Oszczędzać czy inwestować? Zieloni wobec kryzysu w Europie

Łukasz Moll
2 lipca 2012

Przy okazji rady Europejskiej Partii Zielonych w Kopenhadze „Green European Journal” zorganizował dyskusję poświęconą programom oszczędnościowym (austerity), wdrażanym w kolejnych europejskich krajach w celu redukcji długów publicznych. Polityka cięć, zagrażająca europejskiemu modelowi społecznemu, powoduje gwałtowne protesty społeczne w wielu krajach. Także podczas spotkania europejskich rodziny Zielonych w stolicy Danii wzbudzała liczne kontrowersje.

W dyskusji, którą moderował redaktor naczelny „Green European Journal” Benoît Lechat, wzięli udział: Laia Ortiz i Castellví (zielona polityczka z Katalonii), Philippe Lamberts (współprzewodniczący Europejskiej Partii Zielonych, europoseł) i Erica Meijers (redaktorka naczelna „De Helling”, kwartalnika fundacji badawczej holenderskiej partii GroenLinks).

Programy oszczędnościowe zaciemniają rzeczywistość

Laia Ortiz i Castellví mówiła o skutkach polityki oszczędności w Hiszpanii: „Rośnie poziom biedy, spada jakość edukacji i opieki zdrowotnej, a także ochrony środowiska. Polityka ta negatywnie wpływa na liczbę miejsc pracy. Bezrobocie w 2007 roku wynosiło 8,2%, obecnie jest to 24,4%. W tym samym okresie liczba pracowników spadła z 20,3 mln do 17,4 mln, a odsetek osób zagrożonych ubóstwem wzrósł z 19,7% do 20,7%”. Politykę zaciskania pasa uzasadnia się przy pomocy demagogicznych argumentów: „Mówi się np. o rozdętym sektorze publicznym. A przecież w Hiszpanii zatrudnionych w nim jest 14,6% pracujących, podczas gdy chociażby we Francji jest to 29% ogółu zatrudnionych”.

Ortiz i Castellví uważa, że państwa europejskie powinny dążyć do równowagi fiskalnej poprzez odwrócenie hojnych obniżek podatkowych, z których skorzystały osoby najbogatsze na całym kontynencie: „Zauważmy, że udział podatków w europejskim PKB w ostatnich latach stale spadał. Jeśli powoduje to problemy budżetowe i prowadzi do polityki antyspołecznej, do cięć budżetowych – jest to niedopuszczalne”.

Zdaniem Ortiz i Castellví w naprawie sytuacji w Europie przeszkadza hipokryzja uprawiana przez rząd niemiecki, który – wraz z Komisją Europejską i Europejskim Bankiem Centralnym – miał największy wpływ na wyznaczenie kierunku walki z kryzysem zadłużenia. „Do kryzysu zadłużenia doprowadziły przede wszystkim makroekonomiczne nierównowagi w strefie euro. Niemiecki eksport, który stale rósł w ostatnich latach dzięki obniżeniu płac realnych niemieckich pracowników, odbywał się kosztem sąsiadów. Drugą stroną nadwyżki w bilansie handlowym jest deficyt w bilansach państw strefy euro o słabszych, mniej konkurencyjnych gospodarkach. Niemcy zaostrzyli konkurencję między gospodarkami, prowadzoną za pomocą obniżek podatkowych, hamowania wzrostu płac, cięć w wydatkach na cele socjalne i ekologię. Jestem w stanie zrozumieć motywy, jakimi kieruje się niemiecki rząd. W Niemczech mamy wysoki poziom długu prywatnego w stosunku do PKB. Te pieniądze pompowały bańki spekulacyjne, np. w Grecji. Dzisiaj niewypłacalność Grecji czy innego państwa strefy euro byłaby dotkliwa dla niemieckich banków i obywateli, którzy powierzyli im swoje oszczędności”.

Nie ulega jednak wątpliwości, że obecny kryzys został spotęgowany przez politykę prowadzoną od lat w państwach mających w tej chwili największy poziom zadłużenia: „Nie chcę w ten sposób usprawiedliwiać całkowicie państw, które przeżywają obecnie największe problemy. Bez wątpienia prowadzona przez nie polityka często była niesprawiedliwa społecznie, miały one problemy ze ściągalnością podatków czy z korupcją, a wyborcy przecież sami wybierali sobie kolejne rządy” – mówiła Ortiz i Castellví. Jednak w dyskusjach o problemie zadłużenia należy przyjąć właściwie proporcje. To nie „życie ponad stan”, „wrodzone lenistwo”, „rozdęty sektor publiczny” czy „nadmierna siła związków zawodowych” odpowiadają za kryzys, ale kształt unii monetarnej i globalny kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 r. „Pamiętajmy, że to państwa musiały ratować – za pieniądze podatników – sektor bankowy. Długi publiczne państw dramatycznie wzrosły dopiero po 2008 r., na skutek akcji ratunkowych i załamania się wzrostu gospodarczego w Europie, a programy zaciskania pasa tylko pogłębiły problem. Jeśli chcemy wyjść z kryzysu i nie podkopać europejskiego modelu społecznego, musimy wreszcie na dobre zerwać z neoliberalnym myśleniem o gospodarce”.

I oszczędzać, i inwestować?

Philippe Lamberts za wyzwanie stojące przed Zielonymi w całej Europie uznał zaprezentowanie się jako opcja polityczna zdolna zaproponować sensowną i wiarygodną alternatywę wobec polityki cięć. To ważne także dlatego, że Zieloni w niektórych państwach weszli do rządów formowanych w poprzek przynależności ideowej i firmowali posunięcia prawicy, zyskując w zamian szansę zazieleniania jej w niektórych obszarach: „Dzisiaj, mimo że społeczeństwa w kolejnych państwach coraz głośniej protestują przeciwko zaciskaniu pasa, to nie postrzegają Zielonych jako alternatywy. Skłaniają się raczej w kierunku radykalnych partii, tak z prawej, jak i z lewej strony sceny politycznej. Taka radykalizacja jest niebezpieczna. Musimy zdawać sobie sprawę, że już za moment, w ciągu najbliższych lat, wyniki wyborów w kolejnych państwach ukształtują długoterminową pozycję Zielonych. Od nas zależy, jaka ona będzie. Jeśli przegramy, trudno będzie odwrócić sytuację. Dużo jeżdżę po Europie i widzę, że o ile świetnie radzimy sobie z diagnozowaniem przyczyn obecnego kryzysu i przekonująco krytykujemy przyjętą politykę, to – musimy to przyznać – ciągle mamy problemy z przygotowaniem alternatywnych recept gospodarczych”.

Belgijski polityk skrytykował podejście części swoich zielonych kolegów i koleżanek, którzy zdają się nie doceniać wagi zrównoważenia budżetu: „O ile słusznie krytykujemy politykę oszczędności, która podkopuje poziom życia i negatywnie odbija się na środowisku, to część z nas nie uważa, że równowaga fiskalna leży także w naszym interesie. Jako zwolennicy zrównoważonego rozwoju musimy mieć również zrównoważone finanse. Życie na kredyt, wystawianie rachunku do zapłaty naszych długów przyszłym pokoleniom, to nie jest kierunek, który powinniśmy popierać”. W ten sposób program Zielonych wikła się w sprzeczności – z jednej strony program Zielonego Nowego Ładu w Europie wymaga wielkich inwestycji, z drugiej zaś trzeba je sfinansować w warunkach wysokiego zadłużenia. Zdaniem Lambertsa „musimy z jednej strony oszczędzać, a z drugiej inwestować. Nie możemy sobie tak naprawdę pozwolić na odłożenie jednego z tych wyzwań na później”.

Lamberts ostrzegł także przed „demagogicznym” przerzucaniem całej odpowiedzialności za kryzys na sektor finansowy: „Powiedzmy sobie szczerze, że nie tylko rynki są nieodpowiedzialne. Część rządów także ma z tym problem”. Do zarzutów wobec Niemiec, że europejska odpowiedź na kryzys kształtowana jest w ich interesie, odniósł się następująco: „To prawda, że Grecja ma długi przede wszystkim wobec Niemiec. Ale czy możemy od niemieckich Zielonych domagać się, by mówili głośno w swoim kraju o konieczności płacenia za integrację, dlatego że niemieccy obywatele mają z niej obecnie największe korzyści?”. Zdaniem Lambertsa trzeba zrozumieć położenie niemieckich Zielonych – gdyby tak postępowali, dokonaliby politycznego samobójstwa.

Dla Lambertsa jest to nie tylko problem Zielonych niemieckich. Połączenie wierności ideałom i skuteczności politycznej to często karkołomne zadanie. Wyborcy mogą nie zaakceptować śmielszych postulatów, które głoszą Zieloni. A z drugiej strony ich zrealizowanie wydaje się Zielonym konieczne, jeśli kryzys ma zostać przezwyciężony i to w sposób zgodny z ich wizją społeczeństwa. „Czy mamy odwagę głośno i bez obaw mówić o wyższych podatkach? O zmianach systemowych? Często mówi się o nas, że jesteśmy partią dla elit, dla ludzi bogatych i dobrze wykształconych. Czy jeśli zaczniemy otwarcie głosić powyższe postulaty, to odniesiemy sukces? Nie mam wątpliwości, że powinniśmy być w rządzie, wszędzie tam, gdzie pojawia się taka możliwość. Ale co mamy robić, kiedy już się w nim znajdziemy? Rezygnować z naszej tożsamości? Mamy poprzeć pakt fiskalny, tylko po to, żeby pozostać u władzy? Co na to nasi wyborcy? Może powinniśmy lepiej przejść wreszcie od sprzeciwu do propozycji konkretnych rozwiązań? W tym celu będziemy musieli nauczyć się przekuć polityczny gniew w poparcie dla Zielonych”.

Oszczędzanie sprzyja populistom

Erica Meijers skupiła się na naszkicowaniu relacji między programami zaciskania pasa a rosnącym poparciem dla prawicowego populizmu w Europie. W Holandii rząd złożony z wielu różnych opcji politycznych spędził 7 tygodni nad ustaleniem kształtu programy oszczędnościowego – popierający go prawicowi populiści Geerta Wildersa (Partia Wolności) zerwali rozmowy w ostatniej chwili przed osiągnięciem porozumienia, odmawiając poparcia polityki oszczędności. Unia Europejska oczekiwała od holenderskiego rządu śmiałych działań, więc politycy znajdowali się pod presją. Zdaniem Meijers wycofanie poparcia dla rządu to sprytny ruch,wzmacniający notowania Partii Wolności przed wyborami. Popierając rząd, tracili bowiem po części wizerunek partii wyrazistej, antyestablishmentowej.

W tej sytuacji jeszcze przed nowymi wyborami sformułowano porozumienie ws. polityki oszczędności, pod którym podpisali się: chadecja, liberałowie, Zieloni (GroenLinks), konserwatyści i socjalliberałowie. Porozumienia nie poparli socjaldemokraci i socjaliści. Według Meijers pozytywnym skutkiem tej sytuacji jest wzięcie odpowiedzialności przez polityków za sytuację państwa w kryzysowym okresie. Natomiast tracą na tym Zieloni, ponieważ zdecydowali się podpisać pod programem zaciskania pasa. Po wyborach raczej nie powstanie w Holandii koalicja na lewo od centrum, która mogłaby zaproponować alternatywną politykę. Tym bardziej, że Zieloni wyraźnie skręcają w prawo.

Zdaniem Meijers holenderskie partie, w tym Zieloni, dają tym samym Geertowi Wildersowi szansę na odbudowę poparcia dla jego ugrupowania. „Na razie Wilders został usunięty w cień. Nie ma zbyt dużej siły przebicia. Ale istnieje realne ryzyko, że z czasem wróci silniejszy i będzie chciał obwinić Europę za zarządzanie kryzysem i jego dotkliwe dla holenderskiego społeczeństwa skutki”.

Zielonym trudno konkurować z prawicowymi populistami, ponieważ rywalizują o zupełnie inny elektorat. Według Meijers „Sukces populizmu ma szersze podłoże niż sprzeciw wobec zaciskania pasa. Trzeba pamiętać, że rośnie w siłę w kolejnych europejskich państwach od lat, kiedy daleko było jeszcze do kryzysu zadłużenia. Te przyczyny to także: globalizacja, stanowiąca zagrożenie dla tradycyjnych tożsamości; kompromitacja establishmentu politycznego; poczucie braku wpływu na politykę; zwiększona imigracja, która jest wybuchowym tematem, który łatwo populistom wykorzystać, zwłaszcza jeśli dotyczy wyznawców islamu”.

Według Meijers przed Zielonymi i pozostałymi siłami progresywnymi stoi wyzwanie budowy zjednoczonej Europy, która w oczach obywateli byłaby czymś więcej niż tylko wspólnym rynkiem z unią gospodarczą i walutową. Wzorem populistów, Zielonym nie zaszkodziłoby uprawianie polityki strachu – przed powtórką z II Wojny Światowej i innych konfliktów, które w przeszłości targały Starym Kontynentem. Meijers za sensowne uznała ustanowienie wspólnego Europejskiego Dnia Pamięci o Ofiarach II Wojny Światowej. Jej zdaniem, zwrócenie uwagi na tragedię, która dotknęła tak naprawdę mieszkańców całej ówczesnej Europy ma dziś większy sens niż eksponowanie dawnych win i wzajemnej urazy. Za pilne Meijers uznała także jeszcze większe zainteresowanie się Zielonych nowymi koncepcjami własności wspólnej.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

2 thoughts on “Oszczędzać czy inwestować? Zieloni wobec kryzysu w Europie

  • 2 lipca 2012 at 08:38
    Permalink

    Pan Lamberts się myli, słabością (niektórych, na szczęście tylko niektórych) Zielonych nie jest bark konkretnego programu czy pomysłów retorycznych, ale trudność w zdecydowaniu się, czy są po stronie ludzi czy po stronie establishmentu. Chybotliwa retoryka trafnie odzwierciedla chybotliwą politykę. Dlatego najbardziej przekonują mnie wypowiedzi pani Ortiz i Castellví. I ogólnie tych Zielonych, których Lamberts uważa za demagogów… Gdyby Tspiras zajmował się dzieleniem włosa na czworo, jego partia miałaby wciąż 3-4%, gdyby Hollande zajmował się dzieleniem włosa na czworo, prawica nadal rządziłaby Francją.

    Reply
  • 2 lipca 2012 at 16:56
    Permalink

    Być może relacja w tym miejscu nie oddała w pełni tego, co Lamberts miał do powiedzenia. Jego wystąpienie było mocne, zdecydowane. Za poważną słabość Zielonych uznał właśnie brak zdecydowanie. I nawoływał, by się ono pojawiło.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *