Na ratunek Europie

Étienne Balibar
8 lipca 2014

Europa nie żyje. Albo może: Niech żyje Europa? Są tacy, co uważają, że nadal grozi jej paraliż i rozpad, oraz ci, którzy wykorzystują choćby najmniejszy pozytywny sygnał, by z optymizmem ogłosić – nie po raz pierwszy – że kryzys może służyć Europie za punkt odbicia. Brakuje jednak głębszego poczucia historii, które pomogłoby zrozumieć obecny kryzys jako punkt zwrotny w procesie, który trwa już ponad 50 lat.

Projekt europejski przeszedł przez kilka odrębnych faz, które są ściśle związane z przekształceniami w systemie światowym. Pierwsza z nich trwała od utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS) w 1951 r. do okresu po wydarzeniach 1968 r. i kryzysu naftowego; kolejna od r. 1970 do upadku systemu radzieckiego i zjednoczenia Niemiec w 1990 r.; zaś ostatnia – od zainicjowanego w następstwie tych wydarzeń rozszerzenia Unii Europejskiej na wschód aż po kryzys zapoczątkowany pęknięciem bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości w USA w 2007 r. i bankructwem Grecji, częściowo powstrzymanym w 2010 r., w warunkach, które są dobrze znane.

Europa – świadomy wybór

Byłoby jednak błędem patrzeć na rozwój projektu europejskiego jak na proces liniowy, który może najwyżej przebiegać szybciej lub wolniej. Każdy z etapów tej historii stanowił scenę konfliktu między kilkoma możliwymi ścieżkami.

Początkowy okres zaraz po r. 1945 można postrzegać w kontekście zimnej wojny, ale także odbudowy przemysłu Europy Zachodniej i stworzenia systemów zabezpieczeń społecznych. Cechą tej fazy było uświadomione napięcie między absorpcją Europy do strefy wpływów USA a dążeniem do własnego geopolitycznego i geoekonomicznego odrodzenia. Zwyciężył ten drugi kierunek, oczywiście w ramach kapitalizmu.

To samo odnosi się do ostatniego etapu, którego wynik jest jednak przeciwny. Nie na korzyść (kruszącej się w oczach) amerykańskiej hegemonii, ale asymilacji przez zglobalizowany kapitalizm finansowy. Tutaj decydującą rolę odegrały Niemcy. Istotne było zwłaszcza postawienie przez kanclerza Gerharda Schrödera (1998-2005) na konkurencyjność przemysłu w oparciu o utrzymywanie niskich płac.

Kluczową kwestią jest jednak zrozumienie, jak dokonywano wyborów i jak zmieniały się relacje władzy w środkowym okresie dominacji francusko-niemieckiego tandemu, w czasach Komisji Delorsa (1985-1994). Zaproponowano wówczas dwa nowe rozwiązania, mające stanowić równorzędne filary „wielkiego rynku”: jednolitą walutę i „Europę socjalną”.

Jak wiadomo, euro stało się centralną instytucją Unii Europejskiej (nawet jeśli nie wszystkie państwa je przyjęły), zaś Europa socjalna została ograniczona do formalnych regulacji świata pracy. Ten wynik zasługuje na własną szczegółową opowieść, na odkrycie nie tylko, kto za niego odpowiada, lecz również obiektywnych przyczyn politycznych, które do niego doprowadziły. Należy do nich, obok presji neoliberalnej, niezdolność europejskich związków zawodowych do wpływania na decyzje podejmowane na szczeblu unijnym. Spowodowane to było zarówno prowincjonalizmem poszczególnych organizacji związkowych, jak i brakiem równowagi władzy. Tymczasem przedsiębiorstwa stale przenosiły swą działalność poza UE. To ważna lekcja na przyszłość:

  • Projekt europejski zawsze przedstawia się w postaci alternatyw. Ale możliwość ich wykorzystania zależy od sił i planów, które nie zawsze są oficjalnie rozpoznane.
  • Europa znów podzielona

    Przejdźmy do kwestii gospodarczych, w tym ich wymiaru społecznego i politycznego. Jeżeli, jak to jest powszechnie przyjęte, żadnej polityki nie można określić niezależnie od ograniczeń ekonomicznych, to i odwrotnie: nie ma gospodarki, która nie byłaby połączeniem (zbiorowo podejmowanych) decyzji i wytworem stosunków władzy.

    Od końca XIX w. walka klas i polityka społeczna dała klasom pracujących standard życia powyżej minimum określonego przez „wolną i uczciwą konkurencję”, standard obejmujący nakładanie pewnych ograniczeń dla nierówności społecznych. Dziś, w imię konkurencyjności i kontroli długu publicznego, widzimy dwutorowy ruch w przeciwnym kierunku. Realne dochody z pracy spadły z powodu pogoni za konkurencyjnością, podczas gdy konsumpcja masowa wciąż rośnie, karmiona przez siłę nabywczą pracowników i ich zdolność kredytową. Możliwe, że strategie „tworzenia stref” i zróżnicowanie społeczne oraz pokoleniowe opóźnią moment, w którym sprzeczność między tymi tendencjami wybuchnie. Ale w końcu może być tylko gorzej, w efekcie systemowych zagrożeń wpisanych w gospodarkę opartą na długu.

    Inną konsekwencją modelu Europy, który nadaje rozwiązaniom neoliberalnym rangę nieomal konstytucyjną, jest podważanie politycznych i moralnych warunków integracji europejskiej.

    Możliwość przezwyciężenia historycznych antagonizmów w ramach tej postnarodowej struktury ze współdzieloną władzą zakłada dążenie do konwergencji państw w trzech dziedzinach: synergii ich możliwości, współdzielenia zasobów i wzajemnego uznawania praw. Jednak triumf zasady konkurencji doprowadził do wzrostu nierówności. Zamiast wspólnego rozwoju we wszystkich regionach Europy jesteśmy świadkami polaryzacji, którą zaostrza jeszcze kryzys. Dystrybucja potencjału przemysłowego, pracy, możliwości kształcenia staje się coraz bardziej nierówna – do tego stopnia, że można powiedzieć, patrząc na tendencje obecne w całej Europie od 1945 r., że dawny podział wschód-zachód zastępuje wyraźny podział północ-południe. Nawet jeśli nie przyjmuje on postaci muru, lecz raczej jednokierunkowego drenażu zasobów.

    Uporczywość „kwestii niemieckiej”

    Jakie miejsce zajmuje państwo niemieckie w tym systemie wywodzącym się z nierównego rozwoju? Można było przewidzieć, że zjednoczenie Niemiec przyniesie odrodzenie nacjonalizmu, a odtworzenie Mitteleuropy, w której niemieckie firmy korzystają ile się da z „nisko płatnej, wysoko wykwalifikowanej” siły roboczej, da im przewagę konkurencyjną w stosunku do innych krajów europejskich. Ale można było uniknąć tego, że te dwa czynniki złożą się na polityczną hegemonię (nawet, jak to się obecnie mówi, „niechętną”).

    Wynika to z kluczowej pozycji, jaką udało się zająć Niemcom, lawirującym między eksploatowaniem europejskich zasobów gospodarczych, a nawet ich słabości (jak ma to miejsce w przypadku niemieckich pożyczek branych na ujemny procent, które rynki finansowe rekompensują sobie wysokimi stawkami, jakie pobierają od innych krajów europejskich) a wyspecjalizowaniem niemieckiego przemysłu na potrzeby eksportu poza Europę. A więc jak na razie Niemcy znalazły się na wygodnym miejscu, gdzie skupiają się narodowe przewagi nierównego rozwoju – tym bardziej, że mniej od innych krajów (zwłaszcza Francji) uzależniły się do neoliberalnej finansjalizacji.

    Ale wrażenie hegemonii ma inne przyczyny, począwszy od braku mechanizmów unijnych wspierających rozwój wspólnotowej polityki gospodarczej, wraz z głupotą postawy obronnej innych rządów (zwłaszcza francuskiego, który odrzuca alternatywne wzory rozwoju instytucji ponadnarodowych). Wreszcie, to wrażenie hegemonii jest obecnie jednym z czynników, które dzielą nasz kontynent na „Europę bogatych” i „Europę biednych” – stanowią strukturalną przeszkodę dla projektu europejskiego. Więc „kwestia niemiecka” będzie istnieć w Europie jeszcze przez długi czas.

    Cel neoliberalizmu

    Jednak obecna sytuacja jest dla neoliberałów paradoksem. W momencie, kiedy widać oznaki spowolnienia i nawet ekonomiści Międzynarodowego Funduszu Walutowego krytykują politykę oszczędności – gdyż wywołuje recesję i pogarsza wypłacalność zadłużonych krajów – wydaje się, że Europa. jako podmiot gospodarczy, jest jedną z najsłabszych części świata. jeśli chodzi o pobudzanie aktywności. Nie ma na to prostego wyjaśnienia, ale można rozpatrzyć pewne powody ideologiczne.

    Niektórzy odnoszą się do wprowadzenia w mechanizmy wspólnej waluty ordoliberalnego modelu Europejskiego Banku Centralnego (EBC) absolutnie niezależnego od celów „realnej” polityki gospodarczej. Inni odnoszą się do wyrzutów sumienia europejskich klas rządzących, które musiały bardziej zdać się na keynesowską politykę publiczną i postrzegają wzrost gospodarczy oparty na odnawiającym się popycie, który nadchodzi poprzez poprawę warunków życia klasy pracującej, jako wielkie niebezpieczeństwo grożące powrotem logiki kapitalizmu „społecznego”.

    Wreszcie, uważam, że inny, bardziej złowrogi rodzaj wyrachowania nie może przejść niezauważony, a wykazuje go upór, z jakim pod pretekstem „reform strukturalnych” przeprowadzono demontaż i kolonizację greckiej gospodarki. Chodzi o to, że chociaż efekty cięć i monetaryzmu są szkodliwe dla ogólnego dobrobytu, to przynajmniej doprowadzają do wzrostu rentowności dla niektórych inwestorów lub określonej frakcji kapitału, już w dużej mierze „zdeterioralizowanego” i zdolnego natychmiast przenieść działalność w inne miejsce. Oczywiście, ta kalkulacja jest politycznie opłacalna tylko wtedy, gdy „twórcza destrukcja” nie ma znaczącego wpływu na tkankę społeczną i spójność narodów dominujących, co nie jest jednak pewne:

  • Wdrażany w Europie projekt neoliberalny nie prowadzi do przekształcenia swego obiektu; dąży do jego zniknięcia.
  • W poszukiwaniu legitymizacji i demokracji

    Projekt europejski osiągnął punkt zwrotny, który zawiera w sobie możliwość pojawienia się nowego etapu, wskazując na kierunki, które są radykalnie i wzajemnie niezgodne. Ale ani krystalizacja konfliktu, ani jego ewolucja nie może odbywać się poza miejscem politycznej konfrontacji i reprezentacji. Krótko mówiąc, zależą one od sposobu, w jaki rozwiązuje się bliźniacze problemy legitymizacji i demokracji. To jest ten trzeci wymiar, który chcę podkreślić.

    Jak można realistycznie podejść do tego wyzwania?

    Przede wszystkim, musimy wyjść poza opozycję między dyskursem „suwerenistycznym” i „federalistycznym”, która opiera się na dwóch wyimaginowanych sytuacjach. Z jednej strony mamy ideę wspólnot narodowych jako w pewnym sensie naturalnych, stanowiących źródła legitymizacji instytucjonalnej pochodzącej z woli ludu. Z drugiej zaś strony mamy ideę faktycznego europejskiego „demosu”, jako czegoś, co miałoby się ustanowić i wyrażać jako efekt istnienia przedstawicielskiej struktury na szczeblu ponadnarodowym.

    Pierwszy pomysł podtrzymuje fikcję, że państwo narodowe posiada niezmienną legitymację i stanowi jedyne ramy, w których obywatele mogą realizować swoje prawa. Druga ogranicza się do proceduralnej koncepcji legalności. Należy uznać fakt, że europejski system polityczny, jakkolwiek by się wydawał niespójny, jest obecnie systemem mieszanym z kilkoma poziomach odpowiedzialności i władzy. Jest o wiele bardziej federalny niż większość obywateli zdaje sobie sprawę, ale mniej demokratyczny niż sam twierdzi. Podział kompetencji między wspólnotą a instytucjami krajowymi pozwala każdej z nich na to, by brak odpowiedzialności stał się ich cechą strukturalną, zaś wszelka możliwość pojawienia się sił przeciwważnych była hamowana.

    Ten system nigdy nie był stabilny. Ale obecny kryzys dodatkowo destabilizuje go, powodując powstawanie na gorąco quasi-suwerennej instytucji, jaką jest „niezależny” Europejski Bank Centralny, który znajduje się u zbiegu instytucji finansowych państw członkowskich i międzynarodowego rynku finansowego. Jego zwiększona potęga jest nie tylko krokiem w stronę większej technokracji czy efektem dominacji prywatnego kapitału. Jest to raczej próba „odgórnej rewolucji” w czasie, gdy władza polityczna nie jest już oddzielona od gospodarczej, zwłaszcza finansowej. Kluczową kwestią jest to, czy może to doprowadzić do powstania nowego systemu władzy, i jakie alternatywy można temu przeciwstawić.

    Z tego wynika drugie pomieszanie, które warto zniwelować, na temat powiązań między legitymizacją a demokracją.

    Jeśli będziemy trzymać się realistycznej, a nie ideologicznej definicji, nie możemy twierdzić, że procesy demokratyczne stanowią jedyną skuteczną formę legitymizacji – historia sugeruje inaczej. W tzw. sytuacjach wyjątkowych struktury autorytarne mają tendencję do roszczenia sobie i otrzymywania władzy nad populacjami, za pomocą procedur konstytucyjnych lub poza nimi.

    Uderza, że pilność odpierania ataków spekulacyjnych wobec wspólnej waluty i częściowa regulacja systemu finansowego nie przyniosły Komisji Europejskiej żadnej nowej legitymacji. Wobec „nadzwyczajnych” środków zastosowanych przez EBC i jego prezesa rządy mogły zaprezentować się jako jedyne nośniki suwerenności i prawa do samostanowienia. Demokracja została podważona jednocześnie po obu stronach, a system polityczny jako całość przesunął się znacząco w kierunku de-demokratyzacji.

    Głęboka zmiana w charakterze państwa narodowego

    Ten stan rzeczy wymaga od nas, abyśmy spojrzeli wstecz na historyczne przyczyny uprzywilejowanej pozycji państw narodowych w kwestii legitymizacji. Niektóre z tych przyczyn wynikają z emocjonalnej siły narodowej lub nacjonalistycznej ideologii w społeczeństwach, w których ideologie te zbudowały świadomość zbiorową w odpowiedzi na fale imperializmu.

    Ale z perspektywy czasu strategicznego znaczenia nabrał inny czynnik. Chodzi o fakt, że przemiana państwa policyjnego w państwo socjalne – szczególnie w krajach Europy Zachodniej – przybrała formę budowy narodowego państwa socjalnego, w którym ustanowienie praw socjalnych związane było z regularnym odtwarzaniem poczucia przynależności narodowej.

    To wyjaśnia zarówno, dlaczego masa obywateli zobaczyła naród jako jedyny kontekst uznawania i integracji społeczności, jak i dlaczego ten obywatelski wymiar przynależności narodowej chwieje się (lub degeneruje, stając się ksenofobicznym „populizmem”), gdy państwo zaczyna funkcjonować w rzeczywistości nie jako struktura umożliwiająca obywatelstwo społeczne, ale jako bezsilny świadek jego degradacji lub entuzjastyczny agent jego demontażu.

    Tak więc kryzys legitymizacji demokratycznej we współczesnej Europie wywodzi się zarówno z faktu, że państwa narodowe nie mają środków ani woli do obrony lub odnowy „umowy społecznej”, jak i z tego, że instytucje UE nie są predysponowane do poszukiwania form i treści społecznego obywatelstwa na poziomie wyższym – chyba że (ostatecznie) zostają popchnięte do tego przez powstanie ludowe. Albo że uprzytomnią sobie polityczne i moralne zagrożenia, jakie stanowi dla Europy połączenie dyktatury sprawowanej „odgórnie” przez rynki finansowe z antypolitycznym oddolnym gniewem, zrodzonym z niepewnych warunków życia, pogardy dla pracowników i zniszczenia nadziei na przyszłość.

    Oburzenie bez granic

    Mimo iż nadeszły ciężkie czasy, a stracone szanse stanowią gorzką lekcję, musimy mieć nadzieję, że pesymizm wynikający z dotychczasowych doświadczeń nie zniszczy całkowicie naszej wyobraźni – co również wynika z lepszej znajomości faktów.

    Wprowadzenie elementów demokratycznych w instytucjach UE stanowiłoby już pewną przeciwwagę dla trwającej „konserwatywnej rewolucji”. Ale taka demokratyzacja nie wystarczy, gdyż nie zapewnia sobie własnych warunków politycznych. One nie nadejdą, chyba że poprzez jednoczesne wywarcie nacisku przez opinię publiczną na zmianę priorytetów UE, na skierowanie ich na zatrudnienie, integrację młodzieży w społeczeństwie, zmniejszenie nierówności i sprawiedliwe opodatkowanie zysków finansowych. Ten nacisk nie nastąpi, dopóki ruchy społeczne i moralne „oburzenie” nie przekroczą granic i nie zbiorą wystarczająco dużo siły, aby odbudować dialektykę władzy i opozycji w całym społeczeństwie europejskim. Z pomocą demokracji musi przyjść „przeciwdemokracja”.

    Prawomocność projektu europejskiego nie może być zadekretowana ani nawet wymyślona za pomocą argumentacji prawnej. Może ona wynikać jedynie z tego, że Europa stanie się sceną dla społecznych, ideologicznych i namiętnych, a więc politycznych, konfliktów dotyczących jej własnej przyszłości.

    Paradoksalnie, dopiero gdy Europa jako taka zostanie zakwestionowana, nawet gwałtownie, ale nie w imię przeszłości (która straciła ważność), lecz w imię teraźniejszości i przyszłości (którą może kontrolować), stanie się ona trwałą konstrukcją polityczną. Europa zdolna do samodzielnego rządzenia się to niewątpliwie Europa demokratyczna, a nie oligarchiczna lub technokratyczna. Ale demokratyczna Europa nie jest wyrazem abstrakcyjnego „demosu”. To Europa, w której ludowe walki mnożą się i blokują przemieszczanie mocy podejmowania decyzji:

  • Opór wobec de-demokratyzacji nie jest wystarczającym warunkiem do krystalizacji historycznego przywództwa, ale jest warunkiem koniecznym, aby „naprawić Europę”.
  • Walka idei, nie narodów

    Obecny kryzys w Europie – autentycznie egzystencjalny, ponieważ stawia obywatelki i obywateli przed radykalnymi wyborami i ostatecznie kwestią „być albo nie być” – prawdopodobnie został przygotowany przez systematyczną nierównowagę jej instytucji i władz, które pozbawiały ludzi udziału we własnej historii.

    Europa od dawna świadomie funkcjonuje nie jako przestrzeń solidarności między jej członkami i pole wspólnych inicjatyw na rzecz stawienia czoła globalizacji, lecz jako instrument penetracji przez globalną konkurencję na arenie europejskiej. U źródeł jej problemów leży wykluczenie przepływu środków między terytoriami, zniechęcanie do wspólnych przedsięwzięć, odrzucenie „odgórnej” harmonizacji praw socjalnych i standardów życia, stworzenie sytuacji, w której każde państwo staje się potencjalnym drapieżcą wobec swoich sąsiadów.

    Ucieczka z tej autodestrukcyjnej spirali nie jest oczywiście możliwa na drodze zastąpienia jednej formy konkurencji przez inną. Zastąpienie konkurencji płacowej przez konkurencję systemów podatkowych i stóp procentowych, co sugerują niektórzy zwolennicy powrotu do narodowych walut, nie jest żadnym wyjściem. Jedyne wyjście to wynalezienie i ponowne zaproponowanie Europy odmiennej od tej, jakiej chcieliby bankierzy, technokraci i rentierska klasa polityczna. Europy konfrontującej ze sobą przeciwstawne modele społeczeństwa, a nie narody poszukujące swych utraconych tożsamości. Alterglobalistycznej Europy, zdolnej do wymyślania własnych rewolucyjnych strategii rozwoju i poszerzonych form zbiorowego uczestnictwa, proponującej je światu – ale również przyjmującej pomysły z zewnątrz. Europy ludów – ludzi i obywateli, którzy ją tworzą.

    Skrócona wersja artykułu, który ukazał się we francuskim wydaniu “Le Monde diplomatique” w marcu 2014. Przedruk za Green European Journal (Zielonym Magazynem Europejskim): Counter-democracy to the rescue of Europe. Przeł. Katarzyna Sosnowska.

    Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *