbudować swoją pozycję w Dublinie, założenie, że powrót do dobrobytu możliwy jest jedynie w wypadku przesunięcia społeczeństwa na tory zrównoważonego rozwoju nadal nie jest powszechnie akceptowane. Nasza fundacja pracuje nad tym, by do tego założenia przekonać.

Eurosceptycyzm jako forma protestu

Głosy protestu przeciwko zaciskaniu pasa w Irlandii w dużej mierze wspomogły Sinn Fein – formację będącą politycznym ramieniem IRA. Głosy te można uznać za głosy na rzecz miękkiego eurosceptycyzmu, silnie umotywowane postawą UE. Europa była w Irlandii popularna dopóty, dopóki dostarczała jej dobrobytu oraz impulsu do reform społecznych. Podwójne nieszczęście bezrobocia oraz emigracji wróciło jednak do kraju. Ostatnie wybory parlamentarne przyniosły klęskę dotychczas rządzącym partiom – wybory europarlamentarne pokazały skalę gniewu wobec niedostępnej, odrealnionej unijnej elity.

Spośród wszystkich unijnych instytucji największy gniew spadł na kierowany przez Jeana-Claude’a Tricheta Europejski Bank Centralny. EBC uważany jest nie tylko za instytucję, która zmusiła Irlandię do poniesienia odpowiedzialności za ogólnoeuropejski, systemowy problem, za który Trichet – jako jeden z twórców wspólnej waluty – ma również odpowiadać, ale także oskarżany o lekceważenie kwestii dotyczących zatrudnienia, które inne banki centralne mają na uwadze.

Zamiast realnego, sprawnie funkcjonującego banku centralnego, świat anglojęzyczny uważa ECB za instytucję autokratyczną, niezdolną do odpowiadania na potrzeby realnie istniejących i współtworzących aktualną gospodarkę ludzi. Choć sądzi się, że Mario Draghi niemal własnoręcznie przywrócił zaufanie do strefy euro, ECB nadal uważane jest za instytucję oderwaną od realnej ekonomii. Zmieni się to dopiero wtedy, kiedy strefa euro przejdzie przez niezbędne reformy. Struktura wspólnej waluty, przypominającej swymi ambicjami Titanica, który – pozbawiony solidnych fundamentów – zderzył się z górą lodową w postaci globalnego kryzysu finansowego, pozostaje źródłem niepokoju.

Aby naprawić te błędy, potrzebować będziemy więcej integracji podatkowej wewnątrz Unii. To zaś z kolei wymagałoby większej kontroli demokratycznej nad kierunkami dystrybucji dostępnych środków finansowych, która pozostaje sednem systemu demokratycznego.

Rezultaty wyborów do PE domagają się od nas tego, byśmy sprzeciwiali się populizmowi nie tylko za pomocą chwytów retorycznych, ale przez mierzenie się z przyczynami aktualnych problemów, takich jak bezrobocie, brak bezpieczeństwa finansowego, bezdomność czy niepewność jutra. Ludzie mają jednak poczucie, że Unia Europejska, zamiast bronić ich praw społecznych, podmywa je i nie słucha kontrargumentów wobec własnej polityki. Nasza fundacja przeprowadziła szereg seminariów i szkół letnich, które uwzględniały europejską perspektywę wobec tych problemów i osadzały je w unijnym kontekście.

Nowe medium dla nowego ruchu

W dzisiejszej epoce globalizacji jej głównym elementem jest wzajemne powiązanie między państwem, rynkami a wydobywaniem surowców naturalnych. Nie możemy ciągle mierzyć jakości naszej gospodarki w kontekście państw narodowych i obwiniać za wszystko ich rządy. Zielona Fundacja Europejska wraz z fundacjami z poszczególnych krajów (za pośrednictwem takich narzędzi jak własny magazyn czy szkoły letnie) odgrywa istotną rolę w poszukiwaniu odpowiedzi na te wyzwania na szczeblu kontynentalnym.

Innym narzędziem sieciowania są interaktywne platformy komunikacji cyfrowej, poświęcone kwestiom trwałego rozwoju oraz globalnej sprawiedliwości, na których można dzielić się zarówno pomysłami, jak i dobrymi praktykami. Wiele działań i dyskusji skupia się na idei zrównoważonego rozwoju w oderwaniu od jej kontekstu. Naszym zadaniem jest wykorzystywanie narzędzi internetowych do dawania zielonemu aktywizmowi narzędzi do tego, by tłumaczył swe działania w prosty i przekonujący sposób. Łączymy to z dawaniem praktycznych przykładów kierowania się ideami trwałości w dzisiejszym niezrównoważonym świecie. Pozwala to na myślenie o nasączaniu głównego nurtu zielonymi ideami.

Nowe media są nam bardzo potrzebne – widzimy bowiem, że tradycyjnie dominujące w politycznym krajobrazie Europy partie tracą członków i wolontariuszy. Widać powiązania pomiędzy kryzysem polityki a kryzysem konwencjonalnych mediów. Wraz z ich cyfryzacją stosunek między mediami a polityką będzie musiał ulegać zmianie – ruchom politycznym coraz łatwiej będzie tworzyć własne środki komunikacji. Ruch zielonych nie może pozostać obojętny na tę sytuację, którą już wykorzystują prawicowi populiści, tworzący własne media w Stanach Zjednoczonych i w Europie.

Wpływ Europy

Irlandia jest krajem, na który silny wpływ miała europejska myśl polityczna – szczególnie ta napływająca z republikańskiej Francji. Pomimo bycia niepodległym krajem już od 90 lat, pod wieloma względami pozostaje nadal powiązana kulturowo ze Zjednoczonym Królestwem, choćby z powodów związków językowych, ekonomicznych, historycznych, prawnych, a nawet rodzinnych.

Rosnąca siła eurosceptyków w Wielkiej Brytanii stanowi problem również dla Irlandii, ceniącej członkostwo w UE nie tylko z powodu głosu, jaki daje jej ono na kontynencie, ale również możliwości współpracy z sąsiadem w szeregu spraw – nawet jeśli nie zawsze jako równi partnerzy, to chociaż jako sprzymierzeńcy.

Na Wyspach Brytyjskich dominuje przekonanie, że istniejące tu partie polityczne są raczej złem koniecznym niż źródłem przywództwa. Rzadko patrzy się na nie jako na miejsca wykuwania nowych pomysłów – co być może jest nieco częstszym spojrzeniem w innych rejonach Europy – a bardziej jako na ciała zajmujące się pragmatycznym, profesjonalnym zarządzaniem codzienną polityką. Choć mieliśmy niegdyś do czynienia z większym zaufaniem obywatelek i obywateli do rządów, dziś na polityków patrzymy bardziej jako na możliwych do zwolnienia menadżerów.

Krajobraz fundacji politycznych w Wielkiej Brytanii i Irlandii

Zielone fundacje mają szansę wypełnić ten brak pomysłów i przywództwa. Ani w Irlandii, ani w Wielkiej Brytanii nie mamy do czynienia z fundacjami finansowymi ze środków publicznych. Wiele spośród powstałych na kontynencie instytucji tego typu miało za zadanie odbudowę demokracji po II wojnie światowej. Niestety, w świecie anglojęzycznym, poza programami pomocy zagranicznej, takich inicjatyw nie ma.

W efekcie koncepcje polityczne powstawały w inny sposób, np. wykuwając się w Stanach Zjednoczonych albo w finansowanych przez podmioty prywatne fundacjach i think tankach. Najstarszy z nich, Towarzystwo Fabiańskie, mające na celu propagowanie socjalizmu, ma już 130 lat i współpracuje dziś zarówno z brytyjską Partią Pracy, jaki i Partią Europejskich Socjalistów. Pozostaje jednak organizacją opartą na wsparciu jej członków i nie otrzymuje żadnego wsparcia publicznego. Nie mają go również zielone fundacje z Wysp Brytyjskich – pozostają politycznie niezależne i najczęściej zorganizowane w formie instytucji edukacyjnych non profit. Wśród nich warto wymienić m.in. Zielony Sojusz (Green Alliance), Forum na rzecz Przyszłości (Forum for the Future), GreenHouse oraz Zieloną Fundację Irlandzką (Green Foundation Ireland).

Mamy tu również do czynienia z bogatą mozaiką organizacji społeczeństwa obywatelskiego, współtworzących kapitał społeczny. Często są to grupy skupione na pojedynczym temacie czy praktycznych działaniach, niewiele z nich zadaje sobie pytania o sposoby funkcjonowania społeczeństwa. W tę niszę, zajmowaną do tej pory przez aparaty partyjne, wchodzą dziś fundacje polityczne i think tanki. W latach 80. i 90. XX wieku prawicowe instytucje tego typu zaczęły mnożyć się w świecie anglojęzycznym, stawiając sobie na celu zdominowanie dyskursu publicznego – dopiero w trakcie ostatniego kryzysu gospodarczego ich przekonania zaczęły być podawane w wątpliwość.

Zielone idee, szczególnie w czasie obecnego kryzysu, nie są luksusem, lecz sposobem na budowę nowego ładu ekonomicznego i społecznego. Oparta na zarządzaniu kultura polityczna, która nadal trwa w Europie, nie wystarczy do zmobilizowania i zaangażowania obywatelek i obywateli. Potrzeba nam więcej demokracji. Ludzie muszą zapoznać się z systemem władzy w UE, by stał się on nie tylko możliwy do rozliczenia, ale również bardziej przystępny. Zielone fundacje, też „Green European Journal” (Zielony Magazyn Europejski), mogą odegrać istotną rolę w procesie lepszego zrozumienia naszych zróżnicowanych potrzeb i wkładu, jaki możemy wnieść we wspólny projekt polityczny.

Artykuł A Foundation for the Green Democratic Recovery ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.

Do kin weszła „Hiszpanka” (reż. Łukasz Barczyk), reklamowana jako polska superprodukcja, luźno acz obficie czerpiąca z dziejów Polski. Jak udał się ten nietypowy pomysł? (więcej…)

W połowie stycznia 2015 r. zielone partie w Wielkiej Brytanii prześcignęły pod względem liczby członkiń i członków zarówno UKIP, jak i Liberalnych Demokratów. Partia Nigela Farage’a liczy 41.943 członków, Liberalni Demokraci, według słów osoby odpowiedzialnej za sprawy członkowskie, mają 44.680 członków. W środę 14 stycznia liczba członków Zielonych zwiększyła się o 2.000, w czwartek o kolejne 2.000. Kiedy piszę te słowa, 15 stycznia 2015 r., Szkoccy Zieloni wspólnie z Partią Zielonych Anglii i Walii liczą 44.713 członków i członkiń.

W 2003 r. Zieloni mieli około 5.000 członków i członkiń na obszarze Wielkiej Brytanii. To mniej więcej tyle, ile zapisało się tylko w tym tygodniu. Co spowodowało wzrost, który tak dramatycznie przyspieszył w ostatnich dniach?

1) Spór o debaty telewizyjne

Jest coś dziwnego w brytyjskiej polityce: obsesyjne zainteresowanie procesem demokratycznym. Spora grupa ludzi czuje, że wykluczenie przez BBC Zielonych z przedwyborczych debat liderów było niesprawiedliwe. (W międzyczasie pod presją opinii publicznej BBC musiała zmienić stanowisko – przyp. red. pol.) Dla tych, którzy głosują na Zielonych albo zastanawiali się nad tym, powiedzenie, że ich partia nie jest wystarczająco znacząca, było niemalże osobistą zniewagą. Setki tysięcy podpisały petycję wzywającą do uwzględnienia Zielonych w debatach. Część z nich najwyraźniej zdecydowała się pójść o krok dalej i zapisać się do partii.

2) Referendum niepodległościowe w Szkocji

Znaczny wzrost zielonych szeregów nastąpił w Szkocji w tygodniu tuż po referendum w sprawie niepodległości – Zieloni urośli tam z 1.800 do 7.500 członków i członkiń. Ale to nie tylko Szkocja. W tym samym czasie widać było wyraźny wzrost poparcia dla Zielonych w Anglii i Walii. Jak powiedziała mi jedna z nowych członkiń z Oksfordu, ona i jej partner studiowali na uniwersytecie w Glasgow. Byli bardzo podekscytowani radykalnie proniepodległościową kampanią „Zielone Tak”, jak również szerzej kampanią „Tak”. To skłoniło ich do wstąpienia.

3) Stara „nowa Partia Pracy”

Minęło 21 lat, od kiedy Tony Blair stanął na czele Partii Pracy. Wówczas, oprócz „zmodernizowania” jej, stał się także jej tarczą. Ludzie mogli wmawiać sobie, że wciąż wspierają Partię Pracy, a po prostu nie lubią Blaira. Kiedy nastał czas Eda Milibanda, ta wymówka zniknęła. Najbardziej lewicowy z centrolewicowych kandydatów wygrał wyścig o przywództwo. A mimo to partia nie przestała wspierać polityki zaciskania pasa. Ponieważ Miliband nie ma szczególnej charyzmy i nie mógł być za to obwiniany personalnie, ludzie zaczęli przyglądać się partii bliżej i zauważać jej braki. Spójrzmy na wykres wzrostu członkostwa w Zielonych, a zauważymy dwa niemal równoczesne wydarzenia, które miały miejsce zanim się zaczął. Jednym z nich było referendum, drugim kongres Partii Pracy w 2014 r.

4) Gospodarka, głupcze!

Być może właśnie po to, by zahamować tę zieloną falę, Ed Milidand wygłosił przemówienie na temat tego, jak bardzo troszczy się o zmiany klimatu. I tu jest problem. Podejrzewam, że faktycznie takie ma poglądy, ale mówienie, że leżą ci na sercu zmiany klimatu, jeśli nie jesteś gotów przeciwstawić się wielkim koncernom naftowym, jest jak twierdzenie, że leży ci na sercu problem nierówności społecznych bez uderzenia w premie bankowców. Fundamentalnym problemem naszego społeczeństwa jest władza ogromnych korporacji – kapitału. I tak długo, jak Miliband i Balls będą obiecywać utrzymanie zwolnień z podatków podarowanych im przez Torysów, tak długo jak Partia Pracy pozostanie partią zaciskania pasa, tak długo będzie wyglądało na to, że stoi po stronie wielkiego kapitału, a nie zwykłych ludzi. Innymi słowy: ludzie przyszli do Partii Zielonych, ponieważ sprzeciwia się ona polityce zaciskania pasa, a Partia Pracy tego nie robi: Zieloni stali się racjonalnym wyborem na lewicy.

5) Kryzys Liberalnych Demokratów

Spora część nowych członków i członkiń Zielonych to osoby poniżej 30. roku życia. Starsi w tej grupie wiekowej w dużej części zagłosowali na Liberalnych Demokratów w 2010 r. i rozczarowali się nimi, nie tylko z powodu ich zgody na potrojenie opłat za studia, ale także z powodu cynizmu liderów Liberalnych Demokratów, którzy złamali składane przez siebie obietnice. Pięć lat temu Liberalni Demokracji byli świetni w przyciąganiu do siebie młodzieży. Ale już nie są. Przez długi czas byli w stanie zainteresować sobą różne elektoraty, przed każdym pokazując inne twarze. Bycie w rządzie sprawiło, że mogli mieć już tylko jedną twarz.

6) Wzrost UKIP

Jeden wspólny przekaz przebija się od nowych członków: byli tak zbulwersowani wzrostem poparcia dla UKIP, że musieli coś z tym zrobić. Poczucie, że Zieloni są jedyną partią, która otwarcie przeciwstawia się UKIP zamiast im ustępować, zdaje się być bardzo częstą motywacją wstąpienia do partii. Dobrą egzemplifikacją jest tutaj wzrost członkostwa w Zielonych w okolicach wyborów uzupełniających w okręgu Rochester and Strood, w których partia startowała pod hasłem „powiedz nie rasizmowi”. Kiedy wysiadłem z pociągu w Rochester w dniu wyborów, pierwsza osoba, na którą wpadłem, miała na sobie wielką przypinkę Partii Zieloni, ponieważ właśnie się do niej zapisała, głównie z tego powodu.

Ponadto, choć większość Zielonych niechętnie by to przyznała, UKIP zmienił brytyjską politykę w sposób korzystny dla wszelkiego rodzaju „outsiderów”. Pokazali, że można mieć olbrzymi wpływ na zmianę polityki nawet wspierając partię, która niemal na pewno nie będzie w rządzie. Obok Szkockiej Partii Narodowej to właśnie oni uczynili nowe i małe partie głównymi protagonistami tych wyborów i stworzyli wrażenie, że establishment jest w odwrocie.

7) Upolitycznienie młodych ludzi

Prawdopodobnie najbardziej niezwykłą rzeczą w przypływie nowych osób do Zielonych jest fakt, że jedna czwarta nowych członków i członkiń jest poniżej 30. roku życia. Kiedyś naczelną zasadą pokolenia Y było „nigdzie się nie zapisuj”. Fakt, że tysiące złamały tę zasadę, jest zaskakujący.

Szczególnie, że pokolenie, które zalało śródmieście Londynu falą wściekłych protestów cztery lata temu, skończyło właśnie szkoły i ma przed sobą ogólnokrajowe wybory. Szukając organizacji politycznych, do których mogą dołączyć teraz, kiedy czasy ich działalności w samorządach studenckich są za nimi, w większości odrzucili organizacje pozarządowe Nowej Lewicy, które stworzyło pokolenie ich rodziców. Interesuje ich kwestionowanie autorytetu władzy i dostrzeganie współzależności współczesnych problemów, a nie prowadzenie kampanii na rzecz jednego problemu po drugim. Nie chcą tylko podpisywać petycji, chcą się organizować by rzucić wyzwanie tym, którzy nimi rządzą. A Zieloni dają im narzędzia do tego, by to zrobić.

8) Syriza, Podemos i globalny opór

To pokolenie jest bardzo wrażliwe na mobilizację polityczną zauważalną dziś w całej Europie. Znaczenie ma tu nie tylko fakt, że szkockie referendum pokazało, że uczestnictwo w formalnej polityce może przynosić efekty, a nawet ma potencjał transformatywny. Wzrost znaczenia Syrizy w Grecji i Podemos w Hiszpanii są szczególną inspiracją dla młodego pokolenia, pozwalając im dostrzec możliwości oferowane przez demokrację przedstawicielską i partyjną.

9) Efekt kuli śnieżnej

Oprócz szkockiego referendum i kryzysu Partii Pracy – zewnętrznych wydarzeń, które zapoczątkowały masowy wzrost zielonych szeregów – istnieje też przyczyna wewnętrzna. Partia Zielonych Anglii i Walii znalazła się na nagłówkach we wrześniu ubiegłego roku, kiedy liczba członków przekroczyła 20.000. To zainteresowanie medialne najwyraźniej podziałało jako zachęta dla wielu ludzi, ponieważ w ciągu następnych kilku dni znacznie wzrosła liczba osób zapisujących się do partii.

10) Aktywna liderka

Natalie Bennett jest drugą w historii liderką Partii Zielonych – przed nią była Caroline Lucas, wcześniej zaś nie było w ogóle jednego lidera. Caroline, jako kandydatka do Izby Gmin, a następnie parlamentarzystka, musiała zainwestować ogromną ilość swojego czasu w swój okręg wyborczy, czyli Brighton. Inną strategię przyjęła Natalie, która poświęca swój czas na objeżdżanie całego kraju, często występując publicznie na spotkaniach dwa lub trzy razy w tygodniu.

Wieczorem tego dnia, w którym 2.000 osób wstąpiło do partii, 600 osób pojawiło się na spotkaniu w Exeter, by posłuchać Natalie Bennet. Kolejnej nocy kilkaset osób słuchało jej wystąpienia w Norwich. Przez dwa i pół roku, tydzień po tygodniu, lokalne oddziały donosiły o zaskakująco licznych spotkaniach. Po 200-300 osób pojawiało się tam, gdzie zwykle przyszłoby kilka. Oznacza to, że w całym kraju są tysiące osób, które przyszły na publiczne spotkanie z Natalie Bennett. Znam osoby, które wstąpiły tylko z tego powodu. Warto zadać sobie pytanie: jak wiele spośród nowych członków, którzy ostatecznie zdecydowali się na wstąpienie z powodu jednego lub kilku czynników wymienionych powyżej, było na tych spotkaniach? Albo zostało namówionych przez kogoś, kto był na tych spotkaniach?

Posiadanie krajowej liderki, która nie jest zarazem kluczową kandydatką, dało partii możliwość stworzenia ogólnokrajowej strategii i wyjścia poza kilka bastionów, w których tradycyjnie osiągała sukcesy.

11) Zwrot na lewo

Zieloni zawsze byli po lewej stronie. Ale nie zawsze dobrze umieliśmy się tym chwalić. Zbyt często zdawali się brzmieć jak moralizatorska partia pustelników we włosiennicach, którzy chcą opodatkować wszystkie rozrywki. Oczywiście, zazwyczaj był to po prostu obraz malowany przez naszych przeciwników, ale Zieloni nie potrafili go umiejętnie rozbić.

Równie szkodliwy był utrwalony obraz Zielonych jako partii jednego tematu – środowiska. By go zwalczyć, Zieloni musieli spędzić dużo czasu opowiadając o sobie nową historię. A przez lata nie robili tego, kierując w zamian swój przekaz do grup, które i tak się już z nim zgadzały.

Z Caroline, a później Natalie jako twarzą partii oraz z (lewicującymi i bardzo wpływowymi) Młodymi Zielonymi i grupami takimi jak Zielona Lewica (antykapitalistyczna platforma wewnątrz Partii Zielonych Anglii i Walii – przyp. red. pol.), obraz Zielonych coraz bardziej stawał się konsekwentnie lewicowy. Czasy, kiedy Zieloni mówili o sobie „ani z lewej, ani z prawej, tylko z przodu”, szczęśliwie minęły. Partia stała się mocnym głosem rodzącej się nowej lewicy.

W zeszłym roku partyjna mniejszość, która się z tym nie zgadzała (staroświeccy ekologiczni liberałowie) uformowała grupę przeciwstawiającą się tym zmianom. Jako przeciwwagę dla „arbuzów” Zielonej Lewicy (zielonych na zewnątrz, czerwonych w środku) stworzyli newsletter konferencyjny „kiwi i limonka” (na wskroś zielone). Partia pozostała jednak niewzruszona, i gwałtowny przyrost liczby członków jest za to nagrodą. Na spotkaniach nowych członków i członkiń w całym kraju ludzie jako główny powód wstąpienia do Zielonych podają przeciwstawianie się polityce cięć budżetowych i bycie przez nas jedyną partią, która pozostała na lewicy.

12) Pozostajemy radykalni

Od dawna Zieloni mieli radykalne propozycje polityczne – jak wspieranie Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego – ale czasem wstydzili się mówić o nich zbyt głośno. Natalie Bennett, która ma wspaniałe rozeznanie w złożoności zielonego programu, dużo chętniej podnosi takie propozycje. Po kryzysie finansowym wielu dochodzi do wniosku, że propozycje, które nie są radykalne, po prostu są niewystarczające. A Zielonym dobrze idzie przyciąganie ich do siebie.

13) Opowiadamy historię o naszej partii

Przez lata partia, jak się zdaje, po prostu wypuszczała stanowiska prasowe w odpowiedzi na zewnętrzne wydarzenia, długo po tym jak artykuły o nich zostały napisane. Nie tylko była to bezwartościowa strategia dotarcia do mediów, ale też nie pozwalała na stworzenie wyraźnej narracji o tym, czym jest ta partia. Więc ludzie przyjmowali narracje stworzone przez innych. Od kiedy Natalie przejęła stery, Zieloni dużo lepiej radzą sobie z proaktywnym wychodzeniem do mediów i znacznie rzadziej uciekają od konfliktu i kontrowersji (bo przeciwieństwem bycia kontrowersyjnym jest bycie ignorowanym).

Czy to trafiając na czołówki gazet po ogłoszeniu poparcia dla płacy minimalnej na poziomie £10 za godzinę, czy przeciwstawiając się z otwartą przyłbicą antyimigranckiej retoryce Farage’a, Zieloni są coraz lepsi w budowaniu medialnego obrazu partii po lewej stronie toczącej się wojny kulturowej, partii, która nie boi się rzucić wyzwania establishmentowi.

Artykuł ukazał się na witrynie Open Democracy na licencji CC-BY-NC. Przeł. Artur Wieczorek.

Grupa Socjalistów i Demokratów jest drugą co do wielkości frakcją w Parlamencie Europejskim. Od ich głosów sporo zależy. Jakie będzie ich stanowisko w kluczowych kwestiach związanych z TTIP? (więcej…)

Miasto spotkań, jeden z gospodarzy Euro 2012, Europejska Stolica Kultury w 2016 r. i organizator World Games w 2017 r., czyli Wrocław. Wiele miast patrzy z zazdrością na aktywność dolnośląskiej stolicy na arenie ogólnopolskiej i europejskiej. Zazdrości często towarzyszy niedowierzanie, że miasto zmagające się m.in. z ogromnym zadłużeniem ukrywanym w miejskich spółkach, źle funkcjonującym transportem publicznym, rozpadającymi się kamienicami ulokowanymi już kilkadziesiąt metrów za pięknie wyremontowanym rynkiem, a także ogromnym zanieczyszczeniem powietrza, wydaje bajońskie sumy z miejskiej i państwowej kiesy na prestiżowe i mniej prestiżowe imprezy.

Miano Europejskiej Stolicy Kultury brzmi dumnie i istnieje jeszcze szansa na odpowiednie przeznaczenie środków na wsparcie lokalnych kulturotwórczych inicjatyw i zaangażowanie mieszkańców w celebrowanie wydarzenia. Władze miejskie nie mogą się jednak skupiać tylko na imprezach, nie zauważając obniżającego się poziomu życia mieszkańców wskutek zanieczyszczenia powietrza. Konieczna jest walka z zapadającym na miasto wraz z nadejściem okresu grzewczego smogiem.

Niesławna czołówka

Niska emisja, czyli emisja z lokalnych kotłowni i pieców, w większości z domów indywidualnych i kamienic, oraz transportu samochodowego, jest najważniejszą przyczyną złej jakości powietrza. Główne zanieczyszczenia to benzo[a]piren i pyły zawieszone PM10.

Polska przoduje wśród miast europejskich, jeśli chodzi o zanieczyszczenie powietrza. NIK zaprezentował niedawno badania przeprowadzone przez Europejską Agencję Środowiska, która podaje, że aż 6 polskich miast znajduje się wśród 10 miast w Europie z największą liczbą dni w roku z przekroczonymi dobowymi dopuszczalnymi stężeniami pyłu PM10. Według francuskiego dziennika „Le Monde” aż 3 polskie miasta znajdują się w pierwszej dziesiątce najbardziej zanieczyszczonych przez smog aglomeracji: Kraków, Warszawa i Wrocław. W każdym z tych miast problem wydają się najbardziej zauważać mieszkańcy skupieni wokół alarmów smogowych. Najaktywniej i z dużym powodzeniem działa Krakowski Alarm Smogowy, który przeprowadził szeroko zakrojoną akcję informacyjną o stanie powietrza i wymusił na władzach miejskich przeznaczenie środków budżetowych na walkę ze smogiem.

Z krakowskich doświadczeń czerpie działający od kilku miesięcy Dolnośląski Alarm Smogowy. Swoją działalność prowadzi nie tylko we Wrocławiu, lecz też w innych dolnośląskich miastach, w tym uzdrowiskach. Wokół DAS skupieni są zaniepokojeni stanem powietrza mieszkańcy, przedstawiciele organizacji pozarządowych, nauki, biznesu oraz eksperci energetyczni. Nie brakuje tam także Zielonych.

Skąd ten smog?

Na gruncie wrocławskim głównymi winowajcami zanieczyszczenia powietrza są piece z domów indywidualnych i kamienic. To z nich pochodzi ponad 95% zanieczyszczenia benzo[a]pirenem oraz 70% zanieczyszczenia pyłami zawieszonymi.

Mieszkańcy często palą nie tylko niskiej jakości węglem – w tym „ekogroszkiem”, który być może jest ekonomiczny, lecz w żadnym względzie ekologiczny – a także odpadami, co przekłada się na ogromne zanieczyszczenie powietrza, bezpośrednio wpływające na zdrowie osób, które nim oddychają. Przeciętny wrocławianin czy wrocławianka, oddychając, przyjmuje rocznie tyle szkodliwego benzo[a]pirenu, jakby wypalał tysiąc papierosów. Czyli 3 papierosy dziennie. Niezależnie od tego, czy ma 5, 30 czy 70 lat.

Trujące substancje zabierają mieszkańcom stolicy Dolnego Śląska ok. 28 miesięcy życia. A w międzyczasie są przyczyną wielu niedogodności związanych z przebywaniem na „nieświeżym” powietrzu: ataków astmatycznych, łzawienia oczu, bólów głowy czy chronicznego zmęczenia. A to i tak jeszcze nic w porównaniu z chorobami nowotworowymi, zawałami serca czy udarami mózgu, których jedną z przyczyn są tzw. „kulki”, czyli pyły zawieszone powstające ze spalania węgla, a także drewna, w domowych piecach w niższej niż 100 stopni temperaturze. Takie „kulki” wchłaniamy do organizmu wraz z wdychanym powietrzem. Niektóre z nich wędrują do naszych płuc, a te mniejsze od razu do krwiobiegu, wyrządzając ogromne szkody w całym organizmie.

Wrocławskie smogowe opary dominują na Starym Mieście i w Śródmieściu, gdzie większość budynków stanowią kamienice, niepodłączone do sieci ciepłowniczej, ogrzewane ze względu na najniższe koszty głównie węglem. Nie lepiej jest jednak na obrzeżach lub w skupiskach domków jednorodzinnych. Tam poziom zanieczyszczenia powietrza także często przekracza dopuszczalne przez unijne prawo normy. Według tych norm dopuszczalne roczne przekroczenie stężenia PM10 w powietrzu nie może występować dłużej niż 35 dni w roku. W 2012 r. we Wrocławiu normy te były przekroczone przez około 70 dni. Nie lepiej jest w przypadku zanieczyszczenia benzo[a]pirenem: w 2012 r. roczna norma stężenia została przekroczona o 430%.

Rozwiązania

Są wyniki pomiarów, działa Dolnośląski Alarm Smogowy, nagłaśniający problem zanieczyszczonego powietrza i jego negatywny wpływ na zdrowie i jakość życia mieszkańców. A co na to wrocławianie?

Z badań przeprowadzonych na zlecenie DAS wynika, że nie czują się dobrze poinformowani o problemie i jego przyczynach. Tylko co piąty mieszkaniec ma wiedzę o jakości powietrza we Wrocławiu, przy czym ponad 60% deklaruje, że chciałoby mieć informacje o bieżącym stanie powietrza. Prawie połowa mieszkańców źle ocenia jakość powietrza w mieście, wyraźnie odczuwając jego pogorszenie w okresie jesienno-zimowym, lecz tylko 7% z nich identyfikuje jako przyczynę spalanie węgla w gospodarstwach domowych. Najważniejsze dane pokazują jednak, że osoby, które wiedzą lub zostały poinformowanie o problemie zanieczyszczonego powietrza, są mocno zaniepokojone i deklarują chęć podjęcia działań na rzecz poprawy jakości powietrza. Oczekują także takich działań od władz miejskich.

A na te niestety liczyć nie można. Pomimo apelu DAS o zwiększenie środków w budżecie miejskim na walkę ze smogiem miasto przeznaczyło na ten cel w 2015 r. jedynie 4 mln zł (3,6 mln ze źródeł zewnętrznych, a tylko 400 tys. zł z budżetu miejskiego). Dla porównania Kraków, który od lat prowadzi intensywną walkę ze smogiem, przeznaczył na ten cel w 2015 r. 64 mln zł.

Ratunkiem dla zadymionych dzielnic Wrocławia jest dofinansowanie przez miasto podpięcia kamienic do sieci ciepłowniczej, czego koszt szacowany jest na 65 tys. zł na budynek i znacznie przekracza możliwości wspólnot mieszkaniowych. Lub wspieranie wymiany pieców węglowych na gazowe. Wydatki na poprawę jakości powietrza we Wrocławiu uwzględnione w miejskim budżecie wykluczają możliwość przyłączania budynków do sieci ciepłowniczej. Nakłady nie wystarczą nawet na wymianę ogrzewania na gazowe w ramach programu KAWKA w istniejących 40-50 tysiącach mieszkań ogrzewanych tylko węglem. Jak obliczyli aktywiści DAS, w takim tempie finansowania wymiana pieców węglowych zajmie miastu 150 lat! A nie uwzględniono tu nawet termomodernizacji zabytkowych budynków, koniecznej do zwiększenia efektywności energetycznej i zapobiegającej powrotowi mniej zamożnych mieszkańców do palenia węglem.

Najważniejszym zadaniem, przed jakim stoją aktywiści społeczni skupieni w Dolnośląskim Alarmie Smogowym, jest kampania społeczna uświadamiająca zagrożenia wynikające z oddychania powietrzem pełnym benzo[a]pirenu oraz pyłów zawieszonych. Kolejnym krokiem będzie, wspólnie z poinformowanymi wrocławianami i wrocławiankami, uświadomienie wagi problemu władzom miejskim i wymuszenie na nich podjęcia stosownych działań w celu zapewnienia odpowiedniej jakości powietrza. Działać trzeba szybko, tak aby w 2016 r. Wrocław przestał być Europejską Stolicą Kominów, a faktycznie stał się przyjazną mieszkańcom i turystom Europejską Stolicą Kultury.

Tylko dzięki poważnej debacie o odwróconym wzroście gospodarczym (de-growth) Zieloni będą mogli wypracować przekonującą polityczną narrację, która opisuje nasze marzenia o zrównoważonej przyszłości. (więcej…)

Priorytetem nowego szefa Komisji Europejskiej, Jean-Claude’a Junckera jest projekt specjalnego pakietu inwestycyjnego, mającego rozruszać gospodarkę kontynentu. Jeszcze przed jego ogłoszeniem powstała zielona alternatywa. (więcej…)

„Węgiel jest dobry dla ludzkości, przynosi dobrobyt, jest istotną częścią naszej przyszłości gospodarczej tu, w Australii, i na całym świecie”, przekonuje premier Tony Abbott. Ale reszta świata zmierza w przeciwnym kierunku.

Jesienią 2014 r. USA i Chiny zawarły porozumienie w sprawie zapobiegania zmianom klimatu. Stany Zjednoczone zobowiązały się do obniżenia emisji o 26-28% do 2025 r. (wobec poziomu z 2005 r.), zaś Chiny do osiągnięcia szczytu emisji nie później niż w 2030 r. i podniesienia udziału odnawialnych źródeł energii w systemie energetycznym do 20%.

Więc jak to jest naprawdę? Czy węgiel jest dobry dla ludzkości i kluczowy dla naszej przyszłości, jak twierdzi premier Abbott, czy raczej powinniśmy ograniczyć zużycie i produkcję węgla, idąc w ślady USA i Chin? Bob Burton, współautor książki „Big Coal: Australia’s Dirtiest Habit” i badacz z globalnej organizacji Coal Swarm, optującej za odejściem od węgla, włączył się w debatę o przyszłości węgla w Australii i na świecie.

Australia stawia na węgiel

Premier Abbott nieustająco powtarza, że węgiel jest kluczowy do poprawy standardu życia w Australii i na świecie. Że bez węgla nie ma nowoczesnego stylu życia, nowoczesnej gospodarki ani dobrobytu. Można by pomyśleć, że zużycie węgla w Australii rośnie wraz z rosnącym standardem życia. Jednak Bob Burton wyjaśnia, że tak w rzeczywistości nie jest, a popyt na energię w Australii faktycznie spada.

Około jedna trzecia węgla wydobywanego w Australii jest zużywana w kraju – głównie do produkcji energii. W przeszłości elektrownie były planowane na ciągły przyrost o 2-3% rocznie, jednak w ciągu ostatnich czterech lat zużycie węgla w Australii dramatycznie się zmieniło. Obserwowaliśmy spadek o ok. 6% ze względu na zwiększoną efektywność zużycia prądu (lepsze oświetlenie, bardziej wydajne urządzenia, lepsza izolacja cieplna domów, zwiększone zastosowanie paneli fotowoltaicznych i solarów do podgrzewania wody), restrukturyzację sektora aluminium, wzrost produkcji energii ze źródeł odnawialnych i ogólne zmniejszenie zużycia energii ze względu na cenę węgla.

Jest w tym pewna ironia, że również po części dzięki kampaniom lobby węglowego, straszącym ludzi wzrostem cen energii wskutek wprowadzenia przez poprzedni rząd podatku węglowego, ludzie zmniejszyli zużycie energii lub zainstalowali domowe panele solarne, aby oszczędzić na rachunkach za prąd. Podobne obawy przed wzrostem cen węgla w sektorze produkcji energii spowodowały częściowe odejście od węgla na rzecz energii wiatrowej.

Bardziej znacząca niż krajowe zużycie jest rola Australii jako wielkiego eksportera węgla. Australia eksportuje 375 mln ton węgla rocznie głównie z Doliny Huntera, Nowej Południowej Walii i Queenslandu. Według Burtona ta liczba wzrośnie, jeżeli nie powstrzymamy budowy nowych kopalń. Obecnie planuje się otwarcie wielu nowych kopalń, będących na różnych etapach projektowania i uzyskiwania zgody na inwestycję. Największe i najgroźniejsze z nich są trzy kopalnie planowane w regionie Jeziora Galilee w stanie Queensland. Chodzi o kopalnię Adani Carmichael o potencjalnej produkcji 60 mln ton rocznie, budowaną przez Clive’a Palmera kopalnię China First – 40 mln ton rocznie oraz Alpha Coal Project pani Giny Rinehart – 30 mln ton rocznie. Oznacza to 130 dodatkowych mln ton węgla rocznie, jeżeli te trzy projekty zostaną ukończone.

Tymczasem na świecie…

A co z innymi krajami? Popyt na węgiel spada w USA, większej części Europy i innych gospodarkach świata, ponieważ kopalnie węgla starzeją się i są zamykane. Rozwinięte gospodarki zużywają mniej energii, ponieważ są bardziej wydajne i wzrasta w nich zużycie odnawialnych źródeł energii. Węgla nie ma już niemal w Wielkiej Brytanii, jest sporym, ale zmniejszającym się rynkiem w USA, zaś w krajach takich jak Polska rząd traci pieniądze na próby wsparcia przemysłu węglowego. Jeszcze parę lat temu mało kto wierzył, że energia słoneczna i wiatrowa będą zdolne przetrwać bez znacznych dotacji. Teraz obserwujemy rewolucję energii odnawialnej zmieniającą świat – a w niektórych miejscach już wygrywa. Na przykład w Teksasie energia wiatrowa znacznie wyprzedza opartą na węglu.

Chiny i Indie to dwie wyłaniające się światowe potęgi gospodarcze. Chiny były niegdyś eksporterem węgla, teraz zaś importują ponad 200 mln ton rocznie, z czego znaczną ilość z Australii.

Na globalnym rynku eksportu 1 miliarda ton węgla rocznie, Australia ze swoimi 375 milionami ton jest dużym graczem i ważnym dostawcą Chin. Jednak po ogłoszeniu porozumienia USA-Chiny w sprawie zmian klimatu sytuacja dramatycznie się zmieniła. Od 2013 r. w Chinach narasta presja społeczeństwa na rząd, aby poprawił jakość powietrza. Burton podaje, że około 675.000 ludzi umiera przedwcześnie co roku w Chinach z powodu słabej jakości powietrza. Rząd zaczął zamykać elektrownie węglowe, zakazał budowy nowych elektrowni, redukując zużycie węgla i podnosząc wydajność elektrowni.

Sytuacja zmienia się także szybko w Indiach. Jakość powietrza nie jest tu tak gorącą kwestią jak w Chinach, ale doszło do dużych konfliktów o wodę, ziemię i wycinanie lasów. Również w Indiach energia odnawialna zaczyna nabierać wiatru w żagle, a niedawne badania pokazały, że istnieje duży popyt na czystą energię odnawialną zamiast tradycyjnej węglowej.

Węgiel przeciw ubóstwu?

Ile jest prawdy w zapewnieniach Abbotta (i lobby węglowego), że węgiel jest kluczowy w zwalczaniu ubóstwa na świecie? Tak się składa, że niewiele.

Indie wydobywają swój węgiel bardzo tanio, po mniej niż 30 USD za tonę. Węgiel importowany do Indii z Australii jest ponad dwukrotnie droższy (ponad 60 USD za toną). Tradycyjna węglowa produkcja energii jest też niemożliwa dla wielu gospodarstw aktualnie pozbawionych prądu. W Indiach koszty rozbudowy sieci elektrycznej są tak wysokie, że nigdy nie będzie możliwe zbudowanie tradycyjnych, scentralizowanych sieci jak w Australii. Taniej będzie zasilać odległe wioski i społeczności przez zdecentralizowane mini-sieci słoneczne czy przydomowe panele solarne.

Idea sprzedaży większej ilości węgla aby rozwiązać nierówność energetyczną jest więc nonsensem. Dla krajów, które nie wydobywają własnego węgla, importowanie węgla oznacza wysyłanie pieniądze z już biednego kraju do wielkich firm węglowych w czasach, gdy energia wiatrowa i słoneczna są już tańsze. Promowanie energii węglowej w krajach nieposiadających własnych złóż węgla raczej powiększy ubóstwo, a nie rozwiąże jego problem.

Wyjść poza węgiel

Jak więc wyjść poza węgiel? To się już dzieje. Popyt spada, zamykane są elektrownie węglowe, zastępowane źródłami odnawialnymi. Australijska Organizacja Rynku Elektrycznego ustaliła, że ok. 7.000-8.000 megawatów mocy zainstalowanej w Australii jest nadwyżką względem zapotrzebowania, zatem możliwe jest zredukowanie produkcji energii z węgla w najbliższych latach.

Jednak biorąc pod uwagę przywiązanie Abbotta do węgla i mniej lub bardziej zaawansowane projekty nowych kopalń, Australia może potencjalnie eksportować do 1 miliarda ton węgla rocznie, jeżeli wszystkie projekty budowy zostaną ukończone. To dużo – i zmusza do intensywnych lokalnych i narodowych kampanii za odejściem od węgla, jeżeli Australia ma odegrać rolę w zapobieganiu niekontrolowanym zmianom klimatu.

Nowe kopalnie węglowe są kontrowersyjne. Są drogie, rynki są niepewne i trudno im zabezpieczyć finansowanie. W najbliższym roku przekonamy się, czy budowa nowych kopalń węgla w Australii będzie finansowana przez australijskie bądź międzynarodowe banki. Rewolucja źródeł odnawialnych już trwa, ale jeżeli nowe inwestycje w produkcję węgla w krajach takich jak Australia mogą zablokować energię ze źródeł odnawialnych, zanim zdąży ona ruszyć z miejsca. Jeżeli uda nam się powstrzymać otwieranie nowych kopalń, jest szansa na to, że w ciągu kilku lat pożegnamy się z węglem. Jednak jeżeli kraje takie jak Australia otworzą nowe kopalnie, węgiel będzie wydobywany jeszcze przez dekady. Nigdy jeszcze nie było tak ważne sprzeciwienie się rządowi Tony’ego Abbotta i walka o bezpieczny i znośny klimat dla przyszłych pokoleń.

Artykuł Our future beyond coal ukazał się w piśmie Australijskich Zielonych „Green Magazine” na licencji CC-BY-SA. Przeł. Tomasz Szustek.

Włączenie do TTIP rozdziału dotyczącego energii nie tylko nie zwiększy bezpieczeństwa energetycznego UE, lecz na dodatek spowoduje większe, potencjalnie katastrofalne problemy w przyszłości. (więcej…)