Zielone miejsca pracy – pomysł na przyszłość Europy

Łukasz Moll
16 lipca 2012

Czy kryzys oznacza odłożenie na później marzeń o stworzeniu w Europie milionów zielonych miejsc pracy? A może jest wręcz przeciwnie? Może nie tylko nie jest za późno na zielony wzrost, ale jest on jedyną prawdziwą alternatywą dla społecznie nieakceptowanej i nieskutecznej polityki oszczędności? Nad tymi pytaniami zastanawiali się uczestnicy i uczestniczki debaty o zielonych miejscach pracy zorganizowanej przy okazji rady Europejskiej Partii Zielonych w Kopenhadze.

Wybór Hollande’a jest dla nas szansą

Wstęp do debaty wygłosiła współprzewodnicząca frakcji Zielonych w Parlamencie Europejskim Rebecca Harms. Mówiła, że wielkim osiągnięciem Zielonych jest wprowadzenie do politycznego mainstreamu tematu zielonych miejsc pracy, który niegdyś uchodził za fantazję ekologów. „Nasze postulaty są już zrozumiałe, zarówno w Unii Europejskiej, jak i w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nawet Strategia Lizbońska dla Unii Europejskiej częściowo zawierała zapisy zgodne z naszą wizją. Niestety, kiedy przychodzi do pertraktowania nad wiążącymi aktami prawnymi, podejmowane zobowiązania są wciąż mało ambitne, mało odważne. Nawet cel poprawy efektywności energetycznej o 20%, który UE założyła do 2020 r., który dawał szansę na dynamiczny wzrost zielonych miejsc pracy, nie zostanie osiągnięty – jak wskazują analizy – jeśli szybko nie naprawimy sytuacji”.

Dla zielonych miejsc pracy byłoby korzystne, gdyby prawicowe rządy zostały odsunięte od władzy w kolejnych państwach członkowskich. „Po tym, jak kanclerz Merkel przegrała francuskie wybory prezydenckie z François Hollande’m” – ironizowała Harms – „wydaje się, że w debacie publicznej zaczynają być brane poważnie inne koncepcje wyjścia z kryzysu niż polityka oszczędności. Pomysł Hollande’a – zrównoważenie polityki oszczędności ze stymulowaniem wzrostu – stanowi dla nas szansę, ale musimy być ostrożni, żebyśmy znowu nie wyprodukowali kolejnej bańki spekulacyjnej. Musimy dopilnować, żeby inwestycje pomogły osiągnąć «zielony wzrost», żeby stworzyły zielone miejsca pracy”.

Jeden kryzys, cztery recepty

Swoje spojrzenie na potencjał zielonych miejsc pracy w Europie zaprezentowała prof. Diana Mangalagiu z Oxford University, autorka studium sporządzonego na zlecenie niemieckiego ministra środowiska z CDU. Badaczka wyszła od diagnozy, wedle której „mamy do czynienia z wielowymiarowym kryzysem w Europie. Składa się na niego: wysokie bezrobocie, zduszone inwestycje, niepewne perspektywy wzrostu. Wpadamy w pułapkę, w której niskie zaufanie prowadzi do niskich inwestycji, przez co notujemy niski wzrost”.

Wobec kryzysu strefy euro istnieje coraz bardziej realne ryzyko, że różnice w rozwoju między nowymi a starymi państwami członkowskimi, które teraz jeszcze się pogłębiają, rozsadzą zjednoczoną Europę od środka. Dlatego proponuje ona zmianę w wyborze priorytetów, jakiego dokonują dziś politycy: „Jak działaliśmy do tej pory? Głowę zawracał nam przede wszystkim wzrost gospodarczy. Zakładaliśmy, że jego negatywnymi skutkami zajmiemy się później. Natomiast środowisko było traktowane tak, jak gdyby było za darmo. Dzisiaj, kiedy dyskutujemy o kryzysie finansowym i zadłużeniowym, ciągle zapominamy o czynniku energetycznym. A przecież powinniśmy mieć na uwadze, że w przeszłości po wielkich kryzysach, kiedy przychodziło ożywienie gospodarcze, ceny surowców rosły tylko nieznacznie (ok. 10%). Tym razem jest inaczej, wzrosły o 63% od 2008 r.”.

Mangalagiu zaprezentowała różne scenariusze, w obrębie których możemy teraz wybierać modele rozwoju. Po pierwsze, można kierować się logiką business as usual, czyli zaciskać społeczeństwom pasa, po to by przywrócić w ten sposób wzrost. Tyle, że ta opcja ani nie brzmi obiecująco dla obywateli, ani nie działa – czego dowodem kiepskie efekty takiej polityki, prowadzonej w Europie w ostatnich 4 latach. Po drugie, proponuje się decoupling, czyli szybki wzrost gospodarczy, który nie odbywałby się – w wyniku zrównoważonej produkcji i konsumpcji – kosztem środowiska. Jej zdaniem taki scenariusz może działać jedynie na krótką metę. Na długą jest raczej nieprawdopodobny, tym bardziej, że brakuje nam historycznych przykładów powodzenia tej strategii. Po trzecie, są zwolennicy koncepcji steady state economy: „rozwoju bez wzrostu”, „gospodarki stanu stacjonarnego”. Na ten moment wiąże się z nią jednak zbyt wiele niewiadomych. I jest wreszcie koncepcja green growth (zielonego wzrostu), w której proponuje się właściwą wycenę środowiskowych i społecznych kosztów wzrostu. Jest to pomysł naprawy niedostatków gospodarki rynkowej, w której koszty środowiskowe i społeczne są niedoszacowane.

Wybrana koncepcja będzie musiała pomóc nam wyrwać się z „zaklętego kręgu”, w którym zwiększanie zależności od paliw kopalnych prowadzi do niezrównoważonego wzrostu gospodarczego, a ten rodzi z jednej strony ubóstwo, a z drugiej globalne ocieplenie. Negatywne skutki społeczne takiego modelu rozwoju próbuje się znów przezwyciężyć przy pomocy strategii „więcej wzrostu”, który odbywa się poprzez wzrost zależności od paliw kopalnych. I koło się zamyka.

Alternatywą jest taki cykl, który byłby przez nas pożądany. Polegałby on na tym, że wysiłki na rzecz zahamowania zmian klimatycznych wiązałyby się z przejściem na produkcję energii przede wszystkim ze źródeł odnawialnych i z radykalną poprawą efektywności energetycznej, w wyniku czego udałoby się osiągnąć wzrost zrównoważony, a pozyskane w jego wyniku oszczędności przyczyniłyby się do poprawy dobrostanu społecznego.

Mangalagiu twierdzi, że mylą się ci, którzy przekonują, że na zielony wzrost jest już za późno, że w obecnej kryzysowej sytuacji priorytetem jest wzrost gospodarczy za wszelką cenę: „Wystarczy trochę rozeznania, by wiedzieć, że strategie rozwojowe Korei Południowej, Chin, Niemiec, UNEP czy OECD są mocno skupione na zielonym wzroście”.

Badaczka doradzała Zielonym, by odważnie prezentowali zielony wzrost jako alternatywę dla polityki cięć: „Widzimy już dobrze, że polityka oszczędności w połączeniu z utrzymywaniem status quo w dziedzinie energetyki oznacza niższy wzrost niż przed kryzysem. Z analiz wynika, że 30% redukcja emisji do 2020 r. w Europie będzie oznaczała wzrost PKB większy o 0,6%, a także 6 milionów nowych miejsc pracy. Dlatego Europa powinna podnieść swój cel obniżki emisji z 20% do 30% i zwiększyć publiczne finansowanie zielonych technologii”.

Mangalagiu odniosła się także do sytuacji w Polsce, która uchodzi za głównego hamulcowego w zakresie polityki energetyczno-klimatycznej Unii Europejskiej: „Polski rząd chwali się, że jako jedyni w Europie notują wzrost gospodarczy. Ale zwróćmy uwagę, że mimo to nie tworzą nowych miejsc pracy. Powinniśmy kraje niechętne zielonej transformacji przekonywać przede wszystkim przy pomocy argumentów związanych z miejscami pracy”.

Ekologia to nie tylko klimat

Ministra środowiska w rządzie Danii Ida Auken przedstawiła swoje priorytety dla Europy, które stara się realizować w trakcie prezydencji swojego kraju w Unii Europejskiej: „Staram się uzmysłowić wszystkim, że kryzys środowiska to coś więcej niż kryzys klimatyczny. To przede wszystkim kryzys surowcowy. Oczywistością jest, że aby się rozwijać, potrzebujemy surowców. Dlatego musimy przyjąć możliwie najszerszą perspektywę w odniesieniu do środowiska”, mówiła polityczka duńskich zielonych (Socialistisk Folkeparti).

Auken nie chce jednak tracić czasu na kolejne dyskusje o granicach wzrostu i wyliczenia, kiedy zostaną one przekroczone. Zamiast tego proponuje już teraz działać energicznie na rzecz transformacji w stronę zielonej gospodarki, która musi zostać oparta na oszczędzaniu zasobów. „Równie wielkim wyzwaniem jak kwestia energii jest oszczędzanie wody. Ambitna strategia oszczędzania zasobów oznacza miliony nowych miejsc pracy w Europie. My, ministrowie środowiska, musimy naciskać na ministrów finansów. Ekonomiczne wyliczenia trzeba uzupełniać o aspekty środowiskowe i społeczne. Podczas naszej prezydencji staramy się wprowadzić regulacje przede wszystkim w sektorach, które są ich obecnie pozbawione. Promujemy też zieloną ekonomię, także w odniesieniu do edukacji, ochrony zdrowia i wszystkiego, co przekłada się na poziom życia społeczeństw”.

Trzeba oszczędzać, ale… energię i surowce

Claude Turmes, zielony europoseł z Luksemburga, skoncentrował się na przedstawieniu „wielowymiarowych korzyści z polityki w zakresie poprawy efektywności energetycznej”. Luksemburski polityk wskazywał, że rocznie 400 mld euro wypływa z Unii Europejskiej na import surowców. Jego zdaniem w krótkim czasie możemy dzięki temu zacząć oszczędzać 50 mld rocznie. Kolejną korzyścią płynącą z poprawy efektywności i zmniejszenia uzależnienia od dostaw zewnętrznych, byłaby poprawa odporności na kryzysy. Turmes wskazał na współwystępowanie kryzysu finansowego państw PIIGS (Portugalia, Włochy, Irlandia, Grecja, Hiszpania) z wysokim zużyciem ropy naftowej i gazu z importu.

Rozwijanie alternatywnych źródeł energii i poprawa efektywności w zużyciu surowców energetycznych z importu oznaczałyby dla Europejczyków oszczędności i dynamiczny rozwój zielonych miejsc pracy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *