Street art, Kraków

Świat według prekariusza

Bartłomiej Kozek
28 września 2011

Zmiany nastąpią wtedy, kiedy nie będziemy wstydzili się mówić o tym, że nie zawsze wszystko w naszym życiu się układa. Nie wszystko jest rzecz jasna winą czynników zewnętrznych, jednak równie błędne jest przekonanie, że jesteśmy samodzielnymi kowalami naszych losów.

Imanie się najróżniejszych zajęć, o mniejszym bądź większym stopniu niestabilności, staje się coraz bardziej powszechnym doświadczeniem ludzi w moim wieku. A to usłyszę od znajomej, że trafiła do restauracji, w której niewiele robiono sobie z grafiku czasu pracy i na koniec miesiąca wypłacano po 500 zł. A to od przyjaciela, że z powodu restrukturyzacji czasu pracy w kinie, w którym pracował, zmuszony był – by związać koniec z końcem – zatrudnić się w kolejnym kinie. Czasem myślę sobie, że i tak mam szczęście, bo kiedy już dostaję jakąś ofertę – zrobienia analizy albo napisania artykułu – najczęściej jest ona związana z moimi zainteresowaniami. Mija jednak pięć lat, od kiedy jestem w Warszawie i jak daleki byłem od stabilizacji finansowej, tak nadal daleki jestem. Przeglądając oferty pracy nie mogę zresztą oprzeć się wrażeniu, że kiedyś było ich więcej. Statystyki rynku pracy zdają się to potwierdzać.

W prekariacie nie jesteśmy sami, chociaż rzadko pojawia się tu poczucie wspólnoty. Dla wielu par trudne są dni, kiedy trzeba zapłacić czynsz. Od rana w domu wyczuwa się nerwową atmosferę. W dniu płacenia czynszu związki międzyludzkie przechodzą ciężką próbę. Zamieszkanie ze znajomymi czy przyjaciółmi – jak wiem nie tylko z mojego doświadczenia – zawsze grozi zerwaniem przyjaźni, jeśli tylko jedna ze stron zacznie mieć problemy z zapłaceniem swojej części rachunków albo gdy znajdzie lepszą ofertę mieszkania, nie informując o tym dostatecznie szybko reszty. W takich warunkach trudno o poczucie życiowej stabilizacji.

Skoro przez lata wbijano młodym do głów, że ich los zależy wyłącznie od nich samych, trudno nie poczuć smaku klęski, kiedy kolejne wysłane CV skutkują w najlepszym razie darmowym stażem albo paromiesięcznym zleceniem. Poczucie porażki alienuje i sprawia, że te 20-25% ludzi, którzy mają problemy ze znalezieniem pracy po studiach, nie ma poczucia wspólnoty losów. Pozbawieni są narzędzi artykulacji swojego podskórnego poczucia, że coś jest nie tak, nie dostrzegają wspólnoty losów z do tej pory traktowanymi przez nich z góry osobami, tracącymi pracę wskutek restrukturyzacji zakładów pracy albo przeniesienia produkcji za granicę. Często żyjąc w miastach, w których bezrobocie krąży w okolicach 5%, nie odczuwają jakiegokolwiek związku między życiem własnym a życiem tych, którzy – jak na granicy Mazowsza i Świętokrzyskiego albo na sporych obszarach Mazur i Pomorza Zachodniego – od lat żyją z problemem strukturalnego bezrobocia na poziomie sięgającym 25-30%.

Izabela Desperak wraz z Judytą Śmiałek zrealizowały w zeszłym roku na potrzeby Think Tanku Feministycznego badania młodych ludzi z Łodzi, pracujących na umowach śmieciowych. Przebija z nich obraz studentek i studentów, podejmujących pracę na umowę o dzieło lub zlecenie, godzących się na zaniżanie płac w zamian za wizję otrzymania – w ich mniemaniu cennego – wpisu do CV. Szybko okazuje się, że pogodzenie studiów z pracą, w obliczu wysokich wymagań stawianych przez obie te instytucje, zaczyna być coraz trudniejsze. Wpływa to na zmniejszenie czasu na odpoczynek i na odkładanie na później decyzji o posiadaniu dzieci. Również osoby na studiach doktoranckich – w obliczu faktu, że jedynie 40% z nich otrzymuje stypendium – zmuszone są do poszukiwania pracy w celu związania końca z końcem. Nawet praca nie gwarantuje zresztą ekonomicznej stabilizacji. Mnożą się przykłady łamania praw pracowniczych – od przepisów BHP, poprzez niepłacenie za nadgodziny, na zwlekaniu z wypłatą wynagrodzenia skończywszy. Pamiętajmy, że trudno odłożyć na później takie czynności, jak opłacenie czynszu czy jedzenie…

Jak podaje raport „Praca Polska 2010”, w III kwartale 2010 roku aż 27,1% osób zatrudnionych w Polsce pracowało na umowach na czas określony. Wyprzedziliśmy dotychczasową rekordzistkę – Hiszpanię – w której wskaźnik ten w tym samym czasie wyniósł 25,9%. W kilka miesięcy później mogliśmy zaobserwować bunt młodych ludzi, pozbawionych perspektyw na godne życie, często zresztą nawet na i tak kiepsko płatną pracę (bezrobocie w tej grupie sięgnęło ponad 40%). Tymczasem nad Wisłą jeszcze do niedawna panowała na ten temat zmowa milczenia. Dopiero miesiąc temu minister Michał Boni zaprezentował raport „Młodzi 2011”, prezentujący wizję młodego pokolenia dzielnie zmagającego się z piętrzącymi się na rynku pracy problemami. Żadna licząca się siła polityczna nie jest gotowa przyznać, że podsuwane przez obiegową mądrość rozwiązania się nie sprawdzają. Jeśli chcemy ograniczyć skalę zjawiska, które prowadzi do wypadania rosnącej grupy ludzi z systemu zabezpieczeń społecznych i powiększa lukę między zobowiązaniami publicznymi a kwotami na ich zaspokojenie, nie pomoże nam uelastycznianie rynku pracy czy ułatwienie zwalniania pracowników etatowych. Jak wskazują przytaczane chociażby w raporcie „Polska 2030” dane OECD, restrykcyjność prawnej ochrony zatrudnienia w Polsce jest tylko nieznacznie większa niż średnia dla tej grupy krajów i niższa od niemieckiej czy francuskiej. Nie pomoże też obniżanie kosztów pracy – tu z kolei starczy zajrzeć do programu wyborczego PO, w którym znajdziemy wykres pokazujący, że poziom udziału wpływów z podatków i składek w PKB w naszym kraju należy do najniższych w Unii Europejskiej. Potrzeba nam likwidacji przywilejów fiskalnych, jakie dają pracodawcom pozakodeksowe umowy o pracę. Tylko wprowadzając jednolite oskładkowanie umów o pracę niezależnie od ich formy, przestaniemy karać tych, którzy zatrudniają na etat. W ten sposób będziemy mogli zapewnić młodym pracownicom i pracownikom zabezpieczenie społeczne, dzięki czemu nie będą musieli bać się o to, czy iść do lekarza, kiedy zachorują.

Oczywiście zawsze podniosą się głosy, straszące wzrostem bezrobocia lub też przechodzeniem ludzi do szarej strefy. Analogicznie straszono za każdym razem, kiedy podnoszono płacę minimalną. W styczniu 2005 roku, kiedy wynosiła ona 849 zł brutto, stopa bezrobocia wynosiła 19%. W I półroczu 2011 roku, gdy wzrosła do poziomu 1386 zł brutto, bezrobocie wyniosło 12,8% przy zwiększonej stopie zatrudnienia. Pokazuje to, że nie warto wierzyć w neoliberalne dogmaty o upadku gospodarczym, wynikłym z podwyższenia standardów socjalnych. Podobnie straszono jeszcze w XIX wieku, kiedy wprowadzano pierwsze, wówczas jeszcze nieśmiałe, obostrzenia dotyczące pracy dzieci czy skracania czasu pracy. Jeśli chodzi o szarą strefę, rozwiązaniem nie jest równanie w dół, ale zapewnienie odpowiednich środków finansowych i regulacji prawnych dotyczących Państwowej Inspekcji Pracy. Ścinanie pieniędzy dla PIP przez rząd PO-PSL jest jedną z przyczyn wzrostu liczby wypadków w miejscach pracy i umożliwia szarej strefie funkcjonowanie.

Zmiany nastąpią wtedy, kiedy nie będziemy wstydzili się mówić o tym, że nie zawsze wszystko w naszym życiu się układa. Nie wszystko jest rzecz jasna winą czynników zewnętrznych, jednak równie błędne jest przekonanie, że jesteśmy samodzielnymi kowalami naszych losów, a zewnętrzne warunki, takie jak sytuacja na rynku pracy, nie zwalniają nas z dążeń do bycia jeszcze bardziej elastycznymi, dyspozycyjnymi i uległymi. Wymaga to odwagi, łatwo bowiem naraża na zarzuty o to, że samemu jest się winnym własnej sytuacji. Dopóki jednak nikt nie odważy się powiedzieć, że jest się biednym nie z własnej winy, lecz z powodu wieloletniego, absurdalnego stawiania na gospodarkę tanich kosztów pracy, dopóty nad Wisłą nie zmieni się na lepsze.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

5 thoughts on “Świat według prekariusza

  • 28 września 2011 at 08:39
    Permalink

    ładny tekst, poza jednym stwierdzeniem: „jest się biednym nie z własnej winy, lecz z powodu wieloletniego, absurdalnego stawiania na gospodarkę tanich kosztów pracy”

    nie stygmatyzowałbym wieloletniego stawiania na gospodarkę tanich kosztów pracy – to pozwoliło Polsce (dysponującej praktycznie zerowym doświadczeniem rynkowym i będącej gigantycznie zacofanej technologicznie we wczesnych latach 90.) ściągnąć zagraniczny kapitał, nauczyć się funkcjonować w nowych warunkach gospodarczych, a także wypracować własne środki kapitałowe do prowadzenia biznesu. Bez tanich kosztów pracy niewiele byłoby zachęt do inwestowania.

    Co nie zmienia faktu, ze ten konieczny krok wpędził część ludzi w biedę czy też szerzej rozumiany prekariat.

    Reply
  • 2 października 2011 at 19:32
    Permalink

    moim zdaniem faworyzujace pracodawcow zmiany sa tu istotnym, ale nie glownym czynnikiem. to, jak w przypadku wspomnianych – upraszczajac – popegieerowskich ziem, strukturalne niedopasowanie absolwentow do wymagan dzisiejszej gospodarki. I tego niewygodnego dla prekariusza faktu po prostu nie wolno przemilczac. Oczywiscie jest to glownie wina panstwa – Menis a takze innych organow zwiazanych ze szkolnictwem wyzszym, ktore w odpowiednim czasie nie zareagowaly na coraz intensywniejsze zjawisko tworzenia niezliczonych miejsc na kierunkach, powiedzmy, przyjemniejszych od tych, na ktore istnialo i mialo istniec realne zapotrzebowanie.
    Ale nalezy podkreslic rowniez niski poziom swiadomosci kandydujacych, ktorzy to rok po roku powinni byli byc bardziej zorientowani jak wyglada sytuacja absolwentow.

    A u nas niestety przystapiono do liczenia studentow i chelpienia sie najszybciej w europie rosnaca rzesza magistrow.
    tak wiec to nie tylko ‚czynniki zewnetrzne’ i tanie koszty. moze troche braku rozsadku i szczescia. Marne pocieszenie, ze nie tylko w Polsce jestesmy swiadkami tworzenia sie takiej przymusowej xxi-wiecznej bohemy

    Reply
  • 3 października 2011 at 20:05
    Permalink

    Tekst siłą rzeczy jest spojrzeniem subiektywnym – tym bardziej, że nie oczekuję po swojej wiedzy o kulturze kokosów i nie marudzę, że nie dorobiłem się po 3 latach studiowania BMW. Moim marzeniem jest zostać na studiach doktoranckich i podjęcie pracy naukowej, a w tym państwo – chociażby ułatwiając cięcia w stypendiach naukowych – wcale nie ułatwia sprawy, niestety.

    Bez polityki rynku pracy za kilka lat zresztą i dzisiejsze przedmioty premiowane, mogą okazać się produkować bezrobotnych – już dziś, jak możemy wyczytać raport „Młodzi 2011”, bezrobocie wśród osób po kierunkach ścisłych wynosi już dziś 20%. Ale to temat na inny artykuł, podobnie jak i wiele ciekawych wątków, poruszonych w dwóch powyższych komentarzach :)

    Reply
  • 6 stycznia 2012 at 15:06
    Permalink

    Zarówno w tekście artykułu, jak i w komentarzach:
    zdumiewa mnie brak poczucia realizmu u piszących.

    Proszę nie traktować tego jako przytyk. Mam 35 lat i pamiętam, jak niewiele wiedziałem o funkcjonowaniu państwa i gospodarki, kiedy kończyłem studia.

    Pracy jest mnóstwo, miejsc/stanowisk do obsadzenia jeszcze więcej. Nie ma jednak szans, aby:
    1. pracować tam, gdzie można realizować 1:1 swoje zainteresowania. Trzeba iść na kompromis.
    2. studia doktoranckie: po co tylu doktorów, skoro studentów będzie coraz mniej? z drugiej strony: jeśli jesteś w czymś dobry, to rób to -świat to doceni. Pieniądze się pojawią, z czasem

    Polecam zmianę mentalności: z roszczeniowej (punkt widzenia pracownika) na odpowiedzialną za swoje życie.
    To odświeżające doświadczenie… choć jak napisałem na początku: trudne w wieku ok. 23-24 lat.

    Szkoła, wychowanie, studia: niestety, tam nie dostaniesz innych wskazówek niż to, że „liczy się papier i etat”.
    Nie o to chodzi w życiu moim zdaniem. Szczęśliwym życiu.

    Reply
  • 6 stycznia 2012 at 15:33
    Permalink

    „Pracy jest mnóstwo”? Popatrzmy na badania Eurostatu: aktualny poziom bezrobocia wg metody BAEL 10% (powiedzmy, że wysoki, ale nie szokujący), a poziom zatrudnienia w wieku 15-64? W 2010 unijna średnia wyniosła 64,1%, w krajach skandynawskich, Austrii czy Holandii potrafiła wynieść ponad 70%. W Polsce? 59,3%. No ale wystarczy porównać poziom polityki społecznej, w tym polityki rynku pracy w tych krajach i nad Wisłą, by uzyskać odpowiedź na pytanie, czemu tak jest i czy wina leży bardziej po stronie młodych, czy polityki państwa.

    Osobiście nie spotkałem osoby, która oczekiwałaby pełnego realizowania swoich zainteresowań w pracy. Co więcej, obserwuję na ile kompromisów, związanych nie tylko z pracą, ale i z jakością życia (czasem wolnym, jakością nauki, dostępem do kultury) są gotowe podjąć, żeby… no cóż, raczej utrzymać się na powierzchni niż mieć jakieś perspektywy na rozwój.

    Alternatywa „roszczeniowy-odpowiedzialny” jest dla takich osób już nie tylko krzywdząca – jest zwyczajnie obraźliwa. Tak jakby nie można było od instytucji publicznych – do których osoby młode również się dokładają – oczekiwać pomocy we właściwie najtrudniejszym momencie ich życia – przechodzenia z dzieciństwa w dorosłość. Myślę, że wiele osób nie umierałoby za etat, gdyby miało perspektywę sięgającą dalej niż praca w kawiarni po kilku latach intelektualnego wysiłku, który w ten sposób się marnuje.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *