Janusz Palikot

Palikot jak Zapatero?

Bartłomiej Kozek
26 sierpnia 2011

Najwyższa pora przestać wypominać Palikotowi „Ozon” i happenerstwo. Zamiast tego lepiej przeczytajmy jego program.

Sojusz Lewicy Demokratycznej nie ma ostatnio dobrej prasy. Problemy przy układaniu list wyborczych sprawiły, że ze współpracy z tą partią zrezygnowała najpierw Wanda Nowicka, następnie zaś Robert Biedroń. Czy ich przejście do drużyny Janusza Palikota to dobry ruch?

Z perspektywy osoby o progresywnych poglądach społecznych i politycznych, ostatnie posunięcia Palikota mogą wydawać się spełnieniem marzeń. Odważną decyzją jest wystawienie jako liderki listy w Krakowie Anny Grodzkiej, prezeski stowarzyszenia Trans-Fuzja. Dzięki temu media dały jej okazję do pokazania tego, o czym środowisko LGBT wiedziało od dawna: że jest ona niezwykle kompetentną, zaangażowaną społecznie osobą. Pojedynek wyrugowanego z list SLD Roberta Biedronia z Leszkiem Millerem w Gdyni z pewnością będzie jednym z ciekawszych starć rozkręcającej się kampanii wyborczej. Dodajmy do tego „dwójkę” Nowickiej i „trójkę” szefa Kampanii Przeciw Homofobii Tomasza Szypuły w Warszawie, obecność na listach przedstawicieli Wolnych Konopii, wysoki odsetek kandydujących do Sejmu kobiet… Imponujące jak na polską scenę polityczną, nieprawdaż?

Sęk w tym, że lektura przyjętego na początku br. w Katowicach, liczącego sobie nieco ponad 30 stron programu Ruchu Palikota nie pozwala wierzyć, że jest on wiarygodną alternatywą dla wyborców z sercem po lewej stronie. Choć widać ewolucję przekazu partii, i obok „wolnej przedsiębiorczości” zaczynają pojawiać się hasła wrażliwości społecznej, to w samym tekście programu polityka społeczna jest niemal nieobecna. Biorąc pod uwagę, że mowa o programie formacji, która stawiała w całym kraju billboardy „Gospodarka jest najważniejsza”, zaskakuje też fakt, że kwestiom ekonomicznym poświęcone są całe 4 strony.

Z kolei biorąc pod uwagę, że na gospodarkę poświęcono tylko 4 strony, zaskakiwać musi to, ile niedobrych pomysłów udało się na tych stronach zmieścić. Wprowadzenie 18-procentowego liniowego podatku PIT, VAT i CIT spowodowałaby wzrost rozwarstwienia dochodowego, zmniejszając obciążenie osób zamożnych, a zwiększając obciążenie mało i średnio zarabiających. Ci pierwsi skorzystaliby na likwidacji 32-procentowej stawki PIT, zaś wzrost VAT na towary, obłożone dziś obniżoną stawką, takie jak żywność, nie dotknąłby ich, bo nie stanowią one istotnej części ich wydatków. Z kolei dla osób o niskich i średnich zarobkach PIT pozostałby bez zmian, natomiast likwidacja obniżonych stawek VAT dałaby im mocno po kieszeni. I tak kulawa polska redystrybucja zmieniłaby się w faktyczne uprzywilejowanie osób zarabiających ponadprzeciętne pieniądze. Na konferencjach prasowych Palikot prezentuje czasem postulaty, mające złagodzić ostrze takiej reformy fiskalnej. Pomysły takie, jak zwolnienie z PIT na 10 lat rodziców, wychowujących co najmniej trójkę dzieci, brzmią jednak raczej komicznie.

Niewykluczone, że w wyniku podwyżki VAT udałoby się doprowadzić do zmniejszenia deficytu budżetowego, chociaż koszty społeczne byłyby znaczne. Jedyne usługi społeczne, o których mowa w dokumencie „Nowoczesna Polska”, to bezpłatny Internet i antykoncepcja oraz przeznaczenie 1% wydatków budżetowych na kulturę. Trochę to mało jak na partię, puszczającą podobno oko do lewicowego elektoratu. Pojawiają się też pomysły, które nie stawiają w dobrym świetle ekonomicznych kompetencji Palikota. Jak choćby priorytet dla wydłużania wieku emerytalnego w sytuacji, kiedy Polska ma nadal wiele do zrobienia, jeśli chodzi o niską jak na Europę stopę zatrudnienia (wg Eurostatu 59,3% w 2010 r. w porównaniu do unijnej średniej 64,2% i ponad 70% w Szwecji, Danii, Austrii, Niemczech czy Holandii), a w programie nie ma praktycznie żadnego (poza redukcją biurokracji) pomysłu na stymulowanie tworzenia miejsc pracy. Aby natknąć się na postulaty, mogące poprawić sytuację na rynku pracy, takie jak programy budownictwa mieszkaniowego, trzeba przekopać się przez… biuletyn prasowy ugrupowania. Kolejny dokument programowy, „Gospodarka jest najważniejsza”, nie pozostawia już wątpliwości, po czyjej stronie opowiada się Ruch Palikota. Proponuje się w nim m.in. liberalizację przepisów BHP czy enigmatyczne „uproszczenie kodeksu pracy”, co niemal zawsze w najnowszej historii oznaczało ograniczanie praw pracowniczych.

Osoby, dla których ważna jest ekologia, nie znajdą w programie Ruchu Palikota niczego dla siebie. No, chyba że będą obserwowały profil partii na Facebooku. Jest wówczas szansa, że dowiedzą się, że formacja byłego posła PO z Lublina jest przeciwko GMO. Nie wiadomo, o jakich jeszcze postulatach programowych dowiemy się z serwisów społecznościowych, o ile partia nie zdecyduje się przed wyborami na ich zebranie w jednym miejscu. Na razie bowiem ich analiza przypomina momentami pracę detektywistyczną. Do tej pory najbardziej przebijały się hasła antyklerykalne i liberalne światopoglądowo, skład list wyborczych RP zdaje się potwierdzać, że kierunek ten będzie kontynuowany. Nie trzeba w nieskończoność wypominać Palikotowi redagowanego przez środowisko katolickich integrystów z „Frondy” tygodnika „Ozon”, którego był wydawcą. Sęk w tym, że w kwestiach takich, jak prawa kobiet nadal nie wydaje się on bardziej wiarygodny niż mające swoje przewiny SLD: w programie znalazły się raptem 4 postulaty z tej dziedziny, wliczając w to darmową antykoncepcję… To samo dotyczy osób LGBT, które poza związkami partnerskimi nie zobaczą żadnego innego adresowanego do nich postulatu.

Trudno mi zrozumieć, dlaczego tak wiele osób daje się uwieść magii Janusza Palikota i jego rzekomej lewicowej wrażliwości. Zaprezentowane przez jego środowisko dokumenty – może poza kilkoma kwestiami związanymi z uproszczeniem działalności gospodarczej, nad którymi warto podyskutować – prezentują wysoki poziom ogólnikowości. Mało w nich dowodów na to, by poprzez bardziej merytoryczną kampanię lider RP miał ochotę pozbyć się łatki happenera, przychodzącego do telewizyjnego studia z odciętą świńską głową. Jak to możliwe, że populizm Palikota wśród wielu, skądinąd dobrze wykształconych ludzi, cieszy się wzięciem analogicznym do niegdysiejszej popularności Andrzeja Leppera na obszarach wiejskich? Palikot mógł zmienić światopogląd na bardziej liberalny kulturowo, jednak w pewnych kwestiach pozostaje konsekwentny. Tak w czasach „Ozonu”, jak i dziś, wspiera wizję gospodarki, w której nie ma wiele miejsca na sprawiedliwość społeczną, zaś ewentualne działania państwa w polityce społecznej, wspominane w programie mimochodem, służyłyby głównie gaszeniu pożarów. Pożarów, dodajmy, wywołanych trwałym pogorszeniem warunków życia osób o małych i średnich dochodach wskutek postulowanych przez Palikota zmian w systemie podatkowym. Nie będą to warunki ekonomiczne, które sprzyjałyby kulturowej modernizacji.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

9 thoughts on “Palikot jak Zapatero?

  • 26 sierpnia 2011 at 14:07
    Permalink

    sporo racji w artykule ale czemu student wiedzy o kulturze komentuje program ekonomiczny? ekonomia to bardzo skomplikowana sprawa. autor nie podjąłby się tekstu np z zakresu inżynieri materiałowej – bo się na tym nie zna, ale ochoczo pisze o nie mniej skomplikowanej ekonomii, na której też nie ma prawa sie znać.

    Reply
  • 26 sierpnia 2011 at 14:14
    Permalink

    Mam do tego prawo jako człowiek i obywatel – nie muszę się spowiadać z tego, czy i ile zajęć z ekonomii brałem w czasie toku studiów. Nie mówiąc już o tym, że taki Michał Boni kreujący wizję „Polski 2030” jest kulturoznawcą, wielu ministrów finansów na świecie wykształcenia ekonomicznego nie ma etc.

    Nie mówiąc już zresztą o tym, że ekonomia jest dziedziną kultury i nauką społeczną, w przeciwieństwie do inżynierii materiałowej ;) Szczęśliwie redakcja Zielonych Wiadomości tyranii ekspertów i obiektywności się nie poddaje :)

    Reply
    • 26 sierpnia 2011 at 22:32
      Permalink

      Dzięki Bartku, poważnie się zastanowię nad pomysłami Palikota ;-) Nie jest tak pięknie jak sam deklarował.

      Reply
  • 27 sierpnia 2011 at 05:34
    Permalink

    Bartku, niestety nie zgodze sie z Toba. Zmiany kodeksu pracy sa nieuniknione, wiesz dlaczego? Bo obecnie pracodawcy boja sie zatrudniac ludzi na umowy o prace. Wiesz dlaczego? Bo w kazdej chwili, jesli cos sie pracownikowi nie spodoba, idzie na zwolnienie lekarskie. Sam mialem taka sytuacje, gdzie pracownik wymyslil sobie bolacy kregoslup i trwalo to kilka miesiecy. Po zgloszeniu sprawy do ZUSu, okazalo sie, ze przyszedl z wypowiedzeniem umowy. Poprzedni jego pracodawcy mieli ten sam problem. Jesli obnizy sie zas podatki dochodowe, w przypadku malych przedsiebiorstw, czy jednoosobowych dzialalnosci gospodarczy, uratuje to ich funkcjonowanie, a jesli beda mialy wiecej pieniedzy, to przelozy sie to na zatrudnienie.

    Jesli chodzi o biurokracje – to problem wielki, trzeba go natychmiast zmienic, bo… Niby sa komputery i niby moge w dowolnym urzedzie miejskim zlozyc dokumenty np. ze zmiana numeru konta firmy, albo zmiana miejsca prowadzenia dzialalnosci – w praktyce, w Warszawie, dowiedzialem sie, ze dzis system nie dziala i prosze przyjsc za tydzien.

    Jesli zaczniemy od podstaw, bedzie prosciej.

    Mysle, ze gdybys zatrudnil kiedykolwiek chocby jednego pracownika na umowe o prace, zrozumialbys, jaka to meka, prowadzic w Polsce firme.

    Jestem gotowy dac prace nawet 20 osobom (na razie stac mnie maksymalnie na 8), ale musialbym miec mniejsze koszty utrzymania takiego pracownika, mniejsze koszty podatku dochodowego, oraz przede wszystkim wiecej zabezpieczen – np. w przypadku symulowanych chorob, ktorych w zasadzie nikt teraz nie pilnuje.

    Mysle, ze komentowanie bez podstawowej wiedzy, szczegolnie z autopsji, nie powinno sie odbywac!

    Reply
  • 27 sierpnia 2011 at 11:17
    Permalink

    Tomku, zacznę od końca – jeśli zamierzasz odmawiać komukolwiek prawa do komentowania, to zwyczajnie w świecie ograniczasz demokrację. Tym bardziej, jeśli jednocześnie stosujesz jeden z podstawowych błędów logicznych – uogólnianie indywidualnej autopsji na sytuację makroekonomiczną. Podobne uogólnienia prowadzą w prostej drodze np. do twierdzeń, że budżet państwa to to samo co budżet domowy, co nie do końca jest prawdą.

    To, co mnie osobiście zniechęca do własnego biznesu w Polsce, to owszem, biurokracja, brak stabilności prawnej i trudność w dostępie do kapitału. Składki nie przerażają mnie w ogóle, bowiem wiem, że bez nich nie byłoby możliwe zaspokojenie podstawowych potrzeb społecznych. Ich wysokość już dziś zresztą sprawia, że mamy niższy niż unijna średnia poziom wydatków na opiekę zdrowotną, więc nie dziwota, że wygląda, jak wygląda. Można oczywiście przejść na bezpośrednie finansowanie publiczne, nie ze składek tylko z podatków, ale wtedy trzeba być gotowym na podwyżki podatków, żeby to wszystko się domknęło jak w Skandynawii.

    Niespecjalnie protestowałem przeciwko postulatom nie tylko Palikota, ale i innych formacji, proponujących np. ułatwienia przy zakładaniu firmy, odprowadzanie przez firmy podatków i składek w momencie faktycznego przyjścia pieniędzy od kontrahentów, nawet nie mierzi mnie wizja zastępowania faktur zwykłymi paragonami. Problem w tym, że by to wszystko działało, potrzeba sprawnie działającego aparatu publicznego, a więc i… biurokracji. Znajomy zdziwił się, że w Niemczech papierologia różnego rodzaju zajęła mu nie pół dnia, a pół godziny. Wystarczy spojrzeć z jednej strony na tradycje biurokratyczne (bo nie zawsze państwowe – otoczenie instytucjonalne i historyczne również ma znaczenie w ekonomii), a z drugiej na poziom składek i podatków, by uzyskać odpowiedź, dlaczego tam to działa.

    Jeśli zmiany kodeksu pracy, to tylko i wyłącznie w wyniku trójstronnego dialogu. Właśnie dlatego nie lubię jednostkowych przykładów – tak jak ludziom wydaje się, że rozwiążą problemy społeczne, wpłacając pieniądze na pojedyncze, chore dziecko (zamiast skupić się na architekturze ochrony zdrowia), tak samo myśli się w kategoriach działania państwa. Nie mam nic przeciwko, a wręcz przeciwnie – dużo o tym pisałem – gdyby w wyniku wspólnych negocjacji udałoby się analogicznie do Danii wprowadzić akceptowane przez związki zawodowe uelastycznienie rynku pracy w zamian za finansowanie przez państwo z wysokich podatków aktywne programy rynku pracy (szkolenia, staże etc.) – to spoko.

    Ja, jako osoba która szukała pracy, mam również różne doświadczenia z pracodawcami. Na każdą historię o męce przedsiębiorcy mógłbym znaleźć kilka na temat męki pracownika, bycia wyzyskiwanym przezeń etc., co nie sprawia, że chciałbym np. upaństwowienia wszystkich przedsiębiorstw. Mało kto zastanawia się tu np. dlaczego w Polsce jest taki wysoki odsetek przedsiębiorców, tworząc mit przedsiębiorczego narodu i pomijając kwestię np. roli samozatrudnienia. Właśnie dlatego – obok niewątpliwej korzyści z posiadania wiedzy z autopsji, tyle że z drugiej strony rynku pracy – warto spojrzeć na poziom makro, a z tej perspektywy program Palikota, w mojej opinii, nie trzyma się kupy.

    Elastyczny rynek pracy, bez adekwatnych wydatków społecznych państwa (zarówno pasywnych, jak zasiłki, jak i aktywnych, jak szkolenia), z niskim poziomem uzwiązkowienia, co de facto uniemożliwia przejęcie przez związki zawodowe części roli państwa na rynku pracy, a na dokładkę z ujednoliconym VAT-em, co spowoduje chociażby wzrost cen żywności – to recepta na dalsze rozwarstwienie społeczne, dużo bardziej niż na spektakularny rozwój przedsiębiorczości. Pomijam już tu badania psychologiczne dotyczące korelacji między jakością pracy a stopniem bezpieczeństwa zatrudnienia, bo to już nieco inna broszka, chociaż również wpływająca zarówno na wyniki pojedynczych przedsiębiorstw, jak i całej gospodarki.

    Nie mówiąc już o tym, że moi rodzice swego czasu przedsiębiorcami byli i na kodeks pracy nie narzekali – i nie przyczynia się to u mnie do uogólnienia, że wszystko jest z nim w porządku :)

    Reply
  • 28 sierpnia 2011 at 11:58
    Permalink

    Tomaszu, jakie „nieuniknione” zmiany w kodeksie pracy rozwiązują problem lewych zwolnień lekarskich? Likwidacja urlopów zdrowotnych?

    Reply
  • 29 sierpnia 2011 at 11:51
    Permalink

    @maciek
    Maćku, na tej zasadzie Kopernik nie był uprawniony do badań nad układem heliocentrycznym, ani nie sfomułowałby prawa o gorszym pieniądzu, bo był tylko TEOloGIEM Z wykształcenia.

    Reply
  • 29 sierpnia 2011 at 17:18
    Permalink

    Panda wita Kozicę:) Niech żyją i rozwijają się gatunki zagrożone!

    Reply
  • 1 września 2011 at 13:23
    Permalink

    Świetna analiza, zgadzam się

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *