Powoli, ale do przodu

Bartłomiej Kozek , Ondřej Mirovský
7 lutego 2014

Czescy Zieloni (Strana zelených) szykują się do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Bartłomiej Kozek pyta Ondřeja Mirovskýego o sytuację partii po jesiennych wyborach parlamentarnych.

Bartłomiej Kozek: Powinienem smucić się z powodu waszego wyniku wyborczego z października zeszłego roku – 3,19% – czy może cieszyć się, że był lepszy niż w r. 2010?

Ondřej Mirovský: Owszem, był lepszy. Mamy dziś ok. 30 tysięcy nowych wyborców – podczas gdy w roku 2010 było ich 127.831, w październiku zdobyliśmy 159.025 głosów. Niestety znaleźliśmy się pod 5-procentowym progiem wyborczym. Sytuacja polityczna związana ze wzrostem znaczenia trzech partii populistycznych nie ułatwiała nam zadania.

BK: Uważasz, że wasz wynik wyborczy obala tezę Martina Bursíka – byłego lidera Zielonych, który opuścił przed wyborami partię, oskarżając ją o skręt w lewo – że powinna się ona skupić wyłącznie na tematyce ekologicznej i w ten sposób próbować odebrać wyborców konserwatystom z TOP 09?

OM: Ruch Zielonych nie kończy się na tematach ekologicznych i byłoby błędem ograniczanie się wyłącznie do tych kwestii. Zieloni to dużo więcej niż tylko „zielone” tematy… Nie skręcamy też w lewo, po prostu przestaliśmy być postrzegani jako partia prawicowa z powodu naszego udziału w centroprawicowym rządzie w latach 2006–2010, przeszliśmy do politycznego centrum. Bursík wolał, byśmy skupiali się na liberalnych, prawicowych wyborcach wrażliwych na tematykę ekologiczną.

BK: Czy Zieloni próbowali negocjować na temat wspólnego startu z Partią Piratów? Odniosła ona niemały sukces w jesiennych wyborach, w niektórych regionach kraju zdobyła więcej głosów niż Zieloni. Z perspektywy zewnętrznego obserwatora taki sojusz nie wygląda na głupi pomysł, ale chciałbym spytać się o niego kogoś z wewnątrz waszej partii…

OM: Mamy dobre doświadczenia ze wspólnego startu w wyborach do Senatu, dzięki któremu zdobyliśmy wspólnego senatora – Libora Michálka. Jest też jednak sporo różnic w naszych programach. Choć powstał oddolny ruch na rzecz wspólnego startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego, wydaje się, że liderzy naszych partii preferują osobny start w tych wyborach. Często zdarza się nam jednak mieć wspólne listy na szczeblu lokalnym.

BK: Czy w trakcie minionej kampanii odbywały się jakieś większe dyskusje polityczne, czy skupiała się przede wszystkim na ocenie poprzedniego prawicowego rządu? Czy tematy kampanii, jakie obraliście za wiodące – zielone miejsca pracy, energetyka odnawialna, wysokiej jakości żywność czy opieka żłobkowo-przedszkolna – poruszyły opinię publiczną?

OM: Wyniki wyborów pokazały, że sporo było głosów protestu przeciwko poprzedniemu, fatalnemu rządowi. W kwestii polityki energetycznej musieliśmy się bronić przed oskarżeniami o to, że odpowiadaliśmy za nieprawidłowości w sektorze energetyki solarnej z lat 2009–2010. Z drugiej strony mogę powiedzieć, że temat żywności czy opieki nad dziećmi podchwyciły również inne partie.

BK: Mieliście znacznie mniej pieniędzy na kampanię w porównaniu do innych partii – jaki pomysłami zatem próbowaliście do siebie przekonać elektorat?

OM: Mając do dyspozycji niewielki budżet – 12 milionów koron (ok. 1,8 mln zł) skupiliśmy się na mediach społecznościowych, Internecie, PR wokół stylu życia oraz na młodych wyborcach. Zamiast wielkich billboardów – małe plakaty A2. Kładliśmy nacisk na bezpośredni kontakt z ludźmi, mieliśmy też zielony sześcian, który podróżował po Republice Czeskiej i pokazywał, ile pieniędzy wydajemy dziś jako państwo na różne działania i jak niewiele trzeba, by znalazły się środki na finansowanie bardziej palących kwestii.

BK: Jak szła wam kampania „od drzwi do drzwi”? Podobno nie narzekaliście na brak wolontariuszek i wolontariuszy.

OM: Kampania tego typu działa dobrze tylko wtedy, gdy bierze w niej udział kandydat czy kandydatka… Trudno jest też dotrzeć do wszystkich wyborców, potrzeba do tego kilkuset osób, dostępnych między 18.00 a 20.00.

BK: Jedna rzecz jest dla mnie po tych wyborach jasna – poza Pragą i Brnem Zielonych nadal czeka sporo pracy, jeśli chcą przekroczyć próg 5% i wrócić do parlamentu. Macie już jakieś pomysły na to, w jaki sposób dotrzeć do małych miasteczek czy wsi?

OM: Wiemy, że mamy z tym problem – gorzej ze znalezieniem odpowiedzi. Myślimy o kampanii „Zielone szanse dla naszej wsi”, która pokazywałaby potencjał tworzenia miejsc pracy dzięki rozwojowi zrównoważonego rolnictwa czy ochronie środowiska. Naszym największym zmartwieniem jest fakt, że mamy tam niewiele członkiń i członków partii – w 7 regionach kraju jest ich mniej niż w dzielnicy Praga 7.

BK: Czescy Zieloni mają teraz więcej pieniędzy dzięki subwencjom budżetowym – jak twoim zdaniem powinni je wydać, by dobrze przygotować się na wybory do Europarlamentu?

OM: Za wybory dostaliśmy z budżetu 16 milionów koron (ok. 2,4 mln zł), rocznie dostawać będziemy 6,5 miliona (niecały milion zł). Pozwoli to utrzymać nam naszą siedzibę, może nawet zapłacić kilku osobom za ich pracę – np. koordynatora programowego czy szefa kampanii. Na dzień dzisiejszy na kampanię do Parlamentu Europejskiego planujemy wydać ok. 2 mln koron (ok. 300 tys. zł), na ten temat dyskutowaliśmy przy okazji styczniowego kongresu partii.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Powoli, ale do przodu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *