The Wheel of Life

Przyszłość naszej żywności

Bartłomiej Kozek
21 października 2011

Wraz ze zmianami klimatu, wzrostem liczby ludzi na świecie, wykupem coraz większych połaci ziemi w krajach rozwijających się przez Chiny i państwa Bliskiego Wschodu czy też upowszechnianiem się upraw GMO temat żywności coraz częściej będzie gościł w serwisach informacyjnych.

Jednym z elementów ideologii There Is No Alternative jest przekonanie, że walka z uprzemysłowieniem rolnictwa jest bez sensu. Mówi się, że gdyby nie „zielona rewolucja” w XX w., sytuacja żywieniowa wielu krajów rozwijających się byłaby dziś dramatyczna. Bardzo podobnie tłumaczy się promowanie upraw GMO, dzięki której oferować się ma globalnemu Południu odmiany rzekomo lepiej dostosowane do zmieniającego się klimatu. Rolnictwo tradycyjne traktowane jest jako przeżytek, nie dostosowany do potrzeb rosnącej ilości ludności na świecie. Efektem takiego myślenia staje się rosnąca chemizacja rolnictwa, wyjaławianie gleb, wzrost znaczenia monokultur oraz upraw przemysłowych na biopaliwa czy paszę dla zwierząt hodowlanych. Rosnący udział mięsa w diecie coraz większej części globalnej populacji (chociażby rozwijających się w imponującym tempie Chin) przekłada się na wzrost hodowli produkującego metan bydła, co dodatkowo przyspiesza zmiany klimatu. Kiedy zbierzemy wszystkie efekty dotychczas forsowanego modelu rolnictwa, którego rozwój napędzany jest dodatkowo przez liberalizację międzynarodowego handlu, okaże się, że nie rysuje się on w tak różowych barwach, jak chcieliby jego zwolennicy.

Jak powinna wyglądać bardziej społecznie sprawiedliwa i wiarygodna ekologicznie alternatywa? Wskazówki znaleźć możemy w firmowanej przez waszyngtońskie biuro Fundacji im. Heinricha Bölla publikacji „The Wheel of Life. Food, Climate, Human Rights and the Economy”, autorstwa Debbie Barker z Center for Food Safety. Autorka pieczołowicie wykazuje grzechy przemysłowego rolnictwa. Jego skutkiem stała się monopolizacja handlu nasionami (2/3 ze sprzedawanych rolnikom nasion należy do 10 największych korporacji agrobiznesowych). Stawianie na terytorialnie rozległe monokultury przyczynia się do masowego zaniku bioróżnorodności – dość wspomnieć, że ilość odmian ryżu w Chinach spadła aż o 90%, a kukurydzy w Meksyku o 80%. W Indiach, gdzie rozwija się rynek upraw GMO, z 30 tysięcy odmian ryżu uprawianych przed rewolucją rolną, dziś wykorzystywanych jest zaledwie 10. Tracimy w ten sposób wielowiekowe dziedzictwo kultury rolnej, która wykorzystywała je do upraw najlepiej dostosowanych do lokalnego mikroklimatu.

Rolnictwo przemysłowe nie okazało się panaceum na problem głodu. Chociaż żywności na świecie nie brakuje, jej wadliwa dystrybucja oraz spekulacje prowadzą do windowania cen żywności na poziom nieosiągalny dla milionów ludzi na całym świecie. Nie broni się ono nawet, jeśli przyjmiemy za najważniejszy czynnik efektywność produkcji. Jeszcze w 1940 r. w USA 1 kaloria paliwa wykorzystywanego w procesie produkcyjnym dawała w rezultacie 2,3 kalorie żywności. Dziś dla otrzymania 1 kalorii jedzenia przeciętny amerykański rolnik musi zainwestować od 10 do 15 kalorii energii z paliw kopalnych. Oznacza to 23-krotny spadek wydajności!

Podobnych przykładów demitologizujących rolnictwo przemysłowe znajdziemy w „The Wheel of Life” bez liku. Komu zależy na utrzymywaniu takiego modelu upraw i hodowli, coraz bardziej sprzecznego z celem redukcji emisji gazów cieplarnianych? Odpowiedź wydaje się aż nazbyt oczywista – to koncerny agrobiznesowe, czerpiące zyski z wiązanej sprzedaży nasion roślin GMO oraz przydatnych w ich uprawach pestycydów i herbicydów. Ich rosnące stosowanie kończy się rosnącym skażeniem środowiska, coraz częściej przybierającym postać „błędnego koła”. Chwasty oraz insekty żywiące się roślinami uprawnymi uodparniają się na chemikalia, co skutkuje ich zwiększonym zużyciem. Rosnąca chemizacja rolnictwa nie rozwiązuje zresztą problemu – pomimo faktu, że zużycie pestycydów wzrosło w USA dziesięciokrotnie w okresie od 1945 do 2000 r., odsetek strat spowodowanych przez insekty… wzrósł z 7 do 13 proc. W USA uprawy GMO zużywają aż o 26% więcej chemikaliów na akr niż uprawy konwencjonalne. Wbrew twierdzeniom wielkiego agrobiznesu nie ma po dziś dzień przekonujących dowodów na to, że udało mu się wyhodować odmiany radzące sobie lepiej ze zmianami klimatu (na przykład lepiej wiążące dwutlenek węgla w glebie) niż dotychczas istniejące odmiany zbóż. Co więcej – nie ma nawet przekonujących dowodów, by uprawy GMO zwiększały w istotny sposób osiągane dzięki nim plony.

Czy alternatywa w postaci rolnictwa ekologicznego ma jednak rację bytu? Biorąc pod uwagę, że nadal nie wszyscy ludzie mają dostęp do czystej wody pitnej, a rolnictwo przemysłowe zużywa dziś już 70% jej dostępnych zasobów, pora się zastanowić, czy w ogłle mamy inne wyjście, jeśli chcemy uniknąć konfliktów o wodę i ziemię. Brak stosowania płodozmianu i innych metod regeneracji gleby przyczynia się do obniżenia jej jakości i tym samym możliwych do uzyskania plonów. Natomiast powrót do rolniczych tradycji, uwzględniających możliwości regeneracyjne planety, daje obiecujące rezultaty, szczególnie na obszarach, w których wysokość plonów ma kluczowe znaczenie dla przetrwania lokalnych społeczności. W Etiopii użycie nawozu naturalnego zamiast syntetycznego przyniosło trzy- do pięciokrotny wzrost plonów. Analogiczne działania podczas sezonu suchego w Burkina Faso przyniosły wzrost plonów o 400%. Ogólnie, 286 tego typu projektów, starających się zadbać także o bardziej efektywną retencję wody, przeprowadzonych 57 krajach rozwijających się, dawało średni wzrost plonów na poziomie 79%. Zwiększa to suwerenność żywnościową poszczególnych zakątków globu (w szczególności ważną dla globalnego Południa), co daje większą odporność na spekulacyjne windowanie cen żywności.

Nie sposób mówić o rolnictwie bez pamiętania o dwóch niezwykle istotnych jego aspektach – genderowym oraz dotyczącym reguł globalnej wymiany handlowej. W skali światowej to kobiety obciążone są znacznie bardziej niż mężczyźni obowiązkami związanymi z uprawą ziemi. Rosnąca industrializacja rolnictwa zmniejsza ilość dostępnych na obszarach wiejskich miejsc pracy, często zmuszając kobiety do migracji. Dla wielu z nich oznacza to wyzysk w nowych miejscach pracy (np. fabrykach tekstyliów), biedę czy wzrost zagrożenia przemocą, w tym seksualną. Nawet w zawodach związanych z produkcją żywności dostrzec można różnice w zarobkach między kobietami i mężczyznami.

Powstanie Światowej Organizacji Handlu i promowany przez nią model handlu międzynarodowego nie ułatwia walki z takimi negatywnymi zmianami. Przykładem narzędzia, które pozbawia państwa możliwości prowadzenia niezależnej polityki żywieniowej, jest „reguła minimalnego dostępu”, mówiąca o tym, że państwa członkowskie WTO nie mają prawa zakazu importu określonego dobra, jeśli nie przekracza ono 5% jego produkcji w danym kraju. Dla wielu krajów oznaczało to gwałtowne przemiany w strukturze produkcji rolnej. Autorka podaje przykład Filipin, w których otwarcie na handel żywnością z USA zagraża miejscom pracy lokalnych rolników. Otwarcie się na wymianę handlową przez Meksyk w obrębie NAFTA (układu o wolnym handlu z USA i Kanadą) doprowadziło do sytuacji, w której niegdyś samowystarczalny pod względem upraw kukurydzy kraj dziś większość swojego zapotrzebowania zaspokaja importem z USA. Jak widać, problemy związane z produkcją rolną są ze sobą wzajemnie powiązane i nie da się ich rozwiązać w izolacji od siebie.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *