Kiedy rozsądek przegrywa z oszczędnościami

Iwona Borchulska , Adam Ostolski
25 marca 2013

Pielęgniarek w Polsce jest za mało i drastycznie ich ubywa. I nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile ich tak naprawdę powinno być. Z Iwoną Borchulską, przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, rozmawia Adam Ostolski.

Adam Ostolski: Z początkiem roku weszło w życie rozporządzenie ministra zdrowia w sprawie norm zatrudnienia pielęgniarek. Po co w ogóle określa się takie normy?

Iwona Borchulska: Prawo pracy w ochronie zdrowia funkcjonuje w Polsce coraz gorzej. Pielęgniarki i położne przechodzą na kontrakty, dochodzi do tego, że pracują po 200–300 godzin w miesiącu, w dwóch lub trzech miejscach, a zdarzają się i takie, które pracują w sześciu… Oznacza to przemęczenie i gorsze warunki pracy, nieuchronnie też odbija się na bezpieczeństwie pacjenta i jakości opieki. Dlatego potrzeba norm, które określą, ile pielęgniarek powinno być na oddziałach w placówkach korzystających z publicznych pieniędzy.

Nowa ustawa o działalności leczniczej daje delegację do rozporządzenia o minimalnych normach, ale tylko w zakładach publicznych. A w tej chwili szpitale przekształcane są w spółki – prywatne, samorządowe itp. Więc naszym zdaniem należy zmienić ustawę. Delegacja do rozporządzenia powinna mówić o wszystkich zakładach, które sięgają po publiczne pieniądze. Nas nie interesuje ich status prawny. Publiczne pieniądze powinny być dzielone i kontraktowane według jasnych zasad. W zarządzeniach prezesa NFZ są wymogi dotyczące sprzętu i lekarzy, to powinny być też wymogi dla pielęgniarek.

AO: Na razie jednak są normy dla zakładów publicznych. Mały krok do przodu?

IB: Fakt, że w ogóle wyszło to rozporządzenie, to efekt naszych usilnych starań, ale jesteśmy bardzo rozczarowane jego ostatecznym kształtem. W ubiegłym roku miałyśmy dwa spotkania z premierem Tuskiem, i premier zobowiązał się, że sprawa będzie rozwiązana od 1 stycznia 2013 r. Został wypracowany projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie sposobu ustalania minimalnych norm zatrudnienia pielęgniarek i położnych w podmiotach leczniczych niebędących przedsiębiorcami. Projekt ogłoszono 18 października 2012 r. i wysłano do konsultacji społecznych. Uznałyśmy, że rozporządzenie będzie dobre, że zabezpiecza pielęgniarki jako pracownika.

AO: Co w nim takiego było?

IB: Był w nim np. zapis, że mają być co najmniej dwie pielęgniarki na zmianie. Żeby w nieprzewidzianych sytuacjach, gdy np. jedna zemdleje, był zawsze pod ręką ktoś drugi. Poza tym prawo pracy mówi, że kobiety nie mogą w tym kraju ponoć dźwigać więcej niż 25 kg, więc jedna pielęgniarka nie może sama podnosić pacjenta. Był zapis, że w minimalne normy nie wlicza się kadry kierowniczej, bo ona bezpośrednio nie pracuje przy łóżku. Osobiście jako pielęgniarka uważam, że ta kadra kierownicza winna przy łóżku od czasu do czasu popracować, żeby nie odejść od pracy codziennej. Ale nie może być uwzględniona w wymogach, bo to jest cała praca menedżerska i organizacyjna, która w obecnych warunkach zajmuje sporo czasu. Był też doliczony czas nocny, 2 minuty…

AO: Co to znaczy „czas nocny”?

IB: To rozporządzenie było skonstruowane w ten sposób, że się liczyło czas w poszczególnych specjalnościach. Bo innej opieki pielęgniarskiej wymaga pacjent chodzący, który może w jakimś stopniu sam o siebie zadbać, więc się czynności pielęgniarskie określa w mniejszej ilości czasu na oddziale. A innej pacjent obłożnie chory, niewychodzący z łóżka. On jest w tzw. III kategorii, więc się inaczej czas liczy. Uznałyśmy, że na czas nocny powinno się dodawać 2 minuty. W ten sposób wychodziło 100 minut na pacjenta na dobę w pierwszej kategorii, 180 minut w II, 300 minut w III.

AO: Dlaczego liczby pielęgniarek nie określa się po prostu względem liczby łóżek?

IB: Tak się liczyło w latach 80. Wtedy obowiązywały tzw. „normy planistyczne”, dobre do tworzenia oddziałów i zabezpieczenia kadry. Określało się np., że na oddziale ma być 1 pielęgniarka na 10 łóżek, na bloku operacyjnym 2 osoby na stół. Inaczej na pediatrii, tam było 1,5 pielęgniarki na 10 łóżek dziecięcych. Później zaczęły się problemy z pielęgniarkami, trochę wyjechało do Norwegii. A za czasów Jerzego Buzka stwierdzono, że trzeba liczyć koszty, i nie można powiedzieć „1 pielęgniarka na 10 łóżek”, bo te łóżka mogą być puste. Wtedy pojawiło się wywalczone przez nasz związek w 1999 r. rozporządzenie, na podstawie którego liczyło się czas pracy pielęgniarek przy poszczególnym pacjencie.

Pielęgniarki musiały np. liczyć, że na pielęgnację jednego chorego w łóżku, kąpiel całego ciała potrzeba pół godziny, u innego 40 minut, a u jeszcze innego 35 minut, a następnie wyciągały średnią. Tak przez pół roku liczyły średni czas wszystkich czynności, które wykonywały, a na końcu, po podzieleniu przez czas dobowy, wychodziła ilość pielęgniarek.

Ale pracodawcy dalej oszczędzali na kosztach, głównie na pielęgniarkach, bo mieli wymogi dotyczące sprzętu i lekarzy. I kadra kierownicza naciskana przez pracodawców mówiła „Nie, nie, nie, ty nie możesz policzyć twojego czasu pracy według tych czasów, bo wychodzi ci, że ty pracujesz 14 godzin”. I nikt nie odważył się powiedzieć: bo robimy to kosztem jakości. Bo żeby dobrze tę kąpiel zrobić, potrzeba 30 minut, ale jak ją robimy byle jak, no to możemy udawać przez piętnaście. W końcu doszłyśmy do wniosku, że tamto rozporządzenie się nie sprawdziło, nie rozwiązuje najważniejszego problemu…

AO: A na czym polega ten najważniejszy problem?

IB: Polega na tym, że pielęgniarek w Polsce jest za mało i drastycznie ich ubywa. I nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile ich tak naprawdę powinno być. Mówi się, że w krajach unijnych też nie ma norm. To prawda, tylko tam jest zdrowy rozsądek. My w tej chwili rozmawiamy z Francuzkami, z Niemkami, z Włoszkami i one też mają cięcia kosztów, ale nikt by sobie nie pozwolił, żeby ograniczyć np. drugą pielęgniarkę przy stole operacyjnym i nie mieć jej! Oni robią analizy codzienne: zadowolenia pacjenta, kosztów wynikających nie tylko z prawa pracy, ale np. z powikłań. Nie trzeba być wielkim ekonomistą, żeby wiedzieć, że jak pacjent leży na stole i pielęgniarka jest sterylna, to musi mieć drugą, żeby jej niesterylne rzeczy podawała. Jak jej nie ma, albo jak ktoś nie wie, jak poruszać się w czystym polu, to zainfekuje pole, i pacjent będzie zakażony. Wtedy potrzebna jest dodatkowa terapia, antybiotyki, czasami druga operacja… to wszystko kosztuje i oni to liczą.

W Polsce w ochronie zdrowia zdrowego rozsądku nie ma, przynajmniej jeśli chodzi o pielęgniarki. Uważa się, że jest nas dużo i dlatego można na nas oszczędzać. Kiedyś były np. takie przeliczniki, że w szpitalu powinien być zatrudniony 1 lekarz na 4 pielęgniarki. Tego też już nie ma. Tak naprawdę my od lat domagamy się ustalenia wiążących reguł, żeby placówki korzystające z publicznych pieniędzy obowiązywały jakieś zasady funkcjonowania.

AO: Nie ma zdrowego rozsądku, ale jest rozporządzenie. Powiedziała pani, że pierwszy projekt był dobry, ale ostateczna wersja rozczarowuje. Co poszło nie tak?

IB: W październiku ministerstwo ogłosiło projekt i wtedy odezwali się pracodawcy. Zaprotestował Związek Powiatów Polskich. Powoływali się na badania Marka Wójcika, eksperta, który wyliczył, jak to trzeba będzie zatrudnić dużo dodatkowych pielęgniarek, jeśli rozporządzenie wejdzie w życie. Szczególnie w tych spółkach, gdzie brakuje 30% pielęgniarek, i że będzie to kosztować system 2 miliardy. Pokazał to premierowi, te 2 miliardy zrobiły na premierze ogromne wrażenie…

AO: Parę dodatkowych miliardów by się w ochronie zdrowia przydało…

IB: Tak, tylko wie pan, ten system jest bardzo źle zarządzany. Zatrudnienie większej liczby pielęgniarek wcale nie musi skutkować dodatkowymi kosztami, wystarczy wprowadzić standardy zarządcze. My nie mówimy w tej chwili o podwyżce pensji, my mówimy o warunkach pracy i bezpieczeństwie pacjenta. Z naszych analiz wynika, że w publicznych placówkach niedobory w świetle tego rozporządzenia kształtowałyby się na poziomie ok. 5%.

AO: Czyli nie jest tak źle.

IB: Natomiast jest źle w placówkach, które przekształcono w spółki. One drastycznie tną koszty na pielęgniarkach, tam są pojedyncze dyżury. Gdyby one musiały się przystosować do tego rozporządzenia, to przestałyby być tymi spółkami, które „nie mają strat”. To się tak przedstawia, że publiczne szpitale to są te niedobre, zadłużone, z przerostem zatrudnienia, natomiast te prywatne to są ci „dobrze zarządzający”. Ale diabeł tkwi w szczegółach, publiczny szpital musi przyjąć każdego, a niepubliczny nie musi. Poza tym powinno być wyrównanie zasad pobierania pieniędzy po skończeniu kontraktu. Bo szpitale niepubliczne, prywatne, jeżeli skończy im się kontrakt, mają prawo brać prywatne środki, natomiast publiczne nie mają takiego prawa. To jest nierówność.

AO: Chyba nawet media zaczęły to końcu zauważać…

IB: Dotąd mówiło się głównie o „oszołomach związkowych”, którzy bronią swoich etatów. Bo w prywatnych szpitalach związki nie działają, a jak próbują działać, to się je niszczy. W Blachowni koło Częstochowy w przekształconym szpitalu właśnie została zwolniona przewodnicząca za to, że w gazecie pielęgniarskiej napisała apel do koleżanek, żeby nie przychodziły do tej Blachowni na umowy zlecenie, bo niszczy się ich podstawowe zatrudnienie. Została zwolniona.

AO: Za to co napisała w gazecie?!

IB: Podstawą do zwolnienia było „działanie na niekorzyść pracodawcy”, bez konkretów. W innej gazetce pielęgniarskiej pojawił się artykuł, w którym autorka na podstawie własnych doświadczeń porównywała zatrudnienie na kontraktach i na umowie o pracę. Też została zwolniona, już nie pracuje.

AO: Wróćmy do rozporządzenia.

IB: Zrobiła się awantura, bo pracodawcy zaczęli dostrzegać, że kończy się high life. Spotkałam na jakiejś konferencji pana Wójcika i on wygadał się: „Wie pani, ten drugi projekt rozporządzenia to jest już dobry”. Mówię: „Jaki drugi projekt?! Przecież konsultujemy projekt z 18 października”. „Nie, nie, wie pani, już jest nowy z 2 grudnia”. Więc grzecznie poprosiłam, czy może mi pokazać ten projekt i on mi go zrzucił na pendrive.

AO: I co dalej?

IB: Następnego dnia, 7 grudnia była konferencja uzgodnieniowa w ministerstwie. Proces tworzenia prawa w ministerstwie zdrowia jest taki, że najpierw jest projekt, później są konsultacje społeczne, wszystkie zainteresowane strony mają miesiąc na przysłanie opinii. A później musi się odbyć konferencja uzgodnieniowa, na której w oparciu o projekt i nadesłane opinie dyskutuje się, jak konkretne zapisy powinny wyglądać. Uczestniczą w tym pracodawcy, związki zawodowe, samorządy, przedstawiciele rządu itd.

Kiedy zobaczyłam, że wisi zupełnie inny projekt niż ten, który wysłano do konsultacji, to się zirytowałam. Zapytałam, nad czym my pracujemy. Ministerstwo zaczęło się wycofywać, że to nie jest żaden nowy projekt, to jest materiał roboczy na to spotkanie. Zadzwoniłam szybko do naszej obsługi prawnej. I w efekcie wstałyśmy i powiedziałyśmy, że my jako związek zawodowy, a więc instytucja zobowiązana do przestrzegania prawa, nie możemy tutaj siedzieć na tej konferencji uzgodnieniowej, ponieważ prawo jest tworzone niezgodnie z zarządzeniem ministra zdrowia.

Wstałyśmy i wyszłyśmy. Napisałyśmy do ministra Arłukowicza o spotkanie. Nawet się spotkał, on się chętnie z nami spotyka, chociaż nic z tych spotkań nie wynika. Przekonywałyśmy, że zaczyna być niebezpiecznie w tym systemie, że to naprawdę był ostatni moment, żeby wdrożyć to rozporządzenie. I że normy zatrudnienia pielęgniarek powinny być wszędzie tam, gdzie są wydawane publiczne pieniądze. Minister nas wysłuchał i powiedział, że jest też druga strona, że każdy ma prawo w procesie dialogu się wypowiedzieć. Nie wiem tylko, dlaczego jednych zawsze słuchają.

AO: Czy pielęgniarkom w ostatnich latach się nie poprawiło?

IB: Trochę wzrosły pensje. Przeciętnie pielęgniarka, pracując na noce i święta, zarabia 1500–1900 zł na rękę. Politycy będą mówić: 2800–3500 brutto. Jak się chce pokazać, jak te pielęgniarki dobrze zarabiają, to się mówi brutto. Tyle że z brutta się nie żyje. Poza tym kosztem wzrostu pensji nasze koleżanki muszą pracować dużo więcej. Szpital powiatowy, który miał 300 pielęgniarek, w tej chwili ma ich 180. A prowadzi tę samą działalność, nic nie zamknięto, wręcz przeciwnie, jeszcze szukają dodatkowych kontraktów, żeby zarobić na utrzymanie. Czyli one pracują dwa razy tyle.

AO: A jak to wygląda z punktu widzenia pacjentów?

IB: Pacjent w tym systemie jest zagubiony. Powiem panu, że chociaż umiem funkcjonować w ochronie zdrowia, to mam kłopot w przypadku mojego taty, który się przewrócił i pękł mu krąg. Mam trudności z ustaleniem mu drogi postępowania: gdzie on ma iść, czy wezwać pogotowie itp. Muszę dopytywać, bo to się tak zmienia, że nie jest się w stanie nad tym panować. A co ma zrobić pacjent, który nie ma córki pielęgniarki czy lekarki? Który nie ma kogoś, kto mu powie, gdzie ma iść, jak się w tym poruszać? To nieprawda, że system jest lepszy dla pacjenta, chociaż stał się trzy razy droższy, przed reformą Buzka kosztował 20 mld, a teraz 64 mld.

AO: Jeszcze jedna kwestia. W ministerstwie opracowuje się projekt decentralizacji ubezpieczeń zdrowotnych. Czy pielęgniarki mają opinię na ten temat?

IB: Centralizacja, decentralizacja, kasy chorych, NFZ itd. to są tematy zastępcze. Z punktu widzenia osoby, która kiedyś pewnie będzie korzystać ze świadczeń ochrony zdrowia, mnie nie interesuje, czy będzie centralizacja czy decentralizacja. Mnie interesuje system ochrony zdrowia, który jasno określa, co przysługuje wszystkim obywatelom z publicznych pieniędzy. Państwo nie jest zobowiązane, żeby tworzyć jakieś instytucje dla prywatnej działalności, tylko ma tworzyć bezpieczny system ochrony zdrowia dla słabszych. Wydaje mi się, że w tej chwili dla tych słabszych, biedniejszych, z mniejszymi dochodami, już nie mówiąc o ludziach starszych, którzy nie wejdą w internet i nie sprawdzą sobie brakujących informacji, to jest system nieżyczliwy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *