Fair trade

Sprawiedliwy handel i jego krytycy

Mikołaj Kołyszko
25 stycznia 2012

Fair trade to dosłownie „sprawiedliwy handel”. Czy jednak do handlu, regulowanego przez popyt i podaż, w ogóle można odnosić kategorię sprawiedliwości? Rzeczywistość wolnego handlu nie jest tak różowa, jak chcą zwolennicy „niewidzialnej ręki rynku”. Podział na bardzo bogatych i bardzo biednych szczególnie rzuca się w oczy w skali globalnej.

Pułapka wolnego handlu

Weźmy za przykład Etiopię. Mało kto wie, że historia tego kraju sięga starożytności i że właśnie stamtąd wywodzi się jeden z najbardziej pożądanych na świecie napojów – kawa. Etiopia należy dziś do głównych eksporterów ziaren kawy, a tamtejsza arabica przez wielu uważana jest za najlepszą na świecie. Jak to możliwe, że państwo produkujące w wielkich ilościach pożądane na całym świecie dobro ma problem z wyżywieniem swoich obywateli?

Otóż cena kawy na globalnym rynku jest bardzo niska, a przy tym niestabilna. Bywa, że jest nawet niższa niż koszt produkcji. Victor V. Claar w książce Sprawiedliwy handel? Czy fair trade rzeczywiście zwalcza problem ubóstwa? tłumaczy to faktem, że w XX w. zbyt dużo rolników na całym świecie postanowiło zająć się uprawą kawy. Wcześniej najpopularniejsza była delikatna arabica, którą można z powodzeniem uprawiać tylko w górskich rejonach. Jednak obecnie więcej ludzi kupuje mocniejszą i mniej wyszukaną w smaku robustę. Jest ona łatwiejsza w uprawie, a przez to tańsza. Zbyt duża produkcja sprawiła, że cena kawy musiała spaść – prawo rynku.

Claar pomija jednak fakt, że globalny rynek kawy jest zależny od kilku koncernów (Kraft, Nestle, Procter & Gamble, Sara Lee i Starbucks), które kontrolują główne sieci dystrybucji. Skoro konkurencja obniża ceny detaliczne, koncerny obniżają jeszcze bardziej ceny skupu (w wielu miejscach mają na nie faktyczny monopol). Jeśli dodać do tego marże dla całej sieci pośredników, okazuje się, że rolnicy muszą kolejny rok przetrwać w nędzy. Godzą się na tak drastyczne ceny, ponieważ nie mają wyjścia.

Wyznawcy wolnorynkowego fundamentalizmu twierdzą, że winni są sami rolnicy, bo zbyt wielu z nich uprawia kawę. Powinni albo przerzucić się na uprawę innych roślin, albo oprócz kawy hodować coś innego lub mieć dodatkowe źródło zarobkowania (czyli stosować strategię dywersyfikacji), bądź też zupełnie porzucić rolnictwo. Problem w tym, że zasadzony krzew rodzi pierwsze owoce dopiero po 4 latach i owocuje przeciętnie przez ok. 15. Ceny kawy nie są stabilne, nie można więc oszacować, kiedy uprawa będzie opłacalna, a kiedy nie. Arabicę uprawia się w rejonach górskich, gdzie trudno uprawiać coś innego. Rolnicy żyją na ogół w rejonach pozbawionych szkół. Ich dzieci, które od małego pracują na plantacjach (i ciężko karcić za to rodziców, skoro dzięki temu mają szansę przetrwać), właściwie nie mają innych perspektyw.

Od etycznej konsumpcji do sprawiedliwego handlu

Według topornej logiki ekonomicznej pieniądz jest środkiem płatniczym, a płaca to wynagrodzenie za pracę. Prowadziłoby to do wniosku, że im człowiek więcej pracuje i im cięższe, niebezpieczniejsze i bardziej męczące wykonuje zajęcie, tym powinien być bogatszy. Tak się jednak niestety nie dzieje. Wielu ludzi na globalnym Południu pracuje bardzo ciężko wraz ze wszystkimi członkami rodziny (nie wyłączając dzieci), a ledwie jest w stanie przetrwać. Większość konsumentów z bogatej Północy nie zastanawia się nad tym podczas codziennych zakupów, ale nie wszyscy czują się z tym komfortowo. Właśnie dzięki nim powstała idea sprawiedliwego handlu.

Chociaż korzenie tej idei sięgają XIX-wiecznej Ameryki, jej rozkwit nastąpił po II wojnie światowej. Początkowo ruchy fair trade (najczęściej pod nazwą Alternative Trade Organization) sprzedawały tylko rękodzieła, lecz w latach 80. zaczęły wzbogacać asortyment o kawę, herbatę i inne produkty rolnicze (suszone owoce, kakao, cukier, soki owocowe). Od 2002 r. jeden z odłamów ruchu, Fairtrade Labelling Organizations International (FLO), wprowadził znak graficzny, którym mogą pieczętować się wszystkie kolektywy spełniające pewne minimalne wymogi. FLO bada jednak poszanowanie praw pracowniczych tylko na etapie produkcji i pozyskania surowców możliwych do przetworzenia, ale już nie interesuje się prawami pracowniczymi w procesie przetwarzania produktów i ich dystrybucji. Dlatego niektórzy przeciwstawiają fair trade, jako ideę całościową ruchu, ruchowi fairtrade jako organizacji, która poszła na zbyt duże kompromisy.

Aby kolektyw rolniczy mógł przystąpić do organizacji, musi spełnić szereg warunków. Jeden z nich dotyczy „planowania rozwoju społecznego” – kolektyw musi zdecydować, na jaki cel społeczny przeznaczy pieniądze pochodzące z tzw. dodatku socjalnego, np. na budowę szkół, boisk, zakup urządzeń ułatwiających pracę itp. Inne wymogi dotyczą aktywizacji drobnych producentów, demokratycznego i przejrzystego członkostwa, braku dyskryminacji, przestrzegania zasad ochrony środowiska, segregowania odpadów i ich ekologicznej utylizacji, chronienia czystości gleby i wód, nieuprawiania roślin GMO i zapewnienia zasad wolnego zatrudnienia i dobrowolnego zrzeszania się.

Krytyka z perspektywy rolniczej ekonomii

Wydaje się, że ruch fair trade nie powinien mieć innych przeciwników poza tymi, którzy czerpią korzyści z wyzysku pracowników. Mimo to idea fair trade ma krytyków zarówno z lewej, jak i z prawej strony.

Jednym z nich jest ekonomista Peter Griffiths. Zwraca on uwagę na to, że przyznająca certyfikaty FLO nie prowadzi globalnej bazy danych monitorującej, jakie są proporcje między ceną skupu danego produktu a ceną sprzedaży. Według niego czyni to system nieprzejrzystym i może rodzić korupcję wewnątrz organizacji. Niemniej mija się on z prawdą, kiedy sugeruje, że żadna z certyfikowanych przez FLO organizacji tego nie robi – wystarczy wejść na strony niektórych z nich i to sprawdzić (np. na stronie włoskiej organizacji Roba).

Twierdzi też, że nadwyżka, którą klienci płacą za produkt, nie idzie w całości do rolników, ale część z niej zatrzymują dla siebie dystrybutorzy, co uznaje za nieuczciwe (choć właśnie to zachęca detalistów do dołączenia produktów fairtrade do swojego asortymentu). Dodatkowo twierdzi, że programy mające zwiększyć bezpieczeństwo pracy czy kontrole przestrzegania reguł fairtrade są kosztowne, także niewiele pieniędzy z kupionego produktu trafia do rolników.

Griffiths bez skrępowania wysuwa wzajemnie sprzeczne argumenty – raz mówi, że „do rolników trafia bardzo mało pieniędzy, najpewniej nic”, by potem stwierdzić, że kiedy płaci się afrykańskim farmerom więcej za kawę, produkują jej więcej, wzrasta podaż, przez co cena na globalnym rynku kawy spada i rolnicy spoza ruchu fairtrade głodują. Jego zdaniem przez to, iż rolnicy peruwiańscy, meksykańscy, afrykańscy dostają wyższe wynagrodzenie za ziarna kawy, wzrasta ich pozycja na rynku i inne firmy, nieskupujące ziaren kawy na warunkach fair trade, muszą obniżyć ceny skupu, jeszcze bardziej wyzyskując swoich rolników, gdyż jedynie niskie ceny pozwalają im rywalizować z ruchem fair trade. Griffiths nie zauważa, że korzystniejszym rozwiązaniem dla koncernów kawowych jest wdrożenie w swoje struktury zasad fair trade i włączenie „etycznej kawy” do asortymentu – i rzeczywiście część z nich postanowiła to zrobić (Nestle, Starbucks). Z punktu widzenia ekonomii przemiany związane ze wzrastającą popularnością ruchu należy uznać za mechanizm rynkowy, który powinno się uwzględniać w analizach, a nie negować jako „postępowanie psujące rynek”.

Krytyka wolnorynkowa

Inni krytycy ruchu to ekonomiści wolnorynkowi, którzy uważają system fairtrade za niebezpieczny „interwencjonizm społeczny”, a nawet za rozwiązanie marksistowskie. Ich argumenty można znaleźć w artykule Jacka Spendla Niesprawiedliwy „sprawiedliwy handel”.

Autor stwierdza, że produkty sprawiedliwego handlu są niskiej jakości (ale na poparcie tej tezy nie przedstawia żadnych dowodów), spółdzielnie są źle zarządzane (również to stwierdzenie nie jest poparte dowodami), a fairtrade „ogranicza konkurencję”. Przekonuje, że etykieta fairtrade jest tylko kolejnym zabiegiem marketingowym, gdyż pośrednicy zbierają 90%, zysków podczas gdy producenci zaledwie 10%. J. Spendlowi najwidoczniej nie jest znany fakt, że udział procentowy zysków którejkolwiek ze stron zależy od kolektywu, jego zasad oraz tego, co i gdzie sprzedaje. Tak więc dane autora są albo nierzetelne, albo uśrednione (czego nie zaznaczył), albo wyssane z palca. Oczywiście certyfikowanie produktów jest zabiegiem marketingowym. Niezbyt szlachetną prawdą jest także to, że detaliści zabierają część nadwyżki cenowej – konsumenci są skłonni zapłacić więcej za dany produkt, więc detaliści starają się na tym zyskać.

Czy w ogóle można mieć rzetelne krytyczne uwagi, co do funkcjonowania sprawiedliwego handlu? Jedno z zastrzeżeń może okazać się słuszne. Kryteria fairtrade mogą krępować rozwój kolektywów, które stanęły już na nogi i dobrze prosperują. Przykładowo kryterium 1.2.1.4. brzmi „Ponad 50% całkowitej ilości każdego produktu Fairtrade sprzedawanego przez organizację musi być wyprodukowane przez drobnych producentów”. Ma to zminimalizować ryzyko wystąpienia sytuacji, w której jeden lub kilku członków organizacji zyskuje przewagę… Ale przecież na tym polega rozwój gospodarczy, a rywalizacja jest jednym z jego motorów. Kryteria „drobnych producentów” są także ściśle określone i tak np. farmer uprawiający kawę nie może posiadać więcej niż 12 akrów ziemi… Wydawałoby się, że naturalnym odruchem przedsiębiorczego rolnika jest zakup większej połaci ziemi, kiedy jego interes kwitnie. Natomiast w przypadku organizacji fairtrade rolnicy, nie ryzykując wyrzucenia z organizacji, mogą co najwyżej pieniądze inwestować w edukację swoich dzieci, w lokalną społeczność i sprzęt rolniczy, poprawienie własnych warunków bytowych i konsumpcję.

Krytyka lewicowa

Lewicowi krytycy ruchu fairtrade uważają go za zbyt mało radykalny, wręcz kolaborujący z korporacjami, którym miał się początkowo przeciwstawiać. Minimalne kryteria fairtrade rzeczywiście chronią producentów, ale już nie pracowników na poziomie przetwarzania produktu i jego sprzedaży detalicznej. Produkty fairtrade możemy znaleźć w sieciach supermarketów, które nie zawsze traktują sprawiedliwie swoich pracowników, czy w asortymencie detalistów z bardzo złą opinią.

Oburzenie wielu osób wywołało poparcie koalicji fairtade przez takie koncerny jak Starbucks (znany z łamania prac pracowniczych) czy Nestle (z listą grzechów, które wielu uznaje za niewybaczalne), które dodały do swojego asortymentu „etyczne produkty”. Szczególnie w przypadku Nestle wielu komentatorów nie miało wątpliwości, że to greenwashing, czyli próba poprawienia wizerunku za pomocą pozbawionych realnego znaczenia, ale za to spektakularnych gestów proekologicznych lub prospołecznych.

Nie ma potrzeby wierzyć w „nawrócenie” Nestle czy Starbucksa. Sprzedaż produktów fairtrade staje się po prostu bardziej opłacalna. Produkty sprawiedliwego handlu sprzedawane są w krajach kapitalistycznych, a to oznacza, że ich sprzedaż rządzi się takimi priorytetami, jak potrzeba maksymalizacji zysków i zwiększanie obrotów.

Christian Jacquiau w książce Les coulisses du commerce équitable (Kulisy sprawiedliwego handlu) ocenia, że taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania. Stwierdza, że ruch powinien stworzyć własną sieć detaliczną, która pilnowałaby, aby na każdym szczeblu dbano o prawa pracowników i nie manipulowano w żaden sposób klientem. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Niemniej, jeśli sama idea sprawiedliwego handlu będzie dalej zyskiwać na popularności, prawdopodobnie powstanie w końcu organizacja, która zasady fair trade zastosuje bardziej konsekwentnie: zadba o prawa pracowników na każdym szczeblu i nie będzie korzystała z usług detalistów ze złą opinią, nawet kosztem jeszcze wyższej ceny końcowej produktu.

Jak pomagać krajom Trzeciego Świata?

Rozwiązania fair trade można uznać za niedostateczne. Czy jest jednak alternatywna forma skutecznego pomagania krajom Trzeciego Świata?

Pomoc humanitarna jest oczywiście potrzebna, ale zbyt długo stosowana może uzależniać ludzi i hamować ich rozwój. Poza tym wciąż jest niewystarczająca.

Państwom z kłopotami gospodarczymi miał pomagać Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Problem w tym, że od 30 lat organizacje te narzucają tzw. konsensus waszyngtoński – wytyczne dla krajów, które decydują się na przyjęcie „pomocy”. Obejmują one m.in. prywatyzację przedsiębiorstw państwowych i likwidację barier ograniczających możliwość wejścia zagranicznych firm. Dziwnym trafem zalecenia te wpędzają na ogół potrzebujące kraje w dalsze kłopoty, natomiast zawsze dobrze wpływają na kondycję międzynarodowych korporacji. Przywódcy wielu krajów (np. Argentyny, Boliwii czy Ekwadoru) deklarują, że nigdy już nie wejdą w układy ani z MFW, ani z Bankiem Światowym.

Mimo swych wad fair trade wydaje się najskuteczniejszą formą pomocy krajom Trzeciego Świata. Sprawiedliwy handel może być krokiem ku pozytywnym zmianom pod warunkiem, że będziemy patrzeć na niego krytycznie i myśleć o tym, jak poprawić jego funkcjonowanie.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *