Płonąca flaga USA

W cieniu wczorajszych dogmatów

Marcin Wrzos
24 sierpnia 2011

Poprawność to za mało, by wysoko ocenić politykę zagraniczną Tuska i Sikorskiego. Świat się zmienia, a Polska trzyma się starych dogmatów. Marcin Wrzos podsumowuje 4 lata w polityce zagranicznej.

W sprawach zagranicznych rząd Donalda Tuska prowadzi politykę kontynuacji. Fundamentalne cele naszej polityki zagranicznej zostały określone w 1989 r. i kolejne rządy ze zmiennym powodzeniem starają się je realizować. Bezpieczeństwo budowane jest w oparciu o potęgę USA, czego konsekwencją jest zaangażowanie w działania NATO. Rozwój ekonomiczny zaś realizuje się przez powiązanie naszej gospodarki z rynkiem europejskim, co znalazło zwieńczenie w przystąpieniu do UE. Zadaniem polskiej dyplomacji jest prowadzenie takiej polityki, by te dwa cele były ze sobą jak najmniej sprzeczne. Prawdopodobnie dlatego działania rządu Tuska ocenia się raczej pozytywnie, w godzeniu ich jest on bowiem skuteczniejszy niż rząd Jarosława Kaczyńskiego. Docenia się też zmianę retoryki. Zamiast obrażania się na partnerów i posługiwania się językiem moralnej słuszności, powrócono do metody negocjacji. Zaowocowało to zwiększeniem wpływu polskiej dyplomacji na decyzje w UE i uczyniło Polskę przewidywalnym partnerem w relacjach międzynarodowych. Nawet nasze stosunki z Rosją wydają się nieco poprawiać.

Poprawność to jednak za mało, by politykę zagraniczną rządu Tuska ocenić jako bardzo dobrą. Większość obserwatorów nie dostrzega, że pora już ponownie przemyśleć fundamentalne cele polskiej dyplomacji. Nie widzi tego również rząd Tuska, nieczuły na głębsze zmiany zachodzące w relacjach międzynarodowych. W Polsce wciąż żywe są dogmaty ukształtowane w odmiennej rzeczywistości, podczas zimnej wojny. Minister Radosław Sikorski brzmi jak członek neokonserwatywnego think tanku American Enterprise Institute nawet wtedy, gdy mówi o potrzebie pogłębienia integracji w ramach UE. Tym bardziej zaś gdy definiuje rolę, jaką powinny odgrywać USA we współczesnym świecie. Takie myślenie nie pozostaje bez wpływu na nasze relacje w ramach UE, na naszą politykę wobec Rosji i na Bliskim Wschodzie.

Założenie, że tylko USA i NATO mogą zagwarantować nam bezpieczeństwo, skutkuje bezrefleksyjnym włączaniem się w amerykańskie inicjatywy militarne. Podejmowane decyzje są lustrzanym odbiciem tych zapadających w Białym Domu. Nie robi się własnego bilansu zysków i strat. Rząd najwyżej stara się racjonalizować amerykańskie wybory tak, by zyskać dla nich w Polsce społeczną akceptację. Według tego schematu przebiegało zaangażowanie Polski w Iraku i Afganistanie czy negocjacje w sprawie tzw. tarczy antyrakietowej. Nagrodą za zaangażowanie są mgliste obietnice, ceną – pogorszenie relacji z większością starych krajów UE i Rosją. Pod tym względem rząd Tuska nie różni się od poprzedników. Doskonale było to widać w 2009 r., kiedy prezydent Lech Kaczyński bez mrugnięcia okiem podpisywał wniosek rządu o zwiększenie polskiego kontyngentu w Afganistanie. Wszystko w ramach ponadpartyjnej zgody, która nie dopuszcza realnej dyskusji nad zasadnością podejmowanych decyzji.

Tymczasem świat się zmienia. Powoli, lecz nieuchronnie słabnie globalna pozycja USA. Zaczynamy dryfować w kierunku świata policentrycznego. Bezpośrednim skutkiem tego procesu będzie dla Polski zmniejszające się zainteresowanie Amerykanów naszą częścią Europy. Niesłabnąca wiara, że tylko USA zagwarantują Europie bezpieczeństwo, sprawia, że nasz kraj nie angażuje się nawet w budowę europejskiego systemu bezpieczeństwa, widząc w nim konkurencję dla NATO.

Zmiany dotyczą też klimatu i ekologii. Dla Tuska i jego rządu zgodnie z neoliberalną logiką ekologia to ograniczenia dla gospodarki i hamulec wzrostu. Działania innych państw w tym zakresie przyjmowane są więc u nas z pobłażliwym rozbawieniem. Nieufność w stosunku do upraw GMO czy energii atomowej, inwestycje w energię odnawialną, ograniczanie emisji CO2 czy ostatnio sceptyczne podejście do eksploatacji gazu łupkowego to sprawy, które nie znajdują w Polsce zrozumienia. Na szczycie klimatycznym ONZ w Poznaniu w 2008 r. Tusk mówił o potrzebie nowej „globalnej solidarności” w walce ze zmianami klimatu. O tym, jak ją sobie w praktyce wyobraża, świadczy niedawne weto w sprawie redukcji emisji CO2. Przygotowana przez Komisję Europejską „,mapa drogowa” uzyskała poparcie wszystkich krajów członkowskich prócz Polski. Samotne weto na szczycie w Budapeszcie to jedna z największych porażek naszej dyplomacji w tej kadencji.

Emisja gazów cieplarnianych już wcześniej była kością niezgody między Polską a resztą UE. Rząd Tuska groził wetem w grudniu 2008 r., również podczas dyskusji nad zmniejszeniem emisji CO2. Udało się wówczas wynegocjować postulowane przez Polskę okresy przejściowe i ostatecznie doszło do porozumienia. Inny podobny przypadek miał miejsce w 2009 r., kiedy to sprzeciw Polski wzbudziło dofinansowanie specjalnego funduszu, który miałby pomagać krajom Trzeciego Świata w redukcji emisji CO2.

Znacznie trudniej od blokowania inicjatyw innych idzie nam tworzenie i realizacja własnych projektów. Jednym z głównych problemów Polski i całej Unii jest bezpieczeństwo energetyczne. Polska lansuje potrzebę solidarności energetycznej, co zasadniczo w żadnej z europejskich stolic nie budzi sprzeciwu. Niestety brak rzeczywistych działań w tym kierunku podważa wiarygodność naszych deklaracji. Niewiele lepiej jest z realizacją naszego sztandarowego projektu, jakim jest Partnerstwo Wschodnie. Rząd Donalda Tuska chętnie chwali się jego przyjęciem przez całą UE, ale jednocześnie nie ma pomysłu, jak wydać 600 mln euro zgromadzonych na funduszu unijnym. Pozbawiamy się w ten sposób możliwości przełożenia ogólnych haseł na konkretne programy, a przez to realnego wpływu na przemiany w objętych programem krajach. Niepokoi to tym bardziej, że jednym z głównych celów polskiej polityki zagranicznej jest odgrywanie w UE roli eksperta od polityki wschodniej.

Polityka zagraniczna rządu Tuska nie zasługuje na wysoką ocenę. Nie zmienia tego fakt, że przez większość kadencji MSZ toczyło spory z nieprzyjaznym ośrodkiem prezydenckim. Argument, że jest dziś lepiej, niż kiedy stery polskiej dyplomacji dzierżyła Anna Fotyga, wydaje mi się niepoważny. Rząd Tuska bardzo dobrze opanował politykę wizerunkową, trudniej jest weryfikować składane deklaracje z rzeczywistymi działaniami. Polska chętnie i często podnosi problem praw człowieka, ale nawet nie ratyfikowała Karty Praw Podstawowych. Problemy, którymi żyje UE, u nas nie budzą większego zainteresowania. Można odnieść wrażenie, że Polska jest w Unii, ale mentalnie pozostaje poza nią. Prezydencja mogła stać się impulsem do przewartościowania fundamentów polskiej polityki zagranicznej. Niestety, nie wygląda na to, aby rząd Tuska chciał wykorzystać tę okazję, by przygotować Polskę na wyzwania, z którymi niedługo przyjdzie nam się mierzyć.

Tekst ukazuje się w ramach cyklu Polska po 4 latach PO. Zapraszamy do lektury i dyskusji!

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *