Program PO 2011

Nowoczesność na gapę

Bartłomiej Kozek
16 września 2011

Po lekturze programu wyborczego Platformy Obywatelskiej projekt uczynienia z niej „Nowego Centrum” wydaje się wydmuszką. Dawno nie czytałem dokumentu programowego tak dalece pozbawionego ambicji.

Dokument „Następny krok. Razem” próbuje wytworzyć wokół PO aurę partii nowoczesnej, myślącej przede wszystkim o modernizacji kraju. Zgodnie z doktryną „Nowego Centrum” niemożliwe jest osiągnięcie porozumienia w kwestiach światopoglądowych miedzy osobami pochodzącymi z różnych środowisk ideowych – konserwatywnych, liberalnych czy socjaldemokratycznych – ale może połączyć ich „nowoczesność” markowana technokratycznym językiem. W mediach często mówi się ostatnio, że formacja Donalda Tuska dokonała „skrętu w lewo”. W jednym z komentarzy na stronach „Gazety Wyborczej” można było wręcz przeczytać, że premier przeszedł długą polityczną drogę do… socjalliberalizmu. Jak wyglądają te diagnozy w konfrontacji z programem wyborczym PO? Układ programu pokazuje, przynajmniej formalną, wrażliwość na kwestie takie jak kapitał ludzki, innowacyjność, rodzina czy kultura. Sęk w tym, że wystarczy zagłębić się w treść poszczególnych działów i zobowiązań na lata 2011-2015 (co nie jest szczególnie trudne – niecałe 200 stron czyta się dzięki dużej czcionce i dużej ilości wykresów nad wyraz szybko), aby wrażenie „społecznej wrażliwości” dość szybko znikło.

Polityka społeczna

W programie nie ma osobnego działu poświęconego polityce społecznej, a kwestie socjalne rozpatruje się głównie w kontekście rodziny. Społeczeństwo tworzą tu – niczym w klasycznym neoliberalnym konstrukcie – „jednostki i ich rodziny”. Tyle że tutaj wierzy się, że wysoki poziom kapitału społecznego może przyczynić się do lepszego funkcjonowania państwa. W tekście programu roi się od wyrażeń, które demaskują obecne w nim stare przyzwyczajenia myślowe. Np. jako jedną ze zmian w systemie edukacyjnym proponuje się zwiększenie roli zajęć z przedsiębiorczości, z egzaminem maturalnym z tego przedmiotu włącznie. Cel? „Krzewić kulturę zaradności, zrozumienie procesów gospodarczych i wspierać tym samym wzrost gospodarczy i zatrudnienie”. Doceniając rolę przedsiębiorczości w życiu społecznym, wolałbym w szkołach widzieć porządne lekcje ekonomii, uczące, że istnieje wiele szkół myśli gospodarczej i że zrównywanie tej nauki społecznej z fizyką czy matematyką jest zwyczajną szarlatanerią. Przedsiębiorczość takiego krytycznego myślenia raczej nie uczy, podobnie jak zajęciom z wiedzy o życiu w rodzinie daleko do nowoczesnej edukacji seksualnej.

Propozycje dla młodych

Także pomysły PO dla młodych nie wypadają imponująco. Oczywiście należy docenić postulaty wzmocnienia roli doradztwa zawodowego w szkołach, stypendia naukowe już od pierwszego roku studiów czy też pomysły na wprowadzenie do szkół zajęć z filozofii oraz wychowania obywatelskiego. Jednak już kolejne pomysły wskazują na brak ambicji przeprowadzenia odważnych zmian. Platforma proponuje np. stworzenie akademickich baz stancji, jednocześnie zaś w programie nie ma jakiejkolwiek wzmianki o konieczności wspierania przez państwo budowy większej liczby dostępnych cenowo akademików. Mówi się na temat publicznego wsparcia finansowego dla budownictwa socjalnego i komunalnego, brakuje jednak konkretnego zobowiązania dotyczącego tego, ile mieszkań może dzięki temu przez najbliższe 4 lata powstać. A to przecież sytuacja na rynku mieszkaniowym jest jednym z powodów, dla którego odkładane są na później decyzje o posiadaniu dzieci.

Także proponowane narzędzia poprawy sytuacji ludzi młodych na rynku pracy brzmią nieprzekonująco. W jaki sposób stabilność życiową ludzi na umowach śmieciowych miałyby zapewnić… odnawialne umowy sezonowe? Jeśli będzie to jedynie umowa opcjonalna, to pozostanie na papierze, trudno bowiem oczekiwać, by ktokolwiek ryzykował ponoszenie nadmiernych z jego punktu widzenia kosztów na obiecywanie zatrudnienia w sytuacji, gdy np. pogoda może zniszczyć zbiory albo krach spowolni inwestycje na rynku budowlanym. Znane są skuteczne metody walki z umowami śmieciowymi… ale autorzy programu PO najwyraźniej o nich nie słyszeli.

Dla kogo gospodarka

Nietrafione pomysły nie biorą się tu znikąd. Klasa średnia coraz dotkliwiej odczuwa konsekwencje obniżki podatku dochodowego dla najbogatszych, która prowadzi do zwiększania się dziur w budżetach samorządów, wykorzystujących tę okazję np. do podniesienia cen biletów komunikacji zbiorowej oraz opłat za żłobki i przedszkola. Mimo puszczania oka do klasy średniej i do lewicowego elektoratu, podstawowym kryterium sukcesu Polski jest dla Platformy „konkurencyjność”. Nic zatem dziwnego, że dokument nie powołuje się na koncepcję zrównoważonego rozwoju, zastępując ją rozwojem… inteligentnym. W ten termin można wpakować każdą ideę ze skompromitowanego neoliberalnego kanonu, opakowując ją w atrakcyjne pudełko modernizacji.

Widać to w ekonomicznej części programu PO, zdumiewająco słabej. W większej części polega ona na chwaleniu się osiągnięciami czteroletnich rządów (podobnie jest w innych częściach programu, tu jednak proporcje między rzeczami zrealizowanymi a planowanymi przyjmują kuriozalną skalę). Głównym powodem do chluby ma być wzrost pozycji w międzynarodowych rankingach konkurencyjności. Pokazuje to wyraźnie, co Platforma uznaje za najważniejsze. Przyjazny klimat dla międzynarodowych koncernów stoi tu znacznie wyżej niż dajmy na to zwalczanie ubóstwa dzieci (a pod tym względem też jesteśmy w europejskiej czołówce, tyle że tej niechlubnej). Gdyby kwestia poprawy jakości życia najmłodszych, którzy przecież nie żyją w biedzie z własnej winy faktycznie była dla Tuska priorytetem, nie proponowałby zwiększania ulgi podatkowej na trzecie i kolejne dziecko, skoro osoby o niskich i średnich dochodach właściwie nie mają zasobów finansowych, by z niej skorzystać.

Co program PO mówi, a co pokazuje

Osobnym fenomenem programu PO są prezentowane w nim wykresy. Jako że żyjemy w cywilizacji obrazkowej, umiejętne przedstawienie danych ma kluczowe znaczenie dla kontroli nad przekazem. O ile nie da się zaprzeczyć, że są dziedziny życia, w których istotnie rządy PO przyniosły poprawę, o tyle niektóre zestawienia, przy odrobinie refleksji, burzą idylliczny obraz rzeczywistości, serwowany nam przez autorów. Np. na stronie 165 otrzymujemy pochwałę niskiego udziału wpływów z podatków i składek w PKB, który w Polsce wynosi 31,8%. Na szczycie listy – z wynikami odpowiednio 49 oraz 47,4% – znajdziemy Danię i Szwecję, czyli dwa kraje, które pomimo prawicowych rządów zasadniczo utrzymują zręby nordyckiego państwa dobrobytu i które przetrzymały kryzys całkiem nieźle. Pod drugiej stronie, z niższymi albo zbliżonymi wskaźnikami podatkowymi, mamy takie kraje, jak Łotwa, Irlandia, Litwa, Hiszpania, Grecja i Portugalia. Nie trzeba specjalnej wiedzy ekonomicznej, by wiedzieć, że każdy z nich bardzo ciężko doświadczył trwającego już 3 rok globalnego kryzysu ekonomicznego. Związek między niskim udziałem wpływów podatków i składek w PKB a radzeniem sobie ze spowolnieniem gospodarczym wygląda więc zgoła odmiennie, niż chciałaby tego PO.

Dwie strony później, również z hurraoptymistycznym komentarzem, otrzymujemy wykres tworzonych i zamykanych miejsc pracy w krajach Unii Europejskiej. Nie ma tu słowa na temat tego, jaki jest bilans netto tychże miejsc pracy (jeśli cieszymy się, że globalny koncern otworzył je w Polsce, uprzednio zamknąwszy fabrykę w Irlandii czy we Francji, to dalecy jesteśmy od europejskiej solidarności). Nie ma także refleksji nad tym, że gdyby przyłożyć do tego zestawienia poprzednie, dotyczące podatków i składek, okaże się, że względnie dobrze poradziły sobie kraje o wcale niemałych podatkach. Z pierwszej piątki jedynie Dania utraciła w ciągu 2 lat 86 tys. miejsc pracy, z kolei Szwecja zyskała 5 tys., Belgia – 108 tys., Austria – 69 tys., Francja – 157 tys. Natomiast te kraje, które zdecydowały się na poszukiwanie „przewagi komparatywnej” za pomocą niskich podatków, wyszły na tym jak Zabłocki na mydle, przynajmniej jeśli o chodzi o zatrudnienie. Znów weźmy pierwszą piątkę najniżej opodatkowanych krajów UE: Łotwa straciła 177 tys. miejsc pracy, Rumunia – 114 tys., Słowacja – 40 tys., Bułgaria z liniowym, 10-proc. PIT utraciła ich 200 tys., Irlandia zaś aż 273 tys. Przydałoby się, gdyby autorzy programu zadali sobie trud przeczytania danych, które przytaczają.

Polska wydaje się odstawać od tego wzoru, ale… polski deficyt ciągle krąży w okolicach ostrożnościowego progu 55%, po przekroczeniu którego konieczne są cięcia budżetowe, a sytuacja na globalnym rynku nadal daleka jest od stabilnej, także w obrębie samej Unii Europejskiej i strefy euro. Nie zachwycałbym się więc aż tak faktem, że nasz wzrost gospodarczy i nowe miejsca pracy są w dużej mierze efektem inwestycji finansowanych ze środków unijnych. Ten „keynesizm na gapę” to dość ryzykowna strategia.

Manowce „nowoczesności”

Przy takim rozumieniu tego, co „nowoczesne” nie dziwi fakt, że PO bezpieczeństwo energetyczne rozumie przede wszystkim jako inwestycje w energetykę jądrową, gaz łupkowy (mający sfinansować nam emerytury) oraz sekwestrację węgla. Odnawialne źródła energii oraz efektywność energetyczna pojawiają się marginalnie. Zdumiewająco brzmią również takie postulaty, jak poparcie dla „stref wolnych od GMO” zamiast zabiegania o stosowny zakaz na szczeblu europejskim, wiara w zbawienną moc ordynacji większościowej czy konkurencyjnych wobec NFZ ubezpieczycieli, którzy, jak znać życie, przejmą pieniądze głównie od osób zamożnych, co tylko pogłębi kryzys w publicznym systemie zdrowotnym… Słabe punkty można by długo wyliczać, i nie przykryją tego drobne, ciekawe gesty, takie jak inicjatywa dostępu do instytucji kultury dla osób na emeryturze za symboliczną złotówkę w czwartki.

Program PO jest mniej inspirujący nie tylko od programu SLD, ale nawet – choć niełatwo mi to przyznać – od propozycji Ruchu Palikota. Po Ruchu Palikota widać przynajmniej, że o coś tej grupie ludzi chodzi i o coś walczą. W przypadku Platformy jedyną racją, która mogłaby przemawiać za pozostawieniem jej u władzy (poza strachem przed powrotem PiS) pozostaje obietnica, że dokończą budowę autostrad. Dla wyborców, dla których ważna jest ekologia nawet i ten argument – szczególnie zestawiony z niedoinwestowaniem polskiej kolei – nie będzie przemawiał na korzyść PO. Może się zatem okazać, że tym, co podczas tej kampanii wyborczej najbardziej będzie ciągnąć Platformę w dół, będzie jej własny, zdumiewająco mało ambitny program na następne 4 lata.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *