Symbol Uniwersytetu Warszawskiego (fot. Wikipedia)

Uniwersytet skonsumowany

Anna Szołucha
22 sierpnia 2011

Studia i kariera akademicka mają być przeznaczone dla „zdolnych i pracowitych”, czyli, w moim rozumieniu, sumiennie kierujących się kryteriami atrakcyjności oraz konkurencyjności. Anna Szołucha podsumowuje stan nauki i szkolnictwa wyższego po 4 latach PO.

„Więcej praw dla studentów, nowe szanse dla młodych utalentowanych naukowców, powiązanie uczelni z otoczeniem gospodarczym i światową nauką” – w taki sposób Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego reklamuje na stronie swojego resortu przyjęcie przez Sejm zmiany ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym. Mowa jednak tylko o prawach typowo konsumenckich. „Młodzi utalentowani” kojarzą się z ageizmem i elitaryzacją szkolnictwa wyższego; „powiązania z gospodarką” wyznaczają dla nauki cele typowo biznesowe; a „światowa nauka” jest w Polsce od dawna tworzona, choć prawda, że zwykle w formie „na przekór wszystkim i wszystkiemu”.

Przez cztery lata rządów koalicji PO-PSL faktyczna sytuacja w szkolnictwie wyższym i nauce nie uległa zmianie. Nie licząc pomniejszych zmian w ustawach o szkolnictwie wyższym z 2003 i 2005 r., na dziś mamy za sobą jedynie lekturę założeń do ustawy, jej kolejnych projektów, senackich poprawek i oczywiście ostateczną wersję tekstu. Większość zmian ma wejść w życie 1 października 2011 r. W tym kontekście można się więc jedynie pokusić o analizę założeń i konkretnych rozwiązań, które proponuje minister Kudrycka. Oraz o kilka uwag na temat samej debaty wokół reformy.

Gdyby ograniczyć się do mediów głównego nurtu, można by odnieść wrażenie, że debata ta skupiała się wokół dwóch kwestii: propozycji likwidacji habilitacji oraz wprowadzenia odpłatności za studia na drugim kierunku dla tych, którzy nie znajdą się wśród 10% „najlepszych studentów”. Za największy sukces trzeba by natomiast uznać uzyskanie przez doktorantów 51-procentowej zniżki na przejazdy PKP. Jednak poza głównym nurtem toczyła się inna, ważniejsza dyskusja. Dotyczyła ona tego, jakie są cele szkolnictwa i nauki. Mówiono o konkretnych modelach edukacyjnych oraz modelach ścieżek kariery akademickiej. Rozmawiano o tym, jak faktycznie zmieni się szkolnictwo i nauka w Polsce, jeżeli naturalnie w ogóle się zmieni. Dziś wiadomo, że na pewno zmienił się język, jakim o szkolnictwie będziemy mówić. Debata o celach nauki i uniwersytetu – choć zamknięta przez ustawę – trwa w ruchach społecznych i jej ożywienie (być może nie do końca zamierzone) jest zdecydowanie pozytywną zmianą, wywołaną przez poczynania Platformy na polu nauki i szkolnictwa.

Podczas rządów Platformy cele polskiej nauki pojmowano nader konkretnie. W założeniach do przyjętej ustawy czytelne są echa strategii lizbońskiej oraz Układu Ogólnego w Sprawie Handlu Usługami z 1995 r. Wprowadzane zmiany mają na celu zwiększenie konkurencyjności polskich uczelni oraz ich atrakcyjności dla studentów i naukowców zza granicy. Polskie uczelnie mają do 2030 r. znaleźć się w pierwszej dwudziestce europejskich rankingów. Oznacza to dość bezkrytyczne podejście do metodologii „rankingów europejskich” i ogólnie do zasadności definiowania przez nie celów szkolnictwa wyższego. A na dodatek wprowadza się dyskurs atrakcyjności i konkurencyjności jako obowiązkową miarę oceny jednostek naukowych. Jednostki naukowe, które podporządkują się tym kryteriom, mogą liczyć na dodatkowe pieniądze z tzw. funduszu projakościowego oraz na status Krajowego Naukowego Ośrodka Wiodącego (KNOW). Atrakcyjność i konkurencyjność zdefiniowane są na podstawie oceny takich parametrów (dotyczących nauk humanistycznych, społecznych i przyrodniczych), jak na przykład: liczba cytowań, Index Hirscha, liczba redaktorów naukowych czasopism. Gdy zastanowić się nad tą oceną, trudno się dziwić zdroworozsądkowej krytyce, że środowiska akademickie istnieją same dla siebie, a i nauka jest tworzona dla samej nauki.

Kiedy ministerstwo mówi o młodych, utalentowanych naukowcach i studentach, wiadomo, że ma na myśli dokładnie osoby poniżej 35 roku życia, beneficjentów ministerialnych, ale przede wszystkim licznych fundacyjnych lub biznesowych programów grantowych, a także nie więcej niż stu studentów, którzy otrzymali „Diamentowy Grant” (środki na badania naukowe dla wybitnie uzdolnionych absolwentów pierwszego bądź drugiego stopnia). Studia (szczególnie tzw. bezpłatne) oraz kariera akademicka mają być przeznaczone dla elity „zdolnych i pracowitych”, czyli, w moim rozumieniu, sumiennie kierujących się kryteriami atrakcyjności oraz konkurencyjności. Wszystkich „niediamentowych” zaś szkoła, uniwersytet, politechnika ma dostosowywać do potrzeb w sumie nietrwałego systemu politycznego i gospodarczego.

Możliwość lub – według nowego słownika PO – przywilej bezpłatnego studiowania nie należy się tym, którym nie odpowiada ciasny lub monodyscyplinarny charakter programów nauczania i chcą studiować na dwóch kierunkach. Studentom nie należy się także specjalna pomoc. Stypendium na wyżywienie oraz mieszkaniowe zostaną zlikwidowane. Zamiast dotacji na zadania związane z kształceniem i rehabilitacją leczniczą studentów niepełnosprawnych uczelnia dostanie pieniądze na zapewnienie warunków do pełnego udziału takich studentów w procesie kształcenia. Cynicznie można by stwierdzić, że to typowo konsumenckie podejście do studenta (słownictwo abstrakcyjnego dostępu zamiast opieki) jest w sumie uzasadnione, ponieważ już obecnie ponad połowa niemal dwumilionowej rzeszy studentów i studentek w Polsce płaci za studia. Prawa, które ta ustawa im tak chwalebnie daje, też są typowo konsumenckie i dotyczą obowiązku podpisywania przez uczelnię ze studentami specjalnych umów dotyczących podejmowanych przez nich studiów.

Wprowadzane zmiany utrwalą sytuację, w której nie istnieją żadne mechanizmy zapewniające społeczną odpowiedzialność szkolnictwa oraz nauki w Polsce. Brak możliwości wpływu organizacji i ruchów społecznych na sposób i kierunek kształcenia oraz badań naukowych. W Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego ustalającej z ministerstwem politykę w zakresie szkolnictwa i nauki zasiadać będzie trzech przedstawicieli pracodawców, ale nie będzie ani jednego reprezentanta związków zawodowych lub organizacji społecznych czy politycznych.

Rząd od początku twierdził, że uczelnie mają przede wszystkim przygotowywać absolwentów do potrzeb pracodawców lub, jak zwykło się mówić, potrzeb „rynku”. Tymczasem ustawą tą ministerstwo tworzy przede wszystkim znakomite warunki pracy w szkolnictwie dla przedstawicieli biznesu! Zamiast jednego pracownika z tytułem doktora uczelnia może zatrudnić dwóch z magisterium; wystarczy, że posiadają doświadczenie zawodowe w dziedzinie związanej z kierunkiem studiów. W ten sposób pod przykrywką uelastyczniania i skracania ścieżki kariery naukowej pracowników naukowo-dydaktycznych rząd stworzył idealne warunki do zawierania umów między podmiotami gospodarczymi a uczelniami. Dzięki konkretnym zapisom w tej ustawie w majestacie prawa zwiększy się wpływ pracodawców na opracowywanie programów kształcenia oraz na proces dydaktyczny.

Po czterech latach rządów PO, po mdłej i płytkiej debacie medialnej na temat nowej reformy, po cichym wycofywaniu się etosu „zielonej wyspy” i topniejących szansach na realne dofinansowanie oświaty, a przed wprowadzeniem ustawy w życie, łatwo jest snuć czarne scenariusze. Można wieścić koniec autonomii uniwersytetu i opanowanie szkolnictwa i nauki przez tajemnicze podmioty gospodarcze czy opłakiwać humboldtowski model uczeń-mistrz. Ten kierunek nie wydaje mi się interesujący. Zmiany, które wprowadza ta czy inna ustawa, są właściwie niewiele znaczące dopóty, dopóki nie wiadomo, czemu nauka i szkolnictwo mają służyć i wobec kogo być odpowiedzialne. Na razie odpowiedzi, których implicite udziela wprowadzane prawo, są mało budujące.

Jeżeli edukacja nie służy takim celom, jak życie w egalitarnym społeczeństwie czy zapewnianie wolności każdego człowieka, to w jaki sposób można podsumować rządy kolejnej ekipy? Wygląda na to, że w najbliższej przyszłości, mimo nowej ustawy (a może właśnie dzięki niej), najważniejsze się nie zmieni. Uczelnie przestaną wychowywać studentów i studentki, przekazywać im wiedzę, kształcić krytyczne myślenie o sobie i świecie lub też nadal nie znajdą bodźców, aby podjąć się niektórych z tych zadań. Zamiast tego będą wyrabiać ludzi na własne podobieństwo. Stworzą armię akceptujących nierówności społeczne, mało krytycznych pracowników czasowych, względnie aspirujących menadżerów. I to wszystko tylko dlatego, że dziś kształci się ludzi tak, jakby nasza rzeczywistość miała być jedyną i wieczną. Tymczasem z dzisiejszym wykształceniem będziemy musieli często przeżyć jeszcze ponad pół wieku i może się okazać, że doświadczymy niedzisiejszej rzeczywistości, w której nie tylko nie będziemy potrafili się odnaleźć, ale której nie będziemy też w stanie rozumieć.

Tekst ukazuje się w ramach cyklu Polska po 4 latach PO. Zapraszamy do lektury i dyskusji!

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *