Między zakończonym fiaskiem szczytem w Kopenhadze a niejednoznacznym Paryżem na froncie walki ze zmianami klimatu pojawili się nowi gracze. (więcej…)
Idzie nowe. Kolejny rok będzie rokiem wyzwań w edukacji. (więcej…)
Kiedy piszę ten tekst, południowo-wschodnia Azja ogarnięta jest ogromnym pożarem, który już teraz nazywany jest największą dotychczas katastrofą ekologiczną i ekonomiczną XXI wieku. Przyczyną jest gospodarka człowieka i wypalanie lasów (zwykle nielegalne) pod rolnictwo, przede wszystkim uprawy oleju palmowego – jednego z bardziej powszechnych składników stosowanych w przemyśle spożywczym i kosmetycznym. Choć pożary w tej części świata pojawiały się co roku, jednak zwykle na początku października przychodziły deszcze i gasiły je – w tym roku z powodu anomalii El Nino deszcze przyszły kilka tygodni później i wiele wskazuje na to, że będą słabsze niż zwykle.
Klęska pożarów dotknęła 28 mln mieszkańców Indonezji, Malezji, Tajlandii, Filipin, Borneo i Sumatry, kilkadziesiąt osób zginęło, wiele cierpi z powodu rekordowych zanieczyszczeń powietrza, mieszkańców okolic objętych pożarami lub zadymionych ewakuowano. Jednak pożary dotykają nie tylko ludzi. Orangutan – to słowo w lokalnym języku oznacza „człowiek lasu”, „osoba lasu”. Wystarczy spojrzeć na twarze orangutanów, ich mimikę, sposób życia, relacje między osobnikami, opiekę nad młodymi, aby stwierdzić z całą pewnością, że to nasi najbliżsi krewni – i rzeczywiście tak jest, bliżej na drzewie filogenetycznym są tylko szympansy i goryle. Można powiedzieć, że są prawie ludźmi. Lasy południowo-wschodniej Azji to ich dom. Orangutany od wielu lat należą do najsilniej zagrożonych gatunków, jednak tegoroczny pożar doprowadzi prawdopodobnie do zagłady większości dzikiej populacji. Ludzie lasu nie wrócą już do domu, nawet ci którzy przeżyją – nie mają już dokąd wracać.
Dramat lokalnych społeczności, wymieranie orangutanów i wielu innych gatunków – to ogromny problem, jednak nie wyczerpuje on rozmiaru zniszczeń. Większość płonących lasów to lasy bagienne, mokradła położone na ogromnych złożach torfu. Torf to szczątki roślinne, a więc węgiel magazynowany na tych terenach przez dziesiątki tysięcy lat. Płonące torfowiska oznaczają uwalnianie do atmosfery ogromnych ilości gazów cieplarnianych, nie tylko dwutlenku węgla, ale także metanu Ilości te już teraz znacznie przekraczają roczną emisję dwutlenku węgla krajów rozwiniętych, w tym Niemiec i USA. Efekt cieplarniany zaczyna nabierać charakteru reakcji łańcuchowej – zmiany klimatu generują pożary i susze, które z kolei przyczyniają się do uwalniania jeszcze większych ilości węgla. Zmiany powodowane globalnym ociepleniem będą postępowały więc dużo szybciej, niż dotychczas prognozowano.
Pożary w rejonach tropikalnych to tylko jeden z przykładów na lawinowo postępujące zmiany. Innym mogą być torfowiska Syberii, najrozleglejsze torfowiska świata, skupiające w sobie blisko 40% światowych zasobów torfu, który po spaleniu lub rozłożeniu uwalnia do atmosfery węgiel magazynowany przez setki tysięcy, a nawet miliony lat. Obecnie torfowiska te akumulują węgiel, ograniczając efekt cieplarniany. Niestety, teren ten jest bogaty w złoża ropy naftowej i gazu ziemnego, których eksploatacja nasiliła się w ostatnich latach – a wraz z nią degradacja torfowisk i uwalnianie węgla. Dodatkowo teren ten pokryty jest tzw. wieczną zmarzliną, warstwą trwale zmrożonego gruntu o głębokości od kilkudziesięciu metrów do nawet 1,5 km. W wyniku globalnego wzrostu temperatury, najsilniej odczuwanego w rejonach wokółbiegunowych, wieczna zmarzlina zaczyna stopniowo rozmarzać. Lokalne skutki to walenie się budynków, nieprzejezdność dróg (na Alasce liczba miesięcy w roku, kiedy możliwe jest podróżowanie przez tundrę skróciło się z 7 do 3 miesięcy), uszkodzenia linii kolejowych czy gazociągów budowanych na wiecznej zmarzlinie, obecnej na tych terenach od milionów lat. Do funkcjonowania w tych warunkach przystosowana jest też przyroda, rozmarzanie twardej warstwy zmrożonej ziemi powoduje masowe przewracanie się drzew, ale także wymieranie gatunków, kiedy tundra zamienia się w grzęzawisko lub step. Skutki globalne to stopniowe uwalnianie setek miliardów ton metanu i dwutlenku węgla związanych w wiecznej zmarzlinie, pozostających w niej jeszcze od czasów plejstocenu. Im więcej gazów cieplarnianych, tym cieplej w rejonach podbiegunowych, tym szybsze rozmarzanie wiecznej zmarzliny, tym większe kolejne dawki gazów cieplarnianych…
Ocieplenie klimatu to nie tylko susze, powodzie i tajanie wiecznej zmarzliny. Topnienie górskich lodowców już teraz prowadzi do klęsk suszy w zlewniach zasilanych (szczególnie w porze suchej) wodą płynącą z gór. Woda z lodowców w Himalajach jest warunkiem funkcjonowania rolnictwa w najludniejszych krajach Azji, zasilając w porze suchej takie rzeki jak Jangcy, Huang He, Ganges, Indus, Brahmaputra czy Mekong. Dorzecza tych wielkich rzek dostarczają 25% światowych plonów. A przecież woda jest również podstawą przemysłu czy energetyki, nie wspominając o bezpośrednich potrzebach ludzi. Kraje te już teraz doświadczają ekstremalnych susz, a zużycie wody rośnie. Podobne znaczenie mają lodowce w Andach dla krajów Ameryki Południowej, takich jak Peru, Boliwia czy Ekwador. Zasilają one rzeki dostarczające wody dla milionów ludzi żyjących po zachodniej stronie gór. Wiele lodowców w Andach już zniknęło (choćby lodowiec Chacatlaya, który zniknął ostatecznie w 2009 r.), większość stopi się w ciągu najbliższych 20-30 lat. Karczowanie lasów w Amazonii w połączeniu z globalnymi zmianami klimatu powoduje też ogólne zmniejszenie opadów w regionie (choć zdarzają się też katastrofalne powodzie). Brak wody to również brak energii elektrycznej – połowa produkcji prądu w Peru, Boliwii i Ekwadorze pochodzi z energetyki wodnej.
Nie ma wątpliwości, że zmiany klimatu, wywołane działalnością człowieka, gwałtownie przyspieszają w ostatnich latach, prześcigając dotychczasowe prognozy. Wymieranie gatunków, przystosowanych do ściśle określonych warunków środowiska, jest obecnie 100-1000 razy szybsze niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich milionów lat. Zmiany te będą miały dramatyczne skutki również dla ludzi, co można zauważyć już teraz, kiedy znaczna część Afryki i Azji przestaje się nadawać do zamieszkania na skutek suszy (i spowodowanych nią wojen), a miliony ludzi migrują tam, gdzie mają nadzieję znaleźć lepszy los – również do Europy. Za suszą i głodem wędrują pożary i wojna, wkraczają do naszego wygodnego świata. Czy możemy jeszcze coś zmienić? Zmian klimatu nie można już zatrzymać, trudno powiedzieć, czy można je spowolnić, z pewnością można przestać je przyspieszać – ale to wymaga współpracy na poziomie globalnym, podobnie jak przygotowanie się na solidarne ponoszenie ich kosztów i minimalizowanie strat. Czy taka współpraca jest jeszcze możliwa?
Późnym wieczorem 21. grudnia na komisji sejmowej ds. energii została przegłosowana nowelizacja ustawy o odnawialnych źródłach energii autorstwa PIS, przesuwająca o 6 miesięcy czyli do 1. lipca 2016 roku wejście w życie nowego systemu aukcyjnego dla OZE, ale także systemu wsparcia dla mikro-instalacji poprzez gwarantowane na 15 lat i korzystne co do wysokości taryfy skupu nadwyżek produkowanej energii. Dotyczy to bardzo małych instalacji do 3 kW i 3-10 kW, czyli de fakto tzw. prosumentów – produkujących energię przede wszystkim na własne potrzeby.
O ile można zrozumieć konieczność odroczenia systemu aukcyjnego ze względu na nieprzygotowanie przez poprzedni rząd koniecznych licznych aktów wykonawczych, o tyle niezrozumiałe i społecznie szkodliwe wydaje się odroczenie taryf gwarantowanych dla prosumentów.
Nowelizacja ma być głosowana jeszcze przed końcem roku. Na uwagę zasługuje jej ekspercka analiza przez Instytut Energii Odnawialnych: http://www.ieo.pl/pl/aktualnosci/1060-taryfy-stae-fit-musz-wej-w-ycie-od-nowego-roku-.html
Dodała: Ewa Sufin-Jacquemart
Zespół prawników z Uczelni Łazarskiego otrzymał grant na 72 tys. złotych na opracowanie nowego systemu gromadzenia danych telekomunikacyjnych. Naukowcy chcą zbadać, czy obowiązujące przepisy dotyczące udostępniania danych telekomunikacyjnych są zgodne z prawem Unii Europejskiej. Pod lupę wzięte zostaną mechanizmy kontroli udostępniania przekazów. Zbadane będzie, czy wystarczająco chronią one obywateli i czy nie należy ograniczyć uprawnień do przechwytywania danych telekomunikacyjnych
„Zakres przewidzianej przepisami prawa ingerencji państwa w prawa i wolności obywateli jest jednym z fundamentalnych zagadnień w społeczeństwach demokratycznych. Państwo ingeruje w sposób znaczący w sferę praw i wolności obywateli, w tym prawo do prywatności, w zakresie gromadzenia i przetwarzania danych telekomunikacyjnych przez uprawnione podmioty – ocenia kierownik projektu prof. Maciej Rogalski. – Z drugiej strony, bez pozyskiwania przekazów i danych telekomunikacyjnych w wielu przypadkach nie byłoby możliwe skuteczne zwalczanie i zapobieganie przestępczości.”
Jak informują przedstawiciele Uczelni Łazarskiego, w Polsce liczba pozyskiwanych danych bilingowych jest jedną z największych spośród wszystkich krajów UE. Co więcej, po stwierdzeniu nieważności dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej oraz wyroku polskiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie „bilingów i podsłuchów”, wciąż brakuje w Polsce nowego modelu zbierania i udostępniania danych telekomunikacyjnych.
Dodał: Łukasz Markuszewski, na podstawie PAP
Komisja finansów przyjęła poprawki posłów PiS do ustawy o podatku bankowym, które rozszerza ów podatek także na firmy pożyczkowe, jak Provident. Większość poprawek złożył Wojciech Jasiński, były minister skarbu państwa. Jednocześnie komisja pozytywnie zaopiniowała projekt.
Zgodnie z projektem ustawy o tzw. podatku bankowym stawka podatku w przypadku banków ma wynosić 0,0325 proc. podstawy opodatkowania w skali miesiąca, czyli 0,39 w skali roku. W przypadku firm ubezpieczeniowych pierwotnie ma to być stawka 0,05 proc. miesięcznie, więc 0,6 proc. w skali roku. Podatek ma obowiązywać już od lutego 2016 roku. Projekt, którego pierwsze czytanie odbyło się w Sejmie w ubiegłym tygodniu, złożyli posłowie PiS.
Podobny podatek funkcjonuje m.in. w Szwecji i Wielkiej Brytanii.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Zmiany klimatu są faktem i bez zdecydowanych globalnych działań na rzecz zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych będą następowały coraz szybciej.
Ilość energii zgromadzonej w systemie klimatycznym Ziemi wzrosła zauważalnie. Ocieplenie Ziemi jest bezspornym faktem, a wiele z obserwowanych zmian jest bez precedensu w skali dekad i tysiącleci. Atmosfera i oceany są cieplejsze, jest mniej śniegu i lodu, a poziom mórz wzrósł w wyniku rozszerzenia cieplnego oraz topnienia lodowców i pokrywy lodowej. W każdym z ostatnich trzech dziesięcioleci notowano temperatury przy powierzchni Ziemi, które były najwyższe w historii pomiarów (czyli od połowy XIX w.). Według ustaleń Piątego Raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC, 2013), okres od 1983 r. do 2012 r. był prawdopodobnie najcieplejszym trzydziestoleciem w ciągu ostatnich 1400 lat na półkuli północnej, tj. na obszarze, dla którego dostępne są dane paleoklimatyczne dot. temperatur pozwalające na wyciąganie takich wniosków.
Ostatnie 30 lat, od 1986 r. do 2015 r. z dużym prawdopodobieństwem okaże się jeszcze cieplejsze. Ostatnie zmiany klimatu już teraz wpływają w ogromnym zakresie na ekosystemy, a także na działalność ludzi, zwłaszcza te jej rodzaje, które są bezpośrednio uzależnione od systemów naturalnych (gospodarka wodna, rolnictwo i leśnictwo).
Zmiany klimatu można również traktować jako wyzwanie moralne. Bezpieczna przestrzeń dla życia na Ziemi kurczy się. Stawką jest nie tylko to, co zostawimy następnym pokoleniom w dalekiej przyszłości, ale również, w bardziej bezpośrednim wymiarze, to, co przekażemy naszym własnym dzieciom. Czy sami ograniczymy zmiany klimatu, czy raczej pozostawimy to zadanie, które będzie z czasem stawało się coraz trudniejsze, następnym pokoleniom, zmuszając je w ten sposób do dostosowania się do stale postępujących, bezprecedensowych zmian klimatu i dramatycznego ograniczenia bioróżnorodności? Czy chcemy pogłębić stworzony przez nas problem, czy go rozwiązać?
Obecne ocieplenie klimatu jest spowodowane w przeważającej części działalnością ludzką. Antropogeniczne emisje dwutlenku węgla, metanu i tlenku azotu wzrosły od epoki przedindustrialnej i są obecnie na poziomie nienotowanym wcześniej w historii. Stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze wzrosło wskutek tego do wartości, jakie nie były obserwowane nigdy w ciągu ostatnich 800 000 lat, a więc w okresie, dla którego dysponujemy danymi z badań rdzeni lodowych, będących źródłem wiedzy o klimacie w odległych czasach. Działalność człowieka wywiera skutek ocieplający, wywołany przez gazy cieplarniane, oraz słabszy skutek schładzający wywoływane przez aerozole. Wpływ człowieka na klimat jest bezsprzeczny.
Obserwowane są także zmiany dotyczące ekstremalnych zjawisk pogodowych, a naukowcy łączą niektóre z nich (np. rzadsze występowanie najniższych temperatur, częstsze występowanie najwyższych temperatur, wzrost najwyższego poziomu mórz oraz zwiększona częstotliwość występowania intensywnych opadów) z odpowiedzią systemu klimatycznego na antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych.
W przyszłości rosnące emisje gazów cieplarnianych spowodują dalsze ocieplanie i długotrwałe zmiany we wszystkich elementach systemu klimatycznego, zwiększając prawdopodobieństwo wystąpienia poważnych, wszechobecnych i nieodwracalnych skutków dla ludzi i ekosystemów. Ustabilizowania się temperatur w drugiej połowie obecnego stulecia można spodziewać się tylko w scenariuszu, w którym globalne emisje gazów cieplarnianych osiągają maksimum przed rokiem 2030, a następnie spadają w szybkim tempie. We wszystkich innych scenariuszach zmiany klimatu i ich konsekwencje będą przybierać na sile.
Atmosfera ociepli się bardziej nad kontynentami niż nad oceanami, co będzie szczególnie widoczne w rejonie Arktyki, ze względu na wzajemne wzmacnianie się skutków zmian klimatu. Fale upałów będą występować częściej i trwać dłużej, a ekstremalne opady będą bardziej intensywne i częstsze. Oczekuje się, że wielkość opadów wzrośnie w pobliżu równika, spadnie w strefie subtropikalnej i w basenie Morza Śródziemnego oraz wzrośnie w strefie umiarkowanej i polarnej, co będzie wynikiem zmian w strukturze obiegu atmosferycznego oraz faktu, że w cieplejszej atmosferze znajdzie się więcej miejsca dla pary wodnej. Oceany będą nadal się ocieplać, a średni światowy poziom mórz będzie wzrastał. Spodziewane tempo podnoszenia się poziomu mórz będzie co najmniej dwukrotnie większe w XXI w. (40 cm) niż było w XX w. (20 cm).
Zmiany klimatu pogłębią ryzyko już istniejące i stworzą nowe rodzaje ryzyka, które będą rozłożone nierównomiernie, ale generalnie będą w większym stopniu dotykać mniej uprzywilejowanych osób i społeczności. Wiele aspektów zmian klimatu i ich konsekwencji będzie trwać przez stulecia, a nawet tysiąclecia, i to również w przypadku, gdy antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych ulegną zmniejszeniu. Wynika to z inercji cyklu węglowego (obecnie w wyniku naturalnych procesów wychwytywane jest tylko ok. połowy antropogenicznych emisji CO2) oraz inercji globalnego oceanu, który akumuluje energię i będzie przyczyniać się do podnoszenia się poziomu mórz oraz ocieplania powierzchni Ziemi przez kolejne stulecia.
Przewiduje się, że znaczne ocieplenie i wynikające z niego skutki będą niekorzystne w zagregowanym ujęciu globalnym. Ryzyko wystąpienia dramatycznych, nagłych i nieodwracalnych zmian (takich jak całkowite stopienie się lodu Grenlandii, które samo w sobie może doprowadzić do podniesienia się poziomu mórz o 6-7 m) wzrasta wraz ze wzrostem skali ocieplenia.
Jeśli nie zostanie osiągnięte globalne porozumienie w sprawie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, tempo globalnego ocieplenia wzrośnie, a wraz z nim wzrosną zagrożenia dla bezpieczeństwa ludzi wynikające z wpływu zmian klimatu na zasoby wodne, żywność, obszary przybrzeże i zdrowie ludzi. Zahamowanie ocieplania się Ziemi będzie wymagało znalezienia odpowiednich rozwiązań w sferze polityki, a także w energetyce i przemyśle.
Ludzkość do tej pory wyemitowała już ok 2000 Gt CO2, co znaczy, że może wyemitować jeszcze tylko 1000 Gt CO2 jeśli chcemy, by ocieplenie nie przekroczyło uznawanego za „bezpieczny” poziomu 2°C. Bez dodatkowych, skutecznych działań służących ograniczeniu emisji, wykraczających znacznie poza to, co zrobiono do tej pory, i nawet przy założeniu podjęcia działań adaptacyjnych, do końca obecnego stulecia ocieplenie klimatu spowoduje poważne, powszechne i nieodwracalne skutki.
Czy zatem jest gorzej niż się spodziewaliśmy? Globalne ocieplenie nie jest niespodzianką dla ekspertów i mieści się w granicach wcześniejszych projekcji wynikających z modeli klimatycznych. Tempo podnoszenia się średniego światowego poziomu mórz wzrosło w ciągu ostatnich 20 lat w porównaniu do tempa charakterystycznego dla wieku XX, co było zgodne z oczekiwaniami. Do wzrostu poziomu mórz w coraz większym stopniu przyczyniały się pokrywy lodowe Grenlandii i Antarktydy, ze względu na szybsze tempo topnienia lodu i większe przepływy.
Rok 2014 był w ujęciu globalnym najcieplejszym rokiem w historii wg. danych z różnych pomiarów (gromadzonych od 1880 r.), i to pomimo faktu, że wewnętrzna wymiana energii cieplnej między oceanem i atmosferą nie sprzyjała rekordowym temperaturom, jakie zazwyczaj obserwuje się w latach silnej fazy El-Niño. Z globalnych obserwacji obejmujących pierwsze dziesięć miesięcy roku 2015 (który jest rokiem silnego El-Niño) wynika jasno, że średnie światowe temperatury w tym roku znów pobiją rekord. W ciągu ostatniej dekady ocieplenie było szczególnie wyraźne w regionie arktycznym, gdzie wzrosło tempo kurczenia się pokrywy lodowej morza i odnotowano kilka lat z rekordowo małym obszarem pokrywy lodowej.
Porównując zmiany klimatu z wcześniejszymi projekcjami można stwierdzić, że jak dotąd antropogeniczne zaburzenia związane z emisjami gazów cieplarnianych mieściły się w górnych granicach scenariuszy, na podstawie których szacowano przyszłe zagrożenia. Działo się tak wbrew oczekiwaniom obserwatorów i graczy politycznych, którzy spodziewali się, że do obecnego momentu globalna polityka ograniczania zmian klimatu zacznie już działać, tzn. że wysiłki na rzecz „przykręcenia pokrętła ogrzewania” zaczną przynosić spodziewany skutek. Obecnie projekcje dotyczące zagrożeń związanych z klimatem wyglądają o wiele bardziej dramatycznie niż na początku tego stulecia, kiedy to opracowano koncepcję diagramów czynników ryzyka.
Znaczne ocieplenie z dużym prawdopodobieństwem spowoduje poważne problemy dotyczące unikalnych i zagrożonych systemów, ekstremalnych zjawisk pogodowych, rozłożenia skutków zmian klimatu, zagregowanych skutków globalnych i pojedynczych zjawisk w dużej skali. Obecną tendencję ocieplenia należy zatem uznać za niebezpieczną dla ludzkiej cywilizacji.
Nawet ocieplenie o 2°C powyżej poziomu z ery przedindustrialnej (a taki jest oficjalny cel międzynarodowej polityki klimatycznej) niesie ze sobą niebezpieczeństwa i negatywne skutki związane z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, szybszym podnoszeniem się poziomu mórz i zniszczeniem niektórych unikalnych i zagrożonych systemów.
Jak dotąd skuteczność globalnej polityki klimatycznej była rozczarowaniem: obecnie prawdopodobieństwo, że uda się zatrzymać globalne ocieplenie na poziomie poniżej 2°C, jest niewielkie i cały czas spada. Co roku ponad 10 tysięcy delegatek i delegatów z całego świata przybywa na konferencję stron Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, jednak jak dotąd nie udało im się zainicjować namacalnego i znaczącego ograniczenia globalnych emisji gazów cieplarnianych, których stężenie w atmosferze wzrasta w szybkim tempie. Czy 21. konferencja stron w Paryżu przyniesie wreszcie tak oczekiwany przełom?
Autor – prof. dr hab. inż. Zbigniew W. Kundzewicz jest kierownikiem Zakładu Klimatu i Zasobów Wodnych w Instytucie Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN w Poznaniu oraz członkiem korespondentem PAN. Ponadto współpracuje z Poczdamskim Instytutem Badań nad Konsekwencjami Klimatu (PIK). Czterokrotnie był koordynatorem i autorem prowadzącym dokumentów IPCC.
Pakiet zmian w funkcjonowaniu kolei zaplanowali eksperci PKP. Nosi on nazwę Kolej PL.2020 i został przygotowany przez zespół prowadzony przez Andrzeja Walacha, prezesa PKP z lat 2004-2010, a obecnie członek rady nadzorczej PKP Cargo. Zespół charakteryzuje bardzo negatywny stosunek do rządzących do tej pory koleją urzędników z nadania PO, którzy zwani są pogardliwie „bankomatami”. Propozycje zawarte w pakiecie mają usprawnić działanie kolei polskich, podnieść poziom zaufania społecznego do tej instytucji i jedncześnie zwiększyć dochody spółek w ciągu kilku lat.
Co zakłada pakiet reform? Najważniejsza z proponowanych zmian w stosunki do konsumentów to tzw. bilet na podróż, który ma zastąpić bilet przewoźnika. Nie będzie trzeba już kupować biletów u różnych przewoźników, co komplikuje i utrudnia podróż, ale wystarczy kupić jeden bilet na konkretną podróż, a pieniędzmi z jej tytułu przewoźnicy podzielą się sami.
Poza tym przewoźnicy nie będą musieli płacić za kupno taboru, co było dla nich dotychczas głównym kosztem. Od teraz będą mogli wypożyczać tabor z parku taborowego, który będzie kupował wagony i lokomotywy na swój rachunek. Spółka ma zostać wydzielona z Przewozów Regionalnych. Ma to zwiększyć liczbę zamówień na tabor, ujednolicić standardy oraz je podnieść. Wpłynie to także pozytywnie na finanse spółek kolejowych.
Reformatorzy chcą dodatkowo połączyć PKP PLK (zarządzające torami kolejowymi) z PKP (zarządzającym dworcami) w tzw. nowe PKP, powołać supefundusz kolejowy, który gromadziłby wszystkie państwowe pieniądze na kolej, przywrócić plan powołania co najmniej jednej linii kolei dużych prędkości oraz wykupić spowrotem spółkę PKP Energetyka, sprzedaną we wrześniu tego roku spółce CVC.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Słoweńcy stosunkiem 63 do 37 odrzucili w referendum pomysł, by uznać równość wszystkich małżeństw, bez względu na płeć. Plebiscyt został zwołany przez inicjatywę „Chodzi o dzieci”, która zebrała wniosek o referendum przy wsparciu Kościoła Katolickiego i ugrupowań prawicowych. Pytanie, zawarte w referendum, dotyczyło odrzucenia nowelizacji ustawy, która określała małżeństwo jako „związek dwojga osób”.
Frekwencja wyniosła 35%, czyli była wystarczająca do uznania ważności referendum. Wymagane minimum wynosiło 20%.
Dodał: Łukasz Markuszewski
We wczorajszych wyborach parlamentarnych w Hiszpanii wygrała co prawda centroprawicowa i prooszczędnościowa Partia Ludowa (Partido Popular – PP) premiera Mariano Rayoja, ale w sumie centroprawica i centryści nie zdobyli wystarczającej ilości 176 mandatów by sięgnąć po władzę w ramach koalicji. PP zdobyła 28,7% poparcia i 123 mandaty.
Udało się to za to lewicy i tylko od jej wewnętrznej umiejętności do pogodzenia się zależy powstanie nowego rządu. Drugie miejsce po PP zajęła Socjalistyczna Partia Robotnicza Hiszpanii (PSOE), której liderem jest Pedro Sanchez, aktualnie potencjalny premier. Uzyskała ona 22% i 90 mandatów. Zaraz za nią uplasowała się socjalistyczna partia Podemos, powstała w zeszłym roku ze środowisk ruchu Occupy i rozmaitych działaczy lewicowych. Zdobyła ona 20,6% i przypadło jej 69 mandatów.
Na czwartym miejscu znalazła się liberalna partia Ciudadanos, Alberta Rivery. Ta antynacjonalistyczna, proeuropejska i socjalliberalna partia uzyskała 13,9% poparcia i 40 mandatów w Kortezach. Jest ona postrzegana jako potencjalny koalicjant ludowców.
Trudno jednak będzie centroprawicy zdobyć większość. Partia Ludowa, Ciudadanos oraz mała liberalna katalońska partia Demokracja i Wolność zdobyły w sumie 171 mandatów. PSOE, Podemos i małe partie lewicowe zdobyły 173 mandaty. Pozostałe sześć mandatów należy do Baskijskiej Partii Nacjonalistycznej, która co prawda jest centroprawicowa, ale jednocześnie niezbyt przychylna w skali kraju dążącym do unitarnego charakeru państwa ludowcom. To oznacza, że jest ona raczej widziana jako koalicjant lewicy, co z pewnością będzie starała się wykorzystać.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Książka Bunt białych czepków Julii Kubisy przedstawia historię powstania i działalności Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (OZZPiP). (więcej…)
Dzięki staraniom polskiego rządu w stanowisku negocjacyjnym Unii Europejskiej przygotowanym na Konferencję Klimatyczną w Paryżu (COP21) zamiast słowa dekarbonizacja widnieje neutralność węglowa. Zmiana wydaje się być kosmetyczna, ale tylko pozornie. Warto przyjrzeć się, co tak naprawdę stoi za obydwoma określeniami, aby zrozumieć motywacje polskiego rządu.
W uproszczeniu – dekarbonizacja to redukcja emisji gazów cieplarnianych, w szczególności dwutlenku węgla. Neutralność węglowa to możliwość równoważenia emisji dwutlenku węgla działaniami powodującymi pochłanianie go z atmosfery. Obok technologii składowania i wychwytywania dwutlenku węgla (CCS), która z uwagi na wysokie koszty, energochłonność i zagrożenie dla ludzi oraz środowiska, raczej nie ma szans na szersze zastosowanie, istnieje inna, mniej kosztowna– sadzenie lasów. Pozostaje tylko pytanie: ile dwutlenku węgla jest w stanie wchłonąć las?
Wiadome jest, że rośliny pochłaniają dwutlenek węgla. Lasy w Europie pochłaniają i przechowują około 10% emisji dwutlenku węgla emitowanego przez państwa unijne. Na poziomie globalnym rola lasów dla akumulacji dwutlenku węgla została uwzględniona już w Protokole z Kioto, który w artykule 3 ust. 3 i 4 reguluje działania związane z gospodarką leśną i zalesieniami oraz użytkowaniem ziemi na potrzeby rolnictwa – w skrócie nazywane sektorem LULUCF (land use, land use change and forestry). Na szczeblu unijnym dyskusja o temacie włączenia sektora LULUCF do polityki klimatycznej UE toczy się od lat i jest raczej pewne, że realizacja celu redukcji emisji gazów cieplarnianych do roku 2030 będzie w jakimś stopniu uwzględniała pochłanianie dwutlenku węgla przez lasy.
Polska emituje około 400 milionów ton CO2 rocznie, z czego za prawie połowę odpowiedzialne są sektory objęte systemem handlu emisjami (ETS) – energetyka, przemysł i lotnictwo. Polski rząd kreatywnie poszukuje rozwiązań, które przy wykorzystaniu łatwo dostępnych zasobów naturalnych ochronią rodzimy przemysł. Tylko czy rzeczywiście jesteśmy w stanie osiągnąć neutralność węglową skupiając się wyłącznie na sadzeniu drzew?
Zacznijmy od szacowania ilości pochłoniętego dwutlenku węgla w systemie ETS oraz przez lasy. Emisje z sektora ETS są dość łatwe do policzenia i sprawdzenia. Każdą tonę wyemitowanego CO2 musimy policzyć tylko raz, wtedy gdy jest uwalniania do atmosfery. Obliczenia wielkości pochłoniętego CO2 przez lasy często opiera się na szacowaniu liczby koron drzew przy wykorzystaniu między innymi urządzeń satelitarnych czy radarów lotniczych i naziemnych. Obliczenie wielkości redukcji dwutlenku węgla jest zatem trudne, a także obarczone bardzo dużym marginesem błędu.
Kompensacja lasami w praktyce
Kompensowanie przez lasy mogłoby polegać np. na tym, że elektrownia, która emituje CO2, zamiast kupować uprawnienia do emisji, zwraca się do właściciela lasu i kupuje dwie tony pochłoniętych emisji, za co w zamian może wyemitować jedną tonę. Sprawdźmy to na przykładzie. Elektrownia Bełchatów to największa na świecie elektrownia na węgiel brunatny, emitująca rocznie około 37 milionów ton CO2. Ile zatem należałoby zalesić polskich gruntów by skompensować emisje z Bełchatowa?
W Polsce ponad 75% zalesionej powierzchni kraju stanowią lasy iglaste, a wśród nich lasy sosnowe i modrzewiowe, w których średni wiek drzew to około 60 lat. Naukowcy szacują, że 1 hektar polskiego lasu sosnowego jest w stanie pochłonąć od około 20 do 30 ton CO2 na rok. Oznacza to, że zakładając najbardziej optymistyczny i mocno uproszczony scenariusz, w celu skompensowania rocznych emisji elektrowni Bełchatów należałoby posadzić ponad 1 200 tysięcy hektarów lasu sosnowego, co stanowi prawie 4% powierzchni Polski. Należałoby go także utrzymywać przez kilkadziesiąt lat, gdyż badania wykazują, że najwięcej CO2 wchłaniają drzewostany ponad pięćdziesięcioletnie, a bardzo młode okazy tego samego gatunku emitują go więcej niż pochłaniają. Dla porównania, celem realizowanego od 1995 roku Krajowego Programu Zwiększania Lesistości jest poszerzenie powierzchni lasów w Polsce z 28% do 30% do 2020 i 33% do 2050.
Należy zwrócić także uwagę na nagminne mylenie dwóch cech – zdolności do dodatkowego wychwytywania CO2 z atmosfery i możliwości jego magazynowania. Tymczasem, gdyby wziąć tę kwestię pod uwagę okazuje się, że tak naprawdę ochrona istniejących lasów – szczególnie pierwotnych – powinna być priorytetem. I to nie ze względu na bieżące wychwytywanie CO2, ale ze względu na już zmagazynowane w nich zasoby węgla. Otóż, drzewo rosnąc wbudowuje węgiel w swoje tkanki. Stare, dojrzałe lasy, w których dominują drzewa kilkusetletnie, magazynują olbrzymie ilości węgla. Pochłaniają one także dwutlenek węgla z atmosfery, chociaż stosunkowo wolno. Gdy drzewo zamiera i ulega rozkładowi (co może trwać od kilkudziesięciu do kilkuset lat) węgiel w postaci CO2 znów wraca do atmosfery. Szacuje się, że środkowoeuropejski las trzyma około 150 ton węgla na 1 hektar powierzchni. Dokonując zatem wylesień i degradując lasy uwalniamy dodatkowy zmagazynowany w nich węgiel w ogromnych ilościach. Jeżeli drewno zostanie przeznaczone na opał, wówczas węgiel zostanie uwolniony najszybciej, a najdłużej będzie związany w wyrobach meblarskich.
Należy także zrozumieć źródło podstawowego błędu koncepcji kompensowania emisji przez lasy: nie zauważa ona rozbieżności między krótkoterminową ramą czasową projektowanych polityk i długotrwałością cykli naturalnych. Pomimo że około 60% gazów cieplarnianych emitowanych w wyniku spalania paliw kopalnych przebywa w atmosferze przez „zaledwie” 100 lat, to około 20-35% jest i będzie w niej obecne jeszcze od dwóch aż do dwudziestu tysięcy lat.
Nie należy mieć złudzeń, że sadząc drzewa skompensujemy rosnące emisje CO2 będące wynikiem spalania kopalin i degradacji ekosystemów. Ku niepocieszeniu wielu polityków i przedstawicieli przemysłu – jedynym tak naprawdę skutecznym rozwiązaniem, czy to przy użyciu słowa dekarbonizacja czy neutralność węglowa, jest znaczne zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych pochodzących z paliw kopalnych.