V Kongres Zielonych

Zielone wyzwania na rok 2013

Bartłomiej Kozek
1 lutego 2013

Wydaje się, że Zieloni doszli do siebie po wyborczej porażce roku 2011. Zajęło im to sporo czasu, kiedy to Polska żyła sporami wokół podniesienia wieku emerytalnego, aferą Amber Gold i korupcyjnymi taśmami. Polityczni oponenci przygotowują się już do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Czy Zieloni nadrobią ten czas?

Czas – start!

Odpowiedź być może padnie na marcowym kongresie partii. Niezależnie od tego, jak wyglądać będzie nowe kierownictwo partii, mierzyć się ono będzie z nie lada wyzwaniami. Nawet jeśli poparcie dla Platformy Obywatelskiej będzie spadać po tym, jak dzięki głosom jej konserwatywnej frakcji wszystkie projekty uregulowania kwestii związków partnerskich trafiły do kosza, a sytuacja gospodarcza daleka będzie od obrazu „zielonej wyspy” – rozczarowani wyborcy PO nie muszą kierować się w stronę pozaparlamentarnej opozycji. Część z nich może zasilić szeregi osób niezdecydowanych, część bez entuzjazmu przepłynąć do Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ruch Palikota, cofając poparcie dla Wandy Nowickiej na stanowisku wicemarszałkini Sejmu, strzelił sobie w oczach części wielkomiejskiego, liberalnego światopoglądowo elektoratu w stopę i na dłuższą lub krótszą chwilę może utracić zdolność jego przyciągania.

Chwila może być krótsza, jeśli do gry – na co Palikot bardzo liczy – wróci Aleksander Kwaśniewski. Jego powrót w ostatnim czasie stał się dużo bardziej faktem medialnym niż politycznym. Poszczególne redakcje przerzucają się poszlakami, mającymi wskazywać na to, że bądź to o jego powrocie nie ma mowy, bądź też staje się coraz bardziej pewny. A to „Wprost” postawi zarzuty czerpania pieniędzy od dyktatorów, a to „Rzeczpospolita” opublikuje sondaż, z którego wynika, że zjednoczona lewica pod jego wodzą zdobędzie 25% i na serio będzie walczyła o władzę z PO i PiS. Gdy byłego prezydenta nie ma w grze – SLD z poparciem 16% wyraźnie dominuje nad RP, który z wynikiem 3% ląduje pod wyborczym progiem. Jak z satysfakcją odnotowuje Sojusz, zlecone przez niego badanie wskazuje, że nawet w wypadku powrotu byłego prezydenta to SLD, a nie „Lista Kwaśniewskiego” jest liderem na lewo od PO, wygrywając stosunkiem głosów 14 do 10%.

Rzecz jasna w ciągu półtora roku do wyborów do Parlamentu Europejskiego zmienić się może sporo. Nie oznacza to jednak, że można czekać z założonymi rękami na rozwój wypadków. Wręcz przeciwnie, niezależnie od obranego scenariusza wyborczego polityczna aktywność jest koniecznym warunkiem podmiotowej obecności na scenie politycznej. Warunkiem znacznie bardziej istotnym niż obecność w sondażach ulicznych na poziomie sięgającym w porywach 0,4%. Czy do tej pory aktywność ta była dostateczna? Jakie wyzwania stoją przed Zielonymi w najbliższym czasie?

Dwa filary

Przekaz Zielonych od czasu wyborów w 2011 r. opiera się na haśle łączenia bezpieczeństwa ekologicznego z socjalnym. Zważywszy na polityczne okoliczności – rządowy program rozwoju energetyki jądrowej czy eksploatacji gazu łupkowego, wydłużanie wieku emerytalnego, zamykanie szkół i cięcia wydatków społecznych przez coraz bardziej zadłużone samorządy – pozostaje ono dobrym kierunkiem.

Największy problem, jak się zdaje, tkwi w jego praktycznej realizacji. Konflikty ekologiczne, a ściślej mówiąc boje o przyszły kształt polskiej energetyki, przeniosły się z poziomu centralnego do lokalnych społeczności, często znajdujących się z dala od większych ośrodków miejskich i tym samym miejsc funkcjonowania struktur partii. Po początkowym poszerzeniu pola dyskusji po katastrofie w Fukushimie energetyka ponownie stała się w mediach głównego nurtu „tematem eksperckim”, nie zaś kwestią politycznego wyboru. Dla niewielkiej partii pozaparlamentarnej – nawet dobrze przygotowanej do merytorycznej dyskusji – taka sytuacja w żaden sposób nie jest komfortowa.

Kwestie społeczne, mimo wysiłków zarówno samej partii, jak i zielonych ośrodków intelektualnych, nie przebiły się zbyt mocno w partyjnym przekazie. Z perspektywy zewnętrznego obserwatora może to dziwić. Nie ma co się łudzić, że w sytuacji, gdy wedle badań Eurobarometru sytuacja ekonomiczna w Unii Europejskiej niepokoi 54% pytanych w UE, a zmiany klimatu – jedynie 3%, formacji o ograniczonych zasobach ludzkich i finansowych uda się skierować dyskusje na kwestie ekologiczne. Jeśli sztuka ta nie udaje się silniejszym i bardziej społecznie zakorzenionym formacjom ekopolitycznym w Europie Zachodniej, mało prawdopodobne, by miało to udać się nad Wisłą.

Na dodatek jeśli kwestie takie jak praca czy ochrona zdrowia trwale zajmują najwyższe pozycje wśród priorytetów wyborczyń i wyborców, byłoby lekkomyślnością graniczącą z paternalizmem udowadniać im, że problemy te bledną wobec spraw Zielonym bliskich i niewątpliwie niepokojących, takich jak zmiany klimatu czy utrata bioróżnorodności. Bez wytworzenia wokół siebie nimbu kompetencji w kwestiach takich jak bezrobocie czy edukacja (nimb ten rzecz jasna powinien mieć wyraźnie zielony odcień ideowy) o wejściu na Wiejską można dziś zapomnieć. No chyba że jest się w stanie podczepić pod silne, społeczne emocje à la ruch anty-ACTA. Tyle że wymaga to po pierwsze szczęścia, a więc pojawienia się stosownego tematu przed wyborami, a po drugie pieniędzy na systematyczne objazdy po całej Polsce.

Ekologia – mniej globalnego, więcej lokalnego

Większa uwaga poświęcana sprawom społecznym w żadnym wypadku nie oznacza zapominania o ekologii. Wręcz przeciwnie: kwestie związane z ochroną środowiska i – szerzej – trwałym rozwojem pozostają bardzo ważne. Na poziomie ogólnokrajowym nieustająco gorąco jest wokół kolei: zamykania kolejnych kilometrów linii, kasowania połączeń i demontażu Przewozów Regionalnych poprzez tworzenie przez bogatsze województwa własnych linii, co podkopuje finansowe podstawy działania PR w mniej zamożnych regionach. Jeszcze więcej dzieje się na poziomie lokalnym – widać to chociażby po podwyżkach cen biletów komunikacji miejskiej w wielu polskich miastach czy w rzadkim obecnie przypadku namacalnej katastrofy ekologicznej – smogu w Krakowie.

Sęk w tym, że nie zawsze w tak oczywistych jak się zdaje kwestiach głos Zielonych jest słyszalny. Tymczasem bez regularnego monitorowania kwestii miejskich i wydawania własnego, niezależnego głosu nie ma co łudzić się, że wyborczynie i wyborczy przypomną sobie o tym, że istnieje taka partia, dla której liczy się środowisko, po czym odruchowo na nią zagłosują. Sytuacja jest dokładnie odwrotna. Czasem nawet intensywna działalność to za mało, by uzyskać społeczny mandat, ale brak działalności bardzo łatwo przekłada się na przekonanie o dysonansie między deklarowanymi ideałami a praktyką działania (a właściwie jego braku).

Nie jest na szczęście tak, że działalności lokalnej Zieloni nie prowadzą w ogóle. Aktywność koła warszawskiego, w tym samym czasie zajmującego się walką z podwyżką cen biletów komunikacji miejskiej za pomocą inicjatywy uchwałodawczej, kwestionujących wycinkę drzew w Ogrodzie Krasińskich i organizujących debaty na ważne – tak lokalne, jak i ogólnopolskie tematy (od brutalnego traktowania kupców w przejściach podziemnych aż po aborcję) – budzi szacunek. Niestety, poza Warszawą sytuacja nie zawsze wygląda tak różowo.

Działalności lokalnej tymczasem nie da się animować odgórnie. Musi być efektem oddolnego fermentu, odpowiadać na lokalne problemy i wiązać się z dialogiem z ruchami społecznymi. Z poziomu mitycznej „centrali” można promować dzielenie się dobrymi praktykami, jak chociażby wypracowywanymi przez ośrodki regionalne dokumentami czy pomysłami na działania, ale nie czarujmy się – bez lokalnych liderek i liderów nie ma mowy o tym, by dało się rozwijać partię. Parcie na szkło, chęć powiedzenia o swoich poglądach, wypracowanie narzędzi komunikacji z mediami, obecność w sieci, wydawanie własnych stanowisk – te wszystkie elementy muszą być w działalności oddolnej realizowane. Ograniczanie jej do profili na portalach społecznościowych jest prostą drogą do samomarginalizacji.

Idee – tak, wypaczenia – nie

Problem z konsekwentnym komunikowaniem zielonego przekazu wiąże się również z tym, że wymaga on od czołowych liderek i liderów partii pełnego przekonania dotyczącego wiarygodności i możliwości jego realizacji. O ile w wypadku kwestii ekologicznych sprawa wydaje się w miarę jasna i wszyscy już dzielnie przekonują co do ekonomicznej nieracjonalności inwestycji w energię jądrową czy tego, że uprawy roślin modyfikowanych genetycznie nie są w rozwoju polskiego rolnictwa do niczego potrzebne, o tyle już takiego silnego, konsekwentnego głosu w sprawie prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej czy studiów wyższych (postulatów obecnych w programie partii) brakuje. Być może wynika to z lęku przed etykietką lewicowości, a wręcz „lewackości”, jaką w Polsce automatycznie takim postulatom się przypisuje, albo też z obawy, że postulaty zwiększenia nakładów mogą wiązać się chociażby z wyższymi podatkami dla najbogatszych albo podatkami ekologicznymi.

Tu pojawia się kolejny problem z politycznym przekazem, a mianowicie skomplikowany i nieoczywisty w polskim kontekście język, jaki proponuje zielona myśl polityczna. Dla niektórych problem ten powinno się rozwiązać „chowaniem” co bardziej kontrowersyjnych tematów – przy czym pod termin „kontrowersyjne” wrzuca się niemal wszystko – od eutanazji po politykę społeczną. Problem tymczasem nie tkwi w tym, że zielona wizja społeczeństwa miałaby być niekompatybilna z oczekiwaniami i poglądami Polek i Polaków, ale z tym, że długa droga dzieli zapisane w programie hasła i deklaracje od wyborczego przekazu. Nie chodzi o to, by cokolwiek ukrywać, ale by umieć wpisać się w już istniejące opowieści i narracje o rzeczywistości.

To sprawa trudna praktycznie dla wszystkich. Jak tu bowiem, wiedząc, jak działa system zabezpieczeń społecznych, mówić o tym, że obniżanie składek do ZUS bez zapewnienia alternatywnych źródeł finansowania np. systemu emerytalnego grozi zawaleniem się tegoż systemu? W jaki sposób w ciągu kilkunastu, góra kilkudziesięciu sekund odpowiedzieć na stwierdzenie potencjalnego wyborcy, że energetyka odnawialna jest za droga, albo wyjaśnić, dlaczego protestuje się przeciwko GMO? Albo co powiedzieć, gdy usłyszy się, że ktoś ceni poglądy ekologiczne, ale uważa aborcję za „zabijanie nienarodzonych dzieci”? W jaki sposób komunikować się z ludźmi aspirującymi do klasy średniej i odpowiadać na ich aspiracje, kiedy np. nie kocha się samochodów? To poszukiwanie odpowiedzi na tego typu pytania i umiejętność profilowania przekazu pod kątem różnych grup społecznych i umiejętność odpowiadania powinno mieć w najbliższym czasie priorytet przy tworzeniu politycznych strategii, nie zaś myślenie o tym, co należy skrzętnie skryć przed opinią publiczną.

Pokażcie się!

Jako że na Zielonych zjadłem zęby, doskonale wiem, że w ich szeregach nie brak inteligentnych, zaangażowanych i mających sporą wiedzę i polityczne doświadczenie osób. Tym bardziej dziwi, że tak wiele ich pracy pozostaje w ukryciu. Dziś aktywne pisanie artykułów, blogowych postów, stanowisk, statusów na Facebooku i na Twitterze jest niezbędnym (choć, jak wspomniałem, zdecydowanie niejedynym) elementem politycznego życia. Kto tego nie robi, skazuje się na niebyt. Zmienia się otoczenie medialne i bezpośredni dostęp do polityczki/polityka odgrywać będzie coraz ważniejszą rolę. Nie oznacza to jednak, że będzie można zupełnie lekceważyć tradycyjną „czwartą władzę” – nie wolno tylko poddawać się, gdy lekce sobie waży ten czy inny wysyłany do niej komunikat. Lepiej wydać stanowisko, którym można będzie pochwalić się z perspektywy czasu, niż machnąć na to ręką, a potem mieć problem z odpowiedzią na pytanie, co robiło się ze sprawą X czy Y.

Być może wspomniane przed chwilą kwestie na pierwszy rzut oka wydają się poruszać na dużym stopniu ogólności, jednak moim zdaniem to od nich tak naprawdę – a nie od takich czy innych zwrotów politycznych czy programowych – zależy sukces zielonego projektu politycznego w Polsce. O tym, że słabości organizacyjne stanowią barierę jego rozwoju, media pisały jeszcze w czasach batalii o Dolinę Rospudy – nie jest to zatem żadna tajemnica, chyba że poliszynela. Próbowano radzić z tym sobie na różne sposoby – a to przytulając do siebie znane nazwiska (Magdalena Środa startująca w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku), a to podczepiając się pod silniejsze podmioty polityczne. Strategie te – może poza umiarkowanym sukcesem wyborów samorządowych w r. 2010 – pokazały już swą słabość i udowodniły, że w rozwoju partii nie ma drogi na skróty. Znane twarze trzeba przede wszystkim wykreować, a nie uzależniać swą działalność od nadziei na polityczne transfery.

Polska bardzo potrzebuje zielonej polityki. Zielonych miejsc pracy jako remedium dla rosnącego bezrobocia. Sprawnego systemu kolejowego, łączącego mniejsze ośrodki ze światem w przyjazny dla środowiska sposób. Systemu podatkowego i opieki społecznej, które zmniejszać będą biedę i rozwarstwienie społeczne, a tym samym – generować popyt na dobra i usługi małych i średnich przedsiębiorstw. Sprawnych usług publicznych, podnoszących jakość życia. Ambitnej polityki unijnej, w której Polska nie będzie hamulcowym – jak w przypadku walki ze zmianami klimatu, ani też nie będzie stać z boku, tak jak przy okazji wprowadzania podatku od transakcji finansowych. Większej swobody wyborów i podążania za aspiracjami – od większej dostępności tanich mieszkań komunalnych na wynajem aż po związki partnerskie. Więcej wspólnoty, realizującej się w inny sposób niż poprzez wszędobylskie kamery, surowe prawo i uroczystości „ku czci”. Polska potrzebuje oddechu. Na pytanie, czy Polska potrzebuje Zielonych, muszą odpowiedzieć sobie sami.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

3 thoughts on “Zielone wyzwania na rok 2013

  • 1 lutego 2013 at 11:11
    Permalink

    Dzięki Bartku za twój „manifest”. Właściwie ze wszystkim się zgadzam, poza tym, że nie mamy mówić o zmianach klimatycznych, utracie bioróżnorodności i wyczerpywaniu się zasobów, czyli o „świecie na rozdrożu”. Jak sam piszesz tematy pojawiają się i zyskują posłuch wskutek aktualności medialnych. Nie zapominajmy o UNFCCC COP 19 w Warszawie w grudniu 2013 roku. Jestem pewna, że wydźwięk medialny tej konferencji, biorąc pod uwagę jej wyjątkową stawkę (porozumienie wiążące post-Kioto w 2015 r, od którego zależy szansa na utrzymanie wzrostu temperatur w granicach +2 stopni do końca wieku, a to jest uważane za granicę „prawie pewnego” przystosowania się ludzkości do zmian klimatu) będzie bez porównania większy niż COP 14 w Poznaniu, gdzie stawka była bez porównania mniejsza, a Polska miała za sobą jeszcze tak wielu „veto” wobec europejskiej polityki klimatycznej. Naszym OBOWIĄZKIEM jest o tym mówić przy każdej okazji! Wiem, że świadomość jest dziś niska, ale będzie rosła bardzo szybko gdy media będą o tym mówić, oraz w miarę nasilania się negatywnych objawów zmian klimatu i trudności z tym związanych. Również będzie się to zmieniać w miarę realizowanych projektów przez trzeci sektor w nowej perspektywie budżetowej, a to (zrównoważony rozwój, efektywność energetyczna, niska emisyjność gospodarki i transportu…) są priorytety i na to będą środki, więc wszyscy będą to robić, o czym się przekonacie już wkrótce. A my, jeżeli teraz schowamy głowę w piasek, wtedy nie będziemy wiarygodni i nie będziemy mogli powiedzieć jak przy aborcji czy związkach partnerskich „przecież zawsze to mówiliśmy”. Dzisiejszy świat jest w tak wielkim niebezpieczeństwie, że gra nie może się toczyć tylko w kategoriach taktyk wyborczych na dwa najbliższe lata. Chyba, że polityka nie jest dobrym narzędziem do zmiany rzeczywistości na „lepszą” (w tym wypadku chodzi przecież TYLKO o ratowanie ludzkości i innych organizmów żywych przed zagładą a przynajmniej przed wielkimi katastrofami, masowym wymieraniem i wojnami – nie za tysiące lat, tylko za waszego życia i za życia waszych dzieci! świat bez ropy będzie waszym światem!). Być może aby zmienić rzeczywistość (=uratować świat) trzeba budować ruchy społeczne i przestać głosować na polityków, jak już to robi połowa obywateli, bo politycy nie są w stanie myśleć w kategoriach długofalowych – dla nich liczą się tylko najbliższe wybory. A może powinniśmy jak Avaaz robić petycje elektroniczne. Oni mają już 17 milionów wspierających ich osób na całym świecie. To chyba daje do myślenia, nie wam? Proponuję zorganizować debatę z Marcinem Popkiewiczem, promując, obok naszej książki „Gra o Europę” jego książkę „Świat na rozdrożu”, która powinna być naszym wielkim manifestem, inspiracją i narzędziem komunikacyjnym.

    Reply
  • 1 lutego 2013 at 13:59
    Permalink

    Super analiza.
    Ja tak w wąskim temacie rolnictwa i żywności. Co do GMO – to jasne, że konsumenci raczej są przeciwko. Co do sektora rolniczego to niestety już tak różowo nie jest. Producenci omotani PR-em światowych koncernaów ma mieszane zdanie. Z wielu stron słychać, że bez GMO ich produkcja nie będzie konkurencyjna. To ważna sprawa.
    GMO niesie wiele zagrożeń, jednym z nich jest niska jakość produktów. I razem z GMO w tym aspekcie można mówić generalnie o chemizacji rolnictwa, nadmiernym użyciem antybiotyków, nadmierną produkcją cukru i syropu glukozowo-fruktozowego, utwardzaniem tłuszczy, fast-foodami i wysokoprzetworzoną żywnością sprzedawaną w supermarketach.
    Wspieranie żywności ekologicznej, produktów regionalnych, fair trade, lokalnej sprzedaży, sprzedaży bezpośredniej, lokalnych specjałów, przetwórstwa w gospodarstwie, ale także gotowania w domu, użycia produktów niskoprzetworzonych, jakości potraw w stołówkach czy nawet chwalenie jadania w restauracjach to jest wyzwanie.
    I wilk (konsument) syty i owca (rolnik, producent) cała.

    Reply
  • 2 lutego 2013 at 11:35
    Permalink

    Ewo, nie napisałem, żeby o wyzwaniach cywilizacyjnych nie mówić. Chodzi o to, że są różne narzędzia mówienia o nich. Jeśli coś wydaje się na teraz zbyt abstrakcyjne – warto wykorzystywać współpracę np. z organizacjami pozarządowymi do poszerzania świadomości. Można odwoływać się do ekologii na poziomie lokalnym i wykorzystywać fakt, że będąc bardziej „namacalna” można wykorzystać ją do przemycania przekazu bardziej ogólnego. „Zielone Wiadomości” na przykład nie mają żadnego problemu z poruszaniem różnorodnej tematyki i „poszerzania pola walki”, ale specyfika medium i partii politycznej różni się od siebie. Należy pamiętać o jednym – przy ograniczonych zasobach ludzkich, finansowych i jakichkolwiek innych ważne jest zdecydowanie, o czym się mówi, i pilnowanie tego przekazu.

    Co do zmian klimatu jeszcze – nie zgodzę się z tym że Poznań był mniej ważny niż teraz Warszawa. Po pierwsze – klimat społeczny był znacznie bardziej korzystny. Kryzys dopiero mgliście rysował się na horyzoncie, gazety miały znacznie lepiej rozbudowane działy ekologiczne, za rogiem była Kopenhaga, przy której nadzieje na globalny konsensus ws. ograniczania emisji gazów cieplarnianych były ogromne. Nawet to nie spowodowało jakiegoś ekologicznego przebudzenia społecznego – a pamiętam ówczesne nastroje, bo intensywnie wtedy działałem, i były one znacznie bardziej przychylne dla ekologii niż dziś. Nikt np. wtedy jeszcze nie protestował przeciwko unijnej polityce klimatycznej.

    Można to zignorować i uznać, że to co się mówi jest ważniejsze od innych tematów – ale można spróbować tak podzielić się zadaniami i narzędziami, że jednocześnie odpowiada się na tematy ważne dla ludzi tu i teraz i stara się ich informować o innych kwestiach.

    Tak zresztą mówili w dyskusjach z Polakami węgierscy Zieloni – w kampanii wyborczej mówili nie o niedźwiedziach polarnych, ale o energetyce i wzmacnianiu lokalnych gospodarek, cały czas mając zmiany klimatu w tyle głowy, ale nie na przedzie wyborczych sztandarów, kiedy ludzi interesował kryzys gospodarczy i korupcja. Mnie nikt do istotności wyzwania klimatycznego przekonywać nie musi – ale polityczny przekaz to już nieco inna kwestia. Patrząc się na dotychczasową działalność Zielonych na pewno nie można im zarzucić, by nie mieli się interesować tematem.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *