GMO by Zawleczka

Nie ignorujmy zasady ostrożności

Jerzy Niczyporuk
27 września 2011

Dopuszczanie żywności GMO oznacza ignorowanie „zasady ostrożności”. Chodzi o to, że jeśli nie ma absolutnej pewności, że coś jest nieszkodliwe, nie wolno tego dopuścić do obrotu. Z Jerzym Niczyporukiem rozmawia Leszek Kosiorowski.

Czy w Polsce jest już GMO?

Niedawno pewien polski rolnik nie mógł sprzedać gorczycy, bo była zanieczyszczona GMO. Cała produkcja tego rolnika zmarnowała się, bo ktoś w pobliżu uprawiał GMO. W Polsce jest grupa ludzi, którzy szukają nielegalnych upraw. W ubiegłym roku Greenpeace namierzył taką uprawę. Ale prokuratura umorzyła postępowanie, bo ministerstwo ją poinformowało, że trwają prace nad ustawą, która może dopuścić GMO.

Na czym polega szkodliwość GMO? Chodzi o oddaniu rynku rolnego korporacjom czy o to, że żywność z takich upraw jest szkodliwa

Jedno i drugie. Np. kukurydza MON 810 ma wszczepiane geny toksycznej bakterii. Żerujące na niej owady giną. Toksyna mieści się w dawce dopuszczalnej dla ludzi, ale nie ma pewności, czy nie zmienia ludzkiej odporności i jakie będzie jej działanie na następne pokolenia. Dopuszczanie żywności GMO oznacza ignorowanie „zasady ostrożności”. Chodzi o to, że jeśli nie ma absolutnej pewności, że coś jest nieszkodliwe, nie wolno tego dopuścić do obrotu.

Zwolennicy GMO odwracają tę zasadę: dopóki nie ma dowodów, że coś jest szkodliwe, nie ma podstaw, by tego zakazać.

Na podobnej zasadzie dopuszczono kiedyś Talidomid, środek przeciwbólowy, w wyniku którego rodziły się dzieci bez rączek. To nie w porządku.

Mówi się, że GMO to szansa na większą wydajność produkcji i zmniejszenie głodu w biednych krajach.

Jedzenia na świecie jest aż nadto, problem w tym, że wiele się marnuje, bo zawodzi dystrybucja. Inna sprawa, że lokalnym społecznościom w ubogich państwach należy dać wędkę, a nie rybę. Trzeba im pomóc gospodarować i zdobyć żywnościową niezależność. Po co im genetycznie modyfikowany ryż? Żeby zniszczyć lokalnych producentów? To czysty kolonializm…

W których krajach dominuje GMO?

W USA, Kanadzie i Argentynie. W Ameryce nie ma już niezmodyfikowanej soi czy kukurydzy. Rolnicy muszą uprawiać GMO. Prawo patentowe jest surowo egzekwowane. Wszyscy producenci płacą za licencje. Oczywiście, ta metoda produkcji – wielkimi maszynami, z opryskami – jest bardziej zyskowna. Ale czy o to nam chodzi? O troszkę tańszą produkcję kosztem wyjałowienia ziemi? Czy nie lepszy jest zrównoważony rozwój?

Dlaczego rolnicy muszą pytać właściciela patentu? Nie wolą uprawiać w tradycyjny sposób?

Współistnienie między GMO a naturalnymi organizmami jest niemożliwe. Gdy dopuści się GMO, po pewnym czasie skrzyżuje się ono z normalnymi uprawami. Np. w Rumunii zmodyfikowane nasiona kukurydzy krzyżują się w miejscach oddalonych o 400 km, przeniesione tam na błotnikach ciężarówek. Tam, gdzie wchodzi GMO, po jakimś czasie wszyscy są na nie skazani.

Czy to prawda, że GMO umożliwia stosowanie większych dawek pestycydów?

Pestycydy mają sprawić, żeby ziemia była mniej zachwaszczona, aby było w niej mniej owadów. Dzięki temu wydajność produkcji rolnej ma się zwiększyć. Tyle że ten wzrost nie jest taki duży, a gleba wyjaławia się pod wpływem pestycydów, i to w ciągu kilkunastu lat. Na domiar złego pestycydy spływają do wód gruntowych, a stamtąd do rzek i oceanów, niszcząc kolejne gatunki.

Obrońcy GMO argumentują, że musimy je dopuścić w Polsce, by nasze prawo było zgodne z normami unijnymi.

Otóż sytuacja jest taka, że gdy jakiś kraj europejski zakazuje bądź nie dopuszcza GMO, Komisja Europejska wnosi skargę do trybunału, powołując się na zasadę wolności handlu. Potem toczy się postępowanie przed sądem. Kraje, które nie chcą GMO, bronią się, argumentując, że koegzystencja gatunków genetycznie zmodyfikowanych i normalnych jest niemożliwa.

A co na to zwykli ludzie?

W Niemczech czy we Francji zagrożenie GMO sprowokowało protesty społeczne. Ludzie wchodzili na pola i wyrywali modyfikowaną kukurydzę. Organizatorów aresztowano, a na ich rozprawy sądowe przychodziły setki osób. Prosili sędziów, by ich też ukarać, bo przecież i oni protestowali. Taka presja na rząd okazała się skuteczna. U nas takiej presji nie ma, bo świadomość zagrożeń jest mniejsza.

Jerzy Niczyporuk: filozof, prowadzi bio-bar i restaurację ekologiczną w Cieplicach. W wyborach 9 października kandydat Zielonych na liście SLD w okręgu legnickim, lista nr 3, miejsce 16.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *