Ministrowie finansów Francji i Niemiec, Michel Sapin i Wolfgan Schauble, chcą utworzenia międzynarodowej „czarnej listy rajów podatkowych”, która ma pomóc w walce z ucieczką podatkową.
Sapin uważa ponadto, że powinno dojść do utworzenia ujednoliconego rejestru tzw. prawdziwych, końcowych beneficjentów fikcyjnych spółek (tj. osób, które naprawdę odnoszą korzyści z działalności takich firm, mimo że oficjalnie nie są ich właścicielami); listy takie powinny też objąć wszelkie osoby prawne będące beneficjentami końcowymi, jak trusty, fundacje, spółki akcyjne itp.
Komunikat resortu głosi, że „Paryż chce, aby na szczeblu Unii Europejskiej przeanalizowana została możliwość wzmocnienia sankcji stosowanych wobec pośredników ułatwiających unikanie płacenia podatków”
Schauble z kolei jest zdania, że nadzór nad polityką walki z unikaniem podatków powinna sprawować OECD, jako najlepiej przystosowana do koordynowania akcji podobnego typu.
Łukasz Markuszewski
Według nowych badań CBOS-u z lutego 74 procent Polaków jest zdania, że zmiany środowiskowe spowodowane ociepleniem klimaty i emisją dwutlenku węgla stanowią bardzo ważny problem.
Wyniki te nie są zaskoczeniem. Badania dotyczące percepcji zmian klimatycznych prowadzone w Polsce od lat pokazują, że Polacy wierzą w zmiany klimatyczne i uważają je za poważny problem.
W roku 2013 badania współprowadzone przez Pracownię Badań Środowiskowych Uniwersytetu Warszawskiego pokazały, że ze stwierdzeniem takim zgadza się około 80% dorosłych Polaków.
Te same badania pokazały również, że odsetek osób, które nie wierzą w zmiany klimatyczne i to, że odpowiedzialny jest za nie człowiek, jest stosunkowo niski – wynosi około 10%.
Wydawałoby się więc, że nowy sondaż nie wnosi nic nowego i potwierdza tylko stabilność postaw Polaków.
W wynikach CBOS-u jest jednak coś jeszcze. Okazuje się, że percepcja zmian klimatycznych zależy również od poglądów politycznych.
Jako najmniej groźne postrzegają zmiany klimatyczne osoby o poglądach prawicowych, jako najbardziej groźne postrzegają je osoby deklarujące się jako lewicowe.
Lewy klimat, prawy klimat?
Badania prowadzone na całym świecie pokazują, że poglądy polityczne rzeczywiście są związane z percepcją zmian klimatycznych.
Pokazuje tak m.in. publikowana niedawno w piśmie „Nature Climate Change” meta-analiza badań związku między ideologią polityczną a postrzeganiem zmian klimatu zespołu Matthew Hornsey’a z australijskiego Uniwersytetu w Queensland.
Co więcej, to właśnie wyznawana ideologia okazała się być lepiej wyjaśniać percepcję zmian klimatycznych niż płeć, wykształcenie czy nawet bezpośrednie doświadczanie ekstremalnych zmian pogodowych.
Badania meta-analityczne są szczególnie ważne, bo pozwalają na podsumowanie stanu wiedzy w danej dziedzinie. Stanowią uśrednienie wyników dziesiątków, a nawet setek badań różnych bardzo zespołów naukowych. Wydawało by się więc, że zgromadzona w nich wiedza powinna być dość uniwersalna.
Zmiany nad Wisłą?
W Polsce związek pomiędzy postawami pro-środowiskowymi, percepcją zmian klimatycznych i ideologią polityczną dotychczas jednak nie funkcjonował.
Analizy ponad 10 sondaży na próbach reprezentatywnych Polaków z lat 1998-2013, które wykonaliśmy razem z dr Janiną Pietrzak z Wydziału Psychologii UW, pokazały, że podział na lewicę i prawicę nie był związany ani z szacowaniem zagrożeń ze strony zmian klimatycznych ani z generalnym poparciem dla postulatów proekologicznych.
Wydawało się raczej, że to raczej politycy próbują wpisać politykę ekologiczną, czy postawy wobec zmian klimatycznych w klasyczny podział polityczny. Dotychczas się to nie udawało.
Badania CBOS-u pokazują jednak, że być może nastąpiła tutaj jednak zmiana. Społeczeństwo polskie ulega coraz głębszym podziałom ideologicznym. Przestają istnieć poglądy, które mogłyby nie być przedmiotem sporu ideologicznego.
Jeżeli chodzi o percepcję zmian klimatycznych, to wydaje się, że jesteśmy dopiero na początku tej drogi.
Nawet wśród zwolenników prawicy zmiany klimatyczne traktuje jako bardzo poważny problem 68% respondentów. To ponad połowa!
W tym ideologicznym zapamiętaniu nie powinniśmy jednak stracić z oczu tego, co dla wszystkich jest najważniejsze – przyszłości, która będzie nasza wspólna.
Zdj. Marsz klimatyczny w Londynie, wrzesień 2014 – Bartłomiej Kozek
Głęboki sprzeciw wobec decyzji ministra środowiska zatwierdzającej plany zwiększenia pozyskania drewna na terenie Puszczy Białowieskiej wyrazili w liście otwartym wystosowanym 8 kwietnia 2016 roku wybitni naukowcy, specjaliści nauk przyrodniczych i leśnych. Zaapelowali jednocześnie do władz Polski o podjęcie działań zmierzających do objęcia ochroną całej Puszczy Białowieskiej.
„Jako przedstawiciele świata nauki, w trosce o dobro polskiej przyrody i wizerunek Polski na arenie międzynarodowej, pragniemy wyrazić nasz głęboki sprzeciw wobec decyzji Ministra Środowiska zatwierdzającej plany zwiększenia pozyskania drewna na terenie Puszczy Białowieskiej oraz działań zawartych w Programie dla Puszczy Białowieskiej opracowanym przez Ministra Środowiska i Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych” – piszą naukowcy.
Sygnatariusze listu podkreślają, że plany zwiększenia pozyskania drewna na terenie Puszczy Białowieskiej w celu ograniczenia gradacji kornika drukarza są ingerencją w naturalne procesy, a obecna gradacja jest jednym z wielu takich zjawisk udokumentowanych w historii Puszczy i nie zagraża ani jej trwałości, ani bioróżnorodności.
„Stanowczo protestujemy przeciwko tezom zawartym w Programie dla Puszczy Białowieskiej oraz wyrażanym publicznie przez Ministra Środowiska opiniom o antropogenicznym pochodzeniu Puszczy Białowieskiej, a także pogorszeniu się stanu ochrony siedlisk i gatunków objętych programem Natura 2000 w wyniku zaniechania zwalczania kornika. Opinie te są niezgodne z wiedzą naukową, podważają unikatowość Puszczy Białowieskiej i jej status obiektu Światowego Dziedzictwa, godząc tym samym w obraz polskiej przyrody i wizerunek Polski na świecie. Podważają ponadto rzetelność naukową oraz zaprzeczają wynikom długoletnich badań prowadzonych w Puszczy Białowieskiej przez polskich i zagranicznych uczonych z wielu ośrodków naukowych” – napisali.
Eksperci zaapelowali do środowiska akademickiego oraz społeczeństwa polskiego i społeczności międzynarodowej o stanowczy sprzeciw wobec planów zwiększenia pozyskania drewna na terenie Puszczy.
„Zwracamy się do Prezydenta i Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej oraz Prezes Rady Ministrów o podjęcie działań zmierzających do objęcia ochroną całej Puszczy Białowieskiej. Posiadanie na terytorium Polski tak cennego dziedzictwa przyrodniczego, jest nie tylko powodem do dumy, ale też nakłada obowiązek dbałości o utrzymanie go w stanie niepogorszonym dla przyszłych pokoleń” – zaznaczyli.
List podpisało 25 wybitnych specjalistów nauk przyrodniczych i leśnych, w większości profesorów – z uniwersytetów: Gdańskiego, Wrocławskiego, Warszawskiego, Jagiellońskiego, Śląskiego, Uniwersytetu w Białymstoku, Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie; Muzeum i Instytutu Zoologii PAN w Warszawie, Instytutu Badawczego Leśnictwa, Zakładu Lasów Naturalnych w Białowieży, Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży, Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie i Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie. Jak poinformował dyrektor Instytut Biologii Ssaków PAN w Białowieży dr hab. Rafał Kowalczyk list zostanie przekazany do Kancelarii Prezydenta, Prezesa Rady Ministrów, Sejmu i Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.
Lista instytucji naukowych i naukowców, którzy stanęli w obronie Puszczy Białowieskiej i zdecydowanie sprzeciwiają się planom Ministerstwa Środowiska jest imponująca i coraz dłuższa
– zauważa prof. Piotr Skubała z Uniwersytetu Śląskiego, sygnatariusz listu.
Osoba kontaktowa: Prof. Piotr Skubała
tel. 785 975 594; e-mail: Piotr.Skubala@us.edu.pl
źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

Roberto Rizzato/Flickr/Creative Commons
Mimo że świat zaczyna odchodzić od paliw kopalnych, wyemitowane do tej pory gazy cieplarniane nie przestaną potęgować zmian klimatu.
Naukowcy ostrzegają, że zbliżamy się do momentu, w którym zmian klimatu nie powstrzyma ograniczenie emisji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych.
W raporcie Światowej Organizacji Meteorologicznej (ang. World Meteorological Organisation, WMO) „State of the Climate”, opublikowanym w czasopiśmie Nature GeoScience, czytamy, że w obecnych czasach ludzkość emituje CO2 do atmosfery 10 razy szybciej niż miało to miejsce na skutek naturalnych procesów kiedykolwiek w ciągu ostatnich 66 milionów lat – czyli nawet przed wyginięciem dinozaurów.
Zdaniem głównego autora raportu, prof. Richarda Zeebe z Uniwersytetu Hawajskiego, przez wiele lat emitowaliśmy tak niespotykane ilości dwutlenku węgla, że nie ma już odwrotu. Tempo zachodzących zmian klimatu i zakwaszania oceanów jest dla wielu gatunków zbyt szybkie i nie nadążają one z adaptacją. Masowe wyginięcia gatunków są wiec nieuchronne.
– Prawdopodobieństwo ograniczenia wzrostu globalnej temperatury do 2 a nawet 1,5 st. C jest nikłe i wciąż się zmniejsza. Wszyscy odczujemy skutki ocieplenia klimatu – ostrzega sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon. Szef WMO, Petteri Talaas dodaje, że obecne tempo zmian klimatu na skutek emisji gazów cieplarnianych znacznie przekracza dotychczasowe notowania.
Tymczasem, dopiero co Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) ogłosiła, że od dwóch lat globalne emisje CO2 związane z energetyką pozostają na tym samym poziomie. Wiadomość ta spotkała się z ogólnym entuzjazmem, a szef MAE podkreślał, że jest to kolejna zachęta do kontynuowania walki ze zmianami klimatu.
Równocześnie, zwolennicy gospodarki niskoemisyjnej cieszą się, że świat powoli odchodzi od paliw kopalnych, a co za tym idzie, ogranicza emisje pochodzące z ich spalania. Jako dobre znaki wskazują choćby sukces negocjacji klimatycznych w Paryżu, spadające ceny instalacji wykorzystujących odnawialne źródła energii, czy kurczący się rynek węgla – „najbrudniejszego” ze wszystkich paliw kopalnych.
Niestety, raport WMO rzuca cień na ten optymizm. Zdaniem autorów, świat może starać się ograniczać przyszłe emisje gazów cieplarnianych, żeby zapobiec zmianom klimatu na poziomie niebezpiecznym dla człowieka. Niemniej jednak, emisje, które trafiły już do biosfery utrzymają się w niej przez długi czas – możliwe, że wystarczająco długo, aby spowodować nieodwracalne zmiany w naszym środowisku, bez względu na to, jakie działania podejmiemy.
Dowody przedstawione przez WMO sugerują wyraźnie, że jest to nieuniknione. Co na to wskazuje?
-
2015 rok był najgorętszym rokiem w historii, a spowodowały to zmiany klimatu i silne El Niño.
-
Doświadczyliśmy katastrofalnych w skutkach fal upałów, a poziom wód w oceanach przekroczył dotychczasowe rekordy.
-
W Libii jednego dnia spadło więcej deszczu niż normalnie przez 11 miesięcy, a w Maroku godzinna ulewa miała skutki odpowiadające 13-miesięcznym opadom.
Możemy spowolnić, a nawet zatrzymać emisje gazów cieplarnianych w przyszłości. Musimy jednak żyć z konsekwencjami emisji, które już się dokonały – a z danych przedstawionych przez WMO wynika, że nie będzie to ani łatwe, ani przyjemne.
Więcej informacji o raporcie „State of the Climate” można znaleźć pod linkiem: http://public.wmo.int/en/media/press-release/state-of-climate-record-heat-and-weather-extremes
Tłumaczenie: ChronmyKlimat.pl
Na podstawie: Climate News Network
źródło: ChronmyKlimat.pl
Zapraszamy do wzięcia udziału w wydarzeniu upamiętniającym 30 rocznicę wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu, które odbędzie się 26 kwietnia w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Wydarzenie ma miejsce w ramach Tygodnia Akcji dla Świata bez Czarnobyla i Fukushimy.

termin| 26 kwietnia, wtorek
miejsce | ECS, pl. Solidarności 1, Gdańsk
wstęp | wolny + REZERWACJA MIEJSC na projekcję filmu
godzina | 17.00
| OTWARCIE WYSTAWY / ogród zimowy
Ekspozycja dokumentuje pobyt byłego premiera Japonii Naoto Kana w Polsce w 2014 roku oraz działania polskich aktywistów ekologicznych na Pomorzu. Wystawa będzie dostępna dla zwiedzających tylko 26 kwietnia.
| DLA PRZYSZŁOŚCI W 30 ROCZNICĘ, konferencja / audytorium
– Jan Haverkamp – Greenpeace
– Dariusz Szwed – Zielony Instytut
– Volodymyr Strizhak – likwidator skutków wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu
– Aleksander Kłosiewicz / Marek Krukowski z Fundacji Wolność i Pokój
– Małgorzata Tarasiewicz – Network of East-West Women, dawniej: Amnesty International, WiP
– Ewa Dryjańska – działaczka ekologiczna
– Andrzej Sławiński – Muses.tv
| FUKUSHIMA: A NUCLEAR STORY, Włochy 2015, reż. Matteo Gagliardi, 85 min / audytorium
rezerwacja miejsc — formularz na stronie www ECS
Film pokazuje skalę i prawdziwy wymiar tragedii, jaka miała miejsce 11 marca 2011 roku w Japonii. Kraj doświadczył największego od 140 lat kataklizmu. Wielka fala tsunami wdarła się na ląd, niszcząc wszystko na swojej drodze. Uszkodziła elektrownię atomową Fukushima, powodując katastrofę naturalną. Podążamy śladami Pio d’Emilia, włoskiego reportera telewizji Italian Sky News, który od 30 lat mieszka w Japonii, a w dniu trzęsienia ziemi był w Tokio. W ECS odbędzie się polska premiera filmu.
Obecność na premierze zapowiedzieli: Volodymyr Strizhak zajmujący się likwidacją skutków wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu oraz Pio d’Emilia, dziennikarz, współtwórca filmu.
Rejestracja na stronie:
Platforma Obywatelska miała swoją „Polskę 2030”. Prawo i Sprawiedliwość wybrało „Plan na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. (więcej…)
Według sondażu przeprowadzonego przez Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS), większość Polaków sprzeciwia się zarówno liberałom jak i skrajnym konserwatystom i optuje za tzw. kompromisem aborcyjnym.
Za dopuszczeniem przerwania ciąży w sytuacji zagrożenia życia matki opowiedziało się 80% Polaków, a w sytuacji zagrożenia jej zdrowia – 71%. Prawie trzy czwarte obywateli Polski uważa, że ciąża powstała w wyniku gwałtu również powinna być dopuszczalna. Nieco ponad połowa zgadza się z opinią, że ciążę powinno się przerwać gdy płód jest uszkodzony.
Trzy czwarte Polaków sprzeciwia się dopuszczeniu aborcji z powodów materialnych, osobistych lub niechęci do posiadania dziecka. Opinie skrajne, to znaczy dopuszczające aborcję na życzenie w każdym momencie rozwoju płodu oraz sprzeciwiające się aborcji należały jednak do rzadkości – popierało je odpowiednio 8% i 6%.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Klub parlamentarny prawicowej, liberalno-narodowej Partii Radykalnej Ołeha Laszki złożyła wniosek o powołanie komisji śledczej mającej wyjaśnić udział prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenki, w aferze związanej z praniem pieniędzy i ucieczką z podatkami za granicę. Dokumenty w tej sprawie opublikowały liczne media, a wyciekły one z panamskiej kancelarii prawnej Mossack Fonseca, która zajmowała się umożliwianiem politykom, biznesmanom, sportowcom i ich znajomym oraz rodzinom działalność poza oficjalnym sektorem finansowym.
Aby usunąć prezydenta Ukrainy z urzędu konieczne będzie poparcie takiej rezolucji przez trzy czwarte posłów Werchownej Rady, czyli 338 spośród 450 deputowanych. Aktualnie proprezydencka koalicja rządząca Bloku Petra Poroszenki i Frontu Ludowego kontroluje 217 mandatów, lecz za rządem Arsenija Jaceniuka głosowało aż 341 posłów.
Wśród nazwisk klientów kancelarii widnieją m.in. nazwiska prezeski Narodowego Banku Ukrainy Wałerii Hontariewej, ojca premiera Davida Camerona, osób z otoczenia Władimira Putina, premiera Islandii, prezydenta Syrii, byłych prezydentów Libii i Egiptu, króla Arabii Saudyjskiej czy Pawła Piskorskiego, byłego prezydenta Warszawy, polityka PO i obecnie lidera Stronnictwa Demokratycznego. W sumie na liście znajdują się nazwiska szesnastu byłych i obecnych szefów i głów państw.
Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości, zapytany o aferę, odpowiedział, że sprawa będzie analizowana i nie wykluczył zmian w prawie, mających uniemożliwić w przyszłości powstanie podobnych sytuacji.
Dodał: Łukasz Markuszewski
W Instytucie Chemii Przemysłowej opracowano materiał, który dodany do opakowań, działa bakteriobójczo i bakteriostatycznie, czyli uniemożliwia namnażanie się drobnoustrojów.
Materiał wykorzystuje nanocząsteczki srebra i miedzi, które przylegają do opakowania, ale nie mieszają się z żywnością. Dzięki temu można bez szkody dla produktu transportować go wiele kilometrów, na przykład na inny kontytnent. Bakteriobójczą folią są już zainteresowane liczne firmy produkujące opakowania do żywności i samą żywność.
Nanocząsteczki miedzi i srebra wykorzystuje się już na świecie, na przykład w konserwacji dzieł sztuki. Spryskuje się nimi obrazy, by zatrzymać procesy gnilne i rozwój grzybów. Po raz pierwszy jednak opracowano technologię, którą można używać w produkcji i konserwacji żywności.
Instytut Chemii Przemysłowej został założony przez Ignacego Mościckiego we Lwowie w 1922 r. Od 1926 r. jego siedziba znajduje się w Warszawie. Jego obecną dyrektorką jest dr hab. inż. Regina Jeziórska.
Dodał: Łukasz Markuszewski
ISDS – mechanizm rozwiązywania sporów między inwestorami a państwami – coraz częściej uznawany jest za ogromne zagrożenie dla publicznych zasobów wodnych. Szczególnie mocno widać to w kwestiach związanych z pomysłami na ich rekomunalizację, która ma być odpowiedzią na katastrofalne skutki ich prywatyzacji.
Zapisy typu ISDS zawarte są w szeregu dwustronnych traktatów inwestycyjnych, używanych przez międzynarodowe korporacje do zgłaszania ogromnych roszczeń, skierowanych do instytucji publicznych skarżonych za rezygnację z ich usług. Już samo ryzyko zaskarżenia przed nieprzejrzyście działającym, sprzyjającym interesom korporacyjnym trybunałem międzynarodowym starczy, by władze lokalne zdecydowały się – pomimo kiepskich warunków świadczenia usług – pozostać przy prywatnym świadczeniodawcy.
Wraz z kolejnymi traktatami, takimi jak TTIP (umowa między USA i UE) czy TPP (Partnerstwo Transpacyficzne) praktyka ISDS jest coraz silniej promowana. Wraz z nią coraz silniejsza staje się władza prywatnych firm. Dla samorządów oznacza ona ograniczenie kontroli nad kluczowymi usługami publicznymi.
Rekomunalizacja – globalny trend
Powrót usług wodociągowych do sektora komunalnego (podobnie jak i innych ważnych usług) to trend, którego znaczenie nie sposób przecenić – wskazuje bowiem na fakt, że niegdysiejsze decyzje o ich sprywatyzowaniu możliwe są do odwrócenia. W ciągu ostatnich 15 lat – do marca tego roku – przeszło 235 miast i społeczności lokalnych w 37 krajach odzyskało kontrolę nad swoimi zasobami wodnymi. Liczba ta cały czas rośnie.
Powody tego kroku na całym świecie są podobne – chodzi o pogarszanie się jakości świadczonych usług, brak inwestycji, spory wokół kosztów operacyjnych oraz wzrostu cen, rosnące rachunki, kłopoty przy monitorowaniu prywatnych operatorów oraz brak przejrzystości finansowej.
Niemal wszystkie przypadki zdarzyły się w momencie, gdy nowo wybrane władze lokalne podjęły śmiałą decyzję o cofnięciu prywatyzacji. W niektórych wypadkach mieszkanki i mieszkańcy odwołali się do narzędzi demokracji bezpośredniej, na przykład referendum, by ich głos został usłyszany przez samorząd.
Kiedy usługodawcy nie spełniają oczekiwań, decydenci mogą zdecydować się na rezygnację z kontraktu, biorąc pod uwagę pragmatyczne kwestie, związane z chęcią jak najlepszego i najbardziej efektywnego kosztowo odpowiadania na potrzeby lokalnej społeczności. Zdolność do dostosowywania działań władz lokalnych do nowych informacji o jakości dostarczanych usług albo do zmieniających się nastrojów lokalnej społeczności jest fundamentem demokracji.
Korporacyjna odpowiedź
Wiele spośród samorządów, które zdecydowało się na anulowanie tego typu umów spotkała się z surowymi konsekwencjami.
Chlebem powszednim są opłaty za wypowiedzenie kontraktów czy odszkodowania dla prywatnych koncernów. Korporacje ponadnarodowe w tego typu sytuacjach są z reguły dobrze chronione w krajowych prawach handlowych i mogą liczyć na odszkodowania za utracone korzyści, na które liczyły do momentu terminowego zakończenia kontraktu.
By podać przykład – umowa prywatyzacyjna w Dżakarcie zakłada, że w wypadku właściwie każdego typu wypowiedzenia umowy przez czy to władze lokalne, czy to prywatną firmę (z bankructwem włącznie) samorząd będzie musiał zapłacić sporej wielkości odszkodowanie korporacji.
Innym dającym do myślenia przykładem jest Castres – miasto w południowej Francji, które zdecydowało się zrezygnować z kontraktu z firmą Suez w roku 2004 po siedmioletnim boju, zainicjowanym przez małą grupkę zdeterminowanych obywatelek i obywateli. W roku 1997 rozpoczęli batalię sądową, która skończyła się orzeczeniem sądu administracyjnego w Tuluzie. Stwierdził on, że oferowana przez Suez cena wody była za wysoka. Sama umowa została uznana za nielegalną – były burmistrz podpisał ją bez konsultacji z radą miasta, które były wymagane przez prawo.
Korporacja, dotknięta jednostronnym anulowaniem umowy, również postanowiła skorzystać z drogi sądowej. W roku 2003 domagała się zwrotu kosztów poniesionych przez siebie inwestycji (66 milionów euro) oraz doznanych w wyniku zerwania kontraktu szkód (58,8 miliona euro). Sądowy wyrok nakazał miastu wypłacenie 30 milionów euro, które Suez otrzymał jako odszkodowanie za swoje wydatki inwestycyjne.
Samorządy mogą doczekać się jeszcze gorszych warunków odstępowania od umów, kiedy ochrona inwestorów zostanie wzmocniona kolejnymi umowami międzynarodowymi. Prywatne korporacje będą mogły z niej korzystać w celu zmaksymalizowania korzyści, na jakie mogą liczyć przy okazji anulowania kontraktu.
ISDS – rosnące zagrożenie dla publicznej kontroli nad wodą
W latach 90. XX wieku Argentyna w ramach realizacji neoliberalnej polityki ówczesnego rządu sprywatyzowała większość swoich usług publicznych. Weszła również w 50 umów inwestycyjnych, w których mechanizmy ochrony korporacji odgrywały istotną rolę. Podpisano wówczas 18 koncesji, spośród których 9 anulowano w latach 1997-2008.
Wysokość stawek, jakość świadczonych usług czy inwestycji stały się głównymi osiami sporu pomiędzy firmami a instytucjami publicznymi. Argentyna jest najczęściej zaskarżanym przed ICSID – Międzynarodowym Centrum Rozstrzygania Sporów Inwestycyjnych – państwem na świecie. Wiemy o co najmniej 55 takich przypadkach, możliwych dzięki zapisom w podpisanych przez siebie międzynarodowych traktatach.
Dwie trzecie z tych skarg związanych jest z działaniami zaradczymi, podjętymi przez kraj w trakcie kryzysu ekonomicznego lat 2001-2002. W roku 2002 tamtejszy rząd zdecydował o odejściu od powiązania lokalnej waluty – peso – z dolarem amerykańskim. Zdecydował się na jej dewaluację, mającą wesprzeć gospodarkę. Argentyna zdecydowała się na ogłoszenie niewypłacalności swego długu i zamroziła stawki usług publicznych – tak, by pozostały one dostępne dla obywatelek i obywateli.
Prowincja Buenos Aires zawarła w roku 1999 30-letnią umowę z firmą Azurix, filią amerykańskiego koncernu Enron. Władze szybko znalazły się w ogniu krytyki z powodu rosnących stawek taryfowych, złej jakości wody oraz opóźnień w inwestycjach infrastrukturalnych. W trakcie negocjacji Azurix zerwał umowę bez trzymania się wcześniej podjętych zobowiązań, jako pretekst podając bankructwo swej firmy-matki.
Firma nie zrezygnowała jednak ze złożenia skargi na rząd Argentyny i prowincji Buenos Aires przed ICSID. Twierdziła ona, że władze celowo przekładały zgodę na podwyżkę opłat za wodę, łamiąc umowę handlową z USA. Centrum orzekło w roku 2006, iż argentyński rząd powinien zapłacić firmie Azurix 165 milionów dolarów wraz z odsetkami, a także pokryć koszty postępowania.
Co więcej – państwo może zostać zaskarżone nawet z powodu niezgody na podwyżki cen usługi publicznej, na długo przed rozważeniem koncepcji rekomunalizacji. Estońskie przedsiębiorstwo Tallinna Vesi wraz z właścicielem – United Utilities Tallinn – zaskarżyły tamtejszy rząd w październiku roku 2014, wykorzystując do tego jedną z zawartych przez niego umów inwestycyjnych. Jako że United Utilities to brytyjska firma zarejestrowana w Holandii, wykorzystała do tego traktat między Estonią a Holandią.
Zarzut? Twierdzi ona, że Estonia złamała zasadę uczciwego, równego traktowania, odmawiając Tallinna Vesi możliwości podwyższenia opłat za wodę na bazie przyjętego w roku 2010 ustawodawstwa. Daje ono tamtejszemu urzędowi ochrony konkurencji możliwość ograniczenia zysków firm do poziomów, uznanych przezeń za „rozsądne”. Przedsiębiorstwa domagają się przeszło 90 milionów euro odszkodowania, które pokryć ma straty w stosunku do planowanych do roku 2020 zysków.
Nowe umowy handlowo-inwestycyjne
Klauzule ochrony inwestorów, zawarte w TTIP, TPP czy CETA (umowie UE-Kanada) znacząco zwiększyłyby zakres stosowania mechanizmu ISDS.
Aktywistki i aktywiści walczący z nadmierną ochroną inwestorów oraz ich praw uznają regułę “uczciwego i równego traktowania” za najbardziej potencjalnie niebezpieczną dla podatników i regulatorów. Zasada ta jest jedną z najczęściej stosowanych w kończących się sukcesem dla koncernów sprawach. Ochrona „uzasadnionych oczekiwań” inwestorów skutkuje ich „prawem” do stabilnego otoczenia regulacyjnego, utrudniając rządom zmianę prawodawstwa – nawet w zmieniających się okolicznościach czy pod wpływem zmiany władzy.
Znaczący wzrost mobilizacji przeciwko negocjowanym obecnie traktatom handlowo-inwestycyjnym spowodowany jest lękiem przed tym, że jeszcze bardziej wzmocnią one ochronę ponadnarodowych inwestorów i obejmą nią jeszcze większe niż do tej pory połacie ziemi.
Profesor Séralini ponownie udowadnia, że proces oceny GMO w UE jest wadliwy.
Profesor Gilles-Eric Séralini jest w świecie naukowym postacią kontrowersyjną. Niektórzy z jego kolegów krytykują jego poczucie dramatyzmu, to, że nie ujawnia swoich odkryć przed ich publikacją, a przede wszystkim gwałtowne ataki skierowane przeciwko małemu światkowi naukowców zaangażowanych w oficjalne badania naukowe nad organizmami modyfikowanymi genetycznie (GMO).
W ostatnich latach jego praca była wielokrotnie lekceważona, jako „śmieciowa nauka” (junk science). Niemniej jednak jego artykuł o wpływie GMO na szczury, opublikowany przez jedno z czasopism naukowych, a następnie wycofany, został zamieszczony ponownie. Co więcej Séralini wygrał wszystkie procesy o zniesławienie, w jakie był zaangażowany od czasu publikacji tej pracy, a jeden z jego przeciwników został nawet oskarżony o fałszerstwo i szkalowanie. Jest również prawdą, że skierowany przeciwko niemu krytycyzm, można w równym stopniu odnieść do badań nad GMO przeprowadzonych przez przemysł biotechnologiczny. Za wyjątkiem tego, że Séralini, tak jak to powinni czynić wszyscy dobrzy naukowcy, zawsze publikuje wszystkie dane źródłowe użyte w badaniach, umożliwiając ich recenzję przez innych naukowców, podczas gdy przemysł ukrywa swoje, uzasadniając to „tajemnicą handlową”.
26 stycznia 2016 roku profesor Séralini opublikował nowy artykuł dotyczący przypadku niemieckiego hodowcy bydła mlecznego, Gottfrieda Glöcknera, który w 1997 zdecydował się na uprawę pierwszej rośliny GMO autoryzowanej w Unii Europejskiej: kukurydzy BT 176 firmy Novartis. Rolnik ten znany był z wysokiej jakości stada mlecznego i produkowanego mleka, jak również wysokiej wydajności, był zdobywcą wielu prestiżowych nagród. Od 1997 roku Glöckner stopniowo zwiększał ilość kukurydzy GMO w paszy dla swoich 70 krów, aż do osiągnięcia 40% zawartość całości dawki żywieniowej. W ciągu pięciu lat trwania tego eksperymentu liczba chorób i zgonów zwierząt wzrosła w zawrotnym tempie, wystąpiły również zdumiewające międzypokoleniowe problemy z gruczołami mlecznymi krów. Żaden z sześciu weterynarzy biorących udział w eksperymencie nie wykrył żadnych wirusów ani bakterii, które mogłyby wyjaśnić przyczyny tych anomalii. Pomimo to Glöcker przegrał sprawę sądową, którą wytoczył przemysłowi, ponieważ lokalny organ weterynaryjny uznał, że wszystkie te zjawiska były spowodowane jego „słabymi umiejętnościami rolniczymi”, co było całkowicie sprzeczne z wieloma zdobytymi przez niego nagrodami. Na szczęście Glöcker prowadził zapis wszystkich danych dotyczących porcji paszy, jakości mleka, badań krwi i moczu oraz ogólnego stanu zdrowia krów.
Trudno obecnie odtworzyć bezpośrednie powiązanie pomiędzy szkodami wyrządzonymi zwierzętom Glöcknera a paszami GMO, zwłaszcza, że kukurydza BT176 została wycofana z rynku UE w 2002 roku. Niemniej jednak istnieje uzasadnione podejrzenie, że choroby zwierząt były konsekwencją stosowania tej paszy, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że przeprowadzone przez firmę Novartis i oficjalnie zaakceptowane testy, na podstawie których ta odmiana kukurydzy otrzymała autoryzację, zostały, jak ujawnił Séralini, przeprowadzone na zaledwie czterech krowach, trwały cztery tygodnie, i jedna z krów zmarła.
Jakkolwiek nauka nigdy nie jest w stanie udowodnić czegokolwiek z całkowitą pewnością, studium to bez cienia wątpliwości udowodniło jedną rzecz – oficjalna ocena ryzyka, która od tamtego czasu prawie się nie zmieniła, jest niewystarczająca i profesor Séralini nie jest jedynym naukowcem, który zwraca na to uwagę.
Jaka jest więc reakcja władz europejskich? Prawie żadna. Zamiast sfinansowania przejrzystej i niezależnej oceny ryzyka, 425 milionów euro, co stanowi 67% wszystkich funduszy europejskich przeznaczonych na badania w sektorze rolnictwa i żywności zostało – smutne ale prawdziwe – przekazane na zastosowanie biotechnologii, ale nie na ocenę jej bezpieczeństwa. Była to jedna z głównych konkluzji studium „Research for Transition” , opublikowanego w zeszłym roku przez grupę Greens/EFA. Zaledwie 20 milionów euro wydaje się na ocenę związanego z tą technologią ryzyka.
Dwa lata temu (po publikacji poprzedniej pracy Séraliniego) Unia Europejska wprowadziła obowiązkowe trzymiesięczne testy na szczurach. Lecz finansowany przez UE projekt GMO Risk Assessment and Communication of Evidence (GRACE), pośród oskarżeń, że dwie trzecie zaangażowanych weń naukowców ma powiązania z przemysłem GMO, stwierdził, że nie były one “użyteczne”. Jak widać, Komisja Europejska nie poprosiła ich o ujawnienie tych związków. Jakby nie było, istnieją dowody na haniebny wpływ przemysłu biotechnologicznego na GRACE, poddające w wątpliwość neutralność i bezstronność tego pierwszego, finansowanego ze środków publicznych długoterminowego badania. Na przykład okazuje się, że podczas testów niewygodne oznaki wskazujące na uszkodzenia nerek, wątroby i trzustki, były ignorowane.
Aktualne, finansowane przez Unię Europejską badania zagrożeń związanych z GMO stanowią obrazę dla obywateli Europy z dwóch powodów: Są oni nie tylko zmuszeni ponosić ekologiczne i zdrowotne koszty technologii, która nie przechodzi odpowiedniej oceny bezpieczeństwa, lecz również prosi się ich o finansowanie z własnych podatków projektów badawczych kierowanych przez przemysł.
Jeśli pasze GMO są nieszkodliwe, dlaczego firmy biotechnologiczne odmawiają przeprowadzenia długoterminowych testów? I jeśli badania bezpieczeństwa GMO realizowane przez przemysł, które zatwierdza EFSA, są bez zarzutu, dlaczego nie opublikować danych źródłowych, aby umożliwić przynajmniej ich zrecenzowanie przez środowisko naukowe? Czyż nie jest to jedyny sposób, by można je uznać za „solidną wiedzę naukową”? A przede wszystkim dlaczego pozwala się przedsiębiorstwom na ocenianie ich własnych produktów, wziąwszy pod uwagę, że dobre wyniki, nie wykazujące żadnych wad i umożliwiające sprzedaż, leżą niewątpliwie w ich komercyjnym interesie? A kiedy niezależny naukowiec publikuje artykuł sugerujący, że toksyna Bt wytwarzana przez modyfikowaną genetycznie kukurydzę Bt może sprawić, że gruczoły mleczne dosłownie eksplodują, dlaczego Komisja Europejska, „strażniczka traktatu” i zasady ostrożności, nie czuje się bardziej zobligowana do zbadania tej sprawy? Może ważniejsze są naciski płynące skądinąd?
Podobnie jak w godnym ubolewania przypadku substancji powodujących zaburzenia endokrynologiczne , Grupa Greens/EFA w Parlamencie Europejskim chciałaby przypomnieć instytucjom Unii Europejskiej, że ochrona zdrowia obywateli UE oraz dobrostanu środowiska naturalnego i zwierząt są fundamentalnymi zasadami Unii. Apelujemy zatem do Komisji Europejskiej o działanie na rzecz dobra publicznego, zamiast ulegania wpływom korporacyjnego bogactwa i władzy. Proces oceny GMO (podobnie jak proces wydawania decyzji o autoryzacji) w UE musi być zrewidowany i wzmocniony. Obiecał to nawet sam przewodniczący Juncker w swoim przemówieniu podczas posiedzenia plenarnego Komisji Europejskiej.
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
źródło: greens-efa.eu
Ku końcowi mają się prace dwóch zespołów powołanych przez ministra infrastruktury, Andrzeja Adamczyka. Mają one ustalić, czy sprzedaż PKP Energetyka funduszowi CVC Capital Partners była zgodna z polskim prawem. O ile nie ma jeszcze oficjalnych stanowisk, o tyle w ministerstwie nie mówi się już o nacjonalizacji tej spółki, tylko o „konstruktywnych rozmowach z inwestorem i wspólnym poszukiwaniem wyjścia” (cytat za money.pl).
Przeciw sprzedaży Energetyki ostro w poprzedniej kadencji protestowały PiS i SLD. Odpowiedzialny za prywatyzację minister Paweł Olszewski z PO twierdzi, że odbyła się ona zgodnie z zapisami ustawy o PKP, która obowiązuje od kilkunastu lat, a której to ustawy obydwa ugrupowania w trakcie swoich rządów nie zmieniały.
Sprzedażą nowego nabytku CVC nie jest jednak zainteresowane, a jedyną możliwą opcją jej powrotu do skarbu państwa jest kupno akcji spółki na giełdzie za kilka lat, jeśli ta się tam pojawi.
Dodał: Łukasz Markuszewski