Respekt dla Mistrzów

FELIETONY SPORTOWE
24 lutego 2013

Są równolatkami. Jeden czterokrotnie walczył o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej, drugi był mistrzem Europy. „Dwie legendy wagi ciężkiej polskiego boksu” – piszą publicyści. Gołota to bezsprzecznie głośniejsze nazwisko, ale Saleta też ma za sobą ciekawą historię bokserską. Mieli walczyć ze sobą już dwukrotnie: w 2000 r., w pełni rozkwitu ich karier (ale na przeszkodzie stanął wówczas pojedynek Gołoty z Tysonem) a potem w 2005 r., kiedy na 10 dni przed walką Andrzej doznał kontuzji na treningu. Ostatecznie spotkali się 24 lutego 2013 r. Obaj mają po 45 lat, są spełnieni sportowo, mają podobne rekordy: po około 50 stoczonych walk zawodowych, z czego ponad 40 wygranych, większość przez nokaut.

Ale mają dziś po 45 lat. Więc komentarze w internecie są na ogół pełnie ironii: „dwóch emerytów”, „dziadki dostaną zadyszki po minucie”, „to będzie żenada”. W mediach nieco oględniej, ale ton bywa podobny. Więcej emocji dziennikarzy budzi planowana jako poprzedzająca główne wydarzenie wieczoru walka Zimnocha ze Szpilką: tam przynajmniej padają wyzwiska i wybucha smakowita szarpanina na konferencji prasowej. A tu – dwóch nudnych emerytów, którzy nawet – pomimo upartego naprowadzania przez dziennikarzy – nie chcą o sobie wzajemnie powiedzieć nic przykrego. Ostatecznie do walki Szpilka – Zimnoch nie dochodzi, kończy się na samej pyskówce młodzieńców, więc rozżalone media są zmuszone poważniej potraktować walkę „emerytów”: z czegoś w końcu trzeba wygenerować atrakcję dla gawiedzi. Ale Gołota nadal z miłym uśmiechem mówi „postaram się wygrać, zobaczymy”, a Saleta: „Dam z siebie wszystko, niech to będzie dobre widowisko”. Czyli – nudy. W mediach da się wyczuć lekką irytację odpornością obu sportowców na podpuszczanie: z czego tu niby zrobić show?

Z boksu. Kiedy Gołota i Saleta wychodzą na ring, okazuje się nagle, że sport jest nieprzewidywalny. Niemal od początku zaczyna się znakomity pojedynek w półdystansie. Lepiej zaczyna Gołota: rozluźniony, ładnie chodzący na nogach balansujący tułowiem, trafia co chwila lewym prostym. Saleta skoncentrowany i początkowo spięty, pokazuje jednak charakter. Na lewy sierp Gołoty odpowiada akcją lewy prosty – prawy prosty. Andrzej kończy pierwszą rundę prawym na dół i prawym sierpem, ale widać, że Przemek się już przełamał i nawiązuje walkę. Świetnie rozpoczyna drugą rundę, co chwilę trafia kombinacjami. Andrzej kontruje prawym po odchyleniu i końcówka rundy znów dla niego. Ale publiczność zaczyna przecierać oczy ze zdumienia: akcja trwa cały czas, z obu stron mamy znakomity boks na wysokim poziomie. Żadnego kunktatorstwa i unikania walki, żadnego bezrozumnego rzucania się na siebie. Pojedynek pięściarski, jakiego nie powstydziliby się ludzie młodsi o ćwierć wieku.

Przebieg walki zmienia się jak w kalejdoskopie: W trzeciej rundzie Saleta trafia znakomitą kombinacją prawy podbródkowy – lewy sierp, za chwilę rewanżuje mu się Gołota. Przed końcem rundy Przemek atakuje potężnym prawym poprawia lewym sierpem i Andrzeja ratuje Gong. Ale w czwartej rundzie tempo nie słabnie i mamy moment, kiedy to Saleta jest w poważnych opałach. Publiczność wstaje z miejsc, nikt już nie próbuje traktować tej walki jako występu emerytów. Podziw wzbudzają obaj: techniką, kondycją, stylem walki. Pojedynek toczy się czysto, bez fauli. Nawet wypluwanie przez Gołotę ochraniacza na zęby, które w końcu skutkuje dwoma ostrzeżeniami, na powtórkach okazuje się raczej niezamierzoną konsekwencją tego, że Andrzej od trzeciej rundy walczy z otwartymi ustami, bo po prawym prostym Przemka nie jest w stanie oddychać przez nos. Z kolei zadane przez Saletę rzekome uderzenie w tył głowy na powtórkach okazuje się dozwolonym ciosem w tylną krawędź skroni.

Rundy piąta i szósta to nadal widowisko bokserskie na najwyższym poziomie. Tempo nie słabnie, nie sposób uwierzyć, że walczący mają razem 90 lat. Po serii nieprawdopodobnych wymian Andrzej w końcu upada – raczej nie po pojedynczym ciosie, tylko stopniowo nadkruszony i w końcu rozbity kolejnymi i kolejnymi kombinacyjnymi seriami Przemka. Sędzia wylicza Gołotę do dziesięciu.

Ale pojedynek – choć zakończony nokautem – był przecież niezwykle wyrównany. Okazuje się, że po pięciu rundach Andrzej wygrywał na kartach dwóch sędziów (49:47 i 49:48), a trzeci sędzia punktował remis (47:47). Więc gdyby nie nokaut, na koniec szóstej rundy mielibyśmy prawdopodobnie remis punktowy i wszystko byłoby jeszcze możliwe w tej wspaniałej walce.

Po wygranej Saleta mówi do kilkunastotysięcznej widowni: „Wygrana 45-letniego Salety nad 45-letnim Gołotą nic nie znaczy. To Andrzej pozostaje największym bokserem w historii polskiej wagi ciężkiej”. Widownia nagradza te słowa owacją.

Tak wygląda wielki sport. Nie zobaczymy tu tak oczekiwanego przez niektóre media gówniarskiego opluwania konkurenta. Zobaczymy za to wzajemny respekt, uznanie dla wielkiego wysiłku, ciężkiej pracy i niezłomnego charakteru. To wszystko warto oglądać, a oglądając – ładować się dobrą energią. Bo ta energia, ta atmosfera szacunku dla oponenta przyda się nam jak woda na pustyni, kiedy za moment do studia wejdą znów politycy i zaczną swoją walkę bez reguł.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *