Viktor Orban na kongresie EPP w Warszawie

Orbanomika w działaniu

Bartłomiej Kozek
10 lutego 2012

W Europie i w Polsce trwa debata o sytuacji na Węgrzech pod rządami Viktora Orbána. Jest ona dość przewidywalna: jedni wyliczają zagrożenia dla demokracji, inni bronią prawa Węgier do prowadzenia suwerennej polityki. Mniej uwagi poświęca się polityce ekonomicznej Fideszu…

„Idziecie w tym samym kierunku, co pan Chávez, pan Castro i wszystkie podobne, totalitarne reżimy” – grzmiał w Parlamencie Europejskim Daniel Cohn-Bendit, współprzewodniczący grupy Zielonych. „Musimy chronić europejskie wartości oraz demokrację. Ludzi pozbawia się ich praw. Musimy sprawić, by je odzyskali” – komentował nowy przewodniczący grupy Socjalistów i Demokratów Hannes Swoboda. Politycy lewicy zaapelowali do Europejskiej Partii Ludowej o wykluczenie Fideszu, a także o rozpoczęcie procedury sprawdzania przez unijne instytucje, czy zmiany prawne na Węgrzech nie stoją w sprzeczności z fundamentalnymi wartościami UE.

Baza kontra nadbudowa

Zainicjowane przez Fidesz zmiany, przeprowadzone po zdobyciu wraz ze startującymi z ich list chadekami przeszło 2/3 miejsc w parlamencie, poszły dalej niż w większości krajów postkomunistycznych. Część z nich – takie jak zmiany w prawie prasowym i obsadzanie swoimi ludźmi wszelkich możliwych instytucji publicznych – mieszczą się jeszcze jakoś w dość niskim standardzie kultury politycznej regionu. Groźnie zaczęło się robić, gdy Fidesz rozpoczął pracę nad własną konstytucją, mającą jego zdaniem doprowadzić do zerwania z komunistyczną przeszłością. W tym celu nie zawahano się wprowadzić przepisów o obniżeniu wieku emerytalnego sędziów i prokuratorów z 70 do 62 lat, co ułatwia przejmowanie władzy sądowniczej. Fidesz planuje też zmienić ordynację wyborczą, tak aby zmniejszyć liczbę miejsc w parlamencie, a w przypadku okręgów jednomandatowych wytyczyć ich granice w sposób korzystny dla prawicy (na Węgrzech obowiązuje ordynacja mieszana). Nowa ordynacja faworyzowałaby duże partie i utrudniała start mniejszym.

Mimo wszystko warto się zastanowić, dlaczego największe oburzenie zagranicy, poza nowelizacją prawa prasowego, wzbudziły zmiany w systemie emerytalnym oraz funkcjonowaniu banku centralnego. W tym pierwszym wypadku sprawa jest jasna. Wymuszając faktyczną nacjonalizację prywatnych funduszy emerytalnych, Orbán naraził się na krytykę międzynarodowych instytucji finansowych, czerpiących profity z zadłużania się w nich państw, które wdrażają koncepcję prywatyzacji systemu zabezpieczenia emerytalnego. Jak wskazuje prof. Leokadia Oręziak ze Szkoły Głównej Handlowej, w latach 90. XX w. eksperci globalnych instytucji finansowych – w szczególności Banku Światowego – włożyli wiele wysiłku w przekonywanie rządów państw Europy Środkowej do rozwiązań, z których dziś nie tylko Węgry, ale także Polska, Rumunia czy Łotwa w całości lub częściowo się wycofują.

Międzynarodowe agencje obniżyły rating Węgier do poziomu śmieciowego nie w momencie wprowadzania zmian w konstytucji, lecz w związku z grudniowymi głosowaniami zmieniającymi sposób funkcjonowania Węgierskiego Banku Centralnego. Powołany za rządów socjalistów prezes zostanie wiceprezesem zreformowanej w wyniku połączenia z nadzorem finansowym instytucji, która dzięki poszerzeniu składu Rady Polityki Pieniężnej przestanie być ostatnim ogniwem państwa nieopanowanym jeszcze przez Fidesz. Wśród części lewicowych komentatorów w Europie wzbudziło to obawy, że Budapesztowi grozi los Aten i Rzymu – zastąpienie „niezatapialnych” w wyborach polityków przyjaznymi rynkom finansowym technokratami. Technokraci wdrażają lokalne wariacje na temat zaciskania pasa i „niezbędnych wyrzeczeń”, jakie społeczeństwa ponieść muszą za kryzys, będący efektem chciwości instytucji sektora bankowego. Do tych instytucji należą również agencje ratingowe, które zapewniały o wysokiej wiarygodności finansujących je banków, zanim te kilka lat temu zaczęły padać niczym domki z kart. W tym kontekście część ekonomistów postuluje zmiany w funkcjonowaniu banków centralnych, np. przez włączenie do zadań banku centralnego obowiązku troski o pełne zatrudnienie czy poszerzenie składu jego władz o przedstawicieli związków zawodowych. Takie pomysły wykraczałyby jednak daleko poza horyzont orbanomiki.

Powiększająca się dziura

Sęk w tym, że w tym wypadku obniżki ratingów zdają się mieć merytoryczne podstawy. Sytuacja ekonomiczna Węgier odsłania prawdę niewygodną zarówno dla zwolenników „Budapesztu w Warszawie”, jak i walczących z Orbánem polityków i publicystów, wierzących w słuszność zasady „na problemy z rynkiem – więcej rynku”. Orbanomika, opierająca się na aplikowaniu Węgrom neoliberalnych reform gospodarczych, poniosła klęskę nawet w zapobieganiu wzrostowi zadłużenia kraju (wzrosło ono do poziomu 82,2% PKB), nie wspominając o poprawie jakości życia. Zmiana konstytucji, populistyczna retoryka i uderzanie w tony dumy narodowej skutecznie odwracają uwagę europejskiej opinii publicznej od antyspołecznych posunięć Fideszu.

Najbardziej spektakularnym posunięciem rządu było wprowadzenie 16-procentowego podatku liniowego, który miał poprawić konkurencyjność kraju oraz… stan finansów publicznych. Nic takiego nie nastąpiło. Na początku stycznia br. rząd Orbána zmuszony był przyznać, że deficyt budżetowy za 2011 r. przekroczył prognozy z początku zeszłego roku o… 252%. Aby załatać tę dziurę, rząd zdecydował się na podniesienie podstawowej stawki VAT do najwyższego w Unii Europejskiej poziomu 27%. Zapowiada to dalsze ograniczenie popytu wewnętrznego i znacząco zmniejsza szansę na wydobycie się Węgier ze stagnacji.

Innym sposobem na załatanie dziury budżetowej jest oszczędzanie na usługach publicznych i polityce społecznej. Przykładem są zmiany w zasadach przyznawania zasiłków dla bezrobotnych. Wypłacany jest tylko przez 3 miesiące, a osoba chcąca go otrzymać musi zobowiązać się do podjęcia dowolnej zleconej jej pracy publicznej, niezależnie od tego, w którym miejscu Węgier miałaby się ona odbywać. Fidesz, który niegdyś zniósł wprowadzoną przez socjalistów odpłatność za studia, dziś ogranicza limity dotowanych przez państwo miejsc na uczelniach. Ścięto wydatki na aktywną politykę rynku pracy, a wiek obowiązkowej nauki obniżono z 18 do 16 lat, co ma wciągnąć młodych na rynek pracy. Tyle że miejsca pracy jakoś na nich nie czekają: bezrobocie nadal przekracza 10% przy stopie zatrudnienia wynoszącej w 2010 r. 55,4%, a więc o prawie 4 punkty procentowe niższej niż w Polsce. Od jesieni nad Dunajem obowiązuje również prawo, które karze bezdomnych za koczowanie na ulicy karą grzywny bądź aresztem. Trudno o bardziej jaskrawy przykład kapitulacji wobec problemów społecznych, takich jak brak mieszkań czy trudności z integracją społeczności romskiej, stanowiącej duży odsetek pozbawionych dachu nad głową.

Smutek półperyferii

Orbanomika wydaje się kolejnym stadium wizji transformacji uskutecznianych w Europie Środkowej od końca lat 80. XX w. Skupiały się one na ograniczaniu przez państwa działań służących ograniczaniu rozwarstwienia społecznego oraz do „równania w dół” pod względem kosztów pracy, podatków i standardów socjalnych. Nagrodą za taką politykę miało być pozyskanie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W niedawnym wywiadzie dla programu ekonomicznego angielskiej Al Jazeery „Counting the Cost”, wizję tę jasno wyłożył reprezentant węgierskiego rządu, Zoltán Cséfalvay. Jako receptę na problemy swego kraju podaje on… jeszcze więcej inwestycji zagranicznych. Mają one doprowadzić do rozwinięcia współpracy między koncernami a lokalnymi małymi i średnimi przedsiębiorstwami, którzy staliby się ich dostawcami. Realizowana od przeszło 20 lat strategia zawodzi jednak, jeśli chodzi o zapewnienie rozwoju np. wschodnich rejonów Węgier, wciąż borykających się z posttransformacyjnym bezrobociem strukturalnym. W wielu częściach kraju instytucje publiczne, będące pod presją budżetowych cięć, pozostają jedynymi liczącymi się pracodawcami na lokalnych rynkach pracy.

Dlaczego ta polityka zawodzi? Jak mówi w wywiadzie dla słowackiego czasopisma „Zahraničná politika” węgierski ekonomista Zoltán Pogátsa, „nakierowana jest ona na wspieranie wyższej klasy średniej. Szkopuł w tym, że na Węgrzech nie ma wyższej klasy średniej”. Pogátsa proponuje alternatywną receptę: walkę z unikaniem płacenia podatków przez ukrywanie dochodów w rajach podatkowych, przywrócenie progresywnego opodatkowania dochodów osobistych, a także przywrócenie podatku spadkowego i wprowadzenie szerokiej gamy podatków ekologicznych. Pozyskane w ten sposób fundusze należałoby zainwestować w edukację, politykę rynku pracy oraz obniżkę opodatkowania małych i średnich przedsiębiorstw.

No future?

Brak takiej polityki skutkuje na dzień dzisiejszy rosnącą frustracją społeczną. W obliczu postępującego osłabienia Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSZP) o miano głównej siły opozycyjnej walczy nacjonalistyczny Jobbik, oskarżający o nieszczęścia Węgier międzynarodowych bankierów, Unię Europejską oraz mniejszość romską. Zielona partia Polityka Może Być Inna (LMP), mimo sporej aktywności i zawiązywania szerokich politycznych sojuszy (np. wraz ze związkami zawodowymi domaga się referendum w sprawie przeprowadzonej przez Orbána liberalizacji kodeksu pracy) odnosi jak dotąd umiarkowane sukcesy w zwiększaniu swojego politycznego znaczenia poza stolicą. Koalicja Demokratyczna, nowa partia byłego socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsányego, na razie nie przekracza w sondażach 5-procentowego progu wyborczego. Zmaga się przy tym z izolacją ze strony pozostałych partii oraz, mówiąc delikatnie, wątpliwą wiarygodnością jej lidera, który zasłynął swego czasu z mówienia na zamkniętym zgromadzeniu partyjnym: „kłamaliśmy każdego dnia”.

Choć Fidesz traci społeczne poparcie, jak na razie opozycja nie zyskuje na tym fakcie. Osoby sceptyczne wobec kolejnych posunięć Orbána nie znajdują przekonującej alternatywy i albo rezygnują z zainteresowania polityką, albo przechodzą do puli niezdecydowanych, która w ostatnich sondażach potrafi przekroczyć 50%. Jeśli nie będzie przedterminowych wyborów, opozycja – zarówno partie parlamentarne, jak i nowe ruchy społeczne – ma 3 lata na przemyślenie swej strategii. Dalsze pogarszanie się sytuacji ekonomicznej Węgier może sprawić, że czasu tego będą mieć znacznie mniej.

Foto: kongres Europejskiej Partii Ludowej w Warszawie, kwiecień 2009 r. Autor: European People’s Party, licencja CC-BY, źródło: Wikimedia commons.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *