Gdzie trafiają pieniądze za twoje ubrania

Modnie i etycznie?

Tadeusz Markiewicz
10 października 2011

Duża część wielkich marek odzieżowych i sportowych posiada tzw. reguły dobrych praktyk i deklaruje przywiązanie do rygorystycznych zasad etycznych. Dlaczego więc co chwilę zalewają nas przykłady drastycznych wypadków łamania praw człowieka?

W odróżnieniu od branży high tech, przemysł tekstylny nie wymaga zaawansowanego parku maszynowego, ogromnych nakładów pieniędzy, najnowocześniejszych technologii wytwórczych i doskonale wyedukowanej kadry pracowniczej. Produkcja spodni to nie produkcja satelitów, procesorów czy samolotów pasażerskich. Może odbywać się w najprostszych warunkach.

Stosunkowa łatwość wyprodukowania wysokiej jakości obuwia czy odzieży (czyli tzw. wyrobów o niskiej wartości dodanej) spowodowała, że inwestorzy zaczęli zlecać produkcję zewnętrznym firmom z krajów rozwijających się. Ciągła pogoń za Świętym Graalem kapitału – minimalizacją kosztów i maksymalizacją zysków – wytworzyła w tej branży iście pajęczą sieć powiązań między koncernami odzieżowymi, pośrednikami (takimi jak agencje ds. pozyskiwania źródeł zaopatrzenia) i podwykonawcami.

Dlatego świadomi konsumenci mają przed sobą nie lada łamigłówkę. Chcąc kupić ubrania wyprodukowane w etycznych warunkach, muszą rozwiązać węzeł gordyjski, w którego splocie znajdują się dziesiątki powiązanych ze sobą podmiotów gospodarczych.

Wszyscy szyją etycznie?

Światowe marki zapewniają zatroskanych klientów, że mimo skomplikowanego logistycznie procesu produkcji, odbywającej się najczęściej w krajach Trzeciego Świata, ich działania prowadzone są z poszanowaniem pracowników i społeczności lokalnych, a ponadto są zbawieniem dla milionów biednych obywateli globalnego Południa.

„W Walmarcie jesteśmy przywiązani do zachowań etycznych, społecznie odpowiedzialnych, używamy dostępnych nam środków i energii do przeprowadzenia pozytywnych zmian” – mówi jeden z szefów firmy Thomas Scott. „Odpowiedzialność biznesu nie jest dodatkowym ciężarem i przeszkodą w zadowalaniu naszych klientów, jest istotnym czynnikiem rozwijania naszej odpowiedzialnej firmy” – wtóruje szef Tesco sir Terry Leahy. Zaś Nike w oświadczeniu „Code of Ethics” zapewnia, że pierwsze „uściśnięcie dłoni między Billem Bowermanem a Philem Knightem (współzałożyciele firmy – T.M.) stało się fundamentem tego, jak prowadzimy biznes – z prawością i oddaniem dla najsurowszych standardów etycznych”.

Koncerny prowadzą warte dziesiątki milionów dolarów akcje marketingowe, w których zapewniają nas, że produkują ubrania z poszanowaniem środowiska i w sposób etyczny. Starają się o członkostwo w inicjatywach wielostronnych, patronactwo organizacji pozarządowych, przedstawiają opinii publicznej raporty o etycznej stronie swoich działań. Mimo to co chwilę na światło dzienne wychodzą kolejne afery dotyczące łamania praw pracowników. Nie ma dużego koncernu odzieżowego czy gigantycznego detalisty, który nie byłby zamieszany w jedną z takich afer.

Skąd się bierze ta przepaść między deklaratywną stroną biznesu odzieżowego a rzeczywistością ukazywaną w raportach organizacji pozarządowych czy śledztwach dziennikarskich? Dlaczego zwyczajni konsumenci nadal tak mało wiedzą o dramacie milionów ludzi szyjących nasze ubrania? Oczywiście możemy powiedzieć (jak robią to np. rzecznicy prasowi), że to jedynie „sporadyczne przypadki” łamania praw pracowników. Albo szukać przyczyn w ludzkich słabościach – pysze, chciwości. Problem jest jednak dużo głębszy.

Gdzie trafiają pieniądze za twoje ubrania
Gdzie trafiają pieniądze za twoje ubrania

Powyższa ilustracja (ze strony Clean Clothes Campaign) podsumowuje problemy, z jakimi borykają się robotnicy branży odzieżowej. Sedno ich trudnej sytuacji mieści się na metce z ceną kupowanych przez nas ubrań. Metce, pod którą kryje się skrajna rozbieżność w podziale zysków z wyprodukowanego produktu.

Co przyczynia się do tej dysproporcji? Jakie czynniki i procesy ułatwiły globalnemu kapitałowi skonstruowanie imperium stojącego na fundamentach złożonych z ludzkiego nieszczęścia?

Słaby pracownik – idealny pracownik

Jednym z głównych czynników przyczyniających się do dramatycznej sytuacji pracowników odzieżówki jest dobór tych pracowników przez właścicieli fabryk. Amerykańska ekonomistka, prof. Pietra Rivoli nie ma wątpliwości, jaka cecha jest przez nich najbardziej pożądana. To uległość:

„Od powstania tego przemysłu w osiemnastowiecznej Anglii bowiem idealnymi pracownikami przy produkcji zarówno tekstyliów, jak i odzieży byli ci, którzy znosili nieustanną harówkę nie tylko za marne pieniądze, ale również dobrowolnie i bez szemrania. Naukowcy z najróżniejszych środowisk i krajów, prowadzący badania dotyczące zupełnie odmiennych regionów i różnych stuleci, zawsze dochodzili do słowa ‚uległość’ przy opisie idealnych pracowników przemysłu włókienniczego”.

Tak więc im niższa siła przetargowa robotników, tym bardziej opłaca się ich zatrudniać. Im człowiek ma mniejszy wybór, tym wyższe można stawiać mu wymagania. A tym samym liczyć na wyższą stopę zwrotu z inwestowanych pieniędzy.

Słaby kraj – idealny kraj do inwestycji

Regułę tę możemy zastosować także na poziomie państw. Biznes nie tylko dąży do zatrudniania słabych: dzieci, kobiet, więźniów. Lokuje kapitał w słabo rozwiniętych krajach, których atutem jest często jedynie tania siła robocza, a prawa pracownicze są chronione iluzorycznie. W pogoni za „konkurencyjnością” państwo nie zapewnia obywatelom godnej płacy minimalnej czy świadczeń emerytalnych. Umożliwia to zagranicznemu kapitałowi niespotykaną w krajach dobrobytu dowolność w prowadzeniu biznesu.

Wraz ze wzrostem swobody przepływu kapitału biedne państwa globalnego Południa stały się bezpodmiotowymi organizmami, które za pomocą coraz głębszych „prorynkowych” reform rywalizują między sobą o pozyskanie inwestorów. Jest to konkurencyjność zdobywana kosztem własnych obywateli.

Outsourcing – sposób na rozmycie kosztów i odpowiedzialności

Dzięki postępującemu procesowi relokacji fabryk i zlecaniu wytwarzania odzieży podwykonawcom, maleją koszty produkcji. To oczywiście główna przyczyna procesu przechodzenia gigantów odzieżowych na outsourcingowe metody produkcji. Warto jednak zastanowić się, jakie są tego skutki uboczne.

W przypadku wychodzenia na jaw dowodów na łamanie praw pracowników w zakładach podwykonawców koncerny odzieżowe czy gigantyczni detaliści często zasłaniają się zdroworozsądkowym tłumaczeniem, że nadużycia mają miejsce u „naszych partnerów i tym samym nie tyczą się zatrudnianych przez nas pracowników”.

Ta wymówka świadczy o swoistej amnezji globalnego kapitału, który dzięki postępującemu procesowi outsourcingu jest coraz mniej odpowiedzialny za cokolwiek. Dzięki zlecaniu pracy, giganci odzieżowi nie łamią niczyich praw – robią to ich zagraniczni partnerzy. To przeniesienie odpowiedzialności wyjaśnia niezwykłą trudność, jaką mają organizacje pozarządowe i pracownicy odzieżówki nie tylko we wprowadzeniu realnych zmian w fabrykach ubrań, ale także w prowadzeniu dialogu z graczami branżowymi.

Im mniejszy gracz, tym większy ciężar

Cechą charakterystyczną rynku odzieżowego jest tzw. odwrócona piramida obowiązków. Tak nazywam zjawisko, w którym to najmniejsi gracze w łańcuchu dostaw (producenci, podwykonawcy) odczuwają największy presję na spełnianie nierealnych, wyśrubowanych umów handlowych. Rynek odzieżowy zorganizowany jest na podstawie niesymetrycznej odpowiedzialności i presji panującej wśród graczy łańcuchu dostaw.

Generalnie chodzi o to, że cały ciężar obniżania cen sprzedaży produktów (bądź też podwyższania marż firm odzieżowych), wahań rynku czy strat ponoszonych przez markę zlecającą produkcję spada na podwykonawców, a tym samym na zatrudnionych u nich pracowników.

Najjaskrawiej widać to na przykładzie metod działań gigantów-detalistów. W 2000 r. brytyjska Komisja ds. Konkurencji przebadała proces zamawiania i produkcji towarów sprzedawanych w hipermarketach. Stwierdziła ona: „Ciężar wzrostu kosztów w łańcuchu dostaw spadł w największym stopniu na niewielkich dostawców”.

Ten sam mechanizm zadziałał po kryzysie finansowym w 2008 r. W związku z pogorszeniem się koniunktury globalni gracze na rynku odzieżowym starali się przenieść ciężar wzrostu kosztów na podwykonawców. „Bengalska gazeta napisała we wrześniu 2008 r., że Walmart zażądał 2% rabatu od dostawców odzieży […] Tesco UK poinformowało wszystkich swoich dostawców […] o pogorszeniu warunków płatności, informując, że będzie im płacić dopiero 60 dni po otrzymaniu towarów, zamiast po 30 dniach. Czyli de facto dostawcy dają Tesco nieoprocentowany kredyt na czas kryzysu finansowego”.

Niebezpieczna wolność zrzeszania się

Przyglądając się walce robotników o prawo do zrzeszania się, warto zastanowić się, dlaczego marki odzieżowe tak bardzo wystrzegają się związków zawodowych. Oto co pisze na ten temat organizacja Clean Clothes: „Wolność zrzeszania się jest fundamentalnym prawem, ale określa się je także mianem ‚prawa umożliwiającego’, co oznacza, że kiedy się je respektuje, daje ono pracownikom i ich przedstawicielom możliwość rozwiązywania codziennych problemów z pomocą kierownictwa, negocjowania długofalowych podwyżek płac oraz poprawy warunków pracy. Otwiera również drogę osiągnięcia trwałych gwarancji przestrzegania praw pracowniczych”.

Dzięki związkom robotnicy skuteczniej się samoorganizują i łatwiej jest im wywierać presję na pracodawców. Tak więc lęk biznesu przed związkowcami jest naturalny. Niektóre marki i właściciele fabryk postrzegają decyzję o umożliwieniu działania związków jako otwarcie wrót piekieł, po którym nastąpić mogą nieprzewidziane, fatalne w skutkach konsekwencje.

Te konsekwencje to oczywiście poprawa losu pracowników i w efekcie… podwyżka kosztów produkcji.

Porażka CSR

Dzisiaj duża część wielkich marek odzieżowych i sportowych posiada tzw. reguły dobrych praktyk (CSR czy Code of Conduct) i deklaruje przywiązanie do rygorystycznych zasad etycznych. Dlaczego więc badacze i media zalewają nas co chwilę kolejnymi przykładami drastycznych wypadków łamania praw człowieka?

Niestety, postępowanie korporacji przy wprowadzaniu reguł CSR (często niepozbawione dobrej woli) nie powoduje znaczącej poprawy warunków pracy robotników. Mimo trwającej ponad dekadę walki na rzecz wcielenia zmian w branży odzieżowej, pracownicy nadal znoszą wyzysk i złe warunki pracy.

W 2011 r. w Europie odbyła się największa w historii kampania społeczna dotycząca zagadnień CSR „Prawa dla ludzi – reguły dla biznesu”. Zorganizowała ją European Coalition for Corporate Justice (ECCJ), największa europejska platforma organizacji obywatelskich zajmujących się odpowiedzialnością biznesu. Niestety przeprowadzone na potrzeby programu badania dowodzą, że oddolne działania prywatnego sektora w kierunku poprawy sytuacji pracowników nie przynoszą rezultatu. Dlaczego?

„Kampania dokumentuje, że stosowanie wyłącznie dobrowolnych praktyk z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu to stanowczo za mało” – wyjaśnia Grzegorz Piskalski, dyrektor fundacji Centrum CSR.pl. Pracownicy ECCJ wykazali, że do nadużyć dochodzi nawet w firmach, które posiadają certyfikaty społecznej odpowiedzialności biznesu i uchodzą za dobrych pracodawców. W raporcie przytacza się m.in. przykład spółki KP Mill, hinduskiego producenta dzianiny. Mimo że jako jedna z pierwszych firm w regionie uzyskała ona rygorystyczny certyfikat CSR SA 8000, nagminnie łamała prawa pracownicze.

Dlaczego tak się dzieje? Specjaliści zauważają, że gros podejmowanych przez firmy działań ma charakter powierzchowny. Więcej to ma wspólnego z PR i próbą uspokojenia klienta niż rzeczywistym wysiłkiem na rzecz poprawy losu pracowników. „Na przykład po przeanalizowaniu wyników audytów ponad 800 fabryk dostawców firmy Nike w 31 krajach w przeciągu ponad 7 lat, naukowcy Richard Locke, Fein Qin i Alberto Brause stwierdzili, że mimo dołożenia starań oraz znacznych inwestycji ze strony Nike i jego pracowników, mających na celu poprawę warunków pracy u dostawców firmy, sam monitoring, jak się wydaje, dał tylko ograniczone rezultaty” – czytamy w jednym z raportów Clean Clothes.

Audytowanie podwykonawców czy wprowadzanie reguł postępowania nie przyniesie żadnych wymiernych, trwałych rezultatów, dopóki firmy nie stworzą kosztownych programów nadzoru produkcji, nie będą chciały wprowadzić zmian systemowych w zasadach rządzących globalną gospodarką i nie zrezygnują z horrendalnych, nieetycznych marż produktowych.

Artykuł jest fragmentem licencjatu autora.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *