Stonoga i ośmiorniczki, czyli o finansowaniu partii z budżetu

Łukasz Markuszewski
15 czerwca 2015

Likwidacja subwencji budżetowych dla partii nie zlikwiduje korupcji politycznej. Wręcz przeciwnie.

Niedawna afera związana ze Zbigniewem Stonogą nie pozwala mediom i opinii publicznej oderwać oczu od tej części sceny politycznej. Stonoga, z tajemniczych powodów nazywany „antysystemowcem”, stał się bohaterem bojowników o oczyszczenie życia publicznego z korupcji politycznej. Stonoga wspiera przy tym Janusza Korwin-Mikkego i Pawła Kukiza, którzy obaj domagają się likwidacji subwencji budżetowej dla partii politycznych.

Tłum internetowy przyklaskuje tym postulatom, nie bardzo zdając sobie sprawę ze skutków ich realizacji. Subwencję budżetową bowiem utożsamiają z rozmaitym złem przepychu, w jakim żyją politycy, uznając ją nawet za źródło wysokich diet poselskich czy nawet za fundusz, z którego opłacono słynne ośmiorniczki Radosława Sikorskiego.

Jak wymyślono subwencje

Podobnie jak w przypadku JOW-ów znaczna część społeczeństwa nie rozumie idei subwencji budżetowej dla partii. W efekcie Polacy gotowi są poprzeć zmiany, które głęboko ograniczą demokrację w Polsce. O co więc chodzi z tymi subwencjami?

Wpierw przyjrzyjmy się temu, jak finansowane są partie polityczne świata. Finansowanie polityczne dzieli się na trzy modele: 1) samofinansowanie, 2) finansowanie ze środków niepublicznych, 3) finansowanie ze środków publicznych.

Początkowo partie polityczne, funkcjonujące jako kluby zamożnych i bogatych indywidualności, prowadziły swoją działalność w oparciu jedynie o składki i darowizny działaczy partyjnych. Gdy pojawiły się nowoczesne partie masowe – chadeckie, socjalistyczne czy chłopskie – one również zaczęły się samofinansować, jednak szybko okazało się, że mimo swojej masowości nie są w stanie dorównać liberałom i konserwatystom w środkach finansowych. Dlaczego? Ponieważ stare kluby polityczne zaczęły być finansowane przez nienależących do partii zamożnych przemysłowców, arystokratów i handlarzy czy bankierów. W efekcie machina wyborcza starych partii była nieporównywalnie silniejsza niż ta budowana przez nowe ugrupowania.

Gdy więc nowe partie zdobywały parlamentarną reprezentację, zaczęły się domagać subwencji budżetowej dla partii politycznych, tak by można było zniwelować różnice majątkowe między partiami reprezentującymi biednych i niezamożnych a partiami zdominowanymi przez bogaczy. Jednocześnie domagano się ograniczenia finansowania partii z pieniędzy niepublicznych. W całej Europie wprowadzono surowe zasady zdobywania przez partie i komitety pieniędzy oraz bardzo restrykcyjne zasady kontroli nad nimi.

Dzięki wprowadzeniu subwencji budżetowych politycy zyskali niezależność od korporacji, biznesmenów i posiadaczy ziemskich, bo pieniądze, jakie zyskuje partia, były zależne od liczby głosów, a nie od zrealizowania instrukcji wielkiego biznesu i lobbystów.

System bez subwencji – jak to działa?

Co więc czeka nas jeśli zdecydujemy się ograniczyć lub zlikwidować subwencje dla partii politycznych? Czy możemy naiwnie uznać, że partie zaczną się utrzymywać jedynie ze składek własnych?

Nawet jeśli tak będzie, to da to ogromną przewagę partiom wielkim i licznym, których siła i tak już wynika z faktu, że mają wielu posłów w Sejmie, a przez to zajmują wiele miejsca w przekazach medialnych (choć Korwin-Mikke udowadnia, że można mieć w Sejmie jednego posła i być w mediach na okrągło). Trudno bowiem sobie wyobrazić, że lokalny komitet wyborczy w okręgu jednomandatowym czy mała partia licząca pięciuset członków będzie w stanie zorganizować taką kampanię jak ugrupowanie, które liczy sobie kilkadziesiąt tysięcy doświadczonych i często zamożnych działaczy.

Możemy tylko odrobinę mniej naiwnie uznać, że partie będą utrzymywać się z własnych składek i darowizn prywatnych, niepartyjnych obywateli, ale żeby nie dopuścić do finansowania partii przez korporacje i krezusów, wprowadzimy ograniczenia w niepublicznym finansowaniu ugrupowań.

Tak samo myśleli Amerykanie. Korporacje i rozmaite lobby, dążące jednak do wsparcia swoich kandydatów, wynalazły mechanizm, który określa się jako soft money („miękkie pieniądze”), czyli pieniądze nie trafiające bezpośrednio na konto kampanii wyborczej, ale w różny, pośredni sposób wspierające danych kandydatów, lub przeszkadzające ich przeciwnikom. Można tu wymienić przekazywanie nieruchomości komitetom partyjnym, nieoprocentowane i bezzwrotne pożyczki czy tzw. issue ads („ogłoszenia tematyczne”), czyli reklamy w mediach wspierające lub atakujące pojedyncze zagadnienie, temat czy stanowisko, przy czym oficjalnie nie były one skierowane przeciw lub za któremukolwiek z kandydatów.

W efekcie niedawnej likwidacji i tak kulejących ograniczeń w finansowaniu kampanii wyborczych w USA wielkie korporacje finansują w równym stopniu zarówno Republikanów, jak i Demokratów, co wytworzyło fikcję demokracji. Politycy obu opcji przeważnie reprezentują w Kongresie swoich sponsorów, przegłosowując ustawy zgodne z ich interesem, a potężna machina wyborcza, która powstaje przy okazji każdych wyborów w wyniku wpompowania miliardów dolarów przez korporacje i banki w komitety wyborcze, całkowicie uniemożliwia przebicie się politykom reprezentującym ruch oddolny, społeczeństwo obywatelskie i szeroko pojęty interes wspólny.

Łatwo więc wyobrazić sobie, co likwidacja subwencji budżetowej przyniesie Polsce – Jan Kulczyk, zamiast ze swoimi propozycjami chować się ze swoimi ośmiorniczkami w VIP roomach warszawskich restauracji, będzie mógł wystawić w gazecie ogłoszenie: „Posła na Sejm kupię. Stan bez znaczenia”.

Potrzebne zmiany

Co więc robić? Czy należy pozostawić subwencję budżetową taką, jaka jest? Jak to właściwie wygląda w Polsce? U nas wsparcie budżetowe dostaje to ugrupowanie, które zdobędzie co najmniej 3% w wyborach. Za każdy głos otrzymuje wówczas 5,77 zł. Jeśli przekroczy jednak 5%, ale zdobędzie mniej niż 10%, to za głosy uzyskane w tym przedziale dostanie kolejne 4,61 zł. Dalsze przedziały to kolejne zmniejszone nieco kwoty.

By poprawić funkcjonowanie polskiej demokracji, a jednocześnie przychylić się do obiekcji publicznych dotyczących zdominowania systemu politycznego przez partiokratów, warto przyjrzeć się choćby rozwiązaniom stosowanym za Odrą.

W Niemczech do subwencji budżetowej uprawnione są te komitety, które w głosowaniu ogólnokrajowym przekroczą pół procenta poparcia, a w głosowaniach do landtagów – jeden procent. Sądzę, że odpowiada to mniej więcej poparciu dla ugrupowania, które jest w stanie zarejestrować komitety wyborcze we wszystkich okręgach (choć o zaporowych progach zbiórkowych powinno się napisać osobny artykuł), a więc na tyle silnego, by teoretycznie przynajmniej móc uprawiać politykę krajową.

System finansowania partii politycznych z budżetu wymaga w Polsce głębokiej reformy, a nie likwidacji. Dlatego warto odłożyć emocje na bok, wyłączyć krzykaczy i populistów w internecie i spróbować znaleźć rozwiązanie mniej „antysystemowe”, za to pozwalające na zachowanie podstawowych funkcji demokracji przedstawicielskiej.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Stonoga i ośmiorniczki, czyli o finansowaniu partii z budżetu

  • 15 czerwca 2015 at 17:51
    Permalink

    Gdyby ludzie byli bardziej zaangażowani obywatelsko i realnie tak co 2ga głosująca osoba dała 5zł na kampanię ugrupowania lub ludzi, z którymi się zgadza to nie było by tragedii z pieniędzmi na kampanie wyborcze nawet mniejszych podmiotów (zakładając, że każdy był by w stanie znaleźć jakąś grupę aktywną politycznie, z której poglądami się zgadza).

    Problemem jest jednak w mojej ocenie charakter samych kampanii.
    Lokalny komitet starający się uzyskać pojedynczy mandat w 1 okręgu nie będzie stać na finansowanie spotów wyborczych w TVP czy TVN. Już samo wystawienie pojedynczego bilboardu to spory koszt. Partia nie musi wszystkim załatwiać spotów i bilboardów. Wystarczy, że rozpropaguje logo i markę a reszta się pod nią podeprze.
    Żeby odciąć wybory od koryta i skarbonek trzeba po prostu zmienić system kampanii.
    W mojej ocenie rozwiązaniem problemu pieniędzy na kampanię było by organizowanie dostępnych i widocznych dla ludzi debat (internet jest tu potężnym narzędziem), agregatorów programów (coś podobnego do latarnika wyborczego choć było by miło gdyby było jeszcze więcej treści).
    Ulotka, bilboard czy spot to manipulacja masami, którym do szczęścia wystarczają niczym nie poparte slogany.
    Gdyby zabrać moc tym głupim etykietkom przyznawanym przez szefostwo partii i wymusić na ludzi, żeby musieli choć odrobinę pomyśleć przed oddaniem głosu wyniki mogły by być znacząco inne (jestem przekonany, że lepsze).

    Gdyby przeszły JOWy to 1 mandat przypadał by o ile dobrze wiem na ~65 tysięcy ludzi. W ciągu kilku tygodni sądzę, że dało by się spotkać z wszystkimi chętnymi z takiego zbioru. Co więcej w epoce internetu nie było by to niemożliwe, żeby zamiast dotować partie państwo zajęło się zorganizowaniem w każdym okręgu debat, które były by później dostępne razem z programami kandydatów na stronach państwowych.
    Osobiście jestem zwolennikiem ordynacji mieszanej (żeby dać głos ludziom o mniej popularnych poglądach, ale mimo wszystko powszechnych w społeczeństwie, ale być w stanie indywidualnie rozliczyć co najmniej połowę posłów). W moim wymarzonym wariancie partia nie była by strukturą ogólnopaństwową tylko wojewódzką. Do wprowadzenia swojego człowieka do sejmu z list partyjnych wystarczyło by wywalczenie 1 mandatu a ludzie kandydujący w JOWach nie mieli by prawa posługiwania się szyldem partyjnym w wyborach.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *